59,90 zł
Tom Dreyfus jest prefektem, jednym z oficerów organizacji policyjnej o nazwie Panoplia. Jego rewirem jest Migotliwa Wstęga – olbrzymi wir kosmicznych habitatów orbitujących wokół planety Yellowstone, rojnego ośrodka międzygwiezdnego imperium rozciągającego się na wiele światów.
Najnowsza sprawa: dochodzenie w sprawie zabójczego ataku na jeden z habitatów, na którym zginęło ponad dziewięciuset ludzi. W trakcie śledztwa natrafia na trop sprawy o wiele poważniejszej niż masowe morderstwo – sekretnego spisku zawiązanego przez tajemniczą istotę, dążącą do przejęcia całkowitej władzy nad Migotliwą Wstęgą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 676
Tytuł oryginału: Aurora Rising
Copyright © 2007 by Alastair Reynolds Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Paweł Matuszek Korekta: Elwira Wyszyńska, Urszula Okrzeja, Bartosz Szpojda Ilustracja na okładce: Chris Moore Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński
ISBN 978-83-68591-74-3
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl, han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 733 50 10, www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Mamie i tacie,za czterdzieści lat miłości i wsparcia
Thalia Ng poczuła, że wraca jej waga. Winda pędziła z doku w dół, wzdłuż osi habitatu. Pozwoliła sobie wylądować nogami na podłodze, starając się wyczuć moment, w którym zwiększające się ciążenie osiągnie standardowe 1 g. Miała nadzieję, że osiedle nie okaże się jednym z tych, na których panuje purytańsko wysoka grawitacja. Niektórzy sądzili, że mozolne chodzenie pod naciskiem 2 g jest z jakiegoś powodu moralnie chwalebnym wyczynem. Pas, na którym wisiały psobat dziewczyny i jej narzędzia do analizy rdzenia wyborczego, już teraz zaczynał nieprzyjemnie ciążyć.
– Thalia – odezwał się cicho Dreyfus, gdy winda zwolniła i się zatrzymała. – Spróbuj aż tak bardzo nie okazywać po sobie zdenerwowania.
– Przepraszam, prefekcie. – Wygładziła rąbek bluzy.
– Jestem pewien, że świetnie sobie poradzisz.
– Żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu. Nie zdążyłam przeczytać wszystkich materiałów o Domu Perigal. Przydałoby mi się to.
– O celu podróży zostałaś poinformowana zaraz po opuszczeniu Panoplii.
– To było ledwie godzinę temu.
Przyjrzał się jej, mrużąc leniwie prawe oko.
– Jaki masz wskaźnik prędkości czytania?
– Trzy. Nic szczególnego.
Dreyfus upił łyk z bańki kawy, którą zabrał ze statku. Wywołała ją dla niego Thalia: napój był czarny jak smoła, dokładnie taki, jaki lubił jej szef.
– Czyli ten plik rzeczywiście musiał być niemały.
– Ponad tysiąc akapitów.
– Cóż, nie musisz wiedzieć nic ponad to, czego dowiedziałaś się na szkoleniu.
– Mam nadzieję. Tak czy inaczej, nie mogłam się oprzeć wrażeniu…
– Tak? – spytał łagodnie Dreyfus.
– W tych aktach bardzo często pojawia się pańskie nazwisko.
– Cóż, Caitlin Perigal i ja spotkaliśmy się już kilka razy w przeszłości. – Uśmiechnął się chłodno. – Zwykle w niezbyt przyjacielskich okolicznościach. Jestem przekonany, że nie omieszka mi o tym przypomnieć.
– Tak, tego możemy być pewni – odezwał się Sparver, drugi z zastępców prefekta.
Dreyfus lekko zacisnął grube palce na ramieniu Thalii.
– Pamiętaj po prostu, że znalazłaś się tu w jednym celu, masz zabezpieczyć dowody. Wszystkim innym zajmiemy się ja i Sparver.
Gdy drzwi windy odsunęły się na bok, fala gorąca i wilgoci uderzyła ich niczym mokra dłoń. Wszędzie jak okiem sięgnąć unosiły się kłęby pary. Stali przy wejściu do olbrzymiej jaskini, wykutej we wnętrzu kamiennego koła habitatu. Większość powierzchni zajmowały wypełnione wodą baseny, umieszczone na różnych poziomach i połączone przemyślnym systemem kanałów i śluz. Mieszkańcy kąpali się w nich, pływali lub bawili się w rozmaite gry. Przeważnie nago. Zobaczyli standardowych, niezmodyfikowanych ludzi oraz osoby, które bardzo się od nich różniły budową. Zauważyli też połyskujące postacie, które w ogóle nie były ludźmi.
Dreyfus wydobył z kieszeni bluzy parę grubych, niezgrabnych okularów i wytarł ciemne szkła w rękaw. Thalia poszła za jego przykładem i założyła własne, koncentrując się na zmianach w otoczeniu, jakie po tym nastąpiły. Wielu z nagich ludzi miało teraz na sobie maski lub byli ubrani czy przynajmniej częściowo przesłonięci migotliwymi, barwnymi kwadratami albo pękami kołyszących się sennie piór. Niektórzy przybrali też inne kształty i rozmiary. Kilku niemal znikło, ale okulary pozwalały dostrzec ich pulsujące zarysy. Wysoko nad nimi majaczyły świetliste, rozgałęzione struktury – Thalia nie była pewna, czy są to rzeźby, czy też jakaś forma wizualizacji danych potrzebnych do rozgrywanej w basenie gry.
– Oho, komitet powitalny – zauważył Dreyfus.
Coś rzeczywiście się do nich zbliżało. Po suchej, wijącej się między basenami ścieżce kroczyła para kształtnych, obleczonych w pończochy, kobiecych nóg, na których spoczywała taca z rozmaitymi napojami. Obcasy stukały o podłoże, stopy wysuwały się kolejno, jedna przed drugą, z neurotyczną wręcz precyzją. Płyny w szklaneczkach nawet nie falowały.
Thalia sięgnęła do pasa.
– Spokojnie – szepnął Dreyfus.
Serwitor zatrzymał się przed nimi.
– Witam w imieniu Domu Perigal, prefekci – odezwał się wysokim głosem. – Czy mogę zaproponować coś do picia?
– Dzięki – odparła Thalia. – Powinniśmy już…
Dreyfus odłożył bańkę z kawą i zawiesił rękę nad tacą.
– Co polecasz?
– Ten czerwony jest znośny.
– A zatem czerwony. – Wziął szklankę i uniósł ją do warg, na tyle, by poczuć aromat.
Thalia także się poczęstowała. Wstrzymał się jedynie Sparver: metabolizm hiperświni nie radził sobie z alkoholem.
– Proszę za mną, zaprowadzę was do matriarchy.
Poszli za robotem przez jaskinię, mijając kolejne baseny. Tuż po przybyciu nikt nie zwrócił na nich większej uwagi, teraz jednak nie mieli już tego luksusu. Dziewczyna wyraźnie czuła na karku łaskotanie niespokojnych, obcych spojrzeń.
Wspięli się ku jednemu z wyżej położonych basenów. Cztery dekoracyjne żelazne ryby pluły do niego wodą z otwartych pysków. Wewnątrz, zanurzone po pierś w wonnej pianie, pławiły się trzy dorosłe osoby. Dwóch mężczyzn i Caitlin Perigal. Thalia znała jej twarz ze zdjęcia w aktach. Matriarcha miała muskularne ramiona, zwężające się ku eleganckim dłoniom i wyposażonym w błonę pławną palcom o paznokciach barwy zielonego kwasu. Jej włosy zdobiło pawie pióro. Wokół głowy kobiety dokazywały, brzęcząc skrzydłami, zielone nimfy i satyry.
– Prefekci – przywitała się głosem zmiękczonym po zażyciu nadciekłego helu.
– Matriarcho Perigal – odpowiedział Dreyfus, który zatrzymał się kilka centymetrów od brzegu basenu. – Są ze mną moi zastępcy: Sparver Bancal i Thalia Ng. My się już znamy.
Perigal zwróciła się sennie ku dwójce swych towarzyszy.
– Ten ospały grubas to Tom Dreyfus – wyjaśniła.
Jeden z nich – arystokrata o długich, białych włosach – przyjrzał się Dreyfusowi badawczo zimnymi, szarymi oczyma. Przysłaniające jego nagość pióra układały się we wzory przypominające maźnięcia pędzla malarza impresjonisty.
– Czyżbyś miała już kiedyś przyjemność go spotkać, Caitlin?
Perigal poruszyła się gwałtowniej, wzburzając wodę umięśnionym, chwytnym ogonem wszczepionym w miejsce nóg. Thalia musnęła przełącznik z boku okularów, by sprawdzić, czy ogon nie jest halucynacją.
– Mam wrażenie, że życiową misją Dreyfusa jest wyszukiwanie dziwacznych kruczków prawnych, którymi mnie potem nęka – rzuciła Perigal.
Prefekt wciąż patrzył nieporuszony.
– Wykonuję tylko swoje obowiązki. To nie moja wina, że bez przerwy przysparzasz mi pracy.
– I teraz też ci jej przysporzyłam, prawda?
– Na to wygląda. Przy okazji, ładny ogon. Co się stało z nogami?
Perigal skinęła ku kroczącej tacy.
– Nie rozstałam się z nimi zupełnie. Świetny temat do rozmów na przyjęciach.
– Co kto lubi.
– Tak, zwykle kieruję się tą zasadą. – Perigal pochyliła się i ciągnęła już ostrzejszym głosem: – Cóż, uprzejmości mamy chyba za sobą. Przeprowadźcie swoją kontrolę, zróbcie, co musicie, a potem wynoście się do diabła z mojego habitatu.
– Nie przylecieliśmy tu na kontrolę – odparł Dreyfus.
Thalia spięła się wbrew sobie. Nadeszła chwila, na którą od dawna skrycie czekała i której się jednocześnie obawiała.
– Więc po co? – spytała Perigal.
Dreyfus wyciągnął z kieszeni bluzy dokument, uniósł kartkę i lekko zmrużył oczy. Nim zaczął czytać, rzucił przelotne spojrzenie na Thalię i Sparvera.
– Caitlin Perigal, jako matriarcha tego habitatu jesteś oskarżona o naruszenie procesu demokratycznego, co stanowi przestępstwo kategorii piątej. W szczególności chodzi o ingerencję w system wyborczy z zamiarem odniesienia korzyści własnej.
Perigal wymamrotała coś niewyraźnie, jej policzki zarumieniły się z oburzenia. Dreyfus uciszył ją, podnosząc rękę, i czytał dalej.
– Twój habitat ma zostać zamknięty na czas dochodzenia. Fizyczna komunikacja między Domem Perigal a resztą układu, wliczając w to Chasm City, zostaje zawieszona. Nie zezwala się również na jakiekolwiek transmisje danych, w którąkolwiek stronę. Wszelkie próby złamania powyższych sankcji będą skutkować użyciem siły. Decyzja jest ostateczna i wiążąca. – Opuścił kartkę. – Blokada wchodzi w życie ze skutkiem natychmiastowym.
Zapadła niespokojna cisza, mącona jedynie przez nikły chlupot wody w basenie.
– To jakiś żart, prawda? – odezwał się wreszcie szarooki mężczyzna, spoglądając z nadzieją na Perigal. – Powiedz, proszę, że to żart.
– A więc do tego już doszło – odezwała się matriarcha. – Dreyfus, zawsze wiedziałam, że jesteś bydlę, ale nie podejrzewałam, że upadniesz aż tak nisko.
Prefekt odłożył dokument.
– Tu znajdziesz podsumowanie wysuniętych przeciwko tobie zarzutów. Moim zdaniem mucha nie siada, ale ja jestem tylko prostym funkcjonariuszem. – Uniósł palec do brody, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. – A teraz poproszę cię o niewielką przysługę.
– Ty naprawdę oszalałeś!
