Powiedz pszczołom, że odszedłem - Diana Gabaldon - ebook + audiobook + książka

Powiedz pszczołom, że odszedłem ebook

Diana Gabaldon

5,0
89,00 zł

lub
Opis

Powiedz pszczołom, że odszedłem” to dziewiąty tom fascynującej sagi „Obca” o podróżniczce w czasie Claire Randall i osiemnastowiecznym Szkocie Jamiem Fraserze, nagradzanej i przetłumaczonej na 33 języki.

Wydaje się, że przeszłość da im schronienie... lecz te czasy są zbyt niebezpieczne, by przeżyć.

W 1743 roku powstanie jakobitów rozdzieliło Jamiego Frasera i Claire Randall. Minęło dwadzieścia lat, zanim się odnaleźli, ale rewolucja amerykańska ponownie grozi im rozstaniem.

Jest rok 1779. Claire i Jamie wreszcie spotykają córkę Briannę, jej męża Rogera oraz ich dzieci na farmie Fraser’s Ridge, choć sądzili, że już nigdy nie zdołają zjednoczyć całej rodziny.

Jednak nawet w odległych rejonach Karoliny Północnej odczuwa się skutki wojny. W koloniach rośnie napięcie, a miejscowe nastroje sprawiają, że w piekielnym tyglu wrze. Jamie wie, że nie wszyscy najemnicy są lojalni i wojna zapuka do jego drzwi. Rewolucja zbliża się do Fraser’s Ridge. A zjednoczona rodzina, z Jamiem i Claire, ma do stracenia więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Wszystkie części sagi „Obca” zajmowały najwyższe miejsca na listach bestsellerów w 114 krajach i rozeszły się w łącznym nakładzie 50 milionów egzemplarzy. Powieść została zekranizowana. Cieszący się popularnością serial jest dostępny na platformie Netflix.

Diana Gabaldon stworzyła również sagę „Lord John”, powiązaną fabułą z serią „Obca”, oraz zbiór opowiadań „Siedem głazów przeznaczenia”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1831

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Diana Gabal­don

Powiedz psz­czo­łom, że odsze­dłem

Świat Książki

Mapa

Prolog

Pro­log

Wiesz, że coś ma się wyda­rzyć. Coś – coś kon­kret­nego, nie­do­brego, coś okrop­nego nad­cho­dzi, jest coraz bli­żej. Wyobra­żasz to sobie i pró­bu­jesz odsu­nąć to wra­że­nie, ale ono powoli i nie­ubła­ga­nie znów wkrada się do two­jego umy­słu.

Przy­go­to­wu­jesz się, jak możesz. Albo wydaje ci się, że się przy­go­to­wu­jesz, cho­ciaż w głębi duszy znasz prawdę – nie ma spo­sobu, by unik­nąć tego ciosu, zamor­ty­zo­wać go czy osła­bić. Kiedy nadej­dzie, będziesz zupeł­nie bez­radny.

Dosko­nale o tym wiesz.

A jed­nak ni­gdy nie myślisz, że to się sta­nie wła­śnie dzi­siaj.

Część pierwsza

Część pierw­sza

RÓJ PSZ­CZÓŁ W TRU­CHLE LWA

1. MacKenzie tu są

Fra­ser’s Ridge, Kolo­nia Karo­liny Pół­noc­nej

17 czerwca 1779

Pod moim pra­wym poślad­kiem tkwił jakiś kamyk, ale nie chcia­łam się poru­szać. Maleń­kie serce pod moimi pal­cami biło cicho i upar­cie – kró­ciut­kie drgnie­nia życia, a mię­dzy nimi prze­strzeń nie­skoń­czo­no­ści łącząca mnie z ciem­nym nie­bem i wzbi­ja­ją­cym się wysoko pło­mie­niem.

– Prze­suń tro­chę tyłek, Angliszko – usły­sza­łam tuż przy uchu. – Muszę się podra­pać w nos, a ty sie­dzisz mi na ręce.

Jamie poru­szył pode mną pal­cami. Obró­ci­łam się w jego stronę i zmie­ni­łam pozy­cję, nie wypusz­cza­jąc z ramion bez­wład­nego ciała głę­boko uśpio­nej trzy­let­niej Mandy.

Uśmiech­nął się do mnie nad potar­ganą głową Jema i podra­pał się w nos. Chyba minęła już pół­noc, ale ogień wciąż wzbi­jał się wysoko. Pło­mie­nie rzu­cały refleksy na zarost na jego bro­dzie, spo­wi­jały mięk­kim bla­skiem jego oczy, rude włosy jego wnuka oraz ciemne fałdy zno­szo­nego tar­tanu, któ­rym oby­dwaj byli okryci.

Po dru­giej stro­nie ognia Brianna roze­śmiała się cicho, tak jak ludzie śmieją się w środku nocy w pobliżu śpią­cych dzieci. Głowę miała opartą na ramie­niu Rogera, oczy pół­przy­mknięte. Wyda­wała się cał­ko­wi­cie wyczer­pana, włosy miała brudne i splą­tane, blask ognia pod­kre­ślał głę­bo­kie cie­nie na jej twa­rzy, ale wyglą­dała na szczę­śliwą.

– Co cię tak śmie­szy, a nighean? – zapy­tał Jamie, ukła­da­jąc Jema wygod­niej. Chło­piec ze wszyst­kich sił sta­rał się nie zasnąć, ale prze­gry­wał tę walkę. Otwo­rzył sze­roko oczy i potrzą­snął głową, mru­ga­jąc jak oszo­ło­miona sowa.

– Co cię śmie­szy? – powtó­rzył Jem, ale nie dokoń­czył ostat­niego słowa. Znie­ru­cho­miał z na wpół otwar­tymi ustami i szkli­stym wzro­kiem.

Jego matka zaśmiała się dźwięcz­nie jak młoda dziew­czyna. Dostrze­głam uśmiech Jamiego.

– Wła­śnie pyta­łam tatę, czy pamięta zgro­ma­dze­nie, na któ­rym byli­śmy wiele lat temu. Przy wiel­kim ogni­sku wywo­ły­wano wszyst­kie klany. Poda­łam mu pło­nącą gałąź, kaza­łam podejść do ogni­ska i powie­dzieć, że Mac­Ken­zie tu są.

– Och. – Jem zamru­gał raz, potem drugi. Spoj­rzał na palące się przed nami ogni­sko i mię­dzy jego deli­kat­nymi rudymi brwiami ufor­mo­wała się zmarszczka. – Gdzie teraz jeste­śmy?

– W domu – powie­dział Roger sta­now­czo. Napo­tkał moje spoj­rze­nie i prze­niósł wzrok na Jamiego. – Na dobre.

Jamie ode­tchnął głę­boko. Ja rów­nież wstrzy­my­wa­łam oddech od popo­łu­dnia, kiedy na pola­nie pod nami poja­wiły się nagle cztery posta­cie i zbie­gli­śmy ze wzgó­rza, żeby je powi­tać. W mil­czą­cym wybu­chu rado­ści rzu­ci­li­śmy się sobie w ramiona. Potem radość roz­sze­rzyła się na Amy Hig­gins, która wyszła ze swo­jej chaty, zwa­biona hała­sem. Za nią przy­bie­gli Bobby i Aidan – który, widząc Jema, rzu­cił się na niego z okrzy­kiem i prze­wró­cił go na zie­mię – a dalej Orrie i mały Rob.

Jo Beard­sley był nie­da­leko w lesie. Usły­szał zgiełk i przy­szedł spraw­dzić, co się dzieje. Nie minęło wiele czasu, nim polana zaro­iła się od ludzi. Jesz­cze przed zacho­dem słońca wia­do­mość dotarła do sze­ściu bli­żej poło­żo­nych zagród; pozo­stali nie­wąt­pli­wie dowie­dzą się jutro.

Natych­miast zalała nas cudowna fala góral­skiej gościn­no­ści; kobiety i dziew­częta bie­giem wró­ciły do chat i przy­nio­sły to, co aku­rat pie­kły czy goto­wały na kola­cję, męż­czyźni zebrali drewno i na pole­ce­nie Jamiego uło­żyli je na grani, obok fun­da­men­tów Nowego Domu, i świę­to­wa­li­śmy powrót rodziny w wiel­kim stylu, oto­czeni przez przy­ja­ciół.

Podróż­ni­ków zasy­pały setki pytań: Skąd przy­by­wają? Jak udała się podróż? Co widzieli? Nikt nie zapy­tał, czy cie­szą się z powrotu; wszy­scy uznali to za oczy­wi­ste.

Ani Jamie, ani ja nie doma­ga­li­śmy się wyja­śnień. Będzie na to jesz­cze dość czasu – a teraz, gdy zna­leź­li­śmy się sami, Roger odpo­wie­dział na jedyne pyta­nie, które miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Od tego, co kryło się za jego sło­wami, zje­żyły mi się włosy na karku.

– Dosyć ma dzień swego utra­pie­nia – mruk­nę­łam w czarne loki Mandy i poca­ło­wa­łam malut­kie, ogłu­chłe we śnie ucho. Po raz kolejny wsu­nę­łam palce pod jej ubra­nie, brudne po podróży, ale bar­dzo dobrej jako­ści, i odna­la­złam cie­niutką bli­znę mię­dzy żebrami, ślad skal­pela, który ura­to­wał jej życie dwa lata wcze­śniej, tak daleko ode mnie.

Dzielne małe ser­duszko pod moimi pal­cami biło spo­koj­nie. Zamru­ga­łam, by odpę­dzić łzy – nie po raz pierw­szy dzi­siaj i na pewno nie ostatni.

– Mia­łem rację, prawda? – powie­dział Jamie i zda­łam sobie sprawę, że powta­rza to po raz drugi.

– W czym?

– Że potrze­bu­jemy wię­cej miej­sca – odrzekł cier­pli­wie. Odwró­cił się i wska­zał nie­wi­doczny w mroku pro­sto­kąt kamien­nego fun­da­mentu, jak dotąd jedyny nama­calny frag­ment Nowego Domu. Ciemny ślad pier­wot­nego Wiel­kiego Domu wciąż był widoczny w tra­wie na pola­nie pod nami, ale sta­wał się coraz bled­szy. Zanim Nowy Dom będzie ukoń­czony, tam­ten być może pozo­sta­nie tylko wspo­mnie­niem.

Brianna ziew­nęła jak lew, odgar­nęła z twa­rzy splą­taną grzywę i zamru­gała sen­nie w ciem­no­ści.

– Tej zimy pew­nie będziemy spać w piw­niczce – roze­śmiała się.

– Kobieto małej wiary – rzekł na to Jamie, zupeł­nie nie­po­ru­szony. – Drewno jest ścięte, popi­ło­wane na deski i wyfre­zo­wane. Zanim spad­nie śnieg, będziemy mieli ściany, pod­łogi i okna. Pew­nie jesz­cze bez szyb – przy­znał uczci­wie. – Ale to może pocze­kać do wio­sny.

– Mhm. – Brianna znów zamru­gała. Potrzą­snęła głową i pod­nio­sła się, żeby spoj­rzeć na fun­da­menty. – Masz kamień na pale­ni­sko?

– Mam. Piękny kawa­łek ser­pen­ty­nitu. Zie­lony kamień, wiesz?

– Pamię­tam. A masz żelazo do pieca?

Jamie wyda­wał się zasko­czony.

– Nie, jesz­cze nie. Ale znajdę coś, zanim pobło­go­sła­wimy pale­ni­sko.

– No więc tak. – Usia­dła pro­sto, wsu­nęła rękę mię­dzy fałdy płasz­cza i wycią­gnęła dużą płó­cienną torbę, wyraź­nie ciężką i pełną róż­nych przed­mio­tów. Grze­bała w niej przez chwilę i wyjęła coś, co w bla­sku ognia zalśniło czer­nią.

– Użyj tego, tato – powie­działa, poda­jąc przed­miot Jamiemu.

Patrzył nań przez chwilę i podał mi z uśmie­chem.

– Tak, to się nada. Przy­wio­złaś to do pale­ni­ska?

„To” było gład­kim, czar­nym meta­lo­wym dłu­tem, cięż­kim i dłu­gim na sześć cali. Na ręko­je­ści wytło­czony był napis CRA­FT­SMAN.

– Tak… do pale­ni­ska. – Bree się uśmiech­nęła, opie­ra­jąc dłoń na udzie Rogera. – Na początku myśla­łam, że sami zbu­du­jemy dom dla sie­bie, ale… – Odwró­ciła się i spoj­rzała ponad mroczną gra­nią na skle­pie­nie zim­nego, czy­stego nieba. Nad jej głową świe­ciła Wielka Niedź­wie­dzica. – Może nam się nie udać przed zimą. A skoro pew­nie będzie­cie musieli nas przy­gar­nąć… – Spoj­rzała spod rzęs na ojca, który par­sk­nął.

– Nie mów głupstw, dziew­czyno. Dobrze wiesz, że nasz dom to wasz dom. – Uniósł brwi. – Im wię­cej rąk do pomocy przy budo­wie, tym lepiej. Chcesz zoba­czyć fun­da­menty?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyplą­tał Jema z tar­tanu, poło­żył go na ziemi obok mnie i wstał. Wycią­gnął z ogni­ska pło­nącą gałąź i ruchem głowy wska­zał nie­wi­doczny w mroku pro­sto­kąt fun­da­men­tów.

Bree, choć senna, pod­jęła wyzwa­nie. Uśmiech­nęła się do mnie, z humo­rem potrzą­sa­jąc głową, narzu­ciła płaszcz na ramiona i rów­nież się pod­nio­sła.

– Idziesz? – zapy­tała Rogera.

Mach­nął ręką.

– Kochana, jestem tak wykoń­czony, że nie widzę na oczy. Zacze­kam z tym do rana.

Lekko dotknęła jego ramie­nia i ruszyła za świa­tłem pochodni Jamiego. Potknęła się o ukryty w tra­wie kamień i wymam­ro­tała coś pod nosem. Przy­kry­łam Jema skra­jem mojego płasz­cza. Nawet nie drgnął.

