Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bal malarzy, zorganizowany na cześć dziedziców wielkich artystów, skończył się chaosem. Wszystko za sprawą niespodziewanego ujawnienia się rodu da Vincich, uznawanego do tej pory za wymarły, a także szokującej wiadomości, że głowa rodziny van Goghów została znaleziona martwa.
W obliczu nadchodzących zmian każdy ze spadkobierców musi się zmierzyć z własnymi demonami: zdradą, nieoczekiwanym uczuciem czy koniecznością odkrycia sekretów najbliższych.
Największa tajemnica dotyczy jednak potęgi ich dziedzictwa, czyli możliwości wchodzenia do obrazów dzięki specjalnym klejnotom. Serafina i jej sprzymierzeńcy nie są jedynymi, którzy pragną rozwikłać tę zagadkę. Lecz najpierw przyjdzie im stawić czoła potężnym wrogom. Ale żeby móc to zrobić, muszą sobie nawzajem na nowo zaufać oraz zacząć współpracować z tymi, którzy przez lata ukrywali się przed całym światem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 379
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Serafina van Gogh należy do jednego z czterech malarskich rodów, które dzięki tajemniczym klejnotom mogą przenikać do obrazów swoich protoplastów. Pozostałe rodziny obdarzone taką zdolnością to Dalí, Monet i da Vinci, jednak klejnoty tej ostatniej zostały zniszczone, a jej przedstawiciele zginęli w tajemniczych okolicznościach.
Kiedy do opinii publicznej dociera wieść, że skradziono skarb van Gogha, Serafina musi się stawić na spotkaniu z Radą Kultury – organem kontrolującym działalność rodów. W obliczu lekceważenia przestępstwa zarówno przez Radę, jak i dziadka dziewczyny, ta przerażona postanawia działać na własną rękę i sama znaleźć złodziei. Wspierają ją asystent głowy ich rodziny Daan, dawny przyjaciel i pozbawiony uczuć perfekcjonista Gabriel Monet oraz szukający zemsty na impresjonistach ekscentryk Alvaro Dalí. Ten szalony chłopak po opanowaniu zdolności przenikania do obrazów zyskał również dodatkowe moce, które pozwalają mu odkrywać tajemnice ludzi uwiecznionych na fotografiach. Na podstawie jednego z takich przesłuchań podejrzenia młodych dziedziców koncentrują się na Adele, zastępczyni dyrektora Rady Kultury.
Serafina otrzymuje wsparcie także od swojego przyjaciela Aarona oraz od Colette, młodszej siostry Gabriela, choć ta własną impulsywnością komplikuje współpracę, więc okradziona spadkobierczyni stara się trzymać ją na dystans. Daan natomiast odkrywa w gabinecie Milana, swojego pracodawcy, tajemnicze dokumenty i symbol człowieka witruwiańskiego, co sugeruje powiązania sprawy z rodem da Vincich.
Miesiąc po kradzieży klejnotów śledztwo stoi w martwym punkcie. Daan i Gabriel udają się do Amsterdamu, gdzie odkrywają, że złodzieje wynajęci do kradzieży obrazów mieli jedynie wykonać zlecenie, a za całą akcją stoi ktoś z kontaktami w Radzie Kultury. W tym czasie Colette na polecenie dziadka śledzi dziedziczkę van Gogha, ale szybko zostaje zdemaskowana.
Serafina w ramach zajęć na studiach dostaje szansę zaprojektowania strojów na bal malarzy – elitarną uroczystość organizowaną w okresie Bożego Narodzenia po to, by świętować fakt, że dzięki klejnotom magia istnieje na świecie. Ma stworzyć suknię dla Mariposy, niepełnosprawnej dziewczyny związanej z firmą Christiana Requema. Serafina zwraca uwagę na logo działalności mężczyzny zawierające symbol człowieka witruwiańskiego, co budzi jej niepokój. Ta i inne okoliczności sprawiają, iż bohaterowie coraz bardziej zaczynają podejrzewać, że kradzież musi być powiązana z rodem da Vincich. W międzyczasie Gabriel odkrywa, że padł ofiarą klątwy obrazów, która odbiera mu zdolność do odczuwania emocji. Dziedziczka van Gogha obiecuje mężczyźnie pomoc w pokonaniu tego przekleństwa.
W Boże Narodzenie Serafina i Daan otrzymują od seniora swojej rodziny tajemnicze podarki – listy, zaszyfrowany dziennik oraz pendrive z filmikiem, który mają opublikować podczas balu. Z zapisków wynika, że mogą istnieć inne rody obdarzone umiejętnością przenikania do obrazów.
Już w trakcie imprezy Serafina odkrywa, że Aaron współpracuje z Christianem, a chłopak przyznaje, że to on odpowiada za kradzież. Chwilę później właściciel firmy ujawnia, że jest członkiem rodu da Vincich, i ogłasza się wybawcą, który nie tylko prowadzi eksperymenty mające na celu poznanie sekretów klejnotów, lecz także wzywa do obalenia Rady Kultury, aby rody nie były już kontrolowane.
Przez to całe zamieszanie filmik dziadka Serafiny nie zostaje opublikowany. Zamiast tego bal przerywa wiadomość, że we francuskiej rezydencji policja znalazła martwego Milana van Gogha.
Colette szła za chłopcem, niemal biegła, ponieważ Jean szybko podskakiwał, co stanowiło ogromny kontrast w porównaniu ze spokojnym krokiem jego nowej, bosej towarzyszki. Matka za to – piękna kobieta z parasolem, którego ani na chwilę nie złożyła – obserwowała ich uważnie. Syn pomachał do niej, a ona skinęła mu głową.
Colette zagapiła się na nią i na ten niedokładnie namalowany parasol – dynamiczny, a zarazem lekki. Kiedy przyjrzała mu się dokładniej, zauważyła, że na powierzchni przedmiotu widoczne były ślady krótkich pociągnięć pędzla.
O mało się nie przewróciła.
– Uważaj, panienko – powiedział chłopiec. – Jesteśmy już prawie na miejscu.
Zbliżali się do niewielkiej, ale uroczej chatki o spadzistym dachu. Dziewczyna nigdy w życiu nie sądziła, że znajdzie się w takiej abstrakcyjnej sytuacji. Jak mogłaby w ogóle tak pomyśleć? Przebywanie w obrazie i proszenie o pomoc Jeana Moneta – martwej postaci – było niczym sen! I choć to na zewnątrz czyhało na nią niebezpieczeństwo, po raz pierwszy, odkąd pojawiła się na tej idyllicznej łące, poczuła strach.
– Dokąd mnie prowadzisz?
Namalowany chłopiec przekrzywił głowę, by zerknąć na Colette. Wyglądał na osiem lat, lecz jego spojrzenie przywodziło na myśl znacznie dojrzalszego mężczyznę.
– Prosiłaś o pomoc – przypomniał.
– Tak, ale… – Odchrząknęła. – Nie wiem, co robić. Nie mam pojęcia, dokąd mnie prowadzisz.
Nagle wszystko to, co zaszło przed wejściem do płótna, sprawiło, że zawirowało jej w głowie. Miała tak wiele pytań. Czuła się, jakby chodziła po linie, balansując między rzeczywistościami: w każdej z nich kryły się tajemnice, które budziły poważne obawy.
Jean dotknął jej dłoni. Jego dotyk był delikatny, a skóra – miękka. Chłopiec uśmiechnął się do Colette.
– On ci pomoże.
– On? – zapytała. – Czyli kto?
Gdy nie otrzymała odpowiedzi, stwierdziła, że już nie będzie zadawać pytań. Zda się na los i zaufa, że ten przyniesie pomyślne chwile, które jej pomogą.
Poszła przed siebie, a kiedy Jean popchnął skrzypiące drzwi chatki, do nozdrzy dziewczyny dotarł zapach kwiatów zmieszany z innym, gorszym aromatem.
Weszła do środka i ujrzała siedzącego przed oknem mężczyznę. Światło z zewnątrz oświetlało jego twarz oraz dym papierosowy, który otaczał go jak kokon. Nieznajomy po raz kolejny zaciągnął się fajką, zanim spojrzał na przybyłą.
– W końcu mogę cię poznać, Colette – oznajmił, a usta mu drgnęły. – Musisz być bardzo zagubiona.
Dziewczyna aż przytrzymała się ściany, gdy zrozumiała, z kim ma do czynienia.
– Jesteś…
Mężczyzna przeniósł wzrok z powrotem na łąkę, widoczną za oknem.
– Claude Monet – potwierdził. – Nareszcie się spotykamy.
Organizowana przez Radę Kultury bożonarodzeniowa impreza, szerzej znana jako bal malarzy, to jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń kalendarza kulturalnego! Co roku świat sztuki z niecierpliwością spogląda w przyszłość i zadaje sobie pytanie: co przyniesie nowy rok? Tym razem jednak nikt, absolutnie nikt, nie mógł przewidzieć nadchodzącej rewolucji! Da Vinci powrócili! Jak ich pojawienie się wpłynie na naszą rzeczywistość? Cóż, pozostaje nam czekać, aż sztuka napisze swój kolejny fascynujący rozdział, tym razem z dziedzicami geniusza renesansu!
Fragment artykułu Laury West na łamach magazynu „London News”
Chaos miał wiele twarzy: szaleństwo, trwogę, paraliżującą bezsilność. Można by go zobrazować w każdy istniejący sposób, jednak dla Serafiny to właśnie tegoroczny bal malarzy stał się idealnym przykładem oblicza tego słowa.