– Nadaj, z łaski swojej, priorytetowy komunikat do wszystkich swoich obywateli i gości. Poinformuj ich o blokadzie i o tym, że stracą kontakt z resztą wszechświata. Przypomnij im również, że taki stan może trwać do stu lat. Jeśli więc mają jakiekolwiek wiadomości dla swoich bliskich znajdujących się poza habitatem Domu Perigal, na ich wysłanie zostało im sześćset sekund.
Dreyfus zwrócił się ku Thalii i Sparverowi i odezwał się ciszej, choć nie tak, by nie usłyszała go matriarcha.
– Zastępcy, wiecie co robić. Jeśli ktokolwiek spróbuje wam przeszkodzić lub odmówi współpracy, możecie przeprowadzić natychmiastową eutanizację.
***
Transporter poruszał się szybko, jego prędkość równoważyła odśrodkową grawitację powoli obracającego się koła osiedla. Pogrążona w myślach Thalia siedziała obok Sparvera.
– To nie jest uczciwe – odezwała się.
– Co takiego?
– Mam na myśli los tych wszystkich ludzi, którzy tu przypadkiem utknęli. Część z nich zapewne tylko kogoś odwiedzała…
– Czasami tak jest, że nieuczciwe rozwiązanie pozostaje jedynym możliwym posunięciem.
– Ale odcięcie od reszty Migotliwej Wstęgi, od Yellowstone, od przyjaciół i rodzin, od abstrakcji, od programów medycznych… Niektórzy mogą tu umrzeć, zanim zniesiemy blokadę.
– Mogli się wcześniej nad tym zastanowić. Jeśli ktoś nie chce się dać złapać w blokadę, powinien siedzieć we własnym habitacie.
– To, co mówisz, jest bezduszne.
– Chcieli się dobrać demokracji do dupy. Nie zmartwię się, jeśli teraz to demokracja zajrzy im do zadków.
Thalia poczuła powracające ciążenie. Zbliżali się do celu i pojazd zwolnił. Wysiedli i znaleźli się w kolejnej jaskini, mniejszej i jaśniejszej od poprzedniej. Tym razem posadzka była wyłożona czarno-białymi, wypolerowanymi do połysku płytkami. Z otworu pośrodku pomieszczenia wznosił się cylinder o średnicy pnia drzewa, zakończony iglicą sięgającą niemal do stropu. Na jego czarnej powierzchni migotały symbole, schematycznie reprezentujące przepływ strumieni danych: plątanina zmieniających się co chwila czerwonych i niebieskich linii. Wokół kolumny wiły się spiralne, pozbawione poręczy schody, prowadzące do przypominających ucięte gałęzie portów interfejsu.
Mężczyzna w beżowym mundurze – technik lub strażnik – stał na dole. Jego oblicze wyglądało jak studium podejrzliwości.
– Nie zbliżajcie się – rzucił.
– Czy Perigal nie poinformowała was, że jesteśmy w drodze i że nie należy nam przeszkadzać? – odparł Sparver.
– To podstęp. Jesteście agentami Domu Cantarini.
Sparver rzucił mu rozbawione spojrzenie.
– Czy ja naprawdę wyglądam na agenta Domu Cantarini?
– Agentem może być każdy.
– Jestem hiperświnią. Myślisz, że wysłaliby akurat kogoś takiego?
– Nie wolno mi ryzykować. Jeśli choć dotkniecie tego rdzenia, stracę pracę, opinię, wszystko.
– Proszę się odsunąć – odezwała się Thalia.
– Przykro mi. Nie mogę was przepuścić. – Mężczyzna otworzył dłoń i pokazał im przytwierdzone do niej matowosrebrne urządzenie z widniejącym pośrodku czerwonym, wypukłym spustem. – Systemy obronne w tym pomieszczeniu zdążyły was już namierzyć. Nie zmuszajcie mnie, bym ich użył.
– Jeśli nas zabijesz, Panoplia przyśle kolejnych prefektów – przypomniał Sparver.
Thalię zaswędziała skóra. Czuła na sobie automatyczny wzrok ukrytej broni, gotowej w każdej chwili posłać ją w niebyt.
– Nie zabiję was, jeśli zawrócicie i odejdziecie.
– Odejdziemy, kiedy zabezpieczymy dowody. – Dłoń Sparvera opadła do pasa. Odpiął rękojeść psobata i machnął nią, rozwijając włókno na całą długość. Gdy dotknęło podłogi, rozległ się suchy trzask.
– Ma rację – rzuciła Thalia, usilnie starając się powstrzymać drżenie głosu. – Jesteśmy z Panoplii.
– Proszę. – Palec mężczyzny w mundurze pieścił spust. – By ochronić rdzeń, zrobię wszystko.
Sparver wypuścił psobat z ręki. Rękojeść pozostała na wysokości jego pasa, zwinięty koniec zesztywniałego włókna oparł się na podłodze jak ogon węża. Czarna główka zakołysała się niczym wypatrująca ofiary kobra. Po chwili obróciła się i wymierzyła w strażnika.
Na jego grdyce zajaśniał czerwony punkcik.
– Odpowiedz mi na jedno pytanie – powiedział Sparver. – Jak bardzo jesteś przywiązany do swoich palców?
Mężczyzna zaczerpnął głęboko powietrza i wstrzymał oddech.
– Psobat już cię namierzył – ciągnął prefekt. – Jeśli wyczuje wrogie zamiary – a jest w tym naprawdę dobry – rzuci się na ciebie szybciej, niż impuls nerwowy dotrze do twojej ręki. A potem użyje ostrej krawędzi włókna, by zrobić coś wyjątkowo paskudnego.
Technik otworzył usta, by coś powiedzieć, ale wydał z siebie jedynie suche chrząknięcie. Po chwili rozwarł obie dłonie, rozcapierzając palce najszerzej, jak potrafił.
– Słuszna decyzja – pochwalił Sparver. – A teraz, nie zmieniając pozycji, odsuń się od rdzenia.
Skinął na Thalię, by zajęła się zabezpieczaniem dowodów. Psobat trwał przy jego boku, płaskim końcem rękojeści śledząc odchodzącego powoli od kolumny mężczyznę.
– Mówi wiceprefekt Thalia Ng – odezwała się głośno. – Potwierdzić tożsamość.
– Witam, wiceprefekcie Ng – odpowiedział rdzeń, typowym dla maszyn bezpłciowym głosem. – W czym mogę pomóc?
Thalia przypomniała sobie jednorazowy kod, który udostępniono jej już po tym, jak kuter opuścił Panoplię.
– Potwierdź przejęcie systemów zabezpieczeń Narcyz Osiem Palisander.
– Przejęcie zakończone pomyślnie, wiceprefekcie Ng. Dostęp na czas sześciuset sekund.
– Wyłączyć dwustronny dostęp do zewnętrznej abstrakcji.
– Dostęp wyłączony.
Czerwone linie zniknęły. Na kolumnie migotały już tylko niebieskie symbole. Komunikacja habitatu ze światem zewnętrznym została odcięta. Siateczka błękitnych kresek natychmiast zgęstniała – obywatele wpadli w panikę i wysyłali do rdzenia alarmowe zapytania.
Thalia rzuciła okiem na technika, wciąż trzymanego w szachu przez psobat Sparvera. Po raz pierwszy w życiu jego implanty zostały odcięte od bezustannej komunikacji z matrycą informacyjną spoza Domu Perigal. Musiał to odczuć jak opadnięcie ostrza gilotyny.
Na powrót skupiła się na rdzeniu.
– Przygotować trzy fizyczne kopie logów wszelkich transmisji danych do i z habitatu, z okresu obejmującego ostatnie tysiąc dni.
– Przygotowanie pakietów w toku. Proszę czekać.
Thalia uniosła rękę do szyi i dotknęła mikrofonu.
– Tu Thalia, prefekcie. Właśnie zabezpieczamy dowody. Powinniśmy do pana wrócić za dziesięć minut.
Nie otrzymała odpowiedzi. Czekała jeszcze kilka chwil, dając Dreyfusowi czas na aktywację interkomu. Bez skutku.
– Brak odzewu. – Popatrzyła na Sparvera.
– Szef jest pewnie zajęty – odparł.
– Powinien już odpowiedzieć. Martwię się. Może lepiej będzie, jeśli tam wrócimy i sprawdzimy…
– Potrzebujemy tych danych, Thalia. Za pięć minut stracisz dostęp.
Miał rację. Kod był jednorazowy – umożliwiał swobodne korzystanie z rdzenia przez dziesięć minut – nie zadziała po raz drugi.
– No szybciej! – rzuciła maszynie przez zęby.
Raz jeszcze spróbowała się skomunikować z Dreyfusem. Wciąż nie odpowiadał. Po chwili, która wydała się jej wiecznością, z rdzenia wysunęły się dane. Thalia spięła razem trzy grube dyskietki i przymocowała je do pasa. Odniosła absurdalne wrażenie, że czuje wagę zawartych w pakietach informacji. Nadanie ich tradycyjnym przekazem zajęłoby wiele dni.
– Skończyłaś? – zapytał Sparver.
– Mam wszystko, co trzeba. Lokalnej abstrakcji nie musimy wyłączać.
– A jeśli spróbują ominąć twoją blokadę?
– Zostanie im martwy rdzeń. Mieliby szczęście, gdyby po czymś takim działał jeszcze system podtrzymywania życia, nie mówiąc o abstrakcji. – Znów zwróciła się do automatu i kazała mu zamknąć dostęp, który przed chwilą zyskała. – Już po wszystkim – rzuciła, czując nieoczekiwane ukłucie zawodu.
– No proszę. Nie było tak strasznie, prawda?
– Martwię się o szefa.
– Według mnie to po prostu skały blokują nasze sygnały. – Sparver uśmiechnął się do technika. – Skończyliśmy. Mogę zaufać, że nie zrobisz nic głupiego, jeśli zdejmę z ciebie psobat?
Mężczyzna przełknął z trudem ślinę i pokiwał głową.
– Rozumiem, że to znaczyło „tak”. – Sparver wyciągnął rękę i skinął na swoją broń. Psobat machnął ogonem i jego rękojeść wskoczyła w dłoń właściciela. Włókno zasyczało i wsunęło się do obudowy.
Sparver poklepał czule broń i zawiesił ją u pasa.
– No to chodźmy sprawdzić, co z szefem.
Gdy wrócili do Dreyfusa, znaleźli go stojącego nieruchomo, samotnego pośród świadectw niewyobrażalnej rzezi. W jednej dłoni trzymał okulary, w drugiej psobat.
Thalia ściągnęła swoje szkła, by zobaczyć świat w jego realnej postaci. Ludzie krzyczeli, rozpychali się, rozchlapywali wodę, by jak najszybciej oddalić się od prefekta i tego, w co się wpatrywał. Dwaj mężczyźni towarzyszący Caitlin Perigal kołysali się bezwładnie w basenie wypełnionym zabarwioną teraz na różowo wodą. Szarooki stracił przedramię: leżało odcięte na marmurowym brzegu, oskarżycielsko mierząc palcem w Dreyfusa. Tuż za nadgarstkiem skóra była rozdęta, jakby jakaś wszczepiona w kość broń próbowała w ostatniej chwili wydostać się na zewnątrz. Drugi z nich – trzęsący się jak w ataku epilepsji – krwawił z obu nozdrzy. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w strop. Trzech lub czterech innych gości znajdujących się w pobliżu opatrywało rany o różnej głębokości. Przez krew przelewającą się z basenu do basenu kanalikami i wodospadami nie można było ocenić, ilu ludzi ucierpiało. Serwitory medyczne przybyły już na miejsce i zajęły się najpoważniejszymi obrażeniami. Nawet one wydawały się zdezorientowane.
Perigal wciąż żyła, choć oddychała z trudem. W jej prawym policzku otwierało się głębokie rozcięcie, biegnące od kącika ust aż do ucha. Dyszała. Patrzyła zbielałymi ze strachu i złości oczyma.
– Popełniłeś błąd – szepnęła. – Popełniłeś błąd i zapłacisz mi za to.
Dreyfus powoli obrócił się ku nadchodzącym Thalii i Sparverowi.
– Macie pakiety?
– Tak – odparła Thalia, starając się zachować profesjonalny ton, mimo że zaschło jej w gardle.