Oby­dwoje z Roge­rem sie­dzie­li­śmy w ciszy, słu­cha­jąc ich nik­ną­cych w mroku gło­sów, a gdy uci­chły, na­dal mil­cze­li­śmy, wsłu­chu­jąc się w ogień, w noc i w swoje myśli.

Co takiego musiało się stać w ich cza­sach, że zary­zy­ko­wali nie­bez­pie­czeń­stwa podróży, nie wspo­mi­na­jąc już o nie­bez­pie­czeń­stwach ist­nie­ją­cych teraz i tutaj…

Spoj­rzał mi w oczy, zro­zu­miał, o czym myślę, i wes­tchnął.

– Tak, było źle. Wystar­cza­jąco źle – powie­dział cicho. – Mimo to… mogli­śmy tam wró­cić i się tym zająć. Ja chcia­łem tak zro­bić. Ale oba­wia­li­śmy się, że tam nie ma nikogo, kogo Mandy mogłaby wyczuć wystar­cza­jąco mocno.

– Mandy? – Opu­ści­łam wzrok na drobne ciałko, bez­władne we śnie. – Kogo wyczuć? I co masz na myśli, mówiąc „wró­cić”? Zaraz… – Prze­pra­sza­jąco unio­słam rękę. – Nie, nie zaczy­naj mi teraz opo­wia­dać. Jesteś zmę­czony, będzie jesz­cze dość czasu. – Urwa­łam i odchrząk­nę­łam. – Wystar­czy, że tu jeste­ście.

Obda­rzył mnie szcze­rym uśmie­chem, widzia­łam w nim jed­nak wyczer­pa­nie po podró­żach w cza­sie i prze­strzeni oraz prze­ży­tych okrop­no­ściach.

– Tak – powie­dział. – To wystar­czy.

Znów zamil­kli­śmy. Roger kiwał głową. Pomy­śla­łam, że zasy­pia, i już mia­łam się pod­nieść, by zabrać wszyst­kich do łóżek, kiedy znów na mnie spoj­rzał.

– Jest jedna sprawa…

– Tak?

– Czy spo­tka­łaś kie­dyś czło­wieka… kie­dy­kol­wiek… nazy­wa­ją­cego się Wil­liam Buc­c­le­igh Mac­Ken­zie? Albo może Buck Mac­Ken­zie?

– Przy­po­mi­nam sobie to nazwi­sko – powie­dzia­łam powoli. – Ale…

Prze­tarł twarz i powoli powiódł dło­nią do szyi, do bia­łej bli­zny pozo­sta­wio­nej przez sznur.

– No tak… trzeba zacząć od tego, że to on mnie powie­sił. Ale jest też moim pra­pra­pra­pra­pra­dziad­kiem. Żaden z nas wtedy o tym nie wie­dział – dodał nie­mal prze­pra­sza­ją­cym tonem.

– Jezu… Och, prze­pra­szam. Czy na­dal jesteś kimś w rodzaju pastora?

Uśmiech­nął się, choć twarz wciąż miał nazna­czoną zmę­cze­niem.

– Nie wydaje mi się, żeby to miało ter­min waż­no­ści. Ale nie miał­bym nic prze­ciwko temu, gdy­byś powie­działa „Jezu Chry­ste Roose­vel­cie Święty”. Myślę, że to byłoby ade­kwatne do sytu­acji.

W kilku sło­wach opo­wie­dział mi, jak Buck Mac­Ken­zie tra­fił do Szko­cji w roku 1980, a potem wró­cił razem z nim, szu­ka­jąc Jema.

– Działo się jesz­cze o wiele wię­cej – zapew­nił mnie. – Ale finał na razie jest taki, że zosta­wi­li­śmy go w Szko­cji. W 1739 roku. Razem z… hmm… z jego matką.

– Z Geil­lis? – Mimo­wol­nie pod­nio­słam głos. Mandy drgnęła i mruk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem. Pogła­ska­łam ją szybko i uło­ży­łam wygod­niej. – Pozna­łeś ją?

– Tak. Hm… cie­kawa kobieta. – Obok niego na ziemi stał kubek, wciąż do połowy napeł­niony piwem; czu­łam zapach droż­dży i gorz­kiego chmielu. Roger wziął go do ręki i przez chwilę wyda­wał się zasta­na­wiać, czy wypić piwo, czy wylać sobie na głowę. W końcu upił łyk i znów odsta­wił kubek.

– Ja… my… chcie­li­śmy, żeby wró­cił tutaj z nami. Oczy­wi­ście to byłoby ryzy­kowne, ale udało nam się zna­leźć dość dro­gich kamieni i myśla­łem, że damy radę wszy­scy razem. Poza tym… jego żona jest tutaj. – Mach­nął ręką w stronę odle­głego lasu. – To zna­czy w Ame­ryce. Teraz.

– Coś sobie przy­po­mi­nam… z two­jego drzewa rodo­wego. – Cho­ciaż doświad­cze­nie nauczyło mnie, że do wszyst­kiego, co zostało zapi­sane na papie­rze, można mieć jedy­nie ogra­ni­czone zaufa­nie.

Roger ski­nął głową, napił się jesz­cze piwa i gło­śno odchrząk­nął. Głos miał ochry­pły, łamiący się ze zmę­cze­nia.

– Rozu­miem, że mu wyba­czy­łeś… – Dotknę­łam wła­snej szyi. Na jego szyi dostrze­ga­łam ślad po sznu­rze i cień nie­wiel­kiej bli­zny, którą zosta­wi­łam, wyko­nu­jąc ratun­kową tra­che­oto­mię za pomocą scy­zo­ryka i bursz­ty­no­wego ust­nika fajki.

– Kocha­łem go – odrzekł po pro­stu. Przez czarny zarost i zasłonę zmę­cze­nia prze­bił się blady uśmiech. – Jak czę­sto masz moż­li­wość poko­chać kogoś, kto dał ci swoją krew, swoje życie, nie mając poję­cia, kim możesz być, a nawet czy w ogóle ist­nie­jesz?

– Cóż, kiedy ma się dzieci, trzeba ryzy­ko­wać – powie­dzia­łam, deli­kat­nie opie­ra­jąc dłoń na cie­płej gło­wie Jema. Włosy pod moimi pal­cami były brudne, lecz mięk­kie. Oboje z Mandy pach­nieli jak szcze­nięta – słod­kim, inten­syw­nym, zwie­rzę­cym zapa­chem nie­win­no­ści.

– Tak – powie­dział cicho Roger. – Trzeba ryzy­ko­wać.

Sze­lest trawy i głosy za naszymi ple­cami obwie­ściły powrót inży­nie­rów pogrą­żo­nych w dys­ku­sji na temat wewnętrz­nej kana­li­za­cji.

– Tak, może – mówił Jamie z powąt­pie­wa­niem. – Tylko nie wiem, czy uda nam się zdo­być wszystko, czego będziesz potrze­bo­wać, zanim nadejdą chłody. Wła­śnie zaczą­łem kopać nowy wycho­dek, na razie to nam wystar­czy. A potem, na wio­snę…

Brianna odpo­wie­działa coś, czego nie dosły­sza­łam, i po chwili sta­nęli przed nami, oto­czeni aure­olą pło­mieni, tak bar­dzo do sie­bie podobni. Ogień rzu­cał migo­tliwe refleksy na ich dłu­gie nosy i rude włosy. Roger poru­szył się i wstał. Ja też pod­nio­słam się ostroż­nie. Mandy w moich ramio­nach była bez­władna jak jej szma­ciana lalka Esme­ralda.

– Jest cudow­nie, mamo – powie­działa Bree i oto­czyła mnie ramio­nami. Mandy zna­la­zła się pomię­dzy nami. Ciało Bree było silne i łagodne. Przez chwilę trzy­mała mnie w moc­nym uści­sku, po czym pochy­liła głowę i poca­ło­wała mnie w czoło.

– Kocham cię – powie­działa miękko i ochry­ple.

– Ja też cię kocham, córeczko – odrze­kłam przez zaci­śnięte gar­dło i dotknę­łam jej zmę­czo­nej, pro­mien­nej twa­rzy.

Cof­nęła się, wzięła ode mnie Mandy i wpraw­nie umie­ściła sobie na ramie­niu.

– Chodź, kolego – powie­działa do Jema, deli­kat­nie sztur­cha­jąc go czub­kiem buta. – Czas do łóżka.

Wymru­czał coś sen­nie i na wpół uniósł głowę, po czym znów ją opu­ścił i natych­miast głę­boko zasnął.

– W porządku, wezmę go. – Roger odsu­nął Jamiego, wziął Jema w ramiona i pod­niósł się ze stęk­nię­ciem. – Wy też idzie­cie? Mogę wró­cić i zga­sić ogni­sko, jak tylko położę Jema.

Jamie pokrę­cił głową, obej­mu­jąc mnie ramie­niem.

– Nie, nie zawra­caj sobie głowy. Posie­dzimy tu chwilę i popa­trzymy na ogień.

Ruszyli powoli w dół wzgó­rza, powłó­cząc nogami, przy akom­pa­nia­men­cie brzęk­nięć docho­dzą­cych z torby Brianny. Chata Hig­gin­sów, gdzie mieli spę­dzić noc, świe­ciła jak iskierka w ciem­no­ści; widocz­nie Amy zapa­liła lampę i odsu­nęła skórę z okna.

Jamie wciąż trzy­mał w ręce dłuto; ze wzro­kiem utkwio­nym w zni­ka­ją­cych ple­cach córki pod­niósł je i poca­ło­wał, tak jak kie­dyś cało­wał przede mną ręko­jeść szty­letu, i wie­dzia­łam, że to też jest święta obiet­nica. Wsu­nął dłuto do spor­ranu i objął mnie od tyłu, opie­ra­jąc brodę na czubku mojej głowy, tak byśmy oboje mogli za nimi patrzeć.

– O czym myślisz, Angliszko? – zapy­tał cicho. – Widzia­łem twoje oczy; są zachmu­rzone.

Opar­łam się o niego. Jego cie­płe ciało było jak bastion za moimi ple­cami.

– O dzie­ciach – powie­dzia­łam z waha­niem. – Oni… to zna­czy, wspa­niale, że tu są. Myśla­łam, że już ni­gdy ich nie zoba­czymy, a tu nagle… – Prze­łknę­łam ślinę, prze­jęta osza­ła­mia­jącą rado­ścią; nie­ocze­ki­wa­nie znów poczu­łam się, poczu­li­śmy się czę­ścią cze­goś tak nie­zwy­kłego jak rodzina. – Patrzeć, jak Jem i Mandy dora­stają, znów mieć przy sobie Bree i Rogera…

– Tak – potwier­dził z uśmie­chem. – Ale?

Potrze­bo­wa­łam chwili, żeby zebrać myśli i ująć je w słowa.

– Roger powie­dział, że w ich cza­sach stało się coś złego. Rozu­miesz, to musiało być coś naprawdę strasz­nego.

– Tak – odrzekł tward­szym tonem. – Brianna też o tym mówiła. Ale wiesz, nighean, oni żyli w tym cza­sie już wcze­śniej. Cho­dzi mi o to, że wie­dzą… jak tu jest, co będzie.

Miał na myśli trwa­jącą wojnę. Uści­snę­łam jego dło­nie zaple­cione wokół mojego ciała.

– Nie sądzę, by wie­dzieli – powie­dzia­łam cicho, patrząc na roz­le­głą polanę u stóp zbo­cza, gdzie znik­nęli w mroku. – Nikt nie wie, kto tego nie prze­żył.

– Tak. – Zamilkł z dło­nią opartą o mój bok, w miej­scu, gdzie pod Mon­mo­uth kula musz­kietu pozo­sta­wiła bli­znę. – Tak – powtó­rzył po dłuż­szej chwili. – Wiem, o co ci cho­dzi, Angliszko. Kiedy zoba­czy­łem Briannę, myśla­łem, że serce mi pęk­nie, wie­dzia­łem, że to naprawdę ona i dzieci… ale mimo tej rado­ści… widzisz, okrop­nie za nimi tęsk­ni­łem, ale pocie­szała mnie myśl, że są bez­pieczni. A teraz…

Urwał i poczu­łam przy swoim ciele bicie jego serca, powolne i mia­rowe. Ode­tchnął głę­boko i naraz ogień wystrze­lił w górę, wyrzu­ca­jąc snop iskier, które zni­kły w mroku. Drobne przy­po­mnie­nie o woj­nie, która powoli nara­stała wokół nas.

– Patrzę na nich – powie­dział – i moje serce nagle wypeł­nia się…

– Grozą – szep­nę­łam, obej­mu­jąc go mocno. – Czy­stą grozą.

– Tak – potwier­dził. – Wła­śnie tak.

Sta­li­śmy tak przez jakiś czas, patrząc w mrok na dole i cze­ka­jąc, aż wróci do nas radość. Okno chaty Hig­gin­sów wciąż jarzyło się miękko po dru­giej stro­nie polany.

– W tej cha­cie jest dzie­więć osób – zauwa­ży­łam. Głę­boko wcią­gnę­łam w płuca chłodną, pach­nącą świer­kami noc, wyobra­ża­jąc sobie zaduch i wil­gotne cie­pło ema­nu­jące z dzie­wię­ciu śpią­cych ciał, zaj­mu­ją­cych każdy cal powierzchni, oraz z kociołka i czaj­nika na pale­ni­sku.

Dru­gie okno roz­ja­rzyło się w ciem­no­ści.

– Czworo z nich to nasi. – Jamie zaśmiał się cicho.

– Mam nadzieję, że dom się nie spali. – Ktoś doło­żył świe­żego drewna do ognia i nad komi­nem zaczęły tań­czyć iskry.

– Nie spali się. – Odwró­cił mnie twa­rzą do sie­bie. – Chcę cię, a nighean – powie­dział cicho. – Poło­żysz się ze mną? To może być ostat­nia oka­zja, kiedy jeste­śmy sami.

Otwo­rzy­łam usta, żeby powie­dzieć: „Oczy­wi­ście!”, ale zamiast tego sze­roko ziew­nę­łam i zakry­łam usta dło­nią.

– Ojej. Naprawdę nie chcia­łam.

