Powiedz, że mnie kochasz - Willow Rose - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Powiedz, że mnie kochasz ebook i audiobook

Willow Rose

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Życie uparcie rzuca Evie Rae Thomas kłody pod nogi. Pewnego dnia dzwoni jej ojciec, którego nie widziała od trzydziestu sześciu lat, odkąd porwał jej siostrę i zniknął. Okazuje się, że wrócił na Florydę i potrzebuje pomocy. Młodszy brat Evy Rae – o którego istnieniu nie miała w ogóle pojęcia – przebywa w śpiączce, postrzelony przez funkcjonariusza policji. Od razu po wybudzeniu ma trafić do aresztu. Ojciec Evy Rae nie wierzy w oficjalną wersję wydarzeń i prosi córkę o zbadanie sprawy. Czy kobieta zgodzi się pomóc ojcu po tym, jak została przez niego skrzywdzona? Czy ich spotkanie po latach uleczy dawne rany, czy może pogrąży ją tylko w rozpaczy?

Powiedz, że mnie kochasz” to czwarta odsłona serii Willow Rose, autorki ponad 80 powieści, które sprzedały się w wielu milionach egzemplarzy. Kilka z jej książek znalazło się wśród 10 największych bestsellerów Amazona w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Wielbiciele nazwali autorkę Królową Krzyku, ponieważ tworzone przez nią historie wyróżniają się tempem, napięciem oraz zaskakującymi zwrotami akcji. Willow mieszka na Florydzie, w regionie Space Coast, z mężem i dwiema córkami. Kiedy nie pisze ani nie czyta, surfuje na falach Atlantyku i obserwuje delfiny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 50 min

Lektor: Ewa Jakubowicz

Oceny
4,5 (32 oceny)
20
8
4
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
UrszulaLila

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Say you love me

Prze­kład Agnieszka My­śliwy

Co­py­ri­ght © Wil­low Rose, 2024

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2024

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Ko­rekta: Aneta Iwan

ISBN 978-91-8054-213-5

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S

Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

Roz­dział 1

So­bota, 28 wrze­śnia

22:45:07

Dys­po­zy­tor: Cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego, w czym mogę po­móc? Halo?

Al­ly­son: Halo, chcę roz­ma­wiać z po­li­cją.

Dys­po­zy­tor: Co się stało? Jak się na­zy­wasz?

Al­ly­son: Mam na imię Al­ly­son. Zo­sta­łam po­rwana.

Dys­po­zy­tor: Ile masz lat, Al­ly­son?

Al­ly­son: Pięt­na­ście. Pro­szę się po­spie­szyć. Nie wiem, gdzie je­stem.

Dys­po­zy­tor: Co to zna­czy, że nie wiesz, gdzie je­steś? Nie znasz na­zwy miej­sco­wo­ści?

Al­ly­son: To chyba na­dal wy­spa, ale nie je­stem pewna. Było ciemno… Nie wiem, gdzie do­kład­nie je­stem.

Dys­po­zy­tor: Wi­dzisz co­kol­wiek, ja­kieś punkty orien­ta­cyjne, które po­mo­głyby nam cię zlo­ka­li­zo­wać?

Al­ly­son: N-nie, nie wy­daje mi się. Tu jest ciemno.

Dys­po­zy­tor: Ktoś jest z tobą? Je­steś sama?

Al­ly­son: Tak. Te­raz je­stem w po­koju sama.

Dys­po­zy­tor: To dom czy miesz­ka­nie?

Al­ly­son: Dom. Sie­dzę w gar­de­ro­bie na pię­trze. On cho­dzi na dole. Sły­szę go. Nie­długo wróci na górę. We­zwij­cie do mnie po­li­cję. Szybko, pro­szę.

Dys­po­zy­tor: Okej, okej. Pro­blem po­lega na tym, że twój te­le­fon nie po­ka­zuje two­jej lo­ka­li­za­cji. To ko­mórka?

Al­ly­son: Tak. Zna­le­ziona. Pew­nie jego.

Dys­po­zy­tor: To ten męż­czy­zna cię po­rwał?

Al­ly­son: Tak… Po­ja­wił się… Idzie… Przy­jedź­cie szybko, pro­szę!

Dys­po­zy­tor: Zro­bił ci krzywdę?

Al­ly­son: Tak, po­bił mnie!

Dys­po­zy­tor: Je­steś ranna? Krwa­wisz?

Al­ly­son: Tak, krwa­wię. Pro­szę, przy­ślij­cie po­li­cję!

Dys­po­zy­tor: Zro­bił­bym to, gdy­bym wie­dział do­kąd. Czy mo­żesz mi ja­koś po­móc? Czy wi­dzisz ja­ka­kol­wiek wska­zówkę? Może za oknem wi­dać ta­blicę z na­zwą ulicy?

Al­ly­son: Ża­lu­zje są za­mknięte. Nie mogę wyj­rzeć na ze­wnątrz. Pro­szę, pro­szę, niech tu ktoś przy­je­dzie.

Dys­po­zy­tor: Może gdzieś leży ja­kaś poczta z ad­re­sem?

Al­ly­son: Nie. Pro­szę. Sły­szę go. Idzie po mnie. Boję się. Nie mogę stąd wyjść. Bła­gam!!!

Dys­po­zy­tor: Ro­bię, co mogę. Na­prawdę. Czy mo­żesz ja­koś wy­do­stać się z domu?

Al­ly­son: Nie. Za­mknął drzwi, a w oknach są ża­lu­zje.

Dys­po­zy­tor: Czy jest uzbro­jony?

Al­ly­son: Po­trak­to­wał mnie pa­ra­li­za­to­rem. Miał na twa­rzy ko­mi­niarkę.

Dys­po­zy­tor: Ale nie miał broni?

Al­ly­son: N-nie wiem. Ale coś pa­mię­tam. Wi­dzia­łam stru­mień. Prze­je­cha­li­śmy nad stru­mie­niem, za­nim za­wią­zał mi oczy. Ma nie­bie­ski sa­mo­chód. Tak! Przy­wiózł mnie tu­taj nie­bie­skim sa­mo­cho­dem.

Dys­po­zy­tor: Okej, nie­źle. A te­raz po­sta­raj się ro­zej­rzeć, za­sta­nów się, czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, gdzie je­steś, po­szu­kaj cze­goś, co zdra­dzi ci ad­res.

(Długa ci­sza. Krzą­ta­nina. Al­ly­son się skrada, sły­chać ciężki od­dech).

Al­ly­son: Wy­szłam z gar­de­roby i zna­la­złam coś w szu­fla­dzie. Wi­zy­tówkę. Jest na niej ad­res.

Dys­po­zy­tor: Do­sko­nale. Po­daj mi ad­res, a ja wy­ślę po cie­bie pa­trol. Znaj­dziemy cię, Al­ly­son, po­sta­raj się uspo­koić, do­brze? Znaj­dziemy cię, za­nim on wróci po cie­bie na górę. Tylko po­daj mi ten ad­res.

Al­ly­son: Bre­akers Drive d-dwa­dzie­ścia trzy.

Dys­po­zy­tor: Ba­kers Drive? Al­ly­son? To było Ba­kers Drive?

Al­ly­son: (krzy­czy)

Dys­po­zy­tor: Po­sta­raj się za­cho­wać spo­kój. Do­sko­nale so­bie ra­dzisz, Al­ly­son. Łą­czę się z po­li­cją. Już po cie­bie jadą. Po­zo­stań na li­nii. Halo? Halo? Al­ly­son, je­steś tam? Halo?

Roz­dział 2

So­bota, 28 wrze­śnia

22:50:07

Dys­po­zy­tor: Cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego, w czym mogę po­móc?

Al­ly­son: Ra­tunku!

Dys­po­zy­tor: Al­ly­son?

Al­ly­son: Po­spiesz­cie się, pro­szę! Czy po­moc już je­dzie?

Dys­po­zy­tor (od­dy­cha z ulgą): Tak, Al­ly­son. Po­li­cja jest już w dro­dze. Zo­stań tam, gdzie je­steś. Jak się czu­jesz, Al­ly­son? Czy coś się stało?

Al­ly­son (od­dy­cha płytko): Bar­dzo się boję. Ra­tuj­cie mnie.

Dys­po­zy­tor: Po­li­cja już je­dzie, Al­ly­son. Na­prawdę. Bę­dzie u cie­bie lada chwila. Spró­buj się uspo­koić. Sły­sza­łem twój krzyk. Za­ata­ko­wał cię? Znów cię skrzyw­dził?

Al­ly­son (po­ciąga no­sem): Bar­dzo się boję, pro­szę, niech mi ktoś po­może.

Dys­po­zy­tor: Pa­trol bę­dzie za kilka mi­nut. Zo­stań ze mną na li­nii.

Al­ly­son (z pła­czem): Do­brze.

Dys­po­zy­tor (nieco ła­mią­cym się gło­sem): Nie martw się, słonko. Już jadą. Mu­sisz jesz­cze chwilę wy­trzy­mać, dasz radę? Mu­sisz być bar­dzo silna, mo­żesz to dla mnie zro­bić?

Al­ly­son (szlo­cha roz­pacz­li­wie): Tak bar­dzo się boję… Czy oni już jadą?

Dys­po­zy­tor: Jadą, dziecko. Jesz­cze chwi­leczkę. Już jadą. Zo­stań ze mną.

Al­ly­son: Do­brze.

Dys­po­zy­tor: Weź parę głę­bo­kich wde­chów, do­brze?

Al­ly­son (od­dy­cha): Okej, to po­maga. Dzięki.

Dys­po­zy­tor: Od­dy­chaj równo, do­brze?

Al­ly­son (szlo­cha): Sły­szę go. Po­mocy!

Dys­po­zy­tor: Mów do mnie, Al­ly­son. Co się dzieje? Gdzie on jest? Na gó­rze, tam gdzie ty?

Al­ly­son (zniża głos do szeptu): Chyba tak. Sły­szę go… Sły­szę kroki.

Dys­po­zy­tor (ner­wowo): Za­cho­waj spo­kój. Nie wy­da­waj żad­nych dźwię­ków, do­brze? Trzy­maj te­le­fon przy uchu, że­bym sły­szał twój od­dech. Po­li­cja jest już bar­dzo bli­sko. Jesz­cze kilka se­kund. Mu­sisz za­cho­wać spo­kój, dziew­czyno. Zo­stań na li­nii, ale poza tym się nie ru­szaj.

(W słu­chawce za­pada głu­cha ci­sza).

Dys­po­zy­tor: Al­ly­son? Je­steś tam? Al­ly­son? Halo?

Roz­dział 3

So­bota, 28 wrze­śnia

22:52:03

Dys­po­zy­tor: Cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego, w czym mogę po­móc?

(Sły­chać dy­sze­nie).

Dys­po­zy­tor (wy­daje ci­chy okrzyk): Al­ly­son? To ty? Och, dziew­czyno, tak się cie­szę, że cię sły­szę. Wszystko w po­rządku?

Al­ly­son (szep­cze przez łzy): Jest w po­koju. Za­mknę­łam się w gar­de­ro­bie. Sły­szę go. O Boże, jest tuż za drzwiami.

Dys­po­zy­tor (ze wzbu­rze­niem): Po­li­cja już po­winna tam być, Al­ly­son. Na pewno są już bli­sko… (mam­ro­cze). Dla­czego jesz­cze ich nie ma? To nie­moż­liwe!

Al­ly­son (z pła­czem): Pro­szę. Sta­nął przed drzwiami gar­de­roby. Klamka się po­ru­sza, o Boże. Idzie tu, idzie po mnie!

Dys­po­zy­tor: Czy wi­dzisz obok sie­bie coś, co mo­głoby ci po­słu­żyć jako broń? Po­trze­bu­jemy już tylko kilku se­kund. Po­sta­raj się grać na czas. Po­roz­ma­wiaj z nim, je­śli zdo­łasz.

Al­ly­son: N-nie mogę. Jest bar­dzo silny. On chce mnie za­bić. Wi­dzia­łam to w jego oczach. Zszedł na dół, żeby się przy­go­to­wać. Za­bije mnie, o do­bry Boże.

(Od­głosy prze­py­chanki. Ktoś krzy­czy. Al­ly­son wy­daje okrzyk).

Dys­po­zy­tor (przez łzy): Al­ly­son. O-oni już po­winni tam być, po­li­cja jest już pod do­mem. To… to… Al­ly­son? Al­ly­son? AL­LY­SON?

(W słu­chawce roz­lega się cięż­kie sa­pa­nie, a po­tem za­pada ci­sza).

Li­ceum Fer­nan­dina Be­ach, Wy­spa Ame­liaPo­nie­dzia­łek, 30 wrze­śnia

Roz­dział 4

Coś jest nie tak.

To prze­czu­cie drę­czyło Lau­ren od sa­mego rana – przez trzy pierw­sze lek­cje. Coś było nie tak. Nie wie­działa, czy to in­tu­icja, coś w po­wie­trzu, czy może o czymś za­po­mniała, o za­da­niu do­mo­wym na dzi­siaj albo o czymś zu­peł­nie in­nym. Cały ten po­ra­nek wy­da­wał jej się jed­nak dzi­waczny.

