Pragnienie - Marina Yuszczuk - ebook + audiobook + książka

Pragnienie ebook i audiobook

Marina Yuszczuk

3,4
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Wampirzyca zostawia za sobą Europę i przybywa do XIX-wiecznego Buenos Aires, gdzie jest świadkiem, jak wioska przekształca się w kosmopolityczne miasto. Skończyły się czasy krwawych bachanaliów, kiedy mogła do woli zabijać. Musi przystosować się do nowej rzeczywistości, wmieszać między ludzi, działać dyskretnie.

We współczesnym Buenos Aires kobieta przechadza się z synem po cmentarzu La Recoleta i z niepokojem obserwuje swoją skromną emancypację.

Pierwsza jest śmiertelnie znudzona, w drugiej budzi się niezdrowe zainteresowanie tym, co gotyckie. Z ich spotkania rodzi się piękna powieść, łącząca burzliwą przeszłość Buenos Aires z sekretami współczesnej rodziny.

Darwin mówi, że zdaniem naturalistów „gatunki, kiedy się krzyżują, odznaczają się bezpłodnością, żeby uniemożliwić wzajemne mieszanie się”. Marina Yuszczuk pokazuje, że w literaturze jest na szczęście na odwrót. Jej powieść – zainspirowana nie tyle Drakulą, co potworami Mary Shelley i intrygami Jane Austen – nie jest tylko zwykłą książką o wampirach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 218

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 52 min

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
3,4 (7 ocen)
2
1
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Innekarta_irmina

Dobrze spędzony czas

Dziewczynka z biednej rodziny zostaje sprzedana. Usługuje bogatemu i mrocznemu Panu do momentu zostania kobietą. Wtedy zostaje przemieniona w krwiożerczą bestię. Zaczyna tułaczkę z Europy do XIX Buenos Aires. Kolejna kobieta w czasach obecnych czuje niewyjaśnioną fascynację cmentarną kryptą i jej sekretami. Mierzy się, z nadchodzącą w rodzinie śmiercią i codzienną samotnością. Takiej książki o wampirach jeszcze nie czytałam. Jest określana jako gatunek horrorem, ale to tylko tło. „Pragnienie” porusza egzystencjalną stronę duszy i wytrwałość ludzkiej psychiki. Obserwujemy walkę żądzy z rozsądkiem, zaspokajanie pragnień kosztem zdrowia i życia. Są tutaj krwawe mordy, wysysanie krwi i podrzynanie gardeł, ale z drugiej strony mamy delikatne istoty w toksycznym transie, które nie potrafią nad tym zapanować. Możecie spodziewać się kalejdoskopu uczuć od morderczego amoku na erotycznych uniesieniach kończąc. Dwie perspektywy czasowe są ciekawie poprowadzone, zgrabnie połączone i idealnie s...
10
Leylaabigailbogucka

Całkiem niezła

Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Jest wciągająca. Uważam ten czas za dobrze spędzony, ale choć minęło trochę czasu od kiedy ją skończyłam nie wiem jaką mam o niej do końca opinię. Nie wiem co autorka chciała przekazać. Dla mnie nie było to wystarczająco jasne. Ale i tak pewnie bym przeczytała drugi raz xD
00

Popularność




Dedykacja

Dla mojej mamy,

ducha, który ze mną mieszka

Cytat

Według Bur­tona w szes­na­sto­wiecz­nej Anglii melan­cho­lia „jest niczym wielka rzeka, która wypływa z samego serca życia i zalewa wszystko wokół”.

Za każ­dym razem ogar­niała ją dziwna roz­kosz; utrata sił i zmę­cze­nie pozo­sta­wiały po sobie mroczne prze­ko­na­nie, że powinna znowu to zro­bić.

Valen­tine Pen­rose, La Com­tesse san­glante

Część pierwsza

Wstęp

Dzień jest bar­dzo jasny, słońce parzy oczy, kiedy patrzysz w niebo. Powie­trze się nie poru­sza. Na tle roz­pa­lo­nych chmur anioł ze zło­żo­nymi skrzy­dłami wień­czący jeden z gro­bow­ców wydaje się cały czarny. Przy­po­mina dra­pież­nika, polu­ją­cego ptaka. Gdyby nie kamień, który trzyma go w miej­scu, roz­ło­żyłby skrzy­dła i pole­ciał w dół. Przed laty tak wła­śnie przed­sta­wiano zarazę – w postaci mrocz­nego anioła odci­na­ją­cego się na tle popie­la­tego nieba.

Nikt nie wydaje się zwra­cać na niego uwagi. Uzbro­jeni w apa­raty tury­ści mijają rzeźby, jakby były zwy­kłymi kamie­niami. Na cmen­ta­rzu codzien­nie powta­rzają się te same sceny, cho­ciaż z udzia­łem innych zwie­dza­ją­cych. Nie krzy­czą, nie śmieją się, mówią szep­tem. Oka­zują sza­cu­nek cze­muś, czego nie potra­fi­liby nazwać, z umiar­ko­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem lawi­ru­jąc mię­dzy gro­bami. Zatrzy­mują się przy pre­zy­den­tach, pisa­rzach, wybit­nych posta­ciach. Czy­tają napisy na nagrob­kach, jakby brali udział w quizie histo­rycz­nym. Inni spa­ce­rują po labi­ryn­cie, kie­ru­jąc się zmy­słem este­tyki – tu skrzy­dła roz­po­starte niczym ramiona balet­nicy, tam dło­nie deli­kat­nie pod­trzy­mu­jące głowę.

Cza­sami gubią się w alej­kach, które dzielą cmen­tarz na kwa­tery, odtwa­rza­jąc układ mia­sta. Cho­ciaż jest dość mały, kilka ście­żek roz­cho­dzą­cych się pro­mie­ni­ście z punktu w pobliżu bramy może zmy­lić zwie­dza­ją­cych i popro­wa­dzić ich w odle­głe zakątki. Ale błą­dzą też dla­tego, że spa­ce­rują z zadar­tymi gło­wami, w cie­niu rzu­ca­nym przez rzeźby, które jak Matka Boska Bole­sna zasła­niają twa­rze, skry­wa­jąc cier­pie­nie, choć wydaje się, że ukry­wają coś znacz­nie gor­szego.

