50,00 zł
Historia walki i przetrwania w czasie konfliktu palestyńsko-izraelskiego W obozie dla uchodźców w Dżeninie, w świecie ludzi pozbawionych domów, kraju i korzeni, rodzi się Amal. W 1948 roku jej palestyńską rodzinę wygnano z wioski, w której żyła od wieków, aby mogło tam powstać izraelskie państwo. W dniu, w którym mieszkańców zmuszono do ucieczki, żołnierz porwał starszego brata Amal, będącego wówczas ledwie niemowlakiem. Teraz w Dżeninie ludzie żyją wspomnieniami, oczekując powrotu do swych domów, które wciąż tak kochają. Serce matki Amal skamieniało z żalu po utracie dziecka, a ojciec koi myśli, bez ustanku pracując. Jednak każdego dnia o świcie, gdy dokoła panuje złudny spokój, czyta swojej maleńkiej córce książki, a ona czuje, że jego miłość do niej jest „tak wielka jak ocean i wszystkie jego ryby”. W te ciche poranki wspólnie marzą o lepszej przyszłości. Poranki w Dżeninieto powieść o miłości i stracie, wojnie i prześladowaniach, przebaczeniu i nadziei. Nie daje spokoju i kruszy serca, jest kluczem do zrozumienia współczesności. Wzbogaca ludzkim głosem medialne tytuły, zmuszając nas, byśmy z bliska przyjrzeli się jednemu z najbardziej brzemiennych w skutki konfliktów politycznych naszych czasów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 442
Rok wydania: 2025
Data ważności licencji: 11/26/2030
Mornings in Jenin
Copyright © 2010 by Susan Abulhawa
Copyright © 2025 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2025 for the Polish translation by Urszula Ruzik-Kulińska
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Książka ukazała się wcześniej pod tytułem Wiatr z północy.
Poranki w Dżeninie, w zupełnie nowym przekładzie, opierają się na poprawionym i odświeżonym wydaniu oryginalnym.
Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-RymkiewiczZdjęcie na okładce:Zdjęcie autorki:
Redakcja: Justyna Chmielewska
Korekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz
Konsultacja arabistyczna: prof. Marek M. Dziekan
ISBN: 978-83-68541-78-6
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2025
Amal próbowała spojrzeć żołnierzowi głęboko w oczy, lecz uniemożliwiała jej to przystawiona do czoła lufa karabinu automatycznego. Mimo to dostrzegła z bliska, że mężczyzna nosi szkła kontaktowe. Wyobraziła sobie, jak rano je zakłada, pochyliwszy się nad lustrem, po czym ubiera się i rusza zabijać. „To dziwne – powiedziała sama do siebie – o czym rozmyśla się na skraju życia i śmierci”.
Zastanawiała się, czy urzędnicy wyrażą szczery żal z powodu „niezamierzonej” śmierci amerykańskiej obywatelki, czy raczej zwieńczeniem jej życia będzie komunikat o „stratach w ludności cywilnej”.
Samotna kropla potu skapnęła z brwi żołnierza i spływała dalej strużką po jego policzku. Wyraźnie zamrugał. Jej spojrzenie wytrącało go z równowagi. Zabijał już wcześniej, lecz nigdy nie patrzył ofierze prosto w oczy. Amal to dostrzegła, wyczuła niepokój, który nawiedził jego duszę, mimo rozgrywających się wokół scen rzezi.
„To dziwne – powtórzyła w myślach – ale nie boję się śmierci”. Może dlatego, że mrugnięcie powieki żołnierza już jej zdradziło, że przeżyje.
Zamknęła oczy i urodziła się na nowo, choć zimna stal wciąż napierała na jej czoło. Wspomnienia poniosły ją z powrotem, jak zawsze z powrotem, do domu, którego nigdy nie znała.
W zamierzchłych czasach, zanim historia stratowała wzgórza, druzgocząc teraźniejszość i przyszłość, nim wiatr zmian chwycił tę ziemię za róg i wytrząsnął z niej imię oraz tożsamość, na długo przed narodzinami Amal, mieszkańcy małej wioski na wschód od Hajfy wiedli spokojne życie, ciesząc się figami i oliwkami, otwartymi granicami i słonecznym blaskiem.
Było jeszcze ciemno, lecz tylko dzieci spały, a mieszkańcy Ajn Haudu szykowali się do porannej modlitwy salat1, jednej z pięciu, jakie co dzień odmawiali. Księżyc wisiał nisko, jak klamrą spinając ziemię z niebem. Ledwie odrobinę wybrakowany, nieśmiało zapowiadał pełnię. Rozciągano budzące się do życia kończyny, chluśnięciami wody przeganiano sen, a pełne nadziei oczy otwierały się szeroko. Wudu, czyli rytuał obmycia się przed modlitwą, niósł pomruk szahady w poranną mgłę, gdy setki szeptów deklarowały, że nie ma bóstwa oprócz Boga, i oddawały się na służbę jego prorokowi Muhammadowi. Dziś modlili się na dworze, ze szczególną czcią, gdyż zaczynali zbiory oliwek. W tak ważnym dniu lepiej wspinać się po skalistych wzgórzach z czystym sumieniem.
I tak tuż przed świtem, przy dźwiękach orkiestry małych istnień, świerszczy i świergotliwych ptaków – a lada moment również kogutów – skuleni na modlitewnych dywanikach wieśniacy rzucali długie cienie. Większość po prostu błagała o odpuszczenie grzechów, niektórzy wykonywali dodatkowe pokłony, prosząc o większe łaski. Jedni i drudzy powtarzali: „Panie mój, Boże, niech dokona się dziś Twoja wola. Chwała i cześć mojemu Panu Najwyższemu”,po czym ruszali na zachód, ku gajom oliwnym, wysoko unosząc nogi, by nie ranić się o kaktusy.
Zawsze w listopadzie tydzień zbiorów tchnął nowe życie w Ajn Haud, i Jahja Abu Hasan też czuł je w kościach. Wczesnym rankiem wyszedł z domu z synami, jak co roku łudząc ich nadzieją na wyprzedzenie sąsiadów. Ci wpadli jednak na podobny pomysł i wyruszyli już o piątej.
Osłupiały Jahja szepnął do żony Basimy, niosącej na głowie kosz pełen koców i plandek:
– Umm Hasan, w przyszłym roku wstaniemy przed nimi. Potrzebuję godziny przewagi nad tym starym, szczerbatym prykiem Salimem. Choćby jednej godziny.
Kobieta przewróciła oczami. Jej mąż co roku wałkował ten sam chytry zamysł.
Gdy ciemne niebo ustępowało miejsca światłu, ze spalonych słońcem wzgórz Palestyny dobiegały już odgłosy zbierania oliwek. Głuche uderzenia kijów rolników walących w gałęzie, szelest liści, plaśnięcia szlachetnych owoców lądujących na rozciągniętych pod drzewami starych plandekach i kocach. Kobiety intonowały podczas pracy starodawne pieśni, a dzieci dokazywały wokół nich, karcone przez matki, gdy za bardzo przeszkadzały.
Jahja zatrzymał się, by rozmasować sobie kark. „Już prawie południe”,zauważył, bo słońce było niemal w zenicie. Stał dumnie na swojej ziemi, spływając potem – krzepki mężczyzna w czarno-białej kufijji na głowie, z rąbkiem szaty zatkniętym za pas w sposób charakterystyczny dla fellahów. Podziwiał urodę otaczającego go świata. Znaczona mchem zielona trawa spływała kaskadami po zboczach, skałach i drzewach. Zapory, z których część pomagał dziadkowi naprawiać, pięły się spiralnie po wzgórzach. Odwrócił się, szukając wzrokiem Hasana i Darwisza. Przy każdym zamachnięciu kijem, gdy wytrwale strącali oliwki, pod tunikami rysowały się mięśnie na ich torsach. „Moi chłopcy! – pomyślał Jahja i duma przepełniła mu serce. – Mimo kłopotów z płucami Hasan rośnie na silnego mężczyznę. Chwała Bogu”.
Synowie ustawiali się po obu stronach każdego drzewka, a ich matka podążała za nimi, wyciągając spod gałęzi koce pełne owoców, z których jeszcze tego samego dnia mieli wycisnąć oliwę. Jahja widział, że Salim zbiera plony w sąsiednim gaju. „Stary, szczerbaty pryk”, pomyślał. Uśmiechnął się, choć przecież Salim był od niego młodszy. Po prawdzie jego sąsiada zawsze wyróżniały mądrość i płynąca z dojrzałości cierpliwość, obie te cechy wyraźnie malowały się na twarzy tego człowieka, który od lat dbał o oliwne gaje. Odkąd odbył pielgrzymkę do Mekki, nazywano go Hadżdż Salim, choć ten nowy tytuł licował raczej z osobami starszymi od Jahji. Nim nadejdzie wieczór, przyjaciele zapalą razem szisze, spierając się, kto pracował ciężej i czyi synowie okazali się tym razem silniejsi.
– Będziesz się smażyć w piekle za te swoje brednie, staruchu – powie Jahja, unosząc fajkę do ust.
– Staruchu? Jesteś ode mnie starszy, ty dziadygo – odpowie mu Salim.
– Przynajmniej nadal mam wszystkie zęby.
– Dobra. Wyciągaj planszę, udowodnię ci raz jeszcze, kto tu jest lepszy.
– Nie nakręcaj się, szczerbaty i cherlawy synu swego ojca.
Partyjki tryktraka nad bulgoczącymi fajkami wodnymi wyciszały te coroczne spory, a oni grali bez wytchnienia, dopóki żony nie posłały po nich kilkukrotnie.
