Przebudzenie Aurory - Alastair Reynolds - ebook

Przebudzenie Aurory ebook

Alastair Reynolds

0,0
59,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Tom Dreyfus jest prefektem, jednym z oficerów organizacji policyjnej o nazwie Panoplia. Jego rewirem jest Migotliwa Wstęga – olbrzymi wir kosmicznych habitatów orbitujących wokół planety Yellowstone, rojnego ośrodka międzygwiezdnego imperium rozciągającego się na wiele światów.

Najnowsza sprawa: dochodzenie w sprawie zabójczego ataku na jeden z habitatów, na którym zginęło ponad dziewięciuset ludzi. W trakcie śledztwa natrafia na trop sprawy o wiele poważniejszej niż masowe morderstwo – sekretnego spisku zawiązanego przez tajemniczą istotę, dążącą do przejęcia całkowitej władzy nad Migotliwą Wstęgą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 676

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Aurora Rising

Copy­ri­ght © 2007 by Ala­stair Rey­nolds Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Paweł Matu­szek Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Urszula Okrzeja, Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Chris Moore Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-68591-74-3

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Mamie i tacie,za czter­dzie­ści lat miło­ści i wspar­cia

Jeden

Tha­lia Ng poczuła, że wraca jej waga. Winda pędziła z doku w dół, wzdłuż osi habi­tatu. Pozwo­liła sobie wylą­do­wać nogami na pod­ło­dze, sta­ra­jąc się wyczuć moment, w któ­rym zwięk­sza­jące się cią­że­nie osią­gnie stan­dar­dowe 1 g. Miała nadzieję, że osie­dle nie okaże się jed­nym z tych, na któ­rych panuje pury­tań­sko wysoka gra­wi­ta­cja. Nie­któ­rzy sądzili, że mozolne cho­dze­nie pod naci­skiem 2 g jest z jakie­goś powodu moral­nie chwa­leb­nym wyczy­nem. Pas, na któ­rym wisiały pso­bat dziew­czyny i jej narzę­dzia do ana­lizy rdze­nia wybor­czego, już teraz zaczy­nał nie­przy­jem­nie cią­żyć.

– Tha­lia – ode­zwał się cicho Drey­fus, gdy winda zwol­niła i się zatrzy­mała. – Spró­buj aż tak bar­dzo nie oka­zy­wać po sobie zde­ner­wo­wa­nia.

– Prze­pra­szam, pre­fek­cie. – Wygła­dziła rąbek bluzy.

– Jestem pewien, że świet­nie sobie pora­dzisz.

– Żałuję, że nie mie­li­śmy wię­cej czasu. Nie zdą­ży­łam prze­czy­tać wszyst­kich mate­ria­łów o Domu Peri­gal. Przy­da­łoby mi się to.

– O celu podróży zosta­łaś poin­for­mo­wana zaraz po opusz­cze­niu Pano­plii.

– To było led­wie godzinę temu.

Przyj­rzał się jej, mru­żąc leni­wie prawe oko.

– Jaki masz wskaź­nik pręd­ko­ści czy­ta­nia?

– Trzy. Nic szcze­gól­nego.

Drey­fus upił łyk z bańki kawy, którą zabrał ze statku. Wywo­łała ją dla niego Tha­lia: napój był czarny jak smoła, dokład­nie taki, jaki lubił jej szef.

– Czyli ten plik rze­czy­wi­ście musiał być nie­mały.

– Ponad tysiąc aka­pi­tów.

– Cóż, nie musisz wie­dzieć nic ponad to, czego dowie­dzia­łaś się na szko­le­niu.

– Mam nadzieję. Tak czy ina­czej, nie mogłam się oprzeć wra­że­niu…

– Tak? – spy­tał łagod­nie Drey­fus.

– W tych aktach bar­dzo czę­sto poja­wia się pań­skie nazwi­sko.

– Cóż, Caitlin Peri­gal i ja spo­tka­li­śmy się już kilka razy w prze­szło­ści. – Uśmiech­nął się chłodno. – Zwy­kle w nie­zbyt przy­ja­ciel­skich oko­licz­no­ściach. Jestem prze­ko­nany, że nie omieszka mi o tym przy­po­mnieć.

– Tak, tego możemy być pewni – ode­zwał się Spa­rver, drugi z zastęp­ców pre­fekta.

Drey­fus lekko zaci­snął grube palce na ramie­niu Tha­lii.

– Pamię­taj po pro­stu, że zna­la­złaś się tu w jed­nym celu, masz zabez­pie­czyć dowody. Wszyst­kim innym zaj­miemy się ja i Spa­rver.

Gdy drzwi windy odsu­nęły się na bok, fala gorąca i wil­goci ude­rzyła ich niczym mokra dłoń. Wszę­dzie jak okiem się­gnąć uno­siły się kłęby pary. Stali przy wej­ściu do olbrzy­miej jaskini, wyku­tej we wnę­trzu kamien­nego koła habi­tatu. Więk­szość powierzchni zaj­mo­wały wypeł­nione wodą baseny, umiesz­czone na róż­nych pozio­mach i połą­czone prze­myśl­nym sys­te­mem kana­łów i śluz. Miesz­kańcy kąpali się w nich, pły­wali lub bawili się w roz­ma­ite gry. Prze­waż­nie nago. Zoba­czyli stan­dar­do­wych, nie­zmo­dy­fi­ko­wa­nych ludzi oraz osoby, które bar­dzo się od nich róż­niły budową. Zauwa­żyli też poły­sku­jące posta­cie, które w ogóle nie były ludźmi.

Drey­fus wydo­był z kie­szeni bluzy parę gru­bych, nie­zgrab­nych oku­la­rów i wytarł ciemne szkła w rękaw. Tha­lia poszła za jego przy­kła­dem i zało­żyła wła­sne, kon­cen­tru­jąc się na zmia­nach w oto­cze­niu, jakie po tym nastą­piły. Wielu z nagich ludzi miało teraz na sobie maski lub byli ubrani czy przy­naj­mniej czę­ściowo prze­sło­nięci migo­tli­wymi, barw­nymi kwa­dra­tami albo pękami koły­szą­cych się sen­nie piór. Nie­któ­rzy przy­brali też inne kształty i roz­miary. Kilku nie­mal zni­kło, ale oku­lary pozwa­lały dostrzec ich pul­su­jące zarysy. Wysoko nad nimi maja­czyły świe­tli­ste, roz­ga­łę­zione struk­tury – Tha­lia nie była pewna, czy są to rzeźby, czy też jakaś forma wizu­ali­za­cji danych potrzeb­nych do roz­gry­wa­nej w base­nie gry.

– Oho, komi­tet powi­talny – zauwa­żył Drey­fus.

Coś rze­czy­wi­ście się do nich zbli­żało. Po suchej, wiją­cej się mię­dzy base­nami ścieżce kro­czyła para kształt­nych, oble­czo­nych w poń­czo­chy, kobie­cych nóg, na któ­rych spo­czy­wała taca z roz­ma­itymi napo­jami. Obcasy stu­kały o pod­łoże, stopy wysu­wały się kolejno, jedna przed drugą, z neu­ro­tyczną wręcz pre­cy­zją. Płyny w szkla­necz­kach nawet nie falo­wały.

Tha­lia się­gnęła do pasa.

– Spo­koj­nie – szep­nął Drey­fus.

Ser­wi­tor zatrzy­mał się przed nimi.

– Witam w imie­niu Domu Peri­gal, pre­fekci – ode­zwał się wyso­kim gło­sem. – Czy mogę zapro­po­no­wać coś do picia?

– Dzięki – odparła Tha­lia. – Powin­ni­śmy już…

Drey­fus odło­żył bańkę z kawą i zawie­sił rękę nad tacą.

– Co pole­casz?

– Ten czer­wony jest zno­śny.

– A zatem czer­wony. – Wziął szklankę i uniósł ją do warg, na tyle, by poczuć aro­mat.

Tha­lia także się poczę­sto­wała. Wstrzy­mał się jedy­nie Spa­rver: meta­bo­lizm hiper­świni nie radził sobie z alko­ho­lem.

– Pro­szę za mną, zapro­wa­dzę was do matriar­chy.

Poszli za robo­tem przez jaski­nię, mija­jąc kolejne baseny. Tuż po przy­by­ciu nikt nie zwró­cił na nich więk­szej uwagi, teraz jed­nak nie mieli już tego luk­susu. Dziew­czyna wyraź­nie czuła na karku łasko­ta­nie nie­spo­koj­nych, obcych spoj­rzeń.

Wspięli się ku jed­nemu z wyżej poło­żo­nych base­nów. Cztery deko­ra­cyjne żela­zne ryby pluły do niego wodą z otwar­tych pysków. Wewnątrz, zanu­rzone po pierś w won­nej pia­nie, pła­wiły się trzy doro­słe osoby. Dwóch męż­czyzn i Caitlin Peri­gal. Tha­lia znała jej twarz ze zdję­cia w aktach. Matriar­cha miała musku­larne ramiona, zwę­ża­jące się ku ele­ganc­kim dło­niom i wypo­sa­żo­nym w błonę pławną pal­com o paznok­ciach barwy zie­lo­nego kwasu. Jej włosy zdo­biło pawie pióro. Wokół głowy kobiety doka­zy­wały, brzę­cząc skrzy­dłami, zie­lone nimfy i satyry.

– Pre­fekci – przy­wi­tała się gło­sem zmięk­czo­nym po zaży­ciu nad­cie­kłego helu.

– Matriar­cho Peri­gal – odpo­wie­dział Drey­fus, który zatrzy­mał się kilka cen­ty­me­trów od brzegu basenu. – Są ze mną moi zastępcy: Spa­rver Ban­cal i Tha­lia Ng. My się już znamy.

Peri­gal zwró­ciła się sen­nie ku dwójce swych towa­rzy­szy.

– Ten ospały gru­bas to Tom Drey­fus – wyja­śniła.

Jeden z nich – ary­sto­krata o dłu­gich, bia­łych wło­sach – przyj­rzał się Drey­fu­sowi badaw­czo zim­nymi, sza­rymi oczyma. Przy­sła­nia­jące jego nagość pióra ukła­dały się we wzory przy­po­mi­na­jące maź­nię­cia pędzla mala­rza impre­sjo­ni­sty.

– Czyż­byś miała już kie­dyś przy­jem­ność go spo­tkać, Caitlin?

Peri­gal poru­szyła się gwał­tow­niej, wzbu­rza­jąc wodę umię­śnio­nym, chwyt­nym ogo­nem wsz­cze­pio­nym w miej­sce nóg. Tha­lia musnęła prze­łącz­nik z boku oku­la­rów, by spraw­dzić, czy ogon nie jest halu­cy­na­cją.

– Mam wra­że­nie, że życiową misją Drey­fusa jest wyszu­ki­wa­nie dzi­wacz­nych krucz­ków praw­nych, któ­rymi mnie potem nęka – rzu­ciła Peri­gal.

Pre­fekt wciąż patrzył nie­po­ru­szony.

– Wyko­nuję tylko swoje obo­wiązki. To nie moja wina, że bez prze­rwy przy­spa­rzasz mi pracy.

– I teraz też ci jej przy­spo­rzy­łam, prawda?

– Na to wygląda. Przy oka­zji, ładny ogon. Co się stało z nogami?

Peri­gal ski­nęła ku kro­czą­cej tacy.

– Nie roz­sta­łam się z nimi zupeł­nie. Świetny temat do roz­mów na przy­ję­ciach.

– Co kto lubi.

– Tak, zwy­kle kie­ruję się tą zasadą. – Peri­gal pochy­liła się i cią­gnęła już ostrzej­szym gło­sem: – Cóż, uprzej­mo­ści mamy chyba za sobą. Prze­pro­wadź­cie swoją kon­trolę, zrób­cie, co musi­cie, a potem wyno­ście się do dia­bła z mojego habi­tatu.

– Nie przy­le­cie­li­śmy tu na kon­trolę – odparł Drey­fus.

Tha­lia spięła się wbrew sobie. Nade­szła chwila, na którą od dawna skry­cie cze­kała i któ­rej się jed­no­cze­śnie oba­wiała.

– Więc po co? – spy­tała Peri­gal.

Drey­fus wycią­gnął z kie­szeni bluzy doku­ment, uniósł kartkę i lekko zmru­żył oczy. Nim zaczął czy­tać, rzu­cił prze­lotne spoj­rze­nie na Tha­lię i Spa­rvera.

– Caitlin Peri­gal, jako matriar­cha tego habi­tatu jesteś oskar­żona o naru­sze­nie pro­cesu demo­kra­tycz­nego, co sta­nowi prze­stęp­stwo kate­go­rii pią­tej. W szcze­gól­no­ści cho­dzi o inge­ren­cję w sys­tem wybor­czy z zamia­rem odnie­sie­nia korzy­ści wła­snej.

Peri­gal wymam­ro­tała coś nie­wy­raź­nie, jej policzki zaru­mie­niły się z obu­rze­nia. Drey­fus uci­szył ją, pod­no­sząc rękę, i czy­tał dalej.

– Twój habi­tat ma zostać zamknięty na czas docho­dze­nia. Fizyczna komu­ni­ka­cja mię­dzy Domem Peri­gal a resztą układu, wli­cza­jąc w to Chasm City, zostaje zawie­szona. Nie zezwala się rów­nież na jakie­kol­wiek trans­mi­sje danych, w któ­rą­kol­wiek stronę. Wszel­kie próby zła­ma­nia powyż­szych sank­cji będą skut­ko­wać uży­ciem siły. Decy­zja jest osta­teczna i wią­żąca. – Opu­ścił kartkę. – Blo­kada wcho­dzi w życie ze skut­kiem natych­mia­sto­wym.

Zapa­dła nie­spo­kojna cisza, mącona jedy­nie przez nikły chlu­pot wody w base­nie.

– To jakiś żart, prawda? – ode­zwał się wresz­cie sza­ro­oki męż­czy­zna, spo­glą­da­jąc z nadzieją na Peri­gal. – Powiedz, pro­szę, że to żart.

– A więc do tego już doszło – ode­zwała się matriar­cha. – Drey­fus, zawsze wie­dzia­łam, że jesteś bydlę, ale nie podej­rze­wa­łam, że upad­niesz aż tak nisko.

Pre­fekt odło­żył doku­ment.

– Tu znaj­dziesz pod­su­mo­wa­nie wysu­nię­tych prze­ciwko tobie zarzu­tów. Moim zda­niem mucha nie siada, ale ja jestem tylko pro­stym funk­cjo­na­riu­szem. – Uniósł palec do brody, jakby wła­śnie sobie o czymś przy­po­mniał. – A teraz popro­szę cię o nie­wielką przy­sługę.

– Ty naprawdę osza­la­łeś!

– Nadaj, z łaski swo­jej, prio­ry­te­towy komu­ni­kat do wszyst­kich swo­ich oby­wa­teli i gości. Poin­for­muj ich o blo­ka­dzie i o tym, że stracą kon­takt z resztą wszech­świata. Przy­po­mnij im rów­nież, że taki stan może trwać do stu lat. Jeśli więc mają jakie­kol­wiek wia­do­mo­ści dla swo­ich bli­skich znaj­du­ją­cych się poza habi­ta­tem Domu Peri­gal, na ich wysła­nie zostało im sześć­set sekund.