Śmiał się nie­mal bez­gło­śnie. Potrzą­snął głową, wygła­dził wymiętą derkę, na któ­rej sie­dzia­łam, przy­klęk­nął na niej i wycią­gnął do mnie rękę.

– Chodź, połóż się ze mną i popatrz przez chwilę na gwiazdy, Angliszko. Jeśli za pięć minut nie będziesz jesz­cze spać, zdejmę z cie­bie ubra­nie i wezmę cię nagą w świe­tle księ­życa.

– A jeśli zasnę? – Zrzu­ci­łam buty i uję­łam jego rękę.

– Wtedy nie będę sobie zawra­cał głowy roz­bie­ra­niem cię.

Ogień nieco przy­gasł, ale wciąż palił się równo; cie­pły podmuch doty­kał mojej twa­rzy i uno­sił włosy na skro­niach. Gwiazdy były wyraźne i jasne jak dia­menty roz­sy­pane przez jakichś nie­biań­skich wła­my­wa­czy. Podzie­li­łam się tą obser­wa­cją z Jamiem; odpo­wie­dział bar­dzo lek­ce­wa­żą­cym szkoc­kim mruk­nię­ciem, ale potem poło­żył się obok mnie, wzdy­cha­jąc z zado­wo­le­niem na widok nieba.

– Ano tak, ład­nie wyglą­dają. Widzisz tam Kasjo­peję?

Spoj­rza­łam mniej wię­cej w tym kie­runku i pokrę­ci­łam głową.

– Zupeł­nie nie umiem odróż­niać gwiaz­do­zbio­rów. Widzę Wielki Wóz i zwy­kle udaje mi się roz­po­znać Pas Oriona, ale w tej chwili za nic nie mogę go zna­leźć. I gdzieś tam są Ple­jady, prawda?

– To część Byka, tam, zaraz obok myśli­wego. – Wycią­gnął rękę. – A to jest Żyrafa.

– Och, nie mów głupstw. Nie ma kon­ste­la­cji Żyrafy, sły­sza­ła­bym o tym.

– Wła­ści­wie teraz jej nie widać, ale jest. A jeśli się zasta­no­wić, czy to bar­dziej nie­do­rzeczne od tego, co wyda­rzyło się dzi­siaj?

– Nie – powie­dzia­łam cicho. – Na pewno nie.

Oto­czył mnie ramie­niem. Obró­ci­łam się, opar­łam poli­czek na jego piersi i w mil­cze­niu patrzy­li­śmy na gwiazdy, wsłu­chani w szum wia­tru w gałę­ziach drzew i powolne bicie naszych serc.

Wyda­wało się, że minęło dużo czasu, nim Jamie poru­szył się i wes­tchnął.

– Chyba ni­gdy nie widzia­łem takich gwiazd od tam­tej nocy, kiedy spło­dzi­li­śmy Faith.

Unio­słam głowę ze zdzi­wie­nia. Rzadko wspo­mi­na­li­śmy o Faith – uro­dziła się mar­twa, ale była głę­boko wro­śnięta w nasze serca – cho­ciaż każde z nas zda­wało sobie sprawę z uczuć dru­giego.

– Wiesz, kiedy została poczęta? Nawet ja tego nie wiem.

Powoli prze­su­nął dło­nią po moich ple­cach, zata­cza­jąc pal­cami kółka przy dol­nej czę­ści krę­go­słupa. Gdy­bym była kotem, poma­cha­ła­bym ogo­nem tuż przed jego nosem.

– No cóż, pew­nie mogę się mylić, ale zawsze mi się wyda­wało, że to była ta noc w opac­twie, kiedy przy­sze­dłem do two­jego łóżka. Na końcu kory­ta­rza było wyso­kie okno i idąc do cie­bie, patrzy­łem na gwiazdy. Pomy­śla­łem, że to może być znak dla mnie, żebym jasno widział swoją drogę.

Przez chwilę błą­dzi­łam po omacku pośród wspo­mnień. Rzadko wra­ca­łam myślami do tego czasu w opac­twie Świę­tej Anny, kiedy nie­mal udało mu się umrzeć. To był prze­ra­ża­jący czas. Dni pełne stra­chu i zamie­sza­nia, prze­cho­dzące jeden w drugi, noce czarne od roz­pa­czy i despe­ra­cji. A jed­nak kiedy spoj­rza­łam wstecz, napo­tka­łam garść żywych obra­zów, wyróż­nia­ją­cych się z tła jak ilu­mi­no­wane ini­cjały na stro­nie sta­rego łaciń­skiego manu­skryptu.

Twarz ojca Anzelma, blada w bla­sku świec, oczy błysz­czące współ­czu­ciem, a potem nara­sta­ją­cym zachwy­tem, gdy słu­chał mojej spo­wie­dzi. Dło­nie opata, deli­katne jak skrzy­dła koli­bra, doty­kały czoła, oczu, ust i dłoni Jamiego, zna­cząc umie­ra­ją­cego sio­strzeńca krzyż­mem świę­tym ostat­niego namasz­cze­nia. Cisza w mrocz­nej kaplicy, gdzie modli­łam się o jego życie i usły­sza­łam odpo­wiedź na moją modli­twę.

Wśród tych chwil była noc, kiedy się obu­dzi­łam i zoba­czy­łam, jak stoi przy moim łóżku niczym blade widmo, nagi i prze­mar­z­nięty, tak słaby, że ledwo mógł cho­dzić, ale znów pełen życia i upar­tej deter­mi­na­cji, która ni­gdy go nie opusz­czała.

– Więc pamię­tasz Faith? – Na wzmiankę o niej mimo­wol­nie poło­ży­łam dłoń na brzu­chu. Ni­gdy nie zoba­czył naszej córki; czuł tylko, jak kopie i poru­sza się we mnie.

Dotknął ustami mojego czoła i spoj­rzał na mnie.

– Wiesz chyba, że tak?

– Wiem. Chcia­łam tylko, żebyś powie­dział coś wię­cej.

– Och, mam taki zamiar. – Oparł się na łok­ciu, przy­gar­nął mnie bli­żej i okrył swoim ple­dem.

– To też pamię­tasz? – zapy­ta­łam, ścią­ga­jąc z sie­bie tka­ninę, którą na mnie narzu­cił. – Jak okry­łeś mnie swoim ple­dem tam­tej nocy, kiedy się pozna­li­śmy?

– Żebyś nie zamar­zła? Ano tak. – Poca­ło­wał mnie w kark. – W opac­twie to ja zama­rza­łem. Wyczer­py­wa­łem wszyst­kie siły, pró­bu­jąc cho­dzić, a ty nie pozwa­la­łaś mi nic zjeść, więc umie­ra­łem z głodu i…

– Prze­cież wiesz, że to nie­prawda! Ty…

– Czy ja mógł­bym cię okła­mać, Angliszko?

– Ow­szem, jak naj­bar­dziej mógł­byś – odrze­kłam. – Okła­mu­jesz mnie cały czas. Ale mniej­sza o to. Mar­z­łeś i umie­ra­łeś z głodu, i zamiast popro­sić brata Paula o koc albo o miskę cze­goś gorą­cego, nagle posta­no­wi­łeś powlec się nago ciem­nym kamien­nym kory­ta­rzem i wejść do mojego łóżka.

– Nie­które rze­czy są waż­niej­sze od jedze­nia, Angliszko. – Jego dłoń sta­now­czo spo­częła na moim pośladku. – Musia­łem się prze­ko­nać, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze będę mógł z tobą spać. To było wtedy waż­niej­sze od wszyst­kiego innego. Pomy­śla­łem, że jeśli mi się nie uda, to po pro­stu wyjdę na śnieg i już nie wrócę.

– Oczy­wi­ście nie przy­szło ci do głowy zacze­kać jesz­cze kilka tygo­dni i odzy­skać siły.

– Cóż, byłem pra­wie pewny, że dam radę dojść do two­jego pokoju, trzy­ma­jąc się ścian, a resztę robił­bym na leżąco, więc po co mia­łem cze­kać? – Dłoń na moim tyłku zaczęła się bez­wied­nie poru­szać. – Pamię­tasz tamtą noc.

– To było jak kocha­nie się z bryłą lodu. – Tak było. Serce ści­skała mi czu­łość i wstą­piła w nie nowa nadzieja. – Cho­ciaż po pew­nym cza­sie odta­ja­łeś.

Na początku tylko tro­chę. Wtu­li­łam go mocno w sie­bie, sta­ra­jąc się wytwo­rzyć jak naj­wię­cej cie­pła. Ścią­gnę­łam koszulę, żeby doty­kać go jak naj­więk­szą powierzch­nią skóry. Przy­po­mnia­łam sobie twardą, ostrą krzy­wi­znę jego kości bio­dro­wej i guzki krę­go­słupa pokryte świe­żymi, chro­po­wa­tymi bli­znami.

– Pra­wie cię nie było, sama skóra i kości.

Obró­ci­łam się i przy­cią­gnę­łam go bli­sko, chcąc się pokrze­pić jego obec­nym cie­płem w obli­czu chłodu wspo­mnień. Był cie­pły. I żywy. Bar­dzo żywy.

– Pamię­tam, że prze­ło­ży­łaś przeze mnie nogę, żebym nie wypadł z łóżka. – Powol­nym ruchem pogła­dził mnie po udzie i usły­sza­łam w jego gło­sie śmiech, cho­ciaż twarz była tylko ciemną plamą na tle ognia, który rzu­cał refleksy na jego włosy.

– To łóżko było wąskie. – Cia­sna klasz­torna pry­cza, na któ­rej led­wie mie­ściła się jedna nor­mal­nej wiel­ko­ści osoba. A Jamie, nawet wychu­dzony, zaj­mo­wał dużo miej­sca.

– Chcia­łem prze­wró­cić cię na plecy, Angliszko, ale bałem się, że oboje spad­niemy na pod­łogę, i… no cóż, nie byłem pewny, czy dam radę utrzy­mać się na górze.

Trząsł się wtedy z zimna i sła­bo­ści, a teraz zda­łam sobie sprawę, że pew­nie rów­nież ze stra­chu. Się­gnę­łam po dłoń opartą na moim bio­drze, pod­nio­słam ją do ust i uca­ło­wa­łam kostki. Palce, zimne od wie­czor­nego powie­trza, zaci­snęły się na moich, cie­płych.

– Udało ci się – powie­dzia­łam miękko i obró­ci­łam się na plecy, pocią­ga­jąc go na sie­bie.

– Ledwo co – mruk­nął, prze­dzie­ra­jąc się przez war­stwy koł­dry, pledu, koszuli i halki. Oby­dwoje wes­tchnę­li­śmy głę­boko. – O Jezu, Angliszko.

Poru­szył się, tylko odro­binę.

– Jak ja się czu­łem – szep­nął. – Wtedy. Myśla­łem, że już ni­gdy nie będę cię miał, a potem…

Udało mu się, ale ledwo co.

– Myśla­łem, że… chcia­łem to zro­bić, nawet gdyby to miała być ostat­nia rzecz w moim życiu…

– Nie­wiele bra­ko­wało – odszep­nę­łam, obej­mu­jąc jego tyłek, mocny i krą­gły. – Przez chwilę naprawdę myśla­łam, że umar­łeś, dopóki nie zaczą­łeś się ruszać.

– Byłem pewien, że umie­ram – przy­znał z cie­niem śmie­chu. – Boże, Cla­ire… – Zatrzy­mał się na chwilę, opadł niżej i przy­ci­snął czoło do mojego. Zro­bił to też tam­tej nocy, zimny i wście­kle zde­spe­ro­wany, a ja mia­łam wtedy wra­że­nie, że tchnę­łam w niego moje wła­sne życie. Jego usta, mięk­kie i roz­chy­lone, pach­niały lekko piwem zmie­sza­nym z jaj­kiem; tylko to był w sta­nie utrzy­mać w żołądku.

– Chcia­łem… – szep­tał. – Chcia­łem cie­bie. Musia­łem cię mieć. Ale kiedy zna­la­złem się w tobie, chcia­łem…

Wes­tchnął i wsu­nął się głę­biej.

– Tam, wtedy, myśla­łem, że umrę od tego. I chcia­łem umrzeć. Chcia­łem odejść, będąc w tobie. – Jego głos się zmie­nił; wciąż był miękki, ale rów­nież odle­gły, pełen dystansu, i wie­dzia­łam, że odda­lił się od chwili obec­nej, wró­cił do zim­nej, kamien­nej ciem­no­ści i paniki, do stra­chu i przy­tła­cza­ją­cej potrzeby.

– Chcia­łem wlać się w cie­bie, żeby to była ostat­nia rzecz, jaką poczuję, ale potem zaczą­łem i wie­dzia­łem, że tak się nie sta­nie, że będę żył, ale zostanę w tobie na zawsze. Że dam ci dziecko.

Przy tych sło­wach wró­cił do teraź­niej­szo­ści i do mnie. Obej­mo­wa­łam go mocno; w moich ramio­nach był duży, solidny i silny, ale pod­dał się, drżąc bez­rad­nie. Poczu­łam wła­sne cie­płe łzy, które wez­brały i sty­gnąc, spły­wały mi we włosy.

W jakiś czas póź­niej poru­szył się i prze­to­czył na bok. Na moim brzu­chu wciąż spo­czy­wała wielka dłoń.

– Dałem radę, prawda? – Uśmiech­nął się lekko, z twa­rzą zła­go­dzoną bla­skiem ognia.

– Dałeś radę – potwier­dzi­łam. Nacią­gnę­łam na nas pled i leża­łam obok niego, zado­wo­lona, w świe­tle gasną­cego pło­mie­nia i odwiecz­nych gwiazd.

2. Dzień błękitnego wina

Skrajne wyczer­pa­nie spra­wiło, że Roger spał jak zabity, cho­ciaż łóżko rodziny Mac­Ken­zie skła­dało się z dwóch postrzę­pio­nych koł­der, które Amy Hig­gins pospiesz­nie wycią­gnęła ze swo­jego worka z szy­ciem, uło­żo­nych na rze­czach do pra­nia Hig­ginsów, jakie nagro­ma­dziły się w ciągu tygo­dnia, a za przy­kry­cie słu­żyły im wła­sne płasz­cze. Było to jed­nak cie­płe łóżko, ogrze­wane z jed­nej strony przez żar przy­ga­szo­nego pale­ni­ska, a z dru­giej przez gorące ciała dwojga dzieci i wtu­lo­nej w niego żony. Zasnął jak kamień, zdą­żyw­szy tylko sfor­mu­ło­wać w myślach naj­krót­szą moż­liwą – choć głę­boką – modli­twę wdzięcz­no­ści.