Ro­zej­rzała się po sto­łówce, gdzie dzie­ciaki ja­dły, roz­ma­wiały i szu­rały ta­cami. Wszystko na po­zór wy­glą­dało nor­mal­nie, ale jej zda­niem były to po­zory – a to bu­dziło w niej zde­ner­wo­wa­nie.

– A gdzie Adam?

Pod­nio­sła wzrok na Chrisa, który usiadł na­prze­ciwko niej i wła­śnie roz­pa­ko­wy­wał swój lunch. Po­krę­ciła głową i lekko wzru­szyła ra­mio­nami.

– Nie wiem.

Wi­działa Adama rano, przed lek­cjami, ale tylko prze­lot­nie. Stał przy szaf­kach z ple­ca­kiem. Po­ma­chała mu, chciała do niego po­dejść, nie za­uwa­żył jej jed­nak, a po­tem za­dzwo­nił dzwo­nek i mu­siała iść na pierw­szą lek­cję. Póź­niej była druga lek­cja, a on nie przy­szedł. Za­zwy­czaj sie­dzieli ra­zem na hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Była to jej ulu­biona część dnia. Ko­chała się w Ada­mie od szó­stej klasy, o czym on nie miał po­ję­cia. Byli są­sia­dami i naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Lunch też za­zwy­czaj ja­dali ra­zem.

O to cho­dzi. To ci nie pa­suje. Smutno ci, bo nie ma Adama.

– Wi­dzia­łam go rano – do­dała. – Ale na hi­sto­rię nie przy­szedł. Może źle się po­czuł i wró­cił do domu.

Chris wzru­szył ra­mio­nami i od­gryzł kęs ka­na­pki.

– Żeby tylko nie za­po­mniał, że ra­zem ro­bi­li­śmy za­da­nie na matmę. Dzi­siaj mamy je zło­żyć, w prze­ciw­nym ra­zie do­sta­niemy zero, a ja nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Może po­wi­nie­nem do niego za­dzwo­nić.

Się­gnął do ple­caka po ko­mórkę, a Lau­ren w tej sa­mej chwili pod­nio­sła wzrok i za­uwa­żyła, że Adam sta­nął w drzwiach sto­łówki. Roz­pro­mie­niła się na jego wi­dok, jej puls przy­spie­szył.

– Jest – po­wie­działa i po­ma­chała do niego. Za­czer­wie­niła się lekko i prze­klęła swoją zdra­dziecką twarz, która za­wsze ob­na­żała jej uczu­cia. – Adam! Tu­taj!

Adam jed­nak na­wet na nią nie spoj­rzał, a ona po­czuła ukłu­cie w sercu. Ja­koś dziw­nie się za­cho­wy­wał. Miał w oczach coś ta­kiego… jego spoj­rze­nie było ta­kie obce, że za­częła się za­sta­na­wiać, czy go przy­pad­kiem z kimś nie po­my­liła.

– Adam? – wy­mam­ro­tała, a po­tem prze­nio­sła wzrok na przed­miot, który trzy­mał w dłoni, czę­ściowo ukryty pod kurtką. Nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym oczom. Nie chciała uwie­rzyć. Nie­moż­liwe, żeby to się stało. Nie w jej szkole. Nie z rąk chłopca, któ­rego od tylu lat tak mocno ko­chała.

Nie­moż­liwe.

Wszyst­kie te za­sły­szane hi­sto­rie wró­ciły do niej w ułamku se­kundy. Ze­zna­nia na­ocz­nych świad­ków, które oglą­dała w te­le­wi­zji – o na­past­niku, który wszedł do klasy i za­czął strze­lać, o od­gło­sach strza­łów do­cho­dzą­cych z od­dali, o ba­ry­ka­do­wa­niu drzwi do klas, o ucieczce do wyj­ścia, o przy­ja­cio­łach i ko­le­gach, któ­rzy pa­dali mar­twi na zie­mię.

Tyle razy wi­działa na­gra­nia ze śmi­głow­ców, na któ­rych dzieci wy­pro­wa­dzano na ze­wnątrz, pod­czas gdy inne tkwiły uwię­zione w bu­dynku. Przy­po­mniała so­bie te prze­ra­żone, trzę­sące się głosy, za­pła­kane oczy, zroz­pa­czo­nych ro­dzi­ców. Tyle razy za­sta­na­wiała się, czy pew­nego dnia przy­da­rzy się to jej, w jej szkole, ale w głębi du­cha za­wsze wie­rzyła, że to nie­moż­liwe.

Czło­wiek ni­gdy się nie spo­dziewa, że coś ta­kiego przy­da­rzy się aku­rat jemu…

Kiedy Adam wy­jął ka­łasz­ni­kowa spod kurtki i za­czął strze­lać, Lau­ren zdu­miało to, że wszystko w sto­łówce za­marło, ona rów­nież. Jakby czas się za­trzy­mał. Nikt się nie ru­szał, choć w głębi du­cha wszy­scy wie­dzieli, że wła­śnie te­raz nie mogą zmar­no­wać ani chwili. Ich ży­cie od tego za­le­żało. A mimo to na­wet nie drgnęli. Jakby nie mie­ściło im się w gło­wie, że to się dzieje, że to spo­tyka aku­rat ich. Że to nie są ko­lejne ćwi­cze­nia, które pla­no­wano kilka razy do roku, że to nie jest coś, co oglą­dają w te­le­wi­zji wtu­leni w ro­dzi­ców, któ­rzy my­ślą, że na­stęp­nym ra­zem to może być ich dziecko.

A to się działo. Działo się na­prawdę.

To nie były ćwi­cze­nia.

Ty­dzień póź­niej

Roz­dział 5

– Jak się trzyma? Jest po­prawa?

Nie mo­głam pa­trzeć na męż­czy­znę, który stał obok mnie. Od­chrząk­nął, uni­ka­jąc mo­jego wzroku, po czym po­krę­cił głową.

– Nie.

To mój oj­ciec. A chło­pak w szpi­tal­nym łóżku był moim bra­tem, o któ­rego ist­nie­niu nie mia­łam po­ję­cia jesz­cze dwa dni temu.

Nie wi­dzia­łam taty od trzy­dzie­stu sze­ściu lat, od­kąd po­rwał moją sio­strę Syd­ney i wy­wiózł ją do Lon­dynu, kiedy miała sie­dem, a ja pięć lat. Do­ra­sta­łam, nie wie­dząc, co się z nią stało, pod opieką nie­do­stęp­nej emo­cjo­nal­nie matki i z prze­ko­na­niem, że mu­szę zo­stać pro­fi­lerką FBI, aby od­ku­pić swoją winę, bo nie zdo­ła­łam jej ura­to­wać tam­tego pa­mięt­nego dnia.

Tym­cza­sem oj­ciec znowu za­ist­niał w moim ży­ciu. Nie na sku­tek mo­ich sta­rań czy z po­wodu tę­sk­noty, lecz z po­wodu chłopca w szpi­tal­nym łóżku, za któ­rego od­dy­chała ma­szyna. Mój brat miał na imię Adam, o czym oczy­wi­ście nie mia­łam po­ję­cia. Mój oj­ciec w ogóle nie od­po­wia­dał moim wy­obra­że­niom. Był drobny, tę­gawy, miał ner­wowe nie­bie­skie oczy – wy­glą­dał, jakby się mnie bał.

W końcu zro­zu­mia­łam, po kim odzie­dzi­czy­łam rude włosy, ni­ski wzrost i inne ce­chy ze­wnętrzne.

Wiel­kie dzięki, tatku!

– Przy­nio­słam kawę.

Ten głos na­le­żał do mo­jej sio­stry Syd­ney. Mnie po­dała je­den ku­bek, a drugi wrę­czyła ojcu. Ich re­la­cja wcale nie była lep­sza. Choć sio­stra miesz­kała z nim w Lon­dy­nie, po­wie­dział jej, że matka jej nie chciała, że ode­słała ją do niego. Syd­ney do­ro­sła, opu­ściła Lon­dyn i za­miesz­kała na Flo­ry­dzie, chcąc nas od­na­leźć, w czym nasz oj­ciec w ogóle jej nie po­mógł, nie chciał na­wet zdra­dzić jej na­szych praw­dzi­wych da­nych, dla­tego też długo miesz­ka­ły­śmy bli­sko sie­bie i o tym nie wie­dzia­ły­śmy. Udało nam się na­wią­zać kon­takt do­piero pół roku temu, wszystko to było więc bar­dzo nowe. Mimo to już czu­łam, że Syd­ney ro­zu­mie mnie jak nikt. Le­piej na­wet niż mój chło­pak Matt, któ­rego zna­łam od przed­szkola. Matt był de­tek­ty­wem w Co­coa Be­ach, gdzie miesz­ka­li­śmy, nie­dawno od­na­leź­li­śmy drogę do sie­bie po wielu la­tach roz­łąki.

Przy­je­cha­ły­śmy z Syd­ney na Ame­lię od­wie­dzić brata, który le­żał w śpiączce. To tata za­dzwo­nił do nas i o to po­pro­sił.

Wła­śnie wtedy się do­wie­dzia­ły­śmy, że mamy brata.

I w za­sa­dzie nie­wiele wię­cej, bo Adam do­tąd nie od­zy­skał przy­tom­no­ści. Oczy­wi­ście do­sta­ły­śmy też in­for­ma­cje znane wszyst­kim: że ma pięt­na­ście lat, a w szpi­talu leży od ty­go­dnia… od tego dnia, kiedy po­sta­no­wił wnieść do szkoły ka­ra­bin sztur­mowy i za­czął z niego strze­lać w sto­łówce. Funk­cjo­na­riusz przy­dzie­lony do opieki nad tą szkołą za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie i po­strze­lił go w klatkę pier­siową.

Nie mo­głam prze­stać my­śleć o te­le­fo­nie od taty, który ode­bra­łam dwa dni temu. Z po­czątku są­dzi­łam, że to po­myłka, i się roz­łą­czy­łam. I tak kilka razy. Po­wta­rza­łam, że nie mam ojca i żeby prze­stał do mnie dzwo­nić, że to ja­kiś chory żart.

To Syd­ney prze­ko­nała mnie, że po­win­ny­śmy je­chać. Nasz oj­ciec miesz­kał z matką – na­szą bab­cią – w domu na wy­spie Ame­lia, trzy go­dziny sa­mo­cho­dem od Co­coa Be­ach. Po­trze­bo­wali mo­jej po­mocy.

– On ma pięt­na­ście lat, na li­tość bo­ską – po­wie­działa Syd­ney, kiedy oświad­czy­łam, że ni­g­dzie nie jadę, że nie je­stem ojcu nic winna, że nie chcę wi­dzieć ani jego, ani jego syna. Ni­gdy. – To tylko dziecko – kon­ty­nu­owała upar­cie. – Nie jego wina, że nasz oj­ciec jest dur­niem. Nie pro­sił się na świat, tak jak i ty. Nie wy­brał so­bie ro­dziny. A my mo­żemy wła­śnie stać się dla niego ro­dziną albo przy­naj­mniej po­móc mu wy­ka­ra­skać się z kło­po­tów.

Otwo­rzy­łam usta i wbi­łam w nią wzrok. Nie­wia­ry­godne. Czy ona na po­waż­nie su­ge­ro­wała, że po­win­nam temu chło­pa­kowi po­móc?

– Przy­niósł do szkoły AK-47 i za­czął strze­lać do ko­le­gów i przy­ja­ciół. A ty mó­wisz tak, jakby był nie­win­nym dzie­cia­kiem! Moim zda­niem jest ta­kim sa­mym głup­cem jak nasz oj­ciec. Je­śli my­ślisz, że po­mogę mu wy­pić to piwo, któ­rego sam na­wa­rzył, to je­steś tak samo głu­pia jak oni.

– Leży w śpiączce, Evo Rae. Po­strze­lili go. Tata nie wie­rzy w wer­sję po­li­cji. Mówi, że nasz brat ni­gdy by tego nie zro­bił.

– No wia­domo, jak to oj­ciec. Co in­nego miałby po­wie­dzieć?

– A je­śli ma ra­cję?

Wsta­łam, ale Syd­ney mnie za­trzy­mała.

– To tylko kilka go­dzin drogi stąd, masz brata, któ­rego ni­gdy nie wi­dzia­łaś, masz bab­cię, któ­rej nie wi­dzia­łaś, pew­nie od­kąd by­łaś dziec­kiem. Nie chcesz ich cho­ciaż po­znać? Nie je­steś cie­kawa? Nie je­steś ani tro­chę cie­kawa?

Upły­nęła chwila, za­nim zdo­ła­łam się do tego przed sobą przy­znać, ale pew­nie, że by­łam cie­kawa. I tak to się stało.

Da­vid Clarke, nasz oj­ciec, nie wie­rzył, że jego syn mógł zro­bić to, o co oskar­żyła go po­li­cja, i chciał, bym po­mo­gła mu to udo­wod­nić. Po dwóch dniach na Ame­lii na­dal nie by­łam pewna, czy chcę mu po­móc. Je­śli dzie­ciak był na tyle głupi, by wnieść broń na te­ren szkoły, no to chyba sam się tak urzą­dził, prawda?