Wpatrywała się w scenę jak zaczarowana. Ledwo słyszała kakofonię okrzyków oburzenia i pełnych zdenerwowania dialogów. Zastanawiała się, co Christian mówi mężczyznom zakrywającym obrazy van Gogha, którego była dziedziczką. Następczynią wybraną przez już martwego dziadka.
Martwego. Dziadka.
Na ekranie nadal widnieli ratownicy pchający nosze z przykrytym prześcieradłem ciałem i karetka. Policja zabezpieczała teren wokół.
Ktoś ją popchnął. Dziewczyna się zatoczyła, ale dzięki Gabrielowi nie upadła na podłogę. Mężczyzna trzymał ją mocno, a ona nadal wbijała wzrok w ekran. Dłoń zacisnęła w pięść. To była nowa rzeczywistość, którą od razu znienawidziła. Klejnoty van Gogha wróciły, lecz jakim kosztem?
Spojrzała w dół, z powrotem na Christiana. Choć nie znała mężczyzny długo, zawsze widziała go spokojnego, uśmiechniętego. Mającego wszystko pod kontrolą. Teraz, pomimo dzielącej ich odległości, zauważyła napięty wyraz jego twarzy.
Czy to było częścią planu mężczyzny?, zastanawiała się Serafina. Nie… Nie mógłby… Czy to on pozbył się Milana van Gogha? Traktował go jak zagrożenie? Nie. To nie miało sensu.
Nikt nie zdołałby udawać na tyle dobrze, by emanować takim szokiem jak członek zmartwychwstałego rodu. Poza tym ujawnienie tych wstrząsających wieści mu przeszkodziło. Śmierć Milana, a przede wszystkim poinformowanie o niej zaraz po tym, jak odkryto kartę, że da Vinci zwracają obrazy rodowi Sery, zdawały się bezsensowne.
Da Vinci.
Ci, których uważano za martwych, byli żywi i planowali druzgocące zmiany. A może oni dzięki swojej erudycji dostrzegali sens w tym chaosie? Rozumieli coś, czego ona nie umiała pojąć.
Milan van Gogh został znaleziony martwy, powtórzyła po raz kolejny w myślach. Przed oczami pojawiły jej się mroczki. Pragnęła zobaczyć ciało. Cofnąć czas, pożegnać się z dziadkiem. Chwila! Przecież miała listy od niego. Ponadto chciał coś ogłosić na balu. Co takiego?
Dobrze pamiętała tajemniczą historię Vincenta van Gogha. Zmarł od strzału z pistoletu. Mówiono, że popełnił samobójstwo, chociaż niektórzy badacze twierdzili inaczej. Sekret jego śmierci był zawsze najciekawszy i niemal na każdej konferencji pytano członków rodu van Goghów o opinię na ten temat.
Bezskutecznie.
Czy Milan miał się stać kolejną nierozwiązaną zagadką? Czy właśnie to była jego wiadomość? Śmierć?
– Co się dzieje? – zapytała Serafina, choć nie oczekiwała odpowiedzi.
Kilka osób odwróciło się w stronę dziewczyny i przeszyło ją oceniającymi spojrzeniami. Kobiety w drogich rękawiczkach zasłaniały usta na jej widok i szeptały coś swoim przyjaciołom. Niektórzy z ciekawością obserwowali, co robi, jak reaguje na wieść o śmierci głowy rodu. O dziwo, Serafina zachowała względny spokój.
Gabriel chwycił ją za dłoń.
– Musimy stąd wyjść.
Wnuczka Milana nie potrafiła się jednak ruszyć. Dziadek nie żył. Już nigdy nie wyjawi tajemnic malarstwa. Wszystko miało się zmienić.
Monet stanął przed nią, położył dłonie na jej ramionach i ścisnął delikatnie.
– Serafino – powiedział cicho, patrząc wstrząśniętej dziewczynie w oczy swoimi zimnymi niebieskimi tęczówkami.
– Milan van Gogh jest… – Poczuła na języku nieprzyjemny posmak. Głos łamał jej się coraz bardziej z każdym kolejnym słowem. – On nie żyje.
Gabriel ostatecznie tego nie skomentował, ale otwierał i zamykał usta, jakby szybko zmieniał w głowie odpowiedź. Po raz pierwszy nie wiedział, co powiedzieć. Mimo wszystko jego twarz pozostawała bez wyrazu. Przez chwilę patrzyli na siebie, aż ciszę przerwał komunikat z głośników:
– Prosimy się kierować do drzwi ewakuacyjnych. Należy opuścić teren Galerii Narodowej.
Rozmowy stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu przeszły w pełne oburzenia okrzyki.
– Co się dzieje?!
– Żądamy wyjaśnień!
– Czy to jakiś żart?!
Serafina zadrżała. Patrzyła dookoła. Już nigdzie nie widziała ludzi w maskach. Gdzie się podziali? A Aaron? Żółć podeszła jej do gardła na wspomnienie zdradzieckiego przyjaciela.
Gabriel zdjął marynarkę i okrył nią drżącą sojuszniczkę. Próbował zasłonić dziewczynę przed natrętnymi spojrzeniami. Przyciągnął ją do siebie i razem zaczęli się przeciskać w kierunku wyjścia.
Serafina usłyszała huk, więc spojrzała po raz ostatni w stronę sceny. Obcy mężczyźni chwycili obrazy, których klejnoty błyszczały intensywniej, jakby ją przywoływały, by wyrwała je z rąk złodziei. Ale ci znikali już z nimi gdzieś za podwyższeniem, co sprawiło, że serce dziewczyny stanęło na moment.
– Gabrielu, a co z płótnami? – zapytała.
Chłopak również spojrzał przez ramię. Za kurtynę wbiegał właśnie zdenerwowany Christian.
– Nie mogę pozwolić, by klejnoty… – urwała i jęknęła, bo źle postawiła stopę. Przystanęła i szybko zdjęła szpilki, które następnie przycisnęła do piersi. Pokręciła głową. – Nie mogę znowu ich stracić.
Dziedzic nadal wpatrywał się w scenę. W końcu odetchnął głęboko i pociągnął Serafinę dalej w stronę wyjścia.
Z wielkim trudem zdołali prawie dotrzeć do drzwi przez tłoczących się gości i ochroniarzy pragnących znaleźć oraz ochronić swoich klientów.
– Gabrielu! – krzyknęła Serafina.
Ten oparł ją o ścianę i położył dłonie na chłodnej powierzchni, po obu stronach głowy sojuszniczki. Patrzyli na siebie, oddychając ciężko.
– Najważniejsze jest to, żebyśmy stąd wyszli – powiedział spokojnie, co nie pasowało do panującego wokół chaosu. Samo to, że tak stali, było ryzykowne i można nawet rzec, nieodpowiedzialne. – Wiemy, kto jest sprawcą, więc prędzej czy później dopilnujemy, by klejnoty do ciebie wróciły.
Dziewczyna przymknęła powieki. Miał rację, a jednak jej serce nie chciało go słuchać. Ten bal powinien był sprawić, że tajemnice się rozwiążą. Tymczasem wszystko skomplikował.
– Ufasz mi? – zapytał Gabriel.
Serafina otworzyła oczy. Kilka dni temu powiedziałaby, że tak. Teraz nie potrafiła wydusić tego słowa. Chłopak jednak nie czekał na odpowiedź. Wciągnął ją z powrotem w tłum zmierzający do wyjścia, które z każdym krokiem było coraz bliżej.
– Uwaga! – krzyknął ktoś nagle.
Dziewczyna nie zdążyła się nawet odwrócić. Wpadła głębiej w objęcia Gabriela, który szybko zrobił unik, gdy ozdobna choinka upadła metr od nich. Krzyki stały się jeszcze głośniejsze.
– Musimy stąd wreszcie wyjść. Tu jest coraz niebezpieczniej – uznał towarzysz Sery.
Idąc, wciąż trzymała się blisko jego boku. Dopiero gdy wypadli na zewnątrz, ochroniarze otoczyli ich szczelnym kokonem.
Dziedziczka van Goghów mocniej opatuliła się marynarką. Na dworze panował chłód. Kiedy oddychała, z jej ust ulatywały chmurki zimnego powietrza.
– Zaprowadźcie ją do samochodu – rozkazał Gabriel i cofnął się w kierunku wejścia do galerii.
Serafina zrobiła krok w jego stronę.
– A co z tobą?
Chłód przenikał jej stopy okryte jedynie cienkimi rajstopami. Chłopak zmarszczył brwi na ten widok.
– Muszę znaleźć Colette – odparł szybko. – Ukryj się w samochodzie i spróbuj skontaktować z Daanem.
Dziewczyna przytaknęła, więc Monet odwrócił się do ochroniarzy.
– Zawieźcie ją do hotelu. – Podał im adres, a kiedy skinęli głowami, dodał: – Jeśli spadnie jej włos z głowy, zwolnienie będzie waszym najmniejszym problemem, zrozumiano?
Mężczyźni potwierdzili, a Gabriel poświęcił kolejną sekundę, by rzucić okiem na dziewczynę. Gdy ruszył z powrotem do galerii, Serafina miała ochotę pobiec za nim, ale powstrzymali ją pracownicy.
– Proszę iść za nami.