Udało się. Dzię­kuję.

Obu­dził się w mroku wśród zapa­chów spa­lo­nego drewna i nie­dawno uży­wa­nego noc­nika, gdy poczuł za ple­cami nagły powiew chłodu. Zasnął zwró­cony tyłem do ognia, ale obró­cił się w nocy i teraz o kilka stóp od twa­rzy miał przy­ga­szony blask resz­tek żaru, szkar­łatne żyłki w war­stwie sza­rego popiołu i zwę­glo­nego drewna. Wycią­gnął rękę za sie­bie: Brianna znik­nęła. Na dru­gim końcu koł­dry ryso­wał się nie­wy­raźny wzgó­rek, zapewne zło­żony z Jema i Mandy; reszta chaty była uśpiona, powie­trze gęste od cięż­kich odde­chów.

– Bree? – szep­nął, pod­no­sząc się na łok­ciu. Była bli­sko, widział jej wyraźny cień. Poślad­kami oparta o ścianę przy pale­ni­sku, stała na jed­nej nodze, a na drugą wcią­gała poń­czo­chę. Posta­wiła stopę na pod­ło­dze, przy­kuc­nęła i musnęła pal­cami jego twarz.

– Idę na polo­wa­nie z tatą – szep­nęła, pochy­la­jąc się nad nim. – Jeśli masz dzi­siaj coś do zro­bie­nia, to mama popil­nuje dzieci.

– Dobrze. Skąd wzię­łaś… – Prze­su­nął dło­nią po jej bio­drze; miała na sobie grubą koszulę myśliw­ską i luźne spodnie, mocno poła­tane; czuł pod pal­cami szorst­kość szwów.

– To taty. – Poca­ło­wała go; w jej wło­sach zalśniły ogni­ste refleksy. – Śpij dalej. Do świtu została jesz­cze godzina.

Z butami w ręce lekko prze­szła nad roz­cią­gnię­tymi na pod­ło­dze cia­łami. Drzwi otwo­rzyły się i zamknęły bez­gło­śnie i do chaty wpadł zimny powiew. Bobby Hig­gins wymam­ro­tał coś sen­nie. Jeden z chłop­ców usiadł i zapy­tał: „Co?” czy­stym, zdzi­wio­nym gło­sem, a potem opadł z powro­tem na koł­drę i znów zasnął.

Świeże powie­trze roz­pro­szyło się w przy­tul­nym zadu­chu i chata ponow­nie zapa­dła w sen. Ale nie Roger. Leżał na ple­cach, czu­jąc spo­kój, ulgę, pod­eks­cy­to­wa­nie i obawę w mniej wię­cej rów­nych pro­por­cjach.

Naprawdę im się udało.

Wszyst­kim. Wciąż obse­syj­nie liczył swoją rodzinę. Cała czwórka. Wszy­scy byli tutaj, bez­pieczni.

W jego umy­śle kłę­biły się urywki poszat­ko­wa­nych wspo­mnień i doznań; pozwa­lał im prze­pły­wać, nie pró­bu­jąc utrwa­lić ani uchwy­cić niczego ponad poje­dyn­cze obrazy: cię­żar sztabki złota w spo­co­nej dłoni, ucisk w brzu­chu, kiedy upu­ścił sztabkę i patrzył, jak się zsuwa po prze­chy­lo­nym pokła­dzie. Cie­pła para z owsianki zapra­wio­nej whi­sky, wzmoc­nie­nie przed mroź­nym szkoc­kim poran­kiem. Brianna ostroż­nie zeska­ku­jąca ze scho­dów na jed­nej nodze, drugą, zaban­da­żo­waną, miała unie­sioną, a jemu przy­po­mniał się wier­szyk o żura­wiu.

Kwa­śny zapach nie­umy­tych wło­sów Bucka, kiedy objęli się na skraju doku, żegna­jąc po raz ostatni. Zimne, nie­koń­czące się, zle­wa­jące się w jedno dni i noce w ciem­nej ładowni „Con­stance” w dro­dze do Char­les Town; wszy­scy czworo kulili się w kącie za ładun­kiem, ogłu­szeni hukiem fal roz­bi­ja­ją­cych się o kadłub; mor­ska cho­roba zabi­jała głód, zmę­cze­nie nie pozwa­lało poczuć stra­chu, wpa­try­wali się tylko jak zahip­no­ty­zo­wani w wodę wzbie­ra­jącą coraz wyżej na dnie ładowni, obser­wu­jąc, jak jej poziom pod­nosi się cal za calem, ochla­py­wani przy każ­dym prze­chyle statku, pró­bu­jąc żało­sną resztką cie­pła wła­snych ciał ogrzać dzieci…

Wypu­ścił powie­trze z płuc i dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że wstrzy­my­wał oddech. Oparł dło­nie na solid­nej drew­nia­nej pod­ło­dze po obu stro­nach ciała, zamknął oczy i pozwo­lił, by to wszystko z niego spły­nęło.

Nie ma sensu oglą­dać się za sie­bie. Pod­jęli decy­zję i dotarli tutaj. Do bez­piecz­nego schro­nie­nia.

I co dalej?

Kie­dyś miesz­kał w tej cha­cie przez długi czas. Teraz pew­nie zbu­duje nowy dom; Jamie powie­dział mu wczo­raj wie­czo­rem, że zie­mia, którą nadał mu guber­na­tor Tryon, na­dal należy do niego i jest zapi­sana na jego nazwi­sko.

W sercu poczuł dreszcz wycze­ki­wa­nia. Miał przed sobą nowy dzień; począ­tek nowego życia. Co powi­nien zro­bić naj­pierw?

– Tatu­siu! – szep­nął cienki gło­sik, opry­sku­jąc mu ucho kro­pel­kami śliny. – Tatu­siu, chcie na noć­nik!

Uśmiech­nął się i usiadł, odsu­wa­jąc na bok płasz­cze i koszule. Mandy z napię­ciem prze­ska­ki­wała z nogi na nogę, jak czarny pta­szek na tle cieni.

– Tak, kocha­nie – odszep­nął i ujął cie­płą, lepką rączkę. – Zapro­wa­dzę cię do wychodka. Sta­raj się nikogo nie nadep­nąć.

Mandy widziała już nie­je­den wycho­dek i ten rów­nież jej nie spe­szył. Ale kiedy Roger otwo­rzył drzwi, z nad­proża spadł nagle wielki pająk i zawisł, koły­sząc się jak pion murar­ski, o kilka cali od jego twa­rzy. Oby­dwoje z Mandy krzyk­nęli – cóż, Mandy wrza­snęła; on wydał z sie­bie tylko chry­pie­nie, ale w każ­dym razie było to męskie chry­pie­nie.

Jesz­cze się nie roz­wid­niło; pająk był tylko czarną plamą z cie­niem odnóży, ale przez to zda­wał się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jący. Prze­stra­szony ich krzy­kami, pospiesz­nie wspiął się po nici z powro­tem do ciem­nego zakątka, który zwy­kle zaj­mo­wał.

– Nie wejdę tu! – oświad­czyła Mandy, zapie­ra­jąc się ple­cami o nogi ojca.

Roger podzie­lał jej uczu­cia, ale zapro­wa­dze­nie jej po ciemku w krzaki przy ścieżce nio­sło ze sobą groźbę kolej­nych (i być może więk­szych) pają­ków, węży i nie­to­pe­rzy, a także noc­nych dra­pież­ni­ków. Na przy­kład pumy… Aidan McCal­lum zaba­wiał ich wcze­śniej opo­wie­ścią o tym, jak spo­tkał pumę w dro­dze do wychodka… wła­śnie do tego wychodka.

– Już w porządku, kocha­nie. – Pochy­lił się i wziął Mandy na ręce. – Poszedł sobie. Boi się nas i już tu nie wróci.

– Ja się boję!

– Wiem, skar­bie. Nie martw się; ten pająk nie wróci, ale nawet gdyby wró­cił, to go zabiję.

– Piś­to­le­tem? – zapy­tała z nadzieją.

– Tak – potwier­dził sta­now­czo i przy­ci­ska­jąc ją do piersi, zanur­ko­wał pod nad­pro­żem, za późno przy­po­mi­na­jąc sobie opo­wieść Cla­ire o wiel­kim grze­chot­niku, który sie­dział w wychodku…

Tym razem jed­nak obyło się bez nie­for­tun­nych wypad­ków, oprócz tego, że Mandy omal nie wpa­dła do dziury, gdy na chwilę ją puścił, żeby wytrzeć jej pupę wysu­szoną kolbą kuku­ry­dzy.

Tro­chę spo­cony, choć poranne powie­trze było chłodne, wró­cił do chaty i stwier­dził, że pod jego nie­obec­ność Hig­gin­so­wie – a także Jem i Ger­main – zdą­żyli już wstać. Amy Hig­gins zamru­gała na wieść, że Brianna wybrała się na polo­wa­nie, ale kiedy Roger dodał, że poszła z ojcem, wyraz zasko­cze­nia znik­nął z jej twa­rzy i tylko ski­nęła głową. Roger uśmiech­nął się w duchu. Cie­szyło go, że oso­bo­wość Jamiego wciąż domi­no­wała w Ridge pomimo dłu­giej nie­obec­no­ści; Cla­ire powie­działa mu wczo­raj wie­czo­rem, że wró­cili dopiero przed mie­sią­cem.

– Czy pod­czas naszej nie­obec­no­ści przy­było wielu osad­ni­ków? – zapy­tał Bobby’ego, sia­da­jąc obok niego na ławce z miską owsianki w dłoni.

– Całe mnó­stwo – zapew­nił go Bobby. – Co naj­mniej dwa­dzie­ścia rodzin. Może odro­binę mleka i miodu, wie­lebny? – Życz­li­wie pchnął dzba­nek z mio­dem w stronę Rogera. Bobby był Angli­kiem i dla­tego pozwa­lano mu na takie luk­susy przy śnia­da­niu; surowi Szkoci dopra­wiali owsiankę jedy­nie szczyptą soli. – Och, prze­pra­szam… powi­nie­nem był zapy­tać, czy na­dal jesteś duchow­nym?

Cla­ire pytała go o to ostat­niego wie­czoru, mimo to poczuł się zasko­czony.

– Ano tak – potwier­dził i się­gnął po dzba­nek z mle­kiem. W isto­cie zarówno to pyta­nie, jak i odpo­wiedź spra­wiły, że jego serce zaczęło bić szyb­ciej.

Był duchow­nym, nie miał tylko pew­no­ści, na ile jest to ofi­cjalne. Ow­szem, chrzcił, udzie­lał ślu­bów i cho­wał ludzi z Ridge przez rok lub dłu­żej, gło­sił im kaza­nia, a także speł­niał pomniej­sze posługi dusz­pa­ster­skie i wszy­scy uwa­żali go za pastora; bez wąt­pie­nia na­dal tak myśleli. Z dru­giej strony nie został for­mal­nie ordy­no­wany na pre­zbi­te­riań­skiego duchow­nego. Nie do końca.

– Może odwie­dzę tych nowych osad­ni­ków – rzu­cił od nie­chce­nia. – Nie wiesz, czy są wśród nich jacyś kato­licy? – To było pyta­nie reto­ryczne; wszy­scy w Ridge wie­dzieli, kto jest jakiego wyzna­nia, i nie mieli opo­rów, by roz­pra­wiać o cudzych wie­rze­niach, nawet jeśli nie robili tego w obec­no­ści samego zain­te­re­so­wa­nego.

Amy posta­wiła obok jego miski bla­szany kubek kawy z cyko­rii i z wes­tchnie­niem ulgi usia­dła nad poso­loną owsianką.

– Pięt­na­ście rodzin to kato­licy – powie­działa. – Dwa­na­ście to pre­zbi­te­ria­nie, a trzy od Nie­bie­skiego Świa­tła… meto­dy­ści, tak? Pew­nie zechcesz zadbać o swo­ich, wie­lebny. Hm… i chyba dwie rodziny angli­ka­nów… Orrie! – Zerwała się i w ostat­niej chwili dopa­dła sze­ścio­let­niego syna, ukrad­kiem uno­szą­cego nad głowę pełny noc­nik z wyraź­nym zamia­rem opróż­nie­nia go na Jema, który sie­dział przy ogniu ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i mru­ga­jąc sen­nie, spo­glą­dał na trzy­many w dłoni but.

Zasko­czony krzy­kiem matki, Orrie upu­ścił noc­nik – co prawda, nie tra­fił bez­po­śred­nio w Jema, ale cuch­nąca zawar­tość wylała się na świeżo roz­pa­lony ogień – i popę­dził do drzwi. Matka pobie­gła za nim, zatrzy­mu­jąc się tylko na chwilę, by chwy­cić mio­tłę. Roz­wście­czone gaelic­kie okrzyki i wysoki, pełen prze­ra­że­nia pisk uci­chły w oddali.

Jem, który nie­na­wi­dził poran­ków, spoj­rzał na pry­ska­jącą iskrami zawar­tość pale­ni­ska, zmarsz­czył nos i pod­niósł się chwiej­nie, a potem pod­szedł do stołu i zie­wa­jąc, usiadł obok Rogera.

Zapa­dła cisza. Naraz w pale­ni­sku pękło zwę­glone polano i spo­śród nie­czy­sto­ści w górę wytry­snął snop iskier, niczym komen­tarz pod­su­mo­wu­jący stan rze­czy.

Roger odchrząk­nął.

– Czło­wiek zro­dzony z kobiety jest nie­spo­kojny jak iskry lecące w górę – zauwa­żył.

Bobby powoli odwró­cił głowę od kon­tem­pla­cji pale­ni­ska i spoj­rzał na niego. Oczy miał zaczer­wie­nione od dymu, stare piętno w kształ­cie litery M na policzku błysz­czało bielą w pół­mroku chaty.