To naj­star­szy cmen­tarz w mie­ście, jedyny, który zacho­wał dla śmierci ele­gan­cję z innej epoki. Mar­mu­rowe marze­nie zisz­czone dzięki pie­nią­dzom. Spo­czy­wają tu wyłącz­nie ci, któ­rzy mogli sobie pozwo­lić na kupno prawa do poezji śmierci; reszta leży w zbio­ro­wych mogi­łach albo pod pły­tami, które osta­tecz­nie przy­pie­czę­to­wały ich nic nie­zna­czący żywot. Spa­ce­ruję alej­kami wyło­żo­nymi szarą kostką, zasta­na­wia­jąc się, gdzie pocho­wają mnie – czy będę powoli gnić pod zie­mią, czy raczej skoń­czę w jed­nej z nisz umiesz­czo­nych jedna nad drugą niczym półki regału, na przy­kład tej na górze, z samot­nym zwię­dłym goź­dzi­kiem sym­bo­li­zu­ją­cym zapo­mnie­nie. Pozo­stali zwie­dza­jący wydają się spo­kojni, wręcz roz­ba­wieni; pstry­kają zdję­cia a to tablicy ze zna­nym nazwi­skiem, a to wyjąt­kowo oka­za­łemu gro­bow­cowi.

Ode­rwa­nie się od rze­czy­wi­sto­ści uła­twia brak fetoru. Robi się wszystko, żeby zgni­li­zna nie wypły­wała ze zwłok, nie wydo­sta­wała się z tru­mien w postaci pły­nów albo gazów. To jedyny cmen­tarz w mie­ście, gdzie nie czuć stę­chłego, słod­ka­wego, uwła­cza­ją­cego odoru roz­kła­da­ją­cych się ciał, któ­rego nie jest w sta­nie zama­sko­wać nawet woń kwia­tów. Wdziera ci się do noz­drzy i wiesz, że ni­gdy go nie zapo­mnisz. Jest bar­dziej pod­stępny niż smród odcho­dów czy śmieci, może dla­tego, że gdy­byś nie znał jego prze­ra­ża­ją­cego źró­dła, mógł­byś pomy­lić go z zapa­chem per­fum. Hor­ror roz­grywa się w ciele; kości, kiedy są czy­ste, stają się ska­mie­nia­ło­ściami, przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia. Jed­nak w ostat­nich dniach to ciało spę­dza mi sen z powiek.

Od kilku tygo­dni kom­pul­syw­nie odwie­dzam cmen­tarz, żeby odpę­dzić drę­czącą mnie myśl. Tym razem przy­szłam tu w dzień, z moim synem. Bie­gnie kilka metrów przede mną, nie podej­rze­wa­jąc, co mnie trapi. Ma pięć lat. Począt­kowo był zachwy­cony cmen­tarzem, tym labi­ryn­tem, mia­stem w minia­tu­rze, ale w pew­nym momen­cie popro­sił, żebym go tu wię­cej nie zabie­rała. Powie­dzia­łam, że dziś będzie ostatni raz, obie­ca­łam, że kupię mu jakiś pre­zent, jeżeli ze mną pój­dzie, i ustą­pił. Teraz udaje, że ściga kościo­trupa, któ­rego nazwał Juan. Szuka gro­bowca z czaszką i dwoma pisz­cze­lami wyry­tymi na szy­bie drzwi, prze­ko­nany, że to grób pirata.

Chce się bawić w cho­wa­nego, krzy­czy pod­eks­cy­to­wany, ale mówię mu sta­now­czym tonem, że tutaj nie wolno hała­so­wać, że nie powi­nien bie­gać. Że może się z kimś zde­rzyć i że w miej­scach, w któ­rych są pocho­wani ludzie, trzeba oka­zy­wać sza­cu­nek. O dziwo to rozu­mie. Mimo mło­dego wieku czuje, że powie­trze jest tutaj inne, tak jak w muze­ach czy kościo­łach. Kiedy zabra­łam go do Muzeum Sztuk Pięk­nych i do kate­dry, przed wej­ściem przy­ło­ży­łam palec do ust na znak, że do niektó­rych miejsc wcho­dzi się w mil­cze­niu, wol­nym kro­kiem.

Idziemy inną drogą niż grupki tury­stów, które wloką się, słu­cha­jąc obja­śnień prze­wod­nika. Wkrótce docie­ramy w głąb cmen­ta­rza. Santi ma czer­wone spodnie, to tutaj naj­żyw­szy kolor. Biega pośród mar­mu­rów i gra­ni­tów. Nagle staje jak wryty przed wielką rzeźbą przed­sta­wia­jącą kobietę, która opiera miecz na ziemi w geście kapi­tu­la­cji; musi wysoko zadzie­rać głowę, żeby objąć ją wzro­kiem. Fascy­na­cja szybko mija, bie­gnie dalej. Zatrzy­muje się przy wej­ściu do gro­bowca, chwyta obu­rącz kołatkę, którą trzyma w pasz­czy lew z brązu, cią­gnie, pró­bu­jąc otwo­rzyć drzwi. Mówię, że nie wolno. Słu­cha się mnie, rozu­mie, że w tym miej­scu obo­wią­zują inne zasady, choć nie wie dokład­nie, przed czym go chro­nię. Przy­klęka przy bocz­nej ścia­nie innego gro­bowca i zagląda przez szybkę. Poka­zuje coś pal­cem. Pod­cho­dzę, żeby zoba­czyć, co jest w środku. Pyta, czy w tych małych tru­mien­kach leżą dzieci. Odpo­wia­dam, że nie­ko­niecz­nie, że kiedy mija dużo czasu, ze zwłok zostają tylko kości, które można wło­żyć do mniej­szej trumny. Nie chcę mu mówić, że cza­sami ciała wkłada się do pieca, żeby obró­cić je w proch.

Kawa­łek dalej znaj­duje wresz­cie gro­bo­wiec z czaszką i pisz­cze­lami, siada na schod­kach przed wej­ściem i prosi, żebym zro­biła mu zdję­cie. Przez moment zasta­na­wiam się, czy to dobrze, że w wieku pię­ciu lat jest tak obe­znany ze śmier­cią. Czy nie powin­nam jej przed nim ukry­wać. Nie zapra­sza­li­śmy jed­nak śmierci do naszego domu, a mimo to przy­szła.

Idziemy dalej, sta­ram się mieć go na oku, ale stale coś odwraca moją uwagę. Pęk­nię­cia, rysy. Wszystko, na co patrzę, jest znisz­czone. Żela­zne dwu­skrzy­dłowe drzwi z wybi­tymi szyb­kami, zamknięte byle jak sta­rym łań­cu­chem. Gro­bowce z zapad­niętą pod­łogą, odsła­nia­jącą krypty z rzę­dami tru­mien uło­żo­nych na pół­kach. Trumny ze zdję­tym albo roz­wa­lo­nym wie­kiem, jakby ude­rzył w nie nie tylko czas, ale też ostrze sie­kiery – cza­sami fak­tycz­nie tak było. Wyobra­żam sobie żywe ciała, które pod osłoną nocy zakra­dają się tu pośród szep­tów i szu­kają w opusz­czo­nych gro­bach cze­goś, co można by sprze­dać.

