Powieść z życia. II. Wszystko o mojej babci - Andrzej Mencwel - ebook
NOWOŚĆ

Powieść z życia. II. Wszystko o mojej babci ebook

Andrzej Mencwel

0,0

Opis

Kontynuacją  "Powieści z życia", planowanej na trzy tomy opowieści profesora Andrzeja  Mencwela o jego rodzinie. Inaczej niż pierwszy tom pt. "Strona ojca" (Nisza 2022) należący do literatury non-fiction, "Wszystko o mojej babci" łączy udokumentowane fakty z literacką fikcją - "'zdarzenia ze zmyśleniami", jak to ujął autor. 

Główną bohaterkę poznajemy jako prawie osiemdziesięcioletnią kobietę dyrygującą  pracami po żniwach w swoim gospodarstwie w wielkopolskiej wsi. Wydaje polecenia, sama pracuje, a jednocześnie prowadzi  wewnętrzny monolog, zamyśliwszy się nad całym swoim życiem. Wspomina najważniejsze dla siebie osoby i wydarzenia, nawet tak intymne jak noc poślubna (brawurowo "zmyślona" przez autora). Urodzona w 1880 roku kobieta pamięta życie "pod zaborem najpierw i za kajzera, u rodziców, całkiem dostatnio, początki naszej wspólnej z Ignacem gospodarki w nowym wieku też dobre, dwie wojny potem, od nas niby dość dalekie, ale zbrodni, mordów, ofiar ludzkich co niemiara, strach pomyśleć, a co dopiero przeżyć śmierć najbliższą, męża i ojca niewypłakaną?! W państwach to trzech albo czterech żyliśmy, okupacją ostatnią – ten hitlerski Warthegau – nie wiadomo jak uznać, dwa państwa polskie dodać, ile to zmian pieniędzy, cen, kosztów, rządów i przepisów, danin i podatków, rekwizycji i rujnacji – tego nie policzysz, a na ich kołchoz ostatnio, tośmy się wypięli i nic nam nie zrobili, bo cała gromada odmówiła".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 172

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Już ich nie widzę i nie słyszę

Lubię trwającą po nich ciszę.

Widziałem ją, słyszałem ją!...

(Bolesław Leśmian, Ludzie)

1.

Babcia Agnieszka wyszła na próg domu, zobaczyła bezchmurne niebo, rozejrzała się wokół i rzekła, że będzie młocka.

– Akuratnie mi wszystko narządzić, sama będę nakładać! – oznajmiła donośnie, jakby ktoś jeszcze poza synem Kazimierzem czekał na jej polecenia. Ta gromada, którą dawniej miała wokół siebie, rozpierzchła się po świecie.

Krowy już poszły przez dziewczyny powiązane, babcia doglądnęła tego i pomogła im, wciąż pamiętając szkodną jałówkę, przyczynę rodzinnego nieszczęścia. Wyrośnięta Basia z młodszą Jolą, wnuczki od Lokadki, zgrabne i chętne, pognały stadko na pastwisko. Kawał drogi, jeszcze za krzyżem, nad kanałek, gdzie we wojnę i po niej kopalim torf. Kaźmierz rozwiera już wrota stodoły, od podwórza i od ogrodu, na oścież jedne i drugie, żeby żelaznymi drągami podłączyć maszynę do maneżu, bez czego młocarnia nie ruszy. Włożyć w stalową mufę drewniany dyszel, do którego zaprzęgnie się konia, to proste, prawie jak we wozie, tylko dyszel cięższy i mufa grubsza. Łączenie żelaznych drągów, skręcanie ich stalowych przegubów to już inna sztuka i mordęga dla samego Kaźmierza, bo rąk za mało i jak koniec łącznika wciśnie w szczękę przegubu, to drugi mu się wypsnie i na nogi, nie daj Boże, spadnie. Gdzie ten Rybarek? Miał być na siódmą, tu już na pańskie dzwonili, a jego jak nie było, tak nie ma...