Nie zamierzała się kłócić. Gabriel sobie poradzi, prawda? Odnajdzie siostrę i rozwiążą wszystkie zagadki, by ich życie wróciło do normalności. Wiedzą już, kto jest sprawcą. Odzyskają klejnoty. Obecnie musieli się skupić na tym, co tu i teraz.
Kiwnęła głową.
– Dziękuję.
Boso ruszyła do samochodu, a gdy już się w nim znalazła, szybko wyciągnęła telefon i wybrała numer Daana. Nie odebrał. Próbowała się skontaktować z Alvarem, ale też na próżno.
Nie mogła tak tu siedzieć! Jeśli jednak zniknie z auta, zaniepokoi zarówno ochroniarzy, jak i Gabriela. Mimo wszystko musiała działać. Kliknęła ikonkę kontaktów i skupiła wzrok na numerze Aarona. Zazgrzytała zębami.
– Ty podły zdrajco – warknęła i pod wpływem gniewu rzuciła telefonem, który spadł na podłogę.
Schyliła się po urządzenie i wtedy zobaczyła pod siedzeniem worek z trampkami. Przypomniała sobie, że poprosiła Daana, by go tu zostawił, tak na wszelki wypadek. W tamtym momencie uważała to za śmieszne, ale jak widać, czasem te najgłupsze pomysły okazują się najlepszymi. Wykorzystała chwilę, gdy ochroniarze próbowali poradzić sobie z tłumem wciąż uciekających ludzi i żądnych sensacji paparazzich. Szybko włożyła buty i chwyciła komórkę, z którą wybiegła z samochodu. Później będzie prosić o wybaczenie. Teraz musiała pomóc swoim sojusznikom.
Po znokautowaniu technika Aaron schował pendrive do kieszeni. Zirytowany westchnął, kiedy w spodniach i bluzie obcego mężczyzny znalazł również banknoty będące częścią łapówek.
Wrócił do nieprzytomnego Daana. Wpatrywał się w jego nieruchomą sylwetkę, podczas gdy racjonalne myśli ustępowały miejsca coraz mocniejszym wulgaryzmom. Przejechał dłonią po włosach. To nie miało być częścią planu. Serafina już go nienawidziła, a on zamiast naprawiania relacji z nią, jeszcze ją pogarszał, stojąc nad jej nieprzytomnym przyjacielem, którego zły stan był jego winą. Przykucnął obok mężczyzny i obserwował unoszącą się klatkę piersiową. Wyciągnął telefon i drżącymi dłońmi wybrał numer alarmowy. Na szczęście mimo przebywania na poddaszu miał zasięg.
– Ratownictwo medyczne, słucham – rozległ się kobiecy głos po drugiej stronie linii.
– Wyślijcie karetkę do Galerii Narodowej w Londynie. Jest tutaj ranny, nieprzytomny – odpowiedział szybko.
– Czy oddycha?
Nadal zapatrzony w tors młodego asystenta van Goghów odparł:
– Tak.
– Już wysyłam pomoc. Czy pan też jest ranny?
Aaron nie zdążył dokończyć rozmowy, bo nagle rozbrzmiał głośny komunikat o ewakuacji budynku.
Kto włączył tę wiadomość? I dlaczego teraz? O nie! Plan wyraźnie całkowicie się posypał.
– Przyślijcie więcej ambulansów – rzucił, zanim się rozłączył.
Rozważał, co robić dalej. Miał unieruchomić Daana, aby ten nie przekazał wiadomości Milana światu. Aaron nie wiedział, o co dokładnie chodziło, ale według Christiana sekrety głowy rodu van Goghów musiały pozostać tajemnicą. Nie zamierzał się o to sprzeczać. Rozmyślał jednak nad tym, co takiego zaszło, że zarządzono natychmiastowe opuszczenie galerii.
Odruchowo spojrzał w stronę technika, który poruszył się z trudem i jęknął cicho.
Da radę sam, pomyślał Aaron, po czym chwycił Daana pod ramiona. Wiedział, że zejście po schodach z nieprzytomnym to fatalny pomysł, ale nie mógł sobie pozwolić na czekanie. Tym bardziej że sam musiał uciekać.
Opuszczenie poddasza okazało się o dziwo najłatwiejszą częścią, zwłaszcza że im dalej w kierunku głównych schodów, tym częściej natrafiał na ludzi próbujących się wydostać na zewnątrz. Każdy krok był wyzwaniem, a Daan ciążył mu coraz bardziej. Aaron czuł, jak pot spływa po jego plecach, kiedy w tłumie dostrzegł nagle znajomą postać. Los najwyraźniej stroił sobie z niego żarty. Przed nim bowiem stała Serafina. Z włosami w kompletnym nieładzie, ubrana w za dużą męską marynarkę – po której rozpoznaniu poczuł ucisk w sercu – i z trampkami zamiast eleganckich szpilek na nogach. Widok jej twarzy, pełnej złości i zmęczenia, był kolejnym ciosem.
– Co ci się stało? – zapytał odruchowo, choć nie miał do tego prawa.
Nie odpowiedziała. Oddychała ciężko, spojrzenie przeniosła na Daana.
– Co mu zrobiłeś? – warknęła. W jej głosie słychać było oskarżenie.
Poprawiając ułożenie rannego w swoich ramionach, Aaron wykonał krok w stronę dziewczyny.
– Jest nieprzytomny, ale zadzwoniłem po karetkę.
Patrząc na Serafinę, cieszył się, że wzrok tej nie może zabijać. W oczach dziewczyny dostrzegł wiele pytań, jednak ona nie zamierzała ich zadawać. Zamiast tego zbliżyła się i położyła rękę na policzku członka swojej rodziny.
– Jeśli coś mu się stanie… – zaczęła, lecz szybko urwała i chwyciła Daana z drugiej strony.
Aaron zauważył, że unika jego spojrzenia. Odebrał to jak kolejny cios, wiedział jednak, że sam sobie na to zasłużył.
Serafina delikatnie gładziła twarz adoptowanego członka rodu van Goghów.
– Daan, hej – szepnęła, lecz mężczyzna w ogóle nie kontaktował.
– Przenieśmy go bliżej wyjścia – wtrącił Aaron. – Ułatwimy medykom dostęp do niego.
Zawahała się, ale w końcu kiwnęła głową.
Razem zdołali przenieść Daana na niższy poziom, a potem – do głównego holu. Gdy dotarli do drzwi frontowych, usłyszeli syreny karetek i policyjnych radiowozów. Serafina przysiadła i położyła głowę Daana na swoich kolanach.
– Wyjdź na zewnątrz i pokieruj ratowników – nakazała chłodno Aaronowi. – Tyle jesteś mi winien.
Chłopak tylko przytaknął – nie znalazł słów, by odpowiedzieć – po czym pobiegł w stronę służb rozpoczynających triaż. Machnął do nich.
– Mamy nieprzytomnego! – zawołał.
Ratownicy ruszyli za nim. Młody mężczyzna nie przestawał się rozglądać na boki. Policja otoczyła budynek, tłum panikował, a chaos wciąż narastał. Gdy Aaron zbliżył się do pochylonej nad Daanem dziewczyny, coś w nim pękło.
To moja wina, pomyślał, odtwarzając w głowie spojrzenie i ostatnie słowa wypowiedziane przez poszkodowanego. Serafina nigdy mi tego nie wybaczy.
Telefon zawibrował mu w kieszeni, więc Aaron szybko sprawdził wiadomość.
Massimo
Potrzebuję twojej pomocy.
Nie tylko ty, prychnął, ale zaraz przyszedł kolejny SMS.
Massimo
Przygotowano samochód dla Mariposy. Jedź z nią, a my zajmiemy się resztą.
Aaron zacisnął dłonie na komórce, po czym spojrzał ostatni raz na Serafinę i Daana. Nie miał wyboru. Czas działał przeciwko niemu, a on musiał słuchać szefa. To był priorytet… W teorii. Odwrócił się i choć ciężar pendrive’a z wiadomością Milana przypominał kamień, ruszył na poszukiwania Mariposy.
Za sobą zostawiał bałagan, którego już nigdy nie będzie w stanie posprzątać.
Gabriel nie biegł, ale poruszał się szybko, stawiając długie kroki. Szedł między ludźmi, w przeciwnym kierunku niż oni, uważnie obserwując otoczenie. Odnosił wrażenie, że czas zwolnił, zwłaszcza że niemal wszyscy panikowali. W obliczu zagrożenia goście nie mieli już w sobie ani krzty elegancji, którą pragnęli pokazać na balu. Zamiast niej charakteryzowały ich zdenerwowanie i chęć jak najszybszego opuszczenia Galerii Narodowej w Londynie. Ta nie była największą na świecie, ale i tak łatwo się w niej zgubić. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, zwiedzał ją wielokrotnie z Serafiną van Gogh. Dobrze znał ten budynek, jednak teraz, w tak ekstremalnej sytuacji, ten stał się dla niego obcy.
Przemierzał kolejne korytarze pełne dzieł sztuki, obrazów pokrywających ściany, aż w końcu dotarł do sali, w której nagle przeszedł go dreszcz. W piersi poczuł ucisk tak silny, że zatoczył się do tyłu. Musiał oprzeć dłoń o ścianę i wziąć kilka głębokich wdechów. Chwycił się za klatkę piersiową i wpatrzony w swoje, o dziwo, nadal błyszczące buty, rozważał, co właśnie zaszło.