– Więc chodźmy. Tu nie mamy już nic do roboty.
Dreyfus przedryfował pół długości pozbawionej ciążenia sali, w której rezydowała naczelna prefekt. Po chwili zabezpieczająca smycz zatrzymała go w miejscu. Jane Aumonier przez moment jakby nie zauważała obecności gościa, wpatrywała się w jeden z naściennych wyświetlaczy. Dreyfus cicho odchrząknął.
– Jeśli chcesz mojej rezygnacji, złożę ją natychmiast.
Aumonier obróciła ku niemu głowę.
– Na jakich podstawach, Tom?
– To zależy od ciebie. Jeśli popełniłem błąd proceduralny albo dopuściłem się niewłaściwego osądu, wystarczy jedno słowo…
– Jeśli popełniłeś błąd, to polegał on jedynie na niewystarczająco zdecydowanej obronie siebie i zastępców. Ile w sumie osób zginęło?
– Sześć – odparł Dreyfus.
– Zdarzały się już gorsze sytuacje. Od początku wiedziałam, że z tą Perigal łatwo nam nie pójdzie. Jednocyfrowa liczba ofiar jest najzupełniej do zaakceptowania. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, czego można się było tam spodziewać.
– Miałem nadzieję, że nie narobimy takiego bałaganu.
– To Perigal zaczęła, nie ty.
– Tak czy inaczej, nie sądzę, byśmy mieli ją z głowy. To, co mi powiedziała… – Dreyfus urwał; zdawał sobie sprawę, że Aumonier ma i tak wiele na głowie, i nie chciał jej dodatkowo obarczać własnymi wątpliwościami. – Mam wrażenie, jakbym odebrał należny sobie dług. Prefekt nie powinien czuć czegoś takiego.
– Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
– W przeszłości zawsze udawało jej się wymknąć. Albo nie byliśmy na tyle sprytni, albo nie dość szybcy, by ją skontrolować, zanim dowody się przedawniły. Nigdy nie znaleźliśmy niczego, co wystarczyłoby do wprowadzenia stuletniej blokady.
– Tym razem też jeszcze nie mamy takiej pewności.
– Myślisz, że znów nam się wyśliźnie?
– To już zależy od zawartości zabezpieczonych materiałów. Chyba czas skorzystać z tej młodej, bystrej ekspertki z twojego zespołu.
– Thalia. Jestem pewien jej umiejętności.
– Więc nie masz się czego obawiać. Jeśli Perigal jest winna, blokada nie zostanie zniesiona. A jeśli niczego nie znajdziemy, Dom Perigal zostanie na powrót dopuszczony do Migotliwej Wstęgi, a jego mieszkańcy odzyskają pełnię praw.
– Poza tą szóstką.
– Obywatele zawsze panikują, gdy tracą abstrakcję. To nie nasz problem.
Dreyfus przyglądał się Aumonier, starając się odczytać cokolwiek z wyrazu jej twarzy. Zastanawiał się, co przeoczył. Nie było do niej podobne, by musiała pytać, ile osób zginęło w trakcie operacji; zwykle tego rodzaju liczby znała jeszcze przed jego powrotem do Panoplii. Twarz kobiety była jednak – jak zawsze – niemożliwą do odcyfrowania maską. Pamiętał jeszcze, jak wyglądała, uśmiechając się, ciesząc lub gniewając, w czasach przed spotkaniem z Zegarmistrzem – pamiętał, choć obrazy te przywoływał z coraz większym trudem.
– Za pozwoleniem – podjął – ale jeśli nie chodzi o reprymendę, to po co zostałem tu wezwany?
– Może chciałam porozmawiać? Pogadać? Poczuć ciepło towarzystwa drugiego człowieka?
– Nie wydaje mi się.
– Coś się wydarzyło. Wiadomość dotarła do nas, gdy ciebie nie było. Sprawa jest równie delikatna jak ta z Perigal, jeśli nie bardziej. Na dodatek nagląca. Musimy się tym zająć natychmiast.
Dreyfus nie słyszał przed wylotem, by cokolwiek się szykowało.
– Kolejna blokada?
– Nie, niestety tym razem nie mamy już czego blokować.
– Nie jestem pewien, czy rozumiem.
Aumonier wyciągnęła rękę ku ścianie i powiększyła jeden z wyświetlaczy. Pojawiły się na nim zdjęcia sferycznego habitatu – szarej kuli z niewyraźnymi mikroskopijnymi detalami na powierzchni, otoczonej pasem tropikalnych paneli słonecznych i siecią olbrzymich luster rozmieszczonych nad biegunami i wokół równika. Trudno było ocenić rozmiary, choć Dreyfus wątpił, by średnica osiedla przekraczała kilometr.
– Nie znasz tego miejsca. To niedawne zdjęcia Bańki Ruskin-Sartorious, habitatu piątej klasy wielkości, położonego na jednej z zewnętrznych orbit. Panoplia nigdy wcześniej nie miała z nim do czynienia.
– Co więc zrobili teraz?
– Oto nowsze fotografie, wykonane trzy godziny temu.
Bańka Ruskin-Sartorious była rozcięta, rozpłatana jak gałka oczna brzytwą sadysty. Habitat niemal rozpadł się na dwie półkule. Wzdłuż krawędzi szczeliny materiał, z którego wykonano powłokę, został wypalony na czarno. Instalacje wewnątrz osiedla wciąż jeszcze lśniły czerwonawym blaskiem.
– Ofiary? – spytał Dreyfus, nie poddając się zgrozie.
– Według ostatniego spisu mieszkało tam dziewięćset sześćdziesiąt osób. Wstępne oceny wskazują, że zginęli wszyscy, niemniej nasza ekipa musi to sprawdzić na miejscu. Nie można wykluczyć, że ktoś przeżył. Może uda się odzyskać jakieś symulacje poziomu beta.
– Dlaczego nie huczy już o tym cała Wstęga?
– Nałożyliśmy embargo informacyjne. To nie wygląda na wypadek.
– Przecież ktoś musiał zauważyć, że Ruskin-Sartorious zniknął z sieci.
– Uczestniczyli w abstrakcji na dość płytkim poziomie. Na razie jesteśmy w stanie symulować istnienie działającego habitatu. Korzystamy z naszych przywilejów sieciowych.
– A to „na razie”… Jak długo potrwa?
– Możemy tylko zgadywać. Najprawdopodobniej niecałe dwadzieścia sześć godzin. Choć trzynaście byłoby pewnie bardziej realistycznym założeniem.
– A gdy wiadomość się już rozejdzie?
– Wtedy będziemy mieć na głowie poważny kryzys. Myślę, że wiem, kto to zrobił, ale zanim wykonam jakikolwiek ruch, muszę być absolutnie pewna. Dlatego właśnie chcę, byś poleciał tam od razu. Zabierz, kogo chcesz. Zabezpiecz materiał dowodowy, uratuj, co się da, i wracaj do Panoplii. A potem wstrzymamy oddech.
Dreyfus raz jeszcze spojrzał na zdjęcie rozprutego habitatu.
– Istnieje tylko jedna rzecz, która mogła spowodować takie zniszczenia, prawda? I to wcale nie jest broń.
– Widzę, że myślimy podobnie – stwierdziła Aumonier.
***
Ściany sali taktycznej były wyłożone delikatnym drewnem tekowym, polakierowanym i wypolerowanym na złowrogi połysk. Nie było w nich okien, nie wisiały żadne obrazy, nic, co dodawałoby wnętrzu ludzkiego ciepła. Wszystkie ciężkie, ciemne meble stworzono ze zwykłej materii: ich budulec wyrósł dzięki siłom natury i zostały zbudowane przez stolarzy. Podwójne drzwi wykonano z brązu, w którym tkwiły mosiężne ćwieki. Na ich skrzydłach widniał symbol Panoplii – stylizowana uniesiona rękawica. Oznaczała niesioną ludziom ochronę, lecz równie dobrze można ją było uznać za groźnie zaciśniętą pięść, która groziła zmiażdżeniem wszystkich przeciwników organizacji, a także tych, którzy ją zdradzili.
– Ng, zacznij, proszę – odezwał się siedzący naprzeciwko Thalii starszy prefekt Michael Crissel.
Dziewczyna położyła dyskietki na krawędzi stołu, niemal strącając je w nerwach na podłogę.
– Dziękuję, prefekcie. To właśnie trzy kopie danych odzyskanych z rdzenia wyborczego Domu Perigal. – Wskazała głową przypominający koło zębate model habitatu widniejący na trójwymiarowym planetarium układu, powiększony i wyniesiony ponad swą rzeczywistą orbitę. – Wszystkie informacje zostały już skopiowane do naszego archiwum. Tysiąc dni transmisji. Upewniłam się też, że wszystkie trzy kopie są spójne i nikt przy nich nie grzebał.
– A czego się dowiedziałaś?
– Miałam na to ledwie kilka godzin. To za mało czasu, bym zdążyła zrobić cokolwiek poza pobieżnym przejrzeniem.
Starszy prefekt Gaston Clearmountain burknął niecierpliwie.
– Streszczaj się, Ng. Powiedz nam, co masz teraz.
– A więc, proszę pana… Wstępna analiza potwierdziła wszystko, co znajdowało się we wniosku blokady. Dom Perigal rzeczywiście naruszył proces demokratyczny. Przynajmniej osiem razy udało im się sfałszować wyniki pomniejszych głosowań, z czego skorzystali oni sami lub ich sojusznicy. Takich wypadków mogło być więcej. Po dokonaniu pełnego przeglądu zabezpieczonych danych zyskamy wyraźniejszy obraz sytuacji.
– Miałem nadzieję, że wyraźniejszy obraz zobaczymy już w tej chwili – rzucił Clearmountain.
Starszy prefekt Sheridan Gaffney pochylił się na swym wielkim, czarnym krześle. Skórzane obicie zaskrzypiało.
– Daj jej spokój, Gaston – warknął. – Dziewczyna pracowała pod presją czasu.
Gaffney cieszył się reputacją bomby z krótkim lontem i człowieka o niskiej tolerancji na idiotów. Mimo to jako szef Wydziału Bezpieczeństwa Wewnętrznego i osoba nadzorująca szkolenia w zakresie używania psobatów zawsze traktował Thalię uprzejmie, zdarzało mu się ją nawet chwalić. Właśnie dlatego uważała go za swego jedynego prawdziwego sprzymierzeńca w sali. Czułaby się jeszcze lepiej, gdyby w spotkaniu uczestniczyli Dreyfus lub Jane Aumonier, ale Dreyfusa nie było (mimo że nie był starszym prefektem, mógłby z nimi obradować dzięki swej pangolinowej autoryzacji), a miejsce, w którym zwykle projektowana była osoba naczelnej prefekt, świeciło dziś podejrzaną pustką. W drodze na zebranie Thalia usłyszała pogłoski o szykującym się kryzysie, o czymś zupełnie niezwiązanym z wprowadzoną przez nich niedawno blokadą.
Reszta starszych prefektów nie stała ani po jej stronie, ani po drugiej. Michael Crissel był łagodnie wyglądającym mężczyzną o twarzy naukowca i skromnych manierach. Mówiono o nim, że dawniej był świetnym prefektem polowym, ale ostatnie dwadzieścia lat spędził w Panoplii, coraz bardziej oderwany od surowych warunków służby na zewnątrz. Terenowa praca Lillian Baudry dobiegła końca, gdy rozerwał ją na strzępy uszkodzony psobat. Co prawda udało się ją poskładać, ale jej system nerwowy został nieodwracalnie uszkodzony. Mogła poddać się leczeniu w dowolnym miejscu Migotliwej Wstęgi, lecz względy bezpieczeństwa zmusiłyby ją potem do porzucenia Panoplii na dobre. Przedłożyła więc służbę nad zdrowie, choć oznaczało to, że uczestniczyła w naradach, siedząc sztywno jak lalka z porcelany.
