Rozliczenia - Willow Rose - ebook + audiobook

Rozliczenia ebook i audiobook

Willow Rose

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

W nocy, podczas licealnego balu, znikają trzy dziewczyny. Przydzielony do sprawy detektyw Matt Miller prosi o pomoc w śledztwie swoją dziewczynę Evę Rae Thomas, byłą profilerkę FBI. Jej głowę zaprząta jednak poszukiwanie dawno zaginionej siostry. Kiedy ktoś przykuwa łańcuchami ciało młodej dziewczyny do huśtawki na podwórku Evy, kobieta dochodzi do wniosku, że nie może już dłużej przypatrywać się tragicznym wydarzeniom z boku i musi całkowicie zaangażować się w dochodzenie. Mało tego, wkrótce uświadamia sobie, że na nią też poluje zabójca.

Rozliczenia” to druga część serii Willow Rose, autorki ponad 80 powieści, które sprzedały się w wielu milionach egzemplarzy. Kilka z jej książek znalazło się wśród 10 największych bestsellerów Amazona w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Jej książki wyróżniają się tempem, napięciem i absolutnie zaskakującymi zwrotami akcji. Dlatego wielbiciele nazwali ją Królową Krzyku.

Willow mieszka na Florydzie, w regionie Space Coast, z mężem i dwiema córkami. Kiedy nie pisze ani nie czyta, surfuje na falach Atlantyku i obserwuje delfiny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 35 min

Oceny
4,4 (34 oceny)
20
9
4
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
rafinat

Nie oderwiesz się od lektury

Udana kontynuacja.
00
Mike781

Dobrze spędzony czas

Ta część jest mocna. Ale pani lektor miała zbyt subtelny głos do czytania kryminałów.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: What you did

Prze­kład Agnieszka My­śliwy

Co­py­ri­ght © Wil­low Rose, 2023

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2023

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Ko­rekta: Jo­anna Kłos

ISBN 978-91-8054-169-5

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S

Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

Pro­log

Co­coa Be­ach, Flo­ryda

Trudno się ucieka w stroju wie­czo­ro­wym. Ca­rina unio­sła brzeg pięk­nej sy­re­niej sukni w od­cie­niu mor­skiego błę­kitu. To tę kre­ację jesz­cze kilka go­dzin temu po­dzi­wiały setki ko­le­gów i ko­le­ża­nek, kiedy wcho­dziła na scenę, by ode­brać ty­tuł kró­lo­wej balu ma­tu­ral­nego. Je­den z pięk­nych pan­to­fli od Ma­nolo Blah­nika, jej pierw­szych w ży­ciu, stra­cił ob­cas w as­fal­cie, za­nim wbie­gła na pole gol­fowe. Pę­dziła po tra­wie, a drugi ob­cas za­pa­dał się w wil­got­nej, ba­gni­stej ziemi Flo­rydy, ze­rwała więc oba buty, dy­sząc ciężko, kiedy usły­szała w ciem­no­ściach kroki swo­jego prze­śla­dowcy. Ko­ronę stra­ciła nie­da­leko wej­ścia do co­un­try clubu, kiedy pod­bie­gła do bu­dynku i za­częła szar­pać klamkę w na­dziei, że ktoś bę­dzie w środku i jej po­może. Wszyst­kie drzwi były jed­nak za­mknięte i dla­tego po­bie­gła na pole gol­fowe, czu­jąc od­dech po­ścigu na karku.

Bie­gała wy­czy­nowo, więc szybko zgu­biła męż­czy­znę. Kiedy do­tarła do ma­łego je­ziorka skry­wa­ją­cego się wśród drzew, na chwilę zwol­niła. Przy­sta­nęła i za­częła na­słu­chi­wać, po­my­ślała, że mo­głaby ukryć się w za­ro­ślach, do­póki nie zła­pie tchu. Miała wra­że­nie, że jej płuca płoną, od­dy­chała chra­pli­wie.

Głu­pie aler­gie!

Bała się, że męż­czy­zna usły­szy jej sa­pa­nie, w jej uszach wy­da­wało się ta­kie do­no­śne. Nie wi­dząc żad­nego ru­chu na otwar­tej prze­strzeni za swo­imi ple­cami, wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, pró­bu­jąc się uspo­koić. Od­dy­chało się jej co­raz ła­twiej, lecz mu­siała wal­czyć z na­ra­sta­jącą pa­niką. Serce obi­jało się o jej że­bra.

A co z resztą? Gdzie się po­działy?

We trzy wy­szły ze szkoły, by wró­cić do domu. Miesz­kały nie­da­leko, po­sta­no­wiły więc zro­bić so­bie pię­cio­mi­nu­towy spa­cer. Prze­cież były w trójkę, a oko­licę znały jako bar­dzo bez­pieczną. W Co­coa Be­ach ni­gdy nie działo się nic złego. Do­póki trzy­mały się ra­zem, nic im nie gro­ziło.

Dla­czego się roz­dzie­liły?

Męż­czy­zna po­ja­wił się na­gle. Nie od razu go za­uwa­żyły. Roz­ma­wiały o tym wie­czo­rze. Ava i Tara mó­wiły Ca­ri­nie, że pięk­nie wy­glą­dała, kiedy wy­ko­ny­wała obo­wiąz­kowy wolny ta­niec z Ke­vi­nem, kró­lem balu. Ca­rina z ra­do­ścią słu­chała ich za­zdro­snych gło­sów, kiedy o niej roz­ma­wiały, choć prawda była taka, że był to naj­bar­dziej nie­zręczny mo­ment w ca­łym jej sie­dem­na­sto­let­nim ży­ciu. Ke­vin był chło­pa­kiem jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Molly, więc przez całą pio­senkę zer­kała na nią, uwa­ża­jąc, by nie po­ka­zać po so­bie, że do­brze się bawi. Molly wy­szła w trak­cie pio­senki, Ca­rina wię­cej jej nie wi­działa. Na­pi­sała do niej, kiedy tylko ta­niec się skoń­czył, pró­bo­wała wy­ja­śnić, że za­tań­czyła z Ke­vi­nem je­dy­nie dla­tego, że mu­siała, że taka jest tra­dy­cja. Molly nie od­pi­sała, a Ca­rina mar­twiła się co­raz bar­dziej, za­sta­na­wiała się, czy Molly jest na nią zła. Wi­działa to w jej oczach, za­nim znik­nęła. Gniew i urazę. Znała to spoj­rze­nie do­sko­nale, po­nie­waż przy­jaź­niły się od cza­sów przed­szkola.

„Prze­pra­szam, Molly. Nie chcia­łam cię zra­nić. Mu­sisz mi uwie­rzyć, wcale się do­brze nie ba­wi­łam”.

Dziew­czyny za­częły krzy­czeć, kiedy za­ma­sko­wany męż­czy­zna po­rwał Avę i przy­ło­żył jej nóż do gar­dła. Ca­rina spa­ni­ko­wała. Krzy­czała z Tarą, pod­czas gdy Ava szlo­chała ci­cho z no­żem na szyi. Po­tem Ca­rina go kop­nęła. Nie wie­działa, skąd wzięły się w niej siła i od­waga, ale unio­sła ma­nola i wy­mie­rzyła kop­niaka do­kład­nie tam, gdzie naj­bar­dziej boli, a męż­czy­zna aż zgiął się wpół.

Wtedy ucie­kły. Męż­czy­zna rzu­cił się na Tarę, ale udało jej się uwol­nić z jego uści­sku, krzy­czała bez­rad­nie. Ca­rina zo­ba­czyła to, za­nim przy­ja­ciółki znik­nęły jej z oczu. Nie wie­działa na­wet, w któ­rym mo­men­cie się roz­dzie­liły. Wie­działa tylko, że trzeba ucie­kać, z po­czątku my­ślała, że dziew­czyny są tuż za nią, ale kiedy wy­bie­gła na pole gol­fowe, uświa­do­miła so­bie, że ni­g­dzie ich nie wi­dać ani nie sły­chać.

Te­raz wpa­try­wała się w ciem­ność i za­sta­na­wiała, czy udało się jej uciec.

Może na­past­nik zre­zy­gno­wał?

Pot spły­wał po jej ple­cach, włosy miała mo­kre. Ko­lana się jej trzę­sły, kiedy pró­bo­wała zde­cy­do­wać, co da­lej. Nie mo­gła tu zo­stać. Je­śli na­past­nik na­dal tu był, mógł ją w każ­dej chwili zna­leźć.

Doj­rzaw­szy ruch w za­ro­ślach, wy­dała niemy okrzyk. Cień prze­mknął po tra­wie w bla­sku księ­życa, uno­sił suk­nię tak samo jak ona wcze­śniej.

Tara!

Ca­rina wy­nu­rzyła się ze swo­jej kry­jówki, za­sta­na­wiała się, czy po­winna za­wo­łać przy­ja­ciółkę po imie­niu, ale kiedy tylko otwo­rzyła usta, zza drzewa wy­ło­nił się inny cień i schwy­tał Tarę. Pod­rzu­cił ją w po­wie­trze, a gdy za­częła krzy­czeć, wy­mie­rzył jej cios pię­ścią w twarz. Ca­rina od­dy­chała ciężko, kiedy przy­ja­ciółka osu­nęła się na zie­mię, nie było już sły­chać jej krzy­ków.

Cała się trzę­sła, wie­działa, że po­winna ucie­kać. Wszystko w niej krzy­czało, że musi się ru­szyć, wy­no­sić się jak naj­da­lej stąd, ale jej nogi się nie po­ru­szały. Jakby coś je spa­ra­li­żo­wało.

Czy Tara żyła?

Męż­czy­zna po­chy­lił się nad nie­ru­chomą Tarą na kilka se­kund, po czym uniósł głowę, a Ca­rina po­czuła na so­bie jego spoj­rze­nie. Nie po­tra­fiła po­wie­dzieć, czy na­prawdę ją za­uwa­żył, ale czuła, że jego zły wzrok wwierca się ni­czym nóż w jej skórę.

Spraw­nie pod­niósł się z ziemi i rzu­cił się w jej stronę. Od razu po­jęła, że nie zdoła mu uciec. Mimo to mu­siała spró­bo­wać. Od­wró­ciła się i wy­star­to­wała, lecz tak jak w kosz­ma­rach miała wra­że­nie, że pra­wie się nie ru­sza. Czy­jaś ręka chwy­ciła ją za kitkę i po­cią­gnęła mocno do tyłu, pro­sto w ob­ję­cia na­past­nika. Kiedy po­czuła jego dło­nie na szyi i cie­pły od­dech na skó­rze, za­mknęła oczy i za­częła się mo­dlić, żeby nie bo­lało.

Roz­dział 1

Dwa ty­go­dnie póź­niej

– Wspa­niała wia­do­mość. Zna­la­złam ją.

Moje oczy zo­grom­niały. Wpa­try­wa­łam się w ko­bietę sie­dzącą za za­gra­co­nym biur­kiem. Miała na imię Rhonda, była pry­watną de­tek­tywką, którą za­trud­ni­łam do na­mie­rze­nia mo­jej za­gi­nio­nej przed laty sio­stry.

Syd­ney zo­stała po­rwana z Wal-Martu, kiedy mia­łam za­le­d­wie pięć lat, a ona sie­dem. Nie­dawno do­wie­dzia­łam się, że być może da­lej żyje, po­nie­waż po­rwał ją nasz bio­lo­giczny oj­ciec i po­do­bno wy­wiózł z kraju. Przez kilka ty­go­dni zbie­ra­łam się na od­wagę, by roz­po­cząć do­cho­dze­nie i za­trud­nić ko­goś. Rhonda pra­co­wała nad tą sprawą od sze­ściu mie­sięcy, szu­kała za­równo mo­jego taty, jak i sio­stry. Do tej pory rzadko się od­zy­wała, za­ło­ży­łam więc, że nic nie zna­la­zła. Jej słowa i pod­eks­cy­to­wa­nie w oczach spo­glą­da­ją­cych na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi na­prawdę mnie za­sko­czyły.

– Se­rio?

Rhonda przy­tak­nęła. Się­gnęła po teczkę le­żącą na sto­sie i po­ło­żyła ją przede mną. Prze­su­nęła ją bli­żej mnie, a ja po­czu­łam, że wali mi serce. Nie by­łam pewna, jak na to wszystko za­re­ago­wać.

– Sama zo­bacz.

Co­raz trud­niej mi się od­dy­chało. Spoj­rza­łam na teczkę, palce mi się trzę­sły. Przy­gry­złam wargę i pod­nio­słam wzrok na Rhondę.

– Je­steś pewna, że to ona?

Rhonda po­ki­wała głową.

– Nie była to ła­twa sprawa. Ale z nie­wielką po­mocą ko­legi z Eu­ropy na­mie­rzy­łam two­jego ojca w Lon­dy­nie.

– A Syd­ney?

Rhonda od­chrząk­nęła.

– Zmie­nił jej imię. Ona na­zy­wała się Mal­lory Ste­vens, a on Ja­mes Ste­vens.