Usatysfakcjonowany porannym tempem Jahja odmówił salat az-zuhr i przysiadł na kocu, gdzie Basima serwowała soczewicę oraz maklubę z jagnięciną i sosem jogurtowym. Nieopodal rozłożyła drugi zestaw potraw dla pomocników, sezonowych migrantów, którzy z wdzięcznością przyjęli zaproszenie do grona biesiadników.
– Obiad! – zawołała Hasana i Darwisza, którzy właśnie kończyli odmawiać drugą tego dnia modlitwę.
Usadowiona wokół parującej tacy ryżu oraz pomniejszych talerzyków z sosami i piklami rodzina czekała, aż Jahja przełamie chleb w imię Boga.
– Bi-ismi Allahi ar-Rahmani ar-Rahim – rozpoczął, a wygłodniali chłopcy zawtórowali mu, sięgając po ryż i formując z niego kulki z jogurtem akurat na jeden kęs.
– Dżumma, nikt nie gotuje tak jak ty! – Pochlebca Darwisz wiedział, jak zaskarbić sobie łaski Basimy.
– Niech cię Bóg błogosławi, synu. – Uśmiechnęła się, wyszukała na tacy mięciutki kawałek mięsa i podsunęła w jego stronę.
– A ja? – zjeżył się Hasan.
Darwisz nachylił się do ucha starszego brata, szydząc:
– Tobie z kobietami nie idzie tak dobrze.
– Proszę, kochanie. – Basima podsunęła drugi kawałek dobrego mięsa Hasanowi.
Szybko skończyli posiłek, bez zwyczajowego posiedzenia przy chałwie i tygielku kawy. Wciąż czekała na nich robota. Basima napełniała ogromne kosze, by pomocnicy mogli zanosić je już do tłoczni. W dniu zbioru owoców każdy z jej synów musiał jeszcze wycisnąć określoną porcję oliwy, bo gdyby odłożyli to na później, nabrałaby zjełczałego posmaku.
Zanim jednak ruszyli dalej do pracy, pomodlili się.
– Przede wszystkim niech nam będzie wolno podziękować Bogu za jego szczodrość. – Jahja dał znak, wyciągając z kieszeni swej diszdaszy stary Koran.
Święta Księga należała jeszcze do jego dziadka, który pielęgnował te gaje na długo przed nim. Mimo że Jahja nie umiał czytać, lubił patrzeć na piękne kaligrafie, recytując sury z pamięci. Chłopcy skłonili się nisko, lecz niecierpliwie, wsłuchani w głos ojca wypowiadającego kolejne wersety. Gdy tylko pozwolił im odejść do tłoczni, na złamanie karku pognali w dół zbocza.
Basima dźwignęła kosz oliwek, ustawiła go na głowie, w każdą dłoń wzięła po jednej wyplatanej torbie pełnej naczyń oraz resztek jedzenia i też zaczęła schodzić.
Inne kobiety, wyprostowane jak struny, podobnie jak ona walczyły o utrzymanie równowagi, dźwigając na głowach dzbany oraz inny dobytek.
– Niech cię Bóg prowadzi, Umm Hasan – pożegnał żonę Jahja.
– Ciebie też, Abu Hasan – odkrzyknęła. – Wracaj prędko.
Gdy został sam, Jahja wystawił twarz do wiatru i lekko dmuchnął w ustnik swojej nye. Wyraźnie poczuł dźwięki, tak jak wyczuwał drobne otwory fletu pod palcami. To dziadek nauczył go grać na tej tradycyjnej piszczałce, więc melodia przywracała więź Jahji z przodkami, odwiecznym cyklem zbiorów, ziemią, słońcem, upływem czasu i miłością – ze wszystkim, co dobre. Jak zawsze przy pierwszej nucie uniósł brwi nad przymkniętymi powiekami, jakby niezmiennie dziwił się majestatowi, jaki potrafi nadać jego oddechowi prosty, ręcznie rzeźbiony flet.
Kilka tygodni po zbiorach załadowali starą ciężarówkę Jahji, pakując nieco oliwy, lecz głównie migdały, figi, przeróżne cytrusy i warzywa. Na wierzchu Hasan ułożył winogrona – tak, by się nie pogniotły.
– Wiesz, że wolałbym, abyś nie jechał aż do Jerozolimy – zwrócił się do niego Jahja. – Dosłownie parę kilometrów stąd mamy przecież Tulkarm, a benzyna jest droga. Nawet Hajfa leży bliżej, a jej targowiska w niczym nie ustępują jerozolimskim. I nigdy nie wiesz, jaki syjonistyczny psi syn kryje się w krzakach ani jaki brytyjski gnojek cię zatrzyma. Po co tak daleko jeździć? – pytał, lecz przecież dobrze znał odpowiedź. – Wybierasz się tam, żeby spotkać się z Arim?
– Ja ba, dałem słowo, że przyjadę. – Głos Hasana przybrał niemal błagalny ton.
– Cóż, jesteś już mężczyzną. Pilnuj się na drogach. Koniecznie daj ciotce z ładunku wszystko, czego potrzebuje, i powiedz, że chcemy ją wkrótce odwiedzić – poddał się Jahja, po czym zwrócił się do dobrze wszystkim znanego kierowcy o rysach wskazujących na ich pokrewieństwo. – Jedź i niech Bóg cię chroni, synu.
– A tobie niech da długie życie, ammo Jahja.
Hasan ucałował dłoń, a potem czoło ojca, napełniając tymi oznakami szacunku serce Jahji miłością i dumą.
– Najwyższy uśmiecha się, patrząc na ciebie, więc będzie cię chronił do końca twoich dni, synu – odparł, gdy chłopak wspinał się na pakę ciężarówki.
Ruszyli. Darwisz kłusował obok na Ghannuszu, ukochanym arabskim ogierze.
– Ścigajmy się. Dam wam godzinę forów, bo macie dociążone auto – rzucił wyzwanie Hasanowi.
– Ścigaj się z wiatrem. On prędzej ci dorówna niż ten stary gruchot. Jedź, Darwisz, spotkamy się w Jerozolimie, w domu amto Salmy.
Hasan patrzył, jak jego młodszy brat znika w oddali. Ściślej otulił głowę chustą, lecz jej końce trzepotały za nim luźno na wietrze. Darwisz był najlepszym jeźdźcem w promieniu wielu kilometrów, a może nawet w całym kraju, Ghannusz zaś był najszybszym koniem, jakiego Hasan kiedykolwiek widział.
Ciągnące się wzdłuż zakurzonej drogi dziewicze zbocza tonęły w ciszy, kusząc zapachami kwitnących cytrusów i dzikich obozowisk sezonowych robotników. Hasan otworzył woreczek, który jego matka napełniała każdego dnia, i oderwał kulistą szczyptę kleistej mieszanki. Uniósł ją do nosa. Wciągnął zapach tak mocno, jak pozwalały mu astmatyczne płuca. Gdy haust tlenu nasycił jego żyły, otworzył jedną z pożyczonych mu w sekrecie książek, z których pani Perlstein, matka Ariego, kazała mu się uczyć.
Ari czekał przy Bramie Damasceńskiej, w miejscu, gdzie wiele lat wcześniej chłopcy spotkali się po raz pierwszy. Był synem niemieckiego profesora, który zbiegł przed nazizmem i osiedlił się w Jerozolimie – jego rodzina wynajmowała tam niewielki dom od pewnego poważanego Palestyńczyka.
Chłopcy zaprzyjaźnili się w 1937 roku na tyłach szeregu straganowych wózków ze świeżymi owocami, warzywami i wgniecionymi puszkami oliwy, na targowisku Babel Amond, gdzie Hasan siedział, zaczytując się arabskimi wierszami. Podszedł do niego żydowski chłopiec drobnej postury, o wielkich oczach i niepewnym uśmiechu. Wyraźnie utykał, co było pamiątką po źle zrośniętej nodze, którą złamał mu członek brunatnych koszul. Kupił wielkiego czerwonego pomidora, wyciągnął scyzoryk i go przekroił. Jedną połówkę zatrzymał dla siebie, a drugą zaoferował Hasanowi.
– Ana ismi Ari. Ari Perlstein – oznajmił przy tym.
Zaciekawiony Hasan przyjął pomidora.
– Gu day sa! Szalom! – Hasan niepewnie użył jedynych niearabskich słów, jakie znał, przy czym gestem zachęcił chłopca, by usiadł obok niego.
Choć Ari potrafiłby zaimprowizować co nieco po arabsku, właściwie żaden z nich nie mówił w języku drugiego. Szybko jednak znaleźli wspólną płaszczyznę: obaj się wyróżniali.
– Ana ismi Hasan. Hasan Jahja Abu al-Hidża.
– Salam alajkum – odrzekł Ari. – Co czytasz? – dodał po niemiecku, wskazując publikację.
– Book – spróbował po angielsku. – Dis, book.
– Yes – również po angielsku odpowiedział drugi.
– Kitab – dorzucił po arabsku Hasan.
– Tak.
Zaśmiali się, zagryzając pomidorem.
I tak w cieniu nazizmu, groźnie podnoszącego łeb w Europie, oraz przy rosnących podziałach między Arabami a Żydami, w tamtym miejscu i momencie narodziła się ich przyjaźń. Umacniały ją niewinność dwunastoletnich serc, samotny zachwyt poezją i totalny brak zainteresowania polityką.