– Dobrze powie­dziane, pasto­rze – stwier­dził. – Witaj z powro­tem.

Jej matka powie­dzia­łaby, że był to dzień błę­kit­nego wina – powie­trze zle­wało się z nie­bem i można było się upić każ­dym odde­chem. Liście kasz­ta­nowca i dębu trzesz­czały przy każ­dym kroku, ich zapach był rów­nie ostry jak zapach sosno­wych igieł nad gło­wami. Wspi­nali się na górę z bro­nią w rękach i Brianna Fra­ser Mac­Ken­zie była jed­no­ścią z dniem.

Ojciec przy­trzy­mał przed nią gałąź cho­iny. Pochy­liła głowę i zrów­nała się z nim.

– Feur-milis – powie­dział, wska­zu­jąc na sze­roką łąkę, która otwie­rała się przed nimi. – Pamię­tasz jesz­cze coś z Gàidhlig, dziew­czyno?

– Powie­dzia­łeś coś o tra­wie – odrze­kła, pospiesz­nie prze­trzą­sa­jąc archi­wum swo­jego umy­słu. – Ale nie znam tego dru­giego słowa.

– Słodka trawa. Tak nazy­wamy tę łączkę. Dobre pastwi­sko, ale za wysoko dla bydła, a ze względu na pumy i niedź­wie­dzie lepiej nie zosta­wiać zwie­rząt na całe dnie bez opieki.

Powierzch­nia łąki falo­wała, poru­sza­jące się sre­brzy­sto­zie­lone kłosy milio­nów traw chwy­tały poranne słońce. Tu i ówdzie krą­żyły żółte i białe motyle. Naraz po dru­giej stro­nie łąki roz­le­gło się trza­śnię­cie i jakieś duże zwie­rzę kopytne znik­nęło w zaro­ślach, pozo­sta­wia­jąc za sobą roz­ko­ły­sane gałę­zie.

– Widzę, że mamy kon­ku­ren­cję – powie­działa Brianna, wska­zu­jąc miej­sce, gdzie znik­nęło zwie­rzę. Unio­sła brwi, chcąc zapy­tać, czy nie powinni za nim pójść, ale ojciec się nie poru­szył; widocz­nie miał powód, by tego nie robić.

– Ano, mamy – odrzekł i ruszył w prawo, wzdłuż linii drzew ota­cza­ją­cych łąkę. – Ale jele­nie nie żerują tak jak bydło czy owce, w każ­dym razie jeśli pastwi­sko jest dobre. To był stary byk – rzu­cił obo­jęt­nie przez ramię. – Nie ma potrzeby zabi­jać ich w lecie, kiedy jest mnó­stwo lep­szego mięsa.

Znów unio­sła brwi, ale poszła za nim bez komen­ta­rza. Odwró­cił głowę i uśmiech­nął się do niej.

– Tam, gdzie jest jeden, o tej porze roku zapewne jest ich wię­cej. Łanie i młode cie­lęta zaczy­nają się zbie­rać w stada. To jesz­cze nie pora rui, ale byki zawsze o tym myślą. On dobrze wie, gdzie je zna­leźć. – Ski­nął głową w kie­runku, gdzie znik­nął jeleń.

Powstrzy­mała uśmiech, przy­po­mi­na­jąc sobie nie­które nie­zbyt cen­zu­ralne opi­nie matki na temat męż­czyzn i funk­cji testo­ste­ronu. Zauwa­żył to i spoj­rzał na nią z nieco żało­snym roz­ba­wie­niem; poczuła się poru­szona tym, że prze­nik­nął jej myśli.

– No cóż, twoja matka nie myli się co do męż­czyzn. – Wzru­szył ramio­nami. – Miej to na uwa­dze, a nighean – dodał już poważ­niej i odwró­cił się, uno­sząc twarz do wia­tru. – Są w pobliżu łąki, ale pod wiatr; nie zbli­żymy się do nich, chyba że podej­dziemy wyżej i zej­dziemy na dół po tam­tej stro­nie wzgó­rza. – Ruchem głowy wska­zał dal­szy, zachodni kra­niec łąki. – Ale pomy­śla­łem, że jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, to może naj­pierw zaj­rzymy do domu Mło­dego Iana?

– Mia­ła­bym mieć coś prze­ciwko? Nie! – Na wzmiankę o kuzy­nie poczuła radość. – Wczo­raj wie­czo­rem ktoś przy ogni­sku wspo­mniał, że jest żonaty. Z kim się oże­nił?

Była bar­dzo cie­kawa żony Iana. Jakieś dzie­sięć lat wcze­śniej popro­sił ją, żeby za niego wyszła, i choć była to pro­po­zy­cja kie­ro­wana despe­ra­cją, a do tego zupeł­nie nie­do­rzeczna, to jed­nak Brianna wie­działa, że myśl o pój­ściu z nią do łóżka nie była Ianowi nie­miła. Póź­niej, kiedy oby­dwoje już doro­śli, ona miała męża, a on roz­stał się ze swoją indiań­ską żoną, mil­cząco zda­wali sobie sprawę, że ist­nieje mię­dzy nimi pociąg fizyczny – i podob­nie mil­cząco igno­ro­wali to przy­cią­ga­nie. Pozo­stały jed­nak echa wza­jem­nej sym­pa­tii i Brianna miała nadzieję, że polubi rów­nież nie­znaną żonę Iana.

Ojciec się roze­śmiał.

– Spodoba ci się, dziew­czyno. Nazywa się Rachel Hun­ter i jest kwa­kierką.

Przed oczami sta­nęła jej wizja drob­nej, nija­kiej kobiety ze spusz­czo­nym wzro­kiem, ale ojciec dostrzegł zwąt­pie­nie na jej twa­rzy i potrzą­snął głową.

– Nie jest taka, jak mogła­byś przy­pusz­czać. Mówi, co myśli. Ian jest w niej zako­chany po uszy, a ona w nim.

– Ach. To dobrze! – odrze­kła szcze­rze. Ojciec rzu­cił jej roz­ba­wione spoj­rze­nie i uniósł brwi, ale nie powie­dział nic wię­cej. Odwró­cił się i poszedł przo­dem przez fale pach­ną­cych traw.

Chata Iana była uro­cza. Nie róż­niła się zna­cząco od wszyst­kich innych gór­skich chat, jakie Brianna widziała, ale stała pośrodku osi­ko­wego zagaj­nika. Trze­po­czące liście roz­pra­szały pro­mie­nie słońca w wir pla­mek świa­tła i cie­nia, nada­jąc jej magiczny wygląd – jakby mogła roz­pły­nąć się pośród drzew, gdyby na chwilę odwró­cić wzrok.

Cztery kozy i dwoje koź­ląt wysta­wiły głowy ponad żer­dziami zagrody i życz­li­wie zame­czały na powi­ta­nie, ale nikt się nie poja­wił, by spraw­dzić, kim są goście.

– Wyszli gdzieś. – Jamie przy­mru­żył oczy i spoj­rzał na dom. – Na drzwiach chyba wisi jakaś kartka?

Na skrawku papieru, przy­bi­tym do drzwi dłu­gim cier­niem, wid­niała linijka nie­zro­zu­mia­łego pisma. Bree po chwili zdała sobie sprawę, że to gaelicki.

– Czy żona Mło­dego Iana jest Szkotką? – zapy­tała, wpa­tru­jąc się w litery ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Udało jej się roz­po­znać, a w każ­dym razie tak jej się wyda­wało, słowa „Mac­Cree” i „koza”.

– Nie, to od Jenny. – Jej ojciec wyjął oku­lary i spoj­rzał na notatkę. – Pisze, że ona i Rachel poszły piko­wać koł­dry do domu rodziny Mac­Cree i jeśli Ian wróci do domu przed nimi, to ma wydoić kozy i odsta­wić połowę mleka na ser.

Kozy chyba zro­zu­miały, że o nich mowa, bo z zagrody znów roz­le­gło się chó­ralne mecze­nie.

– Widocz­nie Ian też jesz­cze nie wró­cił – zauwa­żyła Brianna. – Myślisz, że trzeba je wydoić? Chyba jesz­cze pamię­tam, jak się to robi.

Ojciec uśmiech­nął się i pokrę­cił głową.

– Nie, Jenny na pewno je wydo­iła parę godzin temu. Wytrzy­mają do wie­czora.

Brianna w pierw­szej chwili odru­chowo uznała, że „Jenny” to imię dziew­czyny wyna­ję­tej do pomocy, i teraz, usły­szaw­szy ton głosu Jamiego, zamru­gała.

– Jenny. Twoja sio­stra Jenny? – spy­tała z nie­do­wie­rza­niem. – Ona jest tutaj?

Wyda­wał się nieco zasko­czony.

– Tak, jest tutaj. Prze­pra­szam cię, dziew­czyno, w ogóle nie przy­szło mi do głowy, że o tym nie wiesz. Ona… zaraz. – Uniósł rękę, patrząc na nią uważ­nie. – Listy. Pisa­li­śmy… cóż, głów­nie to Cla­ire pisała… ale…

– Zna­leź­li­śmy je. – Zabra­kło jej tchu, podob­nie jak wtedy, gdy Roger przy­niósł drew­nianą skrzy­neczkę z peł­nym nazwi­skiem Jemmy’ego wypa­lo­nym na wieczku. Otwo­rzyli ją i zoba­czyli listy. Pamię­tała osza­ła­mia­jące wra­że­nie ulgi, rado­ści i smutku, kiedy roz­wi­nęła pierw­szy list i ujrzała słowo „Żyjemy…”.

To samo uczu­cie ogar­nęło ją teraz. Łzy ją zasko­czyły; wszystko wokół zadrżało i stało się nie­wy­raźne, jakby chata, ojciec i ona sama mieli zaraz znik­nąć, roz­pły­nąć się w świe­tle migo­czą­cym pośród osi­ko­wych liści. Zdła­wiła szloch; ramię ojca objęło ją mocno.

– Ni­gdy nie przy­pusz­cza­li­śmy, że jesz­cze was zoba­czymy – szep­nął w jej włosy. Głos mu się zała­my­wał. – Ni­gdy, a lean­nan. Bałem się… tak bar­dzo się bałem, że nie dotar­li­ście bez­piecz­nie, że… że wszy­scy zgi­nę­li­ście, zagu­bi­li­ście się w… tam. A my ni­gdy się o tym nie dowiemy.

– Nie mogli­śmy wam powie­dzieć. – Unio­sła głowę z jego ramie­nia i wytarła nos wierz­chem dłoni. – Ale wy mogli­ście mówić do nas. Te listy… wie­dzie­li­śmy, że żyje­cie. To zna­czy… – Urwała nagle, mru­ga­jąc, by odpę­dzić ostat­nie łzy. Jamie odwró­cił wzrok, powstrzy­mu­jąc swoje.

– Ale my nie żyli­śmy – odrzekł cicho. – Byli­śmy mar­twi. Kiedy czy­ta­li­ście te listy.

– Nie, nie byli­ście mar­twi – odrze­kła gwał­tow­nie, ści­ska­jąc jego rękę. – Nie prze­czy­ta­łam wszyst­kich listów naraz. Czy­ta­łam co jakiś czas po jed­nym, bo dopóki któ­reś pozo­sta­wały jesz­cze nie­otwarte… wy na­dal żyli­ście.

– To nie ma żad­nego zna­cze­nia, dziew­czyno – powie­dział w końcu bar­dzo cicho. Uniósł jej rękę i poca­ło­wał knyk­cie. Poczuła na skó­rze jego cie­pły, lekki oddech. – Jeste­ście tutaj. My też. Tylko to się liczy.

Brianna miała ze sobą rodzinną śru­tówkę, a jej ojciec swoją dobrą strzelbę. Nie strze­lała jed­nak do pta­ków ani małych zwie­rząt, skoro mieli szansę wytro­pić jele­nie. Droga wio­dła stromo pod górę i choć dzień był chłodny, Bree szybko się zasa­pała i kro­ple potu zaczęły jej spły­wać po karku. Ojciec jak zawsze wspi­nał się niczym kozica, bez naj­mniej­szego wysiłku. Poczuła się upo­ko­rzona, gdy zauwa­żył jej wysiłki i ski­nie­niem przy­wo­łał ją na bok, na nie­wielką półkę skalną.

– Nie ma pośpie­chu, a nighean. – Uśmiech­nął się. – Tu jest woda. – Nie­śmiało wycią­gnął rękę, dotknął jej zaru­mie­nio­nego policzka i szybko cof­nął dłoń. – Prze­pra­szam, dziew­czyno. Nie przy­wy­kłem jesz­cze do myśli, że jesteś praw­dziwa.

– Wiem, co chcesz powie­dzieć – odrze­kła cicho. Prze­łknęła ślinę, wycią­gnęła rękę i dotknęła jego twa­rzy, cie­płej i gładko ogo­lo­nej. Oczy miał sko­śne i ciem­no­nie­bie­skie, tak jak ona.

– Och – wes­tchnął i znów łagod­nie wziął ją w ramiona. Stali tak w mil­cze­niu, słu­cha­jąc kra­ka­nia kru­ków krą­żą­cych nad ich gło­wami i szmeru wody na kamie­niach.

– Tro­bhad agus òl, a nighean – powie­dział. Puścił ją rów­nie deli­kat­nie, jak wcze­śniej pochwy­cił, i obró­cił w stronę maleń­kiego stru­myka, który spły­wał szcze­liną mię­dzy dwiema ska­łami. – Chodź, napij się.

Lodo­wata woda miała posmak gra­nitu i lekki zapach ter­pen­tyny od sosno­wych igieł. Brianna zaspo­ko­iła pra­gnie­nie i ochla­pu­jąc wodą zaru­mie­nione policzki, wyczuła nagłe poru­sze­nie ojca. Natych­miast zasty­gła i zer­k­nęła na niego kątem oka. On rów­nież znie­ru­cho­miał, ale pod­niósł wzrok i ruchem pod­bródka wska­zał zbo­cze nad nimi.