Fakt, że w spotkaniu brało udział tylko czterech starszych prefektów, unaoczniał wagę – czy raczej jej brak – przykładaną do raportu Thalii. Normalnie pojawiało się ich sześciu lub siedmiu z dziesięciu, ale dziś krzesła pozostałych nie były zajęte. Owszem, chcieli zakończyć tę sprawę jak najszybciej, lecz jednocześnie uważali ją za nieistotny epizod w działalności organizacji.
– Przejdźmy do rzeczy – powiedział Clearmountain. – Mamy dane, które potwierdzają, że Perigal jest umoczona. Blokada zostanie utrzymana. Teraz musimy zlikwidować wadę systemu, żeby już nikt nie wykorzystał jej w podobny sposób.
– Zgadzam się. – Thalia skinęła głową.
– Jaką właściwie skalę miały te fałszerstwa? – spytała Baudry.
– W zasadzie nie stało się nic poważnego – odpowiedziała Thalia. – Wszystko to były głosowania nad względnie nieistotnymi kwestiami. Być może Caitlin Perigal zamierzała w końcu przechylić szalę na swoją stronę w bardziej znaczących głosowaniach, ale wówczas prawdopodobieństwo wpadki byłoby o wiele większe. Szczerze powiedziawszy, biorąc pod uwagę poziom nadzoru i kontroli, jaki już wprowadziliśmy, nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł w istotny sposób zafałszować wynik głosowań w statystycznie liczący się sposób.
– Twoja praca polega właśnie na wyobrażaniu sobie takich scenariuszy – rzucił Michael Crissel.
– Ona o tym wie – szepnął Gaffney.
Thalia spojrzała na Crissela i skinęła głową.
– Przepraszam, starszy prefekcie. Chodziło mi tylko o to, że biorąc pod uwagę naszą wiedzę, prawdopodobieństwo podobnych machinacji jest znikome. Choć oczywiście nie można udowodnić, że system jest nienaruszalny. Według teorii Gödela o niezupełności systemów aksjomatycznych…
– Nie potrzeba mi tu wykładu o Gödelu, Ng – uciął Crissel.
– Rzecz, proszę pana, sprowadza się do tego, że system sprawdza się ostatecznie w trakcie użytkowania. W pewnym sensie można powiedzieć, że Dom Perigal wyświadczył nam przysługę. Dzięki nim dowiedzieliśmy się o błędzie logicznym, którego dotąd nie byliśmy świadomi, o błędzie, który umożliwia nieznaczne zniekształcenie wyników głosowań. Usuniemy usterkę, poprawimy kod i wszystko potoczy się dalej. Zapewne za jakiś czas ktoś znajdzie inną lukę. I tę również załatamy. Na tym polega cały proces.
– Zatem jesteś pewna, że da się ten błąd naprawić? – zapytała Baudry.
– Oczywiście. To błahostka.
– Skoro to takie proste, dlaczego wada nie została wykryta przedtem?
– Dlatego że sami ją wprowadziliśmy – odparła Thalia, starając się nie wyjść na zarozumiałą. – Usunęliśmy jedną z wcześniej zauważonych usterek systemu, co wydawało się dobrym posunięciem, ale doprowadziliśmy przy tym do powstania innej. Wina tkwiła w naszych własnych protokołach zarządzania błędami. Miały zapobiec gubieniu prawidłowo oddanych głosów, ale okazało się, że przypadkowo umożliwiały wprowadzanie do systemu również dodatkowych, fałszywych.
– Zapewne nie po raz pierwszy w dziejach – mruknął oschle Crissel.
Thalia splotła palce leżących na stole dłoni i kontynuowała wątek, próbując uderzyć we właściwą nutę, gdzieś pomiędzy tłumaczeniem się a zawodową obojętnością.
– Owszem, to wielce niefortunne. Niemniej, jak dotąd tę wadę wykorzystała jedynie garstka habitatów.
– Niefortunne? – wtrącił Clearmountain. – Powiedziałbym raczej naganne.
– Prefekcie, istniejące obecnie protokoły zarządzania błędami liczą sobie około dwudziestu dwóch milionów linii kodu. W ich skład wchodzą podprogramy napisane ponad dwieście dwadzieścia lat temu, jeszcze w Pierwszym Układzie. Tamci programiści nie mówili nawet nowoczesnym canasiańskim. Czytanie dokumentacji systemu przypomina więc niekiedy… odcyfrowywanie sanskrytu lub czegoś podobnego.
– Ng ma rację – poparł ją Gaffney. – Zrobili, co mogli. A ten błąd był na tyle subtelny i trudny w obsłudze, że wykorzystało go jedynie pięć habitatów na dziesięć tysięcy możliwych. Według mnie skorzystajmy z tej lekcji, naprawmy, co się da, i pracujmy dalej.
– O ile oczywiście na nowych protokołach będzie można polegać – odezwała się Baudry i sztywno zwróciła się ku Thalii. – Mówiłaś, że sprawa jest prosta?
– Owszem, prosta. Wymagana poprawka nie jest nawet tak skomplikowana jak wcześniejsza zmiana, przez którą powstał błąd. Należy przepisać jedynie kilka tysięcy linii kodu. Niemniej i tak kilka pierwszych instalacji chciałabym przeprowadzić ręcznie, po to, by wyeliminować ewentualne niespodzianki, jakie mogą wyniknąć wskutek różnic w architekturze rdzeni. Jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego, będziemy mogli rozesłać nowe protokoły do wszystkich dziesięciu tysięcy habitatów.
Gaffney spojrzał surowo na Thalię.
– Jasne jest, że musimy cały ten bałagan uprzątnąć tak szybko, jak się da. Chcę, byśmy byli gotowi z nową wersją kodu, zanim blokada Perigal stanie się wiążąca. Czy specjalna komisja dowodowa ma już dostęp do zabezpieczonych przez ciebie danych?
– Dostali je dziś rano.
Gaffney wyciągnął z kieszeni chusteczkę i przetarł spocone, połyskujące czoło.
– Jak dotąd podobne sprawy zajmowały im niecałe dziesięć dni. Zdążysz?
– Jeśli dostanę takie polecenie, ostateczna wersja może być gotowa nawet za dwa. Jestem pewna, że testy nie wykażą kolejnych anomalii.
– Pewni byliśmy też ostatnim razem – przypomniał jej Gaffney. – Nie popełnijmy tej samej gafy po raz drugi.
Wtedy sytuacja była zupełnie inna, pomyślała Thalia. Podczas wprowadzania poprzedniej poprawki nie była członkiem zespołu. Nie była w stanie odpowiadać za poprzedników, ale wiedziała, że sama takiego błędu by nie przepuściła.
– Nie popełnimy – stwierdziła.
***
Dreyfus przyglądał się miejscu zbrodni z kutra Panoplii. Już po pierwszym rzucie oka zrozumiał, że wszystko musiało się wydarzyć szybko, lecz nie na tyle błyskawicznie, by nazwać to bezbolesnym czy miłosiernym. Wypatroszony habitat był już tylko zimnym, pozbawionym powietrza wrakiem. Gdy energia, która spowodowała tak koszmarne zniszczenia, zetknęła się z atmosferą pod jego powłoką, ta rozszerzyła się gwałtownie niczym gorąca chmura rozgrzanego powietrza i pary. Nikt nie miał czasu, by dotrzeć do promów, kapsuł ratunkowych czy choćby wzmocnionych schronów awaryjnych. Na pewno jednak zdążyli zrozumieć, co się dzieje. Niemal żaden z mieszkańców Migotliwej Wstęgi nie spodziewał się, że umrze, a co dopiero, że zginie w strachu i cierpieniu.
– Nieładnie to wygląda – zauważył Sparver. – Nadal chcesz tam wejść, zanim dołączą do nas technicy?
– Może uda się wyciągnąć coś z rdzenia – odparł z ponurą rezygnacją Dreyfus. Nie był nawet pewny, czy rdzeń przetrwał.
– Jaką bronią można zrobić coś takiego?
– Nie sądzę, by posłużyli się bronią.
– Według mnie tego rodzaju uszkodzenia nie powstają wskutek zderzeń. Widać wypalone miejsca, co sugeruje działanie skoncentrowanej wiązki energii. Ta energia musiała pochodzić z jakiegoś źródła. Może to Hybrydowcy wykopali coś paskudnego? Mówi się, że trzymają w ukryciu kilka potężnych pukawek.
– Nie, gdyby pająki chciały zaatakować tak odosobniony habitat, nie narobiłyby przy tym takiego bałaganu. – Dreyfus pokręcił głową.
– Tak czy inaczej…
– Jane wpadła na pewien pomysł. Podejrzewa, kto to zrobił, ale nie podobają się jej płynące z tego wnioski.
Dreyfus i Sparver wyszli w próżnię przez giętką ściankę kombinezonową, a potem przekroczyli szereg staroświeckich, lecz wciąż działających śluz powietrznych. Odwiedzili kilka coraz większych sal recepcyjnych. Wszystkie były teraz pozbawione atmosfery. Panowała w nich ciemność. Wszędzie wokół krążyły powoli obłoki szczątków, z których niewiele dało się rozpoznać. Mapa, którą Dreyfus widział wyświetloną na szybce swojego kasku, powstała na podstawie tej, którą zarząd Ruskin-Sartorious dostarczył Panoplii podczas ostatniego spisu. Rdzeń – w którym mogły się zachować jakiekolwiek symulacje poziomu beta – powinien się według niej znajdować w pobliżu równika habitatu, na jego wewnętrznej powierzchni. Musieli mieć nadzieję, że niszczycielski strumień energii go oszczędził.
Wewnątrzna przestrzeń habitatu – bańka o średnicy dwóch kilometrów, która została podzielona na oddzielne strefy mieszkalne – była wypełniona poskręcanymi pod wpływem temperatury, wypalonymi i zmiażdżonymi olbrzymim ciśnieniem ruinami i zgliszczami. W pobliżu samego rozcięcia niektóre fragmenty metalu wciąż się jarzyły. Wyglądało na to, że w habitacie panowała kultura braku ciążenia, a sztuczna grawitacja była dopuszczona jedynie miejscami. We Wstędze wiele osiedli organizowano w podobny sposób. Ludzie urodzeni w takich miejscach rośli zwykle wysocy, zgrabni i nieszczególnie lubili podróżować.
Sparver i Dreyfus przepłynęli przez serce kulistej budowli, używając silniczków kombinezonów do ominięcia swobodnie fruwających w próżni odłamków. Odezwały się systemy ostrzegające przed niebezpiecznym poziomem promieniowania, co sprawiło, że Dreyfus coraz bardziej skłaniał się ku nieprzyjemnemu wnioskowi, że Aumonier słusznie wytypowała sprawcę. Potrzebowali jednak więcej dowodów niż tylko odczyty ze skafandrów.
– Mam coś – odezwał się nagle Sparver, kołyszący się kilkadziesiąt metrów dalej.
– Co?
– Tam widać coś wielkiego. To może być na przykład fragment statku.
– Wewnątrz habitatu? – spytał z powątpiewaniem Dreyfus.
– Sam zobacz, szefie.
Dreyfus podleciał bliżej i oświetlił reflektorami unoszący się swobodnie obiekt. Sparver się nie mylił. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście przypominało to szczątki uszkodzonego statku lub jakiejś innej maszyny. Po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdzili, że było to coś zupełnie innego. Czarny obiekt był dziełem sztuki, ukończonym dopiero w połowie.
Ktoś rzeźbił w bogatej w metal skale, w głazie przypominającym kształtem kartofel o średnicy dziesięciu lub dwunastu metrów. Kamień połyskiwał granatowo; w miejscach, gdzie światło padało na niego pod szczególnym kątem, barwa ta zmieniała się w oliwkowozieloną. Jedna ze ścian była wciąż surowa, nieociosana, ale drugą pokrywały już zawiłe ryty. Niektóre fragmenty reliefu były ledwie napoczęte, inne jednak wydawały się niemal ukończone, co do centymetra. Sposób, w jaki skała stopiła się i zastygła wokół rytów, sugerował, że artysta posługiwał się raczej palnikami jądrowymi niż wiertłami czy młotem. Kształty, w jakich zestalił się płynny kamień, stanowiły integralną część dzieła, ich kompozycja żadną miarą nie mogła być przypadkowa.