Drey­fus zwró­cił się ku Tha­lii i Spa­rve­rowi i ode­zwał się ciszej, choć nie tak, by nie usły­szała go matriar­cha.

– Zastępcy, wie­cie co robić. Jeśli kto­kol­wiek spró­buje wam prze­szko­dzić lub odmówi współ­pracy, może­cie prze­pro­wa­dzić natych­mia­stową euta­ni­za­cję.

***

Trans­por­ter poru­szał się szybko, jego pręd­kość rów­no­wa­żyła odśrod­kową gra­wi­ta­cję powoli obra­ca­ją­cego się koła osie­dla. Pogrą­żona w myślach Tha­lia sie­działa obok Spa­rvera.

– To nie jest uczciwe – ode­zwała się.

– Co takiego?

– Mam na myśli los tych wszyst­kich ludzi, któ­rzy tu przy­pad­kiem utknęli. Część z nich zapewne tylko kogoś odwie­dzała…

– Cza­sami tak jest, że nie­uczciwe roz­wią­za­nie pozo­staje jedy­nym moż­li­wym posu­nię­ciem.

– Ale odcię­cie od reszty Migo­tli­wej Wstęgi, od Yel­low­stone, od przy­ja­ciół i rodzin, od abs­trak­cji, od pro­gra­mów medycz­nych… Nie­któ­rzy mogą tu umrzeć, zanim znie­siemy blo­kadę.

– Mogli się wcze­śniej nad tym zasta­no­wić. Jeśli ktoś nie chce się dać zła­pać w blo­kadę, powi­nien sie­dzieć we wła­snym habi­ta­cie.

– To, co mówisz, jest bez­duszne.

– Chcieli się dobrać demo­kra­cji do dupy. Nie zmar­twię się, jeśli teraz to demo­kra­cja zaj­rzy im do zadków.

Tha­lia poczuła powra­ca­jące cią­że­nie. Zbli­żali się do celu i pojazd zwol­nił. Wysie­dli i zna­leźli się w kolej­nej jaskini, mniej­szej i jaśniej­szej od poprzed­niej. Tym razem posadzka była wyło­żona czarno-bia­łymi, wypo­le­ro­wa­nymi do poły­sku płyt­kami. Z otworu pośrodku pomiesz­cze­nia wzno­sił się cylin­der o śred­nicy pnia drzewa, zakoń­czony iglicą się­ga­jącą nie­mal do stropu. Na jego czar­nej powierzchni migo­tały sym­bole, sche­ma­tycz­nie repre­zen­tu­jące prze­pływ stru­mieni danych: plą­ta­nina zmie­nia­ją­cych się co chwila czer­wo­nych i nie­bie­skich linii. Wokół kolumny wiły się spi­ralne, pozba­wione porę­czy schody, pro­wa­dzące do przy­po­mi­na­ją­cych ucięte gałę­zie por­tów inter­fejsu.

Męż­czy­zna w beżo­wym mun­du­rze – tech­nik lub straż­nik – stał na dole. Jego obli­cze wyglą­dało jak stu­dium podejrz­li­wo­ści.

– Nie zbli­żaj­cie się – rzu­cił.

– Czy Peri­gal nie poin­for­mo­wała was, że jeste­śmy w dro­dze i że nie należy nam prze­szka­dzać? – odparł Spa­rver.

– To pod­stęp. Jeste­ście agen­tami Domu Can­ta­rini.

Spa­rver rzu­cił mu roz­ba­wione spoj­rze­nie.

– Czy ja naprawdę wyglą­dam na agenta Domu Can­ta­rini?

– Agen­tem może być każdy.

– Jestem hiper­świ­nią. Myślisz, że wysła­liby aku­rat kogoś takiego?

– Nie wolno mi ryzy­ko­wać. Jeśli choć dotknie­cie tego rdze­nia, stracę pracę, opi­nię, wszystko.

– Pro­szę się odsu­nąć – ode­zwała się Tha­lia.

– Przy­kro mi. Nie mogę was prze­pu­ścić. – Męż­czy­zna otwo­rzył dłoń i poka­zał im przy­twier­dzone do niej mato­wo­srebrne urzą­dze­nie z wid­nie­ją­cym pośrodku czer­wo­nym, wypu­kłym spu­stem. – Sys­temy obronne w tym pomiesz­cze­niu zdą­żyły was już namie­rzyć. Nie zmu­szaj­cie mnie, bym ich użył.

– Jeśli nas zabi­jesz, Pano­plia przy­śle kolej­nych pre­fek­tów – przy­po­mniał Spa­rver.

Tha­lię zaswę­działa skóra. Czuła na sobie auto­ma­tyczny wzrok ukry­tej broni, goto­wej w każ­dej chwili posłać ją w nie­byt.

– Nie zabiję was, jeśli zawró­ci­cie i odej­dzie­cie.

– Odej­dziemy, kiedy zabez­pie­czymy dowody. – Dłoń Spa­rvera opa­dła do pasa. Odpiął ręko­jeść pso­bata i mach­nął nią, roz­wi­ja­jąc włókno na całą dłu­gość. Gdy dotknęło pod­łogi, roz­legł się suchy trzask.

– Ma rację – rzu­ciła Tha­lia, usil­nie sta­ra­jąc się powstrzy­mać drże­nie głosu. – Jeste­śmy z Pano­plii.

– Pro­szę. – Palec męż­czy­zny w mun­du­rze pie­ścił spust. – By ochro­nić rdzeń, zro­bię wszystko.

Spa­rver wypu­ścił pso­bat z ręki. Ręko­jeść pozo­stała na wyso­ko­ści jego pasa, zwi­nięty koniec zesztyw­nia­łego włókna oparł się na pod­ło­dze jak ogon węża. Czarna główka zako­ły­sała się niczym wypa­tru­jąca ofiary kobra. Po chwili obró­ciła się i wymie­rzyła w straż­nika.

Na jego grdyce zaja­śniał czer­wony punk­cik.

– Odpo­wiedz mi na jedno pyta­nie – powie­dział Spa­rver. – Jak bar­dzo jesteś przy­wią­zany do swo­ich pal­ców?

Męż­czy­zna zaczerp­nął głę­boko powie­trza i wstrzy­mał oddech.

– Pso­bat już cię namie­rzył – cią­gnął pre­fekt. – Jeśli wyczuje wro­gie zamiary – a jest w tym naprawdę dobry – rzuci się na cie­bie szyb­ciej, niż impuls ner­wowy dotrze do two­jej ręki. A potem użyje ostrej kra­wę­dzi włókna, by zro­bić coś wyjąt­kowo paskud­nego.

Tech­nik otwo­rzył usta, by coś powie­dzieć, ale wydał z sie­bie jedy­nie suche chrząk­nię­cie. Po chwili roz­warł obie dło­nie, roz­ca­pie­rza­jąc palce naj­sze­rzej, jak potra­fił.

– Słuszna decy­zja – pochwa­lił Spa­rver. – A teraz, nie zmie­nia­jąc pozy­cji, odsuń się od rdze­nia.

Ski­nął na Tha­lię, by zajęła się zabez­pie­cza­niem dowo­dów. Pso­bat trwał przy jego boku, pła­skim koń­cem ręko­je­ści śle­dząc odcho­dzą­cego powoli od kolumny męż­czy­znę.

– Mówi wice­pre­fekt Tha­lia Ng – ode­zwała się gło­śno. – Potwier­dzić toż­sa­mość.

– Witam, wice­pre­fek­cie Ng – odpo­wie­dział rdzeń, typo­wym dla maszyn bez­pł­cio­wym gło­sem. – W czym mogę pomóc?

Tha­lia przy­po­mniała sobie jed­no­ra­zowy kod, który udo­stęp­niono jej już po tym, jak kuter opu­ścił Pano­plię.

– Potwierdź prze­ję­cie sys­te­mów zabez­pie­czeń Nar­cyz Osiem Pali­san­der.

– Prze­ję­cie zakoń­czone pomyśl­nie, wice­pre­fek­cie Ng. Dostęp na czas sze­ściu­set sekund.

– Wyłą­czyć dwu­stronny dostęp do zewnętrz­nej abs­trak­cji.

– Dostęp wyłą­czony.

Czer­wone linie znik­nęły. Na kolum­nie migo­tały już tylko nie­bie­skie sym­bole. Komu­ni­ka­cja habi­tatu ze świa­tem zewnętrz­nym została odcięta. Sia­teczka błę­kit­nych kre­sek natych­miast zgęst­niała – oby­wa­tele wpa­dli w panikę i wysy­łali do rdze­nia alar­mowe zapy­ta­nia.

Tha­lia rzu­ciła okiem na tech­nika, wciąż trzy­ma­nego w sza­chu przez pso­bat Spa­rvera. Po raz pierw­szy w życiu jego implanty zostały odcięte od bez­u­stan­nej komu­ni­ka­cji z matrycą infor­ma­cyjną spoza Domu Peri­gal. Musiał to odczuć jak opad­nię­cie ostrza gilo­tyny.

Na powrót sku­piła się na rdze­niu.

– Przy­go­to­wać trzy fizyczne kopie logów wszel­kich trans­mi­sji danych do i z habi­tatu, z okresu obej­mu­ją­cego ostat­nie tysiąc dni.

– Przy­go­to­wa­nie pakie­tów w toku. Pro­szę cze­kać.

Tha­lia unio­sła rękę do szyi i dotknęła mikro­fonu.

– Tu Tha­lia, pre­fek­cie. Wła­śnie zabez­pie­czamy dowody. Powin­ni­śmy do pana wró­cić za dzie­sięć minut.

Nie otrzy­mała odpo­wie­dzi. Cze­kała jesz­cze kilka chwil, dając Drey­fu­sowi czas na akty­wa­cję inter­komu. Bez skutku.

– Brak odzewu. – Popa­trzyła na Spa­rvera.

– Szef jest pew­nie zajęty – odparł.

– Powi­nien już odpo­wie­dzieć. Mar­twię się. Może lepiej będzie, jeśli tam wró­cimy i spraw­dzimy…

– Potrze­bu­jemy tych danych, Tha­lia. Za pięć minut stra­cisz dostęp.

Miał rację. Kod był jed­no­ra­zowy – umoż­li­wiał swo­bodne korzy­sta­nie z rdze­nia przez dzie­sięć minut – nie zadziała po raz drugi.

– No szyb­ciej! – rzu­ciła maszy­nie przez zęby.

Raz jesz­cze spró­bo­wała się sko­mu­ni­ko­wać z Drey­fu­sem. Wciąż nie odpo­wia­dał. Po chwili, która wydała się jej wiecz­no­ścią, z rdze­nia wysu­nęły się dane. Tha­lia spięła razem trzy grube dys­kietki i przy­mo­co­wała je do pasa. Odnio­sła absur­dalne wra­że­nie, że czuje wagę zawar­tych w pakie­tach infor­ma­cji. Nada­nie ich tra­dy­cyj­nym prze­ka­zem zaję­łoby wiele dni.

– Skoń­czy­łaś? – zapy­tał Spa­rver.

– Mam wszystko, co trzeba. Lokal­nej abs­trak­cji nie musimy wyłą­czać.

– A jeśli spró­bują omi­nąć twoją blo­kadę?

– Zosta­nie im mar­twy rdzeń. Mie­liby szczę­ście, gdyby po czymś takim dzia­łał jesz­cze sys­tem pod­trzy­my­wa­nia życia, nie mówiąc o abs­trak­cji. – Znów zwró­ciła się do auto­matu i kazała mu zamknąć dostęp, który przed chwilą zyskała. – Już po wszyst­kim – rzu­ciła, czu­jąc nie­ocze­ki­wane ukłu­cie zawodu.

– No pro­szę. Nie było tak strasz­nie, prawda?

– Mar­twię się o szefa.

– Według mnie to po pro­stu skały blo­kują nasze sygnały. – Spa­rver uśmiech­nął się do tech­nika. – Skoń­czy­li­śmy. Mogę zaufać, że nie zro­bisz nic głu­piego, jeśli zdejmę z cie­bie pso­bat?

Męż­czy­zna prze­łknął z tru­dem ślinę i poki­wał głową.

– Rozu­miem, że to zna­czyło „tak”. – Spa­rver wycią­gnął rękę i ski­nął na swoją broń. Pso­bat mach­nął ogo­nem i jego ręko­jeść wsko­czyła w dłoń wła­ści­ciela. Włókno zasy­czało i wsu­nęło się do obu­dowy.

Spa­rver pokle­pał czule broń i zawie­sił ją u pasa.

– No to chodźmy spraw­dzić, co z sze­fem.

Gdy wró­cili do Drey­fusa, zna­leźli go sto­ją­cego nie­ru­chomo, samot­nego pośród świa­dectw nie­wy­obra­żal­nej rzezi. W jed­nej dłoni trzy­mał oku­lary, w dru­giej pso­bat.

Tha­lia ścią­gnęła swoje szkła, by zoba­czyć świat w jego real­nej postaci. Ludzie krzy­czeli, roz­py­chali się, roz­chla­py­wali wodę, by jak naj­szyb­ciej odda­lić się od pre­fekta i tego, w co się wpa­try­wał. Dwaj męż­czyźni towa­rzy­szący Caitlin Peri­gal koły­sali się bez­wład­nie w base­nie wypeł­nio­nym zabar­wioną teraz na różowo wodą. Sza­ro­oki stra­cił przed­ra­mię: leżało odcięte na mar­mu­ro­wym brzegu, oskar­ży­ciel­sko mie­rząc pal­cem w Drey­fusa. Tuż za nad­garst­kiem skóra była roz­dęta, jakby jakaś wsz­cze­piona w kość broń pró­bo­wała w ostat­niej chwili wydo­stać się na zewnątrz. Drugi z nich – trzę­sący się jak w ataku epi­lep­sji – krwa­wił z obu noz­drzy. Sze­roko otwar­tymi oczyma wpa­try­wał się w strop. Trzech lub czte­rech innych gości znaj­du­ją­cych się w pobliżu opa­try­wało rany o róż­nej głę­bo­ko­ści. Przez krew prze­le­wa­jącą się z basenu do basenu kana­li­kami i wodo­spa­dami nie można było oce­nić, ilu ludzi ucier­piało. Ser­wi­tory medyczne przy­były już na miej­sce i zajęły się naj­po­waż­niej­szymi obra­że­niami. Nawet one wyda­wały się zdez­o­rien­to­wane.

Peri­gal wciąż żyła, choć oddy­chała z tru­dem. W jej pra­wym policzku otwie­rało się głę­bo­kie roz­cię­cie, bie­gnące od kącika ust aż do ucha. Dyszała. Patrzyła zbie­la­łymi ze stra­chu i zło­ści oczyma.

– Popeł­ni­łeś błąd – szep­nęła. – Popeł­ni­łeś błąd i zapła­cisz mi za to.

Drey­fus powoli obró­cił się ku nad­cho­dzą­cym Tha­lii i Spa­rve­rowi.

– Macie pakiety?

– Tak – odparła Tha­lia, sta­ra­jąc się zacho­wać pro­fe­sjo­nalny ton, mimo że zaschło jej w gar­dle.

– Więc chodźmy. Tu nie mamy już nic do roboty.