Kaźmierz poradzi, on wszystkiemu poradzi, ten syn ze mną jedyny, dziedzic nasz i gospodarz zawołany, moje utrapienie i umiłowanie. Patrzę w niego jak w obrazek, ale folgi nie daję i nie dam, bo co ma być zrobione, to będzie zrobione, roboty dość, a dziedzictwo naszym przykazaniem. Zaradny to on jest, w gospodarce poradzi, wyrósł w niej od urodzenia, za ojcem chodził, ledwie od cycka go odstawiłam i na własnych nogach stanął. Oko ma jasne i bystre, iskra w nim błyska, gdy swoje sprawi, a zręczny jest taki, że mógłby sztuki na kiermaszu pokazywać. Czy on przystojny jest, to już sama nie wiem, choć dziewki na niego zerkają, ale pierwsza lepsza go nie dostanie! Gdzie im tam, folwarcznym, do mojego Kaźmierza, a należycie posażna i urodna dotąd się nie trafiła. Może ją gdzieś tam ma, tylko przede mną kryje, bo nie wie, czy ją przyjmę, i na zejście moje czeka, żeby się żenić, jak sam zechce? W rodzinie już tak było, ze Szczepanem, naszym najstarszym, dawno temu, po wojnie bolszewickiej, z której gdy wrócił, to komornicę z cudzym dzieckiem za żonę wziął, dziecko za swoje uznał i po ślubie wszyscy razem do miasta Poznania ućkli. Dla nas z Ignacem to zgroza była. W końcu my się zgodzili i nawet na ślub przyszli, ale to dlatego, że Szczepan na dziedzica nie był przewidziany i im dalej jemu od gospodarki, tym nam lżej. Z Kaźmierzem całkiem inaczej – on jeden jedyny teraz ze mną i na dziedzica jeszcze przez ojca ukształcony i przeznaczony. To tak, jakby przez wszystkich ojców, których pamiętamy, i przez tych też, którzy w ziemi zapisani.

Postawą to w ojca się nie wdał, inny jakiś, mniejszy, barzy ze mnie niż z niego, chuderlak żylasty, ale zwarty, śmigły, głowa też moja, owal niewielki, łagodny, pociągły, tylko nos wystający, sierpowy, jak z ojca, widać, że Walkowiok.

Ignac mój to był chłop na schwał, trzymał się prosto, nosił godnie, jak wójt jakiś, choć sołtysem był tylko, naszym, rogaczewskim, przez całe lata, nawet ich wszystkich nie zliczę, za tamtej Polski i za Niemca jeszcze, na swoją i naszą zgubę. Głowę miał dużą, krągłą, na mocnym karku wzniesioną, jeszcze wyżej pod tym wielgim kapeluchem z kolistym jak u proboszcza rondem, co mu czoło szerokie przykrywało. Nos wydatny, dużo większy niż u Kaźmierza, mówili, że orli, dla mnie sierpowy, wąs pod nim sumiasty, pański, końcami opadający za pełne usta, oczy okrągłe, wypukłe, patrzył nimi każdymu w twarz, jakby go na wylot przezierał. Takiego Ignaca ujrzałam, jak go ojce do nas przywieźli i przedstawili:

– Oto on, pon – powiedzieli razem ojciec i matka – pon Ignacy Walkowiok, gospodarz dziedziczny z Rogaczewa Wielkiego, kmiecego, nie z Małego, pańskiego, za Kościanem, parafia Wyskoć.