Ja także cze­goś szu­kam. Chwi­lami odno­szę wra­że­nie, że zabie­ram ze sobą San­tiaga, aby mieć pew­ność, że tego nie znajdę. Jakby był moim amu­le­tem. Wołam go, żeby poka­zać mu trumny w gro­bowcu ze zbitą szybą. Spo­mię­dzy pły­tek pod­ło­go­wych wyra­stają chwa­sty, jakby w przy­szło­ści sza­rość cmen­ta­rza i solidne kamie­nie miały zostać zaata­ko­wane przez siłę pocho­dzącą z głębi ziemi. Brą­zowa farba pokry­wa­jąca ściany jest popę­kana, ze szcze­liny wyra­sta jakaś roślina. Pach­nie wil­go­cią. Jedna z tru­mien ma poła­mane wieko, ze środka wystaje długa kość, może ramie­nia albo pisz­cze­lowa; nie ma na niej ani śladu ciała, przy­po­mina kość ogry­zioną i wyli­zaną przez psa, tyle że nie błysz­czy. Jest brą­zowa, ale na końcu ma dwa różo­wawe wgłę­bie­nia o innej fak­tu­rze. Poka­zuję ją San­tiemu i wyja­śniam poucza­ją­cym tonem:

– Widzisz? Tak wyglą­dają kości, kiedy minie dużo czasu.

– Mogę dotknąć? – pyta.

– Nie, jest brudna, pew­nie są na niej robaki.

Kiwa głową i odcho­dzi. Przez moment czuję ucisk w gar­dle. Chcę mu poka­zać, czym naprawdę są kościo­trupy z jego wyobraźni, a jed­no­cze­śnie nie wiem, o co wła­ści­wie mi cho­dzi, boję się, że tracę wewnętrzną rów­no­wagę. Nie przej­mo­wa­ła­bym się tym, gdy­bym była sama, ale dzieci zasłu­gują na nor­mal­ność, potrze­bują jej.

Pusz­czam żela­zne pręty, wstaję z kucek i idę za San­tia­giem. Prze­su­wam dło­nią po jego wiecz­nie potar­ga­nych kasz­ta­no­wych wło­sach. Podoba mi się w nim wszystko, co dzie­cięce – zmierz­wione włosy po prze­bu­dze­niu, gęste rzęsy, wiel­kie oczy. Patrzę na niego, żeby nacie­szyć się nim takim, jaki jest teraz, świa­doma, że czas szybko mija.

Zatrzy­mu­jemy się przed anio­łem, który z zało­żo­nymi rękami czeka przed wej­ściem do gro­bowca. Ma pli­so­waną tunikę i ukru­szony nos. Kawa­łek dalej przy­sia­damy, żeby odpo­cząć przy dziew­czy­nie trzy­ma­ją­cej w dło­niach bukiet róż. Kilka kwia­tów spa­dło, leżą na schod­kach u stóp rzeźby. Ska­mie­niały, zanim kto­kol­wiek zdą­żył je pod­nieść. Stra­cona szansa. Nie­spo­dzie­wa­nie ogar­nia mnie smu­tek z powodu traf­no­ści tego obrazu, głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że przed­wcze­śnie prze­rwane życie jest jak zerwany kwiat, błąd natury. Foto­gra­fu­jemy rzeźbę przed­sta­wia­jącą kobietę, która skrom­nie patrzy w bok, jej pochy­lona głowa jest przy­ciem­niona mchem. A potem dziew­czynkę trzy­ma­jącą książkę w dło­niach, z któ­rych jedna jest ukru­szona.

Kiedy docie­ramy na koniec cmen­ta­rza, zatrzy­mu­jemy się dłu­żej przy jed­nej z moich ulu­bio­nych rzeźb – owi­nię­tej płót­nem kobie­cie, która leży na gro­bie Marca Avel­la­nedy. Wyciąga ramiona niczym balet­nica naśla­du­jąca ruchy łabę­dzia, ma sple­cione dło­nie, spo­mię­dzy pal­ców nie­mal wypada jej róża. Z boku widać, że spod mate­riału wystaje duża, jędrna pierś, odsło­nięta pra­wie do sutka.

Kamień ema­nuje zmy­sło­wo­ścią, ta rzeźba jest hip­no­ty­zu­jąca jak seks. Nie­trudno się domy­ślić, dla­czego zamożny męż­czy­zna zapła­cił za to, żeby na jego gro­bie na wieki wie­ków pokła­dała się pół­naga kobieta – ma odwra­cać uwagę zwie­dza­ją­cych od myśli o gni­ją­cym ciele. Dziki ero­tyzm kobie­cych posą­gów robi na mnie wra­że­nie, bo choć jest cał­kiem współ­cze­sny, należy do świata, który już prze­mi­nął; bogac­two form pozwala wzno­sić na roz­pa­dzie budowle z sym­boli. Tutaj, na powierzchni, śmierć zostaje wybie­lona, chroni się przed upły­wem czasu pod skrzy­dłami anio­łów stró­żów.

Idziemy kawa­łek dalej, zatrzy­mu­jemy się przed kaskadą błysz­czą­cego blusz­czu spły­wa­jącą po bocz­nej ścia­nie jed­nego z gro­bow­ców. Para cudzo­ziem­ców z butel­kami wody w dło­niach macha do mnie i pyta po angiel­sku, czy wiem, gdzie jest grób Evity. Wska­zuję im drogę. Dzię­kują i odcho­dzą. W tym momen­cie orien­tuję się, że nie ma przy mnie San­tiaga. Robi to cią­gle, cho­ciaż się na niego wście­kam – bie­gnie przo­dem i znika gdzieś za rogiem. Ruszam szyb­kim kro­kiem w kie­runku, w któ­rym szli­śmy, roz­glą­da­jąc się na boki. Nie ma go. Wszę­dzie widzę ludzi, ale nie mojego syna. Nie wiem, czy iść pro­sto, czy skrę­cić. Posta­na­wiam zostać tu, gdzie jestem, na wypa­dek gdyby wró­cił, ale nagle przy­cho­dzi mi na myśl, że mógł się wybrać do tej czę­ści cmen­ta­rza, któ­rej sta­ram się uni­kać, i ogar­nia mnie strach.