– Mal­lory? Tak ma na imię? – Zmarsz­czy­łam nos. Uwiel­bia­łam imię Syd­ney. Wie­dzia­łam, że nie­ła­two bę­dzie się przy­zwy­czaić do no­wego, ale z dru­giej strony w tej spra­wie nic nie było ła­twe. I znów wszystko w moim ży­ciu miało się zmie­nić.

Rhonda po­krę­ciła głową.

– Zmie­niła dane raz jesz­cze… kiedy prze­pro­wa­dziła się na Flo­rydę.

Pra­wie się za­krztu­si­łam.

– Na Flo­rydę? Chcesz po­wie­dzieć, że… że… ona jest tu­taj?!

Rhonda przy­tak­nęła i za­częła ba­wić się dłu­go­pi­sem.

– Wszystko masz w teczce.

– Zmie­niła imię… Po­now­nie? No to jak się te­raz na­zywa? – Nie by­łam w sta­nie przy­swoić tych wszyst­kich in­for­ma­cji. Moje ży­cie sta­nęło na gło­wie, kiedy mój były i oj­ciec mo­ich dzieci Chad po­sta­no­wił zo­sta­wić mnie dla młod­szej i bar­dziej blond wer­sji mnie o imie­niu Kim­mie. Po roz­wo­dzie prze­pro­wa­dzi­łam się z dziećmi z po­wro­tem do ro­dzin­nego mia­sta, Co­coa Be­ach, aby od­no­wić więź z ro­dzi­cami, lecz oka­zało się, że męż­czy­zna, któ­rego uwa­ża­łam za ojca, nim nie był, a męż­czy­zna, któ­rego ko­cha­łam jak ojca, był bru­tal­nym mor­dercą i miał na su­mie­niu wiele ofiar. Już nie żył, a moja mama na­dal miesz­kała ze mną, nie chciała wra­cać do domu, który z nim dzie­liła. Nie dzi­wiło mnie to. Sama mia­łam ochotę spa­lić ten dom do go­łej ziemi w na­dziei, że scze­zną przy tym wszyst­kie kłam­stwa.

– No to jak się te­raz na­zywa? – po­wtó­rzy­łam.

Rhonda po­chy­liła się nad biur­kiem, by otwo­rzyć le­żącą przede mną teczkę. Wska­zała pal­cem aka­pit na pierw­szej stro­nie, po­stu­kała w sam śro­dek dłu­gim fio­le­to­wym pa­znok­ciem.

Spoj­rza­łam na na­zwi­sko, po czym pod­nio­słam wzrok na Rhondę, która przy­glą­dała mi się ba­daw­czo.

Czy to był ja­kiś żart?

– Ale… jak… to…

Rhonda po­ki­wała głową.

– Wiem. Zwe­ry­fi­ko­wa­łam in­for­ma­cję na różne spo­soby, żeby mieć pew­ność. Nie ma wąt­pli­wo­ści. To ona. Ta ko­bieta jest twoją sio­strą.

Roz­dział 2

Wcze­śniej

– Mów, Ar­tie. Co mamy?

Gary Pierce pod­szedł do miej­sco­wego sze­ryfa, który stał przy swoim sa­mo­cho­dzie. Ota­cza­jący go za­stępcy zer­kali na Gary’ego ner­wowo. Za­trzy­mali się przy dro­dze grun­to­wej pro­wa­dzą­cej na starą farmę w Ri­ver­dale, w sta­nie Ma­ry­land.

– Tony Vel­leda, lat czter­dzie­ści osiem, jest prze­trzy­my­wany jako za­kład­nik. Po­ry­wa­cze wdarli się do jego domu wczo­raj, kiedy prze­by­wał w nim z ośmio­let­nim sy­nem. Dzie­cia­kowi zwią­zano ręce i nogi, po czym po­zo­sta­wiono go w domu, a po­ry­wa­cze za­brali jego ojca. Chło­pak zdo­łał się uwol­nić i za­alar­mo­wał są­sia­dów, któ­rzy we­zwali po­li­cję. Do­wie­dzie­li­śmy się, że po­ry­wa­cze wy­wieźli ojca poza gra­nicę stanu i prze­trzy­mują go na tej far­mie. Wiemy, że w środku są czte­rej uzbro­jeni męż­czyźni i za­kład­nik. Wiemy, że co naj­mniej je­den z po­ry­wa­czy ma po­wią­za­nia z gan­gami, inny jest na zwol­nie­niu wa­run­ko­wym, zo­stał ska­zany za na­pad z bro­nią. Ci ko­le­sie nie żar­tują.

– My też nie.

Gary do­tknął broni w ka­bu­rze i ka­mi­ze­lki na ciele, jak za­wsze tuż przed ak­cją. Było to dzi­wac­two, zda­wał so­bie sprawę, ale nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. Jakby mu­siał się upew­nić, że ka­mi­ze­lka jest dość gruba, aby na­prawdę po­wstrzy­mać wy­mie­rzoną w niego kulę… Jakby nie do końca wie­rzył, że to zrobi.

– Wcho­dzimy. – Po­ki­wał głową na sze­ryfa. – Niech twoi lu­dzie będą go­towi.

Kilka mi­nut póź­niej kro­czyli po dro­dze, Gary szedł na czele. Przed sobą trzy­mał ka­ra­bi­nek au­to­ma­tyczny M4, przy­go­to­wu­jąc się na to, co cze­kało w tym ma­łym domku, a jed­no­cze­śnie my­ślał o swo­jej żo­nie Iris i nowo na­ro­dzo­nym synu Oli­ve­rze. Dzie­ciak miał nie wię­cej niż trzy ty­go­dnie, Gary ni­gdy jesz­cze nie wi­dział nic słod­szego. Tego ranka, za­nim wy­szedł do pracy, mały uśmiech­nął się po raz pierw­szy, a Gary aż za­klął na myśl, że musi iść do pracy w tak ważny dzień.

– Pro­szę, niech nie bę­dzie pro­ble­mów – mo­dlił się pod no­sem. – Pro­szę, po­zwól, bym znów zo­ba­czył ten uśmiech.

Za­kradł się za dom, zna­lazł nie­oświe­tlone okno i wy­bił szybę ka­ra­bin­kiem. Usu­nął szkło i wszedł do środka, mie­rząc w ciem­ność. Agentka Wil­son, jego part­nerka, we­szła za­raz za nim. Zna­leźli drzwi, spod któ­rych są­czyło się świa­tło, po­de­szli bli­żej i zaj­rzeli do środka przez szparę.

Gary za­uwa­żył trzech męż­czyzn, uzbro­jo­nych po zęby. Czwarty sie­dział na środku po­koju z prze­pa­ską na oczach, przy­wią­zany do krze­sła.

Gary dał sy­gnał Wil­son, pchnął drzwi i oboje wpa­dli do środka, krzy­cząc:

– FBI! Na zie­mię!

Trzej męż­czyźni od­rzu­cili broń, po­ło­żyli się na pod­ło­dze i unie­śli ręce.

Gary od­wró­cił się, by po­szu­kać ostat­niego po­ry­wa­cza, który na­gle po­ja­wił się w drzwiach pro­wa­dzą­cych do sy­pialni, a w rę­kach trzy­mał ka­ra­bin.

– Rzuć­cie broń. Na­tych­miast.

Gary prze­łknął ślinę, czu­jąc przy­pływ pa­niki, i zro­bił, co mu ka­zano. Wil­son po­szła w jego ślady, ale kiedy broń wy­lą­do­wała na pod­ło­dze, się­gnęła po pi­sto­let, wy­ce­lo­wała w po­ry­wa­cza i strze­liła. Je­den czy­sty strzał, kula prze­szyła czaszkę. Ban­dyta osu­nął się na pod­łogę ni­czym szma­ciana lalka.

Roz­dział 3

– Wła­śnie tak, Greg. Jest to wielka za­gadka dla miesz­kań­ców Co­coa Be­ach. Co spo­tkało kró­lową balu Ca­rinę Mar­tin i jej dwie przy­ja­ciółki, Tarę Owens i Avę Mo­ra­les w noc balu, kiedy opu­ściły bu­dy­nek li­ceum? Może od­kryte dzi­siaj nowe do­wody po­mogą de­tek­ty­wom zna­leźć roz­wią­za­nie.

Wy­łą­czy­łam te­le­wi­zor i rzu­ci­łam pi­lota na ka­napę. Te­le­wi­zor był włą­czony, kiedy wró­ci­łam do domu z teczką pod pa­chą po wi­zy­cie u Rhondy, ale nikt go nie oglą­dał. Za­nim go wy­łą­czy­łam, przez chwilę słu­cha­łam, czy są ja­kieś po­stępy w spra­wie trzech na­sto­la­tek, które za­gi­nęły po balu ma­tu­ral­nym dwa ty­go­dnie temu. Ostat­nio tylko o tym roz­ma­wiało się w oko­licy, a re­por­ter New­s13 miał ra­cję: była to dziwna za­gadka. Dziew­czyny prze­pa­dły bez śladu. Roz­wa­żano wer­sję z po­rwa­niem, jak i za­pla­no­waną ucieczką przed pre­sją ostat­niego roku na­uki i eg­za­mi­nów. Ta druga opcja była zbyt wy­du­mana jak na mój gust, więc po­zo­sta­wała pierw­sza, tyle że ona rów­nież mi się nie po­do­bała. Sprawę przy­dzie­lono Mat­towi już tej pierw­szej nocy, a ro­dzice na­sto­la­tek ner­wowo wy­dzwa­niali na po­ste­ru­nek, do­ma­ga­jąc się sze­roko za­kro­jo­nych po­szu­ki­wań.

Uma­wia­li­śmy się z Mat­tem już od po­nad sze­ściu mie­sięcy i na­prawdę nie­źle nam się ukła­dało. Lu­bi­li­śmy spę­dzać ra­zem czas, nie zno­si­li­śmy się roz­sta­wać – było to dla mnie coś no­wego, nie mia­łam ta­kich do­świad­czeń z Cha­dem. Z Mat­tem łą­czyła mnie więź o wiele głęb­sza, co wy­da­wało się na­tu­ralne, bio­rąc pod uwagę, że zna­li­śmy się od przed­szkola i że do jego domu ucie­ka­łam jako na­sto­latka, kiedy u mnie ro­biło się trudno. Od tam­tej pory się przy­jaź­ni­li­śmy, aż w końcu po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać cze­goś wię­cej. Naj­wy­raź­niej po­trze­bo­wa­li­śmy dwu­dzie­sto­let­niej roz­łąki, aby po­ukła­dało się nam w gło­wach.

Pi­sa­nie rów­nież szło cał­kiem nie­źle. Cho­ciaż mu­sia­łam się roz­pa­ko­wać i urzą­dzić, nie­mal udało mi się skoń­czyć książkę, nie mo­głam się już do­cze­kać końca. Pi­sa­łam o moim – przy­bra­nym – ojcu, se­ryj­nym za­bójcy, któ­remu uda­wało się zwo­dzić uko­chane osoby, a wszyst­kie po­twor­no­ści po­peł­niał tuż pod no­sem mo­jej matki. W opi­sa­nie tej hi­sto­rii za­an­ga­żo­wa­ły­śmy się obie, po­nie­waż czę­sto wy­py­ty­wa­łam ją o jego dzie­ciń­stwo i ich wspólne ży­cie. Dla mamy roz­mowa o nim i o tym, co się wy­da­rzyło, była formą te­ra­pii, ale czu­łam też, że wy­czer­puje ją to emo­cjo­nal­nie.

Naj­pierw mia­łam pi­sać o naj­gor­szych se­ryj­nych za­bój­cach w kraju z per­spek­tywy pro­fi­lerki FBI, ale kiedy wy­dawca po­znał mój nowy po­mysł na­pi­sa­nia opar­tej na fak­tach hi­sto­rii opo­wie­dzia­nej z punktu wi­dze­nia osoby za­mie­sza­nej w sprawę, wy­rzu­cił umowę na pierw­szą książkę i za­raz pod­pi­sał nową. Do­sta­łam też ogromną za­liczkę oprócz tego, co już mi za­pła­cono. Tak go za­chwy­cił ten po­mysł. Po­do­bno ta wer­sja była bar­dziej ko­mer­cyjna i miała be­st­sel­le­rowy po­ten­cjał. Nie mia­łam nic prze­ciwko stwo­rze­niu be­st­sel­lera. Za­mie­rza­łam za te pie­nią­dze utrzy­my­wać sie­bie i dzieci. Chad w za­sa­dzie prze­padł, o ali­men­tach przy­po­mi­nał so­bie od czasu do czasu, a wy­star­czały one na le­d­wie po­łowę czyn­szu za dom. Ży­cie sa­mot­nej matki z trójką dzieci nie było ta­nie.

– Puk, puk.

W drzwiach po­ja­wił się Matt z bu­telką wina. Uśmiech­nę­łam się na jego wi­dok. Sły­sza­łam kroki dzieci na pię­trze, Alex krzyk­nął coś do jed­nej z sióstr. Oli­via mu od­krzyk­nęła, po czym trza­snęła drzwiami. Miała już pięt­na­ście lat i bra­ko­wało jej cier­pli­wo­ści do sze­ścio­let­niego brata i dwu­na­sto­let­niej sio­stry Chri­stine. W su­mie do mnie rów­nież.