Kilkadziesiąt lat po wojnie, która w końcu rozdzieliła tę dwójkę, Hasan opowiadał o przyjacielu z dzieciństwa swojej najmłodszej córce Amal.
– Był dla mnie jak brat. – Zadumał się, zamykając książkę, którą Ari podarował mu pewnej jesieni w dziecinnych latach.
Choć Hasan szybko rozwijał się fizycznie, był chory, jego płuca świszczały przy każdym wdechu. Trudność, z jaką oddychał, wykluczała go z grona silnych chłopców oraz z ich niewybrednych zabaw. Podobnie koledzy z klasy Ariego nieustannie drwili z jego kuśtykania. Dlatego obaj już w młodym wieku znaleźli schronienie we własnym świecie i języku, wśród kart książek zapisywanych przez poetów, eseistów oraz filozofów.
To, co zaczęło się od przygodnych wycieczek do Jerozolimy, przerodziło się w cotygodniową wyprawę i wyczekiwanie momentu, gdy Hasan odnajdował czekającego na niego Ariego, i godzinami uczyli się wzajemnie arabskich, niemieckich i angielskich nazw jabłek, pomarańczy czy oliwek. „Cebula kosztuje jednego piastra za funt, ma’am”, ćwiczyli. Zza rzędów obwoźnych straganów pełnych owoców i warzyw naśmiewali się po cichu z arabskich miastowych, wysławiających się z emfazą i noszących kuriozalne stroje, które zdradzały ni mniej, ni więcej, tylko ich służalczy podziw dla Brytyjczyków.
Ari zaczął nawet zakładać od święta tradycyjny arabski strój i często wracał z Hasanem do Ajn Haudu. Zanurzony w świecie melodyjnej arabskiej mowy, a także w pieśniach i w smakach tamtejszej kuchni, zdobył godną pozazdroszczenia umiejętność władania językiem przyjaciela i poznał jego kulturę, dzięki czemu wiele dziesięcioleci później nadano mu tytuł profesora Uniwersytetu Hebrajskiego. Podobnie Hasan nauczył się mówić po niemiecku, niepewnie składał litery angielskich tomów z biblioteki doktora Perlsteina i zaczął doceniać żydowskie tradycje.
Pani Perlstein pokochała Hasana, wdzięczna, że zaprzyjaźnił się z jej synem, a Basima z podobnym entuzjazmem przyjmowała Ariego. Choć osobiście nigdy się nie spotkały, dwie kobiety poznawały się wzajemnie poprzez swoich synów i każda odsyłała chłopca do domu obładowanego jedzeniem i wybornymi łakociami, na który to rytuał Hasan i Ari niechętnie przystawali.
W wieku trzynastu lat, na rok przed zakończeniem formalnej nauki, Hasan poprosił ojca o pozwolenie na podjęcie wraz z Arim studiów w Jerozolimie. Z obawy, że dalsza edukacja oderwie syna od ziemi, którą miał odziedziczyć i uprawiać, Jahja odmówił.
– Książki nic ci nie dadzą, stracisz tylko kontakt z pracą na roli. Żadnego studiowania z Arim. To wszystko, co mam do powiedzenia na ten temat. – Wtedy Jahja był pewien, że podjął właściwą decyzję, lecz po latach, zagubiony i rozżalony, wyrzucał sobie, iż zabronił synowi czegoś, czego ten tak bardzo pragnął. Pewnego dnia, w targanym kaprysami pogody obozie, nie tak znów daleko od własnego domu, do którego nigdy nie będzie im wolno wrócić, Jahja poprosi Hasana o wybaczenie. Upokorzony uchodźca zamknięty w slumsach będących miejscem ich wygnania będzie łkał w wyrozumiałych ramionach syna:
– Przebacz mi, choć ja sam nie potrafię sobie przebaczyć.
To właśnie z powodu tej decyzji, żalu, jaki w nim wzbudziła, i złamanego serca Hasan postanowił, że zapewni swoim dzieciom edukację, nawet jeśli będzie to wymagało ciężkiej pracy za marne wynagrodzenie. Wiele lat później powie swojej córeczce Amal:
– Habibti, nie pozostało nam nic poza nauką. Obiecaj mi, że poświęcisz jej wszystkie swoje siły.
Dziewczynka przyrzeknie to ojcu, którego przecież tak uwielbia.
Choć Hasanowi odmówiono przywileju formalnej edukacji po ósmej klasie, pani Perlstein zapewniła mu doskonałe korepetycje. Co tydzień odsyłała swego gorliwego ucznia do domu z pakietem książek, zagadnień do rozwiązania i z pracą domową. Te prywatne lekcje układały wspólnie z Basimą, a pani Perlstein podnosiła Hasana na duchu jeszcze wiele miesięcy po tym, jak Jahja stwierdził, że w kwestii jego edukacji nie ma nic więcej do dodania.
– Hej, bracie! – Młodzi mężczyźni wyściskali się, podali sobie dłonie i zgodnie z arabskim obyczajem wycałowali się w oba policzki. Rozładowali ciężarówkę i pozostawili kierowcę z innymi ulicznymi handlarzami.
Przemierzając wąskie brukowane uliczki Starego Miasta, udali się na przekąskę, jaką zwyczajowo fundowali sobie, zanim dotarli do domu Ariego. Z Bab al-Amud, czyli Bramy Damasceńskiej, ruszyli w kierunku Al-Kijamy. Ze sklepów dochodziły ich unoszące się z glinianych dzbanów aromaty melasy i przeróżnych olejów. Na chodnikach sprzedawcy zachęcali przechodniów, by się zatrzymali i skosztowali ich specjałów. Chłopcy skręcili w ulicę Chan az-Zajt, trącając głowami o skóry i jedwabie wiszące u pował sklepów. Jeszcze kilka kroków i weszli do kawiarni Al-Mahfuz.
– Dwa razy miodowo-jabłkowy – zawołał Hasan do sprzedawcy tytoniu.
– To nie spodoba się twoim płucom, Hasanie – ostrzegał Ari. – Wujek Jahja wie, że palisz?
– Oczywiście, że nie!
Gdy dotarli do domu Ariego, Hasan przekazał jego rodzicom dwie tace chałwy oraz kunafy.
– Gościniec od matki – wyjaśnił po niemiecku.
– Dziękuję – odpowiedziała pani Perlstein, przyjmując słodkości.
Hasan uważał, że wygląd tej zdystansowanej, długonogiej kobiety nijak nie zdradzał cechującej ją instynktownej życzliwości. Gdy się widywali, odruchowo wpatrywał się w rodzinną pamiątkę, którą zawsze nosiła przypiętą na piersi. „Jedna, dwie, trzy, cztery… osiemnaście” –miał w zwyczaju liczyć drobne perły na broszce, gdy sprawdzała jego pracę domową.
Lata biegły, a Hasan okazał się pracowitym i pojętnym uczniem. Korepetycje pani Perlstein trwały aż do kwietnia 1943 roku, kiedy to razem z Arim „ukończył szkołę”. W tamtym roku ich ścieżki na jakiś czas się rozeszły – Ari związał się z paczką przyjaciół z nowej klasy, Hasana oczarowała zaś mała beduinka Dalia, która ukradła jego bratu konia Ghannusza.
W odróżnieniu od typowych małżeństw tamtych czasów, aranżowanych już przy narodzinach dzieci i zawieranych w ramach klanów, związek Hasana z Dalią zrodził się z zakazanej miłości. On był potomkiem dawnych założycieli Ajn Haudu, dziedzicem rozległych upraw, sadów i pięciu potężnych gajów oliwnych. Ona natomiast urodziła się w rodzinie beduinów, których plemię co roku zjeżdżało do tej wioski w porze zbiorów, aby nająć się do pracy, aż w końcu w niej osiadło.
Dalię, najmłodszą z dwunastu sióstr, cechował upór, a konwenanse miała za nic. Choć bezlitosny pas ojca nieustannie groził konsekwencjami, nie zawsze pamiętała, by osłonić się tradycyjnym hidżabem, i pozwalała, by wiatr targał jej włosy. W odróżnieniu od porządnych dziewczyn unosiła sukienkę, gdy goniła za jaszczurkami, znacząc przy tym jasne wzory beduińskich szat plamami błota i zaciągając je o kolce kaktusów. Często zapominała, by przed powrotem do domu opróżnić kieszenie z nowych dziwnych żuczków i innych robaczków, które tego dnia zebrała, za co dostawała lanie od matki. Lecz siła natury i tak gnała ją z powrotem na kręte ścieżki ciekawości. Chwile z tymi sześcio- i ośmionogimi tajemniczymi stworzeniami zaspokajały jej apetyt na świat, dopóki nie dotknęła czworonożnej tajemnicy: konia Ghannusza.
Jego pan, chłopak, o którym wiedziała ledwie tyle, że ma na imię Darwisz i jest synem Jahji Abu al-Hidży, przypadkiem zauważył ją na spacerze wśród wzgórz i zaoferował jej przejażdżkę. Nie mogła jednak przyjąć propozycji jazdy konnej z chłopcem. Gdyby ojciec dowiedział się o takim wybryku, stłukłby ją na kwaśne jabłko.
– Nie – odparła kategorycznie, o ile jedenastolatka może być stanowcza. Lecz gdy tylko udzieliła odpowiedzi, wyraz jej twarzy złagodniał, jakby pomyślała: „Chociaż właściwie… a może…”.
Darwisz zachęcił ją cicho:
– Wystarczy mi, jeśli będę szedł z przodu, i przyrzekam na swój honor, że nie obejrzę się, by zobaczyć cię na koniu.