Jest taki jeden opusz­czony gro­bo­wiec. Cho­ciaż nie spo­czywa w nim nikt, kogo zna­łam, nagle dopada mnie strach. Zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy drzwi, które nie­dawno otwarto – pierw­szy raz od kil­ku­dzie­się­ciu lat – są teraz zamknięte na klucz.

Wresz­cie dociera do mnie, że zabra­nie syna na cmen­tarz było sza­leń­stwem; posta­na­wiam, że kiedy wróci, natych­miast stąd pój­dziemy. Ale on nie wraca. Nie wiem, ile minut mija, może zale­d­wie jedna. Zaczy­nam go wołać. Wkrótce nad­biega zde­ner­wo­wany alejką, na któ­rej cze­kam. Wpa­truje się we mnie, pró­buje odgad­nąć, czy się gnie­wam. Jestem spięta, szy­kuję się, żeby na niego nakrzy­czeć, ale roz­braja mnie ten błysk zro­zu­mie­nia. Klę­kam, żeby go przy­tu­lić. Mówi, że się prze­stra­szył, odpo­wia­dam, że ja też i że wra­camy do domu. Biorę go za rękę i ruszamy w stronę wyj­ścia.

Pod­ska­kuję wystra­szona na dźwięk dzwo­nów, które upar­cie przy­po­mi­nają, że zbliża się pora zamknię­cia cmen­ta­rza. Nie zorien­to­wa­łam się, że spę­dzi­li­śmy tu całe popo­łu­dnie. Niebo wciąż jest zwarte i zachmu­rzone, ale nie będzie padać, po pro­stu okrywa wszystko niczym gruby płaszcz. Docie­ramy do bramy, nie możemy wyjść, bo alej­kami napły­nęło morze ludzi. Na fry­zie ponad naszymi gło­wami wid­nieje napis w mar­twym języku: „Cze­kamy na Pana”. Prze­by­wa­nie w tłu­mie zaczyna mnie stre­so­wać, chcę jak naj­szyb­ciej stąd się wydo­stać. Santi cią­gnie mnie za rękę, żeby prę­dzej prze­su­nąć się do przodu. Wszystko dzieje się w mgnie­niu oka – spo­mię­dzy obcych twa­rzy wyła­nia się jedna, która zwraca moją uwagę, bo na mnie patrzy. Tak naprawdę się nie wyła­nia, dociera do mnie, że już tam była. Kobieta stoi nie­ru­chomo pośród ludzi, któ­rzy wymi­jają ją, pcha­jąc się do wyj­ścia. Jest w niej coś pro­wo­ku­ją­cego, nie odwraca oczu, kiedy wbi­jam w nią wzrok. Ma dłu­gie ciemne włosy, pozle­piane, jakby była bez­domna, nie to jed­nak budzi mój nie­po­kój; odno­szę wra­że­nie, że tu nie pasuje. Nie do tego miej­sca, ale… Jakby to powie­dzieć? Do tej rze­czy­wi­sto­ści. Moje serce ude­rza w żebra, kiedy odkry­wam, dla­czego wydaje mi się zna­joma. Lęk drąży mi dziurę w piersi. Ści­skam dłoń San­tiaga i zaczy­nam prze­ci­skać się do bramy. Musimy natych­miast stąd wyjść. Toruję sobie drogę ramio­nami i łok­ciami; żeby tłum nie zmiaż­dżył San­tiaga, cią­gnę go za sobą. Kilka osób patrzy na mnie z nie­na­wi­ścią, jedna mi ubliża. Kiedy prze­cho­dzimy przez bramę, odwra­cam się zde­spe­ro­wana, żeby spraw­dzić, czy kobieta na­dal tam jest. Napo­ty­kam jej dzi­kie, zde­ter­mi­no­wane spoj­rze­nie. Stoi nie­ru­chomo, wymi­jana przez ostat­nich tury­stów. Wszy­scy opusz­czają cmen­tarz, tylko ona odwraca się i rusza w stronę gro­bów.

Rozdział 1

Pamię­tam tamto popo­łu­dnie, kiedy dotar­łam do Buenos Aires. Sta­tek śli­zgał się po bez­kre­snej tafli brą­zo­wej wody, którą nazy­wają tutaj rzeką. Zdzi­wiło mnie, że podróż dobie­gła końca. Mary­na­rze prze­krzy­ki­wali się na pokła­dzie, pil­nu­jąc, żeby­śmy nie osie­dli na mie­liź­nie. Świa­tło było tak mocne, że wszystko zda­wało się uno­sić w powie­trzu. Dopiero kiedy pod­pły­nę­li­śmy bli­żej brzegu, udało mi się zoba­czyć mię­dzy zasła­nia­ją­cymi widok masz­tami zatrwa­ża­jąco wyraźny zarys mia­sta. Niskie pro­sto­pa­dło­ścienne budynki cią­gnęły się wzdłuż rzeki przy­po­mi­na­ją­cej otwarte morze. Wysta­wały zza nich kopuły kościo­łów i dzwon­nice, jed­nak domi­nu­ją­cym ele­men­tem kra­jo­brazu była kil­ku­pię­trowa pół­ko­li­sta budowla zwień­czona latar­nią mor­ską, jesz­cze nie­do­koń­czona. Potem dowie­dzia­łam się, że to sie­dziba urzędu cel­nego. Nada­wał Buenos Aires wygląd sta­ro­żyt­nego mia­sta, prze­nie­sio­nego przez pomyłkę na naj­now­szy kra­niec świata.

Na rzece tło­czyły się bez­ład­nie szku­nery i bry­gan­tyny. Nie­które miały pod­nie­sione żagle, inne koły­sały się jak w letargu. Wzrok na próżno szu­kał portu. Mia­sto cią­gnęło się w obie strony, ale od pew­nego miej­sca wybrzeże sta­wało się błot­ni­ste. Odnio­słam wra­że­nie, że poza kil­ku­ty­go­dniową podróżą w prze­strzeni odby­łam też podróż w cza­sie. Do prze­szło­ści, ale też do cze­goś zbyt nowego. Do czego? Póź­niej dowie­dzia­łam się, że po dru­giej stro­nie mia­sto ustę­puje miej­sca polom, rzeź­niom, grzę­za­wi­skom i cmen­ta­rzom, za nimi zaś cią­gnie się bez­kre­sna rów­nina, na któ­rej spo­czy­wają kości z innych epok.