Uniósł głowę i zerknął na obrazy. Zacisnął pięść i przykucnął. Przebywał w pomieszczeniu poświęconemu jego mistrzowi – Claude’owi Monetowi. Może to jego płótna wywołały to dziwne wrażenie? Chociaż zawsze czuł się nieswojo przy dziełach sztuki, nigdy wcześniej nie towarzyszyła temu taka reakcja.
Przejechał dłonią po włosach. Rozpiął kilka górnych guzików koszuli, jakby to mogło odepchnąć niepokojący atak, ale dudniące wciąż serce nadal tłumiło osąd mężczyzny. Niemniej nawet osłabiony nie przeoczył pustej przestrzeni między obrazami. Przez chwilę patrzył na to miejsce, próbując odtworzyć w pamięci, co tam wisiało. Maki? Taras nad morzem w Saint Adresse? Nie. To nie to. Nie potrafił sobie przypomnieć, którego obrazu brakuje. Ważniejsze jednak było to, że ktoś go ukradł! Ta zbrodnia nie mogła zostać wybaczona! To następny poważny problem, porównywalny z tym, że nadal nie znalazł Colette.
Po raz kolejny poczuł ucisk w piersi – podobny, ale równocześnie inny od tego, który po wejściu do sali stłumił jego racjonalne myślenie. Tym razem ciało alarmowało, by uciekał. Czy to strach? Nie, przecież Gabriel nie odczuwał emocji! A jednak jakie mogło być inne wyjaśnienie?
Nagle przypomniał sobie pogrzeb rodziców. Wspomnienie zdawało się wyraźne, jakby to wszystko zaszło wczoraj, a nie gdy był małym chłopcem.
Stał wtedy przed trumną – wyprostowany, z kamienną twarzą. Nie chciał płakać, tylko zrozumieć, dlaczego Bóg odebrał mu rodziców, którzy na każdym kroku się do niego uśmiechali. Czemu akurat oni zginęli w wypadku samochodowym? Dobrzy ludzie, którzy zawinili jedynie tym, że znaleźli się w złym miejscu i w złym czasie. Obok Gabriela stała Colette, jego zupełne przeciwieństwo. Drobna mała dziewczynka ściskająca brata za rękę i szlochająca tak głośno, że wszyscy wokół zaczęli szeptać. Wtedy poczuł coś podobnego jak teraz: szybsze bicie serca, ból tłumiący myśli.
Strach.
Bał się i zamiast pocieszyć siostrę, jedynie ścisnął jej dłoń i spojrzał w stronę dziadka, który uniósł brew na widok zapłakanej wnuczki. Ona potrzebowała matki i ojca, a miała już tylko nieczułego brata i dziadka.
Gabriel powrócił myślami z tego wspomnienia. Już nigdy więcej nie zawiedzie Colette, obiecał sobie. Musiał ją znaleźć. Razem odzyskają obraz Moneta.
Szedł przez kolejne pomieszczenia, a z każdym krokiem ból w klatce piersiowej ustępował. Gdy natknął się na ochroniarza, znów nie czuł już niczego.
Umięśniony mężczyzna od razu rozpoznał ważnego gościa.
– Panie Monet – zaczął i podszedł do chłopaka. – Musi pan opuścić budynek.
Gabriel spojrzał na niego, zachowując neutralny wyraz twarzy, ochroniarz odruchowo się wyprostował. W tym samym momencie dziedzic impresjonisty ponownie poczuł ucisk w piersi, jakby ktoś wewnątrz niego nagle go oziębił. Odetchnął głęboko, drżąco.
– Dobrze się pan czuje? – zapytał ochroniarz.
– Moja siostra – powiedział Gabriel, lekceważąc pytanie. Najważniejsza była dla niego Colette, zwłaszcza że Serafina siedziała już bezpiecznie w samochodzie. – Nie potrafię jej znaleźć.
Pracownik przyłożył dwa palce do słuchawki przy uchu i coś wymamrotał. Gabriel się zastanawiał, czy ktoś po drugiej stronie zrozumiał, o co chodzi, skoro on nie był w stanie. Urządzenie zajaśniało delikatnym blaskiem.
– Ochroniarze przeszukują teren – oznajmił mężczyzna, po czym dodał: – Wszyscy już opuścili budynek.
Gabriel zamrugał szybko.
– Jest pan pewien, że moja siostra wyszła na zewnątrz? – Zrobił krok w jego stronę, a potem drugi. – Mógłby pan przyrzec, że nie ma jej już w galerii?
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu ochroniarz odwrócił spojrzenie.
– Spytam innych – powiedział pokonany i ponownie dotknął słuchawki. – Poszukiwana Colette Monet. Gość specjalny. Proszę o informację, czy została ewakuowana – zażądał, po czym podał jej rysopis.
Gabrielowi zakręciło się w głowie. Zamknął na moment oczy.
Niech siostra będzie bezpieczna, pomyślał.
A jeśli ktoś z rodu da Vincich ją skrzywdził, znajdzie ich i sprawi, że będą długo cierpieć.
– Proszę iść za mną.
Czyżby?, chciał zapytać Gabriel, ale zamiast tego wziął głęboki oddech i ruszył za ochroniarzem. Próbował zapanować nad zawrotami głowy, gdy nerwowo rozglądał się po galerii.
Umysł podpowiadał, że Colette pewnie uciekła na zewnątrz i teraz sama go wygląda. Prawdopodobnie tupała nogą na ochroniarzy, którzy uniemożliwili jej poszukiwania. Niestety czarne wizje i tak go nie opuszczały. Sięgnął więc po telefon i spróbował do niej zadzwonić, jednak połączenie nie zostało zrealizowane. To nie musiało jeszcze nic znaczyć – mogła mieć rozładowaną komórkę albo siedzieć już z Serafiną w samochodzie. Mimo to Gabriel snuł coraz gorsze scenariusze.
Kiedy wyszedł na zewnątrz, chłodne powietrze go orzeźwiło. Zobaczył karetkę i stojącą obok niej Serafinę.
Oczywiście, że wysiadła z auta, pomyślał ironicznie.
Chciał do niej podbiec, ale zamiast tego, ciągle wpatrzony w sojuszniczkę, a zarazem przyjaciółkę, zapytał ochroniarza:
– I co z moją siostrą?
Przez kilka kolejnych sekund wciąż obserwował Serafinę. Jeszcze nigdy nie widział na twarzy dziewczyny tak wyraźnej troski. I to przy ludziach.
Mężczyzna milczał, więc Gabriel odwrócił wzrok i zerknął na ochroniarza. Ten pobladł i w końcu odpowiedział na jego pytanie:
– Nigdzie jej nie ma, sir.
Serafina wiedziała, że do końca życia będzie miała koszmary, w których ratownicy zamykają nieprzytomnego Daana w karetce. Patrzyła, jak wprowadzają nosze do wnętrza pojazdu, i słyszała ich głosy, gdy informowali ją o jego stanie, ale nie mogła nic powiedzieć. Tkwiła tak, jakby wrosła w ziemię, do momentu aż poczuła dotyk dłoni na ramieniu. Podskoczyła i się odwróciła, by stanąć twarzą w twarz z Gabrielem, który choć nie wyglądał nienagannie z rozpiętą koszulą i zmierzwionymi włosami, patrzył na nią dumnie, bez krztyny gniewu za to, że wybiegła z samochodu, zamiast w nim czekać.
– Serafino – wypowiedział cicho imię sojuszniczki.
W jego głosie wychwyciła nutę zmęczenia i troski. A może jej się tylko wydawało? Sama już nie wiedziała.
Usłyszała dźwięk trzaśnięcia drzwiami, przez co po raz kolejny serce podeszło dziewczynie do gardła. Ratownicy już ruszali na sygnale, a ona na ten widok zasłoniła usta.
– Daan… – zaczęła i przełknęła ślinę. – Muszę jechać za nim do szpitala. Przywieźć mu rzeczy, zaopiekować się nim… – W natłoku słów nagle coś do niej dotarło. Otworzyła szerzej oczy, wpatrzona w zmęczonego mężczyznę. – Chwila, a gdzie jest Colette? – zapytała, robiąc przy tym krok w stronę Gabriela, ale ten tylko westchnął głęboko.
– Nie ma jej.
To zdanie wywołało u Serafiny gęsią skórkę. Opatuliła się szczelniej marynarką.
– Jak to: nie ma?
– Nie widziano jej w budynku. Ochroniarze rozpoczęli poszukiwania, bo zniknęła.
Spadkobierczyni sztuki spojrzała w niebo i zazgrzytała zębami w wyniku gniewu, żalu i strachu. Mieszanki jednych z najgorszych uczuć, jakich doświadczyła w swoim życiu.
– Co teraz? – mruknęła, patrząc na gwiazdy.
– Odnajdę ją. Nie mogła przecież uciec.
Dziewczyna wbiła wzrok w niebieskie oczy Gabriela. Colette miała niemal takie same, choć te mężczyzny wydawały się głębsze, ciemniejsze. Jego siostrę charakteryzowały pogoda ducha i radość, których odbicie można było znaleźć w jaśniejszych tęczówkach. Te cechy zupełnie nie pasowały do najważniejszych członków rodu Monetów. Ponadto Colette była roztrzepana i lekkomyślna, ale ostatnio jakby wydoroślała. Dużo przeszła. Serafina miała nadzieję, że nic jej nie będzie.