Budził w niej zaufanie, a wśród tych wzgórz w promieniu wielu kilometrów nie było nikogo. Rozejrzała się, mierząc wzrokiem rozległy, pofalowany teren. Miała czyste intencje.
– Ale jak na niego wsiądę? – łamała się.
– Najpierw popatrz, jak ja to robię, a kiedy się odwrócę, spróbujesz sama – zachęcił ją Darwisz.
Ghannusz pozwolił drobnej dziewczynce wspiąć się na swój grzbiet, po czym z wolna ruszył. Nagle jednak zawładnął nią strach, że ktoś ją przyłapie jadącą konno za tym chłopcem. Zażądała, by się natychmiast zatrzymali, i gdy tylko zsiadła, uciekła.
Tygodniami powracała jednak w to miejsce, do swojego wspaniałego sekretu, czekając, aż koń przybędzie z Darwiszem, by znów doświadczać tej magii. Utrzymywali spotkania w tajemnicy przez ponad dwa lata i przez ten czas Dalia nauczyła się samodzielnie jeździć. Darwisz zrobiłby wszystko, o co tylko by go poprosiła; wystarczyło, by dała mu znać. Ale przez cały ten czas, poza pierwszym dniem, nie zamienili ze sobą ani słowa. Gdy widział, że nadchodzi, spuszczał wzrok, aby nie czuła się znieważana, z szacunkiem odwracał się plecami i przytrzymywał Ghannusza, podczas gdy ona podkasywała szatę, zawiązywała spodnie, wsiadała na konia i odjeżdżała w siną dal. Darwisz czekał na jej powrót i w odwróconej kolejności odtwarzał ten sam rytuał dobrych manier.
Wieśniacy uważali Dalię za dzikuskę i powsinogę, zrodzoną z beduińskiej poezji i barw, a nie z mięsa i krwi. Byli tacy, co sądzili, że zagnieździł się w niej diabeł, i przekonywali jej matkę, że musi sprowadzić szejka, który odczyta nad dzieckiem wersety Koranu. Większość jednak zakładała, że dziewczynka z czasem wyrośnie z tych wybryków. W końcu wspólnie uradzili, że Dalię należy złamać. Miała już niemal czternaście lat, należało więc siłą wypędzić z niej dziecięcą niefrasobliwość.
– Spuść jej manto, daj jej nauczkę – podpuszczała jej matkę inna beduinka. – Zobacz tylko, jak ona je pomarańczę! Co za wstyd dla rodziny. Wszyscy chłopcy się na nią gapią.
W wiosce szydzono z Dalii. Brzęk bransolet, które nosiła na kostkach, drażnił kobiety. Zajadle nienawidziły cechującej tę dziewczynę swobody, jej nieokiełznanej mocy, blasku bijącego od jej skóry i włosów. Przypominała im o łaskach, którymi i one się kiedyś cieszyły, lecz z których same dobrowolnie zrezygnowały. Bezpruderyjna niefrasobliwość Dalii miała też wymiar seksualny, a im mniej dziewczyna była tego świadoma, tym bardziej okazywała się pociągająca.
Basima, zwana też Umm Hasan, uważała beduinkę za bezbożną złodziejkę bez grama wstydu od dnia, kiedy Dalia „ukradła” konia jej syna Darwisza, by w sekrecie odetchnąć od przyprawiającej o ból pleców monotonii zbiorów oliwek. Nikt by się o tym nie dowiedział, gdyby nie spadła i nie złamała nogi w kostce. Tak wybuchł skandal, który zwrócił na nią uwagę Hasana. W wiosce zawrzało. Darwisz zastanawiał się, jak obronić Dalię, lecz uznał, że jeśli wda się w wyjaśnienia, dziewczynę spotka znacznie sroższa kara.
Zhańbiony ojciec drobnej beduinki zarzekał się, że raz na zawsze skruszy zuchwałość córki. Aby odzyskać honor, w samym centrum miasteczka przywiązał Dalię do krzesła i wymusił na niej zeznanie, która dłoń ukradła konia, aby mógł ją wypalić rozżarzonym żelazem.
– Czy to ta? Wyciągnij ją, żebym dobrze ją przypiekł – cedził ojciec, śledząc wzrokiem, jak Dalia podaje mu prawą dłoń. – Jeśli krzykniesz, przypalę też drugą – zagroził, odwracając się do tłumu gapiów i szukając u nich aprobaty.
Dalia nawet nie pisnęła, gdy rozpalony metal wypalił znamię na skórze jej prawej dłoni. Tłum westchnął.
– Okrutnicy z tych beduinów – rzuciła jakaś kobieta, a część ludzi zaczęła w imię Boga błagać ojca Dalii, żeby przestał i okazał córce miłosierdzie, skoro przecież sam Bóg jest miłosierny, Ar-Rahman.
Mężczyzna musi jednak być panem w swoim domu.
– Nie będzie kalać mojego honoru. Odsuńcie się, mam do tego prawo – oponował. I rzeczywiście: było to jego prawo. La haula wa-la-kuwatta illa bi-Allah.
Dalia cały ból zamknęła w sobie, choć okropny smród przypiekanego mięsa wypalał z niej zarazem życie. Jej więź z przyrodą, igraszki jej włosów z wiatrem, brzęk bransoletek z monet, słodki zapach potu, gdy się utrudziła, feeria cygańskich barw – tego dnia w samym centrum miasteczka pod błękitnym niebem wszystko to obróciło się w kupkę popiołu. Gdyby krzyknęła, ogień zapewne nie sięgnąłby w nią tak głęboko. Lecz tego nie zrobiła. Kątem oka dostrzegła dzikiego królika i utkwiła w nim martwe spojrzenie. Zniosła torturę, wytrzymała z zaciśniętymi zębami, choć po policzkach płynęły jej łzy. Do końca życia zachowa ten nieświadomy odruch, będzie raz po raz pocierać śródręcze koniuszkami palców prawej dłoni i jednocześnie zaciskać zęby. Sprawiało to wrażenie, jakby ściskała w dłoni coś żywego, co próbuje się uwolnić.
***
Stoicyzm dziewczyny niepokoił Basimę, nie chciała u siebie nikogo z „takiej rodziny”, a trudno jej było nie zauważyć, jak Hasan wodził za Dalią wzrokiem, gdy wypełniała codzienne obowiązki w wiosce albo na polach.
Basima była przekonana, że ta „bezwstydna beduinka” sprowadzi na ich wioskę wszelkie możliwe kłopoty. Jej najgorsze obawy potwierdziły się, kiedy jej syn, Hasan Jahja Abu al-Hidża, nie zdołał się oprzeć zuchwałemu powabowi jej dzikiego ducha i postanowił ją poślubić.
Z uporem, który cechował go przez całe życie, ale i z powściągliwym błogosławieństwem ojca, obwieścił matce swoją decyzję.
– Małżeństwo to nie grzech – przekonywał, starając się zachować ugodowy ton.
– Nie, nie, nie, nie, nie! – Basima się wściekła. Dramatyzując, w atmosferze skandalu wymachiwała rękami i darła szaty, błagając Boga o interwencję, waliła się w piersi i uderzała po twarzy. Ubolewała nad własnym upokorzeniem i przeklinała dzień, w którym „ta beduinka” postawiła stopę w Ajn Haudzie. Jej konsternację dodatkowo pogłębiał wstyd, gdyż musiała przekazać ludziom wieść o buncie syna, to zaś oznaczało, że nie poślubi kuzynki, z którą już od dawna był zaręczony.
– Abu Hasan, co ludzie o nas powiedzą? – urabiała męża.
Jahja próbował przemówić żonie do rozumu.
– Umm Hasan, pozwól mu. To dorosły mężczyzna. Nie możemy go do niczego zmusić.
A ona dalej swoje, jakby nie słyszała jego opinii.
– Więc nasze słowo nic już nie znaczy? To my obiecujemy dziewczynie małżeństwo z synem, a potem pozwalamy, żeby nas nie słuchał? Co zawiniła moja skromna siostrzenica, że porzuca ją dla tej nędznej beduińskiej złodziejki?
– Taka wola Boga. Odpuść, kobieto! Syjoniści stawiają ten kraj na głowie, a ty się gorączkujesz, ponieważ twój syn chce poślubić ładną dziewczynę, której nie lubisz. Nie słuchasz wiadomości? Każdego przeklętego dnia syjoniści mordują Brytyjczyków i Palestyńczyków. Pozbywają się tamtych, żeby potem pozbyć się nas oraz każdego, kto jest zbyt głupi, by to dostrzegać i nic z tym nie robić. – Jahja chwycił w jedną dłoń laskę, w drugą swój naj i wyszedł z domu, podminowany własnymi obawami, które narastały w nim wraz z niemal codziennymi doniesieniami BBC o działaniach terrorystycznych coraz lepiej uzbrojonych grup syjonistów.
Na marmurowych schodach domu Jahja zadął w swój niepowtarzalny flet, poruszył palcami i przy pierwszym dźwięku uniósł brew. Grał dla swoich drzew, żeby przywrócić światu prostotę i pokój.
– Przestań na nim gwizdać! – Basima wtargnęła na werandę, którą Jahja sam zaprojektował i wyłożył kafelkami. Była naprawdę wściekła. – Któregoś dnia ci ją rozwalę – warknęła półgłosem, ale tak, by sąsiedzi nie usłyszeli, i odeszła, głośno tupiąc.