Zoba­czyła i usły­szała osy­pu­jącą się powoli zie­mię. Na skal­nej półce obok jej stopy zagrze­cho­tały kamyki, a potem zapa­dła cisza, prze­ry­wana tylko kra­ka­niem. Brzmiało teraz gło­śniej, pomy­ślała, jakby ptaki były bli­żej. Coś dostrze­gły.

Były bli­żej. Ptak zanur­ko­wał nagle jak bły­ska­wica tuż obok jej głowy, a inny wrza­snął z góry. Omal nie stra­ciła rów­no­wagi, gdy na urwi­sku nad nimi roz­legł się nagły huk. Odru­chowo zaci­snęła palce na mło­dych pędach drze­wek wysta­ją­cych ze skal­nej ściany – w samą porę, bo nad jej głową roz­legło się łup­nię­cie i odgłos pośli­zgu. W tej samej chwili coś wiel­kiego prze­le­ciało obok niej w desz­czu ziemi i żwiru, odbiło się od półki, dysząc i krwa­wiąc, i z trza­skiem wylą­do­wało w krza­kach na dole.

– Bło­go­sła­wiony Michale, miej nas w opiece – rzu­cił jej ojciec po gaelicku i prze­że­gnał się. Spoj­rzał w dół, na mio­ta­jące się gwał­tow­nie zaro­śla – Jezu, cokol­wiek to było, na­dal żyło – a potem w górę.

– Weh! – ode­zwał się z góry entu­zja­styczny męski głos. Nie roz­po­znała tego słowa, ale głos był zna­jomy; ogar­nęła ją radość.

– Ian! – zawo­łała.

Na górze zapa­dła zupełna cisza, tylko kruki krzy­czały z coraz więk­szym pod­nie­ce­niem.

– Bło­go­sła­wiony Michale, miej nas w opiece – powie­dział zasko­czony głos po gaelicku i chwilę póź­niej jej kuzyn Ian zsu­nął się na ich wąską półkę, balan­su­jąc na niej bez żad­nych trud­no­ści.

– To ty! – powie­działa. – Och, Ianie!

– A cha­raid! – Pochwy­cił ją w ramiona i mocno uści­snął, śmie­jąc się z nie­do­wie­rza­niem. – Boże, to ty! – Cof­nął się na chwilę, by spraw­dzić, czy to rze­czy­wi­ście ona, znów się roze­śmiał, mocno ją poca­ło­wał i uści­snął jesz­cze raz. Pach­niał jele­nią skórą, owsianką i pro­chem strzel­ni­czym; czuła przy piersi bicie jego serca.

Usły­szała nie­wy­raźne szu­ra­nie i kiedy odsu­nęli się od sie­bie, zdała sobie sprawę, że jej ojciec zszedł ze skal­nej półki i na wpół zsu­wał się po piargu w stronę zaro­śli, gdzie upadł jeleń – to musiał być jeleń… Zatrzy­mał się na chwilę na skraju krze­wów – wciąż się koły­sały, ale ruchy ran­nego jele­nia sta­wały się coraz mniej gwał­towne – wycią­gnął nóż i mru­cząc coś po gaelicku, ostroż­nie wszedł w zaro­śla.

– Tam są same dzi­kie róże – powie­dział Ian, patrząc w dół ponad jej ramie­niem. – Ale myślę, że zdąży mu pode­rżnąć gar­dło. A Dhia, nie mogłem dobrze wyce­lo­wać i bałem się, że… ale skąd do czor… chcia­łem powie­dzieć, skąd się tu wzię­łaś? – Cof­nął się o krok i powiódł po niej wzro­kiem, uno­sząc kącik ust, gdy zauwa­żył jej spodnie i mocne skó­rzane buty. Jego spoj­rze­nie, teraz zmar­twione, wró­ciło do jej twa­rzy. – Nie ma z tobą two­jego męż­czy­zny? A dzieci?

– Są wszy­scy – zapew­niła go. – Roger pew­nie coś teraz przy­bija, Jem mu pomaga, a Mandy plą­cze się pod nogami. A co do tego, skąd się tu wzię­li­śmy… – Świa­tło dnia i radość z ponow­nego spo­tka­nia pozwo­liły jej nie myśleć o nie­daw­nej prze­szło­ści, ale koniecz­ność wyja­śnień spra­wiła, że naraz spadł na nią cię­żar wypad­ków.

– Nie przej­muj się, kuzynko – powie­dział Ian szybko na widok wyrazu jej twa­rzy. – To może pocze­kać. Pamię­tasz jesz­cze, jak się strzela do indy­ków? Nie­całe ćwierć mili stąd całe stado spa­ce­ruje w jedną i drugą stronę, jakby tań­czyły na ceilidh.

– Chyba pamię­tam. – Spa­da­jący jeleń prze­wró­cił strzelbę, którą oparła o ścianę urwi­ska, żeby się napić wody. Pod­nio­sła ją teraz i popra­wiła prze­krzy­wiony krze­mień. Łomoty na dole ustały, sły­szała tylko nie­sione wia­trem strzępy słów ojca, który odma­wiał modli­twę gral­loch.

– Nie trzeba pomóc tacie z tym jele­niem?

– To tylko rocz­niak. Pora­dzi sobie, zanim zdą­żysz mru­gnąć. – Wychy­lił się poza kra­wędź półki i zawo­łał: – Idziemy z Bree postrze­lać do indy­ków, a bràthair mo mhàthair!

Głu­chą ciszę na dole prze­rwały gło­śne sze­le­sty i spo­śród kol­cza­stych krza­ków róż wynu­rzyła się naraz roz­czo­chrana głowa Jamiego. Włosy miał roz­pusz­czone i potar­gane, mocno zaru­mie­niona twarz krwa­wiła w kilku miej­scach, podob­nie jak ramiona i dło­nie. Wyda­wał się nie­za­do­wo­lony.

– Ian – powie­dział na tyle dono­śnie, że było go sły­chać ponad odgło­sami lasu. – Mac Ian… mac Ian…!

– Wró­cimy, żeby ci pomóc zabrać mięso! – odkrzyk­nął Ian. Pogod­nie poma­chał ręką, się­gnął po śru­tówkę, pochwy­cił spoj­rze­nie Bree i uniósł głowę wyżej. Spoj­rzała w dół, ale ojciec znów znik­nął i zoba­czyła tylko roz­ko­ły­sane krzaki.

Prze­ko­nała się, że stra­ciła roze­zna­nie w dzi­kim tere­nie; urwi­sko wyda­wało się jej nie­do­stępne, Ian jed­nak wspi­nał się w górę zręcz­nie jak pawian. Po chwili waha­nia podą­żyła za nim, znacz­nie wol­niej, od czasu do czasu śli­zga­jąc się na bło­cie i wypa­tru­jąc skal­nych uchwy­tów, któ­rych uży­wał kuzyn.

– Ian mac Ian mac Ian? – zapy­tała, gdy dotarła na szczyt urwi­ska i zatrzy­mała się, by wytrzą­snąć zie­mię z butów. Serce biło jej nie­przy­jem­nie mocno. – Kiedy jestem zła na Jema, mówię do niego „Jere­miah Ale­xan­der Ian Fra­ser Mac­Ken­zie”. Czy to coś podob­nego?

– Coś w tym stylu – przy­znał Ian, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Ianie, synu Iana, synu Iana… cho­dzi o to, by ci powie­dzieć, że przy­no­sisz wstyd swoim przod­kom, rozu­miesz? – Miał na sobie brudną i postrzę­pioną per­ka­lową koszulę z ode­rwa­nymi ręka­wami; dostrze­gła na nagim brą­zo­wym ramie­niu dużą białą bli­znę w kształ­cie czte­ro­ra­mien­nej gwiazdy.

– Co ci się stało? – zapy­tała, wska­zu­jąc na nią ruchem głowy.

Lek­ce­wa­żąco wzru­szył ramio­nami i popro­wa­dził ją w stronę nie­wiel­kiej grani.

– Nic takiego. Jakiś drań z ple­mie­nia Abe­naki tra­fił mnie strzałą pod Mon­mo­uth. Denny wyciął mi to kilka dni póź­niej… to zna­czy Den­zell Hun­ter – dodał na widok jej nie­zro­zu­mie­nia. – Brat Rachel. Jest leka­rzem, jak twoja mama.

– Rachel! – zawo­łała. – To twoja żona?

Ian uśmiech­nął się sze­roko.

– Tak – odrzekł po pro­stu. – Taing do Dhia. – Spoj­rzał na nią szybko, spraw­dza­jąc, czy zro­zu­miała.

– Pamię­tam. To zna­czy „dzięki Bogu” – zapew­niła go. – Pamię­tam znacz­nie wię­cej. Roger odświe­żał nasz Gàidhlig pod­czas podróży ze Szko­cji. Tato mówił, że Rachel jest kwa­kierką? – dodała, prze­cho­dząc przez stru­myk po kamie­niach.

– Tak. – Ian nie spusz­czał wzroku z kamieni, zda­wało się jed­nak, że jego radość i duma nieco przy­ga­sły. Pomi­nęła to jed­nak mil­cze­niem; jeśli ist­niał tu jakiś kon­flikt, a zwa­żyw­szy na to, co wie­działa o kuzy­nie i co wyda­wało jej się, że wie o kwa­krach, nie potra­fiła sobie wyobra­zić, by mogło go nie być, to nie była odpo­wied­nia chwila na zada­wa­nie pytań.

Ian jed­nak nie miał podob­nych wahań.

– Ze Szko­cji? – powtó­rzył, spo­glą­da­jąc na nią przez ramię. – Kiedy? – Naraz zdał sobie sprawę z dwu­znacz­no­ści tego pyta­nia i jego twarz się zmie­niła. Prze­pra­sza­jąco mach­nął ręką.

– Wypły­nę­li­śmy z Edyn­burga w marcu – wyja­śniła, wybie­ra­jąc na razie naj­prost­szą odpo­wiedź. – Resztę opo­wiem ci póź­niej.

Ski­nął głową i szli dalej, cza­sem obok sie­bie, cza­sem Ian pro­wa­dził. Podą­żali ścież­kami jeleni lub skra­cali sobie drogę, idąc pro­sto w górę, by omi­nąć gęste zaro­śla. Brianna była zado­wo­lona, że może zostać z tyłu i patrzeć na niego, nie wpra­wia­jąc go w zakło­po­ta­nie.

Zmie­nił się, ale nic w tym dziw­nego. Na­dal był wysoki i bar­dzo szczu­pły, okrzepł jed­nak i stał się doj­rza­łym męż­czy­zną. Pod skórą wyraź­nie odzna­czały się dłu­gie mię­śnie ramion. Brą­zowe włosy ściem­niały, były sple­cione, zwią­zane rze­mie­niem i ozdo­bione czymś, co wyglą­dało jak wple­cione w war­kocz bar­dzo świeże indy­cze pióra. Na szczę­ście? – zasta­no­wiła się. Łuk i koł­czan, które zabrał ze szczytu urwi­ska, teraz koły­sały się lekko na jego ple­cach.

„Ale nie tylko w jego twa­rzy widać dosko­na­łość stwo­rze­nia męż­czy­zny”, pomy­ślała z roz­ba­wie­niem. „Widać to rów­nież w jego koń­czy­nach i sta­wach, o dziwo w sta­wach bio­der i nad­garst­ków / W cho­dzie i unie­sie­niu karku, gib­ko­ści talii i kolan, ubra­nie go nie skrywa”1. Ten wiersz zawsze nasu­wał jej myśl o Roge­rze, ale teraz sko­ja­rzył się rów­nież z Ianem i ojcem, choć wszy­scy trzej byli tak różni.

Wspięli się wyżej, poza linię drzew. Wiatr był tu sil­niej­szy i śwież­szy. Ian zatrzy­mał się i przy­wo­łał ją, lekko poru­sza­jąc pal­cami.

– Sły­szysz je? – szep­nął jej do ucha samym odde­chem.

Sły­szała i wło­ski na jej karku przy­jem­nie się zje­żyły. Krót­kie, ostre dźwięki, nie­mal jak szcze­ka­nie psa. Gdzieś dalej roz­le­gał się ury­wany war­kot, coś pomię­dzy dużym kotem a nie­wiel­kim sil­ni­kiem.

– Zdej­mij poń­czo­chy i natrzyj nogi zie­mią – szep­nął Ian, wska­zu­jąc na jej weł­niane poń­czo­chy. – Dło­nie i twarz też.

Ski­nęła głową, oparła strzelbę o drzewo i odgar­nęła na bok suche liście. Zie­mia pod spodem była na tyle wil­gotna, że dało się ją wetrzeć w skórę. Ian nie potrze­bo­wał kamu­flażu; jego wła­sna skóra była nie­mal rów­nie ciemna jak skó­rzane spodnie. Odsu­nął się w mil­cze­niu, kiedy nacie­rała ręce i twarz, i gdy pod­nio­sła wzrok, przez chwilę nie potra­fiła go odna­leźć.

Roz­le­gła się seria dźwię­ków przy­po­mi­na­ją­cych skrzy­pie­nie zardze­wia­łego zawiasu w roz­ko­ły­sa­nych drzwiach i nagle go zoba­czyła: stał nie­ru­chomo za ambrow­cem o jakieś pięć­dzie­siąt stóp od niej.

Zda­wało się, że las na chwilę zamarł, ciche trza­ski i sze­lest liści ustały. Potem ode­zwało się wście­kłe gul­go­ta­nie. Brianna nie­zmier­nie powoli odwró­ciła głowę. Indor wysta­wił z trawy jasno­nie­bie­ski łeb i szybko obra­cał nim z boku na bok, szu­ka­jąc rywala. Jaskra­wo­czer­wone korale koły­sały się przy każ­dym ruchu.

Rzu­ciła okiem na Iana. Trzy­mał zwi­nięte dło­nie przy ustach, ale nie poru­szył się ani nie wydał dźwięku. Wstrzy­mała oddech i znów spoj­rzała na indyka, który ponow­nie gło­śno zagul­go­tał. Tym razem odpo­wie­dział mu z oddali inny samiec. Ten, na któ­rego patrzyła, obej­rzał się w stronę dźwięku, pod­niósł głowę i krzyk­nął. Przez chwilę nasłu­chi­wał, po czym scho­wał się z powro­tem w trawę. Spoj­rzała na Iana; zauwa­żył to i leciutko potrzą­snął głową.