– Le­ka­rze coś mó­wią? – za­py­tała Syd­ney. – Na­dal ma go­rączkę? Opu­chli­zna ze­szła?

Spoj­rza­łam na moją piękną sio­strę, gwiazdę fil­mową, którą ubó­stwiał cały świat. Nie mo­głam uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście – od­zy­ska­łam ją po trzy­dzie­stu sze­ściu la­tach – i na­dal by­łam wście­kła na ojca za to, że nam te lata ukradł. Wła­śnie dla­tego nie mo­głam spoj­rzeć mu w oczy, wła­śnie dla­tego mia­łam ochotę go za­bić. Nie na­zy­wa­łam go na­wet tatą, nie chcia­łam my­śleć o nim jak o ojcu.

Dla mnie był tylko Da­vi­dem Clar­kiem, ni­kim wię­cej.

– Nie. Ni­kogo jesz­cze nie było – od­parł. – Cze­kamy na ob­chód.

Zer­k­nął na mnie ner­wowo, a ja z wes­tchnie­niem usia­dłam w fo­telu. Za­mknę­łam oczy i po­tar­łam skro­nie.

Co ja tu w ogóle ro­bię? Co mnie tu przy­wio­dło?

Roz­dział 6

– Jadę do domu. Już późno, mu­szę uło­żyć Eli­jaha do snu.

Matt zaj­rzał do ga­bi­netu ko­men­dantki po­li­cji An­nie. Pod­nio­sła na niego wzrok, po czym spoj­rzała na ze­gar na ścia­nie.

– Nie wie­dzia­łam, że jesz­cze tu je­steś. – Wes­tchnęła. – Trudno ci znieść po­nowną roz­łąkę z Evą Rae?

Kiw­nął głową.

– No tak, ale mu­siała wy­je­chać. Cał­ko­wi­cie to ro­zu­miem. Oj­ciec, brat, o któ­rego ist­nie­niu nie miała po­ję­cia… Trudno jej się dzi­wić.

– Ale i tak za nią tę­sk­nisz.

– Trudno by­łoby nie tę­sk­nić. – Ski­nął jej głową. – Do­bra­noc.

Pod­szedł do sa­mo­chodu i wsiadł do środka. Przez kilka mi­nut sie­dział w fo­telu i wpa­try­wał się w ciem­ność. Dla­czego to prze­cią­gał? Na­prawdę tak trudno mu było wró­cić do domu?

Za­pa­lił sil­nik z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Na­prawdę. W domu cze­kał na niego syn, Eli­jah. Przez cały dzień opie­ko­wała się nim bab­cia, a te­raz Matt miał go po­ło­żyć spać. Obie­cał matce, że wróci do domu, by to zro­bić. Chciała, by trak­to­wał on syna prio­ry­te­towo, by spę­dzał z nim wię­cej czasu, a Matt przy­ła­py­wał się na tym, że szuka wy­mó­wek, by móc zo­stać dłu­żej w pracy. Dla­czego? Bo Eli­jah go nie­na­wi­dził. Matt czuł się udrę­czony tym, jak syn się do niego od­nosi, jak go igno­ruje.

Matt nie uczest­ni­czył w jego ży­ciu do chwili śmierci jego matki. Chło­pak kon­se­kwent­nie wi­nił za tę śmierć ojca, więc nic dziw­nego, że im się nie ukła­dało. Matt co­raz wię­cej pra­co­wał, prze­cią­gał pracę, żeby tylko nie mu­sieć ra­dzić so­bie z chłop­cem, kiedy wra­cał do domu.

Oczy­wi­ście wie­dział, że nie jest to naj­lep­szy spo­sób na upo­ra­nie się z pro­ble­mem, Eva Rae w kółko to po­wta­rzała. Nie znał jed­nak in­nego spo­sobu. Miał wra­że­nie, że pró­bo­wał już wszyst­kiego, ale nic nie po­pra­wiło sy­tu­acji. A że Eva Rae wy­je­chała, nie miał już żad­nego po­wodu, by wy­cho­dzić z pracy.

My­ślał o niej, kiedy je­chał A1A. Za­trzy­mał się w Su­noco na rogu. Chciał ku­pić parę piw, może coś dla chłopca. Może zdoła ku­pić jego mi­łość sło­dy­czami.

Za­par­ko­wał, wszedł do środka, zro­bił za­kupy, a kiedy wy­cho­dził, na par­king wje­chał wła­śnie czarny lin­coln na­vi­ga­tor. Matt wes­tchnął, gdy z sa­mo­chodu wy­siadł Chad, były mąż Evy Rae. Zna­lazł ja­kąś su­per płatną ro­botę w sprze­daży, a no­wiutki na­vi­ga­tor z 2019 roku był pre­zen­tem od firmy. Chad uśmiech­nął się krzywo na wi­dok Matta i po­ma­chał do niego.

– Siema, stary.

Stary. Matt wzdry­gał się, ile­kroć Chad go tak na­zy­wał. Było to pro­tek­cjo­na­lne, jak cały Chad. Matt nie ro­zu­miał, dla­czego Eva Rae wy­szła za tego ko­le­sia.

– Przy­je­cha­łem po sło­dy­cze dla dzie­cia­ków – oświad­czył Chad. – Wi­dzę, że wpa­dłeś na ten sam po­mysł.

Zer­k­nął na torbę, którą Matt trzy­mał w dłoni.

Dzie­cia­ków. Chad ni­gdy nie omiesz­kał przy­po­mnieć o tym Mat­towi. O tym, że jego i Evę Rae łą­czy ro­dzina, a Matta i Evę Rae nie. Matt nie mógł znieść my­śli, że ten fa­cet oże­nił się z Evą Rae i miał z nią troje dzieci. Zno­sił to jesz­cze trud­niej niż fakt, że Chad na po­wrót zja­wił się w jej ży­ciu. Było to do­bre dla dzieci, ale nie dla Evy Rae. Matt bał się, że Chad znów ją zrani. Ko­leś zdra­dzał ją przez po­nad rok mał­żeń­stwa. Zda­niem Matta ta­kich rze­czy się nie wy­ba­cza. Jak ktoś mógł zro­bić coś ta­kiego Evie Rae? Ob­na­żało to praw­dziwy cha­rak­ter ko­le­sia, a fa­ceci tacy jak on się nie zmie­niali. Przy­naj­mniej zda­niem Matta. Eva Rae miała nieco inne zda­nie. Wie­rzyła, że każdy za­słu­guje na drugą szansę – tak po­wie­działa, kiedy o tym roz­ma­wiali. Poza tym dla do­bra dzieci mu­siała wpu­ścić go na po­wrót do swo­jego ży­cia.

Matt uwa­żał, że za ła­two Cha­dowi po­szło. I że pró­buje od­zy­skać Evę Rae.

– Tak, mu­szę le­cieć… – mruk­nął.

– Ja­sne, pew­nie. Cóż, miło było cię wi­dzieć, stary. Prze­każę Evie Rae, że na cie­bie wpa­dłem, kiedy za­dzwoni po­wie­dzieć dzie­ciom do­bra­noc. Nara.

Noz­drza Matta drżały lekko, kiedy od­pro­wa­dzał Chada wzro­kiem do drzwi sklepu.

– Może sam jej to po­wiem, kiedy będę z nią roz­ma­wiał… przed tobą – mruk­nął, po czym wsiadł do sa­mo­chodu i od­je­chał, ude­rzyw­szy pię­ścią w kie­row­nicę.

Roz­dział 7

– Kto po­wie­dział, że grze­ba­nie w śmie­ciach ozna­cza brak klasy?

Eve­lyn z uśmie­chem spoj­rzała w ka­merkę te­le­fonu. Miała na so­bie su­kienkę w czarno-białe pa­ski, na­szyj­nik ze sztucz­nych pe­reł, ta­kie same kol­czyki i bran­so­letkę. Czarne włosy wy­pro­sto­wała i ze­brała w ku­cyk bia­łymi pla­sti­ko­wymi per­łami. Wy­sia­dła z sa­mo­chodu, trzy­ma­jąc te­le­fon tak, by wi­dzo­wie mo­gli śle­dzić każdy jej ruch. Za­wsze na­gry­wała się te­le­fo­nem, a po­tem wrzu­cała to na YouTube. Miała dwa­na­ście ty­sięcy sub­skry­ben­tów, któ­rzy uwiel­biali do­bre rady na te­mat tego, co można zna­leźć w cu­dzych śmiet­ni­kach.

– Pa­mię­ta­cie, że w ze­szłym ty­go­dniu zna­la­złam ze­staw cał­kiem no­wych ście­re­czek ku­chen­nych? To tu­taj je zna­la­złam, z met­kami i w ogóle. Były w ide­al­nym sta­nie, ktoś je wy­rzu­cił, bo mu się nie spodo­bały albo coś w tym ro­dzaju. Kto wie, dla­czego bo­ga­cze wy­rzu­cają cał­kiem nowe, nie­uży­wane rze­czy?

Się­gnęła po torbę na za­kupy i po­de­szła do kon­te­nera, na­dal się fil­mu­jąc. Za­trzy­mała się przed wiel­kim zie­lo­nym po­jem­ni­kiem.

– Chyba już wspo­mi­na­łam, gdzie naj­le­piej szu­kać, ale po­wtó­rzę to dla wszyst­kich no­wych osób, które są ze mną od nie­dawna i nie wi­działy mo­ich wcze­śniej­szych fil­mów. Naj­lep­sze miej­sca to przede wszyst­kim ele­ganc­kie dziel­nice ta­kie jak ta, gdzie obec­nie je­stem.

Ob­ró­ciła ko­mórkę tak, by wi­dzo­wie zo­ba­czyli wy­so­kie apar­ta­men­towce ota­cza­jące park.

– Wszyst­kie te bu­dynki stoją fron­tem do oce­anu. Ich wła­ści­ciele to za­możni lu­dzie z pół­nocy, któ­rzy przy­jeż­dżają na Ame­lię i wy­rzu­cają tu całą masę przy­dat­nych rze­czy. A ja wam je po­ka­zuję. Pa­mię­ta­cie ob­rus ban­kie­towy, ten srebrny, po­ka­zy­wa­łam wam kilka ty­go­dni temu? Też z tego po­jem­nika. Ni­gdy nie­uży­wany. Wy­jęty z opa­ko­wa­nia, ale nie­uży­wany. Nie­któ­rzy lu­dzie to świ­nie, wy­rzu­cają tyle rze­czy. Ale wie­cie, co za­wsze po­wta­rzam: w śmiet­niku można zna­leźć praw­dziwe skarby. Dru­gie naj­lep­sze miej­sce na po­szu­ki­wa­nia to kon­te­nery za ta­kimi skle­pami jak Be­alls lub JJ Co­oper. Wszyst­kie zwroty, któ­rych nie można odło­żyć z po­wro­tem na półkę, lą­dują w ko­szach, wie­dzie­li­ście o tym? Od dzie­się­ciu lat nie ku­pi­łam żad­nych no­wych ubrań. Wszystko, co mam na so­bie, znaj­duję za skle­pami. Zo­stań­cie ze mną, to wam po­tem po­każę.

Ob­ró­ciła ka­merę na kon­te­ner.

– No to sprawdźmy, co się tu dzi­siaj przed nami ukryło.

Unio­sła po­krywę i sfil­mo­wała wnę­trze.

– Na gó­rze wi­dać głów­nie worki ze śmie­ciami, część jest cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczna, ale wy­star­czy któ­ryś pod­nieść, zaj­rzeć głę­biej i… Aha, spójrz­cie!

Wy­jęła rolkę pa­pieru do pa­ko­wa­nia.

– Pa­trz­cie, cał­kiem nowy. Na­wet nie­roz­pa­ko­wany. Ide­alny na zbli­ża­jące się uro­dziny mo­jego syna. Od lat nie ku­puję pa­pieru do pa­ko­wa­nia. Cią­gle znaj­duję cał­kiem nowe rolki. Zo­baczmy, co jesz­cze się tu kryje.

Odło­żyła rolkę na zie­mię i znów zaj­rzała do po­jem­nika. Się­gnęła po pla­sti­kowy wo­rek i go roz­wią­zała. Zaj­rzała do środka i wy­krzy­wiła twarz w gry­ma­sie.

– Nie. Tu są same śmieci, fuj. No do­bra, sprawdźmy tam.

Od­su­nęła cuch­nący pa­ku­nek na bok i zaj­rzała pod niego. Się­gnęła po szary wo­rek i pod­nio­sła go.

– O, to wy­gląda obie­cu­jąco. Wo­rek jest duży, w środku jest coś twar­dego. I cał­kiem spo­rego. Za­po­wiada się praw­dziwy skarb. Spraw­dzę, co to może być. – Spró­bo­wała pod­nieść wo­rek jesz­cze wy­żej, ale był ciężki, mu­siała się pod­dać. Odło­żyła go więc i roz­chy­liła, by zaj­rzeć do środka.