Obawiała się jednak, że przekroczyła dopuszczalne granice. Krocząc po perskich dywanach przedsionka, pod wielkimi wyłożonymi glazurą łukami, a potem wchodząc do pokoju dziennego, nadal mruczała coś z niezadowoleniem, aż w końcu opadła na kolana i przysiadła na poduszce. Jahja już dawno temu chciał kupić kanapy, takie jakie mieli Brytyjczycy, lecz Basima się nie zgodziła; teraz myślała jednak, że sofa byłaby lepszym rozwiązaniem. Nie mogąc się uspokoić, rozwinęła dywanik modlitewny, by oddać się w ręce Boga. Gdy odprawiła dwie raki, błagając o łaskę, podniosła się, znów ruszyła przez perskie dywany pokrywające marmurowe podłogi i weszła do kuchni, gdzie zamarła wpatrzona w niebiesko-zielony wzór z płytek, kolejne dzieło męża. „Uparciuch z niego, ale bez dwóch zdań też artysta – pomyślała. – Och, Jahjo, jak możesz się godzić na to małżeństwo!”
Żadne błagania ani zaklinania Basimy nie zdołały jednak odwieść jej syna od powziętego zamiaru. Tylko Darwisz rozumiał determinację, z jaką Hasan przeciwstawiał się matce, bo on też kochał Dalię. A gdy zgodnie z tradycją członkowie rodziny poszli prosić o jej rękę, Darwisz szlochał wtulony w Ghannusza i Fattumę, swoją arabską klacz, towarzyszkę Ghannusza, z charakterystyczną białą strzałką pomiędzy oczami.
Ojciec Dalii przyjął oświadczyny. Czuł przy tym ogromną ulgę, że pozbywa się ciągłego ambarasu, znaku szczególnego najmłodszej córki, a dwa dni później, jak było w zwyczaju, otrzymał jej posag. Tego dnia Dalia zerkała przez niewielkie otwory w siatce zasłaniającej jedno z okien, gdy konwój mężczyzn znosił jej ojcu pieniądze i złoto. Hojny dar poruszył ją mniej niż widok Darwisza.
Nie miała na ten temat nic do powiedzenia, ale choć sam pomysł, że zostanie arusą, czyli panną młodą, jej się podobał – tak jak sposób ubierania się dorosłych podoba się małym dziewczynkom – wolałaby jednak Darwisza.
W dniu ślubu Dalii kobiety z rodziny – matka, ciotki, zamężne siostry i kuzynki – wyszorowały oraz natarły każdy centymetr jej ciała. Raz po raz smarowały pastą ajda jej łydki, uda, ramiona, brzuch i pośladki, po czym gwałtownym ruchem zrywały zaschnięte plastry. Dalia za każdym razem wyciągała szyję, by dostrzec lasek czarnych włosków usuwanych przy kolejnych szarpnięciach, które przeszywały jej ciało jak prąd. Najbardziej cierpiała delikatna skóra pomiędzy nogami. „Nie bój się, córko – uspokajała ją matka, rozsuwając szeroko jej uda. – Bi-ismi Allahi ar-Rahmani ar-Rahim”. Pewnym ruchem, ze zręcznością akuszerki wyrwała córce ostatnie włosy łonowe (Dalia była z nich taka dumna) jednym pociągnięciem, które sprawiło, że panna młoda z bólu zerwała się na równe nogi. Kobiety roześmiały się z całego serca. „Chodź tu, córko. Wracaj do świata kobiet”.A gdy ciotka zauważyła wilgoć między udami Dalii, zawołała do siostry:
– Coś mi się wydaje, że twoja mała będzie niezłą żoną!
I znów wszystkie się roześmiały, a Dalia posłusznie obserwowała własną przemianę.
Patrzyła w lustro, gdy narysowane węglem linie podkreśliły kształt jej oczu, dodając uwodzicielskiego uroku i lat, których brakowało jej do dorosłości. Była panną młodą, znajdowała się w centrum swojej kultury, a wszystkie małe dziewczynki obserwowały ją teraz tak, jak ona przyglądała się wybrankom, zanim sama zaczęła szykować się do małżeństwa.
Obciążona błyszczącymi prezentami, którymi obwieszono jej szyję oraz czoło i które zwisały jej z nadgarstków, kostek i uszu, czternastoletnia Dalia poślubiła w trakcie wspaniałej ceremonii Hasana Jahję Abu al-Hidżę. Święto zadośćuczyniło ojcu dziewczyny, lecz Basima czuła głębokie rozgoryczenie, a serce Darwisza pogrążyło się w smutku.
Wystrojona w złoto ważące pół tego, co ona sama, drobniutka narzeczona przez całe wesele milczała, nieświadomie pocierając wnętrze dłoni i zaciskając szczęki nawet wtedy, gdy goście całowali ją i składali najlepsze życzenia.
Nim dołączyli do kobiet, mężczyźni świętowali osobno. Złożyli w ofierze jagnię, tańczyli i bawili się przy pieśniach i muzyce. Darwisz z bólem serca poprowadził dla brata dabkę, i choć ze szczerej miłości wzniósł toast za pana młodego, wolę Boga przyjął ze skrywanym smutkiem.
– In sza Allah, jeśli Bóg zechce, będziesz, bracie, następny – wołał Hasan, z radością ściskając Darwisza.
– In sza Allah. Jak Bóg da.
Dziesięć miesięcy po ślubie Dalia wkupiła się w łaski mieszkańców Ajn Haudu, wydając na świat syna, któremu dała na imię Jusuf. I tak w wieku piętnastu lat zaczęła być z szacunkiem nazywana „Umm Jusuf”, Hasan zaś „Abu Jusuf”.
Basima złagodniała wobec Dalii, jeszcze zanim narodził się jej wnuk. Wytrwałość, z jaką dziewczyna wypełniała obowiązki, umiejętności, dzięki którym pomagała własnej matce odbierać porody w wiosce, a także zachwyt, jaki niezmiennie wzbudzała w swoim mężu, gdy mu towarzyszyła, nie mogły ujść jej uwadze. Ponadto rodziny uzgodniły, że Darwisz poślubi porzuconą przez Hasana siostrzenicę, dzięki czemu honor Basimy został uratowany.
Wobec braku doświadczenia Dalii instynkt kazał teściowej wprowadzić swą beduińską przyszywaną córkę w świat macierzyństwa. Basima uczyła ją rytmu karmienia oraz sposobów na dziecięce kolki, a także w tajemnicy podpowiadała, jak odzyskać po porodzie jędrne ciało, i zdradzała sztuczki na podtrzymanie zainteresowania męża.
– Ostatecznie wszystko przemija: piersi i biodra po prostu wiotczeją – tłumaczyła jej. – Cały sekret kryje się w oliwie. – Patrząc figlarnie, konspiracyjnie puściła oczko, podeszła bliżej i zaczęła opisywać, jakie eliksiry piękności odkryła. – To tajemna wiedza kobiet, którą przekażę tylko tobie oraz, in sza Allah, żonie Darwisza, jako że Bóg nie zechciał dać mi córek.
Basima powiodła Dalię przez bujnie rosnący ogród, wyjaśniając, na co stosuje różne rośliny. Czuła ekscytację: wreszcie miała dziedziczkę swego imperium magicznych ziół. Już wcześniej nauczyła ją, jak przygotowywać dla Hasana lekarstwo na płuca.
– W dziedzinie urody najważniejsza jest oliwa z oliwek – wyznała szeptem. – Zgnieć liście mięty i bazylii, zalej oliwą i wcieraj eliksir w ciało, a skóra pozostanie jędrna. Jeśli wetrzesz ją też we włosy, doda im blasku.
W takich chwilach Basima i Dalia uczyły się kochać siebie nawzajem. Matczyna bliskość i uczucia, jakich żadna z nich wcześniej nie zaznała, stworzyły między nimi bliską więź.
Dziesięć miesięcy po narodzinach Jusufa Dalia wydała na świat martwe dziecko. Ciężko przeżywała tę żałobę, zaciskała zęby i uciekała w samotność. Jakaś małoduszna kobiecina z wioski, chcąc wkupić się w łaski Basimy, próbowała wykorzystać tę tragedię i gadała, że nieszczęście Dalii dowodzi, iż dziewczyna jest niewiele warta.
– Mnie to nie dziwi. Wszyscy wiedzą, że beduini parają się czarną magią. Jak inaczej włóczęga pokroju Dalii nakłoniłaby do ożenku takiego mężczyznę jak Hasan?
– Wynoś się z mojego domu! – Basima wyrzuciła intrygantkę za drzwi i podeszła do synowej. – Koniec tych lamentów, moja Dalio. Chodź, na dobry początek wyhodujmy nowe róże – zaproponowała, wytrącając synową z apatii i domykając w ten sposób okres jej żałoby.
Trzy lata później, gdy drzewa oliwne traciły już srebrnozielony odcień, nieopodal eksplodowała bomba.
– Przeklęci syjoniści! Czego, u diabła, od nas chcą? – darła się Basima w kierunku słupa dymu. Udzielił jej się strach męża.
Niepokój zawiązał się w jej piersi w zagmatwany supeł i ścisnął ją za serce, w głowie jej zawirowało, nogi zasłabły i upadła pośród różanych krzewów, chwytając się za prawe ramię. Gdy Dalia podbiegła do teściowej, ta zdążyła wyszeptać ostatnie słowa:
– Binti, binti. Moja córka, moja córka.
Po śmierci Basimy to Dalia stała się strażniczką jej ukochanych róż. Krzyżowała je, by uzyskać piękne zapachy i kolory, tak jak ją nauczyła, powiększyła ogród, a na grobie teściowej posadziła biało-czerwoną odmianę – tę, którą Basima ceniła najbardziej. Gdy miesiąc później urodził się Isma’il, drugi syn Dalii, zabierała go w to miejsce w zawiązanej na plecach chuście.