Mia­łam czas wszyst­kiemu się przyj­rzeć, kiedy w gasną­cym popo­łu­dnio­wym świe­tle cze­ka­li­śmy w kolejce, żeby dobić do brzegu. W oddali, tam gdzie wybrzeże było błot­ni­ste i kamie­ni­ste, grupka kobiet odda­wała się czyn­no­ści, która począt­kowo wyda­wała mi się nie­zro­zu­miała; szły powoli, jedną dło­nią trzy­mały rąbki spód­nic, w dru­giej zaś nio­sły coś, co musiało być cięż­kie, bo chwiały się, pró­bu­jąc utrzy­mać rów­no­wagę na kamie­niach. Wska­zówką oka­zały się łopo­czące białe płótna – kobiety dźwi­gały bie­li­znę, którą wcze­śniej uprały w rzece, a teraz suszyły na słońcu. Kiedy sta­tek pod­pły­nął bli­żej brzegu, apa­tycz­nie śli­zga­jąc się po wodzie, dostrze­głam, że mają białe far­tu­chy i czepce w jasnych bar­wach, które kon­tra­sto­wały z czar­nymi twa­rzami. Pierw­szy raz widzia­łam ciem­no­skó­rych ludzi.

Chwilę póź­niej nie­bem zawład­nął prze­sło­nięty przez chmury księ­życ o kolo­rze blak­ną­cego ognia. Na łodziach i cze­ka­ją­cych na brzegu wozach zapa­lono świa­tła.

Oka­zało się, że statki nie mogą pod­pły­wać do brzegu i że w Buenos Aires nie ma pomo­stu, na który można by wysa­dzić podróż­nych i wyła­do­wać bagaże. Przy­zwy­cza­jona do euro­pej­skich miast, nie zdo­ła­łam sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio widzia­łam tak pry­mi­tywne przed­sta­wie­nie. Mary­na­rze zaczęli wyno­sić z ładowni kufry i skrzy­nie, nie­liczni pasa­że­ro­wie – któ­rzy wkrótce mieli stać się imi­gran­tami – roz­ma­wiali mię­dzy sobą po pol­sku i po nie­miecku. Byłam pewna, że żaden z nich nie zająk­nie się sło­wem o dziw­nych śla­dach na szyi, zasło­nię­tych apasz­kami i koł­nie­rzami koszul. Na statku zostało ich nie­wielu; więk­szość wysia­dła kilka tygo­dni wcze­śniej, w innych rów­nie obcych por­tach, po podróży, pod­czas któ­rej naj­cie­kaw­szymi wyda­rze­niami były dwa sztormy i jeden zła­many maszt.

Obser­wo­wa­łam to wszystko przez okno pustej kajuty, ukryta przed spoj­rze­niami innych. Pasa­że­ro­wie i skrzy­nie z towa­rami były łado­wane na łódki, które dopły­wały nie­mal do samego brzegu. Wozy o wiel­kich chy­bo­tli­wych kołach z tru­dem wjeż­dżały na pły­ci­znę, żeby zabrać podróż­nych, któ­rzy pró­bo­wali chro­nić ubra­nie i bagaże przed pry­ska­jącą brą­zową wodą. Na lądzie cze­kały na nich fur­manki cią­gnięte przez konie, które miały dowieźć ich do celu.

Wyko­rzy­sta­łam panu­jące na zewnątrz zamie­sza­nie, żeby ostatni raz wychy­nąć ze swo­jego ciem­nego kąta ładowni. W cza­sie rejsu opusz­cza­łam go tylko po to, żeby się poży­wić. Wynaj­do­wa­nie i uwo­dze­nie ofiar przy­cho­dziło mi z łatwo­ścią, trud­niej­sze było cze­ka­nie. Nie mogłam ata­ko­wać zbyt czę­sto, żeby pasa­że­ro­wie i załoga nie zorien­to­wali się, że ktoś ich gry­zie.

Teraz musia­łam być ostrożna, żeby nikt mnie nie zoba­czył. Nie­roz­waż­nie byłoby poja­wić się nagle pod koniec podróży – nowa pasa­żerka, któ­rej nikt nie zauwa­żył przez ostat­nie tygo­dnie. Jesz­cze przez kilka minut obser­wo­wa­łam mia­sto, po czym wró­ci­łam do ładowni. Wybra­łam naj­więk­szy kufer, zerwa­łam kłódkę i prze­ło­ży­łam część zawar­to­ści do innej dużej skrzyni. Scho­wa­łam się do środka. Pozo­sta­wało cze­kać. Nie wie­dzia­łam, co szy­kuje dla mnie ten nie­znany kraj. Przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, że jestem bez­pieczna. Pró­bo­wa­łam dodać sobie odwagi, myśląc o zagro­że­niu, które zosta­wi­łam za sobą w momen­cie, gdy sta­tek wypły­nął z portu w Bre­mie.

Prze­szłość jawiła mi się jako rysu­nek oświe­tlony pło­mie­niami. Nie chcia­łam na niego patrzeć. Pościg, pra­gnie­nie. Krzyki. Nie­zbita pew­ność, że coś się skoń­czyło, że czas odejść. Przez wieki mogłam naja­dać się do syta, naj­pierw na zamku, potem w lasach. Kiedy byłam mała, osza­lała z głodu matka sprze­dała mnie za kilka monet. Zacią­gnęła mnie do ogrom­nych dębo­wych drzwi, które otwo­rzyły się przed nami z pie­kiel­nym skrzy­pie­niem. Wszy­scy w wio­sce wie­dzieli, co dzieje się tam, na górze, ale nikt nie miał odwagi się temu prze­ciw­sta­wić. Nie­mow­laki zni­kały z koły­sek, więk­sze dzieci wcho­dziły do lasu, żeby już z niego nie wró­cić. Ciał ni­gdy nie znaj­do­wano. Drżąc ze stra­chu, prze­szłam przez wyso­kie drzwi pro­wa­dzące do domu Pana. Matka kazała mi przy­siąc, że nie odwrócę się, żeby na nią spoj­rzeć. Nie odwró­ci­łam się.