Co jednak wcale nie oznaczało, że Dreyfus wiedział, kogo rzeźba przedstawia. Ze skały patrzyła na nich ludzka twarz, odwrócona teraz do góry nogami. Przekręcił się w miejscu i przez jedną, ulotną chwilę odniósł wrażenie, że rozpoznaje te rysy, że należą do jakiejś słynnej osobistości lub postaci historycznej. Nie podejrzewał, by to był ktoś, kogo zna osobiście. Chwila jednak minęła i poczucie znajomości zniknęło. Może i dobrze. Wyraz kamiennego oblicza nie był łatwy do odczytania – mogła to być ekstaza lub śmiertelne przerażenie.
– I co myślisz? – spytał Sparver.
– Nie mam pojęcia – odparł Dreyfus. – Jest szansa, że symulacje poziomu beta coś nam wyjaśnią. O ile oczywiście uda się jakąś odzyskać. – Podleciał bliżej i wstrzelił w skałę samoprzylepny marker, by technicy wiedzieli, że obiekt należy zabezpieczyć.
Polecieli ku rozcięciu i zatrzymali się tuż przy ziejącej w powierzchni szczelinie. Hermetyczna powłoka habitatu poczerniała i łuszczyła się płatami, odsłaniając zniekształconą skałę, która tworzyła skorupę Bańki. Energia ataku sprawiła, że kamień się zagotował, upłynnił i na powrót zastygł, przybierając organiczne kształty, niepokojąco podobne do tych, które oglądali na rzeźbie. W świetle reflektorów ich kasków skała połyskiwała czarno. W szerokiej na dziesięć metrów szczelinie migotały gwiazdy. Dreyfus pomyślał, że być może gdzieś tam jest ktoś, kto jako jedyny ostał się z wyrzuconego w przestrzeń kosmiczną biomu habitatu.
Prefekt wleciał w szczelinę. Zatrzymał się w połowie grubości przebitej powłoki, tuż przy błyszczącym przedmiocie uwięzionym w zastygłym kamieniu. Płat metalu, zapewne fragment powłoki, który oderwał się i wpadł w płynącą lawę. Dreyfus sięgnął po przecinak i odrąbał od płytki kawałek wielkości dłoni. W pobliżu zobaczył jeszcze jeden błysk, nieco dalej trzeci. Po minucie miał już w ręku trzy próbki. Schował je do kieszeni z przodu skafandra.
– Znalazłeś coś? – spytał Sparver.
– Prawdopodobnie. Jeśli ataku dokonano przy użyciu promienia wylotowego silnika statku, znajdziemy w tym metalu mnóstwo cząsteczek subatomowych. Będą też ciężkie izotopy i produkty rozpadu. Nasi spece stwierdzą wtedy, czy sygnatury pasują do charakterystyk napędów Hybrydowców.
Teraz, kiedy to powiedział, domysły Jane przestały być tajemnicą.
– Okej, ale bez względu na opinie techników, dlaczego Ultrasi mieliby zrobić coś takiego? – zapytał Sparver. – Przecież nie mogli mieć nadziei, że im się upiecze.
– Może chcieli zrobić właśnie to, co zrobili. Uderzyć i uciec. Mogą się nie pojawić w tym układzie przez następne dziesiątki lub nawet setki lat. Myślisz, że po takim czasie ktokolwiek będzie się jeszcze przejmował tym, co spotkało Ruskin-Sartorious?
Sparver zastanawiał się przez chwilę.
– Ty byś się przejmował.
– Mnie już tu wtedy nie będzie. Ani ciebie.
– Widzę, że jesteś dziś niebywale wesoły.
– Zginęło tu dziewięćset sześćdziesiąt osób. Tego rodzaju sytuacje rzadko mnie bawią.
Dreyfus rozejrzał się, ale nie zauważył już niczego, co mogłoby się przydać technikom. Specjaliści od analiz mieli przybyć lada moment, ale z naprawdę poważnymi badaniami musieli zaczekać, aż wiadomość o ataku się rozejdzie i Panoplia nie będzie musiała działać w tajemnicy.
Wtedy i tak rozpęta się piekło.
– Lećmy do rdzenia – powiedział i wymanewrował skafander ze szczeliny. – Im szybciej się stąd zbierzemy, tym lepiej. Czuję, że duchy się niecierpliwią.
Przypadkiem lub wskutek zamierzonego działania – Dreyfus nigdy nie był na tyle ciekaw, by się dowiadywać – cztery główne doki na powierzchni Panoplii zostały rozmieszczone tak, że całość dziwnie przywodziła na myśl wyszczerzoną w uśmiechu, wydrążoną dynię. Nikt nie zadał sobie trudu, by wygładzić powierzchnię skały czy nadać jej choć pozory symetrii. Wokół Yellowstone orbitowały tysiące podobnych asteroid: nieregularne, wielkie kamienie zapędzone na orbitę parkingową, gdzie czekały na demontaż i przerobienie na lśniące nowością habitaty. Prefekci zajmowali jednak tylko ten jedyny: było ich w sumie niecały tysiąc, wliczając w to zarówno naczelną, jak i najmłodszych, świeżo upieczonych kadetów.
Kuter zadokował i został zaparkowany wśród falangi podobnych, lekkich statków. Dreyfus i Sparver wręczyli zebrane próbki oczekującemu na nich członkowi ekipy techników i podpisali odpowiednie dokumenty. Ruchome pasy transportera przewiozły ich w głąb asteroidy, aż wreszcie znaleźli się w jednej z jej obrotowych części, gdzie panowało ciążenie.
– Do zobaczenia za trzynaście godzin. – Dreyfus pożegnał się ze Sparverem na skrzyżowaniu między sekcją, w której odbywały się szkolenia terenowe, a sypialnym pierścieniem kadetów. – Odpocznij trochę. Obawiam się, że czeka nas ciężki dzień.
– A ty?
– Muszę zamknąć kilka spraw.
– Jasne. – Sparver pokręcił głową. – To twój metabolizm. Rób sobie z nim, co chcesz.
Dreyfus był zmęczony, ale wiedział, że nie zaśnie, mając na głowie problem Caitlin Perigal i jednocześnie martwiąc się implikacjami zniszczenia habitatu. Wrócił więc do siebie tylko po to, by przejść przez ściankę myjącą i wywołać zmianę ubrania. Gdy znów wyszedł i przemierzał korytarz, przygasające światła wyznaczyły początek nocnej zmiany w dwudziestosześciogodzinnym cyklu dobowym Panoplii. Wszyscy kadeci spali – stołówka, sale szkoleniowe i klasy były puste.
Thalia jednak wciąż siedziała w biurze. Ścianka wejściowa była przejrzysta, wszedł więc bez pukania. Stanął za nią niczym ojciec podziwiający córkę w trakcie odrabiania lekcji. Pracowała nad sprawą Perigal. Przed nią na ściennym wyświetlaczu przewijały się kolejne linijki kodu. Dreyfus obrzucił je obojętnym spojrzeniem. Żaden z symboli nic mu nie mówił.
– Przepraszam, że przeszkadzam – odezwał się, kiedy Thalia wciąż nie zauważała jego obecności.
– Szefie. – Drgnęła gwałtownie. – Myślałam, że pan jeszcze nie wrócił.
– Widzę, że wieści szybko się rozchodzą.
– Doszły mnie słuchy, że szykuje się jakiś kryzys. – Thalia zatrzymała wyświetlacz.
– Jak zawsze, niestety. – Dreyfus rzucił jej na biurko ciężką, czarną torbę. – Wiem, że i tak jesteś już bardzo zajęta, ale muszę ci co nieco dołożyć.
– Nie ma problemu.
– W tej torbie znajdziesz dwanaście pakietów z danymi symulacji poziomu beta. Musieliśmy je wydobywać z uszkodzonego rdzenia, więc wedle wszelkiego prawdopodobieństwa roi się w nich od błędów. Chciałbym, żebyś uratowała, co tylko się da.
– Skąd pochodzą?
– Z habitatu zwanego Ruskin-Sartorious. To miejsce już nie istnieje. Mieszkało tam dziewięciuset sześćdziesięciu ludzi, ale jedynymi ocalałymi są właśnie te symulacje.
– Tylko tuzin? Z tylu mieszkańców?
– Więcej nie mamy. Zresztą i tak wątpię, byś uzyskała dwanaście stabilnych wywołań. Ale zrób, co możesz. Daj mi znać, gdy tylko będę miał z kim porozmawiać.
Thalia spojrzała na ścienny wyświetlacz.
– Jak tylko skończę z tym, prawda?
– W zasadzie to bardziej zależy mi na tych wywołaniach. Nie chcę, żebyś zaniedbała sprawę Perigal, ale ta druga z każdą godziną wygląda coraz mniej zabawnie.
– Co tam się stało? – szepnęła. – W jaki sposób zginęli ci ludzie?
– W wyjątkowo paskudny – odparł Dreyfus.
***
Smycz zatrzymała go w odpowiedniej odległości od Jane Aumonier.
– Technicy dostali już materiały i prowadzą badania – powiedział. – W ciągu godziny powinniśmy mieć gotowe analizy próbek.
– W zasadzie już teraz nie mamy prawie żadnych wątpliwości – stwierdziła Aumonier. – Jestem niemal pewna, że okaże się, że zniszczenia spowodował promień wylotowy z silnika Hybrydowców. – Wskazała Dreyfusowi część ściennego wyświetlacza, której przyglądała się, gdy wszedł. Widniał na nim smukły, srebrzystoszary przedmiot, przypominający nieco dziecinny, papierowy samolocik. – Gaffney rozmawiał z Centralną Kontrolą Lotów. Udało im się wyśledzić ten statek. Nazywa się „Akompaniament cieni”.
– Był przy Bańce?
– Określili to z wystarczającą dokładnością. W tamtym rejonie nie przelatywał akurat żaden inny światłowiec.
– Gdzie są teraz?
– Ukryli się w Roju Parkingowym.
Aumonier powiększyła fragment wyświetlanego na ścianie obrazu. Dreyfus zobaczył kulę robaczków świętojańskich zbitych zbyt ciasno, by dostrzec pojedyncze pojazdy. Samotny statek bez trudu mógł zniknąć wśród nich bez śladu.
– Czy od czasu ataku ktokolwiek opuszczał Rój?
– Nikt. Monitorujemy okolicę bez przerwy.
– A gdyby spróbowali się wyrwać na pełnej szybkości?
– Wolałabym o tym nie myśleć.
– Ale myślałaś.
Nieznacznie skinęła głową.
– Teoretycznie jeden z naszych krążowników mógłby lecieć za światłowcem aż do Obłoku Oorta. Tylko jaki w tym sens? Jeśli nie zechcą się zatrzymać i wpuścić nas na pokład… nie mamy ich czym zmusić. Szczerze powiedziawszy, bezpośrednia konfrontacja z Ultrasami to jedyna sytuacja, jakiej naprawdę się obawiałam, odkąd objęłam to stanowisko.
– Znasz wcześniejsze losy tego statku?
– Nie. Dlaczego pytasz?
– Zastanawiam się nad motywem.
– Ja też. Może jedna z symulacji rzuci na to nieco światła.
– Jeśli nam się poszczęści – zauważył Dreyfus. – Odzyskaliśmy tylko dwanaście, zapewne uszkodzonych.
– A kopie zapasowe? Nie sądzę, by na Ruskin-Sartorious byli tak głupi, by trzymać wszystko w jednym miejscu.
– Zgoda, tylko że nie wydaje mi się, by zrzucali dane częściej niż raz dziennie. Zapewne robili to raz w tygodniu.
– Dawniejsze wspomnienia też mogą się przydać. Zwłaszcza jeśli nie będziemy dysponować niczym poza nimi. – Zmieniła ton, mówiła teraz cieplej, bardziej osobiście. – Tom, muszę cię poprosić o kolejną przysługę. Obawiam się, że to rzecz jeszcze trudniejsza i bardziej delikatna niż sprawa Perigal.
– Chcesz, żebym porozmawiał z Ultrasami.