Ponieważ zagrożenie najazdami syjonistów rosło, wkrótce zaczęła jednak chodzić na cmentarz sama, raz na tydzień i tylko na krótko, zostawiając chłopców pod opieką krewnych, pod osłoną wioski. Właśnie w jeden z takich dni doszło do wypadku, który na zawsze naznaczył twarz Isma’ila.
Każdy członek rodziny przedstawiał własną wersję tamtych wydarzeń. Z kolei Jusuf, jedyny bezpośredni świadek, nigdy o nim nie wspominał, nawet gdy go pytano.
Jusuf miał wówczas cztery lata, państwo Izrael jeszcze się nie narodziło, a Isma’ilowi niewiele brakowało do sześciu miesięcy. Tamtego dnia był marudny i płakał, wiercąc się w tej samej kołysce, w której niegdyś sypiał jego ojciec. Choć była stara i podniszczona, Basima nalegała, by Dalia nadal kładła w niej swoje dzieci, gdyż pobłogosławił ją syryjski szejk znany z umiejętności uzdrawiania i dokonywania cudów.
Kiedy Dalia zaszła w ciążę i nosiła pod sercem Isma’ila, Basima wzmocniła barierki łóżeczka drewnem cedrowym, własnoręcznie przybijając je do kołyski. Kupiła nową pościel i materacyk, który również przybiła gwoździami, żeby się nie przesuwał. Gdy Isma’il leżał w niej, płacząc, a Dalia wracała do domu z grobu teściowej, Jusuf podniósł niemowlę z miękkich, haftowanych koców, które babcia dla niego uszyła, choć nie zdążyła ich wykończyć przed śmiercią. Zaskoczony ciężarem drącego się i wierzgającego malucha, upuścił Isma’ila. Upadając, dziecko zahaczyło twarzą o wystający z kołyski gwóźdź, który rozorał skórę policzka aż po prawe oko.
Po tym dniu Isma’ilowi pozostała widoczna pamiątka: charakterystyczna blizna, która na zawsze naznaczyła jego twarz i ostatecznie pozwoliła mu odkryć prawdę o sobie samym.
Tuż po weselu Hasana i Dalii Ari Perlstein wyjechał na studia medyczne, lecz choć ich drogi się rozeszły, przyjaciele nie stracili ze sobą kontaktu. Gdy zmarła Basima, Ari wziął wolne na uczelni, by razem z Hasanem opłakiwać jej odejście w Ajn Haudzie.
Niebo było bezchmurne, a powietrze rześkie tego popołudnia, kiedy Hasan i Ari rozpoczęli formalne obchody żałoby, które miały potrwać czterdzieści dni. Hipnotyczna melorecytacja wersetów Koranu to rozbrzmiewała w domu Jahji Abu al-Hidży, to znów cichła, gdy Hasan i Ari oddalali się w kierunku gajów oliwnych.
– Jest naprawdę źle, Hasanie – tłumaczył mu Ari. – Syjoniści zwerbowali hordy strzelców. Zrekrutowali całą armię. Do portów co dzień przypływają statki pełne Żydów. Nie dostrzegasz pełnego obrazu. Dozbrajają nawet samochody i samoloty.
Hasan rozejrzał się po ziemi, którą pewnego dnia odziedziczy. „Wygląda na to, że w tym roku zbierzemy całkiem niezły plon” – powiedział sobie w myślach. Wśród drzew popłynęły dźwięki naju. Hasan instynktownie odwrócił się w stronę cmentarza i zmrużył oczy, ciekaw, czy to jego ojciec, nikogo jednak nie dostrzegł. Była tylko melodia, wydrążona w środku i nagle przerwana ciszą, jakby flet załkał.
– Hasanie, oni zamierzają odebrać wam ziemię. Prowadzą kampanię na całym świecie, nazywają Palestynę „ziemią bez narodu”. Chcą zmienić ją w ojczyznę Żydów.
– Ojciec od lat zapowiada, że w końcu do tego dojdzie, lecz ta perspektywa zawsze wydawała się odległa – zauważył Hasan.
– Jest realna. Wiesz, że w listopadzie zbiera się ONZ i wszyscy uważają, że dojdzie do podziału tych ziem. Są doskonale zorganizowani, a do tego wiele lat temu Brytyjczycy rozbroili protestujących Arabów. Niektórzy ortodoksyjni Żydzi zorganizowali w mieście kampanię przeciwko syjonistom. Mówią, że powoływanie realnego państwa Izrael to świętokradztwo. Zarazem jednak wpływowi ludzie prowadzą w Ameryce kampanię mającą na celu nakłonienie Trumana do uznania i wsparcia tworzonego tu żydowskiego państwa – tłumaczył Ari, wyraźnie przejęty.
– A ty co o tym sądzisz? Chodzi mi o pomysł utworzenia tutaj państwa żydowskiego – spytał w końcu Hasan, ściskając między palcami jedną z oliwek, aby ocenić, jakie zbiory czekają ich w listopadzie. Przyjdą żniwa, to i ojciec będzie mniej przygnębiony.
– Sam nie wiem, Hasanie. – Ari spuścił wzrok, usiadł na kamieniu i bawił się ziemią, przesypując ją między palcami. – Jestem Żydem. To znaczy: uważam, że źle się dzieje. Ale nie wiesz, jak było dawniej. – Głos Ariego zadrżał. – Tamte wydarzenia nas wykończyły, mimo że uszliśmy z życiem. Widziałeś pusty wzrok mojej matki? W środku jest martwa. Ojciec też. Nie wiesz, przez co przeszliśmy. A teraz znów nie mamy pewności, czy nic nam nie grozi. Ojciec uważa, że syjoniści postępują niewłaściwie, i nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Lecz nie jesteśmy tu już bezpieczni. Podobno Brytyjczycy zamierzają się wycofać. Zmierzamy ku nieuniknionemu. Radykałowie są zdeterminowani, by ta ziemia stała się zalążkiem żydowskiego państwa, ale jeśli Arabowie podejdą do tego ugodowo, wszystko będzie dobrze i zdołamy tu żyć razem.
Hasan usiadł na ziemi obok Ariego.
– Przecież dopiero co powiedziałeś, że oni chcą „państwa żydowskiego”.
– Tak, ale myślę, że pozwolą Arabom zostać. – Słowa wybrzmiały, zanim Ari zdołał je powstrzymać.
– A więc ci imigranci pozwolą mi zostać na mojej własnej ziemi? – Hasan podniósł głos.
– Hasanie, nie to miałem na myśli. Jesteś dla mnie jak brat, dla ciebie i twojej rodziny oddałbym wszystko. Lecz to, co zrobiła Europa… – Słowa Ariego płynęły, a przed oczami stawały im koszmarne wizje obozów śmierci.
Hasan ścisnął kolejną oliwkę, jakby próbował umniejszyć słowa Ariego, wiszące w powietrzu jak zdrada.
– Właśnie, Ari. Co zrobiła Europa. A nie Arabowie. Żydzi zawsze tu mieszkali. I właśnie z tego powodu jest ich tu teraz coraz więcej, prawda? Lecz gdy my sądziliśmy, że po prostu szukają schronienia, że to biedne dusze potrzebujące miejsca do życia, oni gromadzili broń, aby wygnać nas z naszych domów.
Nie był aż tak wściekły, jak można by wnosić z tonu jego głosu; rozumiał cierpienie Ariego. Czytał o komorach gazowych, obozach, o całym tym horrorze.
I to prawda: wzrok pani Perlstein mówił, że życie w niej już dawno spakowało się i wyprowadziło gdzie indziej. Jedna, dwie, trzy… osiemnaście pięknych pereł.
Przeczuwając nadciągający konflikt, Hasan dorzucił jeszcze:
– Jeśli Arabowie zajmą Stare Miasto, idźcie do domu mojej ciotki Selmy. Znasz jej adres. Jest duży, możecie się w nim ukryć.
Irgun, Hagana i Banda Sterna. Brytyjczycy nazywali ich terrorystami. Arabowie mówili o nich: Jahud, Żydzi, syjoniści, psy, skurwysyny, szmaty. Świeżo napływająca populacja Żydów twierdziła z kolei, że to bojownicy o wolność, żołnierze Boga, zbawcy, ojcowie, bracia. Jakkolwiek by ich nazwać, byli świetnie uzbrojeni, doskonale zorganizowani oraz znakomicie wyszkoleni. I postanowili za pomocą linczów i bombardowań pozbyć się ludności nieżydowskiej – najpierw Brytyjczyków, a następnie Arabów; dopuszczali się masakr, stosowali terror, przepędzali ludzi z ich domów. Agresorów było niewielu, ale wzbudzali tak ogromny strach, że w 1947 roku świat trząsł się w posadach, a ludzie bili na alarm. W 1947 i 1948 roku co najmniej czterokrotnie pojawili się w Ajn Haudzie, choć Palestyna wciąż była pod brytyjskim mandatem.
Pierwszy atak nastąpił w żydowskie święto Chanuka, 12 grudnia 1947 roku. Eksplozja przeszyła powietrze, a Dalia z wrzaskiem uciekła z cmentarza. Słysząc wybuch, Hasan pognał do domu. Nie znalazłszy tam żony, pobiegł na cmentarz i spotkał ją po drodze. Rzuciła mu się w ramiona, zapłakana.
– Żydzi idą! Żydzi idą!