Dwa

Drey­fus przed­ry­fo­wał pół dłu­go­ści pozba­wio­nej cią­że­nia sali, w któ­rej rezy­do­wała naczelna pre­fekt. Po chwili zabez­pie­cza­jąca smycz zatrzy­mała go w miej­scu. Jane Aumo­nier przez moment jakby nie zauwa­żała obec­no­ści gościa, wpa­try­wała się w jeden z naścien­nych wyświe­tla­czy. Drey­fus cicho odchrząk­nął.

– Jeśli chcesz mojej rezy­gna­cji, złożę ją natych­miast.

Aumo­nier obró­ciła ku niemu głowę.

– Na jakich pod­sta­wach, Tom?

– To zależy od cie­bie. Jeśli popeł­ni­łem błąd pro­ce­du­ralny albo dopu­ści­łem się nie­wła­ści­wego osądu, wystar­czy jedno słowo…

– Jeśli popeł­ni­łeś błąd, to pole­gał on jedy­nie na nie­wy­star­cza­jąco zde­cy­do­wa­nej obro­nie sie­bie i zastęp­ców. Ile w sumie osób zgi­nęło?

– Sześć – odparł Drey­fus.

– Zda­rzały się już gor­sze sytu­acje. Od początku wie­dzia­łam, że z tą Peri­gal łatwo nam nie pój­dzie. Jed­no­cy­frowa liczba ofiar jest naj­zu­peł­niej do zaak­cep­to­wa­nia. Zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę to, czego można się było tam spo­dzie­wać.

– Mia­łem nadzieję, że nie naro­bimy takiego bała­ganu.

– To Peri­gal zaczęła, nie ty.

– Tak czy ina­czej, nie sądzę, byśmy mieli ją z głowy. To, co mi powie­działa… – Drey­fus urwał; zda­wał sobie sprawę, że Aumo­nier ma i tak wiele na gło­wie, i nie chciał jej dodat­kowo obar­czać wła­snymi wąt­pli­wo­ściami. – Mam wra­że­nie, jak­bym ode­brał należny sobie dług. Pre­fekt nie powi­nien czuć cze­goś takiego.

– Wszy­scy jeste­śmy tylko ludźmi.

– W prze­szło­ści zawsze uda­wało jej się wymknąć. Albo nie byli­śmy na tyle sprytni, albo nie dość szybcy, by ją skon­tro­lo­wać, zanim dowody się przedaw­niły. Ni­gdy nie zna­leź­li­śmy niczego, co wystar­czy­łoby do wpro­wa­dze­nia stu­let­niej blo­kady.

– Tym razem też jesz­cze nie mamy takiej pew­no­ści.

– Myślisz, że znów nam się wyśliź­nie?

– To już zależy od zawar­to­ści zabez­pie­czo­nych mate­ria­łów. Chyba czas sko­rzy­stać z tej mło­dej, bystrej eks­pertki z two­jego zespołu.

– Tha­lia. Jestem pewien jej umie­jęt­no­ści.

– Więc nie masz się czego oba­wiać. Jeśli Peri­gal jest winna, blo­kada nie zosta­nie znie­siona. A jeśli niczego nie znaj­dziemy, Dom Peri­gal zosta­nie na powrót dopusz­czony do Migo­tli­wej Wstęgi, a jego miesz­kańcy odzy­skają peł­nię praw.

– Poza tą szóstką.

– Oby­wa­tele zawsze pani­kują, gdy tracą abs­trak­cję. To nie nasz pro­blem.

Drey­fus przy­glą­dał się Aumo­nier, sta­ra­jąc się odczy­tać cokol­wiek z wyrazu jej twa­rzy. Zasta­na­wiał się, co prze­oczył. Nie było do niej podobne, by musiała pytać, ile osób zgi­nęło w trak­cie ope­ra­cji; zwy­kle tego rodzaju liczby znała jesz­cze przed jego powro­tem do Pano­plii. Twarz kobiety była jed­nak – jak zawsze – nie­moż­liwą do odcy­fro­wa­nia maską. Pamię­tał jesz­cze, jak wyglą­dała, uśmie­cha­jąc się, cie­sząc lub gnie­wa­jąc, w cza­sach przed spo­tka­niem z Zegar­mi­strzem – pamię­tał, choć obrazy te przy­wo­ły­wał z coraz więk­szym tru­dem.

– Za pozwo­le­niem – pod­jął – ale jeśli nie cho­dzi o repry­mendę, to po co zosta­łem tu wezwany?

– Może chcia­łam poroz­ma­wiać? Poga­dać? Poczuć cie­pło towa­rzy­stwa dru­giego czło­wieka?

– Nie wydaje mi się.

– Coś się wyda­rzyło. Wia­do­mość dotarła do nas, gdy cie­bie nie było. Sprawa jest rów­nie deli­katna jak ta z Peri­gal, jeśli nie bar­dziej. Na doda­tek nagląca. Musimy się tym zająć natych­miast.

Drey­fus nie sły­szał przed wylo­tem, by cokol­wiek się szy­ko­wało.

– Kolejna blo­kada?

– Nie, nie­stety tym razem nie mamy już czego blo­ko­wać.

– Nie jestem pewien, czy rozu­miem.

Aumo­nier wycią­gnęła rękę ku ścia­nie i powięk­szyła jeden z wyświe­tla­czy. Poja­wiły się na nim zdję­cia sfe­rycz­nego habi­tatu – sza­rej kuli z nie­wy­raź­nymi mikro­sko­pij­nymi deta­lami na powierzchni, oto­czo­nej pasem tro­pi­kal­nych paneli sło­necz­nych i sie­cią olbrzy­mich luster roz­miesz­czo­nych nad bie­gu­nami i wokół rów­nika. Trudno było oce­nić roz­miary, choć Drey­fus wąt­pił, by śred­nica osie­dla prze­kra­czała kilo­metr.

– Nie znasz tego miej­sca. To nie­dawne zdję­cia Bańki Ruskin-Sar­to­rious, habi­tatu pią­tej klasy wiel­ko­ści, poło­żo­nego na jed­nej z zewnętrz­nych orbit. Pano­plia ni­gdy wcze­śniej nie miała z nim do czy­nie­nia.

– Co więc zro­bili teraz?

– Oto now­sze foto­gra­fie, wyko­nane trzy godziny temu.

Bańka Ruskin-Sar­to­rious była roz­cięta, roz­pła­tana jak gałka oczna brzy­twą sady­sty. Habi­tat nie­mal roz­padł się na dwie pół­kule. Wzdłuż kra­wę­dzi szcze­liny mate­riał, z któ­rego wyko­nano powłokę, został wypa­lony na czarno. Insta­la­cje wewnątrz osie­dla wciąż jesz­cze lśniły czer­wo­na­wym bla­skiem.

– Ofiary? – spy­tał Drey­fus, nie pod­da­jąc się zgro­zie.

– Według ostat­niego spisu miesz­kało tam dzie­więć­set sześć­dzie­siąt osób. Wstępne oceny wska­zują, że zgi­nęli wszy­scy, nie­mniej nasza ekipa musi to spraw­dzić na miej­scu. Nie można wyklu­czyć, że ktoś prze­żył. Może uda się odzy­skać jakieś symu­la­cje poziomu beta.

– Dla­czego nie huczy już o tym cała Wstęga?

– Nało­ży­li­śmy embargo infor­ma­cyjne. To nie wygląda na wypa­dek.

– Prze­cież ktoś musiał zauwa­żyć, że Ruskin-Sar­to­rious znik­nął z sieci.

– Uczest­ni­czyli w abs­trak­cji na dość płyt­kim pozio­mie. Na razie jeste­śmy w sta­nie symu­lo­wać ist­nie­nie dzia­ła­ją­cego habi­tatu. Korzy­stamy z naszych przy­wi­le­jów sie­cio­wych.

– A to „na razie”… Jak długo potrwa?

– Możemy tylko zga­dy­wać. Naj­praw­do­po­dob­niej nie­całe dwa­dzie­ścia sześć godzin. Choć trzy­na­ście byłoby pew­nie bar­dziej reali­stycz­nym zało­że­niem.

– A gdy wia­do­mość się już rozej­dzie?

– Wtedy będziemy mieć na gło­wie poważny kry­zys. Myślę, że wiem, kto to zro­bił, ale zanim wyko­nam jaki­kol­wiek ruch, muszę być abso­lut­nie pewna. Dla­tego wła­śnie chcę, byś pole­ciał tam od razu. Zabierz, kogo chcesz. Zabez­piecz mate­riał dowo­dowy, ura­tuj, co się da, i wra­caj do Pano­plii. A potem wstrzy­mamy oddech.

Drey­fus raz jesz­cze spoj­rzał na zdję­cie roz­pru­tego habi­tatu.

– Ist­nieje tylko jedna rzecz, która mogła spo­wo­do­wać takie znisz­cze­nia, prawda? I to wcale nie jest broń.

– Widzę, że myślimy podob­nie – stwier­dziła Aumo­nier.

***

Ściany sali tak­tycz­nej były wyło­żone deli­kat­nym drew­nem teko­wym, pola­kie­ro­wa­nym i wypo­le­ro­wa­nym na zło­wrogi połysk. Nie było w nich okien, nie wisiały żadne obrazy, nic, co doda­wa­łoby wnę­trzu ludz­kiego cie­pła. Wszyst­kie cięż­kie, ciemne meble stwo­rzono ze zwy­kłej mate­rii: ich budu­lec wyrósł dzięki siłom natury i zostały zbu­do­wane przez sto­la­rzy. Podwójne drzwi wyko­nano z brązu, w któ­rym tkwiły mosiężne ćwieki. Na ich skrzy­dłach wid­niał sym­bol Pano­plii – sty­li­zo­wana unie­siona ręka­wica. Ozna­czała nie­sioną ludziom ochronę, lecz rów­nie dobrze można ją było uznać za groź­nie zaci­śniętą pięść, która gro­ziła zmiaż­dże­niem wszyst­kich prze­ciw­ni­ków orga­ni­za­cji, a także tych, któ­rzy ją zdra­dzili.

– Ng, zacznij, pro­szę – ode­zwał się sie­dzący naprze­ciwko Tha­lii star­szy pre­fekt Michael Cris­sel.

Dziew­czyna poło­żyła dys­kietki na kra­wę­dzi stołu, nie­mal strą­ca­jąc je w ner­wach na pod­łogę.

– Dzię­kuję, pre­fek­cie. To wła­śnie trzy kopie danych odzy­ska­nych z rdze­nia wybor­czego Domu Peri­gal. – Wska­zała głową przy­po­mi­na­jący koło zębate model habi­tatu wid­nie­jący na trój­wy­mia­ro­wym pla­ne­ta­rium układu, powięk­szony i wynie­siony ponad swą rze­czy­wi­stą orbitę. – Wszyst­kie infor­ma­cje zostały już sko­pio­wane do naszego archi­wum. Tysiąc dni trans­mi­sji. Upew­ni­łam się też, że wszyst­kie trzy kopie są spójne i nikt przy nich nie grze­bał.

– A czego się dowie­dzia­łaś?

– Mia­łam na to led­wie kilka godzin. To za mało czasu, bym zdą­żyła zro­bić cokol­wiek poza pobież­nym przej­rze­niem.

Star­szy pre­fekt Gaston Cle­ar­mo­un­tain burk­nął nie­cier­pli­wie.

– Stresz­czaj się, Ng. Powiedz nam, co masz teraz.

– A więc, pro­szę pana… Wstępna ana­liza potwier­dziła wszystko, co znaj­do­wało się we wnio­sku blo­kady. Dom Peri­gal rze­czy­wi­ście naru­szył pro­ces demo­kra­tyczny. Przy­naj­mniej osiem razy udało im się sfał­szo­wać wyniki pomniej­szych gło­so­wań, z czego sko­rzy­stali oni sami lub ich sojusz­nicy. Takich wypad­ków mogło być wię­cej. Po doko­na­niu peł­nego prze­glądu zabez­pie­czo­nych danych zyskamy wyraź­niej­szy obraz sytu­acji.

– Mia­łem nadzieję, że wyraź­niej­szy obraz zoba­czymy już w tej chwili – rzu­cił Cle­ar­mo­un­tain.

Star­szy pre­fekt She­ri­dan Gaf­f­ney pochy­lił się na swym wiel­kim, czar­nym krze­śle. Skó­rzane obi­cie zaskrzy­piało.

– Daj jej spo­kój, Gaston – wark­nął. – Dziew­czyna pra­co­wała pod pre­sją czasu.

Gaf­f­ney cie­szył się repu­ta­cją bomby z krót­kim lon­tem i czło­wieka o niskiej tole­ran­cji na idio­tów. Mimo to jako szef Wydziału Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego i osoba nad­zo­ru­jąca szko­le­nia w zakre­sie uży­wa­nia pso­ba­tów zawsze trak­to­wał Tha­lię uprzej­mie, zda­rzało mu się ją nawet chwa­lić. Wła­śnie dla­tego uwa­żała go za swego jedy­nego praw­dzi­wego sprzy­mie­rzeńca w sali. Czu­łaby się jesz­cze lepiej, gdyby w spo­tka­niu uczest­ni­czyli Drey­fus lub Jane Aumo­nier, ale Drey­fusa nie było (mimo że nie był star­szym pre­fek­tem, mógłby z nimi obra­do­wać dzięki swej pan­go­li­no­wej auto­ry­za­cji), a miej­sce, w któ­rym zwy­kle pro­jek­to­wana była osoba naczel­nej pre­fekt, świe­ciło dziś podej­rzaną pustką. W dro­dze na zebra­nie Tha­lia usły­szała pogło­ski o szy­ku­ją­cym się kry­zy­sie, o czymś zupeł­nie nie­zwią­za­nym z wpro­wa­dzoną przez nich nie­dawno blo­kadą.

Reszta star­szych pre­fek­tów nie stała ani po jej stro­nie, ani po dru­giej. Michael Cris­sel był łagod­nie wyglą­da­ją­cym męż­czy­zną o twa­rzy naukowca i skrom­nych manie­rach. Mówiono o nim, że daw­niej był świet­nym pre­fek­tem polo­wym, ale ostat­nie dwa­dzie­ścia lat spę­dził w Pano­plii, coraz bar­dziej ode­rwany od suro­wych warun­ków służby na zewnątrz. Tere­nowa praca Lil­lian Bau­dry dobie­gła końca, gdy roze­rwał ją na strzępy uszko­dzony pso­bat. Co prawda udało się ją poskła­dać, ale jej sys­tem ner­wowy został nie­od­wra­cal­nie uszko­dzony. Mogła pod­dać się lecze­niu w dowol­nym miej­scu Migo­tli­wej Wstęgi, lecz względy bez­pie­czeń­stwa zmu­si­łyby ją potem do porzu­ce­nia Pano­plii na dobre. Przed­ło­żyła więc służbę nad zdro­wie, choć ozna­czało to, że uczest­ni­czyła w nara­dach, sie­dząc sztywno jak lalka z por­ce­lany.

Fakt, że w spo­tka­niu brało udział tylko czte­rech star­szych pre­fek­tów, una­ocz­niał wagę – czy raczej jej brak – przy­kła­daną do raportu Tha­lii. Nor­mal­nie poja­wiało się ich sze­ściu lub sied­miu z dzie­się­ciu, ale dziś krze­sła pozo­sta­łych nie były zajęte. Ow­szem, chcieli zakoń­czyć tę sprawę jak naj­szyb­ciej, lecz jed­no­cze­śnie uwa­żali ją za nie­istotny epi­zod w dzia­łal­no­ści orga­ni­za­cji.