Tra­fi­łam do mrocz­nego świata, jakby pochło­nęło mnie pie­kło. Było tam dużo takich jak ja, dziew­czy­nek i chłop­ców uwię­zio­nych w lodo­wa­tych izbach, oble­pio­nych wła­snym bru­dem. Od czasu do czasu wrzu­cano nam resztki jedze­nia, żeby utrzy­mać nas przy życiu. Ta zło­wroga gra­nica mię­dzy życiem i śmier­cią była kró­le­stwem tego, który stał się moim Stwórcą. Część z nas umie­rała z wycień­cze­nia. Byli­śmy do dys­po­zy­cji Pana, mie­li­śmy zaspo­ka­jać jego cią­goty – zawsze mor­der­cze. Nie­któ­rych się pozby­wał, wyssaw­szy z nich ostat­nią kro­plę krwi, innym pozwa­lał prze­żyć. Ja mia­łam szczę­ście. Dora­sta­łam spa­ra­li­żo­wana stra­chem i tar­gana tłu­mio­nym gnie­wem. Moją jedyną pocie­chą były inne dziew­czynki, do któ­rych przy­tu­la­łam się nocą, żeby się ogrzać. Spa­łam z pal­cami wple­cio­nymi we włosy moich towa­rzy­szek. Zry­wa­łam się na dźwięk naj­mniej­szego hałasu. Przez te wszyst­kie lata strze­gły­śmy niczym skarbu resztki czło­wie­czeń­stwa, która nam pozo­stała. Ale i ją nam ode­brano. Kiedy sta­ły­śmy się kobie­tami, Pan nas prze­mie­nił, jedna po dru­giej. Powin­ny­śmy być mu wdzięczne – słu­że­nie mu nobi­li­to­wało, bycie jego kochanką sta­no­wiło wyróż­nie­nie.

Przez lata pała­łam żądzą zemsty. Wyłam nocami, spo­glą­da­jąc z zam­ko­wej wieży na wio­skę – kil­ka­na­ście domów oświe­tlo­nych bla­skiem ognia. W jed­nym z nich być może na­dal miesz­kała kobieta, którą kie­dyś nazy­wa­łam matką.

Oca­liła mnie krew. Osza­la­łam na jej punk­cie od pierw­szej kro­pli, stop­niowo zamie­niła mnie w bestię. Prze­szłość ode­szła, zapo­mnia­łam, jak się nazy­wam. W swoim cza­sie dosta­łam nowe imię, w prze­klę­tym języku. Jedyną prawdą była potrzeba zaspo­ka­ja­nia pra­gnie­nia, raz za razem. Nasz Stwórca hoj­nie uży­czał nam swo­ich ofiar. Nagie, oble­pione zaschniętą krwią czoł­ga­ły­śmy się w mroku, cze­ka­jąc na noc, kiedy zaprosi nas do udziału w krwa­wej orgii i dzi­kim spół­ko­wa­niu. Mogły­śmy jeść, dopóki były­śmy jego. Żyłam dla chwili, kiedy wbi­ja­łam zęby w pul­su­jącą szyję, a usta wypeł­niał mi czer­wony płyn.

Ale z bie­giem stu­leci ludzie na dole prze­stali się bać. Musia­ły­śmy się ukryć, kiedy zabrali naszego Stwórcę, z głową odciętą od ciała ostrzem mie­cza. Wie­dzia­ły­śmy, że po nas przyjdą. Instynkt popro­wa­dził nas w głąb lasu. Wyły­śmy jak wil­czyce. Nie nauczy­ły­śmy się polo­wać, bo zawsze dawano nam pokarm. Kobiety, dzieci, cza­sem męż­czyźni zja­wiali się ni stąd, ni zowąd, wystar­czyło zacze­kać na znak od Pana, żeby osa­czyć i ugryźć ofiarę. Mogły­śmy się naja­dać do syta. Ta obfi­tość nas roz­le­ni­wiła, zro­zu­mia­ły­śmy to w lesie, kiedy dopadł nas głód. Musia­ły­śmy nauczyć się tech­niki polo­wa­nia, jak­by­śmy wymy­ślały ją na nowo. Cze­ka­nie w abso­lut­nej ciszy, skra­da­nie się. Bły­ska­wiczny atak. Wyko­rzy­sta­nie momentu zasko­cze­nia na wbi­cie kłów, nie­raz pod spoj­rze­niem sze­roko otwar­tych oczu.

To były cha­otyczne rze­zie, zosta­wia­ły­śmy na ziemi resztki. Jeżeli znaj­do­wał je jakiś wie­śniak, który jak my zapusz­czał się w głąb lasu, żeby zapo­lo­wać, myślał, że to pozo­sta­ło­ści po wil­czej uczcie. Mimo mgły spo­wi­ja­ją­cej nasze umy­sły przed oczami na­dal stał nam wyraźny obraz masa­kry, któ­rej były­śmy świad­kami. Szczęk mie­czy, włócz­nie prze­szy­wa­jące nagie piersi, rzeka krwi, która omal nas nie porwała. Nie mogły­śmy dłu­żej żywić się zgod­nie z zasa­dami, któ­rych przez wieki prze­strze­gał nasz Stwórca, spra­wu­jąc ze swo­jego wyso­kiego zamku rządy nazna­czone mil­cze­niem i ter­ro­rem. Jeżeli mia­ły­śmy prze­żyć, musia­ły­śmy wmie­szać się mię­dzy ludzi.

Z cza­sem udo­sko­na­li­ły­śmy swoją tech­nikę, do prze­mocy doda­ły­śmy uwo­dze­nie. Już nie wyglą­da­ły­śmy jak zwie­rzęta. Plo­tły­śmy sobie nawza­jem war­ko­cze, prze­strze­ga­ły­śmy dobrych manier, stro­iły­śmy się. W każ­dym miej­scu, do któ­rego się uda­wa­ły­śmy, uczy­ły­śmy się języka ludzi, ich mowa od pierw­szej chwili była dla nas zro­zu­miała. Odwie­dza­ły­śmy mia­steczka i wsie, ni­gdzie nie zaba­wia­ły­śmy dłu­żej, żeby nie wzbu­dzać podej­rzeń. Zaspo­ka­ja­ły­śmy pra­gnie­nie, a zroz­pa­czone matki mogły jedy­nie opła­ki­wać dzieci, które zabrała tajem­ni­cza cho­roba. Jadły­śmy, a leka­rze nie potra­fili nazwać ago­nii, która koń­czyła się w skle­co­nej z desek skrzynce wie­zio­nej na cmen­tarz. Potem z gro­bów docho­dziły dziwne odgłosy i tak rodziły się legendy.

Zbyt długo były­śmy plagą. Nazy­wano nas róż­nie. Ludzie pró­bo­wali chro­nić się przed nami za pomocą amu­le­tów i kru­cy­fik­sów, war­ko­czy czosnku wiszą­cych w drzwiach, przez które prze­cho­dzi­ły­śmy ze śmie­chem. Z cza­sem nauczy­ły­śmy się, że ofiary można zja­dać powoli, osła­biać je bez zabi­ja­nia, wysy­sać tylko tyle, ile trzeba, i cze­kać, aż krew się odnowi. Ale póź­niej wszystko zaczęło się zmie­niać. Zanim zdo­ła­ły­śmy to zro­zu­mieć, stra­ci­łam swoje sio­stry. To, co się wyda­rzyło… Nie mogły­śmy tego prze­wi­dzieć. Legendy stały się wia­do­mo­ściami. Zaczęto w nas wie­rzyć.