Prowadził Dalię z powrotem, gdy nad sąsiednią wioską At-Tira rosły słupy dymu. Zaciekawieni, ale i przestraszeni mieszkańcy Ajn Haudu zebrali się na placu, rozglądając się wokół. Hasan przedarł się przez tłum, a gdy dotarli do domu, delikatnie położył żonę na łóżku i otarł krew z jej stóp.
– Co się stało? – spytał, oglądając rany.
– Pielęgnowałam róże u Basimy. – Dalia z trudem łapała powietrze. – Nagle usłyszałam wybuch, a jakaś dłoń sięgnęła prosto z piekła i chwyciła mnie za nogę. Rzuciłam się do ucieczki, biegłam i biegłam, a oni zostali w tyle.
W drzwiach pojawił się Jahja z rozdygotanym małym Jusufem na rękach.
– Wszyscy są? Darwisz sprawdza, co z końmi, jego żona ma pod opieką Isma’ila. Skąd ta krew?
Jusuf niewielu rzeczy bał się bardziej niż krwi.
– Mamo! Mamo! – Zaczął zawodzić.
Dalia wzięła syna w ramiona i pocałowała w czoło.
– To tylko mała ranka, mój bohaterze.
– Idę sprawdzić, co to, do cholery, było – zadeklarował Jahja, zmierzając do drzwi.
– Nie masz bransoletki nad kostką! – zauważył Jusuf, zwracając się do matki.
– Rzeczywiście. Zgubiłam ją.
– Już nie będzie dzwoneczków? Skąd będę wiedział, gdzie jesteś?
– Mam jeszcze drugą. – Dalia potrząsnęła zdrową nogą. – Słyszysz?
Jahja znów wpadł do środka jak burza.
– Niech Bóg przeklnie Żydów! Jakaś banda ostrzelała dom w At-Tirze, po czym zwiała do ciężarówki zaparkowanej w gaju oliwnym nad cmentarzem. Musieli zauważyć Dalię przy grobie. Na szczęście jej nie dorwali. Bóg jeden wie, co mogliby jej zrobić.
W Jahji kłębiły się gniew i frustracja, a jego ruchy przemawiały równie wyraźnie jak słowa, gdy zamaszystym krokiem przemierzał pokój w tę i z powrotem.
– Potrzebujemy broni, do cholery! Gdzie są arabskie armie, kiedy te psy wykańczają kolejne miasteczka? Co my, do diabła, w ogóle zrobiliśmy tym skurwysynom? Czego od nas chcą?
Wymachiwał rękami, po chwili jednak zmusił się, by przyjąć do wiadomości własną niemoc, opadł na krzesło i wzniósł oczy do Boga.
– Złóżmy to w mądre dłonie Boga – rzucił w końcu, podniósł się i ruszył do wyjścia. – Hasbija Allah wa-nima al-Wakil – szeptał raz po raz sam do siebie, aby zło trzymało się od nich z daleka.
Lecz nie poszedł pomóc tym z Al-Tiry. Hasbija Allah wa-nima al-Wakil. Podobnie jak arabskie kraje, które przecież przeklinał, nie zaoferował wsparcia atakowanym braciom. W głębi ducha uważał bowiem, że o ile tylko mieszkańcy nie zaangażują się w konflikt, najeźdźcy oszczędzą Ajn Haud. Myślał, że szczera oferta utrzymania pokoju z Żydami zapewni ich dotychczasowemu życiu ciągłość.
– Baba, czy Żydzi nas też zbombardują? – pytanie Jusufa przeszyło serce Hasana.
– Bóg nas ochroni, synu. A ja będę chronił przede wszystkim ciebie, twoją matkę i brata – zapewnił chłopca, zerkając przy tym na żonę.
W jego oczach malował się ocean miłości do niej, i właśnie tego dnia, pięć lat po weselu, gdy Hasan trzymał w dłoniach jej stopy, składając synowi ważną obietnicę, Dalia zdała sobie sprawę, jak głęboko kocha swojego męża.
Nim minęły dwa tygodnie od incydentu w At-Tirze, wymordowano Palestyńczyków w pobliskiej wiosce Balad asz-Szajch. Mrożący krew w żyłach gwałt odbił się szerokim echem w Ajn Haudzie, stanowiąc dla mieszkańców wioski ostatnie ostrzeżenie. Strach po kolejnych wieściach o okrucieństwie terrorystów paraliżował ich i kazał szykować się na nieuniknione. Spodziewając się kolejnych ataków, kobiety z Ajn Haudu zbierały figi i winogrona, choć to jeszcze nie była ich pora, suszyły je na rodzynki i przyrządzały z nich syrop, a także piklowały warzywa, na wypadek gdyby musieli przetrzymać dłuższe oblężenie, kryjąc się przed kulami snajperów.
W maju 1948 roku Brytyjczycy opuścili Palestynę, a masowo napływający żydowscy uchodźcy proklamowali powstanie nowego państwa, przemianowując przy tym Palestynę na Izrael. Wioska Ajn Haud przylegała do trzech innych, które w tym nowym państwie wyznaczały trójkąt jeszcze niepodbitych ziem, i tak los złączył jej mieszkańców z losem dwudziestu tysięcy innych Palestyńczyków, którzy nadal trzymali się swoich domów. Odpierali ataki i wzywali do rozejmu, chcąc jedynie tak jak do tej pory żyć na własnej ziemi. Przetrwali już wielu panów – Rzymian, Bizantyjczyków, krzyżowców, Osmanów i Brytyjczyków, ich narodowość nie miała znaczenia. Sens ich istnienia wyznaczał związek z Bogiem, ziemią i rodziną, bronili ich więc i nie zamierzali odpuścić.
Gdy wreszcie zawarto rozejm, Ajn Haud odetchnęło z ulgą.
– Przygotujemy ucztę w geście przyjaźni, w intencji dobrego współżycia obok siebie. – Jahja obwieścił mieszkańcom decyzję rady starszych. Chwycił dłoń Hadżdża Salima i uścisnął ją z nadzieją, jakby chciał wesprzeć tym gestem smutną decyzję i niemą modlitwę starych przyjaciół.
***
Dowódcy nowego państwa przybyli w identycznych brązowych mundurach, a ich nieprzenikniony chłód kontrastował z lipcowymi upałami. Mocny wiatr szeleścił rozwieszonymi do suszenia paprykami, a garnki pobrzękiwały, gdy uzbrojeni izraelscy żołnierze maszerowali przez wioskę w glorii niedawnego zwycięstwa. Słońce paliło wszystko, czego tknęło, a zapachy wystawnej uczty, jagnięciny i kminku z trudem maskowały powszechny niepokój.
Jusuf, już niemal pięcioletni, przywarł do szaty Dalii i wyglądał zza jej biodra, przypatrując się ucztującym jasnoskórym przybyszom w hełmach. Wśród żołnierzy znajdował się mężczyzna o imieniu Mosze, który wierzył, że wykonuje misję powierzoną mu przez Boga. Obserwował, jak Dalia porusza się z Isma’ilem przy piersi i Jusufem przy nodze, podając im jedzenie. Wciąż powracał do niej wzrokiem, a jego myśli odfiltrowywały wszystkie dźwięki poza brzękiem ostatniej bransolety, jaka jej pozostała.
Po uczcie żołnierze odmaszerowali w takiej samej mrożącej krew w żyłach ciszy, w jakiej jedli, zostawiając za sobą szlak pogardy. Wziąwszy to za zły omen, mieszkańcy Ajn Haudu do końca dnia modlili się, indywidualnie i wspólnie, oddając swoje nadzieje w ręce Boga, aż w końcu wszyscy poszli do łóżek, choć długo nie mogli zasnąć. Kolejnego ranka, a był to 24 lipca, Izrael przypuścił masowy atak artyleryjski na wioskę, a jednocześnie zbombardował ją z powietrza. Dziennikarze Associated Press donosili, że izraelskie lotnictwo oraz piechota naruszyły rozejm niesprowokowanym szturmem. Gdy Dalia biegła od schronu do schronu ze sparaliżowanym ze strachu Jusufem i rozwrzeszczanym maleńkim Isma’ilem, bomby spadały jedna za drugą.
Wioskę zrównano z ziemią, a Dalia tego dnia straciła wszystkich krewnych poza dwiema siostrami. Ojciec, który przypalił jej na placu dłoń, leżał teraz na tym samym placu zwęglony. W ciągu ledwie paru godzin świat stanął na głowie, a Isma’il darł się, póki starczyło mu sił. Matka tuliła malucha do piersi, bojąc się go odłożyć, mimo że sporo ważył. Inni, którzy jak ona przetrwali atak, błąkali się oniemiali. Panowała gorzka cisza, wyzuta z wściekłości, miłości czy rozpaczy, nawet ze strachu. Dalia przyglądała się ziemi, spalonej i pozbawionej życia. Jej uwagę przykuło swędzenie tuż za lewym kolanem, ale nie potrafiła się ruszyć, by tam sięgnąć.
Gdy rozpoczęło się bombardowanie, Hasan był w stajni, skąd ile sił w nogach pobiegł zebrać rodzinę. Odnalazł Dalię stojącą nieruchomo w ciszy, jaka zapanowała po zajściach. Była cała sztywna, nawet nie mrugała i zbyt mocno tuliła Isma’ila, co go przeraziło.
– Dalio! – wołał, biegnąc do niej. Ani drgnęła.
Tuż-tuż przed nią serce Hasana odmówiło dalszego wysiłku. Padł na kolana w miejscu, gdzie drobne nóżki Jusufa trzęsły się jak galareta, a jego małe rączki wpijały się w maminą szatę.