– Przejdźmy do rze­czy – powie­dział Cle­ar­mo­un­tain. – Mamy dane, które potwier­dzają, że Peri­gal jest umo­czona. Blo­kada zosta­nie utrzy­mana. Teraz musimy zli­kwi­do­wać wadę sys­temu, żeby już nikt nie wyko­rzy­stał jej w podobny spo­sób.

– Zga­dzam się. – Tha­lia ski­nęła głową.

– Jaką wła­ści­wie skalę miały te fał­szer­stwa? – spy­tała Bau­dry.

– W zasa­dzie nie stało się nic poważ­nego – odpo­wie­działa Tha­lia. – Wszystko to były gło­so­wa­nia nad względ­nie nie­istot­nymi kwe­stiami. Być może Caitlin Peri­gal zamie­rzała w końcu prze­chy­lić szalę na swoją stronę w bar­dziej zna­czą­cych gło­so­wa­niach, ale wów­czas praw­do­po­do­bień­stwo wpadki byłoby o wiele więk­sze. Szcze­rze powie­dziaw­szy, bio­rąc pod uwagę poziom nad­zoru i kon­troli, jaki już wpro­wa­dzi­li­śmy, nie wyobra­żam sobie, by kto­kol­wiek mógł w istotny spo­sób zafał­szo­wać wynik gło­so­wań w sta­ty­stycz­nie liczący się spo­sób.

– Twoja praca polega wła­śnie na wyobra­ża­niu sobie takich sce­na­riu­szy – rzu­cił Michael Cris­sel.

– Ona o tym wie – szep­nął Gaf­f­ney.

Tha­lia spoj­rzała na Cris­sela i ski­nęła głową.

– Prze­pra­szam, star­szy pre­fek­cie. Cho­dziło mi tylko o to, że bio­rąc pod uwagę naszą wie­dzę, praw­do­po­do­bień­stwo podob­nych machi­na­cji jest zni­kome. Choć oczy­wi­ście nie można udo­wod­nić, że sys­tem jest nie­na­ru­szalny. Według teo­rii Gödela o nie­zu­peł­no­ści sys­temów aksjo­ma­tycz­nych…

– Nie potrzeba mi tu wykładu o Gödelu, Ng – uciął Cris­sel.

– Rzecz, pro­szę pana, spro­wa­dza się do tego, że sys­tem spraw­dza się osta­tecz­nie w trak­cie użyt­ko­wa­nia. W pew­nym sen­sie można powie­dzieć, że Dom Peri­gal wyświad­czył nam przy­sługę. Dzięki nim dowie­dzie­li­śmy się o błę­dzie logicz­nym, któ­rego dotąd nie byli­śmy świa­domi, o błę­dzie, który umoż­li­wia nie­znaczne znie­kształ­ce­nie wyni­ków gło­so­wań. Usu­niemy usterkę, popra­wimy kod i wszystko poto­czy się dalej. Zapewne za jakiś czas ktoś znaj­dzie inną lukę. I tę rów­nież zała­tamy. Na tym polega cały pro­ces.

– Zatem jesteś pewna, że da się ten błąd napra­wić? – zapy­tała Bau­dry.

– Oczy­wi­ście. To bła­hostka.

– Skoro to takie pro­ste, dla­czego wada nie została wykryta przed­tem?

– Dla­tego że sami ją wpro­wa­dzi­li­śmy – odparła Tha­lia, sta­ra­jąc się nie wyjść na zaro­zu­miałą. – Usu­nę­li­śmy jedną z wcze­śniej zauwa­żo­nych uste­rek sys­temu, co wyda­wało się dobrym posu­nię­ciem, ale dopro­wa­dzi­li­śmy przy tym do powsta­nia innej. Wina tkwiła w naszych wła­snych pro­to­ko­łach zarzą­dza­nia błę­dami. Miały zapo­biec gubie­niu pra­wi­dłowo odda­nych gło­sów, ale oka­zało się, że przy­pad­kowo umoż­li­wiały wpro­wa­dza­nie do sys­temu rów­nież dodat­ko­wych, fał­szy­wych.

– Zapewne nie po raz pierw­szy w dzie­jach – mruk­nął oschle Cris­sel.

Tha­lia splo­tła palce leżą­cych na stole dłoni i kon­ty­nu­owała wątek, pró­bu­jąc ude­rzyć we wła­ściwą nutę, gdzieś pomię­dzy tłu­ma­cze­niem się a zawo­dową obo­jęt­no­ścią.

– Ow­szem, to wielce nie­for­tunne. Nie­mniej, jak dotąd tę wadę wyko­rzy­stała jedy­nie garstka habi­ta­tów.

– Nie­for­tunne? – wtrą­cił Cle­ar­mo­un­tain. – Powie­dział­bym raczej naganne.

– Pre­fek­cie, ist­nie­jące obec­nie pro­to­koły zarzą­dza­nia błę­dami liczą sobie około dwu­dzie­stu dwóch milio­nów linii kodu. W ich skład wcho­dzą pod­pro­gramy napi­sane ponad dwie­ście dwa­dzie­ścia lat temu, jesz­cze w Pierw­szym Ukła­dzie. Tamci pro­gra­mi­ści nie mówili nawet nowo­cze­snym cana­siań­skim. Czy­ta­nie doku­men­ta­cji sys­temu przy­po­mina więc nie­kiedy… odcy­fro­wy­wa­nie san­skrytu lub cze­goś podob­nego.

– Ng ma rację – poparł ją Gaf­f­ney. – Zro­bili, co mogli. A ten błąd był na tyle sub­telny i trudny w obsłu­dze, że wyko­rzy­stało go jedy­nie pięć habi­ta­tów na dzie­sięć tysięcy moż­li­wych. Według mnie sko­rzy­stajmy z tej lek­cji, naprawmy, co się da, i pra­cujmy dalej.

– O ile oczy­wi­ście na nowych pro­to­ko­łach będzie można pole­gać – ode­zwała się Bau­dry i sztywno zwró­ciła się ku Tha­lii. – Mówi­łaś, że sprawa jest pro­sta?

– Ow­szem, pro­sta. Wyma­gana poprawka nie jest nawet tak skom­pli­ko­wana jak wcze­śniej­sza zmiana, przez którą powstał błąd. Należy prze­pi­sać jedy­nie kilka tysięcy linii kodu. Nie­mniej i tak kilka pierw­szych insta­la­cji chcia­ła­bym prze­pro­wa­dzić ręcz­nie, po to, by wyeli­mi­no­wać ewen­tu­alne nie­spo­dzianki, jakie mogą wynik­nąć wsku­tek róż­nic w archi­tek­tu­rze rdzeni. Jeśli nie sta­nie się nic nie­prze­wi­dzia­nego, będziemy mogli roze­słać nowe pro­to­koły do wszyst­kich dzie­się­ciu tysięcy habi­ta­tów.

Gaf­f­ney spoj­rzał surowo na Tha­lię.

– Jasne jest, że musimy cały ten bała­gan uprząt­nąć tak szybko, jak się da. Chcę, byśmy byli gotowi z nową wer­sją kodu, zanim blo­kada Peri­gal sta­nie się wią­żąca. Czy spe­cjalna komi­sja dowo­dowa ma już dostęp do zabez­pie­czo­nych przez cie­bie danych?

– Dostali je dziś rano.

Gaf­f­ney wycią­gnął z kie­szeni chu­s­teczkę i prze­tarł spo­cone, poły­sku­jące czoło.

– Jak dotąd podobne sprawy zaj­mo­wały im nie­całe dzie­sięć dni. Zdą­żysz?

– Jeśli dostanę takie pole­ce­nie, osta­teczna wer­sja może być gotowa nawet za dwa. Jestem pewna, że testy nie wykażą kolej­nych ano­ma­lii.

– Pewni byli­śmy też ostat­nim razem – przy­po­mniał jej Gaf­f­ney. – Nie popeł­nijmy tej samej gafy po raz drugi.

Wtedy sytu­acja była zupeł­nie inna, pomy­ślała Tha­lia. Pod­czas wpro­wa­dza­nia poprzed­niej poprawki nie była człon­kiem zespołu. Nie była w sta­nie odpo­wia­dać za poprzed­ni­ków, ale wie­działa, że sama takiego błędu by nie prze­pu­ściła.

– Nie popeł­nimy – stwier­dziła.

***

Drey­fus przy­glą­dał się miej­scu zbrodni z kutra Pano­plii. Już po pierw­szym rzu­cie oka zro­zu­miał, że wszystko musiało się wyda­rzyć szybko, lecz nie na tyle bły­ska­wicz­nie, by nazwać to bez­bo­le­snym czy miło­sier­nym. Wypa­tro­szony habi­tat był już tylko zim­nym, pozba­wio­nym powie­trza wra­kiem. Gdy ener­gia, która spo­wo­do­wała tak kosz­marne znisz­cze­nia, zetknęła się z atmos­ferą pod jego powłoką, ta roz­sze­rzyła się gwał­tow­nie niczym gorąca chmura roz­grza­nego powie­trza i pary. Nikt nie miał czasu, by dotrzeć do pro­mów, kap­suł ratun­ko­wych czy choćby wzmoc­nio­nych schro­nów awa­ryj­nych. Na pewno jed­nak zdą­żyli zro­zu­mieć, co się dzieje. Nie­mal żaden z miesz­kań­ców Migo­tli­wej Wstęgi nie spo­dzie­wał się, że umrze, a co dopiero, że zgi­nie w stra­chu i cier­pie­niu.

– Nie­ład­nie to wygląda – zauwa­żył Spa­rver. – Na­dal chcesz tam wejść, zanim dołą­czą do nas tech­nicy?

– Może uda się wycią­gnąć coś z rdze­nia – odparł z ponurą rezy­gna­cją Drey­fus. Nie był nawet pewny, czy rdzeń prze­trwał.

– Jaką bro­nią można zro­bić coś takiego?

– Nie sądzę, by posłu­żyli się bro­nią.

– Według mnie tego rodzaju uszko­dze­nia nie powstają wsku­tek zde­rzeń. Widać wypa­lone miej­sca, co suge­ruje dzia­ła­nie skon­cen­tro­wa­nej wiązki ener­gii. Ta ener­gia musiała pocho­dzić z jakie­goś źró­dła. Może to Hybry­dowcy wyko­pali coś paskud­nego? Mówi się, że trzy­mają w ukry­ciu kilka potęż­nych puka­wek.

– Nie, gdyby pająki chciały zaata­ko­wać tak odosob­niony habi­tat, nie naro­bi­łyby przy tym takiego bała­ganu. – Drey­fus pokrę­cił głową.

– Tak czy ina­czej…

– Jane wpa­dła na pewien pomysł. Podej­rzewa, kto to zro­bił, ale nie podo­bają się jej pły­nące z tego wnio­ski.

Drey­fus i Spa­rver wyszli w próż­nię przez giętką ściankę kom­bi­ne­zo­nową, a potem prze­kro­czyli sze­reg sta­ro­świec­kich, lecz wciąż dzia­ła­ją­cych śluz powietrz­nych. Odwie­dzili kilka coraz więk­szych sal recep­cyj­nych. Wszyst­kie były teraz pozba­wione atmos­fery. Pano­wała w nich ciem­ność. Wszę­dzie wokół krą­żyły powoli obłoki szcząt­ków, z któ­rych nie­wiele dało się roz­po­znać. Mapa, którą Drey­fus widział wyświe­tloną na szybce swo­jego kasku, powstała na pod­sta­wie tej, którą zarząd Ruskin-Sar­to­rious dostar­czył Pano­plii pod­czas ostat­niego spisu. Rdzeń – w któ­rym mogły się zacho­wać jakie­kol­wiek symu­la­cje poziomu beta – powi­nien się według niej znaj­do­wać w pobliżu rów­nika habi­tatu, na jego wewnętrz­nej powierzchni. Musieli mieć nadzieję, że nisz­czy­ciel­ski stru­mień ener­gii go oszczę­dził.

Wewnątrzna prze­strzeń habi­tatu – bańka o śred­nicy dwóch kilo­me­trów, która została podzie­lona na oddzielne strefy miesz­kalne – była wypeł­niona poskrę­ca­nymi pod wpły­wem tem­pe­ra­tury, wypa­lo­nymi i zmiaż­dżo­nymi olbrzy­mim ciśnie­niem ruinami i zglisz­czami. W pobliżu samego roz­cię­cia nie­które frag­menty metalu wciąż się jarzyły. Wyglą­dało na to, że w habi­ta­cie pano­wała kul­tura braku cią­że­nia, a sztuczna gra­wi­ta­cja była dopusz­czona jedy­nie miej­scami. We Wstę­dze wiele osie­dli orga­ni­zo­wano w podobny spo­sób. Ludzie uro­dzeni w takich miej­scach rośli zwy­kle wysocy, zgrabni i nie­szcze­gól­nie lubili podró­żo­wać.

Spa­rver i Drey­fus prze­pły­nęli przez serce kuli­stej budowli, uży­wa­jąc sil­nicz­ków kom­bi­ne­zo­nów do omi­nię­cia swo­bod­nie fru­wa­ją­cych w próżni odłam­ków. Ode­zwały się sys­temy ostrze­ga­jące przed nie­bez­piecz­nym pozio­mem pro­mie­nio­wa­nia, co spra­wiło, że Drey­fus coraz bar­dziej skła­niał się ku nie­przy­jem­nemu wnio­skowi, że Aumo­nier słusz­nie wyty­po­wała sprawcę. Potrze­bo­wali jed­nak wię­cej dowo­dów niż tylko odczyty ze ska­fan­drów.

– Mam coś – ode­zwał się nagle Spa­rver, koły­szący się kil­ka­dzie­siąt metrów dalej.

– Co?

– Tam widać coś wiel­kiego. To może być na przy­kład frag­ment statku.

– Wewnątrz habi­tatu? – spy­tał z powąt­pie­wa­niem Drey­fus.

– Sam zobacz, sze­fie.

Drey­fus pod­le­ciał bli­żej i oświe­tlił reflek­to­rami uno­szący się swo­bod­nie obiekt. Spa­rver się nie mylił. Na pierw­szy rzut oka rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nało to szczątki uszko­dzo­nego statku lub jakiejś innej maszyny. Po dokład­niej­szym przyj­rze­niu się stwier­dzili, że było to coś zupeł­nie innego. Czarny obiekt był dzie­łem sztuki, ukoń­czo­nym dopiero w poło­wie.

Ktoś rzeź­bił w boga­tej w metal skale, w gła­zie przy­po­mi­na­ją­cym kształ­tem kar­to­fel o śred­nicy dzie­się­ciu lub dwu­na­stu metrów. Kamień poły­ski­wał gra­na­towo; w miej­scach, gdzie świa­tło padało na niego pod szcze­gól­nym kątem, barwa ta zmie­niała się w oliw­ko­wo­zie­loną. Jedna ze ścian była wciąż surowa, nie­ocio­sana, ale drugą pokry­wały już zawiłe ryty. Nie­które frag­menty reliefu były led­wie napo­częte, inne jed­nak wyda­wały się nie­mal ukoń­czone, co do cen­ty­me­tra. Spo­sób, w jaki skała sto­piła się i zasty­gła wokół rytów, suge­ro­wał, że arty­sta posłu­gi­wał się raczej pal­ni­kami jądro­wymi niż wier­tłami czy mło­tem. Kształty, w jakich zesta­lił się płynny kamień, sta­no­wiły inte­gralną część dzieła, ich kom­po­zy­cja żadną miarą nie mogła być przy­pad­kowa.