– Pomogę ci.
Gabriel przekrzywił głowę, wpatrzony bacznie w sojuszniczkę.
– Musisz być z Daanem.
Serafinie zadrżała warga. Wiedziała, że powinna za nim pojechać. On zawsze przy niej trwał i ją wspierał, zwłaszcza ostatnio, gdy rozpaczliwie walczyła z przeciwnościami losu. Choć nie łączyły ich więzy krwi, traktowała go jak członka rodziny, nie tylko świetnego asystenta, który był na każde zawołanie. Myśląc o tym, liczyła w głowie wszystko, co dla niej zrobił. Ta lista mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, tymczasem gdyby została stworzona taka, na której zapisano by zasługi Serafiny dla niego, miałaby ona rozmiar karteczki samoprzylepnej, przez co dziewczyna poczuła się jeszcze gorzej. Teraz nadeszła jej kolej, aby trzymać go za dłoń.
– Poradzisz sobie? – zapytała z troską.
Gabriel zrobił krok ku niej. Już myślała, że chce ją przytulić, gdy ich buty się zetknęły. Sera czuła wewnętrzną potrzebę zatopienia się w jego ramionach, ale mężczyzna jedynie położył dłonie na jej okrytych marynarką barkach. Kącik ust podjechał mu do góry, ale daleko było temu do uśmiechu. Chociaż jeśli chodzi o niego, to lekkie rozciągnięcie warg mogło oznaczać więcej, niż się wydawało.
– Musisz podjąć decyzję. Albo idziesz ze mną szukać Colette, albo jedziesz do szpitala, do Daana. Myślę, że choć on tego nie okaże, gdy się obudzi, twój widok go ucieszy.
Serafina zmrużyła powieki. Użył słowa „gdy”, a nie „jeśli”, za co była mu wdzięczna.
Monet zauważył zmianę w jej zachowaniu, więc cofnął się delikatnie. Ślady po jakimkolwiek uśmiechu zniknęły na rzecz poważnej miny.
– Wiem, że podejmiesz słuszną decyzję. – Kiwnął głową w stronę drogi, którą pojechała karetka.
Dziewczyna rzuciła mu ostatnie spojrzenie, po czym szybko pobiegła do czekającego na nią samochodu. Ochroniarze, którzy wcześniej nie upilnowali, by nie wróciła do budynku, teraz patrzyli na nią z ponurymi minami.
– Pani van Gogh… – zaczął jeden, ale Serafina natychmiast mu przerwała.
– Proszę mnie zawieźć do Szpitala Świętego Tomasza – zażądała.
Jeden z mężczyzn odważył się coś mruknąć pod nosem, lecz ostatecznie usiadł na miejscu kierowcy, żeby wykonać polecenie.
Sera przez szybę wciąż widziała Gabriela, który obserwował ją uważnie. Rozświetlony budynek Galerii Narodowej za jego plecami sprawiał, że chłopak wyglądał na małego, kruchego.
Czy naprawdę nic nie czuł na myśl o zaginięciu Colette? Serafina w to wątpiła. W końcu miał lekko zgarbione plecy, a kiedy wcześniej się do niej zbliżył, w oczach dostrzegła cień strachu. Może sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale nawet jeśli do tej pory był pozbawiony emocji, teraz coś się w nim zmieniło.
Nerwowo poruszała nogą. Robiła głębokie wdechy i wydechy, próbując się uspokoić, jednak nic to nie dawało. Myśli oplotły umysł jak ciernie i przypominały o okropnym balu. Zacisnęła pięść na wspomnienie Aarona. Tego zdrajcy. Niemniej bardziej niż do niego Serafina czuła pogardę do siebie. Zaufała mu i wyznała tyle rzeczy! Czy to on był odpowiedzialny za to, że Daan znalazł się w takim stanie? Tak bardzo nie chciała w to wierzyć! Poczucie winy wręcz pożerało dziedziczkę van Gogha, która obiecała sobie, że już nigdy nie wpuści nikogo do swojego serca. Nie, to nie tak, podpowiadał jej umysł. Dziewczyna miała przed oczami obraz Gabriela zapewniającego podczas ich spaceru, że nie wszyscy chcą ją zdradzić.
Wyciągnęła telefon. Rozwodzenie się nad tym nie miało sensu. Nie mogła myśleć o tych, którym nie powinna ufać, w momencie gdy jedna z osób, które zawsze trzymały ją za rękę, była w niebezpieczeństwie. Teraz to ona musiała udowodnić, że potrafi się o kogoś zatroszczyć i jest godna zaufania.
Zaczęła wybierać numer, by zadzwonić do szpitala i omówić kwestie prywatnego pokoju dla Daana, kiedy urządzenie zawibrowało nagle kilka razy, a na ekranie pojawiła się wiadomość. Gdy ją przeczytała, zaklęła pod nosem i dodała:
– Zamorduję cię, Alvaro!
Alvaro był z siebie dumny. Kiedy inni popadali w coraz większą panikę z powodu niefortunnych wydarzeń w trakcie balu, on udowodnił, że potrafi być dżentelmenem ratującym damę.
Nawet na moment nie opuścił Mariposy. Nie dlatego, że nie miał wyboru, ani nawet nie z poczucia obowiązku wobec dziewczyny, która potrzebowała pomocy. Wiedział, że pomimo swojej niepełnosprawności ona poradziłaby sobie w tym chaosie. Przypominała mu słońce, tak jasne i promienne, od którego jednak – jeśli za bardzo się zbliży – można spłonąć. Włożyła nową maskę, wyciągniętą przez niego wcześniej z kieszeni wózka – tak jakby się spodziewała, że zgubi tę pierwszą. Przy okazji przeszukał szybko ten schowek, ale nic wartościowego oprócz maski i krótkiej kurteczki nie znalazł.
Odnosił wrażenie, że ich rozmowa na dachu odbyła się w innej rzeczywistości. W pięknej bańce, która pękła w wyniku jednego pytania: czy Alvaro Dalí dołączy do da Vincich? Odpowiedział śmiechem zakończonym stwierdzeniem, że musi się nad tym zastanowić. Nie zamierzał zdradzać Serafiny, pierwszej osoby, która uwierzyła w jego umiejętności. Z drugiej strony przy niej zemsta na Monetach wydawała się odległa, a propozycja Mariposy przynosiła coś nowego. Coś, co mogło mu pozwolić ponownie skierować światła reflektorów na nazwisko Dalí. Pokazałby światu, że ich ród jest wyjątkowy, wart pozytywnej uwagi.
Wrócili do sali balowej, udając, że nie odbyli ważnej rozmowy, która wprowadziła do egzystencji surrealisty nowe wątki, przemyślenia i potencjalne sojusze. Alvaro miał tendencję do gadania głupot, ale tym razem dwa razy pomyślał, zanim cokolwiek powiedział. To była jedyna zmiana. Mariposa natomiast zachowywała się tak samo jak przed konwersacją.
Gdy chłopak zauważył w tłumie Serafinę, serce podeszło mu do gardła. Był sprzymierzeńcem van Goghów, nie zdradził ich, a jednak czuł się tak, jakby już przeszedł na stronę da Vincich. Nie. Nie należał do sojuszu radosnej Mariposy, lecz do tego dziedziczki o pokerowej twarzy. Tej, która go karmiła i jako jedna z nielicznych dała środki do osiągnięcia celu. A jednak zakręcony umysł wciąż podpowiadał, że może warto zmienić front.
Mężczyzna zacisnął dłonie na rączkach wózka inwalidzkiego. Lojalność wobec Sery zaczęła się ulatniać, kiedy zobaczył, jak blisko dziewczyny stoi Gabriel. Zachowywali się jak przyjaciele, może nawet kochankowie. Dziedzic znienawidzonego przez Alvara rodu muskał palcami ramię sojuszniczki, a ponury wzrok utkwiony miał w jej twarzy. Na ten widok Dalí poczuł falę gniewu. Od początku wiedział, że jeśli Serafina spoufali się z Monetami, jego działania przeciwko nim okażą się utrudnione. Ale jeżeli ona będzie z Gabrielem… wtedy plany ulegną całkowitemu zaprzepaszczeniu.
Gdyby zaczął działać z Mariposą, miałby większe możliwości. Da Vincim udało się ukraść klejnoty! Co jeszcze mogliby zrobić?
Jego wątpliwości zostały częściowo rozwiane, kiedy na ekranie pojawiły się dramatyczne kadry z domu van Goghów. Coś w nim pękło. Rzadko nie wybuchał śmiechem w sytuacjach kryzysowych. Ten wieczór był kolejnym wyjątkiem od reguły. Alvaro miał wyrzuty sumienia z powodu swoich rozmyślań, które narastały, podczas gdy Mariposa zaczęła nucić coś pod nosem, jakby zupełnie nie obchodziło jej to, co się dzieje w pomieszczeniu.
– Wyprowadź mnie stąd – powiedziała śpiewnie.
Bez zastanowienia tak zrobił, choć bardziej chciał skupiać wzrok na Serafinie, by sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku – skoro Milan van Gogh nie żył. Z drugiej strony, choć wierzył w to, że Mariposa by sobie poradziła, wolał nie testować tej teorii. Ostatecznie w chaosie nikt nie przejmuje się drugim człowiekiem.