Aku­rat były­śmy w lesie, do któ­rego od czasu do czasu wra­ca­ły­śmy, żeby roze­brać się do naga i przy­po­mnieć sobie o swo­jej dzi­kiej natu­rze. Gałę­zie drzew nad naszymi gło­wami wyglą­dały jak czarne kości, ręce szkie­le­tów wycią­gnięte w bła­gal­nym geście; zie­mię pokry­wał śnieg. Na nie­bie nie było nawet śladu księ­życa. Nagle w mroku poja­wiły się ognie. Dostrze­gły­śmy je zbyt późno. Pró­bo­wa­ły­śmy uciec, ale zosta­ły­śmy oto­czone. Oświe­tlił nas blask pochodni. Zanim zdą­ży­ły­śmy zaata­ko­wać, zła­pali nas za włosy i zacią­gnęli do miej­sca, gdzie cze­kał czło­wiek Kościoła, ksiądz. Nie rozu­mia­łam jego misji. Mógł nas albo oca­lić, albo wtrą­cić do pie­kieł. Był ubrany cały na czarno, łącz­nie z nakry­ciem głowy. Na szyi miał złoty krzyż. Jego oczy przy­po­mi­nały dwa węgle, ich czerń kon­tra­sto­wała z długą białą brodą. Pod­niósł ręce, wyglą­dał jak sęp, który zaraz się na nas rzuci. To on kie­ro­wał tym polo­wa­niem, jego oczy pło­nęły żądzą znisz­cze­nia. Naj­sil­niejsi spo­śród męż­czyzn powa­lili moje sio­stry na zie­mię, przy­trzy­mali im ręce i nogi, żeby je unie­ru­cho­mić. Wyry­wały się, męż­czyźni ledwo byli w sta­nie nad nimi zapa­no­wać. Ksiądz robił znak krzyża, wbi­jał im w piersi drew­niany kołek i spusz­czał na szyje sie­kierę. Ostatni raz spoj­rza­łam na twa­rze swo­ich sióstr, ich włosy mokre od błota i śniegu, prze­ra­że­nie wyryte w ich sze­roko otwar­tych oczach. Kiedy ciała bez głów bar­wiły zie­mię na czer­wono, pomy­śla­łam, że zbliża się koniec. Nie czu­łam smutku. Chcia­łam umrzeć razem z nimi, były moją jedyną rodziną. Ale męż­czyźni zwią­zali mnie i zabrali do mia­steczka.

Głupcy. Zamie­rzali pod­dać bada­niom przed­sta­wi­ciela mojego gatunku. Było jesz­cze ciemno, kiedy dotar­li­śmy do domu dok­tora. Wepchnęli mnie do oświe­tlo­nej świe­cami izby i przy­wią­zali do łóżka. Po wyj­ściu bar­ba­rzyń­ców, któ­rzy mnie tu przy­wle­kli, rozej­rza­łam się po pokoju. Krzyż na ścia­nie, otwarty zeszyt na stole, cze­ka­jący na poświę­cone mi zapi­ski, Biblia. Drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie, sta­nęła w nich czarna postać księ­dza, który zabił moje sio­stry. Obrzu­cił mnie wynio­słym spoj­rze­niem i pod­szedł do łóżka. Powie­dział, że Święty Kościół wyeli­mi­no­wał tysiące takich jak ja – pomio­tów Sza­tana – i że naj­wyż­sza pora oca­lić moją duszę. Wykrzy­cza­łam, że ten sam Kościół przez wieki chro­nił mojego Stwórcę, igno­ru­jąc setki jego zbrodni. Nie było ratunku ani lito­ści dla dzieci, któ­rych ciała zrzu­cano na pastwę padli­no­żer­ców w prze­paść u stóp zamku. Pamię­ta­łam wszystko. Księ­dza, który odwie­dzał ubo­gie chaty i radził mat­kom zadrę­cza­ją­cym się, że nie są w sta­nie wyży­wić dzieci, jak mogą pomóc swo­jej rodzi­nie. Prośby, żeby były silne i pogo­dziły się z losem, kiedy przy­pad­kiem dowia­dy­wały się, co spo­tkało ich pocie­chy.

W odpo­wie­dzi kapłan uniósł ręce, rękawy czar­nej sutanny zamie­niły się w skrzy­dła nie­to­pe­rza. Zaczął się modlić, jego wibru­jący głos wypeł­nił izbę, zagłu­sza­jąc moje słowa. Spraw­dzał, czy dzia­łają na mnie jego moce i auto­ry­tet. Może naprawdę wie­rzył w ist­nie­nie swo­jego boga. Roze­śmia­łam się gło­śno, wsta­łam i przy­su­nę­łam do niego swoje nagie ciało; wciąż odma­wiał swoją modli­twę, z coraz sze­rzej otwar­tymi oczami, wyraź­nie zbul­wer­so­wany. Wresz­cie zorien­to­wał się, że jego wysiłki są daremne. Wtedy zła­pał mnie za szyję i zaczął dusić. Był silny i prze­peł­niony nie­na­wi­ścią, ale ja rów­nież. Spoj­rza­łam na niego z wście­kło­ścią, pró­bu­jąc uwol­nić się od uści­sku. Prze­cię­łam mu twarz ostrym jak szpon paznok­ciem kciuka.

Kiedy pod­niósł dło­nie do twa­rzy, wyswo­bo­dzi­łam się i ucie­kłam z domu dok­tora. Pobie­głam do lasu. Pra­gnę­łam jak naj­szyb­ciej wró­cić do miej­sca, gdzie zma­sa­kro­wano moje sio­stry. Chcia­łam je zoba­czyć. Pro­wa­dził mnie zapach dymu z doga­sa­ją­cego ogni­ska. Leżały na tej samej pola­nie, gdzie minio­nej nocy wykrwa­wiły się na śmierć, pod­czas gdy ja patrzy­łam na nie ze zwią­za­nymi rękami. Ich ciała były czę­ściowo spa­lone, ale głów nie tknięto, oczy wpa­try­wały się w jakiś punkt ponad czar­nymi gałę­ziami drzew. Może zosta­wiono je tu ku prze­stro­dze dla innych przed­sta­wi­cieli naszego gatunku. Oczy­ści­łam głowy z błota; pomy­śla­łam, że skoro tylko one mi zostały, zabiorę je ze sobą. Usta były otwarte, jakby zaraz miał się z nich wydo­być krzyk. Ale nie – wokół pano­wała kom­pletna cisza.