Co jed­nak wcale nie ozna­czało, że Drey­fus wie­dział, kogo rzeźba przed­sta­wia. Ze skały patrzyła na nich ludzka twarz, odwró­cona teraz do góry nogami. Prze­krę­cił się w miej­scu i przez jedną, ulotną chwilę odniósł wra­że­nie, że roz­po­znaje te rysy, że należą do jakiejś słyn­nej oso­bi­sto­ści lub postaci histo­rycz­nej. Nie podej­rze­wał, by to był ktoś, kogo zna oso­bi­ście. Chwila jed­nak minęła i poczu­cie zna­jo­mo­ści znik­nęło. Może i dobrze. Wyraz kamien­nego obli­cza nie był łatwy do odczy­ta­nia – mogła to być eks­taza lub śmier­telne prze­ra­że­nie.

– I co myślisz? – spy­tał Spa­rver.

– Nie mam poję­cia – odparł Drey­fus. – Jest szansa, że symu­la­cje poziomu beta coś nam wyja­śnią. O ile oczy­wi­ście uda się jakąś odzy­skać. – Pod­le­ciał bli­żej i wstrze­lił w skałę samo­przy­lepny mar­ker, by tech­nicy wie­dzieli, że obiekt należy zabez­pie­czyć.

Pole­cieli ku roz­cię­ciu i zatrzy­mali się tuż przy zie­ją­cej w powierzchni szcze­li­nie. Her­me­tyczna powłoka habi­tatu poczer­niała i łusz­czyła się pła­tami, odsła­nia­jąc znie­kształ­coną skałę, która two­rzyła sko­rupę Bańki. Ener­gia ataku spra­wiła, że kamień się zago­to­wał, upłyn­nił i na powrót zastygł, przy­bie­ra­jąc orga­niczne kształty, nie­po­ko­jąco podobne do tych, które oglą­dali na rzeź­bie. W świe­tle reflek­to­rów ich kasków skała poły­ski­wała czarno. W sze­ro­kiej na dzie­sięć metrów szcze­li­nie migo­tały gwiazdy. Drey­fus pomy­ślał, że być może gdzieś tam jest ktoś, kto jako jedyny ostał się z wyrzu­co­nego w prze­strzeń kosmiczną biomu habi­tatu.

Pre­fekt wle­ciał w szcze­linę. Zatrzy­mał się w poło­wie gru­bo­ści prze­bi­tej powłoki, tuż przy błysz­czą­cym przed­mio­cie uwię­zio­nym w zasty­głym kamie­niu. Płat metalu, zapewne frag­ment powłoki, który ode­rwał się i wpadł w pły­nącą lawę. Drey­fus się­gnął po prze­ci­nak i odrą­bał od płytki kawa­łek wiel­ko­ści dłoni. W pobliżu zoba­czył jesz­cze jeden błysk, nieco dalej trzeci. Po minu­cie miał już w ręku trzy próbki. Scho­wał je do kie­szeni z przodu ska­fan­dra.

– Zna­la­złeś coś? – spy­tał Spa­rver.

– Praw­do­po­dob­nie. Jeśli ataku doko­nano przy uży­ciu pro­mie­nia wylo­to­wego sil­nika statku, znaj­dziemy w tym metalu mnó­stwo czą­ste­czek sub­a­to­mo­wych. Będą też cięż­kie izo­topy i pro­dukty roz­padu. Nasi spece stwier­dzą wtedy, czy sygna­tury pasują do cha­rak­te­ry­styk napę­dów Hybry­dow­ców.

Teraz, kiedy to powie­dział, domy­sły Jane prze­stały być tajem­nicą.

– Okej, ale bez względu na opi­nie tech­ni­ków, dla­czego Ultrasi mie­liby zro­bić coś takiego? – zapy­tał Spa­rver. – Prze­cież nie mogli mieć nadziei, że im się upie­cze.

– Może chcieli zro­bić wła­śnie to, co zro­bili. Ude­rzyć i uciec. Mogą się nie poja­wić w tym ukła­dzie przez następne dzie­siątki lub nawet setki lat. Myślisz, że po takim cza­sie kto­kol­wiek będzie się jesz­cze przej­mo­wał tym, co spo­tkało Ruskin-Sar­to­rious?

Spa­rver zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Ty byś się przej­mo­wał.

– Mnie już tu wtedy nie będzie. Ani cie­bie.

– Widzę, że jesteś dziś nie­by­wale wesoły.

– Zgi­nęło tu dzie­więć­set sześć­dzie­siąt osób. Tego rodzaju sytu­acje rzadko mnie bawią.

Drey­fus rozej­rzał się, ale nie zauwa­żył już niczego, co mogłoby się przy­dać tech­ni­kom. Spe­cja­li­ści od ana­liz mieli przy­być lada moment, ale z naprawdę poważ­nymi bada­niami musieli zacze­kać, aż wia­do­mość o ataku się rozej­dzie i Pano­plia nie będzie musiała dzia­łać w tajem­nicy.

Wtedy i tak roz­pęta się pie­kło.

– Lećmy do rdze­nia – powie­dział i wyma­new­ro­wał ska­fan­der ze szcze­liny. – Im szyb­ciej się stąd zbie­rzemy, tym lepiej. Czuję, że duchy się nie­cier­pli­wią.

Trzy

Przy­pad­kiem lub wsku­tek zamie­rzo­nego dzia­ła­nia – Drey­fus ni­gdy nie był na tyle cie­kaw, by się dowia­dy­wać – cztery główne doki na powierzchni Pano­plii zostały roz­miesz­czone tak, że całość dziw­nie przy­wo­dziła na myśl wyszcze­rzoną w uśmie­chu, wydrą­żoną dynię. Nikt nie zadał sobie trudu, by wygła­dzić powierzch­nię skały czy nadać jej choć pozory syme­trii. Wokół Yel­low­stone orbi­to­wały tysiące podob­nych aste­roid: nie­re­gu­larne, wiel­kie kamie­nie zapę­dzone na orbitę par­kin­gową, gdzie cze­kały na demon­taż i prze­ro­bie­nie na lśniące nowo­ścią habi­taty. Pre­fekci zaj­mo­wali jed­nak tylko ten jedyny: było ich w sumie nie­cały tysiąc, wli­cza­jąc w to zarówno naczelną, jak i naj­młod­szych, świeżo upie­czo­nych kade­tów.

Kuter zado­ko­wał i został zapar­ko­wany wśród falangi podob­nych, lek­kich stat­ków. Drey­fus i Spa­rver wrę­czyli zebrane próbki ocze­ku­ją­cemu na nich człon­kowi ekipy tech­ni­ków i pod­pi­sali odpo­wied­nie doku­menty. Ruchome pasy trans­por­tera prze­wio­zły ich w głąb aste­ro­idy, aż wresz­cie zna­leźli się w jed­nej z jej obro­to­wych czę­ści, gdzie pano­wało cią­że­nie.

– Do zoba­cze­nia za trzy­na­ście godzin. – Drey­fus poże­gnał się ze Spa­rve­rem na skrzy­żo­wa­niu mię­dzy sek­cją, w któ­rej odby­wały się szko­le­nia tere­nowe, a sypial­nym pier­ście­niem kade­tów. – Odpocz­nij tro­chę. Oba­wiam się, że czeka nas ciężki dzień.

– A ty?

– Muszę zamknąć kilka spraw.

– Jasne. – Spa­rver pokrę­cił głową. – To twój meta­bo­lizm. Rób sobie z nim, co chcesz.

Drey­fus był zmę­czony, ale wie­dział, że nie zaśnie, mając na gło­wie pro­blem Caitlin Peri­gal i jed­no­cze­śnie mar­twiąc się impli­ka­cjami znisz­cze­nia habi­tatu. Wró­cił więc do sie­bie tylko po to, by przejść przez ściankę myjącą i wywo­łać zmianę ubra­nia. Gdy znów wyszedł i prze­mie­rzał kory­tarz, przy­ga­sa­jące świa­tła wyzna­czyły począ­tek noc­nej zmiany w dwu­dzie­sto­sze­ścio­go­dzin­nym cyklu dobo­wym Pano­plii. Wszy­scy kadeci spali – sto­łówka, sale szko­le­niowe i klasy były puste.

Tha­lia jed­nak wciąż sie­działa w biu­rze. Ścianka wej­ściowa była przej­rzy­sta, wszedł więc bez puka­nia. Sta­nął za nią niczym ojciec podzi­wia­jący córkę w trak­cie odra­bia­nia lek­cji. Pra­co­wała nad sprawą Peri­gal. Przed nią na ścien­nym wyświe­tla­czu prze­wi­jały się kolejne linijki kodu. Drey­fus obrzu­cił je obo­jęt­nym spoj­rze­niem. Żaden z sym­boli nic mu nie mówił.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam – ode­zwał się, kiedy Tha­lia wciąż nie zauwa­żała jego obec­no­ści.

– Sze­fie. – Drgnęła gwał­tow­nie. – Myśla­łam, że pan jesz­cze nie wró­cił.

– Widzę, że wie­ści szybko się roz­cho­dzą.

– Doszły mnie słu­chy, że szy­kuje się jakiś kry­zys. – Tha­lia zatrzy­mała wyświe­tlacz.

– Jak zawsze, nie­stety. – Drey­fus rzu­cił jej na biurko ciężką, czarną torbę. – Wiem, że i tak jesteś już bar­dzo zajęta, ale muszę ci co nieco doło­żyć.

– Nie ma pro­blemu.

– W tej tor­bie znaj­dziesz dwa­na­ście pakie­tów z danymi symu­la­cji poziomu beta. Musie­li­śmy je wydo­by­wać z uszko­dzo­nego rdze­nia, więc wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa roi się w nich od błę­dów. Chciał­bym, żebyś ura­to­wała, co tylko się da.

– Skąd pocho­dzą?

– Z habi­tatu zwa­nego Ruskin-Sar­to­rious. To miej­sce już nie ist­nieje. Miesz­kało tam dzie­wię­ciu­set sześć­dzie­się­ciu ludzi, ale jedy­nymi oca­la­łymi są wła­śnie te symu­la­cje.

– Tylko tuzin? Z tylu miesz­kań­ców?

– Wię­cej nie mamy. Zresztą i tak wąt­pię, byś uzy­skała dwa­na­ście sta­bil­nych wywo­łań. Ale zrób, co możesz. Daj mi znać, gdy tylko będę miał z kim poroz­ma­wiać.

Tha­lia spoj­rzała na ścienny wyświe­tlacz.

– Jak tylko skoń­czę z tym, prawda?

– W zasa­dzie to bar­dziej zależy mi na tych wywo­ła­niach. Nie chcę, żebyś zanie­dbała sprawę Peri­gal, ale ta druga z każdą godziną wygląda coraz mniej zabaw­nie.

– Co tam się stało? – szep­nęła. – W jaki spo­sób zgi­nęli ci ludzie?

– W wyjąt­kowo paskudny – odparł Drey­fus.

***

Smycz zatrzy­mała go w odpo­wied­niej odle­gło­ści od Jane Aumo­nier.

– Tech­nicy dostali już mate­riały i pro­wa­dzą bada­nia – powie­dział. – W ciągu godziny powin­ni­śmy mieć gotowe ana­lizy pró­bek.

– W zasa­dzie już teraz nie mamy pra­wie żad­nych wąt­pli­wo­ści – stwier­dziła Aumo­nier. – Jestem nie­mal pewna, że okaże się, że znisz­cze­nia spo­wo­do­wał pro­mień wylo­towy z sil­nika Hybry­dow­ców. – Wska­zała Drey­fu­sowi część ścien­nego wyświe­tla­cza, któ­rej przy­glą­dała się, gdy wszedł. Wid­niał na nim smu­kły, sre­brzy­sto­szary przed­miot, przy­po­mi­na­jący nieco dzie­cinny, papie­rowy samo­lo­cik. – Gaf­f­ney roz­ma­wiał z Cen­tralną Kon­trolą Lotów. Udało im się wyśle­dzić ten sta­tek. Nazywa się „Akom­pa­nia­ment cieni”.

– Był przy Bańce?

– Okre­ślili to z wystar­cza­jącą dokład­no­ścią. W tam­tym rejo­nie nie prze­la­ty­wał aku­rat żaden inny świa­tło­wiec.

– Gdzie są teraz?

– Ukryli się w Roju Par­kin­go­wym.

Aumo­nier powięk­szyła frag­ment wyświe­tla­nego na ścia­nie obrazu. Drey­fus zoba­czył kulę robacz­ków świę­to­jań­skich zbi­tych zbyt cia­sno, by dostrzec poje­dyn­cze pojazdy. Samotny sta­tek bez trudu mógł znik­nąć wśród nich bez śladu.

– Czy od czasu ataku kto­kol­wiek opusz­czał Rój?

– Nikt. Moni­to­ru­jemy oko­licę bez prze­rwy.

– A gdyby spró­bo­wali się wyrwać na peł­nej szyb­ko­ści?

– Wola­ła­bym o tym nie myśleć.

– Ale myśla­łaś.

Nie­znacz­nie ski­nęła głową.

– Teo­re­tycz­nie jeden z naszych krą­żow­ni­ków mógłby lecieć za świa­tło­wcem aż do Obłoku Oorta. Tylko jaki w tym sens? Jeśli nie zechcą się zatrzy­mać i wpu­ścić nas na pokład… nie mamy ich czym zmu­sić. Szcze­rze powie­dziaw­szy, bez­po­śred­nia kon­fron­ta­cja z Ultra­sami to jedyna sytu­acja, jakiej naprawdę się oba­wia­łam, odkąd obję­łam to sta­no­wi­sko.

– Znasz wcze­śniej­sze losy tego statku?

– Nie. Dla­czego pytasz?

– Zasta­na­wiam się nad moty­wem.

– Ja też. Może jedna z symu­la­cji rzuci na to nieco świa­tła.

– Jeśli nam się poszczę­ści – zauwa­żył Drey­fus. – Odzy­ska­li­śmy tylko dwa­na­ście, zapewne uszko­dzo­nych.

– A kopie zapa­sowe? Nie sądzę, by na Ruskin-Sar­to­rious byli tak głupi, by trzy­mać wszystko w jed­nym miej­scu.

– Zgoda, tylko że nie wydaje mi się, by zrzu­cali dane czę­ściej niż raz dzien­nie. Zapewne robili to raz w tygo­dniu.

– Daw­niej­sze wspo­mnie­nia też mogą się przy­dać. Zwłasz­cza jeśli nie będziemy dys­po­no­wać niczym poza nimi. – Zmie­niła ton, mówiła teraz cie­plej, bar­dziej oso­bi­ście. – Tom, muszę cię popro­sić o kolejną przy­sługę. Oba­wiam się, że to rzecz jesz­cze trud­niej­sza i bar­dziej deli­katna niż sprawa Peri­gal.