Matt aż pod­sko­czył, kiedy roz­le­gło się trza­śnię­cie drzwiami. Ja by­łam już do tego tak przy­zwy­cza­jona, że nic nie za­uwa­ży­łam. Uśmiech­nę­łam się do niego i prze­ję­łam wino.

– Co to za oka­zja?

Wzru­szył ra­mio­nami, po­chy­lił się i mnie po­ca­ło­wał.

– Pią­tek, a ja mam wolny week­end.

Spoj­rza­łam na niego zna­cząco. Wie­dzia­łam, że wino jest dla mnie, nie dla niego.

– Za­ma­wiam pizzę. W lo­dówce jest piwo – mruk­nę­łam.

Roz­pro­mie­nił się.

– Mia­łem na­dzieję, że to po­wiesz.

Roz­dział 4

– Klops, py­chota!

Kiedy we­szli­śmy do kuchni, wzrok Matta padł na da­nie po­zo­sta­wione na bla­cie.

– Uwiel­biam klops – za­de­kla­ro­wał. – Ty go zro­bi­łaś?

Po­sta­wi­łam bu­telkę na bla­cie i po­krę­ci­łam głową z cierp­kim uśmie­chem.

– Ja i go­to­wa­nie? Je­śli dla­tego się ze mną uma­wiasz, to od razu się przy­znam. Nie­stety nie go­tuję. My­śla­łam, że to już wiesz.

– Wy­gląda smacz­nie. Dla­czego nie zjemy klopsa za­miast pizzy?

Zna­la­złam kor­ko­ciąg i otwo­rzy­łam wino. Na­la­łam so­bie kie­li­szek, spoj­rza­łam na Matta zna­cząco, a on po­ki­wał głową.

– Ach, ro­zu­miem. To dzieło two­jej mamy, tak?

– Tak.

– I nie ma w nim ani grama mięsa?

– Ani odro­biny. Żad­nego mięsa, na­biału, glu­tenu. Tylko skład­niki po­cho­dze­nia ro­ślin­nego. Upie­kła go dla nas wcze­śniej, bo umó­wiła się w Win­ter Gar­den na karty z przy­ja­ciół­kami.

Matt wes­tchnął z roz­cza­ro­wa­niem.

– A tak ład­nie wy­gląda.

– Czę­stuj się – za­chę­ci­łam go. – Ale po­wiem ci, że jem to we­gań­skie żar­cie od ty­go­dnia, mam w so­bie już tyle dań opar­tych o skład­niki po­cho­dze­nia ro­ślin­nego, że lada chwila palmy wy­ro­sną mi z uszu. Dla­tego też za­ma­wiam pizzę z toną mięsa i za­mie­rzam cie­szyć się, że nie bę­dzie przy tym mo­jej mamy, więc nie bę­dzie wy­ra­żać dez­apro­baty ani cier­pieć z po­wodu tego, że nie zno­szę jej kuchni.

Matt wzru­szył ra­mio­nami i się­gnął po ta­lerz.

– A ja spró­buję. To zdrowe.

Po­pi­ja­łam wino i ob­ser­wo­wa­łam go, kiedy na­kła­dał so­bie por­cję, po czym zna­la­złam te­le­fon i za­mó­wi­łam wielką pizzę, by na pewno wy­star­czyło dla dzieci i dla Matta, gdyby zmie­nił zda­nie. Kiedy już skoń­czy­łam, odło­ży­łam te­le­fon i spoj­rza­łam na mo­jego fa­ceta, któ­remu we­gań­ski klops chyba sma­ko­wał.

– Nie­złe – oświad­czył. – Nie wiem, dla­czego na­rze­kasz na go­to­wa­nie swo­jej mamy. Moim zda­niem to na­prawdę smaczne.

Usia­dłam na krze­śle. Matt na­ło­żył so­bie jesz­cze jedną por­cję i do­jadł ją, kiedy po­pi­ja­łam wino.

– A gdzie Eli­jah? – za­py­ta­łam.

Matt też usiadł. Prze­stał jeść, na jego twa­rzy od­ma­lo­wało się zmę­cze­nie. Był sa­mot­nym oj­cem, od­kąd matka jego dziecka zo­stała je­sie­nią za­mor­do­wana. Nie na­wią­zał bli­skiej re­la­cji z sy­nem, do­wie­dział się o jego ist­nie­niu, kiedy chło­piec miał trzy lata, a jego matka w końcu zde­cy­do­wała się wy­znać prawdę. Prze­spała się z Mat­tem dzie­więć lat temu, Matt był prze­ko­nany, że ni­gdy wię­cej się nie zo­ba­czą. A tym­cza­sem mu­siał za­jąć się swoim ośmio­let­nim sy­nem, co cał­ko­wi­cie zmie­niło jego ży­cie.

– Z moją mamą – od­parł. – Za­brała go do kina, że­bym miał wolny wie­czór.

Po­chy­li­łam się nad bla­tem i się­gnę­łam po wi­de­lec, żeby spró­bo­wać we­gań­skiego klopsa. Kilka razy po­ru­szy­łam szczęką, po czym się skrzy­wi­łam. Nie. Okropne jak cała jej kuch­nia. Upi­łam łyk wina, aby po­zbyć się tego smaku. Bar­dzo chcia­łam, żeby go­to­wa­nie mamy mi po­sma­ko­wało, na­prawdę. Na ta­kim żar­ciu da­łoby się też za­pewne zrzu­cić parę kilo, ale po pro­stu nie mo­głam tego prze­łknąć. A do tego wszyst­kie te zdrowe po­trawy spra­wiały, że pod­ja­da­łam mię­dzy po­sił­kami, więc za­czę­łam tyć, od­kąd mama się wpro­wa­dziła, za­miast zrzu­cić wagę.

– A jak się mię­dzy wami układa? – za­py­ta­łam. – Le­piej?

Matt wbił wzrok w swój ta­lerz i po­krę­cił głową.

– Nie­na­wi­dzi mnie.

– Nie mów tak. Je­steś jego tatą.

– Po­waż­nie, nie­na­wi­dzi mnie. Nie po­zwala so­bie w ni­czym po­móc, nie chce ze mną roz­ma­wiać. Nie po­zwala na­wet, że­bym go po­ło­żył wie­czo­rem do łóżka. Po szkole idzie do mo­jej mamy, bo ja pra­cuję, co­dzien­nie. kiedy wra­cam do domu, mam na­dzieję, że bę­dzie le­piej, że na­bie­rze do mnie cie­plej­szych uczuć, ale nic ta­kiego na ra­zie nie na­stą­piło. Chyba wini mnie za śmierć Lisy.

Po­ło­ży­łam dłoń na jego dłoni.

– Stra­cił matkę, je­dy­nego ro­dzica, ja­kiego tak na­prawdę znał, bo rzadko się spo­ty­ka­li­ście.

– A czyja to była wina? Na pewno nie moja. Bła­ga­łem ją, żeby po­zwo­liła mi czę­ściej go za­bie­rać, ale za­wsze wy­sko­czyła z ja­kąś głu­pią wy­mówką. Jakby roz­ko­szo­wała się tym, że może spra­wić mi za­wód… Jakby po­wie­działa mi o nim tylko bo to, by mnie ra­nić.

– Ale ci po­wie­działa, co ozna­cza, że mu­siała chcieć, byś się za­an­ga­żo­wał – od­par­łam. – Może było jej trudno.

Matt zjadł jesz­cze kilka kę­sów i po­krę­cił głową.

– Cóż…

– Nie pod­da­waj się. Je­steś wszyst­kim, co on ma. Daj mu czas. Jego ży­cie bar­dzo się zmie­niło przez ostat­nie pół roku, nie wie, na czym stoi. Pew­nie po­twor­nie tę­skni za mamą i tylko na to­bie może się wy­ła­do­wać. Tro­chę cier­pli­wo­ści. Je­stem pewna, że wszystko się ułoży.

– No wiem, tylko… Nie tak to miało wy­glą­dać, prawda? To ro­dzi­ciel­stwo na pełny etat jest na­prawdę… trudne.

– Wi­taj w klu­bie.

Ro­ze­śmia­łam się lekko i upi­łam łyk wina, po czym unio­słam pe­łen mi­ło­ści wzrok do su­fitu. Moje dzieci ra­dziły so­bie cał­kiem nie­źle. Alex od­na­lazł się w no­wym oto­cze­niu. W ra­mach pro­gramu dla uczniów wy­bit­nie uzdol­nio­nych otrzy­my­wał w szkole trud­niej­sze za­da­nia, co znacz­nie go uspo­ko­iło. Na­dal czę­sto krzy­czał, kiedy się wy­po­wia­dał, na­dal trudno było mu usie­dzieć w miej­scu dłu­żej niż kilka mi­nut, ale wy­da­wał się szczę­śliw­szy. Dziew­czynki też ra­dziły so­bie le­piej niż za­raz po prze­pro­wadzce. Prze­stały tyle mó­wić o ojcu, a ja nie wie­dzia­łam, czy to do­brze, czy źle. Na po­czątku jeź­dziły do Wa­szyng­tonu z od­wie­dzi­nami przy­naj­mniej raz w mie­siącu, ale przez ostat­nie dwa mie­siące nie było żad­nych wi­zyt. Zwłasz­cza naj­star­sza, Oli­via, spra­wiała wra­że­nie, jakby co­raz mniej za­le­żało jej na ojcu, co nie le­żało w jej cha­rak­te­rze. Za­sta­na­wia­łam się, czy coś się stało pod­czas ich ostat­niej wi­zyty u Chada i Kim­mie. Przy­kro mi było z po­wodu Alexa, który tę­sk­nił za oj­cem, ale nie mo­głam wy­słać go tam sa­mego sa­mo­lo­tem. Może inne sze­ścio­latki były na tyle sa­mo­dzielne, ale nie mój Alex. Nie skoń­czy­łoby się to do­brze dla współ­pa­sa­że­rów.

– Wi­dzia­łam w wia­do­mo­ściach, że zna­leźli drugi but, który mógł na­le­żeć do Ca­riny Mar­tin? – po­wie­dzia­łam, pra­gnąć zmie­nić te­mat. – Tym ra­zem aż na wschod­nim krańcu pola gol­fo­wego w krza­kach?

Matt pod­szedł do lo­dówki, żeby wziąć so­bie piwo.

– Tak, to był drugi but. Ob­cas i resztki pierw­szego buta zna­leź­li­śmy tej nocy, kiedy znik­nęła.

– Czyli we­szła na pole gol­fowe znacz­nie da­lej, niż za­kła­da­li­ście?

Przy­tak­nął, otwo­rzył piwo i usiadł.

– Tak. Zna­le­ziono go nie­da­leko za­ro­śli, w któ­rych gra­cze czę­sto tracą piłki. To taki mały la­sek, nie­mal nie­prze­byty. My­śla­łem, że wszystko prze­cze­sa­li­śmy, ale te­ren jest taki… duży.

Po­ki­wa­łam głową.

– My­ślisz, że się tam ukry­wała?

– Nie wiem. Mo­gła też pójść tam z ja­kimś chło­pa­kiem. To bal ma­tu­ralny, prze­cież wiesz. Lu­dzie w taką noc ro­bią różne głu­pie rze­czy.

– Ale ko­ronę zna­leź­li­ście przy wej­ściu do co­un­try clubu? – do­py­ty­wa­łam.

Po­twier­dził i upił łyk piwa.

– Po­nisz­czone buty zna­leź­li­śmy w wielu róż­nych miej­scach roz­rzu­co­nych po ca­łym polu gol­fo­wym. Zna­leź­li­śmy też to­rebkę Tary Owens z te­le­fo­nem w środku, a frag­ment sukni Avy Mo­ra­les pły­wał so­bie w jed­nym z je­zio­rek.

– Jak ślad z okru­chów u Ja­sia i Mał­gosi – wy­mam­ro­ta­łam.

Pod­niósł wzrok.

– Co mó­wi­łaś?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nic. A po­zo­stałe te­le­fony? Udało wam się je na­mie­rzyć?

Matt za­prze­czył.

– Konta w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych? Coś, co mo­głoby pod­su­nąć ja­kiś ślad? Ko­re­spon­do­wały z kimś?

– Na­dal nad tym pra­cu­jemy. Tech­nicy się tym zaj­mują. Ana­li­zują za­war­tość kom­pu­te­rów i hi­sto­rię po­łą­czeń. Mło­dzi lu­dzie mają dzi­siaj tyle kont w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, że trwa to całą wiecz­ność, ale na ra­zie nie zna­leźli nic przy­dat­nego.

– Czy za­gi­nione były w kon­flik­cie z in­nymi oso­bami w szkole? Otrzy­my­wały groźby? Miały kło­poty w domu z ro­dzi­cami lub krew­nymi? Ja­kaś hi­sto­ria cho­rób psy­chicz­nych?

– Nie, nie i nie. Wszyst­kie trzy miały wzo­rową obec­ność, zbie­rały same piątki i szóstki. Były lu­biane i po­pu­larne, zwłasz­cza Ca­rina Mar­tin.