Odcze­kali szes­na­ście wol­nych odde­chów – liczyła – nim Ian znów zagul­go­tał. Indor wysko­czył z trawy i prze­szedł przez skra­wek ziemi pokry­tej liśćmi. Oczy miał nabie­głe krwią, pióra na pier­siach nastro­szone, ogon roz­po­starty. Zatrzy­mał się na chwilę, aby cały las mógł podzi­wiać jego wspa­nia­łość, po czym zaczął się powoli prze­cha­dzać w jedną i drugą stronę, wyda­jąc ostre, agre­sywne okrzyki.

Poru­sza­jąc tylko oczami, spo­glą­dała raz na kro­czą­cego indora, to znów na Iana, który syn­chro­ni­zu­jąc ruchy z ruchami indyka, zsu­nął łuk z ramie­nia, zastygł, się­gnął po strzałę, znów zastygł i wresz­cie nało­żył strzałę, gdy ptak obró­cił się po raz ostatni.

W każ­dym razie miał to być ostatni obrót. Ian nacią­gnął łuk, tym samym płyn­nym ruchem wypu­ścił strzałę i wydał z sie­bie prze­stra­szony, aż nazbyt ludzki okrzyk, gdy z drzewa nad nim spa­dło coś dużego i ciem­nego. Odsko­czył do tyłu i indyk prze­le­ciał tuż obok jego głowy. Brianna dostrze­gła teraz, że to była indyczka: prze­stra­szona, z nastro­szo­nymi pió­rami, bie­gła z wycią­gniętą szyją przez otwartą polanę w stronę rów­nie prze­stra­szo­nego indora, który sklęsł z szoku.

Odru­chowo pochwy­ciła strzelbę i wypa­liła. Spu­dło­wała; oby­dwa indyki znik­nęły w gąsz­czu paproci, wyda­jąc dźwięki przy­po­mi­na­jące ude­rze­nia młotka w drew­niany klo­cek.

Echa uci­chły i znów usły­szeli sze­lest liści. Spoj­rzała na kuzyna, który zer­k­nął na swój łuk, a potem na strzałę, tkwiącą absur­dal­nie mię­dzy dwoma kamie­niami. Popa­trzył na nią i oby­dwoje wybuch­nęli śmie­chem.

– No tak – stwier­dził filo­zo­ficz­nie. – To dla­tego, że zosta­wi­li­śmy wujka Jamiego, żeby sam zry­wał róże.

Brianna prze­czy­ściła lufę i ubiła następną por­cję śrutu – z całej siły, żeby uspo­koić drżące ręce.

– Prze­pra­szam, że chy­bi­łam – powie­działa.

– Dla­czego? – Ian spoj­rzał na nią zasko­czony. – Przy polo­wa­niu masz szczę­ście, jak tra­fisz raz na dzie­sięć. Dobrze o tym wiesz. Poza tym ja też chy­bi­łem.

– Tylko dla­tego, że indyk spadł ci na głowę – odparła, ale się roze­śmiała. – Strzała jest znisz­czona?

– Tak. – Wycią­gnął strzałę spo­mię­dzy kamieni i poka­zał jej zła­mane drzewce. – Ale grot jest dobry. – Scho­wał żela­zny grot do spor­ranu, odrzu­cił drzewce i wstał. – Z tego stada już nic nie uda nam się ustrze­lić, ale… co się dzieje, dziew­czyno?

Pró­bo­wała wepchnąć wycior w uchwyt, ale nie tra­fiła i wycior upadł na zie­mię.

– Jak to się nazywa, kiedy jesteś zbyt pod­nie­cony, by tra­fić w jele­nia? Jele­nia gorączka? – powie­działa, zdo­by­wa­jąc się na żart i pod­no­sząc wycior z ziemi. – Więc ja chyba mam indy­czą gorączkę.

– Ach, tak. – Uśmiech­nął się, patrząc uważ­nie na jej dło­nie. – Kiedy ostat­nio strze­la­łaś, kuzynko?

– Nie tak dawno – odrze­kła krótko. Nie spo­dzie­wała się, że to wróci. – Jakieś sześć, sie­dem mie­sięcy temu.

– Na co wtedy polo­wa­łaś? – zapy­tał, prze­chy­la­jąc głowę na bok.

Spoj­rzała na niego, pod­jęła decy­zję i ostroż­nie wkła­da­jąc wycior na miej­sce, zwró­ciła się twa­rzą do niego.

– Na grupę męż­czyzn, któ­rzy cze­kali na mnie ukryci w moim domu, żeby mnie zabić i zabrać dzieci – powie­działa wprost, ale te słowa zabrzmiały śmiesz­nie, melo­dra­ma­tycz­nie.

Ian uniósł krza­cza­ste brwi.

– Zabi­łaś ich? – W jego gło­sie brzmiało tak wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie, że mimo cię­żaru wspo­mnień roze­śmiała się. Zupeł­nie jakby pytał, czy udało jej się zła­pać dużą rybę.

– Nie­stety, nie. Strze­li­łam w oponę ich cię­ża­rówki i okno wła­snego domu. Nie tra­fi­łam w nich. Ale z dru­giej strony – dodała z uda­waną obo­jęt­no­ścią – im nie udało się dostać mnie ani dzieci.

Ski­nął głową, przyj­mu­jąc to, co powie­działa. Ta rze­czo­wość zdzi­wi­łaby ją, gdyby cho­dziło o jakie­go­kol­wiek innego męż­czy­znę.

– Dla­tego tu jeste­ście, tak? – Odru­chowo rozej­rzał się wokół, jakby wypa­try­wał cza­ją­cych się w lesie wro­gów, i nagle zaczęła się zasta­na­wiać, jak by to było miesz­kać z Ianem i ni­gdy nie wie­dzieć, czy roz­ma­wia ze Szko­tem, czy z Mohaw­kiem. Teraz była jesz­cze bar­dziej cie­kawa Rachel.

– Przede wszyst­kim dla­tego – odpo­wie­działa. Zauwa­żył jej ton i spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie, ale znów ski­nął głową.

– Wró­cisz tam, żeby ich zabić? – zapy­tał zupeł­nie poważ­nie.

Brianna z wysił­kiem stłu­miła furię, jaka ją ogar­nęła na myśl o Robie Came­ro­nie i jego prze­klę­tych wspól­ni­kach. Ręce zaczęły jej drżeć, ale nie ze stra­chu ani nie od wspo­mnień, lecz dla­tego, że kiedy dotknęła spu­stu, wró­ciło do niej doj­mu­jące pra­gnie­nie zabi­ja­nia.

– Chcia­ła­bym – rze­kła krótko. – Ale nie możemy. To zna­czy fizycz­nie. – Mach­nię­ciem ręki odsu­nęła od sie­bie to wszystko. – Opo­wiem ci póź­niej; nie roz­ma­wia­li­śmy o tym jesz­cze nawet z tatą i mamą. Dotar­li­śmy tu dopiero wczo­raj wie­czo­rem. – Ziew­nęła sze­roko, jakby na wspo­mnie­nie dłu­giej wspi­naczki przez gór­skie prze­łę­cze.

Ian się roze­śmiał, a ona pokrę­ciła głową, mru­ga­jąc.

– Tato chyba mówił, że masz dziecko? – zapy­tała, sta­now­czo zmie­nia­jąc temat.

Na jego twarz wró­cił sze­roki uśmiech.

– Mam. – Pro­mie­niał taką rado­ścią, że Brianna też się uśmiech­nęła. – Mam małego synka. Nie dostał jesz­cze praw­dzi­wego imie­nia, ale nazy­wamy go Oggy. Od Ogle­thorpe – wyja­śnił na widok jej sze­ro­kiego uśmie­chu. – Byli­śmy w Savan­nah, kiedy Rachel zaczął rosnąć brzuch. Nie mogę się docze­kać, kiedy go zoba­czysz!

– Ja też – powie­działa, cho­ciaż nie rozu­miała związku mię­dzy Savan­nah a imie­niem Ogle­thorpe. – Czy… – Prze­rwał jej odle­gły dźwięk. Ian natych­miast zerwał się na nogi, spo­glą­da­jąc w tym kie­runku.

– Czy to był tata? – zapy­tała.

– Chyba tak. – Podał jej rękę i pomógł wstać, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc po łuk. – Chodź!

Pochwy­ciła świeżo zała­do­waną strzelbę i pobie­gła, nie zwa­ża­jąc na zaro­śla, kamie­nie, gałę­zie drzew, stru­mie­nie ani na nic innego. Ian prze­my­kał przez las zwin­nie i szybko jak wąż; prze­dzie­rała się za nim, łamiąc gałę­zie i prze­cie­ra­jąc oczy ręka­wem.

Ian dwa razy zatrzy­mał się nagle i pochwy­cił ją za ramię, gdy zbli­żyła się do niego. Stali razem, nasłu­chu­jąc, pró­bu­jąc zwol­nić rytm serca i wstrzy­mać oddech na wystar­cza­jąco długą chwilę, by usły­szeć cokol­wiek ponad szu­mem lasu. Za pierw­szym razem, po kilku minu­tach, które wyda­wały się wiecz­no­ścią, wychwy­cili poprzez szum wia­tru coś w rodzaju kwiku, a po nim serię pomru­ków.

– Świ­nia? – zapy­tała mię­dzy hau­stami powie­trza. Dziki bywały duże i bar­dzo nie­bez­pieczne.

Ian potrzą­snął głową i prze­łknął ślinę.

– Niedź­wiedź. – Ode­tchnął głę­boko, zła­pał ją za rękę i ruszył bie­giem.

Za dru­gim razem, gdy znów się zatrzy­mali, nie usły­szeli nic.

– Wuju Jamie! – krzyk­nął Ian, gdy udało mu się zła­pać oddech.

Nic.

– Tato! – krzyk­nęła Brianna naj­gło­śniej, jak potra­fiła, ale ten dźwięk wyda­wał się żało­śnie cichy i daremny wobec ogromu góry. Cze­kali, krzy­czeli, znów cze­kali, a gdy wciąż odpo­wia­dała im cisza, w końcu pobie­gli dalej. Ian popro­wa­dził ją w stronę kol­cza­stych zaro­śli i mar­twego jele­nia.

Dysząc ciężko, zatrzy­mali się chwiej­nie na urwi­sku. Brianna pochwy­ciła Iana za ramię.

– Tam na dole coś jest!

Krzaki poru­szały się – nie tak mocno, jak pod­czas ago­nii jele­nia, ale z całą pew­no­ścią drżały, poru­szane nie­re­gu­lar­nie przez coś zde­cy­do­wa­nie więk­szego od Jamiego Fra­sera. Dobie­gały stam­tąd pomruki, świst roz­dzie­ra­nych ścię­gien, odgłosy łama­nia kości… i prze­żu­wa­nia.

– Chry­ste – powie­dział Ian pod nosem, ale nie­wy­star­cza­jąco cicho. Pierś Brianny ści­snęła się; zoba­czyła mroczki przed oczami i z prze­ra­że­nia zakrę­ciło jej się w gło­wie. Mimo to zaczerp­nęła jak naj­więk­szy haust powie­trza i jesz­cze raz krzyk­nęła:

– Taaato!

– Aha, teraz się poka­za­li­ście. – Głę­boki, gniewny szkocki głos docho­dził z miej­sca gdzieś pod nimi. – Mam nadzieję, dziew­czyno, że ustrze­li­łaś indyka na kola­cję, bo nie będziemy dziś jedli dzi­czy­zny.

Z ulgi znów zakrę­ciło jej się w gło­wie. Rzu­ciła się na zie­mię i wysta­wiła głowę poza kra­wędź urwi­ska. Ojciec stał dzie­sięć stóp pod nią, na wąskiej półce skal­nej, na którą zapro­wa­dził ją wcze­śniej. Jego pochmurna twarz roz­po­go­dziła się nieco na jej widok.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał.

– Tak, ale nie mamy indyka. Co ci się stało, u licha? – Był roz­czo­chrany i podra­pany, ramiona i twarz pokry­wały plamy i strużki zaschnię­tej krwi, rękaw koszuli miał roz­darty, prawą stopę bosą, a łydkę zakrwa­wioną. Spoj­rzał w dół na krzaki róż i znów spo­chmur­niał.

– Dia gam chu­ide­achadh – powie­dział, szyb­kim ruchem pod­bródka wska­zu­jąc zamie­sza­nie na dole. – Obdzie­ra­łem ze skóry jele­nia Iana, kiedy ten gruby, wło­chaty dia­beł wyszedł z krza­ków i mi go zabrał.

– Cachd – stwier­dził Ian z nie­sma­kiem. Przy­kuc­nął obok Brianny, patrząc na kol­cza­ste zaro­śla. Ode­rwała na chwilę spoj­rze­nie od ojca i dostrze­gła w krza­kach coś bar­dzo dużego i czar­nego, mocno w tej chwili zaję­tego; krzewy trzę­sły się i łamały, gdy zwie­rzę roz­szar­py­wało jele­nia. Zauwa­żyła pośród liści drżącą, sztywną nogę z racicą.

Widziała niedź­wie­dzia tylko przez krótką chwilę, ale ude­rze­nie adre­na­liny było tak silne, że znów zawi­ro­wało jej w gło­wie, a całe ciało się napięło. Oddy­chała naj­głę­biej jak mogła. Pot spły­wał jej po ple­cach, dło­nie zaci­śnięte na strzel­bie były mokre. Doszła do sie­bie w chwili, gdy Ian zapy­tał Jamiego, co mu się stało w nogę.

– Kop­ną­łem go w pysk – odparł Jamie krótko, patrząc z nie­chę­cią na krzaki. – Obra­ził się i pró­bo­wał odgryźć mi stopę, ale dostał tylko but.

Ian lekko zadrżał, ale roz­trop­nie nie roze­śmiał się na głos.

– No tak. Pomóc ci się pod­cią­gnąć, wuju?

– Nie – odrzekł Jamie szorstko. – Cze­kam, aż ten mac na gal­ladh sobie pój­dzie. Ma mój kara­bin.