– Chcesz, żebym poroz­ma­wiał z Ultra­sami.

– Na razie chcę, żebyś pole­ciał do Roju. Nie musisz jesz­cze wkra­czać, ale chcę, żeby zro­zu­mieli, że mamy ich na oku. Chcę, by wie­dzieli, że jeśli spró­bują ukryć ten sta­tek – albo w jaki­kol­wiek inny spo­sób pomóc mu unik­nąć spra­wie­dli­wo­ści – żarty się skoń­czą.

Drey­fus zasta­no­wił się, prze­glą­da­jąc w myślach klasy dostęp­nych w Pano­plii pojaz­dów. Roz­wa­żał, która z nich naj­sku­tecz­niej prze­mówi do wyobraźni Ultra­sów. Wcze­śniej­sze doświad­cze­nia z ich zało­gami nie oka­zały się przy tym zbyt pomocne.

– Wyru­szę natych­miast – powie­dział, szy­ku­jąc się do wyj­ścia.

– Wola­ła­bym nie – rzu­ciła Aumo­nier. – Naj­pierw odpocz­nij. Co prawda liczy się każda chwila, ale chcę, żeby Ultrasi tro­chę się nagło­wili nad tym, w jaki spo­sób zamie­rzamy odpo­wie­dzieć. Nie jeste­śmy zupeł­nie bez­bronni. Możemy zaszko­dzić ich kon­tak­tom han­dlo­wym, a to zawsze boli. Niech choć tym razem oni się wiją.

***

W innym miej­scu Migo­tli­wej Wstęgi przez prze­strzeń mknął pewien obiekt.

Miał kształt kuli o śred­nicy dwóch metrów. Zmie­rzał pew­nie, poko­nu­jąc sta­ran­nie wyli­czoną tra­jek­to­rię, która miała umoż­li­wić mu prze­mknię­cie się przez luki powsta­jące co jakiś czas w sieci sys­te­mów namie­rza­nia, zarówno cywil­nych, Pano­plii, jak i CKL. Leciał mię­dzy nimi z pre­cy­zją akro­baty wiją­cego się wśród wiru­ją­cych szarf. Ta utaj­niona trasa niwe­la­tora sta­no­wiła jedy­nie dodat­kowe zabez­pie­cze­nie, w dodatku kosz­tu­jące tyle co nic – chwilę czasu, mocy obli­cze­nio­wej i nie­wiel­kiego opóź­nie­nia startu. Niwe­la­tor i tak był nie­mal nie­wi­doczny, moż­liwy do wykry­cia jedy­nie naj­czul­szymi meto­dami detek­cji.

W tej chwili czuj­niki niwe­la­tora ode­brały pro­mień świa­tła o czę­sto­tli­wo­ści, któ­rej auto­ma­tyka urzą­dze­nia naka­zała nie odbi­jać. Maszyna prze­two­rzyła cza­sową struk­turę pro­mie­nia i wydo­była zako­do­waną w niej wia­do­mość. Te same pro­gramy uło­żyły odpo­wiedź i wypluły ją w prze­ciw­nym kie­runku, z powro­tem do nadawcy.

Kilka mili­se­kund potem nad­szedł sygnał potwier­dze­nia.

Niwe­la­tor pozwo­lił się wykryć. To rów­nież sta­no­wiło część planu.

Trzy godziny póź­niej nad niwe­la­to­rem zatrzy­mał się sta­tek, kie­ru­jąc podej­ściem dzięki czuj­ni­kom gra­wi­ta­cyj­nym. Wkrótce niwe­la­tor został bez­piecz­nie prze­jęty przez komorę doku­jącą. Uchwy­ciły go zaci­ski. Niwe­la­tor, któ­rego auto­mat wyczuł, że jest bez­piecz­nie, roz­luź­nił struk­turę pokry­wa­ją­cej go żywej mate­rii, szy­ku­jąc się do roz­ła­dunku. Gdy zapa­liły się świa­tła i komora wypeł­niła się powie­trzem, powierzch­nia niwe­la­tora przy­brała fak­turę chro­mo­wa­nego mar­muru. Sta­tek ruszył i powró­ciło cią­że­nie.

W doku poja­wiła się postać w ano­ni­mo­wym, czar­nym ska­fan­drze kosmicz­nym. Przy­bysz kuc­nął przy niwe­la­to­rze i spoj­rzał na otwie­ra­jącą się sferę. Górna pół­kula unio­sła się wysoko, uka­zu­jąc pasa­żera. Spo­czy­wał sku­lony jak płód, dokład­nie oto­czony szkli­stym koko­nem sys­te­mów pod­trzy­mu­ją­cych życie. Oddy­chał, ale był led­wie przy­tomny.

Męż­czy­zna w kom­bi­ne­zo­nie zdjął kask.

– Witamy wśród żywych, Anthony The­obal­dzie Ruskin-Sar­to­rious.

Czło­wiek z niwe­la­tora jęk­nął i drgnął. Powieki miał skle­jone ochron­nym żelem. Wytarł go do czy­sta i zmru­żył oczy, cze­ka­jąc, by wzrok odzy­skał zwy­kłą spraw­ność.

– Jestem na miej­scu?

– Na pokła­dzie statku. Wszystko zgod­nie z pla­nem.

Przy­by­szowi wyraź­nie ulżyło.

– Myśla­łem, że to się ni­gdy nie skoń­czy. Cztery godziny w tym czymś… Mia­łem wra­że­nie, że lot trwa milion lat.

– Jestem gotów się zało­żyć, że pierw­szy raz odczu­wa­łeś fizyczną nie­wy­godę. – Męż­czy­zna w czar­nym kom­bi­ne­zo­nie stał teraz w lek­kim roz­kroku, pod­trzy­my­wany przez sztuczną gra­wi­ta­cję, powstałą wsku­tek przy­śpie­sze­nia statku.

Anthony The­obald zmarsz­czył czoło i uważ­niej przyj­rzał się roz­mówcy.

– Czy my się znamy?

– Teraz już tak.

– Spo­dzie­wa­łem się, że odbie­rze mnie Raichle.

– Przy­le­cia­łem w zastęp­stwie. Mam nadzieję, że to nie pro­blem?

– Oczy­wi­ście, że nie… – Powoli jed­nak zaczy­nał tra­cić opa­no­wa­nie. Czło­wiek w ska­fan­drze wyczu­wał bijące od niego fale stra­chu, podejrz­li­wo­ści i aro­ganc­kiej odmowy przy­ję­cia do wia­do­mo­ści, że oso­bi­ście uło­żony plan ucieczki nie oka­zał się tak dosko­nały, jakim się wyda­wał jesz­cze wtedy, gdy wsia­dał do niwe­la­tora. – Czy to naprawdę się stało? Czy Ruskin-Sar­to­rious znik­nął?

– Znik­nął. Ultrasi świet­nie się spi­sali. Wydo­sta­łeś się w samą porę.

– A inni? Cała reszta?

– Zdzi­wił­bym się, gdyby w całej Bańce znaj­do­wała się choć jedna nie­na­ru­szona nić ludz­kiego DNA.

– Del­phine… – W gło­sie przy­by­sza poja­wiło się wzru­sza­jące drże­nie. – Moja biedna córka…?

– Zna­łeś zasady, Anthony The­obal­dzie. Uciec mogłeś tylko ty.

– Żądam, byś mi się przed­sta­wił. Skoro nie przy­słał cię Raichle, to skąd wie­dzia­łeś, gdzie zna­leźć niwe­la­tor?

– Sam mi powie­dział. Na prze­słu­cha­niu.

– Kim jesteś?

– To nie jest istotne, Anthony The­obal­dzie. Istotne jest za to, co sobie myśla­łeś, ukry­wa­jąc to zło w swoim przy­tul­nym, rodzin­nym habi­ta­cie.

– Niczego nie ukry­wa­łem. Nie mam poję­cia, o czym mówisz.

Męż­czy­zna w ska­fan­drze się­gnął do bio­dra i odpiął od pasa nie­wielki, przy­po­mi­na­jący ręko­jeść przed­miot. Zwa­żył go w dłoni niczym pałkę.

– Chyba już czas, bym ci przed­sta­wił swego bli­skiego przy­ja­ciela.

– Źle mnie zro­zu­mia­łeś. To, co mia­łem pod zie­mią, było tylko…

Męż­czy­zna mach­nął w dziwny spo­sób rączką i coś wysu­nęło się aż do pod­łogi. Było cien­kie, nie­mal nie­wi­doczne, jedy­nie chwi­lami odbi­jało świa­tło. Wyda­wało się, że omiata posadzkę wedle wła­snej woli, jakby cze­goś szu­kało.

Czło­wiek w kom­bi­ne­zo­nie wypu­ścił ręko­jeść, która pozo­stała na swoim miej­scu, pod­trzy­my­wana przez zwi­nięte włókno. Czarny cylin­der obró­cił się kilka razy, aż wresz­cie wymie­rzył pro­sto w Anthony’ego The­obalda. Ten uniósł rękę, by prze­sło­nić oczy przed jasnym, rażą­cym pro­mie­niem lasera.

Urzą­dze­nie go namie­rzyło, co potwier­dziło nie­znacz­nym ski­nie­niem ku męż­czyź­nie w czerni.

– Trzy­maj to z dala ode mnie!

– To jest pso­bat model C – wyja­śnił czło­wiek w ska­fan­drze. – W porów­na­niu z poprzed­nią wer­sją ma kilka uspraw­nień. Jedno z nich to tak zwany „tryb prze­słu­cha­nia”. Wypró­bu­jemy?

Pso­bat ruszył w stronę Anthony’ego The­obalda.

***

Drey­fus sie­dział sam w kwa­te­rze. Chwilę temu parzył her­batę. To zaję­cie go pochło­nęło. Gdy skoń­czył, uklęk­nął przy niskim, czar­nym stole i zanim się napił, odcze­kał, aż gorący płyn barwy imbiru osty­gnie. Pokój wypeł­nił się pobrzę­ki­wa­niem odle­głych dzwon­ków wietrz­nych, w ich pozor­nym cha­osie poja­wiło się widmo melo­dii. Zazwy­czaj paso­wała do jego nastroju, ale dziś Drey­fus przy­ci­szył muzykę mach­nię­ciem ręki. W pomiesz­cze­niu zapa­no­wała nie­mal zupełna cisza. Upił nie­wielki łyk her­baty. Wciąż była za gorąca.

Spoj­rzał przed sie­bie na pustą ścianę z papieru ryżo­wego. Uniósł dłoń i zło­żył ją w pod­sta­wowy gest wywo­łu­jący, prze­ćwi­czony wcze­śniej tysiące razy. Ściana poja­śniała, pokryła się inten­syw­nie kolo­ro­wymi pla­mami, które po chwili zmie­niły się w mozaikę zdjęć twa­rzy. Kil­ka­dzie­siąt wize­run­ków roz­miesz­czo­nych według pew­nego sche­matu. Więk­sze foto­gra­fie znaj­do­wały się bli­żej środka. Wszyst­kie przed­sta­wiały jedną i tę samą kobietę, ale zostały wyko­nane w róż­nych okre­sach jej życia, co spra­wiało wra­że­nie oglą­da­nia wielu osób. Na czę­ści z nich spo­glą­dała pro­sto w obiek­tyw, kiedy indziej patrzyła nie­uf­nie, jesz­cze inne foto­gra­fie zostały wyko­nane z ukry­cia. Miała wydatne kości policz­kowe, nieco zbyt wysu­niętą górną szczękę i osza­ła­mia­jące, usiane zło­tymi iskier­kami brą­zowe oczy. Czarne loki zwy­kle cia­sno spla­tała. Na wielu zdję­ciach była uśmiech­nięta, nawet na tych, na któ­rych nie zda­wała sobie sprawy z obec­no­ści apa­ratu. Czę­sto się śmiała.

Drey­fus wpa­try­wał się w te wize­runki, jakby sta­no­wiły ocze­ku­jącą na roz­wią­za­nie zagadkę.

Cze­goś bra­ko­wało. Oczyma duszy widział tę kobietę spo­glą­da­jącą ku niemu z kwia­tami w dło­niach, klę­czącą w świeżo poru­szo­nej ziemi. Obraz był wciąż żywy, lecz kiedy pró­bo­wał się sku­pić na jakim­kol­wiek szcze­góle, zawsze mu umy­kał. Wie­dział, że to wspo­mnie­nie musi skądś pocho­dzić, ale nie potra­fił go powią­zać z żad­nym z wyświe­tlo­nych na ścia­nie zdjęć.

A pró­bo­wał od bez mała jede­na­stu lat.

Her­bata wresz­cie osty­gła. Pił powoli, sku­piony na moza­ice twa­rzy. Nagle, choć od wielu mie­sięcy zupeł­nie tego nie dostrze­gał, doszedł do wnio­sku, że kom­po­zy­cja jest pozba­wiona rów­no­wagi w pra­wym gór­nym rogu. Uniósł rękę i prze­su­nął kilka zdjęć – ściana była dosko­nale posłuszna ruchom jego pal­ców. Teraz całość wyglą­dała lepiej, lecz zda­wał sobie sprawę, że za jakiś czas znów prze­sta­nie być z niej zado­wo­lony. Dopóki nie odnaj­dzie zagi­nio­nego ele­mentu ukła­danki, moza­ice wciąż będzie bra­ko­wać wła­ści­wej har­mo­nii.

Cof­nął się w myślach do tego, co się stało. Skrzy­wił się, mimo że były to tylko wspo­mnie­nia.

Sześć bra­ku­ją­cych godzin.

– Wszystko było z tobą w porządku – ode­zwał się do kobiety ze ściany. – Byłaś bez­pieczna. Dotar­li­śmy do cie­bie szyb­ciej niż on.

Zmu­sił się, by w to uwie­rzyć, tak mocno, jakby nie liczyło się nic innego w całym wszech­świe­cie.

Drey­fus kazał zdję­ciom znik­nąć i ściana z papieru ryżo­wego znów zro­biła się tak pusta jak wtedy, gdy wszedł do pokoju. Dopił jed­nym hau­stem her­batę, led­wie czu­jąc jej smak. Na tej samej czę­ści ściany co przed­tem wywo­łał sche­mat ope­ra­cyjny dnia. Zasta­no­wił się, czy tech­nicy zna­leźli cokol­wiek, bada­jąc rzeźbę, którą ze Spa­rve­rem odkryli na Ruskin-Sar­to­rious. Kiedy jed­nak infor­ma­cje się wyświe­tliły, ani słowa, ani obrazy nie dawały się odczy­tać. Na zdję­ciach widział kształty, poje­dyn­cze litery w tek­stach, ale gdzieś pomię­dzy ścianą a jego mózgiem coś nie dzia­łało tak, jak należy.

Dopiero po chwili uświa­do­mił sobie, że zapo­mniał przy­jąć swoją dawkę pan­go­linu i zaczyna odczu­wać zabez­pie­cza­jącą dys­lek­sję. Poprzed­nia auto­ry­zu­jąca por­cja spe­cy­fiku prze­sta­wała dzia­łać.