U nas to się wtedy tak nie „panowało”, bo „pan” to był Jaśnie Pan, Wielmożny Pan, żył we dworze, jak u nas, albo i w pałacu, a rządził pańszczokami, nie ludźmi. Zebrania rolnicze czy narady we dworze bywały, Ignac tam też perorował, jak to on, wtedy pewnie sobie z hrabią panowali, ale to od święta. Na co dzień chłop do chłopa mówił „wy, Ignacy” albo „ty, Ignac”, jak już „pon” rzekli, to musiało być od wielkiego dzwonu, a tu było, bo przyjachał przecie chłop zapowiedziany na mego narzeczonego, więc i małżonka. No nie, nie tak od razu do dom, pierwej o nim powiadali, jak wrócili z tego kościańskiego jarmarku, ile to czasu, więcej jak pół wieku minęło, a dźwięczy mi to pierwsze oznajmienie, jakby to było wczoraj: „Mamy dla ciebie kawalera, Agusiu” – powiedział tata. On zawdy czule, matka nie, raczej sucho: Aga, Agniecha, Agnicha... Ojca głos zawsze mnie ciepłem owiewał, jak letni wietrzyk w kwietnym ogródku, który sama z siostrą ustroiłam za domem rodzinnym: lewkonie, piwonie, groszki pnące i pachnące... Pszczoły tam gęsto brzęczały, nie bałam się ich wcale, zastygałam oparta o pień czereśni z marzeniem, że i mnie uczynią miododajną... Lubiłam się tam skryć przed tym całym gospodarskim kołowrotem, który od świtu się obracał i mnie też wciągał, gdy byłam jeszcze dziewczynką. Nie, gęsi nie pasałam po rowach, bo nie byliśmy bidokami, żeby na cudze wypędzać, ale w gospodarce ledwie stanęłaś na własnych nogach, już byłaś potrzebna. Matka wprowadzała krok po kroku do robót w domu, w chlewie i w oborze, tylko stajni bronili, bo stajnia chłopska, nie babska, ale i tak: przynieś, podaj, pozamiataj. A zimą to kółko złóż, kądziel skręć, wątek w czółenko włóż. Od maleńkości się wiedziało, po co się na tym świecie jest, i trzeba było umieć się na nim znaleźć. Ja chciałam i umiałam!

W panieńskim kwietniku, z dala od obory i chlewu, powietrze było lekkie i rześkie, jasność dnia przejrzysta i zwiewna, gałęzie czereśni tak przycięte, że światła i cienia zadość. Nachodziła chwila ukojenia, jakiś promień innego istnienia, żeby nie być tylko jednym, teraźniejszym, robotnym ciałem, ale jakimś odwiecznym, wszechobecnym wcieleniem... Czy ja się tam modliłam? Nie, chyba nie, a jeśli, to milcząco, samym duszy uniesieniem, bez słów wyuczonych... Na msze to my chodzili wszyscy do naszego pięknego kościoła, drewno w nim ciemne, strzeliste, tajemnicą przesycone, do skupienia pociągało, tam się modliło i śpiewało razem ze wszystkimi jak w porządku kościelnym ułożone. W naszym domowym ogródku jakieś zadziwienie nagle mnie nachodziło, oddech przyspieszał, ciarki na grzbiecie, serce w trzepocie. Lubiłam to odczucie i czekałam na nie w panieńskiej samotności, później, już po zamęściu, było o nie coraz trudniej. Tyle wszystkiego miałam na głowie i na ciele, że nie wiadomo, gdzie wpierw ręce włożyć, że ono przypływało coraz rzadziej, ale nie, nigdy całkiem nie przepadło. Gdy z Ignacem gorącą nocą złączona? Na co dzień to niemożliwe, ale bywało i tak, że mnie dochodziło i w inny świat unosiło, pamiętam do dzisiaj. A gdy dzieci rodziłam, też niekoniecznie. Może za dużo ich było? Pierwsza Stasia to była męka, ale i ulga udanego porodu, szczęście kwilenia tego ciałka, pierwszy jego dotyk... I tamto, co zmarło zaraz po urodzeniu, odeszło w zaświat, mówili, a ja czułam takie tchnienie, które teraz coraz częściej mnie nawiedza... A jeszcze prosiaczki, cielątka, jagniątka z owiec dawniej mieliśmy, takie baranki drobniutkie, ładniutkie, jak wielkanocne, tylko słodsze, bo nie z cukru, z żywego ciałka. Cielątka najwięcej lubiłam, bo takie stworzonko nie zawsze samo na świat przychodziło, trzeba było mu pomóc, wyjąć ze środka, rękę włożyć w macierz, czasem aż po łokieć. I wyjmowałam zdrowe, ciepłe, wilgne, gładkie jak aksamit... Szczęście istnienia!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Od autora