– Ach. – Ian doce­nił wagę tych słów.

Ojciec mówił Brian­nie, że to bar­dzo dobry, długi kara­bin z Pen­syl­wa­nii. Naj­wi­docz­niej był gotów cze­kać tak długo, jak to będzie konieczne, i praw­do­po­dob­nie był o wiele bar­dziej uparty niż niedź­wiedź, pomy­ślała i zaśmiała się w duchu.

Jamie spoj­rzał na nich.

– Może­cie iść. To pew­nie tro­chę potrwa.

– Chyba mogła­bym stąd do niego strze­lić – zapro­po­no­wała Bree, oce­nia­jąc odle­głość. – Nie zabi­ła­bym go, ale pew­nie by uciekł, gdyby dostał pta­sim śru­tem.

Ojciec gwał­tow­nie mach­nął ręką, wyda­jąc szkoc­kie mruk­nię­cie.

– Nawet nie pró­buj. Mogła­byś go tylko roz­wście­czyć, a skoro mnie się udało zejść z tego zbo­cza, ta bestia z pew­no­ścią potrafi się wspiąć na górę. Idź­cie sobie, bo dostaję skur­czu w karku od tego gada­nia.

Bree zer­k­nęła kątem oka na Iana, a ten nie­mal nie­zau­wa­żal­nie ski­nął głową, rozu­mie­jąc jej nie­chęć do pozo­sta­wie­nia ojca bez butów na półce skal­nej o nie­całe dwa­dzie­ścia stóp od głod­nego niedź­wie­dzia.

– Dotrzy­mamy ci przez jakiś czas towa­rzy­stwa – oznaj­mił i zanim Jamie zdą­żył się sprze­ci­wić, zaci­snął palce na moc­nym pędzie sosny i opu­ścił się na zbo­cze urwi­ska. Palce jego stóp odzia­nych w moka­syny natych­miast zna­la­zły punkt opar­cia. Idąc za jego przy­kła­dem, Brianna pochy­liła się i podała ojcu śru­tówkę, po czym rów­nież zeszła, tro­chę wol­niej.

– Dzi­wię się, że nie zadźga­łeś go szty­le­tem, wujku Jamie – mówił Ian. – Pogromca Niedź­wie­dzi, chyba tak cię nazy­wali India­nie Tusca­rora?

Bree ucie­szyła się, widząc, że Jamie odzy­skał spo­kój ducha i tylko spoj­rzał na Iana z poli­to­wa­niem.

– Sły­sza­łeś kie­dyś, że czło­wiek z wie­kiem mądrzeje?

Ian wyda­wał się zbity z tropu.

– Sły­sza­łem.

Jamie oparł strzelbę o urwi­sko.

– No cóż, jeśli nie zmą­drze­jesz, to pew­nie nie docze­kasz sta­ro­ści. A ja już jestem za stary, żeby dla jele­niej tuszy rzu­cać się na niedź­wie­dzia z nożem. Masz coś do jedze­nia, dziew­czyno?

Cał­kiem zapo­mniała o nie­wiel­kiej tor­bie. Zdjęła ją z ramie­nia i zna­la­zła w środku zawi­niątko z pod­pło­my­kami i serem, które dała jej Amy Hig­gins.

– Usiądź – powie­działa, poda­jąc je ojcu. – Chcę obej­rzeć twoją nogę.

– Nie jest źle – odrzekł, ale albo był zbyt głodny, by się kłó­cić, albo przy jej matce przy­wykł już, że jest opa­try­wany, czy tego chce, czy nie, bo usiadł i wycią­gnął zra­nioną nogę.

Rze­czy­wi­ście nie wyglą­dało to źle, cho­ciaż na łydce miał głę­boką ranę, a obok niej kilka dłu­gich zadra­pań – te praw­do­po­dob­nie powstały, gdy gwał­tow­nie wycią­gał stopę z pasz­czy niedź­wie­dzia. Gdy Brianna sobie to wyobra­ziła, zro­biło jej się słabo. Nie miała przy sobie nic, czego mogłaby użyć, oprócz dużej chustki do nosa. Zamo­czyła ją w lodo­wa­tej wodzie ze stru­myka spły­wa­ją­cego po skal­nej ścia­nie i oczy­ściła ranę naj­le­piej jak potra­fiła, zasta­na­wia­jąc się przy tym, czy od ugry­zie­nia niedź­wie­dzia można dostać tężca. Przed wyjaz­dem dopil­no­wała, by wszyst­kie szcze­pie­nia dzieci były aktu­alne, ale szcze­pionka prze­ciw­tęż­cowa dawała odpor­ność chyba tylko na dzie­sięć lat? Coś w tym rodzaju.

Rana wciąż krwa­wiła, choć nie­zbyt obfi­cie. Brianna wyci­snęła chustkę i dość mocno owią­zała wokół łydki Jamiego.

– Tapadh leat, a gràidh. – Uśmiech­nął się do niej. – Twoja matka nie zro­bi­łaby tego lepiej. Pro­szę. – Zosta­wił jej dwa pod­pło­myki i kawa­łek sera. Oparła się ple­cami o urwi­sko, sie­dząc mię­dzy nim a Ianem. Była zdu­miona, że czuje głód, a jesz­cze bar­dziej dzi­wiło ją, że zupeł­nie spo­koj­nie sie­dzą i roz­ma­wiają w pobliżu dużego dra­pież­nika, który nie­wąt­pli­wie mógłby ich wszyst­kich zabić.

– Niedź­wie­dzie są leniwe – wyja­śnił Ian, widząc, w jakim kie­runku patrzy. – Skoro on – to samiec, wujku? – ma tam na dole dobrego jele­nia, nie będzie zawra­cał sobie głowy wspi­naczką po byle jaką prze­ką­skę. A jeśli już o tym mówimy – pochy­lił się przed nią do Jamiego – czy on zjadł twój san­dał?

– Nie cze­ka­łem tam, żeby popa­trzeć. – Humor Jamiego wyraź­nie się polep­szył po jedze­niu. – Ale mam nadzieję, że nie. W końcu miał pod nosem stertę paru­ją­cych wnętrz­no­ści jele­nia, więc po co miałby zawra­cać sobie głowę kawał­kiem sta­rej skóry? Niedź­wie­dzie nie są głu­pie.

Ian ski­nął głową i oparł się o skałę, lekko pocie­ra­jąc ramio­nami o nagrzany słoń­cem kamień.

– A więc, kuzynko – spoj­rzał na Bree – obie­ca­łaś, że mi opo­wiesz, jak to się stało, że wró­ci­li­ście. A że mamy teraz tro­chę czasu… – Ruchem głowy wska­zał w kie­runku, skąd docho­dziły mia­rowe odgłosy roz­ry­wa­nia i prze­żu­wa­nia mięsa.

Poczuła ści­ska­nie w żołądku. Na widok jej twa­rzy ojciec pokle­pał ją po kola­nie.

– Nie kło­pocz się tym, a lean­nan. Będzie na to dość czasu. Pew­nie wola­ła­byś opo­wie­dzieć to wszyst­kim, kiedy będzie z tobą Roger Mac.

Zawa­hała się; wiele razy wyobra­żała sobie, jak mówią wszystko rodzi­com, wyobra­żała sobie, jak ona i Roger opo­wia­dają całą histo­rię razem, na prze­mian… ale na widok napię­cia w oczach ojca zdała sobie sprawę, że nie mogłaby szcze­rze przed­sta­wić swo­jej czę­ści w obec­no­ści Rogera. Nawet nie powie­działa mu wszyst­kiego, kiedy go odna­la­zła, bo widziała, jak bar­dzo roz­wście­czyło go to, czym zdą­żyła się z nim podzie­lić.

– Nie – odrze­kła powoli. – Mogę wam opo­wie­dzieć teraz. W każ­dym razie moją część. – Popiła ostat­nie okru­chy pod­pło­myka gar­ścią zim­nej wody i zaczęła mówić.

Ow­szem, mama zna męż­czyzn, pomy­ślała, widząc, jak Ian zaci­ska pięść na kola­nie i sły­sząc niski, mimo­wolny pomruk ojca, gdy opo­wie­działa, jak Rob Came­ron przy­parł ją do ściany w gabi­ne­cie w Lal­ly­broch. Nie powtó­rzyła im dokład­nie tego, co mówił – pro­stac­kich gróźb i roz­ka­zów – ani nie powie­działa, jak na jego pole­ce­nie zdjęła dżinsy, a następ­nie z całej siły ude­rzyła go nimi w twarz, a potem powa­liła go na pod­łogę. Wspo­mniała tylko, że roz­trza­skała mu na gło­wie drew­nianą skrzynkę z listami. Oby­dwaj chrząk­nęli z satys­fak­cją.

– Skąd się wzięła ta skrzynka? – zapy­tała ojca, prze­ry­wa­jąc rela­cję. – Roger zna­lazł ją w garażu swo­jego przy­bra­nego ojca. To takie miej­sce, w któ­rym par­kuje się samo­chód, to zna­czy… – Na widok zakło­po­ta­nia na twa­rzy Jamiego dodała: – Nie­ważne, to coś w rodzaju szopy na narzę­dzia. Ale zawsze się zasta­na­wia­li­śmy, gdzie wy ją scho­wa­li­ście?

– Ach, o to cho­dzi? – Twarz Jamiego nieco się roz­luź­niła. – Roger Mac mówił mi, że jego ojciec był księ­dzem i wiele lat miesz­kał w domu w Inver­ness. Zro­bi­li­śmy trzy skrzynki; trzeba było mnó­stwo pracy, żeby prze­pi­sać wszyst­kie listy. Zapie­czę­to­wa­łem je i wysła­łem do trzech róż­nych ban­ków w Edyn­burgu z instruk­cją, aby w takim to a takim roku prze­słali skrzynkę do domu wie­leb­nego Wake­fielda w Inver­ness. Mie­li­śmy nadzieję, że przy­naj­mniej jedna tam dotrze. Na każ­dej umie­ści­łem pełne nazwi­sko Jemmy’ego. Pomy­śla­łem, że to będzie coś zna­czyć dla cie­bie, ale nie dla nikogo innego. Ale mów dalej. Ude­rzy­łaś Came­rona skrzynką, a potem…?

– Nie ogłu­szy­łam go cał­kiem, ale udało mi się go wymi­nąć i wydo­stać się na zewnątrz. Pobie­głam do wie­szaka w kory­ta­rzu… to nie ten sam wie­szak, który jest u two­ich rodzi­ców – powie­działa do Iana i dopiero teraz przy­po­mniała sobie, co było napi­sane w jed­nym z ostat­nich listów. – Boże! Twój ojciec, Ianie… Tak mi przy­kro!

– Ach. Tak – powie­dział, spusz­cza­jąc wzrok. Chwy­ciła go za nad­gar­stek. Nakrył jej rękę dużą dło­nią i lekko uści­snął. – Nie przej­muj się, a nighean. Od czasu do czasu czuję go obok sie­bie. A wujek Jamie przy­wiózł moją mamę ze Szko­cji… o Jezu. – Urwał i utkwił w niej okrą­głe oczy. – Ona nie wie, że tu jeste­ście!

– Nie­długo się dowie – wtrą­cił cierpko Jamie. – Powiesz mi, co się u dia­bła stało z tym gów­nia­nym Came­ro­nem?

– Za mało – stwier­dziła ponuro i dokoń­czyła histo­rię, opo­wia­da­jąc o wspól­ni­kach Came­rona i strze­la­ni­nie.

– Więc zabra­łam Jema i Mandy i wyje­cha­łam do Kali­for­nii, to po dru­giej stro­nie Ame­ryki, żeby się zasta­no­wić, co robić. W końcu uzna­łam, że nie ma wyboru; musie­li­śmy spró­bo­wać zna­leźć Rogera. Zosta­wił mi list z infor­ma­cją, że jest w Szko­cji, i z datą. Tak zro­bi­li­śmy i… – Wska­zała sze­ro­kim gestem na ota­cza­jącą ich dzicz. – No i jeste­śmy.

Jamie wcią­gnął powie­trze przez nos, ale nic nie powie­dział. Ian tylko krótko ski­nął głową, jakby do sie­bie. Brianna czer­pała dziwną pocie­chę z bli­sko­ści krew­nych. To, że opowie­działa im całą histo­rię, zwie­rzyła się z lęków, przy­nio­sło jej ulgę. Już od dawna nie czuła się chro­niona tak jak teraz.

– Idzie – powie­dział nagle Ian. Podą­żyła za jego spoj­rze­niem: kol­cza­ste gałązki koły­sały się jak sza­lone pod napo­rem czar­nego ciel­ska. Niedź­wiedź odda­lał się powoli.

Ian wstał i podał rękę Brian­nie. Pod­nio­sła się i prze­stą­piła z nogi na nogę, roz­luź­nia­jąc koń­czyny. Czuła się tak lekko, że pra­wie nie sły­szała tego, co mówił ojciec, rów­nież wsta­jąc za jej ple­cami.

– Co takiego? – Obej­rzała się.

– Powie­dzia­łem, że jest jesz­cze coś, prawda?

– Coś jesz­cze? – Uśmiech­nęła się lekko. – Nie wystar­czy tego, co powie­dzia­łam?

Jamie wydał z sie­bie szkoc­kie mruk­nię­cie – na wpół prze­pra­sza­jące, na wpół ostrze­gaw­cze.

– Ten Robert Came­ron. Mówi­łaś, że on praw­do­po­dob­nie prze­czy­tał nasze listy.

Po ple­cach Brianny spły­nęła strużka lodo­wa­tego potu.

– Tak. – Poczu­cie spo­koju i bez­pie­czeń­stwa nagle znik­nęło.

– W takim razie wie o jako­bic­kim zło­cie, które scho­wa­li­śmy razem z whi­sky, i wie, gdzie jeste­śmy. A jeśli on wie, to jego przy­ja­ciele też. Moż­liwe, że on nie może przejść przez kamie­nie, ale mogą być tacy, któ­rzy potra­fią. – Spoj­rzał na nią wprost nie­bie­skimi oczami. – Prę­dzej czy póź­niej ktoś się tu pojawi, żeby poszu­kać.