W drodze na zewnątrz przeciskał się z wózkiem inwalidzkim między ludźmi, kątem oka rejestrując twarz siedzącej na nim dziewczyny, której kąciki ust poszybowały do góry, a uśmiech nie zniknął, dopóki nie opuścili galerii. Mężczyzna zadrżał, lecz nie z zimna. To przez jej głos, tym razem niższy i cichszy:
– Okrąż budynek. Tam czeka samochód. Czarny.
– Jak niemal każdy tutaj – odważył się zauważyć.
Zachichotała.
– Ten nie będzie otoczony przez ludzi.
Alvaro powiódł wzrokiem wokół. Faktycznie, wszyscy pchali się do lśniących, czarnych limuzyn i innych drogich aut stojących przed galerią. Otoczeni ochroniarzami, nie przejmowali się już estetyką, nie próbowali wyglądać jak najlepiej. Przerażeni zmartwychwstaniem da Vincich i informacją o śmierci głowy rodu van Goghów, popadli w obłęd.
Im bardziej oddalali się z Mariposą od tłumu, tym większy czuł chłód. Dźwięki stopniowo cichły, a ludzi było coraz mniej. Gdy przeszli zaledwie kilkanaście metrów od galerii, ujrzeli stojące samotnie Maserati z przyciemnianymi szybami, imponujące nawet w półmroku. Alvaro podejrzewał, że ród da Vincich jest bogaty, ale jeśli samochód miał być wyznacznikiem ich majątku, trudno o lepszy wybór. Auto prestiżowe, jednak nie tak popularne jak na przykład Porsche. Unikalne i z włoskim designem, w którym zadbano o każdy detal.
Ród da Vincich nadal istnieje, przypomniał sobie Alvaro. Ta prawda stopniowo do niego docierała i nie wiedząc czemu, ujrzenie samochodu stało się kolejnym elementem utwierdzającym go w tej nowej rzeczywistości.
Nagle drzwi się otworzyły i z pojazdu wysiadł mężczyzna w wieku zbliżonym do Dalego. Mógł mieć dwadzieścia lat – może trochę więcej – ale jego oczy zdradzały większą dojrzałość, niż sugerowałby potencjalny rok urodzenia. Podbiegł do Mariposy i odetchnął z ulgą.
– Tu jesteś – powiedział. – Wiesz, jak się martwiłem?
Dziewczyna machnęła ręką.
– Przecież ustaliliśmy, że jeśli coś zajdzie, spotkamy się tutaj.
– Tak, ale… – Spojrzał wrogo na Alvara, jakby chciał wzbudzić w nim strach. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że zetknął się z kimś, kto już ma mętlik w głowie i przed chwilą rozważał zdradę dziedziczki budzącej przerażenie w prawdopodobnie co drugiej osobie na świecie. – Nie wiedziałem, że z nim. – Jego głos zabrzmiał ostro.
Dalí się rozluźnił i delikatnie oparł ręce o podłokietniki wózka inwalidzkiego. Nachylił głowę, przez co policzkiem musnął twarz dziewczyny. Ta przewróciła oczami. Alvaro zauważył zarys tatuażu na szyi rówieśnika. Zrobił krok w stronę mężczyzny, wyraźnie zdenerwowany.
Mariposa zdjęła maskę i zaczęła się nią bawić.
– Aaron, ciągle mi powtarzasz, żebym znalazła sobie przyjaciół, nie tylko tych fikcyjnych. – Wskazała na Hiszpana. – Ten ci nie odpowiada? Bo według mnie wydaje się idealny.
Aaron. To imię zabrzmiało znajomo, ale Alvaro nie potrafił sobie przypomnieć dlaczego. Cóż, skoro nie pamiętał, to chyba intuicja źle mu podpowiadała.
– Nie sądziłem, że już jesteśmy przyjaciółmi – wypalił, zanim zdążył się powstrzymać. I tak długo wytrzymał z powściąganiem języka.
To zdanie wywołało salwę śmiechu Mariposy i zmrużenie oczu coraz bardziej poirytowanego Aarona.
– Jeszcze chwilę temu siedziałam ci na kolanach. Myślę, że możemy tak nazwać naszą relację.
Alvaro nie wytrzymał i również parsknął śmiechem. W swoim szalonym życiu nie spodziewał się, że będzie prowadził rozmowę z kimś z rodu da Vincich… Zwłaszcza na temat przyjaźni. Choć Salvador Dalí cenił Leonarda i nawet inspirował się jego dziełami, jak choćby Ostatnią Wieczerzą, ich rody nigdy ze sobą nie współpracowały. A teraz proszę, jedna z da Vincich naprawdę chce go po swojej stronie.
Aaron odgarnął włosy z czoła i zaklął pod nosem. Zbliżył się do samochodu i uderzył dłonią w maskę.
– Jedźmy – zażądał.
– Gdybyś miał wątpliwości, Dalí udaje się z nami.
Młody kierowca zesztywniał.
– Nie.
– Tak.
– Nie – warknął.
– Aaronie, czemu jesteś taki naburmuszony? – westchnęła Mariposa. – To lepiej dla ciebie. Wiem, że nie lubisz mnie nosić. Alvaro pomoże mi wsiąść do samochodu, prawda?
Spojrzała na swojego towarzysza. Ten nawet w półmroku bez problemu dostrzegł iskierki mieniące się w oczach dziewczyny. Pokiwał głową, świadomy, że gdyby sama tego nie zaproponowała, i tak z chęcią by jej pomógł.
– To nie tak, że… – zaczął Aaron. – Jeśli Christian się dowie…
Na dźwięk tego imienia Alvaro wyprostował plecy. No tak, oni działają z Requemem. Człowiekiem, który wywołał ten chaos z klejnotami.
– Coś czuję, że Christian nie będzie miał nic przeciwko tej relacji. Wręcz przeciwnie.
Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Mariposa oznajmiła:
– Wiesz, że ze mną nie wygrasz, Aaronie.
Wytatuowany chłopak zaklął pod nosem i w końcu otworzył drzwi. Wsiadł i odpalił silnik, który zawarczał głośno, niemal agresywnie.
– No dobrze – powiedziała dziewczyna do Dalego i rozłożyła ręce. – Wnieś mnie do środka.
Hiszpan patrzył na nią jak na kosmitkę. Doprawdy to wyjątkowa osóbka. Chwycił Mariposę, a kiedy ta była już w jego ramionach, wciągnął zapach jej perfum. Ich oczy się spotkały, usta dzieliło tylko kilka centymetrów. Oddechy przeszły we wspólny, a on nagle poczuł potrzebę nachylenia się i…
– Będziemy mieli jeden problem – stwierdził, próbując skupić uwagę na istotnych sprawach.
Prędko pomógł Mariposie usiąść w samochodzie, a gdy dziewczyna oparła się o miękki, skórzany fotel, wyprostował plecy.
– Tylko jeden?
Alvaro uniósł kącik ust.
– Nie wiem, jak włożyć wózek inwalidzki do bagażnika.
Wtedy Aaron ponownie zaklął, po czym wyłączył silnik i wysiadł, by schować wózek. Hiszpan rozważał, jakim cudem ten się tam zmieścił.
– No dobrze, problem rozwiązany? Coś jeszcze cię niepokoi?
Oj, sporo rzeczy, pomyślał Alvaro, ale tylko pokręcił głową. Okrążył samochód i usiadł na miejscu pasażera, obok Mariposy.
Kiedy ruszyli, skupiał się na widoku za oknem, jednym uchem słuchając niewielkiej sprzeczki młodych ludzi. Muszą być ze sobą blisko, pomyślał. W ich dyskusji padły jakieś imiona, lecz nie wiedział, o kim mowa. Wyciągnął telefon i otworzył wiadomości. Na samej górze była konwersacja z Serafiną. Kliknął i zaczął wystukiwać SMS-a, kiedy dziewczyna obok wyciągnęła szyję, by zobaczyć, co robi.
– Piszesz do Sery? – spytała.
Alvaro zauważył, że ich kierowca zjeżył się na dźwięk tego imienia. A może mu się wydawało? Moment… Już wiedział, skąd go zna! Nie mógł się jednak na nim skupić, bo jego szare komórki próbowały wymyślić odpowiedź dla członkini rodu da Vincich.
– Pożyczyła mi telefon. Jeśli zniknę, pomyśli, że go ukradłem. A dżentelmenowi nie wypada kraść.
– Mhm – mruknęła Mariposa i wyciągnęła dłoń. – Mogę go prosić na chwilę?
Alvaro miał ochotę odmówić, ale jego ręka nie słuchała racjonalnych myśli.
– Co zamierzasz zrobić? – zapytał i obserwował, jak palce dziewczyny krążą po ekranie.
– To co ty. Wysłać Serze wiadomość. Polubiłam ją, ale nie tak bardzo jak Aaron, prawda, mój romantyczny przyjacielu? – zwróciła się do mężczyzny, przekrzywiając głowę.
Ten nie skomentował tego w żaden sposób, co wywołało chichot Mariposy. Dziewczyna oddała urządzenie Dalemu, który przeczytał dwa napisane przez nią zdania. Od razu miał ochotę zwymiotować na nieskazitelną tapicerkę.
Alvaro:
Dołączam do da Vincich. Później mi podziękujesz.
Serafina zaciskała pięści, w myślach przeklinając ród zdrajcy. Przypomniała sobie freski, na których przedstawiana jest zdrada. Najczęstszym motywem stała się ikoniczna wizja pocałunku Judasza, który odwrócił się od swojego mistrza i przyjaciela. Jednym z malujących tę scenę artystów był Giotto di Bondone, dziewczyna zapamiętała jego imię, ponieważ Alvaro porównał je do brzmiącej tak samo nazwy włoskich cukierków.
Alvaro.
Nie sądziła, że jego zdrada tak ją zaboli. Może to dlatego, że się jej nie spodziewała? Złudnie sądziła, że dziedzic surrealistów – przede wszystkim tego jednego, bardzo kontrowersyjnego, wykluczonego – będzie przy niej zawsze. Teraz płaciła za to absurdalne, naiwne myślenie.
A może się myliła? Źle zinterpretowała wiadomość. Spojrzała znów na ekran telefonu. Przeczytała SMS-a po raz trzeci. I czwarty.
Serafinie zakręciło się w głowie. Tysiące różnych scenariuszy zalało jej umysł i ani jeden nie miał pozytywnego zakończenia. Nadeszła nowa, koszmarna era, w której straciła sojuszników i dziadka.
Zapomniała, jak się oddycha. Ścisnęła kurczowo marynarkę, z trudem nabierając powietrza. Zaczęła głośno łkać.
– Proszę pani? – zapytał kierowca. – Mam zatrzymać auto?
– Jedź dalej – udało jej się wydusić.
Posłuchał, a po jakimś czasie, który dla Serafiny był wiecznością, dotarli do szpitala. Z okien padało światło rozjaśniające surowy budynek. Dziewczyna szybko odpięła pasy i już miała wysiadać, po raz kolejny w pośpiechu, kiedy nagle odwróciła się do kierowcy.
– Proszę na mnie nie czekać. – Nacisnęła klamkę. – Dziękuję za wszystko!
Nie przejmowała się tym, że wygląda jak upiór w zmiętej sukni balowej, trampkach i męskiej marynarce. Z włosami przypominającymi ptasie gniazdo, a przede wszystkim – z przerażeniem w oczach.
To nieważne. Liczył się Daan. Daan, który prawdopodobnie walczył teraz o życie. Potrzebował jej, w końcu nie miał nikogo innego. A ona nie zamierzała go zawieść.
Po wejściu do budynku w nozdrza dziewczyny momentalnie uderzył zapach środków dezynfekujących. W poczekalni siedziało całkiem sporo ludzi jak na tak późną porę. Patrzyli na nią ze zdziwieniem. Niektórzy ośmielili się nawet wskazać ją palcem. Próbowała na nowo założyć pokerową maskę, ale na widok punktu informacyjnego przyspieszyła. Oparła dłonie o blat.
– Dobry wieczór – przywitała się drżącym z emocji głosem. Odchrząknęła i zanim pracownica zdążyła o cokolwiek zapytać, mówiła dalej: – Powinien był przyjechać do szpitala pewien pacjent. Daan Wills. Ucierpiał podczas balu malarzy. – Przy ostatnich dwóch słowach ściszyła głos.
Pielęgniarka sprawdziła coś w bazie danych.
– Czy jest pani kimś z rodziny?
– Tak – powiedziała szybko Sera. – Dzwoniłam do państwa w sprawie pokoju VIP. Serafina Wills – przedstawiła się fałszywym nazwiskiem.
Kobieta wpatrywała się w nią tak, jakby wiedziała, że te dane są fikcyjne. Dziewczyna była osobą publiczną, więc zmienione personalia przydawały się w tego typu sytuacjach. Nigdy jej nie zawiodły.
– Proszę o sekundkę. – Pielęgniarka zaczęła stukać w klawiaturę.
W tym samym czasie van Gogh nerwowo ciągnęła za zbyt długie rękawy marynarki. Nadal czuła zapach perfum Gabriela. Serafinie ścisnęło się serce na myśl, że on też może ją zdradzić. Alvaro, Aaron… Kto będzie kolejnym fałszywym mężczyzną w jej życiu? Po policzku spłynęła łza, więc szybko ją otarła.
– Pacjent leży w sali sto dwanaście w skrzydle VIP – odezwała się kobieta i posłała Serafinie pokrzepiający uśmiech. – Tam może pani porozmawiać z lekarzem.
– Jest przy-przytomny? – Po raz pierwszy w życiu zdarzyło jej się zająknąć. – Wszystko z nim dobrze?
Uśmiech pielęgniarki przeszedł w grymas.
– Musi pani spytać lekarza. Do wejścia potrzebna będzie przepustka. Czy może mi pani dać swój dokument?
Serafina szybko włączyła telefon, którego bateria była jeszcze stabilna. Uruchomiła aplikację obywatelską i pokazała fałszywy dowód tożsamości.
– Proszę – wyszeptała.
– Dobrze – powiedziała pracownica i podała Serze karteczkę. – Może pani już iść.
Dziewczyna nie potrzebowała więcej słów zachęty. Pobiegła ile sił w nogach za znakami, instynktownie zmierzając do skrzydła VIP. Korytarze zaczęły wyglądać nieco inaczej. Im bliżej celu się znajdowała, tym lepiej były oświetlone, a przede wszystkim – opustoszałe. W końcu dotarła do podwójnych drzwi, przy których stał ochroniarz. Pomachała mu przepustką przed nosem i nie czekając na aprobatę, weszła do środka akurat w momencie, gdy z najbliższego pomieszczenia wyszedł lekarz.
– Proszę nie biegać – powiedział nosowym tonem, wskazując ją dłonią.
Przystanęła i zaczęła głęboko oddychać.
– Szukam Daana van… Willsa – poprawiła się w ostatniej chwili. – Miał być w pokoju sto dwanaście.
Medyk zlustrował podejrzliwie dziewczynę od stóp do głów. Na jego twarzy pojawił się grymas. Po raz kolejny Serafina uświadomiła sobie, że wygląda tragicznie.
– Jesteś z rodziny?
Kiwnęła głową i pokazała przepustkę. Lekarz zmarszczył brwi.
– Przed chwilą u niego byłem – oznajmił w końcu. – Ma ślady na szyi, jakby ktoś go podduszał, ale na szczęście nie spodziewam się długotrwałych dolegliwości. Wkrótce powinien odzyskać przytomność. Zostawię go na noc na obserwacji. Przepiszę mu leki na ból gardła, a jutro, gdy już poczuje się lepiej, umówię konsultację z psychologiem.
Równoczesna trwoga i ulga zawładnęły Serą.
– Podduszenie? – wyszeptała, wyobrażając sobie wytatuowane dłonie Aarona. Ręce, które zawsze kojarzyły jej się ze sztuką i delikatnością, z jaką poruszał pędzlem po płótnie, a nie brutalnością.
Poczuła nudności. Przykucnęła, nieprzejęta tym, że już i tak negatywna opinia doktora się pogłębi.
– Muszę wezwać policję… – dodał mężczyzna.
– Niech pan tego nie robi – nakazała.
– To mój obowiązek.
Serafina spojrzała mu w oczy i pokręciła głową.
– Pacjent powinien dojść do siebie – prawie warknęła, po czym odchrząknęła i łagodniejszym głosem spytała: – Mogę go zobaczyć?
Doktor przez chwilę był niepewny, jakby się zastanawiał, czy ona również nie potrzebuje leczenia, przede wszystkim na tle psychicznym.
Ostatecznie skinął głową. Dziewczyna poszła za nim do ładnej, nowoczesnej sali. Gdyby nie kroplówka i urządzenia monitorujące stan pacjenta, pomieszczenie przypominałoby pokój hotelowy. Sera dostrzegła ogromny telewizor naprzeciwko szerokiego łóżka, rząd drewnianych szafek, a także wysokie okna, z których widok na nocne życie Londynu był częściowo zasłonięty roletami.
Na miękkim materacu leżał nieprzytomny Daan, a przy nim krzątała się młoda pielęgniarka. Poprawiła mu koc. Serafinie zadrżała warga. Podeszła kilka kroków bliżej, czując się tak, jakby czas zwolnił. Umysł dziewczyny zalały wspomnienia: gdy byli dziećmi, Daan zgubił się w ogrodzie, ona go znalazła, przez co, ku jej zdziwieniu, on się obruszył. Później odkryła, że było mu po prostu wstyd, ponieważ już wtedy chciał być dla niej pomocnikiem, a wyszło na odwrót.
Człowiek nie może tylko walczyć o innych. Musi także pozwolić, by i oni podali mu pomocną dłoń. Daan zawsze był dla niej wsparciem. Teraz ich role się odwróciły. Serafina spojrzała na kwitnące siniaki na jego szyi. Znów poczuła mdłości. Przecież to wszystko przez nią.
Zrobiła kilka kroków do tyłu, a następnie szybko się odwróciła i nie zważając na doktora oraz pielęgniarkę, wybiegła z sali. W ostatniej chwili dobiegła do umywalki, do której zwymiotowała. Jęknęła, czując kwas na języku. Kręciło jej się w głowie i już nadchodziła następna fala nudności. Z gardła dziewczyny wydobył się kolejny, tym razem głośniejszy dźwięk. I choć ciało drżało, miała wystarczająco dużo siły, by uderzyć w lustro ręką nie jeden, nie dwa, lecz aż trzy razy. Szkło pękło, a dłoń zaczęła krwawić.
Sera przykucnęła i zaszlochała.
To wszystko twoja wina, powtarzał cichy głosik w głowie. Nie była w stanie go uciszyć.