Ta splatająca zdarzenia i zmyślenia opowieść o mojej babci Agnieszce dzieje się w środku najważniejszego może w Polsce zagłębia pamiętnikarskiego. Rogaczewo Wielkie położone jest w gminie Krzywiń powiatu kościańskiego. Gmina ta graniczy z gminą Dolsk powiatu gostyńskiego, a nieopodal Dolska, we wsi Nowiec, urodził się i wzrastał Jakub Wojciechowski (1884–1958), autor Życiorysu własnego robotnika (pierwsze wydanie 1930), którego Tadeusz Boy-Żeleński nazwał „klasykiem polskim w bluzie robotniczej”. W pobliskim Siemowie, również w powiecie gostyńskim, żył i gospodarował Tomasz Skorupka (1862–1935), autor wybitnego pamiętnika chłopskiego Kto przy Obrze, temu dobrze (pierwsze wydanie 1967). Syn, Wawrzyniec Skorupka (1896–1971), także napisał pamiętnik, Moje morgi i katorgi (1970), a jego starszy brat, znany jako Stanisław Helsztyński (1891–1986), anglista i profesor Uniwersytetu Warszawskiego, oprócz kilkudziesięciu książek literackich i filologicznych spisał również Kronikę rodzinną (1986).

Dawniej, kiedy nie było jeszcze kodów pocztowych, na przesyłce do Rogaczewa trzeba było zaznaczyć: „Poczta Turew”. Turew to piękna wieś chłopska z muzealnie utrzymaną gorzelnią oraz rodowym pałacem Chłapowskich, w którym mieści się Rolnicza Stacja Badawcza Polskiej Akademii Nauk. Legendarną postacią całej tej okolicy i współtwórcą jej krajobrazu jest Dezydery Chłapowski (1788–1879), jeden z najwybitniejszych Polaków XIX wieku. Krzysztof Morawski, ostatni dziedzic dóbr Chłapowskich, pozostawił również obszerne Wspomnienia z Turwi (1981).

Obok tych autorów muszę także wymienić moich krewnych i powinowatych: Anię z Sydney w Australii, Basię i Jolę z Poznania, Janusza i Teresę z Koszalina, Krysię z Kościana i Krysię z Dalewa, Mariana z Iloną w naszym Rogaczewie, Ernesta i Ewę z Lubinia. Oni wszyscy wspierali mnie słowem i obrazem. Zawsze pomocni byli mi też moja siostrzenica Marynia z mężem Jurkiem, a pierwsze wspomnienia o dawnych dla mnie czasach nagrałem z nieżyjącą już moją siostrą Letą. To, co pisałem, czytała zawsze chętnie i uważnie moja żona Ania. Jestem dłużnikiem ich wszystkich i mam nadzieję zasłużyć na ich pochwałę.

fot. Mikołaj Grynberg

Andrzej Mencwel, prozaik, eseista, krytyk i historyk kultury polskiej. Profesor nauk humanistycznych, wypromował kilkudziesięciu magistrów i ponad dwudziestu doktorów. Ojciec dwóch synów, dziadek siedmiorga wnucząt.

Ostatnio opublikował: Toast na progu, 2017; Powieść z życia. I. Strona ojca, 2022; Nauczyciele i przyjaciele, 2023; Książka o „Kulturze”, 2024. W przygotowaniu: Wyobraźnia antropologiczna, wydanie nowe, zmienione.

.

Tom II. Wszystko o mojej babci

© by Andrzej Mencwel © for this edition by Wydawnictwo Nisza

ISBN 978-83-68716-04-7

Wydanie I

Warszawa 2026

Redakcja: KRYSTYNA BRATKOWSKA

Korekta: DOROTA DUL

Projekt graficzny: RYSZARD KAJZER

Skład i łamanie: Zerkaj Studio

Wydawnictwo Nisza tel. +48 22 617 89 [email protected]

www.facebook.com/Nisza.Wydawnictwo

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.