– Co tam jest? – mam­ro­tała, na­dal trzy­ma­jąc ka­merkę tak, by wi­dzo­wie wszystko wi­dzieli. – Co to ta­kiego? Ma­ne­kin? Po co wy­rzu­cać taki…

Na­gle za­mil­kła. Jej puls przy­spie­szył, kiedy spoj­rzała na kry­jącą się w worku głowę. Ob­ró­ciła ka­merę, czu­jąc, że po­winna coś po­wie­dzieć, ale nie zdo­łała. Za­bra­kło jej słów. Wy­łą­czyła na­gry­wa­nie i za­dzwo­niła pod dzie­więć­set je­de­na­ście.

Roz­dział 8

Wcze­śniej

– Nie ro­zu­miem. Co ja tu ro­bię?

Mar­lene spoj­rzała na dwóch przed­sta­wi­cieli służb po­rząd­ko­wych, któ­rzy sie­dzieli na­prze­ciwko niej. Przy­szli do niej rano i po­pro­sili, by po­je­chała z nimi. Mieli od­znaki, ale nie wie­działa, czy są z po­li­cji, bo byli ubrani po cy­wil­nemu. Przed­sta­wili się jako śled­czy, czym nie­mal przy­pra­wili ją o atak serca. Nie po­wie­dzieli, dla­czego za­bie­rają ją na po­ste­ru­nek ani na­wet co się dzieje, choć po dro­dze do­py­ty­wała wie­lo­krot­nie.

– O co cho­dzi? – za­py­tała po­now­nie. Miała wra­że­nie, że za­cięła się ni­czym zdarta płyta. – Czy coś się stało?

Ten po pra­wej po­chy­lił się w jej stronę i od­chrząk­nął. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, czy on przed­sta­wił się jako Ri­vers, czy może jego ko­lega. Była nie­mal pewna, że je­den to Ri­vers, a drugi Walt­man.

Po­krę­ciła głową. Nie miało to zna­cze­nia. Chciała już tylko wy­do­stać się stąd jak naj­szyb­ciej i wró­cić do swo­jej kuchni. Miała upiec kur­czaka na ko­la­cję, zo­sta­wiła go na bla­cie, kiedy po nią przy­szli. Bała się, że pies się do niego do­rwie i nie bę­dzie miała co po­dać dziś wie­czo­rem.

– Cho­dzi o pani syna – po­wie­dział ten nie­mal na pewno Ri­vers. Miał ko­zią bródkę, którą cały czas po­cie­rał.

Mar­lene wbiła w niego zdu­mione spoj­rze­nie. Jej serce za­częło moc­niej bić na wzmiankę o chłopcu.

– O mo­jego syna? Jest w szkole? Prze­skro­bał coś? Wpa­ko­wał się w ja­kieś kło­poty? Coś mu się stało?

– Musi się pani uspo­koić – od­parł Walt­man i wy­cią­gnął do niej rękę, jakby to miało jej po­móc opa­no­wać wzbu­rze­nie. – Pro­wa­dzimy śledz­two. Pani sy­nowi nic nie grozi. Już jest bez­pieczny.

– Co to zna­czy, że już jest bez­pieczny? Oczy­wi­ście, że jest. Mój syn jest za­wsze bez­pieczny.

– To zna­czy, że tra­fił pod opiekę służb spo­łecz­nych, gdzie po­zo­sta­nie do za­koń­cze­nia na­szego śledz­twa.

Mar­lene zmarsz­czyła czoło. O czym oni mó­wią, na li­tość bo­ską? To musi być po­myłka. To wszystko. Jej przy­jazd tu­taj, to, co te­raz mó­wią.

– Śledz­twa? Ale… dla­czego mój syn jest pod opieką służb? Nie ro­zu­miem – burk­nęła z fru­stra­cją. Zmar­nuje cały dzień na to, na sie­dze­nie tu­taj, a prze­cież oni za­raz so­bie uświa­do­mią, że to po­myłka. Że nie cho­dzi o nią, że cho­dzi o inne dziecko. Czy coś w tym ro­dzaju. – Czy ktoś może mi wy­ja­śnić, co się tu dzieje? Co to za śledz­two?

Ri­vers znów od­chrząk­nął i upił łyk kawy z kubka. Upły­nęła cała wiecz­ność, za­nim go od­sta­wił, Mar­lene miała ochotę na niego wrza­snąć.

– Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie pani męża – oświad­czył w końcu. – Mamy po­wody uwa­żać, że znęca się nad wa­szym sy­nem.

Roz­dział 9

– Mamo, Chri­stine i Alex w ogóle nie po­ma­gają mi przy kró­li­kach. Sama wszystko ro­bię.

Trzy­ma­łam słu­chawkę bli­sko ucha i słu­cha­łam mo­jej córki Oli­vii. Była naj­star­sza z trojga ro­dzeń­stwa, miała pięt­na­ście lat. Chri­stine miała trzy­na­ście, a Alex sie­dem.

– To zna­czy? – za­py­ta­łam. Te­mat nie bu­dził we mnie szcze­gól­nego za­in­te­re­so­wa­nia, ale cie­szy­łam się, że sły­szę głos córki. Chad za­de­kla­ro­wał, że mogą mieć kró­liki, mnie nie za­py­tano o zda­nie, pew­nie dla­tego, że wszy­scy wie­dzieli, co bym od­po­wie­działa. Wie­dzia­łam, że będą z tym pro­blemy, i mia­łam ra­cję. Dzie­ciaki bez­u­stan­nie kłó­ciły się o to, kto co po­wi­nien przy nich ro­bić.

– Sprzą­ta­łam klatkę trzy dni temu i znów trzeba po­sprzą­tać. Kar­mię je rano, daję im wodę, a Chri­stine i Alex ni­gdy tego nie ro­bią. Dla­czego to znowu ja mam sprzą­tać klatkę?

Sie­dzia­łam w po­cze­kalni, w ci­chym ką­cie, gdzie nikt nie mógł mnie usły­szeć, ro­bi­łam so­bie prze­rwę od tego, co się działo w szpi­tal­nej sali. Dzieci zo­stały z oj­cem na czas mo­jego wy­jazdu.

– A jak się czuje ten chło­pak? – za­py­tała Oli­via. – Twój brat? Mój… wu­jek? Kur­czę, dziw­nie to brzmi.

– Zwłasz­cza że jest w twoim wieku. – Po­krę­ci­łam głową. – Tak szcze­rze to nie wiem. Le­ka­rze nie­wiele mó­wią.

Oli­via mil­czała przez chwilę.

– A… na­prawdę wziął ka­ra­bin do szkoły i za­czął strze­lać?

– Mhm.

– Kto robi ta­kie rze­czy?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami z wes­tchnie­niem. Mnie rów­nież drę­czyła ta myśl. Ja­kim czło­wie­kiem był mój brat?

– Za­pewne ktoś chory psy­chicz­nie.

– On… jest chory?

– Nie wiem, je­śli mam być szczera. Chyba nie ma dia­gnozy. Nie je­stem pewna, czy w ogóle pró­bo­wano ja­kąś po­sta­wić.

– A były ja­kieś ob­jawy? No wiesz… Za­nim to zro­bił?

– To zna­czy?

– No wiesz… Sły­szy się różne hi­sto­rie o spraw­cach… że roz­ma­wiali w sieci o tym, co za­mie­rzają zro­bić, że pi­sali o tym w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych.

Wzię­łam głę­boki od­dech.

– Nie… nie roz­ma­wia­łam jesz­cze o tym z jego tatą.

– Może po­win­naś – pod­su­nęła mi, jakby była to naj­ła­twiej­sza rzecz pod słoń­cem. Nie roz­ma­wia­łam z oj­cem od trzy­dzie­stu sze­ściu lat, z tru­dem zno­si­łam jego wi­dok, jego obec­ność w tym sa­mym po­miesz­cze­niu. Dla­czego więc po pro­stu z nim nie po­roz­ma­wiam o bra­cie, o któ­rego ist­nie­niu do tej pory nie wie­dzia­łam?

– To nie ta­kie ła­twe, skar­bie.

– Dla­czego?

Wzię­łam ko­lejny głę­boki od­dech.

– To skom­pli­ko­wane. Wiesz co, uca­łuj ode mnie brata i sio­strę, do­brze? Mu­szę wra­cać.

– Pa, mamo.

Roz­łą­czy­ły­śmy się, a ja spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz. Wy­szu­ka­łam nu­mer Matta i już mia­łam do niego za­dzwo­nić, kiedy do po­cze­kalni we­szła Syd­ney, na jej twa­rzy ma­lo­wał się nie­po­kój.

– Coś się stało – po­wie­działa. – Chodźmy.

Roz­dział 10

Męż­czy­zna w nie­bie­skim sa­mo­cho­dzie pod­je­chał pod sklep mo­no­po­lowy i zga­sił sil­nik. Po­pa­trzył w lu­sterko na bli­znę w kształ­cie ali­ga­tora na swoim po­liczku i wes­tchnął głę­boko. Wy­siadł z sa­mo­chodu, obej­rzał się przez ra­mię, aby się upew­nić, że nikt go nie wi­dzi, po czym wszedł do środka.

Kie­row­nik sklepu, który stał za ladą, na­wet nie pod­niósł wzroku znad te­le­fonu. Sklep był pra­wie pu­sty, tylko ja­kiś star­szy fa­cet stał przed półką z pi­wem, miał na gło­wie czapkę, koł­nierz kurtki za­kry­wał mu pół twa­rzy.

Męż­czy­zna się­gnął po bu­telkę wódki i wes­tchnął na myśl, że po­wi­nien to rzu­cić, że ta bu­telka na pewno bę­dzie ostat­nia. Za­pła­cił i wziął pa­pie­rową torbę, po czym ob­ró­cił się i wpadł na fa­ceta w brą­zo­wej kurtce, który stał tuż za nim, a ten aż wy­pu­ścił te­le­fon.

Co za idiota. Nie za­słu­guje na to, by żyć.

– Prze­pra­szam, po­mogę panu – po­wie­dział męż­czy­zna z bli­zną. Pod­niósł te­le­fon i po­dał go fa­ce­towi z sze­ścio­pa­kiem w dłoni, który uśmiech­nął się pod dasz­kiem czapki.

– Dzię­kuję. To bar­dzo miłe z pana strony.

– Nie ma sprawy.

Dla cie­bie to tylko przed­miot, śro­dek do osią­gnię­cia celu. Za­bij go i od­bierz na­grodę.

Męż­czy­zna z bli­zną uśmiech­nął się i prze­su­nął, by fa­cet w czapce mógł za­pła­cić za piwo. Męż­czy­zna z bli­zną wy­szedł na ze­wnątrz, za­pa­lił pa­pie­rosa, a chwilę póź­niej ze sklepu wy­szedł ten drugi z pi­wem w pa­pie­ro­wej tor­bie. Za­częło pa­dać.

– Chyba to prze­cze­kam – rzu­cił męż­czy­zna z bli­zną. Spo­mię­dzy jego warg uniósł się dym. Za­trzy­mał wzrok na nie­zna­jo­mym, otwo­rzył bu­telkę wódki ukrytą w pa­pie­ro­wej tor­bie i po­cią­gnął łyk, kiedy nad ich gło­wami trza­snął pio­run. – Prze­moknę przez te parę kro­ków do sa­mo­chodu.

– W su­mie ra­cja – od­parł fa­cet w czapce. Spoj­rzał na pa­pie­rosy. – Mogę jed­nego?

– Pew­nie. – Męż­czy­zna z bli­zną po­czę­sto­wał nie­zna­jo­mego i pod­su­nął mu swoją za­pal­niczkę. Fa­cet w czapce wy­pu­ścił dym z wes­tchnie­niem ulgi.

– Za długa prze­rwa, co?

To tylko ele­ment ukła­danki. Śro­dek do celu. Za­bi­jasz z jed­nego tylko po­wodu.

– Można tak po­wie­dzieć.

– Znam to uczu­cie… Sam od lat pró­buję rzu­cić. To też. – Męż­czy­zna z bli­zną uniósł pa­pie­rową torbę do ust.

Męż­czy­zna w czapce po­ki­wał głową.

Żeby zdo­być sławę.

– Tak w ogóle to Jeff je­stem. – Męż­czy­zna z bli­zną wy­cią­gnął dłoń.

– E.T. – od­parł ten drugi z pa­pie­ro­sem w ustach. Przy­mknął po­wieki, żeby dym nie le­ciał mu do oczu.

– E.T., tak? Nie­ty­powo.

Uści­snęli so­bie dło­nie. Dwaj męż­czyźni prze­cze­ku­jący deszcz. Dwaj męż­czyźni, któ­rzy spo­tkali się przy­pad­kiem. Wszystko to by­łoby cał­kiem zwy­czajne, nudne wręcz, gdyby nie fakt, że je­den z nich był mor­dercą, który już za­czął fil­mo­wać swoją przy­szłą ofiarę ko­mórką.

Roz­dział 11

– Za­biję go!

Wy­bie­głam z po­cze­kalni, kiedy usły­sza­łam krzyki. Przed salą mo­jego brata zo­ba­czy­łam męż­czy­znę po czter­dzie­stce, czer­wo­nego na twa­rzy. Trzy­mał go za­stępca sze­ryfa Co­rel, przy­dzie­lony do ochra­nia­nia po­koju Adama. Da­vid stał przy drzwiach, miał prze­ra­żoną minę.

– Co się tu dzieje? – za­py­ta­łam, pod­cho­dząc do Da­vida. – Kto to jest?

Noz­drza Da­vida drżały, spoj­rzał na mnie ze stra­chem. W jego oczach bły­snęły łzy, z tru­dem wy­do­był z sie­bie głos.

– To oj­ciec Al­ly­son – wy­krztu­sił w końcu.

– A… kim jest Al­ly­son?

Pa­trząc na mnie, Da­vid po­krę­cił głową. Oj­ciec Al­ly­son przez cały ten czas krzy­czał i ję­czał. Za­stępca sze­ryfa Co­rel tłu­ma­czył mu coś z na­ci­skiem.

– Mu­sisz się uspo­koić, Ry­anie, w prze­ciw­nym ra­zie będę mu­siał za­wieźć cię na po­ste­ru­nek. Sły­szysz mnie? Mu­sisz się uspo­koić.

Ryan po­ki­wał głową i prze­stał się wy­ry­wać. Za­stępca sze­ryfa go pu­ścił. Ryan spoj­rzał na Da­vida, wargi mu drżały.

– Za­bił ją, ty by­dlaku, twój syn za­bił moją córkę!

– T-to… – wy­ją­kał Da­vid, przy­ci­ska­jąc dłoń do mostka. Oj­ciec Al­ly­son się­gnął po te­le­fon, na któ­rym wy­świe­tlał się ja­kiś fil­mik.

– Sam zo­bacz. Rano tra­fiło do in­ter­netu. Wy­cią­gnęli ją ze śmiet­nika. Twój syn ją za­bił i wy­rzu­cił jak śmieć! Śmieć! Moja có­reczka, moja ko­chana Al­ly­son!

– Zo­stała za­mor­do­wana w szkole? – za­py­ta­łam z kon­ster­na­cją, pa­trząc to na jed­nego, to na dru­giego.

Da­vid po­krę­cił głową.

– Nie było jej tam­tego dnia w szkole. Za­gi­nęła… dwa dni wcze­śniej, nikt nie wie­dział, gdzie jest. Mo­dli­li­śmy się, żeby wró­ciła żywa…

– Och, da­ruj so­bie – wtrą­cił Ryan. – Nie chcemy wa­szych mo­dlitw. Chcemy spra­wie­dli­wo­ści dla na­szej córki.

– Spra­wie­dliwy wy­rok za­pad­nie w są­dzie, kiedy… – za­czął za­stępca sze­ryfa Co­rel, ale Ryan prze­rwał mu z gło­śnym ry­kiem.

– To ma być spra­wie­dli­wość? Do­sta­nie parę lat, a ja i moja żona do­sta­niemy… gówno, bo nic nie zwróci nam córki. Wiesz, gdzie wła­śnie by­li­śmy z żoną, wiesz?

Da­vid po­krę­cił głową.

– W kost­nicy. Żeby zi­den­ty­fi­ko­wać dziecko. Wy­obra­żasz so­bie? Czy po­tra­fisz to so­bie wy­obra­zić? Świa­do­mość, że to twój syn… twój za­srany syn jej to zro­bił.

Da­vid spu­ścił głowę.

– Nie ro­zu­miem – szep­nął i zer­k­nął na Adama, który wy­glą­dał, jakby spo­koj­nie spał. – Ko­chał ją. Ko­chali się.

– Ko­chał? – syk­nął Ryan, a za­stępca sze­ryfa Co­rel znów mu­siał go chwy­cić. – To na­zy­wasz mi­ło­ścią? Twój sy­na­lek w dziwny spo­sób oka­zuje mi­łość. Za­pa­mię­taj moje słowa, Da­vi­dzie. Za­biję two­jego syna, je­śli tylko nada­rzy się oka­zja. Sły­szysz? Za­biję go z zimną krwią za to, co zro­bił mo­jej có­reczce, i z ra­do­ścią pójdę po­tem za to do wię­zie­nia. Z ra­do­ścią!

Roz­dział 12

Ze szpi­tala wra­ca­li­śmy w cał­ko­wi­tej ci­szy. Syd­ney sie­działa obok mnie, a Da­vid z tyłu, że­bym nie mu­siała na niego pa­trzeć. Już od sa­mej jego obec­no­ści w sa­mo­cho­dzie cier­pła mi skóra. Tak dużo chcia­łam mu po­wie­dzieć, tak wiele mu­sia­łam mu po­wie­dzieć, ale bra­ko­wało mi słów. To nie była wła­ściwa pora ani miej­sce. Los po­wa­lił go na ło­patki – i do­brze, to mi było po­trzebne – ale nie za­mie­rza­łam ko­pać le­żą­cego.

Za­par­ko­wa­łam przed do­mem babci i zga­si­łam sil­nik. Da­vid wy­siadł pierw­szy, my za nim. Kiedy we­szli­śmy na drew­nianą we­randę w stylu wik­to­riań­skim, usiadł na huś­tawce i ukrył twarz w dło­niach. Sta­ły­śmy nad nim z Syd­ney, nie wie­dząc, co ro­bić.

– Nie mogę w to uwie­rzyć – po­wie­dział. – Nie wie­rzę, że zro­bił to wszystko. Mój syn, mój Adam… nie­moż­liwe.

Szybko zro­biło się nie­zręcz­nie. Zer­ka­ły­śmy z Syd­ney to na sie­bie, to na ojca, który za­no­sił się szlo­chem. Żadna z nas nie miała ochoty go po­cie­szać. Czu­łam, jak wzbiera we mnie gniew, kiedy za­sta­na­wia­łam się, dla­czego nade mną ni­gdy tak nie pła­kał. Roz­pa­czał z po­wodu syna, który praw­do­po­dob­nie był mor­dercą, a nade mną nie uro­nił ani jed­nej łzy?

Sa­mo­lubne my­śle­nie, ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać. W kółko się za­sta­na­wia­łam, dla­czego Adam jest taki wy­jąt­kowy, że jego tata chce pa­trzeć, jak do­ra­sta, a na moje do­ra­sta­nie nie chciał.

Na­prawdę by­łam zła, bo po­rwał Syd­ney, a nie mnie?

Naj­wy­raź­niej.

– To był taki do­bry chło­pak – pod­jął i za­raz się po­pra­wił: –To jest taki do­bry chło­pak – kon­ty­nu­ował. – Ni­gdy nie za­biłby Al­ly­son. Ko­chali się jak sza­leni. Wiel­bił zie­mię, po któ­rej stą­pała. To nie ma sensu!

Pod­niósł głowę i spoj­rzał mi pro­sto w oczy po raz pierw­szy od dwóch dni, od­kąd tu przy­je­cha­łam.

– Pro­szę, Evo Rae. Pro­szę, po­móż mu. Tylko ty zdo­łasz to zro­bić.

Par­sk­nę­łam śmie­chem i po­krę­ci­łam głową.

Te­raz je­stem ci po­trzebna, co? Bo mogę się na coś przy­dać?

– Pro­szę cię, słonko.

Z gnie­wem po­krę­ci­łam głową.

– Nie masz prawa mnie tak na­zy­wać. Sły­szysz?! Nie masz prawa!

Pa­trzy­łam na niego, noz­drza mi drżały.

– To śmieszne – do­da­łam i cof­nę­łam się. Emo­cje sza­lały we mnie ni­czym bu­rza. Krew się we mnie go­to­wała, nie mo­głam od­dy­chać. To wszystko mnie prze­ro­sło.

Drzwi do ga­rażu były otwarte, od­wró­ci­łam się więc od tej ża­ło­snej pod­róbki ojca i po­szłam tam. Moja bab­cia Eileen le­żała pod swoim har­leyem z klu­czem fran­cu­skim w dłoni. Miała osiem­dzie­siąt lat i na­dal jeź­dziła na mo­to­rze, ani my­ślała za­cho­wy­wać się tak, jak wy­pada w jej wieku.

– Po two­jej mi­nie wnio­skuję, że Adam się jesz­cze nie obu­dził – po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem. Była z nami w szpi­talu po­przed­niego dnia, ale nie­mal od razu wy­szła, oka­zało się to po­nad jej siły. Sły­sza­łam, że przez całą noc krą­żyła po sa­lo­nie, a dziś rano oświad­czyła, że nie po­je­dzie z nami, wy­bie­rze się póź­niej. Do­dała, że ma dużo pracy, ale wy­czu­łam, że nie mo­głaby znieść wi­doku Adama w ta­kim sta­nie.

Spoj­rza­łam na nią i po­krę­ci­łam głową. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam babci. Matka mo­jej matki wy­rze­kła się jej, kiedy ta po­sta­no­wiła uro­dzić dzieci w mło­dym wieku, ni­gdy nie od­no­wiły re­la­cji, a że praw­dzi­wego ojca nie zna­łam, nie mia­łam też po­ję­cia o ist­nie­niu Eileen. Twier­dziła, że od­wie­dziła mnie parę razy, kiedy by­łam mała, ale oczy­wi­ście tego nie pa­mię­tam.

Naj­dziw­niej­sze, że kiedy po­zna­łam Eileen dwa dni temu, od razu wy­czu­łam w niej ko­goś, z kim mogę po­ga­dać. Na do­da­tek by­ły­śmy do sie­bie nie­wia­ry­god­nie po­do­bne. Obie mia­ły­śmy ta­kie same ja­sno­nie­bie­skie oczy i rude włosy – no tak, u niej już pra­wie cał­kiem siwe, ale z ru­da­wym od­cie­niem – bladą cerę, obie by­ły­śmy ni­skie i przy ko­ści. Łą­czyła nas więź, ja­kiej ni­gdy wcze­śniej nie za­zna­łam, no, może z sio­strą. Z Eileen było jed­nak ina­czej. Czu­łam, że mnie ro­zu­mie, że mnie zna, na­prawdę zna. Jakby była star­szą wer­sją mnie.

Wy­su­nęła się spod mo­toru, wy­tarła ręce w ścierkę i po­de­szła do mnie. Miała na so­bie po­darte, po­pla­mione sma­rem dżinsy, biały pod­ko­szu­lek z logo Har­leya i ban­danę na gło­wie. Po­mimo wieku no­siła dłu­gie, nie­sforne włosy, co mi się bar­dzo po­do­bało. Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam, dla­czego ko­biety strzygą się na krótko, kiedy koń­czą pięć­dzie­siąt czy sześć­dzie­siąt lat. Dla­czego nie mo­gły się cie­szyć dłu­gimi wło­sami?

Po­de­szła do lo­dówki, wy­jęła z niej dwa piwa i po­dała mi jedno.

– Co tam, mała? Co się dzieje?

– Da­vid…

– Twój tata – po­pra­wiła.

– No… Tak… Prosi, że­bym po­mo­gła Ada­mowi. Mówi, że nie wie­rzy, by Adam był zdolny do tego, co po­do­bno zro­bił.

– Cóż, Da­vid śle­dził uważ­nie twoją ka­rierę. Wie, że je­steś do­bra w tym, co ro­bisz. Dla­tego po cie­bie za­dzwo­nił. Je­steś je­dyną na­dzieją Adama, czy ci się to po­doba, czy nie.

To mnie za­sko­czyło. Tata śle­dził moją ka­rierę? Wcale jed­nak nie za­czę­łam my­śleć o nim le­piej z tego po­wodu. Skoro wie­dział, gdzie je­stem, mógł mnie od­szu­kać. Nie mu­siał cze­kać na mor­der­stwo.

– Ale… co kon­kret­nie mia­ła­bym jego zda­niem zro­bić? Prze­cież jest pełna sto­łówka świad­ków, któ­rzy wi­dzieli, że Adam wszedł z bro­nią i otwo­rzył ogień.

Eileen po­krę­ciła głową, są­cząc piwo.

– To do niego nie­po­do­bne. Znam tego dzie­ciaka od pięt­na­stu lat.

– Ale jed­nak sprawa jest oczy­wi­sta… do­wody przy­tła­cza­jące. A te­raz sły­szę, że za­bił też swoją dziew­czynę?

Eileen pra­wie za­krztu­siła się pi­wem.

– Al­ly­son? Do­bry Boże. Zna­leźli ją?

Po­tak­nę­łam.

– W kon­te­ne­rze na śmieci w ja­kimś Pe­ter’s Po­int.

Eileen gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze, wi­dać było, że jej oczy na­peł­niają się łzami.

– Do­brze ją zna­łaś? – za­py­ta­łam.

Po­ki­wała głową.

– Wiecz­nie u nas prze­sia­dy­wała. Do­trzy­my­wali mi to­wa­rzy­stwa tu, w ga­rażu, albo szli do domu od­ra­biać ra­zem lek­cje. Byli prze­uro­czą parą. – Po­krę­ciła głową i upiła ko­lejny łyk piwa. Od­su­nęła bu­telkę od ust i par­sk­nęła gniew­nie. – Nie. Nie ku­puję tego. Wra­biają go. Adam w ży­ciu by jej nie skrzyw­dził, w ży­ciu!

Spoj­rzała na mnie zna­cząco.

– Mu­sisz się temu przyj­rzeć. Wiem, co my­ślisz o ojcu…

– Nie wiesz na­wet po­łowy.

– Może nie, ale tu nie cho­dzi o niego. Nie pro­szę cię o to ze względu na two­jego ojca. Zrób to dla Adama. Jest nie­winny, mó­wię ci. Nie zro­bił tego wszyst­kiego. Znam swo­jego wnuka. Ko­chał tę dziew­czynę. Był do­brym chłop­cem, za­wsze był miły dla ko­le­gów i ko­le­ża­nek.

– Le­czył się psy­chia­trycz­nie?

Po­krę­ciła głową.

– Nie, nic w tym ro­dzaju. Mu­sisz mi uwie­rzyć.

Wes­tchnę­łam, do­pi­łam piwo i od­sta­wi­łam pu­stą bu­telkę. Mój wzrok na­po­tkał wzrok Eileen.

– Wiesz co… Mo­głaś mnie od­szu­kać – po­wie­dzia­łam. – Mo­głaś przy­naj­mniej spró­bo­wać. – Od­wró­ci­łam się do niej ple­cami i ode­szłam, do­rzu­ca­jąc: – Dzięki za piwo.

Roz­dział 13

– Ha­aalo, lu­dzie. Wró­ci­łem. Po­przed­nio wi­dzie­li­ście mnie także dzi­siaj, kiedy do­rwa­łem fa­ceta przed mo­no­po­lo­wym. Pa­mię­ta­cie? Mam na­dzieję, że po­do­bało się wam, kiedy po­bi­łem go do nie­przy­tom­no­ści w za­ułku za ko­szami na śmieci. Mnie się po­do­bało, trzeba przy­znać. Knyk­cie mam na­dal obo­lałe i spuch­nięte, pa­trz­cie.

Męż­czy­zna na­zy­wa­jący sie­bie E.T. pod­niósł dłoń do ka­mery. Ka­mera była pod­łą­czona do kom­pu­tera, trwała trans­mi­sja na żywo. Czworo użyt­kow­ni­ków: He­in­z45, Geo­gi­na­211, su­per­sta­r333 i hu­sh­now5 już się włą­czyło, ko­men­to­wało i ki­bi­co­wało E.T. Nie mógł ich za­wieść. Włą­czyli się, by go po­słu­chać i zo­ba­czyć, jak re­ali­zuje fan­ta­zję, którą oni mo­gli tylko snuć.

– Wiem, że obec­nie nikt nie wie, jak się na­zy­wam, ale pew­nego dnia chcę być na­prawdę sławny – kon­ty­nu­ował. – A ten fa­cet mi w tym po­może. Pa­trz­cie.

E.T. prze­niósł ka­merkę do sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego w ga­rażu. Otwo­rzył ba­gaż­nik, żeby po­ka­zać śro­dek swoim wi­dzom.

– To jest Jeff – po­wie­dział, ro­biąc zbli­że­nie na fa­ceta z bli­zną w kształ­cie ali­ga­tora. Męż­czy­zna pła­kał pod kne­blem, pró­bo­wał krzy­czeć, pew­nie bła­gał o ży­cie. – Jeff, przy­wi­taj się z wi­dzami.

E.T. dy­go­tał z sa­tys­fak­cji, był prze­ko­nany, że wi­dzo­wie po­dzie­lają to uczu­cie. Liczba osób przed ekra­nami uro­sła do pra­wie stu, co ogrom­nie go cie­szyło. Tego wła­śnie po­trze­bo­wał, aby od­nieść suk­ces. Mógł dzie­lić się swo­imi osią­gnię­ciami z ludźmi na ca­łym świe­cie. Aż dziwne, jak ła­two dzi­siaj stać się sław­nym. A w jego przy­padku był to do­piero po­czą­tek.

Włą­czały się ko­lejne osoby, było ich już pra­wie dwie­ście. E.T. jesz­cze zro­bił zbli­że­nie na fa­ceta w ba­gaż­niku.

– Pro­szę bar­dzo. Uśmiech­nij się do obiek­tywu, Jeff. Ogląda cię cały świat. Lu­dzie ko­men­tują i laj­kują tę re­la­cję w cza­sie rze­czy­wi­stym. Patrz, jest ktoś z Fi­li­pin. I z In­dii. Eks­cy­tu­jące, prawda? Że wi­dzi cię cały świat. Ależ z cie­bie far­ciarz.

E.T. odło­żył ka­merkę na sta­tyw, schy­lił się, chwy­cił męż­czy­znę z bli­zną za ra­miona i wy­cią­gnął go z ba­gaż­nika. Cięż­kie ciało z gło­śnym hu­kiem wy­lą­do­wało na be­to­nie. E.T. usły­szał sko­wyt do­by­wa­jący się spod kne­bla i ten dźwięk na­peł­nił go po­czu­ciem siły.

Ko­lejni wi­dzo­wie do­łą­czali do trans­mi­sji, po­ja­wiało się co­raz wię­cej ko­men­ta­rzy.

„Za­bij go młot­kiem – na­pi­sał hu­go­789. – Wisi za nim na ścia­nie. Weź go i roz­wal mu twarz na na­szych oczach”.

„Ja bym wo­lał, że­byś go za­dźgał” – na­pi­sał IWu­nYu.

„A może do­bre stare du­sze­nie? – za­pro­po­no­wał Ju­lien­P34. – Mnie się po­doba”.

– Pro­szę was o cier­pli­wość. Jak za­pewne wie­cie, mam co do tego fa­ceta plany. Wiel­kie plany. Plany, które da­dzą mi sławę, spra­wią, że lu­dzie za­czną o mnie mó­wić z drże­niem w gło­sie. Nie zna­lazł się tu­taj po to, by zgi­nąć szybką i straszną śmier­cią, acz­kol­wiek to ku­szące. Nie, moim zda­niem tu trzeba iść na ca­łość. Nie mam ra­cji?

Męż­czy­zna z bli­zną le­żał na be­to­no­wej po­sadzce, za­wo­dził mimo kne­bla i pró­bo­wał ze­rwać po­stronki, które krę­po­wały mu dło­nie. E.T. po­zwo­lił mu się wić, do­póki nie zmę­czył go ten spek­takl. W końcu chwy­cił za le­żące na półce cęgi i od­wró­cił się do swo­jego no­wego kum­pla Jeffa, ude­rza­jąc nimi we wnę­trze dłoni. Kuc­nął obok nie­zna­jo­mego i po­gła­skał go de­li­kat­nie po wło­sach, upew­nia­jąc się, że ka­mera to wszystko wi­dzi. Co za szkoda. Jeff był taki młody i jesz­cze cał­kiem ładny. Skórę miał gładką, żad­nych zmarsz­czek.

Przy­naj­mniej ni­gdy się nie ze­sta­rzeje.

Roz­dział 14

– Mogę cię o coś za­py­tać?

Wpa­try­wa­łam się w ekran kom­pu­tera. Prze­glą­da­łam konto brata na In­sta­gra­mie, szu­ka­łam cze­goś, co tłu­ma­czy­łoby, dla­czego po­sta­no­wił otwo­rzyć ogień do ko­le­gów i ko­le­ża­nek z klasy i za­bić swoją dziew­czynę. Szu­ka­łam ma­ni­fe­stu, gniew­nego po­sta, wo­ła­nia o po­moc, cze­go­kol­wiek.

Wi­dzia­łam jed­nak tylko szczę­śliwe zdję­cia przed­sta­wia­jące jego i Al­ly­son, którą po­do­bno za­bił. Nie był wiel­bi­cie­lem broni, nie był wście­kły na cały świat.

W każ­dym ra­zie nie pu­blicz­nie.

– Evo Rae?

– Hm? Tak, ja­sne, że mo­żesz py­tać.

W końcu za­dzwo­ni­łam do Matta. Sie­dzia­łam przy biurku w po­koju go­ścin­nym, w któ­rym Eileen ulo­ko­wała mnie i moją sio­strę na czas na­szej wi­zyty. Syd­ney czy­tała książkę, a ja prze­glą­da­łam konta brata w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, stu­ka­jąc z iry­ta­cją w kla­wi­sze. Tak bar­dzo chcia­łam, by oka­zał się winny, bo to zwol­ni­łoby mnie z wszel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści, ozna­cza­łoby, że mogę wy­je­chać i nie­na­wi­dzić ich wszyst­kich do końca ży­cia.

Nie zna­la­złam nic, ab­so­lut­nie nic. Do tego w głębi du­cha też nie wie­rzy­łam w jego winę. To nie da­wało mi spo­koju.

Nie­na­wi­dzi­łam tego domu, nie­na­wi­dzi­łam na­wet jego za­pa­chu, bo każda ko­lejna se­kunda spę­dzona w nim przy­po­mi­nała mi, że mo­głam znać tych lu­dzi, że po­do­bno byli moją ro­dziną, że nie pró­bo­wali się ze mną skon­tak­to­wać, choć do­sko­nale wie­dzieli, gdzie mnie szu­kać.

Trzy go­dziny cho­ler­nej jazdy sa­mo­cho­dem. Tylko tyle. Trzy go­dziny.

– Co chcia­łaś tam zna­leźć, kiedy zde­cy­do­wa­łaś się na po­dróż? Dla­czego tam po­je­cha­łaś? – za­py­tał Matt.

Pod­nio­słam wzrok i od­chy­li­łam się na opar­cie fo­tela. Mę­czyła mnie ta roz­mowa.

– To zna­czy? Po­pro­sili, że­bym przy­je­chała. Da­vid za­dzwo­nił, Syd­ney też tego chciała.

– Prze­cież mo­głaś od­mó­wić. Po co tam po­je­cha­łaś, je­śli nie po to, by im po­móc? Żeby na nich spoj­rzeć i po­zwo­lić, by ki­sili się da­lej we wła­snym so­sie? Żeby wy­wo­łać w nich cier­pie­nie? Po co?

– Nie ro­zu­miem – od­par­łam, choć ro­zu­mia­łam. Po pro­stu nie po­do­bało mi się, co mó­wił. Za bar­dzo zbli­żył się do prawdy.

– Pró­buję po­wie­dzieć, że to nie w twoim stylu, Evo Rae. Nie wie­rzę, że po­je­cha­łaś tam tylko po to, by ich do­ci­snąć, nie wie­rzę, że zo­sta­wisz ich z tym nie­szczę­ściem i wró­cisz do swo­jego ży­cia. Nie je­steś taka. Po­je­cha­łaś tam, bo w głębi du­cha chcia­łaś po­móc. To wła­śnie ro­bisz, na­wet je­śli nie masz na to ochoty, na­wet je­śli wku­rzają cię jak nikt na świe­cie, na­wet je­śli cię ra­nią, ty po­ma­gasz. Chcesz im po­móc, Evo Rae. Poza tym je­śli okaże się, że to nie twój brat za­bił Al­ly­son, bę­dzie to ozna­czać, że gdzieś tam czyha praw­dziwy za­bójca.

Ode­tchnę­łam i po­tar­łam grzbiet nosa pal­cami. Matt miał ra­cję. Po co to prze­cią­ga­łam? Je­śli Da­vid i Eileen słusz­nie wie­rzyli w nie­win­ność Adama, tuż za tymi sta­rymi oknami, gdzieś na tej prze­klę­tej wy­spie, czaił się mor­derca, któ­rego na­le­żało zła­pać.

Roz­dział 15

Śled­czy od­po­wie­dzialny za sprawę Adama urzę­do­wał w Biu­rze Sze­ryfa Hrab­stwa Na­ssau w Yulee na sta­łym lą­dzie. Syd­ney nas tam za­wio­zła, ja po dro­dze po­dzi­wia­łam przez szybę piękno kra­jo­brazu. Ame­lia była ma­low­ni­czą wy­spą z licz­nymi stru­mie­niami i mo­kra­dłami, a także bez­kre­snymi pla­żami o bia­łym pia­sku. Znaj­do­wała się da­lej na pół­noc niż Co­coa Be­ach i po­do­bno zimą ro­biło się tu chłod­niej. Nie była to jed­nak jesz­cze ta pora roku, te­raz trudno so­bie to wy­obra­zić. Wy­spa le­żała nie­da­leko Jack­so­nville i gra­nicy z Geo­r­gią. Był to naj­da­lej wy­su­nięty na pół­noc punkt Flo­rydy, a mimo to w paź­dzier­niku pa­no­wała tu upalna aura, tem­pe­ra­tura się­gała trzy­dzie­stu stopni. Mia­łam na so­bie ele­gancką czarną spód­nicę i ja­sno­zie­loną bluzkę. Nie był to ty­powy dla mnie strój, ale chcia­łam zro­bić do­bre wra­że­nie. Chcia­łam, by po­trak­to­wano mnie po­waż­nie.

Syd­ney za­par­ko­wała przed ni­skim bu­dyn­kiem z czer­wo­nej ce­gły. Na­pis nad wej­ściem gło­sił: Biuro Sze­ryfa Hrab­stwa Na­ssau. Żadna z trzech wy­wie­szo­nych flag się nie po­ru­szała. Wiatr cał­kiem ustał, przez co zro­biło się jesz­cze bar­dziej go­rąco.

Uprze­dzi­łam te­le­fo­nicz­nie o swo­jej wi­zy­cie i umó­wi­łam się na spo­tka­nie ze śled­czym McMil­le­nem, który po­wi­tał nas dość obo­jęt­nie w holu, po czym za­pro­wa­dził mnie do swo­jego biura. Usiadł i po­ło­żył na biurku sple­cione dło­nie.

– Co mogę dla pani zro­bić, pani Tho­mas? Bo tak się pani te­raz na­zywa?

– Tak – od­par­łam, czu­jąc ukłu­cie w piersi. Na­dal nie po­go­dzi­łam się z fak­tem, że je­stem roz­wódką. Do­tknę­łam pal­cem miej­sca, w któ­rym kie­dyś była ob­rączka, po­my­śla­łam o Mat­cie, po czym po­sta­no­wi­łam się sku­pić. – Przy­je­cha­łam w spra­wie Clarke’a, Adama Clarke’a.

Męż­czy­zna z wes­tchnie­niem od­chy­lił się na opar­cie fo­tela. Za­bęb­nił pal­cami w blat.

– Wiem, kim pani jest i jaki ba­ła­gan spo­wo­do­wała pani w Miami kilka mie­sięcy temu. Po co pani przy­je­chała? Wiem, że ode­szła pani z FBI, więc to nie oni pa­nią przy­słali. Zbiera pani ma­te­riały do no­wej książki? Czy­ta­łem jedną z po­przed­nich i nie zna­la­złem w niej nic no­wa­tor­skiego… tylko pod­stawy, każdy mógłby coś ta­kiego na­pi­sać moim zda­niem.

No cóż.

– Mam kilka py­tań – od­par­łam, nie da­jąc się spro­wo­ko­wać. McMil­len naj­wy­raź­niej na­le­żał do tych, któ­rzy nie wie­rzyli, że mogą się cze­goś na­uczyć od ko­biet.

Spoj­rzał na ze­ga­rek i wes­tchnął.

– No do­brze. Mam kilka mi­nut, ale pro­szę pa­mię­tać, że to śledz­two w toku, więc nie­wiele będę mógł po­wie­dzieć.

– Ro­zu­miem. Wy­star­czy mi to, co zdo­łam uzy­skać. Przede wszyst­kim chcę wie­dzieć, czy Adam Clarke zo­stał oskar­żony o za­bój­stwo Al­ly­son Wo­od­land.

– Zo­sta­nie. Wie­rzymy, że te sprawy są po­wią­zane.

– W ja­kim sen­sie?

– Cóż, była jego dziew­czyną. Znik­nęła dwa dni przed jego po­ja­wie­niem się w szkole z AK-47. Wpadł w szał za­bi­ja­nia. Chce być sławny jak inni sprawcy strze­la­nin w szko­łach, jest wście­kły na cały świat, może to się łą­czy. Naj­pierw za­bija swoją dziew­czynę, po­tem już nie ma od­wrotu. Po­wstrzy­muje go do­piero przy­dzie­lony do szkoły funk­cjo­na­riusz Con­roy cel­nym strza­łem w klatkę pier­siową. Gdyby nie Con­roy tam, na miej­scu, wszystko skoń­czy­łoby się zu­peł­nie ina­czej. Po­wstrzy­mać złego czło­wieka z bro­nią może tylko…

– Do­bry czło­wiek z bro­nią. Tak, to znane po­wie­dze­nie – wtrą­ci­łam. – Po­twier­dzi­li­ście już, że zo­stała za­mor­do­wana, za­nim Adam Clarke wszedł do szkoły z bro­nią?

– Nie mamy jesz­cze pre­cy­zyj­nie okre­ślo­nego czasu zgonu, ale je­ste­śmy prze­ko­nani, że tak było. Wstępne oglę­dziny su­ge­rują, że zo­stała za­mor­do­wana po­przed­niej nocy, ale żeby mieć pew­ność, oczy­wi­ście mu­simy za­cze­kać na ra­port pa­to­loga.

Za­pi­sa­łam so­bie, żeby jak naj­szyb­ciej skon­tak­to­wać się z pa­to­lo­giem. To po­trwa kilka dni. Gdyby dziew­czyna zgi­nęła, za­nim Adam po­szedł do szkoły, zna­czy­łoby to, że nie żyje od po­nad ty­go­dnia, a wia­domo, że im szyb­ciej po śmierci ciało zo­sta­nie prze­ba­dane, tym do­kład­niej­sze będą wy­niki. Nie dało się okre­ślić, jak długo le­żała w tym kon­te­ne­rze, po­nie­waż opróż­niano go raz w ty­go­dniu, a czy­ta­łam, że zo­stała zna­le­ziona w ten sam dzień, w któ­rym wy­wo­żono śmieci. Mo­gła więc le­żeć tam przez cały ty­dzień w upale, co na pewno przy­spie­szy­łoby pro­ces roz­kładu i utrud­ni­łoby do­kładne okre­śle­nie czasu zgonu. W tym wy­padku pre­cy­zyjne okre­śle­nie go było klu­czowe. Gdyby zo­stała za­bita po 11.47 1 paź­dzier­nika, sprawcą nie mógłby być mój brat, który wtedy le­żał już na pod­ło­dze szkol­nej sto­łówki z raną po­strza­łową klatki pier­sio­wej. Pro­ste.

– A ma­cie już przy­czynę zgonu? – za­py­ta­łam.

– Rów­nież nie. Na­dal cze­kamy na wy­niki sek­cji. Po­winny być za parę dni, do ty­go­dnia.

– Ja­kieś ob­ra­że­nia? Si­niaki?

– Była nie­źle po­obi­jana. Za­ba­wił się z nią, za­nim ją za­bił, chory by­dlak. Ze­rwał jej wszyst­kie pa­znok­cie. Do po­bi­cia użył ja­kie­goś na­rzę­dzia, któ­rego jesz­cze nie zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy. Wie pani co, mam ro­botę…

– Już koń­czę, jesz­cze tylko jedno py­ta­nie. – Zaj­rza­łam do no­ta­tek, które po­ro­bi­łam po­przed­niego wie­czoru, kiedy przy­glą­da­łam się spra­wie i pod­su­mo­wy­wa­łam, co jak do­tąd ma sens, a co nie.

McMil­len mla­snął ję­zy­kiem. Syd­ney cze­kała w ko­ry­ta­rzu. Po­słał jej po­żą­dliwe spoj­rze­nie, od któ­rego prze­szły mnie ciarki.

– Oczy­wi­ście.

– Jedna kwe­stia nie daje mi spo­koju. Przez całą noc się nad nią za­sta­na­wia­łam i w kółko do­cho­dzi­łam do jed­nego wnio­sku.

– Oczy­wi­ście. – Męż­czy­zna znów mla­snął, po czym od­chy­lił się na opar­cie fo­tela, a czarny but po­ło­żył na biurku.

– Po jej znik­nię­ciu me­dia opu­bli­ko­wały za­pis kilku po­łą­czeń z dzie­więć­set je­de­na­ście, które wy­ko­nała Al­ly­son. We­dług nich dzwo­niła z domu po­ry­wa­cza. Za­dzwo­niła trzy razy i po­wie­działa dys­po­zy­to­rowi, że ma kło­poty, wzy­wała po­li­cję. To wła­śnie mnie nie­po­koi. Nie wie­działa, gdzie jest, nie znała ad­resu. Je­śli do­brze ro­zu­miem, Adam Clarke i Al­ly­son Wo­od­land od roku byli parą. Prze­cież zna­łaby jego ad­res.

McMil­len wzru­szył ra­mio­nami.

– Mógł ją do­kądś wy­wieźć, do ja­kie­goś pu­stego domu za mia­stem. Pełno ich na wy­spie. Może do let­niego domku przy plaży. Po­wie­działa prze­cież, że miał na so­bie ko­mi­niarkę, mo­gła go nie roz­po­znać.

– Ale wy­wiózł ją tam nie­bie­skim sa­mo­cho­dem. Adam ma pięt­na­ście lat, nie ma ani sa­mo­chodu, ani na­wet prawa jazdy.

– Sa­mo­chód mógł ukraść. Wielu pięt­na­sto­lat­ków po­trafi pro­wa­dzić, nie po­trze­bują do tego prawka.

Przez chwilę mil­cza­łam, po czym pod­nio­słam wzrok na de­tek­tywa.

– Na­zy­wała go w tych roz­mo­wach męż­czy­zną. Kiedy mó­wiła, kto po nią idzie, na­zwała na­past­nika męż­czy­zną. Nie chło­pa­kiem.

Wzru­szył ra­mio­nami.

– Moim zda­niem pięt­na­sto­la­tek jest męż­czy­zną, zwłasz­cza je­śli po­sta­na­wia za­bić. Wtedy prze­staje być dziec­kiem. Przy­naj­mniej dla mnie.

– Nie są­dzi pan, że na­zy­wa­łaby go po imie­niu? – za­py­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem. To się w ogóle nie trzy­mało kupy. Do­świad­cze­nie pod­po­wia­dało mi, że je­śli zbyt wiele spraw wy­maga do­pre­cy­zo­wa­nia albo nie ma sensu, ktoś coś prze­oczył. – Kiedy pa­dło py­ta­nie, kto po nią idzie – do­da­łam wzbu­rzona tym, że mój roz­mówca wo­lał igno­ro­wać wszystko to, na co zwra­ca­łam mu uwagę. – Czy nie po­wie­dzia­łaby, że to jej chło­pak, nie na­zwa­łaby go po imie­niu?

McMil­len spoj­rzał na ze­ga­rek, wes­tchnął i po­tarł twarz dłońmi.

– Miał ko­mi­niarkę.

– Ale prze­cież po­zna­łaby wła­snego chło­paka, nie uważa pan? Czło­wieka można po­znać nie tylko po twa­rzy. Po­zna­łaby go po dło­niach, po­sta­wie, oczach.

– Wie pani co, nie mam na to czasu.

Wsta­łam.

– Zajmę panu jesz­cze tylko chwilę. Ostat­nie py­ta­nie. Pro­szę na nie od­po­wie­dzieć i bę­dzie mnie pan miał z głowy. We­dług za­pi­sów roz­mów z dzie­więć­set je­de­na­ście biuro sze­ryfa wy­słało po nią pa­trol na ad­res, który po­dała dys­po­zy­to­rowi. Nikt się tam jed­nak nie po­ja­wił, prawda? Sły­chać fru­stra­cję i zde­ner­wo­wa­nie dys­po­zy­tora, że pa­trolu jesz­cze nie ma, kiedy Al­ly­son dzwoni po raz trzeci. Roz­mowa koń­czy się, bo na li­nii po­ja­wia się ktoś jesz­cze, a Al­ly­son krzy­czy w tle. Co się stało?

– To nie pani sprawa.

– Wy­sła­li­ście pa­trol pod zły ad­res, prawda? Na­wa­li­li­ście i nie chce­cie, żeby opi­nia pu­bliczna się do­wie­działa. Nie wy­ko­rzy­sta­li­ście szansy, by oca­lić Al­ly­son, bo po­sła­li­ście cho­lerny pa­trol pod zły ad­res. Mam ra­cję? O to cho­dzi? Dys­po­zy­tor źle usły­szał? Czy może po­li­cja? Zna­leź­li­ście w końcu wła­ściwy dom, ale było już za późno? Na­mie­rzy­li­ście te­le­fon, z któ­rego dzwo­niła Al­ly­son?

McMil­len wstał. Oparł knyk­cie na biurku, jego noz­drza drżały, za­czął ce­dzić słowa przez za­ci­śnięte zęby.

– Nie ma pani prawa przy­cho­dzić tu­taj i mó­wić mi, jak mam wy­ko­ny­wać swoją ro­botę. Nie­ważne, że była pani w FBI. Ro­bimy tu różne rze­czy po swo­jemu i tego się trzy­mamy. Poza tym my­śli pani, że nie wiem, kim pani na­prawdę jest i dla­czego tu jest? Ten chło­pak to pani brat, co nie? Adam Clarke to pani bra­ci­szek. Ta­kie sły­szę plotki. Zgo­dzi­łem się z pa­nią po­roz­ma­wiać, bo żal mi pani i wa­szej ro­dziny, ale to ko­niec. Pro­szę opu­ścić moje biuro, drzwi są za pa­nią. Pro­szę je za sobą za­mknąć. Dzię­kuję.

Roz­dział 16

E.T. spoj­rzał na ru­dzielca, który wła­śnie wsiadł do sa­mo­chodu i od­je­chał. Się­gnął po nóż i za­czął obie­rać jabłko, jed­no­cze­śnie otwie­ra­jąc lap­top i prze­glą­darkę. Zna­lazł ty­siące ar­ty­ku­łów na jej te­mat. Zo­ba­czył ty­tuły na­pi­sa­nych przez nią ksią­żek o se­ryj­nych mor­der­cach, przej­rzał ar­ty­kuły o tym, ilu z nich zła­pała dzięki swoim wy­bit­nym umie­jęt­no­ściom pro­fi­ler­skim, kiedy pra­co­wała w FBI. Po­tem od­pa­lił na YouTu­bie film o jej za­słu­gach dla zde­ma­sko­wa­nia or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej Że­la­znej Pię­ści, od­po­wie­dzial­nej za ataki sa­ri­nem w Miami. Prze­ma­wiała pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej, skrom­ni­sia, utrzy­my­wała, że to nie jej za­sługa, lecz po­li­cji z Miami i FBI.

Po­tem lek­tor zdra­dził, że córka Evy Rae Tho­mas była jedną z po­rwa­nych, wy­ko­rzy­sty­wa­nych do ata­ków dziew­cząt, a była pro­fi­lerka od­na­la­zła ją na wła­sną rękę i osta­tecz­nie wy­rwała ze szpo­nów ter­ro­ry­stów, a przy oka­zji oca­liła setki ist­nień, po­wstrzy­mu­jąc za­pla­no­wany atak.

– Praw­dziwa bo­ha­terka, co? – mruk­nął do sie­bie. – Przy­je­chała aż tu­taj? Dla mnie? Kto by po­my­ślał?

Oglą­dał jesz­cze chwilę, po czym włą­czył prze­wi­ja­nie i pu­ścił koń­cówkę, kiedy to Eva Rae Tho­mas wraca na łono ro­dziny. Za­pau­zo­wał fil­mik. Przyj­rzał się uważ­nie trójce dzie­cia­ków i fa­ce­towi, który po­do­bno był chło­pa­kiem Tho­mas i po­li­cjan­tem jak ona. Po­ło­żył pa­lec na gło­wie męż­czy­zny i ge­stem udał, że go wy­ma­zuje.

– Ładną masz ro­dzinkę, Evo Rae – po­wie­dział, po czym za­mknął lap­top i od­gryzł ka­wa­łek ob­ra­nego jabłka, sior­bał. – Nie ma nic pięk­niej­szego niż ro­dzina, co? Skoro i tak już tu je­steś, mo­żemy się za­ba­wić, jak my­ślisz?

Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem włą­czył ka­merkę w te­le­fo­nie. Uru­cho­mił trans­mi­sję na żywo, pod­wi­nął rę­kaw ko­szuli i prze­su­nął nóż na skórę. Za­mknął oczy i na­ci­snął, wy­rył w skó­rze sześć li­ter. Krew ka­pała mu na spodnie.

Bez bólu nie ma przy­jem­no­ści. W ca­łym tym bólu jest ce­lo­wość.

Roz­dział 17

– Sto­łówka jest jesz­cze za­mknięta, ale poza tym szkoła wró­ciła do pracy.

Opro­wa­dzała mnie pani Green, dy­rek­torka li­ceum Fer­nan­dina Be­ach. Przy­je­cha­ły­śmy tu z Syd­ney pro­sto z biura sze­ryfa. Stre­ści­łam sio­strze, co po­wie­dział śled­czy McMil­len, i przy­zna­łam się do drę­czą­cego mnie uczu­cia, że coś tu się nie zga­dza.

– My­ślisz, że tata może mieć ra­cję? – za­py­tała w sa­mo­cho­dzie.

– Tak da­leko bym się nie po­su­nęła – od­par­łam – ale przy­znaję, że coś tu śmier­dzi.

Dla­tego po­sta­no­wi­łam je­chać do szkoły. Mu­sia­łam na wła­sne oczy zo­ba­czyć, gdzie Adam po­ja­wił się z bro­nią i za­czął strze­lać. Kiedy czy­ta­łam ar­ty­kuły i oglą­da­łam wia­do­mo­ści, za każ­dym ra­zem do­pa­dała mnie ta sama myśl… Nikt nie zo­stał za­bity ani na­wet ranny w tej strze­la­ni­nie. Ni­kogo nie do­się­gła na­wet jedna kula. Me­dia roz­pa­try­wały to w ka­te­go­rii cudu, dzię­ko­wały za niego po­li­cjan­towi, który za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie. Sy­tu­ację tę wy­ko­rzy­sty­wano te­raz w ra­mach ogól­no­kra­jo­wej de­baty o do­stęp­no­ści broni i sen­sow­no­ści ze­zwo­le­nia no­sze­nia ukry­tej broni na te­re­nach szkół. Dla mnie była to za­gadka. Je­śli Adam ostrze­lał z ka­ra­binu tłum lu­dzi, ja­kim cu­dem ni­kogo nie dra­snęła na­wet jedna kula?

Nie miało to żad­nego sensu, cud czy nie cud.

– Te drzwi pro­wa­dzą do sto­łówki – po­wie­działa dy­rek­torka, ni­ska ko­bieta w czar­nych spodniach i T-shir­cie z logo szkol­nej dru­żyny. – Za­mknę­li­śmy je po tym wy­da­rze­niu z po­wodu po­li­cyj­nego śledz­twa. Po­siłki ser­wu­jemy te­raz w pra­cowni me­dial­nej, dzieci je­dzą w sali gim­na­stycz­nej albo na dzie­dzińcu. Wiele osób jesz­cze nie wró­ciło, a my ich nie zmu­szamy. Dzieci z taką traumą mają pro­blem, żeby w ogóle wró­cić do szkoły. Trudno się dzi­wić, bar­dzo się prze­stra­szyły. Ale lek­cje na ja­kimś eta­pie trzeba wzno­wić, prawda? A wielu na­szych uczniów znaj­duje po­cie­chę w po­wro­cie do ru­tyny i kon­tro­lo­wal­no­ści swo­ich dni. W bi­blio­tece dy­żu­rują te­ra­peuci, je­śli ktoś chce się wy­pła­kać albo czuje się obez­wład­niony stra­chem.

Okła­ma­łam tę ko­bietę. Po­wie­dzia­łam, że je­stem agentką FBI, która przy­gląda się spra­wie. Uzna­łam, że mu­szę to zro­bić, w prze­ciw­nym ra­zie nie wpusz­czono by mnie do szkoły i nie po­zwo­lono roz­ma­wiać z uczniami. Wie­dzia­łam, że będę mieć kło­poty, je­śli ktoś się do­wie, ale li­czy­łam, że tak się nie sta­nie. Dy­rek­torka wy­znała, że bar­dzo chce, aby to nie była prawda… aby Adam oka­zał się nie­winny.

– To taki ko­chany chło­pak. Wszyst­kimi się opie­ko­wał. Zwłasz­cza tymi, któ­rzy tego bar­dziej po­trze­bują, z któ­rymi nikt nie chce się za­da­wać, jak dzie­ciaki z Asper­ge­rem czy au­ty­zmem, czę­sto ska­zane na sa­mot­ność. Adam się z nimi przy­jaźni. Ma serce do ta­kich spraw. To dla­tego to ta­kie wiel­kie za­sko­cze­nie, że to był aku­rat on. To szo­ku­jące. Po­ka­zuje, że w dzi­siej­szych cza­sach to może być każdy.

Nie zga­dza­łam się z tą tezą. Sprawcy szkol­nych strze­la­nin zwy­kle pa­so­wali do okre­ślo­nego pro­filu. I Adam Clarke w ogóle się weń nie wpi­sy­wał.

– Wie pani, któ­rzy ucznio­wie przy­jaź­nili się z Ada­mem bli­żej? Chcia­ła­bym za­dać im kilka py­tań – po­wie­dzia­łam.

– Po­py­tam – za­de­kla­ro­wała. – Ale jak już mó­wi­łam, dzieci są bar­dzo strau­ma­ty­zo­wane i nie chcą o tym roz­ma­wiać.

– Oczy­wi­ście. Nikt nie bę­dzie ich do tego zmu­szać.

Dy­rek­torka uśmiech­nęła się ze smut­nym wes­tchnie­niem.

– No do­brze. Za­raz wra­cam.

Znik­nęła na końcu ko­ry­ta­rza. Tak jak w więk­szo­ści szkół na Flo­ry­dzie, i tu­taj przej­ścia po­mię­dzy sa­lami znaj­do­wały się na ze­wnątrz, były tylko za­da­szone, żeby dzieci nie zmo­kły pod­czas ulew­nych desz­czów w okre­sie od maja do paź­dzier­nika. Na­wet szafki umiesz­czono na ze­wnątrz.

Po­de­szłam do drzwi sto­łówki i po­pchnę­łam je. Świa­tła były po­ga­szone, pach­niało sma­żo­nym kur­cza­kiem. Włą­czy­łam la­tarkę, którą za­bra­łam z sa­mo­chodu, i we­szłam do środka. Syd­ney szła za mną.

Omio­tłam świa­tłem drugi ko­niec po­miesz­cze­nia. Spoj­rza­łam na dłu­gie stoły i ławy. Tech­nicy zo­sta­wili tu ślady swo­jej dzia­łal­no­ści, pro­szek dak­ty­lo­sko­pijny i pla­kietki z nu­me­rami do­wo­dów. Oświe­tli­łam prze­ciw­le­głą ścianę, tę tuż koło mnie i tę po le­wej.

– Hm.

– Co? – za­py­tała Syd­ney. – Czego szu­kamy?

– We­dług ze­znań na­ocz­nych świad­ków Adam wszedł przez te same drzwi co my. Stał w progu przez kilka se­kund, za­nim drzwi się za­mknęły, po czym uniósł ka­ra­bin i za­czął strze­lać, tak?

– Tak, zga­dza się.

– Czyli stał do­kład­nie tu gdzie ty.

– Po­wiedzmy. Do czego zmie­rzasz?

– Dzie­ciaki sie­działy tam, na ław­kach, ja­dły, kiedy to się stało.

– Tak?

– Gdyby do nich strze­lał, na ścia­nach zo­sta­łyby ślady po ku­lach, prawda?

Syd­ney spoj­rzała tam, gdzie stru­mień świa­tła z la­tarki pa­dał na białe ściany.

– Ale ich tam nie ma – po­wie­działa. – Ani jed­nej dziury.

– Wła­śnie. Ściany są nie­ska­zi­telne, jakby je wła­śnie po­ma­lo­wano.

Zmarsz­czyła czoło. Więk­szość lu­dzi wy­gląda brzydko, kiedy to robi, ale nie Syd­ney. Za­wsze była iry­tu­jąco miła dla oka, pod­czas gdy ja ze swo­imi nie­sfor­nymi wło­sami i bladą, pie­go­watą cerą wy­glą­da­łam, jak­bym się do­piero co obu­dziła.

– Co się w ta­kim ra­zie stało, twoim zda­niem?

Oświe­tli­łam po­miesz­cze­nie, prze­su­nę­łam snop świa­tła po ścia­nach.

– Nie mam po­ję­cia. Ale wy­gląda to tak, jakby nie padł tu ani je­den strzał.

– Na­oczni świad­ko­wie utrzy­mują ina­czej.

– To prawda. – Unio­słam la­tarkę jesz­cze wy­żej i na prawo, na frag­ment ściany nie­mal pod su­fi­tem, jak naj­da­lej od strefy ze sto­łami.

– O, pro­szę. Tam są ślady po ku­lach.

– Dziwne – mruk­nęła Syd­ney.

– Bar­dzo – po­tak­nę­łam, po czym zro­bi­łam zdję­cie.

– Dla­czego strze­lał w tamtą stronę? To nie ma sensu.

– Wiem. To za­gadka. – Zro­bi­łam wię­cej zdjęć i opu­ści­łam te­le­fon. – Jakby usil­nie sta­rał się ni­kogo nie tra­fić, prawda?

Roz­dział 18

Wcze­śniej

– Mój mąż? C-co… Nie ro­zu­miem. Skąd ten po­mysł?

Mar­lene spoj­rzała na sie­dzą­cych przed nią męż­czyzn. Jej serce ze­rwało się do ga­lopu, kiedy uświa­do­miła so­bie po­wagę sy­tu­acji.

To musi być nie­po­ro­zu­mie­nie.

– Czy za­uwa­żyła pani u syna ja­kieś nie­ty­powe za­cho­wa­nia w ostat­nim cza­sie? – za­py­tał ten po pra­wej, Ri­vers.

– Nie­ty­powe w ja­kim sen­sie? On ma sie­dem lat. Jego za­cho­wa­nie bez­u­stan­nie się zmie­nia.

– Na przy­kład w szkole.

Mar­lene przy­gry­zła wargę.

– Wiem, że przy­spo­rzył tro­chę kło­po­tów, ale nie są­dzę, by…

– Ja­kich kło­po­tów?

Wy­pu­ściła po­wie­trze z płuc, już ją to mę­czyło.

– Ode­bra­łam w tym ty­go­dniu dwa te­le­fony od na­uczy­cielki w spra­wie jego za­cho­wa­nia – przy­znała – ale to nie było nic…

– Co po­wie­działa?

– Po­pro­siła mnie o spo­tka­nie.

– Po­je­chała pani?

– Oczy­wi­ście. Nie zi­gno­ro­wa­ła­bym ta­kiej prośby. Żadna matka by tego nie zro­biła.

– Nie­które jed­nak ro­bią – wtrą­cił ten po le­wej, Walt­man.

– Ale ja nie. Po­je­cha­łam do szkoły, spo­tka­łam się z na­uczy­cielką, i tyle.

– O czym roz­ma­wia­ły­ście?