Wstał od sto­lika i pod­szedł do ściany w miej­scu, gdzie cze­kał auto­mat. Wycią­gnął rękę w kie­runku per­ło­wo­sza­rej powierzchni i we wnęce poja­wiło się urzą­dze­nie. Miało kształt bla­do­sza­rej rurki z nary­so­waną ręka­wicą Pano­plii i kodem pasko­wym pasu­ją­cym do tego, który wid­niał na jego mun­du­rze. Tekst na pla­kietce dozow­nika gło­sił: „Poziom dostępu Pan­go­lin, do wyłącz­nego użytku pre­fekta polo­wego Toma Drey­fusa. Nie­po­wo­łane uży­cie może skut­ko­wać uszko­dze­niami neu­ro­lo­gicz­nymi albo trwałą i nie­od­wra­calną śmier­cią”.

Drey­fus pod­wi­nął rękaw i przy­ci­snął rurkę do przed­ra­mie­nia. Poczuł zimne łasko­ta­nie, gdy zawar­tość tubki wpły­wała do jego ciała. Nie było nie­przy­jemne.

Poszedł do sypialni. Spał nie­spo­koj­nie, ale bez snów. Gdy się ock­nął – trzy lub cztery godziny potem – sche­mat ope­ra­cyjny na ścia­nie wydał mu się jasny i wyraźny.

Przy­glą­dał mu się przez chwilę, po czym posta­no­wił, że Ultrasi cze­kają już dosta­tecz­nie długo.

Cztery

Na kon­soli kutra roz­dzwo­nił się sygnał alarmu. Drey­fus wsu­nął bańkę z kawą z powro­tem w ścianę i spoj­rzał na odczyt. Od strony Roju Par­kin­go­wego coś się do niego zbli­żało, obiekt zbyt mały, by mógł być świa­tło­wcem. Wie­dziony ostroż­no­ścią prze­sta­wił kuter w tryb obronny. Uzbro­je­nie zostało akty­wo­wane i przy­go­to­wane do akcji, na­dal jed­nak nie wysu­nęło się na zewnątrz kadłuba. Drey­fus doszedł do wnio­sku, że obiekt leci zbyt wolno jak na pocisk.

Kilka chwil potem kamery kutra odna­la­zły intruza i uka­zały w skró­co­nej per­spek­ty­wie kształt nie­wiel­kiego promu mię­dzy­okrę­to­wego. Pojazd przy­po­mi­nał koń­ską czaszkę pozba­wioną oczo­do­łów. Na czar­nym kadłu­bie wid­niała szkar­łatna ważka obrę­biona jaśnie­ją­cymi włók­nami.

Ode­brał zapro­sze­nie do połą­cze­nia audio.

– Witam, pre­fek­cie – roz­legł się pozba­wiony akcentu, męski głos. Mówił współ­cze­snym rus­skim. – Jak mogę pomóc?

Drey­fus, z nie­ja­kim wysił­kiem, prze­sta­wił się na inny tryb pro­wa­dze­nia roz­mowy.

– Przede wszyst­kim nie zbli­ża­jąc się do mnie. Nie prze­kro­czy­łem gra­nic Roju.

– Nie­mniej znaj­du­jesz się bar­dzo bli­sko. Suge­ruje to zamiar wkro­cze­nia.

– Z kim roz­ma­wiam?

– Mógł­bym spy­tać o to samo, pre­fek­cie.

– Repre­zen­tuję w tej oko­licy prawo. Wię­cej wie­dzieć nie musisz. Zakła­dam, że mam przy­jem­ność z przed­sta­wi­cie­lem Roju?

Po chwili mil­cze­nia – która nie miała nic wspól­nego z opóź­nie­niem trans­mi­sji – padła odpo­wiedź:

– Możesz nazy­wać mnie kapi­ta­nem portu, Sera­fi­nem. Jestem przed­sta­wi­cie­lem wszyst­kich zebra­nych w Roju stat­ków, także tych doku­ją­cych w cen­tral­nym punk­cie obsługi.

– Czyli rozu­miem, że jesteś Ultra­sem?

– Jeśli posłu­żymy się waszą wąską defi­ni­cją owego ter­minu, to nie. Nie jestem na stałe zwią­zany z żad­nym stat­kiem ani jego załogą. Nie­mniej, kiedy znaj­dują się tutaj, wszyst­kie załogi odpo­wia­dają przede mną.

Drey­fus się­gnął pamię­cią daleko wstecz, ale nie przy­po­mi­nał sobie, by kie­dy­kol­wiek miał do czy­nie­nia z jakim­kol­wiek Sera­fi­nem ani innym Ultra­sem.

– To pomyślny zbieg oko­licz­no­ści.

– Nie rozu­miem, pre­fek­cie.

– Być może będę pro­sił o dostęp do jed­nej z waszych załóg.

– To byłoby raczej nie­prze­pi­sowe.

– Nie tak bar­dzo nie­prze­pi­sowe jak kie­ro­wa­nie pro­mie­nia wylo­to­wego sil­nika na habi­tat, w któ­rym mieszka dzie­wię­ciu­set sześć­dzie­się­ciu ludzi, kapi­ta­nie portu.

Znów zapa­dła dłuż­sza chwila ciszy. Drey­fus poczuł kro­plę potu for­mu­jącą się na grzbie­cie dłoni. Wspo­mi­na­jąc Ruskin-Sar­to­rious, zary­zy­ko­wał i odkrył karty, co było wbrew pole­ce­niom Aumo­nier. Jed­nak naczelna pre­fekt nie podej­rze­wała nawet, że doj­dzie do roz­mowy z kimś, kto repre­zen­tuje cały Rój.

– Dla­czego akty­wo­wa­łeś sys­temy obronne, pre­fek­cie? Widzę poci­ski przez twój kadłub, mimo powłoki masku­ją­cej. Dener­wu­jesz się?

– Jestem po pro­stu ostrożny. Podej­rze­wam, że gdy­bym zoba­czył twoje uzbro­je­nie, oka­za­łoby się, że jest w podob­nym try­bie.

– Punkt dla pana – powie­dział kapi­tan portu Sera­fin i zachi­cho­tał. – Ale ja nie jestem zde­ner­wo­wany. Obrona Roju jest moim obo­wiąz­kiem.

– Dowolny z waszych stat­ków może spo­wo­do­wać więk­sze znisz­cze­nia niż któ­ry­kol­wiek z naszych. Według mnie zade­mon­stro­wa­li­ście to już wystar­cza­jąco dobit­nie.

– Tak, wspo­mi­na­łeś, pre­fek­cie. Ale to poważne oskar­że­nie.

– Nie wysu­wał­bym go, gdy­bym nie miał solid­nych dowo­dów.

– Na przy­kład?

– Trasa statku. Poza tym bada­nia pró­bek pobra­nych w habi­ta­cie wyka­zały zgod­ność z sygna­turą pro­mie­nia wylo­to­wego waszych sil­ni­ków. Jestem nawet w sta­nie podać nazwę świa­tło­wca, o który…

– Myślę, że powin­ni­śmy pomó­wić oso­bi­ście – prze­rwał kapi­tan portu Sera­fin. Zro­bił to bar­dzo pośpiesz­nie, co nieco Drey­fusa zdzi­wiło. – Pro­szę dez­ak­ty­wo­wać broń. Zbliżę się i zado­kuję do przed­niej śluzy powietrz­nej.

– Nie wyra­zi­łem na to zgody.

– Ale wyra­zisz, pre­fek­cie – odparł Sera­fin.

Kiedy śluza roz­po­częła pracę – dosto­so­wu­jąc do sie­bie różne na obu stat­kach ciśnie­nia i mie­szanki atmos­fe­ryczne – Drey­fus wyrzu­cił z umy­słu wszyst­kie dotych­cza­sowe doświad­cze­nia i uprze­dze­nia. Ni­gdy nie można było mieć pew­no­ści, w jaki spo­sób Ultrasi zama­ni­fe­stują się fizycz­nie. Mogli wyglą­dać zupeł­nie jak ludzie, niczym dowolny funk­cjo­na­riusz Pano­plii, a mimo to nosić w sobie ukryte i bar­dzo nie­bez­pieczne maszyny.

Oka­zało się jed­nak, że Drey­fus widy­wał już istoty dziw­niej­sze od Sera­fina. Jego koń­czyny i tułów kryły się w jasno­zie­lo­nym, napę­dza­nym sil­ni­kiem egzosz­kie­le­cie. Głowa wyda­wała się dziw­nie mała – usta i nos prze­sła­niała srebrna kratka wsz­cze­pio­nego na stałe urzą­dze­nia, które umoż­li­wiało oddy­cha­nie. Po lewej stro­nie czaszki widać było chro­mo­waną płytkę inter­fejsu, pełną róż­no­rod­nych gniazd – Ultrasi pre­fe­ro­wali bez­po­średni kon­takt z maszy­nami – poza tym jed­nak pre­fekt nie zauwa­żył śla­dów inten­syw­nej cybor­gi­za­cji. Przy­bysz miał dłu­gie, czarne, zwią­zane w kucyk włosy. Blade, deli­katne dło­nie przy­po­mi­nały Drey­fusowi odci­śnięty w skale szkie­let wymar­łego ptaka.

– Dzię­kuję za gościnę – przy­wi­tał się Sera­fin. Głos wydo­by­wał się z jakie­goś miej­sca pod jego gar­dłem.

Drey­fus przed­sta­wił się i zapro­wa­dził Ultrasa do prze­działu miesz­kal­nego kutra.

– Czy mogę coś zapro­po­no­wać?

– Jest pan w sta­nie prze­pro­wa­dzić dia­lizę krwi?

– Oba­wiam się, że nie.

– Wielka szkoda. Mój sta­tek ma kło­poty z eli­mi­no­wa­niem kwa­sów powsta­ją­cych wsku­tek zmę­cze­nia. Podej­rze­wam, że powi­nie­nem wymie­nić filtr, ale nie mam nie­stety czasu na powrót do cen­tral­nego punktu obsługi.

– Może więc kawę?

– Podzię­kuję, pre­fek­cie. A zatem, w spra­wie tego nie­zręcz­nego tematu, który zamie­rzamy omó­wić…

– Dzie­więć­set sześć­dzie­siąt ofiar. To już nawet nie jest nie­zręcz­ność. Ci ludzie nie znaj­do­wali się w obrę­bie mojego zain­te­re­so­wa­nia, kapi­ta­nie, a to zna­czy, że byli porząd­nymi oso­bami, pró­bu­ją­cymi wieść spo­kojne życie i nikomu nie wadzić. Nie prze­żył nikt.

– Przy­kro mi z powodu ich śmierci. Naprawdę. My też mamy dusze, pre­fek­cie Drey­fus. Mamy sumie­nia. Ale zapew­niam, że to nie to, na co wygląda.

– Nie inte­re­suje mnie żaden sta­tek poza „Akom­pa­nia­men­tem cieni”.

Sera­fin dotknął dło­nią ścianki maski, jakby doko­ny­wał nie­znacz­nych popra­wek w usta­wie­niach urzą­dze­nia.

– Czy roz­wa­żał pan moż­li­wość, że tę zbrod­nię popeł­nił ktoś inny? Ktoś, kto znik­nął, rzu­ca­jąc jed­no­cze­śnie podej­rze­nie na nie­winną załogę?

– Zarówno moja sze­fowa, jak i ja dali­by­śmy wszystko, by móc nie wcho­dzić w drogę Ultra­som. Uszko­dze­nia na Ruskin-Sar­to­rious mogły jed­nak powstać tylko w jeden spo­sób. Wsku­tek dzia­ła­nia pro­mie­nia wylo­to­wego napędu Hybry­dow­ców.

– Wyklu­czy­li­ście już inne moż­li­wo­ści? Na przy­kład atak jakąś bro­nią?

– Nie ist­nieje broń, która mogłaby tego doko­nać.

– Może ist­nieje, tylko jesz­cze jej nie znamy. Nikt prze­cież nie zaprze­czy, że w prze­szło­ści powsta­wało wiele strasz­nych maszyn – potwor­nych, nisz­czy­ciel­skich – nie­które mogły prze­trwać do naszych cza­sów. Wszy­scy sły­sze­li­śmy pogło­ski o broni klasy Pie­kło.

– Sera­fi­nie, jestem pre­fek­tem – powie­dział cier­pli­wie Drey­fus. – Zaj­muję się fak­tami, nie pogło­skami. I nie muszę szu­kać żad­nych legen­dar­nych broni z ciem­nych wie­ków. Mam dowód na dzia­ła­nie sil­nika. Wię­cej mi nie trzeba.

– Na­dal uwa­żam, że to jakaś pomyłka. Żadna z załóg nie dopu­ści­łaby się cze­goś podob­nego.

– Nawet gdyby coś poszło nie tak w inte­re­sach?

– Mści­wość to dzie­cinna moty­wa­cja, pre­fek­cie Drey­fus. My nie jeste­śmy dziećmi.

– No dobrze. A teo­ria wypadku?

– Napęd Hybry­dow­ców nie może się włą­czyć ot tak, sam z sie­bie.

– Świet­nie. Zatem ktoś go musiał uru­cho­mić. Cie­szę się, że to sobie wyja­śni­li­śmy.

– Niczego nie wyja­śni­li­śmy. Czego pan ode mnie ocze­kuje?

– Chcę, by unie­moż­li­wił pan „Akom­pa­nia­men­towi cieni” opusz­cze­nie Roju. To punkt pierw­szy. Punk­tem dru­gim będzie unie­moż­li­wie­nie jego zało­dze ucieczki ze statku. Punkt trzeci będzie pole­gać na uży­ciu pań­skich wpły­wów i dopro­wa­dze­niu kapi­tana przed obli­cze spra­wie­dli­wo­ści.

– Sporo tych punk­tów, pre­fek­cie.

– Taka praca.

– A jeśli odmó­wię?

– Będziemy zmu­szeni przyj­rzeć się naszym umo­wom han­dlo­wym, kapi­ta­nie. W Migo­tli­wej Wstę­dze ist­nieje dzie­sięć tysięcy habi­ta­tów goto­wych do pro­wa­dze­nia inte­re­sów. Ale bez naszego bło­go­sła­wień­stwa nie poroz­ma­wia­cie z żad­nym z nich.

– Zna­leź­li­by­śmy jakiś spo­sób.

– Nie wąt­pię. Ale chciał­bym zoba­czyć, jak będą się wów­czas kształ­to­wać wasze dochody. Wyobra­żam sobie, że dla czło­wieka o pań­skiej pozy­cji nie byłoby to zbyt przy­jemne.

– Pro­szę nie posu­wać się do gróźb, pre­fek­cie – rzu­cił kapi­tan.

– Dla­czego nie?

– Ponie­waż wy potrze­bu­je­cie nas o wiele bar­dziej niż my was.

***

Mimo że ścianka wej­ściowa była przej­rzy­sta, Spa­rver zapu­kał, zanim wszedł do biura Tha­lii. Jako zastępca pre­fekta trze­ciego stop­nia – co ozna­czało, że od uzy­ska­nia sta­tusu pre­fekta polo­wego dzie­lił go już tylko jeden szcze­bel dra­binki – Spa­rver był dwa stop­nie star­szy od niej. Mógłby więc wcho­dzić bez zapo­wie­dzi, jak zapewne uczy­niłby Drey­fus. Nie­mniej, odkąd Tha­lia dołą­czyła do zespołu, Spa­rver przez cały czas trak­to­wał ją jak równą sobie. Jako córka Jasona Ng i tak miała na gło­wie wiele pro­ble­mów, więc nie chciał dokła­dać jej nowych, popi­su­jąc się swoją prze­wagą, zwłasz­cza że sam był jesz­cze zastępcą.

– Szef nie daje wytchnie­nia, co? – zagaił, gdy Tha­lia ode­rwała wzrok od pracy.

– Nie ma na to rady. – Upiła łyk kawy i prze­tarła oczy. – Sprawa Peri­gal była prio­ry­te­towa jesz­cze przed tą sytu­acją z Ruskin-Sar­to­rious. Ale cie­szę się, że tym razem Drey­fus zaufał mi na tyle, by powie­rzyć mi je obie.

Spa­rver sta­nął przy jej kon­soli i przej­rzał infor­ma­cje poja­wia­jące się na licz­nych wyświe­tla­czach. Tha­lia czę­sto kpiła ze swo­ich umie­jęt­no­ści szyb­kiego czy­ta­nia, ale jej wskaź­nik Klau­snera był i tak o wiele wyż­szy niż jego.

– Szef ufa ci od początku. Tym zupeł­nie nie musisz się przej­mo­wać.

– Ale zda­rzają mu się chwile zwąt­pie­nia.

– Dla­czego tak mówisz?

Tha­lia zatrzy­mała wyświe­tla­cze.

– Nie byłoby od rze­czy, gdyby zabrał mnie na Ruskin-Sar­to­rious. Znam archi­tek­turę rdzeni lepiej niż kto­kol­wiek inny.

– Byłaś prze­cież zajęta.

– Teraz jestem zajęta jesz­cze bar­dziej. To żaden argu­ment.

– Drey­fus wie­dział, że pora­dzę sobie z rdze­niem – zauwa­żył Spa­rver. – Gdy­by­śmy natra­fili na coś trud­niej­szego, wzię­ła­byś kuter i dołą­czyła do nas po godzi­nie.

– Pew­nie tak.

– Posłu­chaj, Tha­lia. Szef ma o tobie bar­dzo dobre zda­nie. Może tego nie oka­zuje, ale on już taki jest. Gdyby cię nie cenił, to nie wziąłby cię do zespołu. Możesz mi wie­rzyć.

– Mar­twię się po pro­stu tym, że on uważa, że nie pra­cuję na sto pro­cent.

– Powie­dział ci coś takiego?

– Nie, w zasa­dzie to nie. – Tha­lia zmarsz­czyła brwi.

– Sama widzisz.

– Ale i tak nie rozu­miem, dla­czego nie wziął mnie do Bańki.

– Dla­tego że to była poten­cjal­nie nie­bez­pieczna ope­ra­cja.

– Bar­dziej nie­bez­pieczna od wpro­wa­dze­nia blo­kady?

– Poten­cjal­nie. Skoro komuś tak bar­dzo zale­żało na znisz­cze­niu tego habi­tatu, to rów­nie dobrze mógł wykryć tam obec­ność pre­fek­tów i wró­cić.

– Nic takiego się nie stało.

– To nie ma zna­cze­nia. Drey­fus nie zabrał cię ze sobą – poza tym, że nie chciał cię odry­wać od innych zajęć – dla­tego, że nie chciał ryzy­ko­wać życia jed­nego ze swo­ich naj­lep­szych zastęp­ców. Blo­kada to co innego. Tam musia­łaś być. Ale tym razem? Według mnie szef postą­pił słusz­nie. I to nie ma nic wspól­nego z twoją wydaj­no­ścią ani zdol­no­ściami.

Tha­lia spoj­rzała nie­pew­nie.

– Dla cie­bie to pew­nie głu­pie wąt­pli­wo­ści.

– Wcale nie. Kiedy zaczą­łem z nim pra­co­wać, całymi mie­sią­cami zasta­na­wia­łem się, co ja, do cho­lery, robię nie tak. Nie pochwa­lił mnie ani razu. Potem, stop­niowo, zro­zu­mia­łem: pochwałą jest to, że Drey­fus nie wyrzuca cię z zespołu.

– Ale teraz jest już ina­czej… prawda?

– Nie do końca. Ow­szem, od wiel­kiego dzwonu rzuca mi słowo zachęty, ale poza tym trak­tuje mnie dokład­nie tak samo jak cie­bie.

– Ja tego tak nie widzę.

– Dla­tego że wciąż jesteś nowa. Kiedy dochra­pię się polo­wego, prze­niosą mnie do innego wydziału, a ty wsko­czysz na moje miej­sce. Wtedy Drey­fus przy­pro­wa­dzi kogoś nowego, kto będzie się czuł podob­nie jak ty w tej chwili.

Tha­lia obej­rzała się przez ramię na ściankę wej­ściową.

– Spa­rver, czy ty go lubisz?

– W Pano­plii nie ma nikogo, z kim wolał­bym pra­co­wać.

– Nie o to pyta­łam.

– Wiem, ale to była moja odpo­wiedź. – Roz­ło­żył ręce. – Tha­lia, jestem hiper­świ­nią. Są pre­fekci, któ­rzy z tego powodu nie patrzą mi nawet w oczy. A Drey­fus chciał wła­śnie mnie. Może i jest mało komu­ni­ka­tywny i zamknięty w sobie, ale za to jedno zawsze będę mu wdzięczny.

– Mnie też nie wszy­scy tole­rują – zauwa­żyła Tha­lia.

– I widzisz. Oboje mamy u szefa dług. No dobrze, może oddasz mi tro­chę tej swo­jej pracy. Pomogę ci.

– Nie musisz tego robić.

– I wcale nie twier­dzę, że znam się na symu­la­cjach poziomu beta rów­nie dobrze jak ty. Pomy­śla­łem jed­nak, że może masz do prze­pro­wa­dze­nia jakieś bar­dziej ruty­nowe testy. Zajął­bym się nimi, a ty z wolną głową zaję­ła­byś się poważ­niej­szymi spra­wami.

– Skoro naprawdę chcesz… – Tha­lia z powro­tem poło­żyła ręce na kon­soli. – Prze­pu­ści­łam wszyst­kie dwa­na­ście odzy­ska­nych symu­la­cji przez stan­dar­dowe algo­rytmy odzy­ski­wa­nia. Sko­rzy­sta­łam z pro­to­ko­łów Tian­jun. Pięć lub sześć z nich to raczej bez­na­dziejne przy­padki, ale żeby mieć abso­lutną pew­ność, muszę prze­pro­wa­dzić drugą serię testów.

– Zapewne tym razem uży­jemy pro­to­ko­łów Lisi­chansk? – Spa­rver poki­wał głową.

– Nie sądzę, żeby­śmy otrzy­mali inne wyniki. Jeśli Tian­jun nie dopro­wa­dził do sta­bil­nego wywo­ła­nia, Lisi­chansk raczej też nie pomoże. Nie chcia­ła­bym jed­nak niczego zanie­dbać.

– Zaraz się do tego zabiorę.

– Dzięki, Spa­rver.

– Mogę coś jesz­cze dla cie­bie zro­bić?

Tha­lia spu­ściła wzrok na swoje dło­nie, wciąż leżące na kon­soli.

– W zasa­dzie tak. Ale to prośba innego rodzaju.

– Słu­cham.

– Nie­długo po przy­stą­pie­niu do zespołu pyta­łam cię, co spo­tkało Drey­fusa. Dla­czego jest taki, jaki jest.

– Chyba pamię­tam.

– Powie­dzia­łeś wtedy, że sam jesz­cze wszyst­kiego nie wiesz, ale że pew­nego dnia zdra­dzisz mi to, czego się domy­ślasz.

– Ow­szem – przy­znał.

– Spa­rver, od tam­tej pory minęło pięć lat. Chyba możesz już uchy­lić rąbka tajem­nicy.

– Nie pyta­łaś innych?

– Jeśli nie zauwa­ży­łeś, rzadko zaj­muję się plot­kami.

– Prawda. A spraw­dza­łaś w Tur­bi­nach?

– Nie chcia­łam grze­bać za jego ple­cami.

– Ale chcesz zapy­tać mnie i nie wydaje ci się to nie­sto­sowne.

– To co innego. – Spoj­rzała ostrze­gaw­czo. – Cie­bie pytam jako przy­ja­ciela. Co mu się stało?

Spa­rver poczuł, jak jego opór słab­nie. Obie­cał jej i nie mógł cof­nąć danego słowa, choć do dziś miał nadzieję, że zapo­mniała.

– Nie cho­dzi o to, co stało się jemu. Rzecz w tym, co spo­tkało bli­ską mu osobę. Nazy­wała się Valery Cha­pe­lon.

Od razu zauwa­żył, że to nazwi­sko nic Tha­lii nie mówi.

– Była jego żoną?

Spa­rver przy­tak­nął, choć miał wra­że­nie, że zdra­dza zaufa­nie prze­ło­żo­nego.

– No więc? Co się wyda­rzyło? – naci­skała.

– To miało miej­sce jede­na­ście lat temu. Teraz spy­taj sama sie­bie, od jak dawna Jane Aumo­nier jest w obec­nym sta­nie. Powin­naś zro­zu­mieć od razu.

Wyraz twa­rzy dziew­czyny zmie­nił się nie­mal natych­miast.

***

Jane Aumo­nier uno­siła się w pozba­wio­nej cią­że­nia sali z rękoma sple­cio­nymi na piersi. Brodę zadarła wysoko. Rzu­ciła mu uważne spoj­rze­nie.

– Wró­ci­łeś szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­łam – zauwa­żyła, gdy smycz zatrzy­mała Drey­fusa w bez­piecz­nej odle­gło­ści.

– Na szczę­ście nie z pustymi rękoma.

– O ile się nie mylę, wyraź­nie pro­si­łam, żebyś nie nawią­zy­wał kon­taktu.

– Nie mia­łem innej moż­li­wo­ści. Nie prze­kro­czy­łem gra­nicy Roju, ale roz­ma­wia­łem z kimś, kto twier­dzi, że jest przed­sta­wi­cie­lem ich wszyst­kich.

– Rozu­miem więc, że roz­ma­wia­łeś z kapi­ta­nem portu?

– Nie wie­dzia­łem, że się zna­cie.

– Roz­ma­wia­li­śmy dawno temu. Raz lub dwa. Ni­gdy oso­bi­ście. Dość podej­rzana oso­bi­stość, ale wolę mieć do czy­nie­nia z nim niż z więk­szo­ścią jego poprzed­ni­ków. Odnio­słam wra­że­nie, że jest otwarty na roz­sądną dys­ku­sję.

Gdyby Drey­fus nie szy­bo­wał swo­bod­nie na lince, zapewne prze­stą­piłby nie­pew­nie z nogi na nogę.

– Miejmy nadzieję.

Nagle na zwy­kle kamien­nej twa­rzy Aumo­nier odma­lo­wał się nie­po­kój.

– Chyba go za bar­dzo nie przy­ci­sną­łeś, prawda?

– Nie mia­łem czasu na uprzej­mo­ści. Kiedy rozej­dzie się infor­ma­cja, że Ultrasi palą habi­taty, Sera­fin i jego przy­ja­ciele będą mieli na karku poważ­niej­sze pro­blemy niż kilka moich deli­kat­nych suge­stii.

Aumo­nier popa­trzyła na jeden ze swo­ich wyświe­tla­czy. Jej oczy zasnuła mgła: przez chwilę wyda­wało się, że odda­liła się cia­łem i umy­słem o kilka sekund świetl­nych.

– Cóż, masz rację. Musimy się śpie­szyć. Na­dal udaje nam się ukry­wać kata­strofę, ale z każdą godziną w sieci poja­wia się coraz wię­cej pytań. Inne habi­taty już podej­rze­wają, że mogło się stać coś złego. To tylko kwe­stia czasu, zanim ktoś posta­nowi spraw­dzić na wła­sne oczy albo przy­śle pyta­nie, na które nie uda się nam prze­ko­nu­jąco odpo­wie­dzieć.

– I co wtedy?

– Wtedy nasze życie nabie­rze wresz­cie rumień­ców – odpo­wie­działa Aumo­nier ponuro.

– Dla­tego wła­śnie jestem zado­wo­lony, że roz­ma­wia­łem z nim twardo. Jeśli Sera­fin rze­czy­wi­ście jest tak roz­sądny, jak mówisz, może coś osią­gniemy.

– Igramy z ogniem, Tom.

– Nie my usta­la­li­śmy zasady tej gry – przy­po­mniał. – Poza tym za to nam płacą.

Naczelna pre­fekt umil­kła. Drey­fus pomy­ślał, że skoń­czyła już spo­tka­nie i że znów sku­piła uwagę na swym plu­ją­cym infor­ma­cjami panelu. Że zapo­mniała o jego obec­no­ści. Bywało tak w prze­szło­ści i ni­gdy nie czuł się tym ura­żony. Gdy się jed­nak ode­zwała, uświa­do­mił sobie, że po pro­stu zbie­rała odwagę, by powie­dzieć coś bole­snego.

– Tom, jest coś, o czym powi­nie­neś wie­dzieć. Cho­dzi o Ska­ra­be­usza.

– Dobre wie­ści? – spy­tał, mimo że ton jej głosu wska­zy­wał na coś odwrot­nego.

– Nie, nie dobre. Na­dal nie mamy poję­cia o jego moż­li­wo­ściach, a według mnie to samo w sobie pod­pada pod kate­go­rię złych wia­do­mo­ści.

– Mów dalej, pro­szę.

– Wiesz, co mnie naj­bar­dziej mar­twi? Nie to, że może już ni­gdy tego ze mnie nie zdejmą. Wie­rzę w ich umie­jęt­no­ści, pew­nie nawet bar­dziej niż oni sami. Zespół Demi­chowa to naj­lepsi fachowcy, jakich mogłam sobie wyma­rzyć.

– Co więc cię nie­po­koi? – spy­tał łagod­nie Drey­fus.

– To, że już ni­gdy nic mi się nie przy­śni. Co się dzieje z czło­wie­kiem, który nie śni od jede­na­stu lat, Tom? Czy kto­kol­wiek to wie?

– Jestem prze­ko­nany, że to się kie­dyś zmieni.

– Pew­no­ści jed­nak nie ma. Co, jeśli odpo­wie­dzialne za marze­nia senne czę­ści mojego mózgu zani­kły wsku­tek nie­uży­wa­nia? Albo jeśli prze­jęły już funk­cje jakie­goś innego obszaru? Wiesz, to się zda­rza. Połą­cze­nia w mózgu nie­ustan­nie się prze­obra­żają.

– Będziesz jesz­cze śnić, zoba­czysz – powie­dział, jakby to mogło jej wystar­czyć.

Aumo­nier znów zamil­kła na chwilę.

– Nie­dawno wewnątrz Ska­ra­be­usza zaszła zmiana. Kilka ele­men­tów się prze­su­nęło. Nawet ja to poczu­łam. Nie wie­dzą, co o tym myśleć.

– Wyda­wało mi się, że Demi­chow mówił, że już roz­pra­co­wali jego budowę?

– Tego ni­gdy nie powie­dział. Tyle tylko że wie­dzą dosta­tecz­nie wiele, by pew­nego dnia go ze mnie zdjąć.