– Na razie chcę, żebyś poleciał do Roju. Nie musisz jeszcze wkraczać, ale chcę, żeby zrozumieli, że mamy ich na oku. Chcę, by wiedzieli, że jeśli spróbują ukryć ten statek – albo w jakikolwiek inny sposób pomóc mu uniknąć sprawiedliwości – żarty się skończą.
Dreyfus zastanowił się, przeglądając w myślach klasy dostępnych w Panoplii pojazdów. Rozważał, która z nich najskuteczniej przemówi do wyobraźni Ultrasów. Wcześniejsze doświadczenia z ich załogami nie okazały się przy tym zbyt pomocne.
– Wyruszę natychmiast – powiedział, szykując się do wyjścia.
– Wolałabym nie – rzuciła Aumonier. – Najpierw odpocznij. Co prawda liczy się każda chwila, ale chcę, żeby Ultrasi trochę się nagłowili nad tym, w jaki sposób zamierzamy odpowiedzieć. Nie jesteśmy zupełnie bezbronni. Możemy zaszkodzić ich kontaktom handlowym, a to zawsze boli. Niech choć tym razem oni się wiją.
***
W innym miejscu Migotliwej Wstęgi przez przestrzeń mknął pewien obiekt.
Miał kształt kuli o średnicy dwóch metrów. Zmierzał pewnie, pokonując starannie wyliczoną trajektorię, która miała umożliwić mu przemknięcie się przez luki powstające co jakiś czas w sieci systemów namierzania, zarówno cywilnych, Panoplii, jak i CKL. Leciał między nimi z precyzją akrobaty wijącego się wśród wirujących szarf. Ta utajniona trasa niwelatora stanowiła jedynie dodatkowe zabezpieczenie, w dodatku kosztujące tyle co nic – chwilę czasu, mocy obliczeniowej i niewielkiego opóźnienia startu. Niwelator i tak był niemal niewidoczny, możliwy do wykrycia jedynie najczulszymi metodami detekcji.
W tej chwili czujniki niwelatora odebrały promień światła o częstotliwości, której automatyka urządzenia nakazała nie odbijać. Maszyna przetworzyła czasową strukturę promienia i wydobyła zakodowaną w niej wiadomość. Te same programy ułożyły odpowiedź i wypluły ją w przeciwnym kierunku, z powrotem do nadawcy.
Kilka milisekund potem nadszedł sygnał potwierdzenia.
Niwelator pozwolił się wykryć. To również stanowiło część planu.
Trzy godziny później nad niwelatorem zatrzymał się statek, kierując podejściem dzięki czujnikom grawitacyjnym. Wkrótce niwelator został bezpiecznie przejęty przez komorę dokującą. Uchwyciły go zaciski. Niwelator, którego automat wyczuł, że jest bezpiecznie, rozluźnił strukturę pokrywającej go żywej materii, szykując się do rozładunku. Gdy zapaliły się światła i komora wypełniła się powietrzem, powierzchnia niwelatora przybrała fakturę chromowanego marmuru. Statek ruszył i powróciło ciążenie.
W doku pojawiła się postać w anonimowym, czarnym skafandrze kosmicznym. Przybysz kucnął przy niwelatorze i spojrzał na otwierającą się sferę. Górna półkula uniosła się wysoko, ukazując pasażera. Spoczywał skulony jak płód, dokładnie otoczony szklistym kokonem systemów podtrzymujących życie. Oddychał, ale był ledwie przytomny.
Mężczyzna w kombinezonie zdjął kask.
– Witamy wśród żywych, Anthony Theobaldzie Ruskin-Sartorious.
Człowiek z niwelatora jęknął i drgnął. Powieki miał sklejone ochronnym żelem. Wytarł go do czysta i zmrużył oczy, czekając, by wzrok odzyskał zwykłą sprawność.
– Jestem na miejscu?
– Na pokładzie statku. Wszystko zgodnie z planem.
Przybyszowi wyraźnie ulżyło.
– Myślałem, że to się nigdy nie skończy. Cztery godziny w tym czymś… Miałem wrażenie, że lot trwa milion lat.
– Jestem gotów się założyć, że pierwszy raz odczuwałeś fizyczną niewygodę. – Mężczyzna w czarnym kombinezonie stał teraz w lekkim rozkroku, podtrzymywany przez sztuczną grawitację, powstałą wskutek przyśpieszenia statku.
Anthony Theobald zmarszczył czoło i uważniej przyjrzał się rozmówcy.
– Czy my się znamy?
– Teraz już tak.
– Spodziewałem się, że odbierze mnie Raichle.
– Przyleciałem w zastępstwie. Mam nadzieję, że to nie problem?
– Oczywiście, że nie… – Powoli jednak zaczynał tracić opanowanie. Człowiek w skafandrze wyczuwał bijące od niego fale strachu, podejrzliwości i aroganckiej odmowy przyjęcia do wiadomości, że osobiście ułożony plan ucieczki nie okazał się tak doskonały, jakim się wydawał jeszcze wtedy, gdy wsiadał do niwelatora. – Czy to naprawdę się stało? Czy Ruskin-Sartorious zniknął?
– Zniknął. Ultrasi świetnie się spisali. Wydostałeś się w samą porę.
– A inni? Cała reszta?
– Zdziwiłbym się, gdyby w całej Bańce znajdowała się choć jedna nienaruszona nić ludzkiego DNA.
– Delphine… – W głosie przybysza pojawiło się wzruszające drżenie. – Moja biedna córka…?
– Znałeś zasady, Anthony Theobaldzie. Uciec mogłeś tylko ty.
– Żądam, byś mi się przedstawił. Skoro nie przysłał cię Raichle, to skąd wiedziałeś, gdzie znaleźć niwelator?
– Sam mi powiedział. Na przesłuchaniu.
– Kim jesteś?
– To nie jest istotne, Anthony Theobaldzie. Istotne jest za to, co sobie myślałeś, ukrywając to zło w swoim przytulnym, rodzinnym habitacie.
– Niczego nie ukrywałem. Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Mężczyzna w skafandrze sięgnął do biodra i odpiął od pasa niewielki, przypominający rękojeść przedmiot. Zważył go w dłoni niczym pałkę.
– Chyba już czas, bym ci przedstawił swego bliskiego przyjaciela.
– Źle mnie zrozumiałeś. To, co miałem pod ziemią, było tylko…
Mężczyzna machnął w dziwny sposób rączką i coś wysunęło się aż do podłogi. Było cienkie, niemal niewidoczne, jedynie chwilami odbijało światło. Wydawało się, że omiata posadzkę wedle własnej woli, jakby czegoś szukało.
Człowiek w kombinezonie wypuścił rękojeść, która pozostała na swoim miejscu, podtrzymywana przez zwinięte włókno. Czarny cylinder obrócił się kilka razy, aż wreszcie wymierzył prosto w Anthony’ego Theobalda. Ten uniósł rękę, by przesłonić oczy przed jasnym, rażącym promieniem lasera.
Urządzenie go namierzyło, co potwierdziło nieznacznym skinieniem ku mężczyźnie w czerni.
– Trzymaj to z dala ode mnie!
– To jest psobat model C – wyjaśnił człowiek w skafandrze. – W porównaniu z poprzednią wersją ma kilka usprawnień. Jedno z nich to tak zwany „tryb przesłuchania”. Wypróbujemy?
Psobat ruszył w stronę Anthony’ego Theobalda.
***
Dreyfus siedział sam w kwaterze. Chwilę temu parzył herbatę. To zajęcie go pochłonęło. Gdy skończył, uklęknął przy niskim, czarnym stole i zanim się napił, odczekał, aż gorący płyn barwy imbiru ostygnie. Pokój wypełnił się pobrzękiwaniem odległych dzwonków wietrznych, w ich pozornym chaosie pojawiło się widmo melodii. Zazwyczaj pasowała do jego nastroju, ale dziś Dreyfus przyciszył muzykę machnięciem ręki. W pomieszczeniu zapanowała niemal zupełna cisza. Upił niewielki łyk herbaty. Wciąż była za gorąca.
Spojrzał przed siebie na pustą ścianę z papieru ryżowego. Uniósł dłoń i złożył ją w podstawowy gest wywołujący, przećwiczony wcześniej tysiące razy. Ściana pojaśniała, pokryła się intensywnie kolorowymi plamami, które po chwili zmieniły się w mozaikę zdjęć twarzy. Kilkadziesiąt wizerunków rozmieszczonych według pewnego schematu. Większe fotografie znajdowały się bliżej środka. Wszystkie przedstawiały jedną i tę samą kobietę, ale zostały wykonane w różnych okresach jej życia, co sprawiało wrażenie oglądania wielu osób. Na części z nich spoglądała prosto w obiektyw, kiedy indziej patrzyła nieufnie, jeszcze inne fotografie zostały wykonane z ukrycia. Miała wydatne kości policzkowe, nieco zbyt wysuniętą górną szczękę i oszałamiające, usiane złotymi iskierkami brązowe oczy. Czarne loki zwykle ciasno splatała. Na wielu zdjęciach była uśmiechnięta, nawet na tych, na których nie zdawała sobie sprawy z obecności aparatu. Często się śmiała.
Dreyfus wpatrywał się w te wizerunki, jakby stanowiły oczekującą na rozwiązanie zagadkę.
Czegoś brakowało. Oczyma duszy widział tę kobietę spoglądającą ku niemu z kwiatami w dłoniach, klęczącą w świeżo poruszonej ziemi. Obraz był wciąż żywy, lecz kiedy próbował się skupić na jakimkolwiek szczególe, zawsze mu umykał. Wiedział, że to wspomnienie musi skądś pochodzić, ale nie potrafił go powiązać z żadnym z wyświetlonych na ścianie zdjęć.
A próbował od bez mała jedenastu lat.
Herbata wreszcie ostygła. Pił powoli, skupiony na mozaice twarzy. Nagle, choć od wielu miesięcy zupełnie tego nie dostrzegał, doszedł do wniosku, że kompozycja jest pozbawiona równowagi w prawym górnym rogu. Uniósł rękę i przesunął kilka zdjęć – ściana była doskonale posłuszna ruchom jego palców. Teraz całość wyglądała lepiej, lecz zdawał sobie sprawę, że za jakiś czas znów przestanie być z niej zadowolony. Dopóki nie odnajdzie zaginionego elementu układanki, mozaice wciąż będzie brakować właściwej harmonii.
Cofnął się w myślach do tego, co się stało. Skrzywił się, mimo że były to tylko wspomnienia.
Sześć brakujących godzin.
– Wszystko było z tobą w porządku – odezwał się do kobiety ze ściany. – Byłaś bezpieczna. Dotarliśmy do ciebie szybciej niż on.
Zmusił się, by w to uwierzyć, tak mocno, jakby nie liczyło się nic innego w całym wszechświecie.
Dreyfus kazał zdjęciom zniknąć i ściana z papieru ryżowego znów zrobiła się tak pusta jak wtedy, gdy wszedł do pokoju. Dopił jednym haustem herbatę, ledwie czując jej smak. Na tej samej części ściany co przedtem wywołał schemat operacyjny dnia. Zastanowił się, czy technicy znaleźli cokolwiek, badając rzeźbę, którą ze Sparverem odkryli na Ruskin-Sartorious. Kiedy jednak informacje się wyświetliły, ani słowa, ani obrazy nie dawały się odczytać. Na zdjęciach widział kształty, pojedyncze litery w tekstach, ale gdzieś pomiędzy ścianą a jego mózgiem coś nie działało tak, jak należy.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że zapomniał przyjąć swoją dawkę pangolinu i zaczyna odczuwać zabezpieczającą dysleksję. Poprzednia autoryzująca porcja specyfiku przestawała działać.
Wstał od stolika i podszedł do ściany w miejscu, gdzie czekał automat. Wyciągnął rękę w kierunku perłowoszarej powierzchni i we wnęce pojawiło się urządzenie. Miało kształt bladoszarej rurki z narysowaną rękawicą Panoplii i kodem paskowym pasującym do tego, który widniał na jego mundurze. Tekst na plakietce dozownika głosił: „Poziom dostępu Pangolin, do wyłącznego użytku prefekta polowego Toma Dreyfusa. Niepowołane użycie może skutkować uszkodzeniami neurologicznymi albo trwałą i nieodwracalną śmiercią”.
Dreyfus podwinął rękaw i przycisnął rurkę do przedramienia. Poczuł zimne łaskotanie, gdy zawartość tubki wpływała do jego ciała. Nie było nieprzyjemne.
Poszedł do sypialni. Spał niespokojnie, ale bez snów. Gdy się ocknął – trzy lub cztery godziny potem – schemat operacyjny na ścianie wydał mu się jasny i wyraźny.
Przyglądał mu się przez chwilę, po czym postanowił, że Ultrasi czekają już dostatecznie długo.
Na konsoli kutra rozdzwonił się sygnał alarmu. Dreyfus wsunął bańkę z kawą z powrotem w ścianę i spojrzał na odczyt. Od strony Roju Parkingowego coś się do niego zbliżało, obiekt zbyt mały, by mógł być światłowcem. Wiedziony ostrożnością przestawił kuter w tryb obronny. Uzbrojenie zostało aktywowane i przygotowane do akcji, nadal jednak nie wysunęło się na zewnątrz kadłuba. Dreyfus doszedł do wniosku, że obiekt leci zbyt wolno jak na pocisk.
Kilka chwil potem kamery kutra odnalazły intruza i ukazały w skróconej perspektywie kształt niewielkiego promu międzyokrętowego. Pojazd przypominał końską czaszkę pozbawioną oczodołów. Na czarnym kadłubie widniała szkarłatna ważka obrębiona jaśniejącymi włóknami.
Odebrał zaproszenie do połączenia audio.
– Witam, prefekcie – rozległ się pozbawiony akcentu, męski głos. Mówił współczesnym russkim. – Jak mogę pomóc?
Dreyfus, z niejakim wysiłkiem, przestawił się na inny tryb prowadzenia rozmowy.
– Przede wszystkim nie zbliżając się do mnie. Nie przekroczyłem granic Roju.
– Niemniej znajdujesz się bardzo blisko. Sugeruje to zamiar wkroczenia.
– Z kim rozmawiam?
– Mógłbym spytać o to samo, prefekcie.
– Reprezentuję w tej okolicy prawo. Więcej wiedzieć nie musisz. Zakładam, że mam przyjemność z przedstawicielem Roju?
Po chwili milczenia – która nie miała nic wspólnego z opóźnieniem transmisji – padła odpowiedź:
– Możesz nazywać mnie kapitanem portu, Serafinem. Jestem przedstawicielem wszystkich zebranych w Roju statków, także tych dokujących w centralnym punkcie obsługi.
– Czyli rozumiem, że jesteś Ultrasem?
– Jeśli posłużymy się waszą wąską definicją owego terminu, to nie. Nie jestem na stałe związany z żadnym statkiem ani jego załogą. Niemniej, kiedy znajdują się tutaj, wszystkie załogi odpowiadają przede mną.
Dreyfus sięgnął pamięcią daleko wstecz, ale nie przypominał sobie, by kiedykolwiek miał do czynienia z jakimkolwiek Serafinem ani innym Ultrasem.
– To pomyślny zbieg okoliczności.
– Nie rozumiem, prefekcie.
– Być może będę prosił o dostęp do jednej z waszych załóg.
– To byłoby raczej nieprzepisowe.
– Nie tak bardzo nieprzepisowe jak kierowanie promienia wylotowego silnika na habitat, w którym mieszka dziewięciuset sześćdziesięciu ludzi, kapitanie portu.
Znów zapadła dłuższa chwila ciszy. Dreyfus poczuł kroplę potu formującą się na grzbiecie dłoni. Wspominając Ruskin-Sartorious, zaryzykował i odkrył karty, co było wbrew poleceniom Aumonier. Jednak naczelna prefekt nie podejrzewała nawet, że dojdzie do rozmowy z kimś, kto reprezentuje cały Rój.
– Dlaczego aktywowałeś systemy obronne, prefekcie? Widzę pociski przez twój kadłub, mimo powłoki maskującej. Denerwujesz się?
– Jestem po prostu ostrożny. Podejrzewam, że gdybym zobaczył twoje uzbrojenie, okazałoby się, że jest w podobnym trybie.
– Punkt dla pana – powiedział kapitan portu Serafin i zachichotał. – Ale ja nie jestem zdenerwowany. Obrona Roju jest moim obowiązkiem.
– Dowolny z waszych statków może spowodować większe zniszczenia niż którykolwiek z naszych. Według mnie zademonstrowaliście to już wystarczająco dobitnie.
– Tak, wspominałeś, prefekcie. Ale to poważne oskarżenie.
– Nie wysuwałbym go, gdybym nie miał solidnych dowodów.
– Na przykład?
– Trasa statku. Poza tym badania próbek pobranych w habitacie wykazały zgodność z sygnaturą promienia wylotowego waszych silników. Jestem nawet w stanie podać nazwę światłowca, o który…
– Myślę, że powinniśmy pomówić osobiście – przerwał kapitan portu Serafin. Zrobił to bardzo pośpiesznie, co nieco Dreyfusa zdziwiło. – Proszę dezaktywować broń. Zbliżę się i zadokuję do przedniej śluzy powietrznej.
– Nie wyraziłem na to zgody.
– Ale wyrazisz, prefekcie – odparł Serafin.
Kiedy śluza rozpoczęła pracę – dostosowując do siebie różne na obu statkach ciśnienia i mieszanki atmosferyczne – Dreyfus wyrzucił z umysłu wszystkie dotychczasowe doświadczenia i uprzedzenia. Nigdy nie można było mieć pewności, w jaki sposób Ultrasi zamanifestują się fizycznie. Mogli wyglądać zupełnie jak ludzie, niczym dowolny funkcjonariusz Panoplii, a mimo to nosić w sobie ukryte i bardzo niebezpieczne maszyny.
Okazało się jednak, że Dreyfus widywał już istoty dziwniejsze od Serafina. Jego kończyny i tułów kryły się w jasnozielonym, napędzanym silnikiem egzoszkielecie. Głowa wydawała się dziwnie mała – usta i nos przesłaniała srebrna kratka wszczepionego na stałe urządzenia, które umożliwiało oddychanie. Po lewej stronie czaszki widać było chromowaną płytkę interfejsu, pełną różnorodnych gniazd – Ultrasi preferowali bezpośredni kontakt z maszynami – poza tym jednak prefekt nie zauważył śladów intensywnej cyborgizacji. Przybysz miał długie, czarne, związane w kucyk włosy. Blade, delikatne dłonie przypominały Dreyfusowi odciśnięty w skale szkielet wymarłego ptaka.
– Dziękuję za gościnę – przywitał się Serafin. Głos wydobywał się z jakiegoś miejsca pod jego gardłem.
Dreyfus przedstawił się i zaprowadził Ultrasa do przedziału mieszkalnego kutra.
– Czy mogę coś zaproponować?
– Jest pan w stanie przeprowadzić dializę krwi?
– Obawiam się, że nie.
– Wielka szkoda. Mój statek ma kłopoty z eliminowaniem kwasów powstających wskutek zmęczenia. Podejrzewam, że powinienem wymienić filtr, ale nie mam niestety czasu na powrót do centralnego punktu obsługi.
– Może więc kawę?
– Podziękuję, prefekcie. A zatem, w sprawie tego niezręcznego tematu, który zamierzamy omówić…
– Dziewięćset sześćdziesiąt ofiar. To już nawet nie jest niezręczność. Ci ludzie nie znajdowali się w obrębie mojego zainteresowania, kapitanie, a to znaczy, że byli porządnymi osobami, próbującymi wieść spokojne życie i nikomu nie wadzić. Nie przeżył nikt.
– Przykro mi z powodu ich śmierci. Naprawdę. My też mamy dusze, prefekcie Dreyfus. Mamy sumienia. Ale zapewniam, że to nie to, na co wygląda.
– Nie interesuje mnie żaden statek poza „Akompaniamentem cieni”.
Serafin dotknął dłonią ścianki maski, jakby dokonywał nieznacznych poprawek w ustawieniach urządzenia.
– Czy rozważał pan możliwość, że tę zbrodnię popełnił ktoś inny? Ktoś, kto zniknął, rzucając jednocześnie podejrzenie na niewinną załogę?
– Zarówno moja szefowa, jak i ja dalibyśmy wszystko, by móc nie wchodzić w drogę Ultrasom. Uszkodzenia na Ruskin-Sartorious mogły jednak powstać tylko w jeden sposób. Wskutek działania promienia wylotowego napędu Hybrydowców.
– Wykluczyliście już inne możliwości? Na przykład atak jakąś bronią?
– Nie istnieje broń, która mogłaby tego dokonać.
– Może istnieje, tylko jeszcze jej nie znamy. Nikt przecież nie zaprzeczy, że w przeszłości powstawało wiele strasznych maszyn – potwornych, niszczycielskich – niektóre mogły przetrwać do naszych czasów. Wszyscy słyszeliśmy pogłoski o broni klasy Piekło.
– Serafinie, jestem prefektem – powiedział cierpliwie Dreyfus. – Zajmuję się faktami, nie pogłoskami. I nie muszę szukać żadnych legendarnych broni z ciemnych wieków. Mam dowód na działanie silnika. Więcej mi nie trzeba.
– Nadal uważam, że to jakaś pomyłka. Żadna z załóg nie dopuściłaby się czegoś podobnego.
– Nawet gdyby coś poszło nie tak w interesach?
– Mściwość to dziecinna motywacja, prefekcie Dreyfus. My nie jesteśmy dziećmi.
– No dobrze. A teoria wypadku?
– Napęd Hybrydowców nie może się włączyć ot tak, sam z siebie.
– Świetnie. Zatem ktoś go musiał uruchomić. Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy.
– Niczego nie wyjaśniliśmy. Czego pan ode mnie oczekuje?
– Chcę, by uniemożliwił pan „Akompaniamentowi cieni” opuszczenie Roju. To punkt pierwszy. Punktem drugim będzie uniemożliwienie jego załodze ucieczki ze statku. Punkt trzeci będzie polegać na użyciu pańskich wpływów i doprowadzeniu kapitana przed oblicze sprawiedliwości.
– Sporo tych punktów, prefekcie.
– Taka praca.
– A jeśli odmówię?
– Będziemy zmuszeni przyjrzeć się naszym umowom handlowym, kapitanie. W Migotliwej Wstędze istnieje dziesięć tysięcy habitatów gotowych do prowadzenia interesów. Ale bez naszego błogosławieństwa nie porozmawiacie z żadnym z nich.
– Znaleźlibyśmy jakiś sposób.
– Nie wątpię. Ale chciałbym zobaczyć, jak będą się wówczas kształtować wasze dochody. Wyobrażam sobie, że dla człowieka o pańskiej pozycji nie byłoby to zbyt przyjemne.
– Proszę nie posuwać się do gróźb, prefekcie – rzucił kapitan.
– Dlaczego nie?
– Ponieważ wy potrzebujecie nas o wiele bardziej niż my was.
***
Mimo że ścianka wejściowa była przejrzysta, Sparver zapukał, zanim wszedł do biura Thalii. Jako zastępca prefekta trzeciego stopnia – co oznaczało, że od uzyskania statusu prefekta polowego dzielił go już tylko jeden szczebel drabinki – Sparver był dwa stopnie starszy od niej. Mógłby więc wchodzić bez zapowiedzi, jak zapewne uczyniłby Dreyfus. Niemniej, odkąd Thalia dołączyła do zespołu, Sparver przez cały czas traktował ją jak równą sobie. Jako córka Jasona Ng i tak miała na głowie wiele problemów, więc nie chciał dokładać jej nowych, popisując się swoją przewagą, zwłaszcza że sam był jeszcze zastępcą.
– Szef nie daje wytchnienia, co? – zagaił, gdy Thalia oderwała wzrok od pracy.
– Nie ma na to rady. – Upiła łyk kawy i przetarła oczy. – Sprawa Perigal była priorytetowa jeszcze przed tą sytuacją z Ruskin-Sartorious. Ale cieszę się, że tym razem Dreyfus zaufał mi na tyle, by powierzyć mi je obie.