Serafina siedziała przy swoim przyjacielu, muskając bandaż, którym owinięta była jej dłoń. Minęło trochę czasu, odkąd pielęgniarka znalazła ją w toalecie, szlochającą i z zakrwawioną ręką. Podano dziewczynie tabletki uspokajające, które przytłumiły zmysły. Patrzyła na Daana, mając za akompaniament odgłosy sprzętu medycznego oraz ciche tykanie zegara, które niemal w tym samym tempie wybijały rytm.
Chaos, pomyślała kolejny raz.
Chaos ją otaczał i nie miała siły go uporządkować. Jej przepełniony myślami umysł zajmowali nie tylko Daan i Aaron, ale także trzeci mężczyzna – Alvaro, który zostawiał mniejszy, choć nadal bolesny ślad, podobnie jak dawny przyjaciel. Miała ochotę pójść do łazienki i zniszczyć następne lustro, wyobrażając sobie, że rani zdrajców.
W pewnym momencie oczy zaczęły jej się kleić, jednak gdy już prawie zapadła w sen, usłyszała jęk. Natychmiast uniosła powieki. Zmęczenie zniknęło w ułamku sekundy. Nic dziwnego: Daan się poruszył, jego twarz wykrzywił grymas bólu. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale z gardła uleciał jedynie żałosny dźwięk.
Serafina wstała i w dwóch krokach znalazła się przy przycisku, dzięki któremu wezwała pielęgniarkę. Nachylona do Daana, zaczęła mówić bez ładu i składu:
– Trafiłeś do szpitala, wszystko w porządku. Jestem przy tobie. – Leki tłumiły jej zdolność komunikowania się i rozumowania. Mimo to i tak dobrze sobie radziła.
Mężczyzna zmrużył oczy, a na jego twarz wypłynął jeszcze większy grymas.
– Nie nadwyrężaj sił – oznajmiła Serafina i już miała ponownie zadzwonić po pielęgniarkę, lecz ta nagle pojawiła się w drzwiach razem z doktorem.
Zaniepokojona dziewczyna zrobiła im miejsce, gdy zaczęli badać jej sojusznika, a kiedy już skończyli, medyk poinformował:
– Ma mocno poturbowane gardło, musi o nie dbać.
Serafina poczuła, jak skręca jej się żołądek.
– Czy to przez…
– Przez podduszenie? Tak – dokończył nieczule lekarz.
Usiadła na krześle.
– Ale będzie mówił, prawda?
Gdyby było inaczej, nigdy by sobie nie wybaczyła. Na szczęście starszy mężczyzna skinął głową.
– Tak, tylko zajmie to trochę czasu. Dopiero się obudził. – Przeniósł spojrzenie na Serafinę i zlustrował ją od stóp do głów. – Najlepiej by było, gdyby pojechała pani do domu i odpoczęła.
Dziewczyna zacisnęła dłonie na krześle i wyprostowała plecy.
– Teraz, kiedy odzyskał przytomność?
Popatrzyła na Daana, który zamiast przejmować się własnym stanem, wbijał wzrok w jej zabandażowaną dłoń. Ukryła ją w fałdach sukni.
– Nie chcę go zostawić.
– Jest pod opieką specjalistów – rzekł wyraźnie zirytowany doktor. – A pani również dostała leki. Zalecam odpoczynek.
– Ale…
Pacjent próbował coś powiedzieć, lecz brzmiał jak porysowana płyta gramofonowa.
– Na pana miejscu bym się nie nadwyrężał – upomniał go lekarz, po czym zaczął iść w kierunku drzwi. – Na chwilę zostawię was samych.
Od razu kiedy opuścił salę, Serafina wyciągnęła telefon i podała urządzenie Daanowi.
– Napisz, co chcesz powiedzieć.
Chłopak chwycił komórkę drżącymi rękami. Jego wiadomości miały błędy, ale Sera bez trudu je zrozumiała.
Ci soe tało?
– To… – zaczęła i uświadomiła sobie, o ilu rzeczach Daan jeszcze nie wie. Może nie zdawał sobie nawet sprawy ze śmierci dziadka. Jego opiekuna. – To długa historia.
Mężczyzna miał zamglony wzrok, kiedy napisał szybko:
Opwidz mi.
Pokręciła głową.
– Nie mogę.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie. Oboje wykończeni, zranieni, toczyli walkę na spojrzenia, aż w końcu Daan odwrócił wzrok i jeszcze raz poprosił, by Serafina o wszystkim opowiedziała. Ta poukładała sobie w głowie najważniejsze fakty, jeden gorszy od drugiego. Szybko zdecydowała się na odpowiednią w tej chwili wersję. Pociągnęła nosem i przemówiła szeptem:
– Nie poradziłam sobie z emocjami… – urwała, a kiedy Daan zaczął pisać kolejną wiadomość, wyszarpnęła mu telefon z ręki. Położyła urządzenie na pościeli i mówiła dalej: – Wszystko poszło nie tak.
Myślała, że nie zdoła tego zrelacjonować, ale gdy słowa zaczęły opuszczać jej usta, nie potrafiła przerwać i wyjawiła wszystko, nie patrząc mu nawet w oczy. Milczał, a ona nadal unikała jego spojrzenia, aż w końcu poczuła, że chwycił ją za drżącą dłoń.
Daan wpatrywał się w ścianę i coraz bardziej mrużył powieki. Wreszcie całkowicie je zamknął, Serafinie zadrżała broda. Czy zrozumiał, co do niego mówiła? A może była głupia, że powiedziała to od razu…
Wstała i poprawiła mu kosmyki opadające na czoło. Jego skóra była ciepła, włosy – lekko przetłuszczone. Oczy miał podpuchnięte, a na widok szyi Serafina chciała cofnąć czas i zatrzymać mężczyznę przy sobie. Był ważniejszy niż organizacja, intrygi rodów, Rada Kultury.
– Kocham cię, Daan – wyszeptała i dopiero gdy te słowa padły z jej ust, dotarło do niej, jak rzadko ich używała.
Przed wyjściem ze szpitala ostatni raz pomówiła z nieco zirytowanym nią doktorem. Stojąca obok pielęgniarka poinformowała, że Serafina powinna przywieźć Daanowi niezbędne rzeczy. Dziewczyna skinęła głową, choć żywiła nadzieję, że przyjaciel będzie mógł prędko odpocząć we własnym mieszkaniu. Sama nie miała się w co przebrać, ale zanim zdążyła o tym pomyśleć, napotkała zdziwione spojrzenie taksówkarza.
Droga wydawała się trwać wieczność. Kiedy Sera wreszcie dotarła do mieszkania, próbowała nie skupiać uwagi na tym, że w normalnych okolicznościach wróciłaby do apartamentu ze swoimi sojusznikami. Wspomniała moment, gdy Gabriel pocieszał ją w hotelowej łazience. Otoczyła się ramionami. Kroczyła przez pomieszczenia, a kiedy resztkami sił dotarła do pokoju Daana, kolejna łza popłynęła po jej policzku. W sypialni mężczyzny pachniało jaśminem, łóżko było idealnie pościelone, książki – równo ustawione na regałach. Otworzyła szafę i nie zdziwiła się, gdy zobaczyła perfekcyjnie wyprasowane koszule, dodatkowo posegregowane według kolorów. Dzięki porządkowi Serafina bez problemu spakowała mu torbę. Obiecała sobie, że rano znajdzie sklep i kupi ulubione smakołyki przyjaciela.
Spocona postanowiła wziąć prysznic. Szybko zrzuciła sukienkę i zmyła z siebie pot oraz łzy.
Po włożeniu świątecznej piżamy, której uroczy design nie pasował do jej samopoczucia, próbowała zasnąć w sypialni Daana, jednak nie dała rady. Przeniosła się do salonu, gdzie zaległa na kanapie. Zamknęła oczy i czekała, aż nadejdzie sen, ale nic z tego. Tak jakby umysł nie do końca słuchał wykończonego ciała.
Wstała i napisała wiadomość do Gabriela.
Serafina:
Czy Colette się znalazła?
Nie spodziewała się, że odpisze, jednak uświadomiła sobie, że ma taką nadzieję. Ku swojemu jeszcze większemu zdziwieniu pojęła, że chciałaby, by Gabriel tutaj był. I mocno ją przytulił. Przypomniał jej się jego uśmiech z czasów, gdy byli jeszcze dziećmi. Lekko arogancki, lecz szczery.
Myśli biegły jak szalone. Przycisnęła telefon do piersi i ułożyła się tak, aby patrzeć w sufit. Po raz kolejny przypomniała sobie przemowę Christiana. Da Vinci żyli i postanowili rozpocząć rewolucję. Nawet pan Taylor mógł być w to zamieszany.
Chwila! Pan Taylor. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślała?
Całkowicie zapomniała o zmęczeniu. Wstała i podbiegła do laptopa. Kliknęła ikonkę „Pliki” i zaczęła szukać tego jednego. Kiedy w końcu go znalazła, zasłoniła usta dłonią. Przecież zostawiła podsłuch w jego biurze. W czasie przygotowań nie miała możliwości, by coś z tym zrobić, ale teraz? Teraz musiała przesłuchać nagrania w poszukiwaniu następnych wskazówek.
Śledztwo van Gogh się nie skończyło. Wręcz przeciwnie. Dopiero się zaczynało.
Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.
Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę
https://wydawnictwokdw.com,
gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.