Nosi­łam je ze sobą przez lata. Mia­łam wra­że­nie, że wszystko, co się dzieje, to tylko prze­rwa mię­dzy momen­tem, w któ­rym otwo­rzyły usta, a krzy­kiem, który ni­gdy się z nich nie wydo­był. Dla mnie świat zamilkł.

Nie wie­dzia­łam, dokąd iść. Żero­wa­nie w pobliżu wsi i mia­ste­czek stało się zbyt nie­bez­pieczne, z kolei na polach czy w górach bra­ko­wało poży­wie­nia. Powrót w głąb lasu też nie wyda­wał się dobrym roz­wią­za­niem. Posta­no­wi­łam ruszyć w prze­ciwną stronę, prze­miesz­cza­łam się w nocy, a dnie spę­dza­łam w ukry­ciu. W razie potrzeby mogłam nie jeść. Byłam osła­biona, ale jakoś sobie radzi­łam.

W ten spo­sób pozna­łam mia­sta i odkry­łam, że nie ma lep­szej kry­jówki. Bez­domna kobieta nie zwra­cała niczy­jej uwagi. Kiedy prze­my­ka­łam nocami po bru­ko­wa­nych uli­cach, byłam jedną z wielu zagu­bio­nych dusz szu­ka­ją­cych schro­nie­nia. Po jakimś cza­sie odwa­ży­łam się poka­zy­wać w ciągu dnia, zasło­nięta czar­nym żałob­nym welo­nem. Nie­któ­rzy prze­chod­nie zatrzy­my­wali na mnie wzrok, jak­bym skry­wała nie straszną, ale słodką tajem­nicę.

Wkrótce zro­zu­mia­łam, że znacz­nie łatwiej podró­żuje się kobie­tom z wyż­szych sfer. Bez trudu znaj­do­wa­łam chęt­nych, któ­rzy pod­wo­zili mnie, by cie­szyć się towa­rzy­stwem tajem­ni­czej cudzo­ziemki zna­ją­cej wszyst­kie języki. W War­sza­wie nauczy­łam się grać na pia­ni­nie, w Wied­niu pierw­szy raz odwie­dzi­łam muzea i biblio­teki. Cho­ciaż we wspo­mnie­niach wciąż wra­ca­łam do cza­sów, kiedy błą­ka­ły­śmy się z sio­strami jak zwie­rzęta, myśląc wyłącz­nie o tym, żeby się najeść, zro­zu­mia­łam, dla­czego ludzie pra­gną być czymś wię­cej niż tylko cia­łem drżą­cym w moich ustach. Ta wie­dza uczy­niła mnie jesz­cze bar­dziej potworną – polo­wa­łam jak wilk, ale teraz byłam świa­doma, że potrzeba jedze­nia ni­gdy nie usta­nie; będzie stale powra­cać, bez innego celu niż ten, który sama jej wyzna­czę. Kiedy wokół jest spo­koj­nie, ta świa­do­mość na­dal prze­szywa mi pierś niczym szpony.

Przed­sta­wia­łam się jako hra­bina, baro­nowa albo jaśnie pani, kiedy prze­mie­rza­łam Europę z dwiema gło­wami ukry­tymi w tor­bie podróż­nej. Zabi­ja­łam wszę­dzie, gdzie się zna­la­złam, bo nie chcia­łam, żeby moje ofiary żyły ze śla­dami zębów na szyi. Pozby­wa­nie się ciał było coraz trud­niej­sze. Za każ­dym razem zmie­nia­łam imię. Nie odpusz­cza­łam nawet tym, któ­rzy oka­zali mi życz­li­wość. Wszy­scy mieli tę samą wadę – w ich żyłach pły­nęła cie­pła krew. Kaza­łam kochan­kom wozić się pocią­gami i karo­cami, gościć mnie w luk­su­so­wych hote­lach, a potem porzu­ca­łam ich na obrze­żach mia­sta albo w ciem­nym zaułku, jak puste sko­rupy. Z Bra­ty­sławy do Pragi prze­je­cha­łam tak szybko, jakby ktoś mnie ści­gał, potem dotar­łam do Dre­zna i popły­nęłam Łabą do Ham­burga, gdzie zna­la­złam sobie kochankę, która zabrała mnie do Bremy.

To tam zaczę­łam się bać. Pew­nej nocy weszłam nago do pokoju przy­ja­ciółki i dałam się ponieść sza­leń­stwu; zapo­mi­na­jąc o ostroż­no­ści, poży­wi­łam się nią na hote­lo­wym łóżku. Może dla­tego, że była piękna, a może uwio­dło mnie jej blade ciało, tak podobne do mojego. Ubra­łam się w jej szaty i wyszłam. Ponie­waż była wpły­wową kobietą, poli­cja szybko zaczęła szu­kać mor­dercy, który zosta­wił ją na łóżku z dziw­nymi śla­dami na szyi. W naszych baga­żach zna­leźli głowy moich sióstr i zabrali je jako dowód. Żeby je odzy­skać, musia­łam prze­lać dużo krwi. W ciągu jed­nej nocy zaprze­pa­ści­łam lata dys­kre­cji. Roz­ju­szona wpa­dłam na poste­ru­nek, uni­ce­stwia­łam każ­dego, kto sta­wał mi na dro­dze, dopóki nie odzy­ska­łam szcząt­ków. Nale­żały do mnie, nie zamie­rza­łam pozwo­lić, żeby zatrzy­mali je niczym tro­fea. Potem nie było już odwrotu. Ledwo umknę­łam straż­ni­kom i oszo­ło­miona tra­fi­łam do portu. Na widok stat­ków zro­zu­mia­łam, że jedyną deską ratunku jest ucieczka na drugi koniec świata, gdzie nie dosię­gnie mnie kara za zbrod­nie, któ­rych krwawy ślad cią­gnął się za mną przez pół kon­ty­nentu. Do tej pory nie natknę­łam się na innego przed­sta­wi­ciela swo­jego gatunku, podej­rze­wa­łam, że więk­szość zgi­nęła pod­czas polo­wa­nia, ale tak długo żyłam w zamknię­ciu, że nie wie­dzia­łam, ilu dokład­nie nas było. Uwa­żano nas za pra­dawną legendę, nie­pa­su­jącą do nowo­cze­snego świata, dla­tego wyobra­ża­łam sobie, że zostało nas nie­wielu, a ci, któ­rzy prze­trwali, żyją w odosob­nie­niu, tak jak ja. Wyglą­dało na to, że Europa uwol­niła się od plagi. Jej uwagę pochła­niały teraz rewo­lu­cje i wojny impe­riów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki