Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Piętnastoletni Spencer Harris był wspaniałym piłkarzem i kochającym starszym bratem, a do tego nerdem i transpłciowym gejem. Kiedy po roku izolacji i prześladowań rozpoczął naukę w Oakley, najbardziej liberalnej szkole w Ohio, postanowił nie zwracać na siebie uwagi i zachować w sekrecie swoją tranzycję. Byłoby prościej, gdyby nie jego zamiłowanie do piłki nożnej i chęć gry w męskiej drużynie. Rodzice nie chcieli się zgodzić na treningi, jednak trener dostrzegł w nim talent. Spencer zdecydował się podjąć ryzyko. Bardzo chciał pokazać, na co go stać. No i spodobał mu się wicekapitan drużyny, Justice Cortes, pochodzący z ultrareligijnej, ale nie tolerancyjnej rodziny.
Wkrótce chłopak przekonał się, że łatwo nie będzie. Bo chociaż potrafił grać, trener pod byle pretekstem sadzał go na ławce rezerwowych. Dodatkowo utrzymanie tajemnicy przed rodzicami stawało się coraz bardziej kłopotliwe. Spencer szybko zdał sobie sprawę, że jeśli chce być szczęśliwy, musi zdobyć się na dużo więcej odwagi.
Czy podejmie trudną walkę o swoje prawa?
Jeszcze nigdy tak bardzo nie kibicowałam młodemu sportowcowi!
Becky Albertalli, autorka bestsellerów New York Timesa
Łatwiej byłoby pozostać na ławce rezerwowych, prawda?
Książka dla czytelników powyżej dwunastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Isaac Fitzsimons
Podaj dalej
Tłumaczenie: Marcin Machnik
Tytuł oryginału: The Passing Playbook
Tłumaczenie: Marcin Machnik
ISBN: 978-83-832-2322-3
THE PASSING PLAYBOOK, Copyright © 2021 by Isaac Fitzsimons. All rights Reserved. Dial & colophon are registered trademarks of Penguin Random House LLC.
Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.
All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
https://beya.pl/user/opinie/poddal_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
HELION S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: https://beya.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
DLA MOJEJ MAMY.
CÓŻ TO BYŁA ZA PRZYGODA.
ORAZ
DLA TRANS, NIEBINARNYCH, KREATYWNYCH PŁCIOWO
I ZAPALCZYWYCH MŁODYCH.
JESTEŚCIE WIDZIANI. JESTEŚCIE WARTOŚCIOWI.
JESTEŚCIE BARDZO, BARDZO KOCHANI.
Poranek Spencera zupełnie się popsuł, gdy jakiś dureń na motorze crossowym zajechał mamie drogę.
Mama wcisnęła gwałtownie hamulec i zasłoniła Spencera ręką, mimo że miał zapięty pas. Ale nawet gdyby nie miał, nie powstrzymałaby go przed wylotem przez przednią szybę i roztrzaskaniem się na krwawą miazgę.
Przynajmniej skończyła już swoją kawę. Ostatnie, czego potrzebował, to śmierdzieć przez cały dzień jak wnętrze Starbucksa.
— Wszyscy są cali? — Mama odwróciła się do Theo na tylnym siedzeniu, ale on nawet nie oderwał wzroku od programu przyrodniczego na tablecie. Spencer był pod wrażeniem pozornej niewzruszoności młodszego brata.
— Może zostawmy sobie miażdżenie motocyklistów na jutro — zaproponował. Nie chciał być znany jako uczeń, którego mama rozjechała kogoś na wjeździe do szkoły. W sumie to nie chciał być znany jako ktokolwiek. Jeśli o niego chodziło, im mniej się wyróżniał, tym lepiej.
Mama zignorowała go, ruszyła ostrożniej wzdłuż obsadzonego drzewami podjazdu i zaparkowała przy krawężniku.
— Obiecaj, że się dziś postarasz. Pogadasz z kimś. Uśmiechniesz się czasem. — Pociągnęła za jedną z jego słuchawek, wyjmując mu ją z ucha. Stłumione da-da-da-dun-da-da-da-dun słuchanej przez niego piosenki wylało się do wnętrza auta. — Nie zabiłoby cię, gdybyś był troszkę bardziej towarzyski.
— Mogłoby.
Twarz mamy się spięła.
— To nie jest śmieszne, Spencer. Nie po poprzednim roku.
— Za szybko? — spytał. Obrócenie tego w żart pozwoliłoby mu udawać, że już nie budzi się w środku nocy z łomoczącym sercem i zlany potem, przypominając sobie Incydent. Nazwał to „Incydentem”, żeby nie musieć przypominać sobie wszystkich drastycznych szczegółów: e-maili z pogróżkami, podrzuconego do szafki jego zdjęcia z celownikiem na twarzy, telefonu do szkoły, który doprowadził do lockdownu, tłoczenia się w kącie ciemnej klasy, gdzie zimne płytki wysysały ciepło z jego ciała, i świadomości, że gdyby komuś stała się krzywda, byłoby to wyłącznie jego winą.
— Mówię serio, Spencer. Nie mamy innych opcji, jeśli ta nie wypali.
— Wiem. Sorry. — Poczuł drapiące gorąco na karku, jak za każdym razem, gdy budziło go nad ranem skrzypnięcie schodów pod stopami ojca, skradającego się do łóżka po spędzeniu nocy na przygotowywaniu się do dodatkowych lekcji, których udzielał w wakacje po to, żeby uzbierać na czesne Spencera.
Nie trzeba było matematycznego geniusza, żeby wiedzieć, że nawet z tą dodatkową pracą wypłata ojca ledwie wystarczała na prywatną szkołę dla jednego dziecka, nie mówiąc o dwóch. Dlatego po dwóch latach w programie Montessori młodszy brat Spencera, autystyczny Theo, musiał zacząć edukację w szkole publicznej.
Theo całe lato przeleżał w salonie, oglądając w telewizji wszystko, co miało w tytule słowo planeta. Spencer nie był pewien, na ile encyklopedyczna wiedza o odruchu płciowym płazów (zwanym ampleksusem, zgodnie ze słowami Theo) pomoże bratu w kontakcie z innymi ośmiolatkami.
— Hej, co to za mina? — spytała mama. — To będzie wspaniały rok. Dla was obu — dodała i poklepała Theo po kolanie.
Spencer wziął plecak z podłogi i przycisnął go do piersi. Sięgnął do klamki, ale mama zatrzymała go pytaniem.
— Na pewno chcesz to tu mieć? — Wskazała na przypinkę na przedniej kieszeni plecaka, z napisem I’m here, I’m queer, get over it1.
Spencer musnął przypinkę palcami. Taką samą rozmowę odbył wczoraj wieczorem przez telefon z Aidenem.
— Postrzegaj to jako test — przekonywał go Aiden. — Jeśli ktoś będzie miał z tym problem, wiesz, żeby trzymać się z dala. Poza tym jak inaczej znajdziesz inne osoby, które także są queerowe?
— Ja tylko mówię — ciągnęła mama — że to trochę... zbyt prowokacyjne jak na pierwszy dzień. Może poczekaj i zobacz najpierw, jak wyjdzie zebranie QSA2? To dzisiaj, prawda?
Spencer przygryzł dolną wargę. Wczoraj wieczorem zgodził się z Aidenem, ale teraz, gdy patrzył na skrzące się w słońcu tęczowe litery, pomyślał, że wchodząc do budynku, czułby się jak z tarczą strzelniczą na plecach. Owszem, Oakley szczyciło się mianem najbardziej liberalnej szkoły w hrabstwie — w końcu dlatego ją wybrali — nadal jednak mieściło się w małomiasteczkowej części stanu Ohio. Tylko tego ranka minęli po drodze pół tuzina kościołów, a na jednym wisiał transparent: Nie miej tak otwartego umysłu, żeby wypadł ci mózg.
Rozpiął agrafkę i schował przypinkę do plecaka. Miał nadzieję, że Aiden nie spyta o nią, gdy będą rozmawiać po szkole.
— Okej, wiesz, gdzie masz iść? — spytała mama.
— Chyba tak — wymruczał.
— Jeśli nie wiesz, musisz kogoś spytać.
— Wiem. — Próbował ukryć rozdrażnienie. Gdy mama się denerwowała, zaczynała traktować go jak dziecko. Ale to był wielki dzień dla nich wszystkich.
— Chwila — powiedziała. Opuściła szybę po stronie Spencera, nachyliła się przez niego i zawołała: — Hej, ty na motorze!
Spencer osunął się niżej, gdy kilku uczniów, w tym ten na motocyklu crossowym, odwróciło się w ich stronę.
— Mamo, co ty wyprawiasz?
Chłopak na motorze podjechał tyłem do samochodu i zatrzymał się przy oknie Spencera.
— Przepraszam, że zajechałem pani drogę. Bałem się, że się spóźnię. — Jego niski, chropowaty głos był nieco stłumiony przez retro kask motocrossowy.
— W porządku — odpowiedziała mama, najwyraźniej pod wrażeniem jego urokliwego appalaskiego akcentu. Ona miała nawet wyraźniejszy akcent za sprawą dzieciństwa w Wirginii Zachodniej. — To mój syn, Spencer. Jest dziś tutaj pierwszy raz.
— Miło cię poznać. — Chłopak wyciągnął dłoń w rękawicy w stronę okna. Znoszona skóra rękawicy była miękka w dotyku jak ucho owcy.
— Miałbyś coś przeciwko, żeby pokazać mu, gdzie jest jego klasa? — spytała mama.
Szyba kasku ukrywała wyraz twarzy chłopaka, ale Spencer potrafił sobie wyobrazić jego rozbawienie prośbą o wcielenie się w opiekunkę do dziecka.
— Nie trzeba... — zaczął i zapragnął wrócić do domu i spróbować jeszcze raz jutro, ale chłopak zdjął kask i Spencera zatkało.
Owszem, był uroczy, zdrowo opalony, w granatowej koszulce polo i dżinsach. Ale Spencer miał wrażenie, że właśnie zdematerializował się i zmaterializował w transporterze, a to dlatego, że chłopak wyglądał jak klon Wesleya Crushera z serialu Star Trek: następne pokolenie.
Spencer oglądał ten serial wieczorami z ojcem, który pewnie by go wyklął — nie jako syna, ale jako startrekowca — gdyby wiedział, że Spencer znosi żałosne efekty specjalne wyłącznie z powodu nastoletniego zadurzenia w grającym chorążego cudownym Wesleyu Crusherze.
Mama delikatnie go szturchnęła.
— Muszę zawieźć Theo na autobus. Trzymaj się, kochanie.
Spencer wygramolił się z auta, starając się nie potknąć o własne stopy, i trzasnął za sobą drzwiami. Czy ona naprawdę nazwała go „kochaniem”? Na oczach tego chłopaka? Nie mogła powiedzieć „chłopie”? Albo „ziomku”? Rodzice „motochłopaka” na pewno nie nazywają go kochaniem, zwłaszcza w szkole.
Pomachał im i patrzył, jak auto znika za rogiem, próbując zignorować uczucie pustki w piersi.
— W której jesteś klasie? — spytał chłopak, który zaparkował motor i czekał na Spencera na chodniku.
Spencer poczuł, że ma w głowie kompletny mętlik i nie potrafi przekształcić go w słowa.
— W pierwszej? — dopytał motochłopak.
— Nie — zaprzeczył Spencer, nieco zbyt zapalczywie. Wyprostował się, mimo że nie należał do najwyższych osób i mierzył nieco ponad metr pięćdziesiąt. Nie miał na tym punkcie kompleksów, ale to byłby ciężki rok, gdyby jacykolwiek ludzie, zwłaszcza uroczy chłopcy, widzieli w nim pierwszaka, który zgubił się w drodze na lekcje. — W drugiej.
— Fajnie, ja też.
Poszedł za motochłopakiem do bramy wejściowej. Chłopak po drodze pomachał do kilku uczniów, a z paroma przybił piątkę, ale nie przedstawił nikomu Spencera. No ale w sumie co miałby powiedzieć? To jest dzieciak, którego mama prawie mnie rozjechała, a potem kazała mi go odprowadzić do klasy? Nie do końca było to wymarzone pierwsze wrażenie, jakie chciał zrobić Spencer.
— Niech zgadnę, wywalili cię z poprzedniej szkoły, bo za dużo gadałeś. — Motochłopak błysnął do Spencera szerokim uśmiechem. Dwa przednie zęby nieznacznie nachodziły na siebie, co wydało się Spencerowi dziwnie urokliwe w świetle tego, że większości jego znajomych rodzice fundowali aparat ortodontyczny od razu po skończeniu dziesiątego roku życia.
Szukał w myślach jakiejś dowcipnej odpowiedzi, żeby pokazać motochłopakowi, że nie jest całkowitym dziwakiem. Jak na złość znowu stracił język.
Uśmiech na twarzy motochłopaka zwiądł.
— Chwila, naprawdę cię wyrzucili? Sorry, ja...
— Nie wyrzucili mnie.
— Ja tylko żartowałem.
— Wiem — potwierdził Spencer, coraz bardziej frustrując się tym, że nawet najprostsza konwersacja wzbudzała w nim nerwowość.
Nie chcąc przedłużać agonii, przy wejściu podjął radykalną decyzję. Wiedział, gdzie ma iść. Mniej więcej. Oprowadzono go po szkole w lecie, gdy się zapisywał.
— Jaką masz pierwszą lekcję? — spytał motochłopak.
Spencer otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale został potrącony od tyłu przez przechodzącego ucznia i poleciał na motochłopaka, który przytrzymał go dłonią.
Spencer strącił z siebie jego dłoń, jakby go paliła.
— Spoko, wiem, gdzie mam iść. Ale dzięki za pomoc.
Motochłopak przyjrzał się uważnie jego twarzy, jakby nie był przekonany, czy może mu wierzyć.
— Na pewno?
Spencer przytaknął, przestępując z nogi na nogę.
— Okej. W takim razie do zobaczenia — stwierdził motochłopak, modulując zdanie nieznacznie w górę, jakby zadawał pytanie. Poprawił plecak i ruszył w stronę tłumu uczniów spieszących na lekcje.
Spencer patrzał za nim, ale nie z ulgą, lecz raczej z czymś w rodzaju poczucia winy. Może powinien być milszy dla kogoś, kto zaoferował mu pomoc, mimo że wcześniej niemal zginął pod kołami auta mamy. Do licha, Spencer nawet nie znał jego imienia.
Zanim zdążył się nad tym zastanowić, zawołał:
— Czekaj, jak się nazywasz?
Motochłopak odwrócił się i błysnął uśmiechem.
— Justice. Justice Cortes.
Justice Cortes. Spencer powtórzył to sobie bezgłośnie, zanim wpadła na niego kolejna fala uczniów. Potrząsnął głową. Ostatnim, czego teraz potrzebował, było rozmyślanie o Justisie Cortesie i w ogóle o jakichkolwiek chłopakach.
Zamiast tego musiał zachować dystans. Jeśli nie zbliży się za bardzo do ludzi, nie poznają jego tajemnicy. Jeśli jej nie poznają, nie będą mogli jej wykorzystać przeciwko niemu. Nikt w Oakley nie wiedział, że Spencer jest transpłciowy.
Musiał jedynie się nie wychylać i pilnie uczyć, żeby uciec z liczącego 1172 mieszkańców Apple Creek, gdzie jedyne korki uliczne były powodowane przez traktory i zaprzęgi amiszów.
Najpierw jednak będzie trzeba przetrwać WF.
...
Kilka razy zabłądził i znalazł szatnię dopiero wtedy, gdy rozbrzmiał dzwonek ostrzegawczy, sygnalizujący, że jest już po ósmej.
Otworzył drzwi i w nozdrza uderzył go przyprawiający o mdłości smród dezodorantów pomieszany z odorem kwiatowego odświeżacza powietrza. Zakręciło mu się w głowie od tej mieszanki.
Zawahał się na chwilę w progu, stojąc przed kilkoma obcymi chłopakami w różnych stadiach negliżu, którzy patrzyli na niego z rozstawionych w pomieszczeniu drewnianych ław. Może powinien był się przebrać w ubikacji szkolnej pielęgniarki, co sugerowała mu jego doradczyni, pani Greene. Osobna kabina, zamykane drzwi i żadnych osób, które złamałyby go jak gałązkę, gdyby tylko pojawiła się ku temu sposobność. Uczniowie mogliby jednak zacząć dociekać, dlaczego nie przebiera się z wszystkimi. Pierwsza reguła przetrwania: nie wyróżniaj się.
Znalazł wolny kąt i rozwiązał buty, unikając kontaktu wzrokowego. Ściągnął je i poczuł przenikający przez skarpetki chłód betonowej podłogi. Po minucie jedynymi odgłosami w szatni było łomotanie jego serca i kapanie wody z przeciekającego kranu.