– Baba! – Na widok ojca Jusuf krzyknął z wyraźną ulgą. Dźwięk jego głosu, przerywający panującą ciszę, sprawił, że Dalia wreszcie mrugnęła.
– Chodź, habibi – powiedział Hasan i podniósł syna, coraz bardziej przerażony, gdyż Dalia nadal się nie poruszyła. Jusuf przeniósł kurczowy uścisk na szyję ojca, a Hasan zauważył, że mały ze strachu narobił w majtki.
– Darwisz! Ja ba! – Hasan wołał brata oraz Jahję na pomoc, lecz najszybciej przybył Hadżdż Salim. – Hasbija Allah wa-nima al-Wakil, niech Bóg przeklnie ich wszystkich. Niech pośle wszystkich Żydów, co do jednego, prosto do piekła. – Ledwie wyszeptał, widząc, w jakim stanie znajduje się Dalia.
– Połamie sobie zęby, jeśli będzie je tak zaciskać. Hasanie, daj mi chłopca i zanieś żonę do domu.
Ale Jusuf nie chciał go puścić. Nie chciał nawet otworzyć oczu. Jego ręce, nogi, strach i brudne spodenki wpiły się w Hasana – jedyne schronienie. I wtedy nadszedł Darwisz, a Hasan zawołał do niego:
– Bracie, zanieś Dalię do domu. Wschodnie skrzydło pozostało nietknięte.
Darwisz uniósł Dalię, wciąż tulącą Isma’ila do piersi. Mrugała, wpatrzona w nieskazitelny błękit nieba – ale piękne i czyste – aż Darwisz wniósł ją do środka, gdzie widziała już tylko tynkowany sufit domu. Isma’il jest w moich ramionach bezpieczny. Jusuf też jest bezpieczny w ramionach ojca. To był tylko zły sen, prawda?
***
Nie minął nawet dzień, a izraelscy żołnierze znów pojawili się w wiosce. Ci sami przybysze, których mieszkańcy Ajn Haudu podjęli ucztą, maszerowali teraz ulicą, mierząc z broni do ludzi, którzy dopiero co ich karmili. Hasanowi, Darwiszowi i pozostałym mężczyznom kazali wykopać zbiorowy grób na trzydzieści świeżych ciał. Rozpoznali wszystkie ofiary poza dwiema. Sposępniały Hasan spisywał imiona zmarłych przyjaciół i sąsiadów na rękawie swojej diszdaszy, drążąc ziemię w takim szoku, że nawet rozpacz się go nie imała. Al-Fatiha. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz…
Zaniemówił. Czy to sen?
Wszyscy byli przybici, dzieci płakały, lecz wieśniacy się podporządkowali.
– Zbierzcie cenne rzeczy. Zgromadźcie się wszyscy przy wschodniej studni. Szybciej! No już, to tylko przejściowa sytuacja. Idźcie do studni – rozkazywał im głos ze szczekaczki, jak jakiś ukryty bóg rządzący ich przeznaczeniem.
Niebo wciąż było bezkresne, słońce grzało bez litości. Dalia schowała złoto na piersiach, w kieszonce szaty, i tak jak jej kazano, zbierała pozostałe wartościowe przedmioty, przytrzymując Isma’ila na lewym biodrze, a paluszki Jusufa w swojej prawej dłoni.
– Mamo, chcę, żeby mnie niósł baba – marudził Jusuf.
– Idź do niego, habibi. Niech Bóg ma nas wszystkich w opiece. – Dalia puściła jego drobną rączkę i chłopiec wskoczył ojcu na ręce. Niech Bóg będzie z nami wszystkimi.
Wokół studni roiło się od pomarszczonych, wykrzywionych niepokojem twarzy. Gdyby nie malujący się na nich strach, Jahja pomyślałby, że ludzie szykują się do pracy na roli. To pora zbiorów, uświadomił sobie nagle.
– I co teraz? – zastanawiał się głośno Hadżdż Salim.
Na końcu dołączył Darwisz z ciężarną żoną. Wlekli się noga za nogą, prowadząc Fattumę, klacz o pękniętym sercu. Ghannusz, ulubieniec Darwisza i odwieczny towarzysz Fattumy – rumak, przez którego dawno temu Dalia złamała nogę w kostce – zginął w starciu i Fattumę trzeba było długo nakłaniać, by pozwoliła się odciągnąć od masywnych zwłok przyjaciela.
Co teraz?
Przy studni żołnierze wymachiwali pałkami, gnając przerażony tłum w dół stoku. Jakiś wózek, obciążony dobytkiem kilku rodzin, chybotał się, wzbijając tumany kurzu. Starsza kobieta upadła, ktoś pomógł jej wstać.
– Dalej, dalej! – poganiał ich bóg szczekaczki.
Uwolnione z ludzkich serc przerażenie krążyło nad nimi jak ptaki.
I szepty. Szepty.
Dalia trzymała Isma’ila przy piersi, a Hasan niósł Jusufa na jednym ramieniu, w drugiej ręce dźwigając worek spakowanych w pośpiechu rzeczy. Jahja taszczył na plecach koszyk z jedzeniem. I tak pozbawieni nawet wody wieśniacy szli przez wzgórza, a z nieba lał się na nich żar.
– Stop – rozkazał bóg szczekaczki. – Zostawcie bagaże tutaj. Jutro wrócicie i je zabierzecie. Macie zostawić wszystko, także biżuterię i pieniądze. Albo będę strzelać. Rozumiecie?
Dalej. Stop. Rozumiecie? Wrócicie. Jutro. Bezpiecznie. Jahja przywierał do wybranych słów. Jusuf przywierał do ojca. Dalia do Isma’ila, którego wciąż czerwona blizna zaczynała się goić. Może była dla nich nadzieja. Porzucili wszystko, co mieli: złotą biżuterię, której ciężar przygniatał Dalię w dniu jej ślubu, jedzenie, ubrania i koce. Sekator Basimy. „Po co w ogóle go zabierałam?”, zastanawiała się Dalia.
Darwisz odwiązał przytroczone do grzbietu Fattumy worki i wraz z zawartością złożył je obok złota i pozostałych kosztowności.
– Koń! Zostaw konia – rozkazał żołnierz. Nie bóg szczekaczki, lecz jego pilny uczeń.
– Proszę, nie! – Darwisz wyzbył się dumy.
O Fattumę warto było błagać, ale jego uległość tylko rozochociła żołnierza.
– Stul pysk!
– Proszę.
– Zamknij się!
– Proszę.
Żołnierz wystrzelił dwukrotnie. Pierwszy pocisk trafił Fattumę między oczy, prosto w białą strzałkę na jej czole. Padła martwa na miejscu. Drugi przeszył pierś Darwisza. Jego ciężarna żona, niegdyś zaręczona z Hasanem siostrzenica Basimy, zaczęła krzyczeć. Lamentowała nad krwawiącym mężem, gdy ludzie zabrali go i przenieśli nieco dalej, gdzie ktoś użyczył słoika miodu, który mógł zapobiec infekcji, a ktoś inny zabandażował ranę pasmami materiału z własnych ubrań. Kula utkwiła w kręgosłupie, skazując Darwisza na bezruch, na życie z obrzydliwymi odleżynami i na ciągłe wyrzuty sumienia, że jest ciężarem dla żony, którą czekał fatalny los. Pozostała przywiązana do męża, który miał czucie tylko od torsu w górę. Lecz nawet od torsu w górę żył już jedynie wspomnieniami koni i wiatru.
Strzały wznieciły panikę. Zamiast ptaków przerażenia na niebie pojawiły się chmury i Jahja pomyślał, że jest nadzieja na deszcz. Pora deszczowa jeszcze nie nadeszła, jego drzewa potrzebowały wody. W Ajn Haudzie deszcz bywał wszystkim, kiedy indziej zaś po prostu miał swoją wartość. Gdy o tym rozmyślał, dostrzegł nagle Darwisza i wszystko inne przestało mieć znaczenie. Do diabła z deszczem! Jahja zrzucił kosz z pleców i zaniósł się płaczem nad swoim silnym chłopcem, niezrównanym jeźdźcem, ukochanym synem.
Dalia wciąż nie wróciła do pełni przytomności. Zlękniony tłum oddzielił ją od Hasana, lecz nadal widziała czubek jego kufijji. Był wyższy od większości mężczyzn; zawsze jej się to w nim podobało. Boże, co się dzieje? Chmury, jak nagle przyszły, tak niespodziewanie znikły. Słońce znów żądliło jak skorpion. Kurz niósł się wysoko, przy ziemi kłuły kaktusy, a Dalia marzyła o wodzie.
W jednej chwili.
Wystarczyła chwila. Sześciomiesięczny Isma’il dopiero co był przy jej piersi, w jej matczynych ramionach, i nagle już go nie było.
Jedna chwila potrafi zniszczyć mózg, zmienić bieg życia i historii. Nieskończenie mały ułamek sekundy, do którego Dalia będzie wielokrotnie powracać w swojej głowie, wciąż od nowa, latami szukając jakiejkolwiek wskazówki, śladu tego, co mogło stać się z jej synem. Nawet gdy do reszty zagubiła się w niezrozumiałej rzeczywistości, nadal lustrowała w myślach uciekający tłum, wypatrując Isma’ila.
– Ibni!Ibni! Mój syn! mój syn! – krzyczała, wypatrując za nim oczy. Kurz osiadał na jej twarzy, kolce kaktusa raniły stopy. – Ibni!Ibni!