Sparver stanął przy jej konsoli i przejrzał informacje pojawiające się na licznych wyświetlaczach. Thalia często kpiła ze swoich umiejętności szybkiego czytania, ale jej wskaźnik Klausnera był i tak o wiele wyższy niż jego.
– Szef ufa ci od początku. Tym zupełnie nie musisz się przejmować.
– Ale zdarzają mu się chwile zwątpienia.
– Dlaczego tak mówisz?
Thalia zatrzymała wyświetlacze.
– Nie byłoby od rzeczy, gdyby zabrał mnie na Ruskin-Sartorious. Znam architekturę rdzeni lepiej niż ktokolwiek inny.
– Byłaś przecież zajęta.
– Teraz jestem zajęta jeszcze bardziej. To żaden argument.
– Dreyfus wiedział, że poradzę sobie z rdzeniem – zauważył Sparver. – Gdybyśmy natrafili na coś trudniejszego, wzięłabyś kuter i dołączyła do nas po godzinie.
– Pewnie tak.
– Posłuchaj, Thalia. Szef ma o tobie bardzo dobre zdanie. Może tego nie okazuje, ale on już taki jest. Gdyby cię nie cenił, to nie wziąłby cię do zespołu. Możesz mi wierzyć.
– Martwię się po prostu tym, że on uważa, że nie pracuję na sto procent.
– Powiedział ci coś takiego?
– Nie, w zasadzie to nie. – Thalia zmarszczyła brwi.
– Sama widzisz.
– Ale i tak nie rozumiem, dlaczego nie wziął mnie do Bańki.
– Dlatego że to była potencjalnie niebezpieczna operacja.
– Bardziej niebezpieczna od wprowadzenia blokady?
– Potencjalnie. Skoro komuś tak bardzo zależało na zniszczeniu tego habitatu, to równie dobrze mógł wykryć tam obecność prefektów i wrócić.
– Nic takiego się nie stało.
– To nie ma znaczenia. Dreyfus nie zabrał cię ze sobą – poza tym, że nie chciał cię odrywać od innych zajęć – dlatego, że nie chciał ryzykować życia jednego ze swoich najlepszych zastępców. Blokada to co innego. Tam musiałaś być. Ale tym razem? Według mnie szef postąpił słusznie. I to nie ma nic wspólnego z twoją wydajnością ani zdolnościami.
Thalia spojrzała niepewnie.
– Dla ciebie to pewnie głupie wątpliwości.
– Wcale nie. Kiedy zacząłem z nim pracować, całymi miesiącami zastanawiałem się, co ja, do cholery, robię nie tak. Nie pochwalił mnie ani razu. Potem, stopniowo, zrozumiałem: pochwałą jest to, że Dreyfus nie wyrzuca cię z zespołu.
– Ale teraz jest już inaczej… prawda?
– Nie do końca. Owszem, od wielkiego dzwonu rzuca mi słowo zachęty, ale poza tym traktuje mnie dokładnie tak samo jak ciebie.
– Ja tego tak nie widzę.
– Dlatego że wciąż jesteś nowa. Kiedy dochrapię się polowego, przeniosą mnie do innego wydziału, a ty wskoczysz na moje miejsce. Wtedy Dreyfus przyprowadzi kogoś nowego, kto będzie się czuł podobnie jak ty w tej chwili.
Thalia obejrzała się przez ramię na ściankę wejściową.
– Sparver, czy ty go lubisz?
– W Panoplii nie ma nikogo, z kim wolałbym pracować.
– Nie o to pytałam.
– Wiem, ale to była moja odpowiedź. – Rozłożył ręce. – Thalia, jestem hiperświnią. Są prefekci, którzy z tego powodu nie patrzą mi nawet w oczy. A Dreyfus chciał właśnie mnie. Może i jest mało komunikatywny i zamknięty w sobie, ale za to jedno zawsze będę mu wdzięczny.
– Mnie też nie wszyscy tolerują – zauważyła Thalia.
– I widzisz. Oboje mamy u szefa dług. No dobrze, może oddasz mi trochę tej swojej pracy. Pomogę ci.
– Nie musisz tego robić.
– I wcale nie twierdzę, że znam się na symulacjach poziomu beta równie dobrze jak ty. Pomyślałem jednak, że może masz do przeprowadzenia jakieś bardziej rutynowe testy. Zająłbym się nimi, a ty z wolną głową zajęłabyś się poważniejszymi sprawami.
– Skoro naprawdę chcesz… – Thalia z powrotem położyła ręce na konsoli. – Przepuściłam wszystkie dwanaście odzyskanych symulacji przez standardowe algorytmy odzyskiwania. Skorzystałam z protokołów Tianjun. Pięć lub sześć z nich to raczej beznadziejne przypadki, ale żeby mieć absolutną pewność, muszę przeprowadzić drugą serię testów.
– Zapewne tym razem użyjemy protokołów Lisichansk? – Sparver pokiwał głową.
– Nie sądzę, żebyśmy otrzymali inne wyniki. Jeśli Tianjun nie doprowadził do stabilnego wywołania, Lisichansk raczej też nie pomoże. Nie chciałabym jednak niczego zaniedbać.
– Zaraz się do tego zabiorę.
– Dzięki, Sparver.
– Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić?
Thalia spuściła wzrok na swoje dłonie, wciąż leżące na konsoli.
– W zasadzie tak. Ale to prośba innego rodzaju.
– Słucham.
– Niedługo po przystąpieniu do zespołu pytałam cię, co spotkało Dreyfusa. Dlaczego jest taki, jaki jest.
– Chyba pamiętam.
– Powiedziałeś wtedy, że sam jeszcze wszystkiego nie wiesz, ale że pewnego dnia zdradzisz mi to, czego się domyślasz.
– Owszem – przyznał.
– Sparver, od tamtej pory minęło pięć lat. Chyba możesz już uchylić rąbka tajemnicy.
– Nie pytałaś innych?
– Jeśli nie zauważyłeś, rzadko zajmuję się plotkami.
– Prawda. A sprawdzałaś w Turbinach?
– Nie chciałam grzebać za jego plecami.
– Ale chcesz zapytać mnie i nie wydaje ci się to niestosowne.
– To co innego. – Spojrzała ostrzegawczo. – Ciebie pytam jako przyjaciela. Co mu się stało?
Sparver poczuł, jak jego opór słabnie. Obiecał jej i nie mógł cofnąć danego słowa, choć do dziś miał nadzieję, że zapomniała.
– Nie chodzi o to, co stało się jemu. Rzecz w tym, co spotkało bliską mu osobę. Nazywała się Valery Chapelon.
Od razu zauważył, że to nazwisko nic Thalii nie mówi.
– Była jego żoną?
Sparver przytaknął, choć miał wrażenie, że zdradza zaufanie przełożonego.
– No więc? Co się wydarzyło? – naciskała.
– To miało miejsce jedenaście lat temu. Teraz spytaj sama siebie, od jak dawna Jane Aumonier jest w obecnym stanie. Powinnaś zrozumieć od razu.
Wyraz twarzy dziewczyny zmienił się niemal natychmiast.
***
Jane Aumonier unosiła się w pozbawionej ciążenia sali z rękoma splecionymi na piersi. Brodę zadarła wysoko. Rzuciła mu uważne spojrzenie.
– Wróciłeś szybciej, niż się spodziewałam – zauważyła, gdy smycz zatrzymała Dreyfusa w bezpiecznej odległości.
– Na szczęście nie z pustymi rękoma.
– O ile się nie mylę, wyraźnie prosiłam, żebyś nie nawiązywał kontaktu.
– Nie miałem innej możliwości. Nie przekroczyłem granicy Roju, ale rozmawiałem z kimś, kto twierdzi, że jest przedstawicielem ich wszystkich.
– Rozumiem więc, że rozmawiałeś z kapitanem portu?
– Nie wiedziałem, że się znacie.
– Rozmawialiśmy dawno temu. Raz lub dwa. Nigdy osobiście. Dość podejrzana osobistość, ale wolę mieć do czynienia z nim niż z większością jego poprzedników. Odniosłam wrażenie, że jest otwarty na rozsądną dyskusję.
Gdyby Dreyfus nie szybował swobodnie na lince, zapewne przestąpiłby niepewnie z nogi na nogę.
– Miejmy nadzieję.
Nagle na zwykle kamiennej twarzy Aumonier odmalował się niepokój.
– Chyba go za bardzo nie przycisnąłeś, prawda?
– Nie miałem czasu na uprzejmości. Kiedy rozejdzie się informacja, że Ultrasi palą habitaty, Serafin i jego przyjaciele będą mieli na karku poważniejsze problemy niż kilka moich delikatnych sugestii.
Aumonier popatrzyła na jeden ze swoich wyświetlaczy. Jej oczy zasnuła mgła: przez chwilę wydawało się, że oddaliła się ciałem i umysłem o kilka sekund świetlnych.
– Cóż, masz rację. Musimy się śpieszyć. Nadal udaje nam się ukrywać katastrofę, ale z każdą godziną w sieci pojawia się coraz więcej pytań. Inne habitaty już podejrzewają, że mogło się stać coś złego. To tylko kwestia czasu, zanim ktoś postanowi sprawdzić na własne oczy albo przyśle pytanie, na które nie uda się nam przekonująco odpowiedzieć.
– I co wtedy?
– Wtedy nasze życie nabierze wreszcie rumieńców – odpowiedziała Aumonier ponuro.
– Dlatego właśnie jestem zadowolony, że rozmawiałem z nim twardo. Jeśli Serafin rzeczywiście jest tak rozsądny, jak mówisz, może coś osiągniemy.
– Igramy z ogniem, Tom.
– Nie my ustalaliśmy zasady tej gry – przypomniał. – Poza tym za to nam płacą.
Naczelna prefekt umilkła. Dreyfus pomyślał, że skończyła już spotkanie i że znów skupiła uwagę na swym plującym informacjami panelu. Że zapomniała o jego obecności. Bywało tak w przeszłości i nigdy nie czuł się tym urażony. Gdy się jednak odezwała, uświadomił sobie, że po prostu zbierała odwagę, by powiedzieć coś bolesnego.
– Tom, jest coś, o czym powinieneś wiedzieć. Chodzi o Skarabeusza.
– Dobre wieści? – spytał, mimo że ton jej głosu wskazywał na coś odwrotnego.
– Nie, nie dobre. Nadal nie mamy pojęcia o jego możliwościach, a według mnie to samo w sobie podpada pod kategorię złych wiadomości.
– Mów dalej, proszę.
– Wiesz, co mnie najbardziej martwi? Nie to, że może już nigdy tego ze mnie nie zdejmą. Wierzę w ich umiejętności, pewnie nawet bardziej niż oni sami. Zespół Demichowa to najlepsi fachowcy, jakich mogłam sobie wymarzyć.
– Co więc cię niepokoi? – spytał łagodnie Dreyfus.
– To, że już nigdy nic mi się nie przyśni. Co się dzieje z człowiekiem, który nie śni od jedenastu lat, Tom? Czy ktokolwiek to wie?
– Jestem przekonany, że to się kiedyś zmieni.
– Pewności jednak nie ma. Co, jeśli odpowiedzialne za marzenia senne części mojego mózgu zanikły wskutek nieużywania? Albo jeśli przejęły już funkcje jakiegoś innego obszaru? Wiesz, to się zdarza. Połączenia w mózgu nieustannie się przeobrażają.
– Będziesz jeszcze śnić, zobaczysz – powiedział, jakby to mogło jej wystarczyć.
Aumonier znów zamilkła na chwilę.
– Niedawno wewnątrz Skarabeusza zaszła zmiana. Kilka elementów się przesunęło. Nawet ja to poczułam. Nie wiedzą, co o tym myśleć.
– Wydawało mi się, że Demichow mówił, że już rozpracowali jego budowę?
– Tego nigdy nie powiedział. Tyle tylko że wiedzą dostatecznie wiele, by pewnego dnia go ze mnie zdjąć.