Wtedy szybko zsunął dżinsy i założył szorty, które miał w plecaku. Potem szarpnął w górę podkoszulek, ciesząc się nie po raz pierwszy, że nie potrzebował górnej operacji i nie musiał nosić bindera3. Przyjmowanie blokerów hormonów od trzynastego roku życia zapobiegło dalszemu dojrzewaniu ciała, a niemal rok na testosteronie sprawił, że wszelki tłuszcz został zastąpiony przez gładkie mięśnie.
Równo z dźwiękiem ostatniego dzwonka wskoczył w trampki, wrzucił ubrania i plecak do szafki i wybiegł.
Z olbrzymimi dębami i porośniętymi bluszczem ścianami szkoła Oakley wyglądała z zewnątrz imponująco. Ale w środku cytrynowy zapach środka dezynfekcyjnego i piszczenie butów na linoleum w trakcie biegu korytarzem łączącym szatnię z salą gimnastyczną kojarzyły się Spencerowi raczej ze szkołą społeczną, do jakiej chodził Miles Morales, niż z Instytutem Xaviera. Korytarz, jeszcze pięć minut temu pełen hałaśliwych i przepychających się uczniów, był teraz pusty. Spencer wślizgnął się na salę, gdzie około tuzina chłopaków rzucało się piankowymi piłkami. Jedna z nich poszybowała prosto w jego twarz, zmuszając go do uchylenia się. Gdzie był nauczyciel?
— Spóźniłeś się.
Spencer podskoczył, odwrócił się i zobaczył za sobą mężczyznę w baseballówce, w obwisłym dresie i niedorzecznie wyglądającym kardiganie z kapturem — kapturganie? — a do tego ze zwisającą z ust wykałaczką.
— Pan to trener Schilling? — spytał, nieco zdyszany. — Przepraszam, ja...
— Nazwisko? — przerwał mu trener Schilling.
— Spencer Harris.
— Harris, tak? — Zaczął skanować podkładkę do pisania, przekładając wykałaczkę z jednej strony ust na drugą.
Spencer poczuł pod pachami wilgotny i lepki pot. Dyrektorka, pani Dumas, zapewniła go, że w dokumentach szkoły będzie widniało właściwe nazwisko i płeć, ale to nie powstrzymało narastającej paniki w jego piersi. Gdyby ktoś się pomylił, Spencer zostałby wyautowany już na pierwszej lekcji i cały ten wysiłek — nadprogramowa praca taty, zmiana szkoły Theo — poszedłby na marne.
— Jesteś nowy — oznajmił trener. Nie było to pytanie. W tak niewielkiej szkole bez wątpienia łatwo było zauważyć nowych uczniów. — Postaraj się być jutro na czas. — Wyjął magazyn z tyłu spodni i zaczął go kartkować.
— Mógłby mi pan powiedzieć, co się dzieje? — Spencer uchylił się przed kolejną nadlatującą piłką.
Trener Schilling, zajęty odkrywaniem sekretu uzyskania twardego jak skała sześciopaku w trzydzieści dni, rzucił, nie odrywając wzroku od magazynu:
— Zbijak.
— Okej — odparł Spencer. — Ale co ja mam robić?
Trener uniósł krzaczastą brew i trzy razy zadął krótko w gwizdek. Sala zamarła i ucichła. Spencer poczuł, że pali go twarz, gdy wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę. Trener podniósł jedną z piłek i włożył ją Spencerowi w dłonie.
— Weź ją i rzuć tam. — Wskazał na przeciwną połowę boiska. — Nie wolno w głowę, nie wolno w krocze. Jasne?
Spencer przytaknął.
— Świetnie. Miłej zabawy. — Trener dmuchnął ponownie, by wznowić grę, po czym poszedł usiąść na trybuny z magazynem.
Spencer z drżącymi kolanami dołączył do swojej drużyny. Pomyślał, że jeśli wyjdzie z tego kompletna katastrofa, zmyje się jutro po sprawdzeniu obecności i trener pewnie nawet nie zauważy.
Po kilku minutach gry wszelkie obawy związane z pierwszym dniem szkoły spłynęły z niego wraz z potem. Może i był niski, ale był też bardzo zwinny. Uchylał się, nurkował, zaliczył nawet kilka trafień, aż w końcu został w drużynie sam, a przeciwnicy mieli przewagę liczebną: dwóch na jednego.