– Miały chło­pa­ków? – za­py­ta­łam, pod­no­sząc kie­li­szek do ust.

– Ava Mo­ra­les uma­wiała się z ko­legą ze szkoły, nie było go na balu, mu­siał je­chać do Or­lando, zmarła mu bab­cia. Po­zo­stałe nie miały chło­pa­ków. Cho­dzą słu­chy, że Ca­rina była tam­tego wie­czoru z Ke­vi­nem Bas­sem i że ukra­dła go naj­lep­szej przy­ja­ciółce.

– A ten Ke­vin Bass, roz­ma­wia­łeś z nim?

– Roz­ma­wia­li­śmy już chyba ze wszyst­kimi, któ­rzy byli na balu. Ke­vin zo­stał od­de­le­go­wany do sprzą­ta­nia i wy­szedł o wiele póź­niej niż za­gi­nione. Sprzą­tał z grupą na­uczy­cieli jesz­cze go­dzinę po za­koń­cze­niu im­prezy.

– Wy­gląda na to, że ucie­kały – roz­my­śla­łam na głos. – Buty były roz­rzu­cone po ca­łej oko­licy. Nie­ła­two biega się po polu gol­fo­wym w szpil­kach, więc nic dziw­nego, że je zdjęły, by biec szyb­ciej.

Matt prze­łknął ślinę. Wy­raz jego oczu zdra­dzał, że jego zda­niem mam ra­cję, ale wo­lał o tym nie my­śleć.

– A je­śli ucie­kały, to do­kąd? – za­sta­na­wia­łam się da­lej. – Tam nie ma do­kąd uciec. Pole gol­fowe jest oto­czone wodą.

– Płe­two­nur­ko­wie prze­szu­kują rzekę od wielu dni, prze­szu­kują też ka­nały pro­wa­dzące do te­re­nów miesz­kal­nych, prze­cież wiesz o tym, Evo Rae. Nic nie zna­leźli.

– Wiem, wiem. Za­sta­na­wiam się po pro­stu, po co bie­gać po polu gol­fo­wym w środku nocy w bar­dzo dro­gich bu­tach i su­kien­kach, je­śli się przed kimś nie ucieka.

– Mo­gły być pi­jane. Albo na­ćpane i się wy­głu­piały. We­dług zna­jo­mych wszyst­kie trzy piły przed ba­lem. Ca­rina Mar­tin pa­liła ma­ri­hu­anę ze swoją przy­ja­ciółką Molly Car­son przed bu­dyn­kiem tuż przed swoją ko­ro­na­cją na kró­lową balu.

– Ty­powe roz­rywki w taki wie­czór. Po­kłó­ciły się, prawda? – za­py­ta­łam. – Ca­rina i Molly? O Ke­vina? Pa­mię­tam, że mi mó­wi­łeś… czy może gdzieś o tym czy­ta­łam? A może Me­lissa mi mó­wiła. Molly jest jej córką, jak wiesz.

– Tak. To prawda. Po­kłó­ciły się. Przy­glą­damy się jej.

– Molly? – zdu­mia­łam się. – Córce Me­lissy? Dla­czego?

– Z po­wodu tej kłótni. Może był ciąg dal­szy. Może to Molly go­niła Ca­rinę, może Ca­rina prze­wró­ciła się, zro­biła so­bie krzywdę, a Molly ukryła ciało? Oj­ciec Molly ma po­zwo­le­nie na broń. Mo­gła wziąć jego broń i z niej strze­lić, może zda­rzył się wy­pa­dek.

Po­krę­ci­łam głową.

– Chyba żar­tu­jesz? Nie Molly. Nie córka Me­lissy.

Matt wziął głę­boki od­dech, prze­cze­sał dło­nią gę­ste brą­zowe włosy. Rzadko ostat­nio sur­fo­wał, miał za dużo pracy, więc ko­smyki ściem­niały.

– Miała alibi? – za­py­ta­łam.

– Tak, ale nie­stety dość słabe. Po­szła do domu, kiedy kró­lowa balu jesz­cze tań­czyła z kró­lem. Wiele osób wi­działo, jak wy­cho­dziła. Za­dzwo­niła po matkę, która po nią przy­je­chała i od­wio­zła ją do domu, a ona od razu się po­ło­żyła. Me­lissa to po­twier­dza. Po roz­mo­wach z jej zna­jo­mymi i na­uczy­cie­lami mu­szę przy­znać, że zro­bie­nie ko­muś krzywdy nie leży w jej cha­rak­te­rze. Wszy­scy opi­sują ją jako osobę, która trosz­czy się o in­nych, wspiera ich. Kiedy ją prze­słu­chi­wa­łem, od­nio­słem wra­że­nie, że nie skrzyw­dzi­łaby na­wet mu­chy.

Upi­łam łyk wina.

– Ale to żadne alibi. Prze­cież mo­gła wyjść przez okno.

Matt spoj­rzał na mnie zna­cząco.

– Wiem. I to mnie mar­twi. Oczy­wi­ście nie tylko to jest dziwne w tej spra­wie. Bar­dzo chciał­bym wy­klu­czyć Molly z grona po­dej­rza­nych, ale to nie­moż­liwe.

– Chyba nie my­ślisz, że sie­dem­na­sto­latka za­mor­do­wała trzy przy­ja­ciółki z po­wodu ja­kie­goś chło­paka?

Matt upił piwa i wzru­szył ra­mio­nami.

– Wi­dzia­łem dziw­niej­sze rze­czy, ale oczy­wi­ście nie my­ślę tak. Do­póki nie ma ciał, jest na­dzieja. Z dru­giej strony mamy do czy­nie­nia z po­ten­cjal­nym po­rwa­niem. A co to ozna­cza? Nie ro­zu­miem tylko, dla­czego nikt jesz­cze nie upo­mniał się o okup.

– Chyba że to prze­stęp­stwo na tle sek­su­al­nym – pod­su­nę­łam. – Spraw­dzi­łeś re­jestr prze­stęp­ców sek­su­al­nych pod ką­tem tego, kto mieszka w oko­licy?

Matt kiw­nął głową, do­pi­ja­jąc piwo. Od­sta­wił pu­stą bu­telkę.

– Tak. Poza tym wie­lo­krot­nie roz­ma­wia­li­śmy z ro­dzi­cami. Żad­nych kon­flik­tów, żad­nego po­wodu, by wszyst­kie trzy chciały uciec.

Wes­tchnę­łam. Była to praw­dziwa za­gadka z ta­kich, które in­try­gują, lecz za­ra­zem prze­ra­żają. Sama mia­łam dwie córki. Bar­dzo chcia­łam się do­wie­dzieć, co spo­tkało te trzy dziew­czyny, na­wet je­śli Matt nie lu­bił roz­ma­wiać o pracy po służ­bie.

Spoj­rzał na teczkę, która le­żała na bla­cie obok mnie.

– Jak się udało twoje spo­tka­nie z Rhondą?

Prze­łknę­łam ślinę i od­wró­ci­łam wzrok.

– O nie. Coś zna­la­zła? To dla­tego masz tę teczkę?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

– Może.

– Zna­la­zła Syd­ney?

Pod­nio­słam głowę i spoj­rza­łam mu w oczy. Przy­tak­nę­łam.

– Se­rio? To wspa­niale, prawda? Prawda, Evo Rae? No to skąd ta mina?

– Jaka mina?

– Wy­glą­dasz na zde­ner­wo­waną i nie­za­do­wo­loną. Przez całe ży­cie chcia­łaś od­na­leźć sio­strę, a te­raz w końcu to moż­liwe. Dla­czego nie je­steś za­chwy­cona?

Zer­k­nę­łam na le­żącą na bla­cie teczkę. Za­sta­na­wia­łam się, co mu po­wie­dzieć… Czy mogę po­wie­dzieć mu prawdę. Naj­pierw mu­sia­łam sama się z tym oswoić.

– Bez po­wodu – od­par­łam. – Chyba je­stem po pro­stu zmę­czona.

– Ta, ja­sne. My­ślisz, że mnie oszu­kasz? Fa­ceta, który zna cię, od­kąd mia­łaś trzy lata? Coś się stało. Wy­rzuć to z sie­bie, Evo Rae.

Wes­tchnę­łam, się­gnę­łam po teczkę i wzię­łam ją w obie dło­nie. Wpa­try­wa­łam się w nią przez kilka se­kund, po czym ją otwo­rzy­łam i po­ka­za­łam mu pierw­szą stronę i na­zwi­sko na środku. Spoj­rzał na nie, a po­tem na mnie, jego oczy zo­grom­niały.

– Jaja so­bie ro­bisz?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie. Tak się te­raz na­zywa. I po­do­bno mieszka tu­taj, na Flo­ry­dzie.

Roz­dział 5

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym je prze­trzy­my­wano, było cia­sne i duszne. Po­wie­trze wy­da­wało się wil­gotne i cięż­kie. Ca­rina od­dy­chała z tru­dem, pró­bu­jąc zwal­czyć przy­pływ pa­niki. Ava i Tara jesz­cze spały na ma­te­ra­cach na pod­ło­dze. Ca­rina czuła za­wroty głowy za każ­dym ra­zem, kiedy bu­dziła się w tej celi o gru­bych be­to­no­wych ścia­nach.

Stra­ciła po­czu­cie czasu, po­nie­waż nie było tu okien. Pa­mię­tała jed­nak chwilę, kiedy obu­dziła się po balu, a wspo­mnie­nie to na­dal bu­dziło w niej pa­nikę. Le­żała na wy­kła­dzi­nie, be­żo­wej wy­kła­dzi­nie. Pę­kała jej głowa, czuła się zdez­o­rien­to­wana. Za­wo­łała matkę, a po chwili za­uwa­żyła Avę, która rów­nież się obu­dziła, le­żała obok niej. Z prze­ra­że­niem uświa­do­miła so­bie, że ma coś na szyi, łań­cuch. Przez chwilę pró­bo­wała go ze­rwać, a po­tem za­częła krzy­czeć.

Po­de­szła do niej za­ma­sko­wana osoba i ude­rzyła ją pię­ścią w twarz, by ją uci­szyć. Po­skut­ko­wało. Upa­dła na plecy, a wzroku nie od­zy­skała na­wet, kiedy po­czuła szar­pa­nie łań­cu­cha tak mocne, że mu­siała pójść za nim na czwo­ra­kach. Był tam ja­kiś ko­ry­tarz, i co jesz­cze? A tak, półka z książ­kami. Półka, którą męż­czy­zna od­krę­cił i prze­su­nął. Po­tem zwi­nął dy­wan, pod któ­rym skry­wała się be­to­nowa płyta, czymś ob­ra­mo­wana. Męż­czy­zna za­mo­co­wał do płyty pręt z ha­kiem i za­czął ją pod­no­sić. Ca­rina wi­działa przez łzy, że w pod­ło­dze po­ja­wiła się dziura, a za­ma­sko­wana po­stać prze­mó­wiła:

– Do środka.

Ca­rina pró­bo­wała sku­pić się na dziu­rze i nie pa­ni­ko­wać, ale było to co­raz trud­niej­sze. Znów krzyk­nęła i znów otrzy­mała cios, po­tem jesz­cze kop­niaka w brzuch.

– DO ŚRODKA!

Za­wo­dząc ci­cho, we­szła do dziury, a męż­czy­zna po­dą­żył za nią w mrok. Szli wą­skim tu­ne­lem pro­wa­dzą­cym do ma­łych drzwi od po­koju wiel­ko­ści szafy z trzema ma­te­ra­cami na pod­ło­dze.

Męż­czy­zna szarp­nął za łań­cuch, który przy­mo­co­wał do me­ta­lo­wego pręta. Ca­rina nie zdo­ła­łaby do­się­gnąć drzwi, na­wet gdyby pró­bo­wała. Mo­gła wstać i po­dejść do kąta, gdzie stało wia­dro na mocz. Na­prze­ciwko był też ku­beł z po­ży­wie­niem i mi­ska na wodę jak dla zwie­rząt. Przez pierw­sze dni Ca­rina nie ja­dła i nie piła, ale szybko zro­zu­miała, że je­śli chce prze­żyć, musi to ro­bić. Musi się stać zwie­rzę­ciem, za które uwa­żał ją po­ry­wacz. Na­dal miała na so­bie po­rwaną suk­nię w od­cie­niu mor­skiego błę­kitu, kiedy pod­czoł­gała się na czwo­ra­kach do mi­ski z wodą i za­częła pić łap­czy­wie, za­nim obu­dzą się przy­ja­ciółki. Kiedy się po­ru­szała, łań­cuch ude­rzał w me­ta­lowy pręt. Wodę zmie­niano im raz dzien­nie, więc tylko pierw­sza osoba mo­gła ją pić czy­stą i chłodną. Avie raz po­my­liły się wia­dra i na­si­kała do je­dze­nia. Zo­stała za to po­bita przez za­ma­sko­wa­nego męż­czy­znę tak, że na dwie go­dziny stra­ciła przy­tom­ność.

Ca­rina ob­ser­wo­wała śpiące przy­ja­ciółki, pró­bu­jąc zjeść, ile tylko zdoła, za­nim się obu­dzą, i za­sta­na­wia­jąc się, od jak dawna tu prze­by­wają. Pa­znok­cie miała co­raz dłuż­sze, a zęby tak okle­jone osa­dem, że mo­gła w nich rzeź­bić wzory. Pró­bo­wała igno­ro­wać też odór bi­jący z nie­my­tych ciał. O ile jed­nak chciała wie­dzieć, jak długo są już uwię­zione, na­su­wało się inne py­ta­nie, na­wet waż­niej­sze niż pierw­sze.

Jak długo męż­czy­zna za­mie­rza je tu trzy­mać i co zrobi, kiedy się już nimi znu­dzi?

Roz­dział 6

Przy­je­chała pizza. Ode­bra­łam ją, po czym krzyk­nę­łam na dzieci, żeby ze­szły na dół zjeść. Kiedy wró­ci­łam do kuchni, oka­zało się, że Matt nie za­mie­rza zmie­niać te­matu.

– To nie­sa­mo­wite, Evo Rae. Na­prawdę wiel­kie od­kry­cie, nie uwa­żasz?

– Nie wiem – od­par­łam wy­mi­ja­jąco, kła­dąc pizzę na bla­cie. Pach­niała bo­sko, od razu wzię­łam ka­wa­łek. Matt zaj­rzał do teczki, po­krę­cił głową i wska­zał pal­cem zdję­cie mo­jej sio­stry.

– Nie­wia­ry­godne. Kelly Stone to twoja sio­stra? Kelly Stone, ta ak­torka? Jest sławna, na­prawdę sławna, to hol­ly­wo­od­zka gwiazda.

– Chyba za­wsze wy­da­wała mi się tro­chę zna­joma – przy­zna­łam. – Wi­dzia­łam ją w Au­to­stra­dzie i w tym fil­mie o po­dróż­niku w cza­sie.

Matt pod­niósł na mnie wzrok.

– No to o co cho­dzi? Dla­czego się nie cie­szysz?

– Bo… – Odło­ży­łam pizzę. – Po pierw­sze, jesz­cze to do mnie wszystko nie do­tarło. A po dru­gie, je­stem roz­cza­ro­wana, i tyle. Bo ni­gdy jej nie po­znam.

– Dla­czego?

– Nie można tak po pro­stu po­dejść do zna­nej hol­ly­wo­odz­kiej ak­torki i po­wie­dzieć: cześć, wiesz, że je­ste­śmy sio­strami? Pa­mię­tasz, że kie­dyś po­rwano cię z Wal-Marta?

– Ja­sne, że można. To byłby szok dla każ­dego, dla­czego to ma być trud­niej­sze tylko dla­tego, że ko­bieta jest sławna?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, a kiedy usły­sza­łam kroki dzieci na scho­dach, da­łam Mat­towi sy­gnał, że to ko­niec roz­mowy.

– PIZZA! – za­wo­łał gło­śno Alex.

– Z toną mięsa. – Uśmiech­nę­łam się i po­da­łam mu ka­wa­łek.

Jego oczy roz­bły­sły, kiedy na mnie spoj­rzał.

– Nie po­wiem babci, nie martw się – za­de­kla­ro­wał, po czym po­pę­dził do stołu i usiadł na krze­śle.

– Se­rio, mamo? Te­raz uczysz go kła­mać? – za­py­tała Chri­stine, kiedy po­da­łam jej ka­wa­łek.

Uśmiech­nę­łam się do niej cierpko.

– Smacz­nego.

– Mięso, mamo? – za­py­tała Oli­via ze słu­chaw­kami w uszach. Buch­nęła mu­zyka, kiedy jedną z nich wy­jęła. – Se­rio? Już się oswa­ja­łam z by­ciem we­ganką.

Wbi­łam w nią wzrok.

– Żar­tu­jesz chyba? Prze­cież nie zno­sisz go­to­wa­nia babci.

– Kto nie znosi go­to­wa­nia babci? – roz­legł się głos od progu. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam w drzwiach matkę z klu­czy­kami w dłoni i to­rebką na ra­mie­niu.

Kurde!

Jej twarz stę­żała, kiedy jej wzrok padł na pizzę, a po­tem na umo­ru­saną bu­zię Alexa, któ­remu z pod­bródka zwi­sały nitki sera.

– Hm… Wi­dzę, że urzą­dzi­łaś im­prezę? Przy­kro mi, że moje go­to­wa­nie jest tak straszne, że aż czu­jesz po­trzebę, by świę­to­wać, kiedy wyjdę z domu.

Mia­łam ochotę scho­wać się w my­siej dziu­rze. Zra­ni­łam ją.

– Mamo, to…

– Da­ruj so­bie, Evo Rae. Mia­łam długi dzień. Idę spać.

Od­wró­ciła się i już miała wyjść, kiedy Matt za­wo­łał przez kuch­nię:

– Pró­bo­wa­łem tego we­gań­skiego klopsa, pani Tho­mas, był na­prawdę smaczny.

Zer­k­nę­łam na niego z ukosa. Pod­li­zy­wał się mo­jej matce?

Wzru­szył ra­mio­nami.

– No co? To prawda.

Mama ob­jęła nas zmę­czo­nym wzro­kiem.

– To wspa­niale, Matt. Idę się po­ło­żyć.

– Mamo…

Za późno. Wy­szła. Czu­łam się okrop­nie. To było bar­dzo miłe, że go­to­wała dla nas co­dzien­nie i cóż, część była zja­dliwa, część wręcz smaczna. Chyba nie oka­za­łam jej dość wdzięcz­no­ści. Na­prawdę cie­szy­łam się, że z nami mieszka, przy­naj­mniej kiedy mnie nie kry­ty­ko­wała. Było to też do­bre dla dzieci. My dwie w końcu mo­gły­śmy się znów zbli­żyć i nad­ro­bić wszyst­kie stra­cone lata. Nie chcia­łam jej zro­bić przy­kro­ści. Tak wiele już prze­szła. Jak my wszy­scy. A ja mia­łam wra­że­nie, że bez­u­stan­nie ra­nię jej uczu­cia.

Czyż­bym ro­biła to ce­lowo? Ka­ra­łam ją za to, że igno­ro­wała mnie przez całe dzie­ciń­stwo? Po­nie­waż wciąż było po­mię­dzy nami tak wiele nie­wy­po­wie­dzia­nych słów?

Ta re­flek­sja mnie za­wsty­dziła.

Kiedy do­pi­łam wino, pod­szedł do mnie Matt z żółtą teczką od Rhondy w dłoni.

– Może to po­pra­wi­łoby jej hu­mor? Pro­jekt w sam raz dla matki i córki.

Spoj­rza­łam mu w oczy, po czym go po­ca­ło­wa­łam.

– Żar­tu­jesz, prawda?

– Nie. Moim zda­niem to by wam do­brze zro­biło.

– Ale… Nie wy­daje mi się, żeby to była wła­ściwa chwila. Nie wiem, czy je­stem go­towa.

– Na coś ta­kiego ni­gdy nie bę­dziesz go­towa. Prze­myśl to. – Też mnie po­ca­ło­wał, a dzie­ciaki za na­szymi ple­cami za­częły wy­da­wać dźwięki wy­ra­ża­jące skrajne obrzy­dze­nie.

– Nie przy lu­dziach! – Oli­via udała, że ma tor­sje.

– I nie przy dzie­ciach! – do­dał Alex, też sy­mu­lu­jąc tor­sje.

Wy­buch­nę­łam śmie­chem. Chwilę to trwało, za­nim po­go­dzili się z my­ślą, że mama się z kimś spo­tyka, ale po­wi­tali Matta z otwar­tymi ra­mio­nami. Wie­dzia­łam, że go lu­bią, zwłasz­cza Alex, który za­wsze pro­sił, by Matt po­ba­wił się z nim wo­zami stra­żac­kimi. Alex uwiel­biał wszystko, co było wy­po­sa­żone w sy­reny i mru­ga­jące świa­tła. Za­częło się to w dniu, kiedy Matt za­brał go na prze­jażdżkę ra­dio­wo­zem. To przy­pie­czę­to­wało mę­ski pakt. Cza­sami od­no­si­łam wra­że­nie, że Matt wo­lałby, by jego syn Eli­jah był bar­dziej jak Alex, który uwiel­biał spę­dzać z nim czas. To było nie­wia­ry­god­nie smutne. Chcia­łam, by Matt na­wią­zał z sy­nem taki kon­takt, jaki mia­łam ja ze swo­imi dziećmi, choć bar­dzo czę­sto nie było mnie w domu, kiedy były małe. Ich za­ufa­nie do mnie po­woli się od­ra­dzało, a ża­ło­wa­łam je­dy­nie tego, ile czasu z nimi stra­ci­łam. Mia­łam jed­nak na­dzieję, że po­łą­czą nas nowe wspo­mnie­nia, które bę­dziemy pie­lę­gno­wać już do końca ży­cia.

Zer­k­nę­łam na teczkę i uświa­do­mi­łam so­bie, że moje prio­ry­tety ra­dy­kal­nie się zmie­niły. Te­raz naj­waż­niej­sza była ro­dzina, a moja sio­stra do niej na­le­żała, czy była sławna, czy nie.

Roz­dział 7

– Do­kąd je­dziemy, Evo Rae? Nie mo­żesz mi po pro­stu po­wie­dzieć?

Zer­k­nę­łam na mamę i po­krę­ci­łam głową. Sie­dzia­ły­śmy w moim mi­ni­va­nie, słońce pa­liło szyby, kli­ma­ty­za­cja była pod­krę­cona na maksa, w ra­diu le­ciał Bruno Mars. Był cu­do­wny dzień, ty­powy dla Flo­rydy, sur­fe­rzy prze­cho­dzili przez ulicę i je­chali na de­sko­rol­kach z de­skami do sur­fingu pod pa­chą. Pla­żo­wi­cze i tu­ry­ści ob­ju­czeni sprzę­tem pro­mie­nieli na myśl o spę­dze­niu ca­łego dnia na bia­łym pia­sku.

– Nie po­wiem ci – od­par­łam. – To ma być nie­spo­dzianka. – Głos mi nieco drżał ze znie­cier­pli­wie­nia i zde­ner­wo­wa­nia, ale mia­łam na­dzieję, że tego nie sły­chać.

Par­sk­nęła drwiąco i po­pra­wiła spód­nicę.

– Wiesz, że nie lu­bię nie­spo­dzia­nek, Evo Rae.

Nie spa­łam przez całą noc, my­śla­łam, a kiedy słońce wze­szło nad do­mem są­siada po dru­giej stro­nie ka­nału, pod­ję­łam de­cy­zję. Była so­bota, więc mia­łam na to cały dzień. Matt miał ra­cję, wła­ściwa pora ni­gdy nie na­dej­dzie, je­śli będę o tym tyle my­śleć. Za­wsze znajdę wy­mówkę, aby to od­su­nąć w cza­sie, i ni­gdy się nie do­wiem. Je­śli chcia­łam spoj­rzeć w twarz ko­bie­cie, która po­do­bno była moją sio­strą, mu­sia­łam to zro­bić. Mu­sia­łam sko­czyć na główkę bez ase­ku­ra­cji.

– Dla­czego nie po­wiesz mi, do­kąd je­dziemy? – za­py­tała mama po chwili mil­cze­nia z głę­bo­kim wes­tchnie­niu po­iry­to­wa­nia. Wy­je­cha­ły­śmy z Co­coa Be­ach i mi­nę­ły­śmy bazę Pa­trick w dro­dze do Mel­bo­urne Be­ach, gdzie miesz­kała Kelly Stone. Matt po­wie­dział, że wszyst­kie ga­zety opi­sy­wały kupno przez nią tego domu dwa lata temu, dom był bo­wiem po­ło­żony nie­da­leko miej­sca, które wcze­śniej ku­pił ra­per Va­nilla Ice, a na­stęp­nie wy­re­mon­to­wał je w swoim pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym, The Va­nilla Ice Pro­ject.

– Bo nie chcę po­psuć nie­spo­dzianki – od­par­łam. – A poza tym gdy­bym ci po­wie­działa, nie zgo­dzi­ła­byś ze mną po­je­chać.

Mama znów par­sk­nęła.

– To mnie nie uspo­ko­iło, Evo Rae. Chyba wcale nie chcesz mnie prze­ko­nać.

Ode­tchnę­łam, pró­bu­jąc wy­ci­szyć zner­wi­co­wany żo­łą­dek. Ba­łam się, że ro­bię błąd, przez chwilę roz­wa­ża­łam na­wet, czy nie za­wró­cić. To mo­gło się skoń­czyć ka­ta­stro­fal­nie, ja­sne, ale nie­ko­niecz­nie. Mo­gło też skoń­czyć się do­brze.

Zer­k­nę­łam ner­wowo na matkę i po­czu­łam, że tracę de­ter­mi­na­cję. Przez moją głowę prze­mknął cały ta­bun my­śli. Mi­nęło trzy­dzie­ści sześć lat. Czy ją roz­po­znamy? Czy ona roz­po­zna nas? Jaka się okaże?

Mama spoj­rzała na ze­ga­rek.

– Da­leko jesz­cze? Pa­mię­ta­łaś o wo­dzie? Jest go­rąco. Nie chcę się od­wod­nić. O kre­mie z fil­trem? I spreju na owady, wzię­łaś sprej? Je­śli mamy gdzieś cho­dzić, bę­dzie mi po­trzebny. Wiesz, jak szybko puchnę.

– Nic z tych rze­czy nie bę­dzie ci po­trzebne, mamo. Tak, mam w to­rebce dwie bu­telki wody. Nie od­wod­nisz się. Już pra­wie je­ste­śmy na miej­scu.

– Gdzie? Prze­cież tu nic nie ma.

GPS po­wie­dział mi, że je­ste­śmy u celu. Pod­je­cha­łam do bramy.

– Co to za miej­sce, Evo Rae? Co my tu ro­bimy? Co za­pla­no­wa­łaś? Mam prze­czu­cie, że mi się to nie spodoba.

Wes­tchnę­łam i spoj­rza­łam na nią, po czym wzię­łam ją za rękę. Wy­krzy­wiła twarz w ner­wo­wym gry­ma­sie.

– O co cho­dzi, Evo Rae? Prze­ra­żasz mnie.

– Mamo. Ko­chana, naj­mil­sza mamo. Za­py­ta­łaś, jaki mam plan. Szcze­rze mó­wiąc, żad­nego. Chyba tego nie prze­my­śla­łam.

Po­krę­ciła głową, przy­glą­dała mi się ba­daw­czo.

– O czym ty mó­wisz? Dla­czego się tak za­cho­wu­jesz? Co my tu ro­bimy, Evo Rae? Co się dzieje? Dla­czego… na li­tość bo­ską… po pro­stu mi nie po­wiesz?

Prze­łknę­łam ślinę. Nie zde­cy­do­wa­łam, kiedy jej po­wiem, uzna­łam, że zdam się na los, ale te­raz, przed do­mem gwiazdy, tuż przed na­ci­śnię­ciem do­mo­fonu, stra­ci­łam pew­ność, czy to do­bry po­mysł. Jak za­re­aguje?

– Mamo, to…

– Co to za miej­sce? – za­py­tała, wy­glą­da­jąc przez szybę. Za mu­rem, ko­ro­nami drzew i ka­mien­nymi lwami le­żała po­sia­dłość. – Czyj to dom?

– Na­leży do Kelly Stone, wiesz, tej ak­torki...

– Wiem, kim jest Kelly Stone. Ale co my tu ro­bimy?

– Cóż, cho­dzi o to… Dzwo­ni­łam dziś rano do jej asy­stentki, po­wie­dzia­łam, że szu­kamy spon­so­rów skłon­nych do współ­pracy przy or­ga­ni­za­cji wy­da­rze­nia na rzecz sie­rot i że wszyst­kie zgro­ma­dzone środki zo­staną prze­ka­zane na walkę z han­dlem dziećmi. Zgo­dziła się z nami spo­tkać i o tym po­roz­ma­wiać.

Mama po­słała mi za­gu­bione spoj­rze­nie.

– Dla­czego? Dla­czego zro­bi­łaś coś ta­kiego? Nic z tego nie ro­zu­miem. Czyś ty cał­kiem po­stra­dała ro­zum, Evo Rae Tho­mas?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

– Być może, ale nie wy­my­śli­łam nic lep­szego, by ją na­kło­nić do spo­tka­nia z nami. Nie lubi dzien­ni­ka­rzy, od lat nie udzie­liła żad­nego wy­wiadu. Jest osobą skrytą i nie­ła­two się z nią umó­wić.

– Ale dla­czego? Po co w ogóle chcia­łaś się z nią spo­tkać?

Się­gnę­łam po teczkę, która le­żała na tyl­nym sie­dze­niu. Przez kilka mi­nut trzy­ma­łam ją w dło­niach. Co by się stało, gdy­bym po­wie­działa matce prawdę?

– Do­bro po­rwa­nych dzieci leży jej na sercu – od­par­łam. – Prze­ka­zała mi­liony do­la­rów na walkę z han­dlem ludźmi, po­maga bu­do­wać schro­ni­ska dla bez­dom­nych dzieci, żeby nie sy­piały na uli­cach, skąd ła­twiej je po­rwać.

– Ofiary po­rwań, ale… co… dla­czego, dla­czego tak… kła­miesz?

Znów wzię­łam głę­boki od­dech i po­sta­no­wi­łam zdać się na ko­lejne kłam­stwo.

– Bo na­prawdę my­ślę o or­ga­ni­za­cji ta­kiego wy­da­rze­nia i po­my­śla­łam, że chcia­ła­byś mi po­móc. Chcia­ła­byś?

Prze­łknę­łam ślinę i spoj­rza­łam na mamę, przy­gry­za­jąc wargę. Uwie­rzyła?

– Hm… No cóż… Dla­czego po pro­stu nie za­py­ta­łaś? Wiesz, że uwiel­biam or­ga­ni­zo­wać ta­kie rze­czy. Dla­czego mu­sia­łaś mnie po­rwać i trzy­mać wszystko w ta­jem­nicy?

Uśmiech­nę­łam się i odło­ży­łam teczkę na tylne sie­dze­nie.

– Chyba ba­łam się, że od­mó­wisz.

– Dla­czego mia­ła­bym od­mó­wić po­mocy dzie­ciom? Prze­cież i tak nie mam nic lep­szego do ro­boty. Taki pro­jekt mógłby się oka­zać zba­wienny dla mnie i dla nas. I dla dzieci, oczy­wi­ście.

– Czyli się zga­dzasz? – Opu­ści­łam szybę, by na­ci­snąć gu­zik do­mo­fonu.

Mama po­ki­wała głową.

– Tak, zga­dzam się. O ile obie­casz, że wię­cej mnie już tak nie pod­pu­ścisz.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu, po czym od­wró­ci­łam głowę i wci­snę­łam gu­zik, pod­czas gdy coś krzy­czało we mnie na cały głos: „Co ty wy­pra­wiasz, ko­bieto?”.

Roz­dział 8

Dom Kelly Stone oka­zał się osza­ła­mia­jący, tak jak się spo­dzie­wa­łam. Do­prawdy godny hol­ly­wo­odz­kiej gwiazdy. We­szły­śmy po scho­dach, pod drew­niane dwu­skrzy­dłowe drzwi, gdzie po­wi­tała nas asy­stentka. Dom stał na plaży, kiedy we­szły­śmy do holu, ze wszyst­kich stron oto­czyły nas wspa­niałe wi­doki. Atlan­tyk mie­nił się w słońcu, wy­glą­dał bar­dzo ku­sząco przez łu­ko­wate okna w stylu hisz­pań­skim.

– Pani Stone za­raz zej­dzie – po­wie­działa asy­stentka, pro­wa­dząc nas do sa­lonu tak wiel­kiego, że po­mie­ściłby cały mój dom. Był pięk­nie urzą­dzony, nie­wąt­pli­wie pro­fe­sjo­nal­nie, w stylu pla­żo­wym. Po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści w sto­sunku do tej ko­biety, która mo­gła być moją sio­strą. Ni­gdy nie by­łam do­bra w urzą­dza­niu wnętrz, moje domy wy­glą­dały za­zwy­czaj jak ko­cioł pe­łen za­ba­wek i brud­nego pra­nia. W ży­ciu nie zdo­ła­ła­bym się tak urzą­dzić.

– Ład­nie tu, prawda? – po­wie­działa mama, roz­glą­da­jąc się. – Bar­dzo sty­lowo.

– No cóż, jak się ma tyle kasy, to pew­nie ła­two pięk­nie miesz­kać – od­par­łam nieco po­iry­to­wa­nym to­nem. Wie­dzia­łam, że ma­mie nie po­doba się, jak miesz­kam, wiecz­nie po nas sprzą­tała, od­kąd się wpro­wa­dziła, a mimo to wo­kół wciąż pa­no­wał ba­ła­gan. Ten dom bar­dziej pa­so­wał do niej. Wią­zało się to też z tym, że wy­cho­wy­wa­łam się w domu, gdzie w za­sa­dzie nie wolno było do­ty­kać me­bli. Obie­cy­wa­łam so­bie, że moje dzieci nie będą tak do­ra­stać. A to z ko­lei wią­zało się z ko­niecz­no­ścią miesz­ka­nia w roz­gar­dia­szu. Z na­tury nie by­łam schludna. Ni­gdy nie było to dla mnie prio­ry­te­tem. Wo­la­łam zaj­mo­wać się dziećmi. Zwłasz­cza kiedy jesz­cze słu­ży­łam w FBI i tak dużo pra­co­wa­łam, że rzadko by­wa­łam w domu. Kiedy tylko więc do niego we­szłam, kon­cen­tro­wa­łam się na dzie­ciach. Nie było czasu na sprzą­ta­nie i my­śle­nie o wy­stroju. Mama ni­gdy nie mo­gła tego zro­zu­mieć. Uwa­żała, że za­nie­dbuję ro­dzinę, pra­cu­jąc i nie dba­jąc o dom.

– To ta­kie eks­cy­tu­jące. – Mamę prze­szedł dreszcz. – Po­znamy praw­dziwą gwiazdę fil­mową.

Ostat­nie słowa wy­szep­tała, jakby to była ta­jem­nica. Po­czu­łam cię­żar w żo­łądku, kiedy za­czę­łam się za­sta­na­wiać, dla­czego mi się wy­da­wało, że to się do­brze skoń­czy. Jak mia­łam za­re­ago­wać na jej wi­dok? Czy ona mo­gła się do­my­ślić, kim je­ste­śmy?

– Dzień do­bry – za­wo­łał ktoś z dru­giego końca po­miesz­cze­nia. Piękna ko­bieta w lek­kiej zwiew­nej su­kience nie­mal pły­nęła w na­szą stronę po mar­mu­ro­wej po­sadzce. Ga­pi­łam się na nią z otwar­tymi ustami, oszo­ło­miona jej urodą. Kiedy na­sze oczy się spo­tkały, po­czu­łam ukłu­cie w żo­łądku. Nie wie­dzia­łam, czy ona rów­nież to po­czuła, ale coś mu­siało się stać, bo jej uśmiech na uła­mek se­kundy za­marł. Prze­nio­sła wzrok na moją mamę, na­szą mamę, po czym po­krę­ciła głową i znów uśmiech­nęła się ni­czym gwiazda fil­mowa.

Wró­ciła do roli.

– Wi­tam, wi­tam, prze­pra­szam, że mu­siały pa­nie cze­kać.

Uści­snęła na­sze dło­nie, a my się przed­sta­wi­ły­śmy. Kiedy mama po­dała swoje na­zwi­sko, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy ta ko­bieta coś o nas wie, czy zna na­sze na­zwi­ska, ale jej re­ak­cja ni­czego ta­kiego nie zdra­dziła. Do­piero kiedy na­sze oczy znów się spo­tkały, wy­czu­łam, że na­sza go­spo­dyni nie­ru­cho­mieje od czasu do czasu, jakby pró­bo­wała coś so­bie przy­po­mnieć, lecz na próżno.

– Pro­szę sia­dać. Je­stem z Lon­dynu, więc dla mnie o tej po­rze dnia na ze­wnątrz jest za go­rąco. Może zaj­miemy ka­napy przy tam­tym oknie?

Kiw­nę­ły­śmy gło­wami z uśmie­chem. Zer­k­nę­łam na mamę, kiedy usia­dły­śmy na mięk­kich ka­na­pach o wiel­kich po­du­chach. Coś zo­ba­czy­łam w jej oczach, ale szybko znik­nęło.

– Do­brze więc. Co mogę dla was zro­bić? – za­py­tała Kelly Stone, łą­cząc wy­ma­ni­kiu­ro­wane dło­nie. – Moja asy­stentka mó­wiła coś o im­pre­zie cha­ry­ta­tyw­nej, dla któ­rej szu­ka­cie spon­sora?

Roz­dział 9

Wpa­try­wa­łam się w sie­dzącą przede mną ko­bietę, kiedy opo­wia­dała nam, jak ważna jest dla niej kwe­stia po­rwań dzieci na ca­łym świe­cie. Jej nad­garstki zdo­biła kosz­towna bi­żu­te­ria.

– Ta sprawa za­wsze była bli­ska mo­jemu sercu, nie tylko pro­blem strę­czy­ciel­stwa, ale też po­rwa­nia dzieci przez ro­dzi­ców i bli­skich krew­nych. Wiele z nich na za­wsze traci kon­takt z ro­dziną. Do­ra­stają w po­czu­ciu po­rzu­ce­nia i przez całe ży­cie szu­kają tej bra­ku­ją­cej czę­ści sie­bie. Na tym aspek­cie rów­nież warto się sku­pić.

– Jest to straszne rów­nież dla ro­dzin, które zo­stały po­zba­wione tych dzieci – wtrą­ciła moja matka ła­mią­cym się nieco gło­sem. – Nie wie­dzą na­wet, czy te dzieci żyją.

Kelly Stone nie od­po­wie­działa. Przez chwilę pa­trzyła ma­mie w oczy, a ja za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy wie. Po­krę­ciła jed­nak lekko głową i od­chy­liła się na opar­cie ka­napy.

– Gdzie się po­działy moje ma­niery? Są tu pa­nie już od dłuż­szej chwili, a ja nie za­pro­po­no­wa­łam do­tąd nic do pi­cia. To oznaka braku wy­cho­wa­nia tam, skąd po­cho­dzę, więc bar­dzo prze­pra­szam. Czego się pa­nie na­piją? Kawy? Wody? Le­mo­niady?

Mama wpa­try­wała się w nią, śle­dziła każdy jej ruch. Mój puls przy­spie­szył.

– Chęt­nie na­piję się le­mo­niady – za­de­kla­ro­wa­łam. – Mama rów­nież. Je­śli to nie kło­pot.

Kelly Stone zwró­ciła się w moją stronę.

– Ża­den kło­pot.

Na­sze oczy znów się spo­tkały, a serce pra­wie wy­sko­czyło mi z piersi. Nie po­zo­stał na­wet cień wąt­pli­wo­ści. To była ona. Syd­ney. Wy­glą­dała cał­kiem ina­czej, niż kiedy by­ły­śmy dziećmi, po­dej­rze­wa­łam in­ter­wen­cję chi­rurga pla­stycz­nego, ale kiedy pa­trzy­łam jej w oczy, wie­dzia­łam, że to na pewno ona. Prze­peł­niły mnie emo­cje, trudno było je opa­no­wać. Tę­sk­ni­łam za nią przez wiele lat, by­łam prze­ko­nana, że umarła, prze­pa­dła, a te­raz sie­działa przede mną jako ko­bieta suk­cesu, żywa, zdrowa i pięk­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek. Chcia­łam wy­rzu­cić z sie­bie wszystko, po­dać praw­dziwy po­wód na­szej wi­zyty, ale tego nie zro­bi­łam. Za bar­dzo się ba­łam, że mo­gła­bym ją znów stra­cić, że roz­gnie­wa­łaby się na nas.

We­zwała asy­stentkę, któ­rej po­le­ciła przy­nieść nam le­mo­niadę, po czym na po­wrót usia­dła.

– To ta­kie cu­do­wne. – Wes­tchnęła. – Matka i córka wspól­nie or­ga­ni­zują ta­kie wy­da­rze­nie.

– Tak, cóż, my też pró­bu­jemy od­no­wić więź po la­tach prze­rwy – od­par­łam. – Do­piero nie­dawno się tu prze­pro­wa­dzi­łam.

– To miłe – po­wtó­rzyła Kelly z uśmie­chem. – Ma pani dzieci?

Przy­tak­nę­łam, czu­jąc co­raz więk­szy ucisk w gar­dle. Mia­łam kło­pot nie tylko z prze­ły­ka­niem, ale też od­dy­cha­niem.

– Troje. – Po­czu­łam łzy pod po­wie­kami. Pró­bo­wa­łam je po­wstrzy­mać, ale prze­gry­wa­łam tę walkę. – Dwie dziew­czynki i chłopca.

– Cu­dow­nie. Na pewno cie­szą się, że mają bab­cię w po­bliżu. Wy­da­je­cie się sym­pa­tyczną ro­dziną.

– Tak… Cóż… Sta­ramy się, jak mo­żemy.

– Nie za­wsze jest ła­two, prawda? W ro­dzi­nie.

– Nie za­wsze. Ale warto się sta­rać.

Kelly Stone za­ci­snęła dłoń w pięść i na chwilę za­mknęła oczy. Wzięła się w garść, kiedy po­ja­wiła się asy­stentka z le­mo­niadą. Mama chwy­ciła za szklankę i opróż­niła ją jed­nym hau­stem. Utkwi­łam w niej zdu­mione spoj­rze­nie. Za­zwy­czaj nie piła na­po­jów za­wie­ra­ją­cych cu­kier.

– Ojej, mu­sia­łam być bar­dzo spra­gniona. – Ze zdzi­wie­niem spoj­rzała na pu­stą szklankę w dłoni. – W moim wieku trzeba uwa­żać, żeby się nie od­wod­nić.

Oczy Kelly Stone za­szły mgłą, kiedy pa­trzyła, jak mama od­sta­wia szklankę tak, by na pewno tra­fiła na pod­stawkę, którą zna­la­zła.

– Robi się co­raz go­rę­cej – od­parła. – Każdy z nas po­wi­nien dużo pić, żeby się na­wad­niać. Zwłasz­cza ta­kie osoby jak ja, które nie przy­wy­kły jesz­cze do upa­łów Flo­rydy.

Ja rów­nież po­pi­ja­łam le­mo­niadę, nie bar­dzo wie­dząc, co po­win­nam zro­bić lub po­wie­dzieć. Chcia­łam zo­stać jak naj­dłu­żej, aby po­roz­ma­wiać z sio­strą, chcia­łam do­wie­dzieć się o niej wszyst­kiego, skoro już ją od­na­la­złam, i chcia­łam, by ona do­wie­działa się wszyst­kiego o mnie. Jed­no­cze­śnie jed­nak mia­łam wra­że­nie, że za­raz zwy­mio­tuję. Emo­cji było co­raz wię­cej, nie by­łam pewna, jak długo jesz­cze zdo­łam utrzy­mać je na wo­dzy.

– Hm… Chyba mu­simy… Czy mo­gła­bym sko­rzy­stać z ła­zienki? – za­py­ta­łam.

Kelly Stone z uśmie­chem po­ki­wała głową.

– Oczy­wi­ście. Na końcu ko­ry­ta­rza w lewo.

Wsta­łam i wy­bie­głam z po­koju, zna­la­złam drzwi pro­wa­dzące do ła­zienki. Za­mknę­łam je za sobą, opar­łam się o nie ple­cami, osu­nę­łam się na pod­łogę i w końcu prze­sta­łam po­wstrzy­my­wać łzy.

Roz­dział 10

Kiedy wró­ci­łam, mama piła drugą le­mo­niadę, tym ra­zem wol­niej, mniej­szymi łycz­kami. Za­sta­na­wia­łam się, czy za­mie­niły choć słowo pod moją nie­obec­ność, ta­kie były ci­che, kiedy we­szłam do po­koju. Wie­dzia­łam z in­ter­netu, że Kelly Stone nie ma dzieci, ale i tak roz­glą­da­łam się za zdję­ciami dro­gich jej osób. Żad­nego nie zna­la­złam.

– Mieszka tu pani sama? – za­py­ta­łam, kiedy usia­dłam.

Kelly po­krę­ciła głową.

– Nie, z na­rze­czo­nym.

A więc był ktoś jesz­cze w jej ży­ciu. To mnie nieco uspo­ko­iło. Nie po­do­bała mi się myśl, że jest tu­taj cał­kiem sama.

– Po­woli przy­zwy­cza­jam się do jego obec­no­ści. Za­wsze miesz­ka­łam sama. Czę­sto by­łam sama, kiedy do­ra­sta­łam. – Znów ze­brało się jej na płacz, ale ukryła to za sze­ro­kim uśmie­chem. – Nie mia­łam du­żej ro­dziny ani żad­nego… ro­dzeń­stwa. Tylko tatę. – Po­cią­gnęła no­sem, po czym spoj­rzała naj­pierw na mamę, a po­tem na mnie. – Nie wiem, dla­czego wam to wszystko mó­wię. Pew­nie uzna­cie mnie za wa­riatkę. Za­zwy­czaj je­stem bar­dzo skryta, a was na pewno nie in­te­re­sują wszyst­kie moje…

– Ależ in­te­re­sują – wtrą­ci­łam i od razu tego po­ża­ło­wa­łam. Opu­ści­łam wzrok. – To zna­czy, w ogóle nam to nie prze­szka­dza. Do­brze wie­dzieć, że w ak­torce kryje się czło­wiek, je­śli wie pani, co mam na my­śli?

Kelly przy­tak­nęła.

– Po­nio­sło mnie. Prze­pra­szam. Na pewno chce pani wra­cać do dzieci. Prze­cież jest so­bota. Może więc przej­dziemy do szcze­gó­łów pla­no­wa­nego wy­da­rze­nia, do­brze? Ile trzeba, by udało się je zor­ga­ni­zo­wać?

Nie wiem, skąd się wzięły, ale rzu­ci­łam kilka liczb. Na­kre­śli­łam po­bieżny plan tuż przed wyj­ściem z domu i te­raz jej go po­ka­za­łam, cho­ciaż nie mia­łam po­ję­cia, czy wy­gląda wia­ry­god­nie jako im­preza cha­ry­ta­tywna. Nie wie­dzia­łam, czy Kelly Stone tylko pró­buje być miła, ale włą­czyła się do roz­mowy i za­nim się obej­rza­ły­śmy, za­de­kla­ro­wała, że sfi­nan­suje ca­łość, o ile utrzy­mamy jej udział w ta­jem­nicy. Nie chciała, by me­dia się do­wie­działy. Nie ro­biła tego dla roz­głosu.

Po­że­gna­ły­śmy się w końcu, wró­ci­ły­śmy z mamą do sa­mo­chodu, a ja włą­czy­łam sil­nik. Mama mil­czała, kiedy wy­jeż­dża­ły­śmy z pod­jazdu i kiedy brama za­mknęła się za nami. Ło­mo­ta­nie serca od­bi­jało się echem w mo­ich uszach, za­sta­na­wia­łam się, co naj­lep­szego zro­bi­łam. Czego się spo­dzie­wa­łam po tym dniu? Wie­dzia­łam, że chcę ją zo­ba­czyć na wła­sne oczy, za­nim co­kol­wiek po­sta­no­wię. Chcia­łam się upew­nić, że to na­prawdę ona. Chyba uzna­łam, że kiedy ją zo­ba­czę, zy­skam pew­ność, i nie my­li­łam się. Wie­dzia­łam, że to ona, ale nie wszystko prze­my­śla­łam. Bo co da­lej? Czy po­win­nam zor­ga­ni­zo­wać tę galę? Czy po­win­nam wró­cić i wy­znać prawdę? Jak by na to za­re­ago­wała?

Wy­je­cha­łam na A1A i po­pę­dzi­łam w kie­runku Co­coa Be­ach. Mama sie­działa obok w mil­cze­niu.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej za­par­ko­wa­łam przed do­mem i zga­si­łam sil­nik, a mama w końcu na mnie spoj­rzała. Już mia­łam wy­siąść, kiedy po­ło­żyła mi dłoń na ra­mie­niu. Spoj­rzała na mnie ze łzami w oczach.

– Dzię­kuję – po­wie­działa. – Że mnie w to włą­czy­łaś.

– Mamo…

Po­ki­wała głową.

– Wiem, skar­bie, wiem. Nie mu­sisz nic mó­wić. Po­win­ny­śmy się z tym prze­spać, a po­tem zde­cy­do­wać, jak się z tym upo­ramy.

Wy­sia­dła z sa­mo­chodu, zo­sta­wiła mnie onie­miałą w środku. Co miała na my­śli? Wie­działa i nie chciała mi po­wie­dzieć? Czy cho­dziło jej tylko o im­prezę?

Z nią ni­gdy nie było pew­no­ści.

Roz­dział 11

Wcze­śniej

Po po­wro­cie do domu ze strze­la­niny na far­mie Gary Pierce przy­tu­lił synka nieco moc­niej niż zwy­kle. Iris sta­nęła za nim, kiedy trzy­mał w ra­mio­nach małe za­wi­niątko, ro­niąc łzy.

Z tro­ską po­ło­żyła mu dłoń na ra­mie­niu.

– Coś się dzi­siaj stało?

Gary prze­łknął ślinę i po­ca­ło­wał ją w czoło. Nie chciał jej o tym mó­wić, nie chciał jej mar­twić.

– To tylko praca, skar­bie. Tylko praca.

Wes­tchnął i wziął żonę w ra­miona, przy­tu­lił do sie­bie dwie uko­chane istoty tak mocno, jak się tylko dało, a lęk i nie­po­kój po­woli bla­dły. Było bli­sko. Nie­mal wszystko stra­cił, kiedy spoj­rzał w wy­lot lufy. Był pe­wien, że ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czy syna i żony. Zdu­mie­wa­jące, ile my­śli może prze­mknąć czło­wie­kowi przez głowę, kiedy za­gląda śmierci w oczy. My­ślał głów­nie o Oli­ve­rze i o tym, że prze­oczy wszyst­kie naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia jego ży­cia. Ni­gdy nie zo­ba­czy jego pierw­szych kro­ków, pierw­szego dnia szkoły i wrę­cze­nia dy­plo­mów. Nie zo­ba­czy, na ja­kiego przy­stoj­nego, mą­drego męż­czy­znę Oli­ver wy­ro­śnie, nie bę­dzie mógł bez­u­stan­nie zdu­mie­wać się tym, jaki jest in­te­li­gentny i tro­skliwy wo­bec in­nych. Bał się prze­oczyć to wszystko. Strach to­wa­rzy­szył mu każ­dego dnia, kiedy wy­cho­dził do pracy, nie wie­dząc, co go spo­tka.

Ta­kie same my­śli drę­czyły Iris, kiedy każ­dego ranka wrę­czała mu kawę i że­gnała go po­ca­łun­kiem. Dla niej było to rów­nie trudne.

Gary i Wil­son usły­szeli, że są bo­ha­te­rami. Oca­lili ży­cie czło­wie­kowi, który mógł dzięki nim wró­cić do swo­jego syna. Po­rwano go dla pie­nię­dzy, które rze­komo był wi­nien po­ry­wa­czom. Po­ry­wa­cze mieli po­wią­za­nia z gan­gami, sprawa nie za­koń­czy­łaby się po­myśl­nie ani dla męż­czy­zny, ani dla chłopca, gdyby Gary i Wil­son nie in­ter­we­nio­wali. Po­kle­py­wano ich po ple­cach, zbi­jano z nimi piątki i ob­sy­py­wano ich kom­ple­men­tami, ale Gary mógł my­śleć tylko o tym, jak nie­wiele bra­ko­wało. Po raz pierw­szy w trak­cie służby tak bar­dzo prze­stra­szył się śmierci i to go prze­ra­ziło. Ni­gdy ni­czego się nie bał, zwłasz­cza w ro­bo­cie. Jako agent FBI nie mógł so­bie po­zwo­lić na strach. Ry­zyko było nie­od­łączną czę­ścią tego za­wodu, wszy­scy to wie­dzieli. Ni­gdy wcze­śniej się tym nie przej­mo­wał. W za­sa­dzie na­wet o tym nie my­ślał. Co się więc zmie­niło?

Spoj­rzał na żonę i syna z bi­ją­cym ser­cem.

Te­raz miał zbyt wiele do stra­ce­nia.

Iris wspięła się na palce, by go po­ca­ło­wać, po czym po­gła­skała go lekko po po­liczku. Oli­ver za­czął ma­ru­dzić, pew­nie zgłod­niał, kiedy wy­czuł obec­ność matki. Wy­da­wał się taki kru­chy w ra­mio­nach Gary’ego, nie mie­ściło się w gło­wie, że po­ra­dzi so­bie na tym okrut­nym świe­cie. Wła­śnie dla­tego Gary ro­bił to, co ro­bił. Na­prawdę wie­rzył, że przy­kłada rękę do tego, by świat stał się bez­piecz­niej­szym miej­scem dla Oli­vera, kiedy wsa­dzał za kratki ban­dy­tów.

No chyba że oni do­padną go pierwsi.

– We­zmę go – po­wie­działa Iris, kiedy Oli­ver pi­snął, co ozna­czało, że wkrótce za­cznie pła­kać. Po trzech ty­go­dniach co­raz le­piej roz­po­zna­wali sy­gnały pły­nące ze strony synka i od­ga­dy­wali jego po­trzeby. Zwy­kle naj­pierw pró­bo­wali go na­kar­mić, po­tem spraw­dzali czy­stość pie­lu­chy, a je­śli to nie za­dzia­łało, za­kła­dali, że jest zmę­czony i trzeba prze­ko­nać go do drzemki. Gary prze­ka­zał chłopca żo­nie, pod­trzy­mu­jąc mu główkę. Iris usia­dła, by po­dać mu pierś. Oli­ver stęk­nął za­do­wo­lony. Matka gła­skała go po rzad­kich wło­sach pod­czas kar­mie­nia i śpie­wała. Gary przy­glą­dał im się, czu­jąc co­raz więk­szy ucisk w gar­dle. Miał świa­do­mość, że to naj­szczę­śliw­sza chwila jego ży­cia. Nie chciał nic po­nad to, co miał te­raz.

Ja­kim cu­dem tak mu się po­szczę­ściło?

Roz­dział 12

– Czego on może od nas chcieć?

Ci­chy ochry­pły głos Avy od­bił się echem od ścian nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia. Ca­rina pod­nio­sła głowę, aby spoj­rzeć na przy­ja­ciółkę. Wszyst­kie o tym my­ślały, ale ona pierw­sza za­dała py­ta­nie na głos. Kiedy tu tra­fiły, krzy­czały go­dzi­nami, wa­liły pię­ściami w ściany w na­dziei, że ktoś je usły­szy i ura­tuje. Szybko jed­nak stra­ciły siły, a wraz z nimi na­dzieję. Miały wra­że­nie, że prze­by­wają tu od za­wsze, za­częły się za­sta­na­wiać, czy to się kie­dy­kol­wiek skoń­czy. Czy może po pro­stu po­umie­rają w tej dziu­rze?

– My­śli­cie, że chce nas zgwał­cić?

Na te słowa Tara za­częła gło­śno szlo­chać, ukryła twarz w dło­niach i zwi­nęła się w kłę­bek na ma­te­racu.

Znów Ava tylko wy­po­wie­działa na głos to, o czym wszyst­kie my­ślały, a mimo to wzbu­dziło to w Ca­ri­nie nie­po­kój. Nie chciała o tym my­śleć, lecz my­ślała – i to bez­u­stan­nie. Uwa­żała, że to tylko kwe­stia czasu.

– Oglą­da­łam nie­dawno na Net­flik­sie se­rial o dziew­czy­nach, które zo­stały upro­wa­dzone. Po­ry­wacz prze­trzy­my­wał je przez je­de­na­ście lat.

Ca­rina za­mknęła oczy, pró­bu­jąc się uspo­koić. Sama myśl była prze­ra­ża­jąca.

– Gwał­cił je, na­wet ro­dziły mu dzieci. Je­de­na­ście lat – do­dała Ava. – Będę mieć dwa­dzie­ścia osiem lat. Cała mło­dość zmar­no­wana.

– Prze­stań – wtrą­ciła Tara. – Pro­szę, prze­stań.

Ava spoj­rzała na nią i przy­gry­zła wargę.

– Są też tacy, któ­rzy po­ry­wają dziew­czyny, a po­tem mor­dują je, kiedy zajdą w ciążę.

– Prze­stań już, do­bra? – ode­zwała się Ca­rina. – Prze­stań opo­wia­dać o ta­kich rze­czach.

Ava prze­nio­sła na nią wzrok, łań­cuch na jej szyi za­brzę­czał, kiedy prze­chy­liła głowę. To wtedy Ca­rina za­uwa­żyła stru­mie­nie łez na jej po­licz­kach. Słaba ża­rówka pod su­fi­tem da­wała tylko tyle świa­tła, by wi­działy, gdzie jeść, a gdzie si­kać, lecz nic po­nad to.

– Po­win­ny­śmy pod­no­sić się na du­chu – do­dała Ca­rina i po­ło­żyła drżącą dłoń na ra­mie­niu przy­ja­ciółki. – Jesz­cze nas nie tknął, może więc nie po to tu je­ste­śmy.

Tara usia­dła, łań­cuch za­dzwo­nił o pręt, do któ­rego był przy­mo­co­wany.

– Ja­sne, że po to. W ja­kim in­nym celu po­rwałby trzy dziew­czyny w na­szym wieku? Bę­dzie nas gwał­cić, aż bę­dziemy krzy­czeć, a po­tem nas po­za­bija. Na­prawdę nie ro­zu­miesz?

Ro­zu­miała i wie­działa, że przy­ja­ciółki pew­nie mają ra­cję. Wie­działa też jed­nak, że roz­my­śla­nie o tych wszyst­kich strasz­nych rze­czach, które mogą je spo­tkać, ani tro­chę im nie po­może. Tylko je to osła­biało, pa­ra­li­żo­wało lę­kiem, a pew­nie wła­śnie tego chciał ten czło­wiek. Zo­ba­czyła to w jego oczach, kiedy po­py­chał ją do piw­nicy. Chciał, by się go bały, by wie­działy, że on tu rzą­dzi. Miał w oczach tę samą żą­dzę wła­dzy co po­li­cjant, który kie­dyś za­trzy­mał na po­bo­czu tatę Avy. Tata Avy był czarny, gliny za­wsze trak­to­wały go w taki spo­sób, za­ło­żyli na­wet, że Ava nie może być jego, po­nie­waż miała ja­sną cerę i nie była do niego po­do­bna. Bar­dziej przy­po­mi­nała matkę.

– W ogóle się nie bo­isz? – za­py­tała te­raz.

– Oczy­wi­ście, że się boję – od­parła Ca­rina. – Mó­wię tylko, że po­win­ny­śmy za­cho­wać spo­kój. Pa­ni­ko­wa­nie nic nam nie da, prawda? Chcę, że­by­śmy wy­szły stąd żywe, i my­ślę, że je­śli bę­dziemy trzy­mać się ra­zem, może uda nam się ja­koś prze­chy­trzyć tego fa­ceta.

Tara wbiła w nią wzrok i otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia. Cała się trzę­sła, choć w po­miesz­cze­niu było bar­dzo go­rąco, bra­ko­wało po­wie­trza. Ca­rina po­twor­nie cier­piała z po­wodu klau­stro­fo­bii, mu­siała bar­dzo się sta­rać, aby nie wpaść w pa­nikę.

– Ale jak? – za­py­tała Tara.

– Jesz­cze nie wiem. Ale chcę, że­by­śmy się miały na bacz­no­ści. Scho­dzi tu raz dzien­nie, tak mi się wy­daje, bo prze­cież za­brał nam te­le­fony i ze­garki. Ale wy­daje mi się, że ja­koś tak raz dzien­nie. Kiedy przyj­dzie, mamy oczy i uszy otwarte, okej? Na ra­zie tylko tyle mo­żemy zro­bić. A naj­waż­niej­sze: nie pa­ni­ku­jemy.

Roz­dział 13

W nie­dzielny po­ra­nek moją twarz ob­lało słońce wpa­da­jące przez za­słony. Prze­wró­ci­łam się na drugi bok i ob­ję­łam Matta ra­mie­niem. Osta­tecz­nie po­je­chał na po­ste­ru­nek i pra­co­wał do późna. Wró­cił, kiedy już mia­łam się po­ło­żyć. Jesz­cze przez go­dzinę roz­ma­wia­li­śmy w sa­lo­nie – opo­wie­dzia­łam mu o spo­tka­niu z sio­strą – a po­tem za­czę­li­śmy się ca­ło­wać i po dwóch kie­lisz­kach wina rzu­ci­li­śmy się na sie­bie. Wy­lą­do­wa­li­śmy na gó­rze w moim łóżku, gdzie w końcu za­snę­li­śmy.

Po­woli do­tarło do mnie, co się wy­da­rzyło i że Matt na­dal u mnie jest. Otwo­rzy­łam oczy.

– Kurde – mruk­nę­łam.

Obu­dził się z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach.

– Cie­bie też miło wi­dzieć w ten piękny po­ra­nek.

Po­chy­lił się, by mnie po­ca­ło­wać, ale się od­su­nę­łam.

– Na­dal tu je­steś – po­wie­dzia­łam.

Usiadł i prze­cze­sał włosy pal­cami. Mu­sia­łam przy­znać, że ran­kiem wy­gląda nie mniej sek­sow­nie. Wbi­łam wzrok w jego brzuch. Chad ni­gdy nie miał ta­kich mię­śni. Nie był gruby, ale nie był też na­pa­ko­wany ani na­wet tak wy­spor­to­wany. Na­gle sta­łam się bar­dziej świa­doma wła­snych gru­bych ud i oponki na brzu­chu na­dal no­szą­cej bar­dzo wi­do­czne ślady trzech ciąż.

– Nie spo­sób się z tym nie zgo­dzić – przy­tak­nął Matt z uśmie­chem.

– Nie, nie, nie ro­zu­miesz. Dzieci. Nie mogą wie­dzieć, że tu je­steś… że zo­sta­łeś na noc.

Matt wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i po­dra­pał się po gło­wie.

– Wy­bacz, ale za­snę­li­śmy po…

– Nie tak gło­śno, jesz­cze usły­szą. Nie mogą się do­wie­dzieć.

Spoj­rzał na mnie.

– Na­prawdę my­ślisz, że nie wie­dzą? Spo­ty­kamy się od sze­ściu mie­sięcy, Evo Rae. Wiecz­nie się tu kręcę. Tyle że do­tąd nie zo­sta­łem na noc.

Spoj­rza­łam na niego, po czym za­kry­łam się koł­drą. Ob­jął mnie ra­mie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie, żeby mnie mocno po­ca­ło­wać.

– Lu­bię bu­dzić się obok cie­bie – szep­nął. – Chcę czę­ściej to ro­bić.

– A Eli­jah?

– Co z nim? Noc spę­dził u mo­jej mamy.

– Je­steś go­tów mu o nas po­wie­dzieć?

Zmarsz­czył czoło.

– To zna­czy? Prze­cież wie, że się spo­ty­kamy. Lubi cię. Chyba na­wet lubi cie­bie bar­dziej niż mnie, je­śli mam być szczery. Ale w su­mie wszyst­kich lubi bar­dziej ode mnie ostat­nimi czasy.

– Ale czy chcesz, żeby wie­dział, że tu no­cu­jesz? – do­py­ty­wa­łam. – Nie je­stem pewna, czy je­stem go­towa na to, by po­wie­dzieć dzie­ciom, że… że my dwoje…

Ro­ze­śmiał się.