Pierwszy z oponentów, wysoki chłopak z brązową czupryną, rzucił w niego. Spencer wykonał niezgrabny piruet i uniknął uderzenia. Uśmiechnął się do kolegów dopingujących go zza linii bocznych.
Drugi przeciwnik także rzucił, ale tę piłkę Spencer złapał. Jego drużyna zaczęła wiwatować, a wyeliminowany chłopak zszedł na bok. Teraz został tylko Spencer i koleś z czupryną.
Czupryniasty rzucił piłką. Spencer odbił ją piłką trzymaną w dłoniach i rzucił drugą piłkę, zmuszając przeciwnika do obrony przed dwoma rzutami na raz.
Ku jego zaskoczeniu czupryniasty wyciągnął dłonie wielkości twarzy Spencera i złapał obie piłki. Spencer został wyeliminowany.
Trener Schilling gwizdnął.
— Okej, koniec gry.
Spencer odchylił głowę. Nie, żeby całkiem nie umiał przegrywać, ale do tego stopnia tego nie lubił, że pilnował, by nie przytrafiało mu się to zbyt często. Gdy jednak przegrał, było to jak kopniak w goleń: okrutnie bolesne, ale zasadniczo niegroźne.
Zmusił się do uśmiechu, gdy przeciwnik zbliżył się do niego z wyciągniętą dłonią.
— Niezłe ruchy, kociaku — powiedział i puścił Spencerowi oczko.
Spencera rozbolały policzki od starań, by nie przestać się uśmiechać. Chwycił dłoń chłopaka i niemrawo ją uścisnął. Nie potrafił orzec, czy czupryniasty się z niego nabija, czy nie.
Gdy chłopak odwrócił się i ruszył z powrotem do swoich kumpli, Spencerowi przyspieszył puls. Wyobraził sobie, że czupryniasty opowie im o tym, jak przed chwilą go nazwał, i przezwisko rozniesie się po całej szkole. Spojrzał na piłkę pod swoimi stopami i zanim zdążył powstrzymać odruchową reakcję, odwiódł nogę do tyłu i kopnął. Piłka poleciała idealnym łukiem i trafiła czupryniastego prosto w tył głowy.
Trafiony odwrócił się natychmiast, oczy mu błyszczały, a policzki płonęły. Mózg Spencera w końcu nadążył za ciałem. O, cholera.
— Kto to zrobił? — krzyknął czupryniasty.
Wszystkie oczy skierowały się na Spencera. Nawet dziewczyny, które grały w badmintona po drugiej stronie sali z innym nauczycielem, przerwały grę.
Agresywnym krokiem chłopak podbił do Spencera.
Spencer się wzdrygnął.
— To ty we mnie rzuciłeś?
Spencer nie mógł skłamać, nie w sali pełnej naocznych świadków.
— Nie, kopnąłem.
— Prawą nogą czy lewą? — dopytał chłopak.
— Ee... co? — spytał Spencer, zastanawiając się, jaki to ma w ogóle związek z czymkolwiek.
Chłopak zrobił jeszcze jeden krok w stronę Spencera, który zorientował się, że został przyparty do ściany.
— Ten strzał. Zrobiłeś to prawą czy lewą nogą?
— Lewą. Lewą nogą.
Ku zaskoczeniu Spencera chłopak się uśmiechnął i odwrócił do trenera Schillinga.
— Widział pan to, trenerze?
Trener przyglądał się Spencerowi z zaciekawieniem na twarzy.
— W istocie, synu, widziałem. — Zamilkł, jakby coś rozważał. — Macintosh, może pójdź do pielęgniarki po okład z lodu. Ty. — Wskazał gwizdkiem na Spencera. — Harris, tak?
— Tak, proszę pana — odpowiedział Spencer.
— Pójdziesz ze mną.
1I’m here… — jestem tu, jestem queer, pogódź się z tym — przyp. tłum.
2 QSA (Queer Students Alliance) — Stowarzyszenie Queerowych Osób Uczniowskich — przyp. tłum.
3Binder — obcisła bielizna służąca do spłaszczania piersi — przyp. tłum.
Gdyby istniał jakiś rekord najszybszego wydalenia ze szkoły, Spencer właśnie by go pobił. Może będzie mógł uczyć się online albo mama znowu podejmie się nauczania domowego. Jeśli oczywiście nie zabije go, gdy dowie się, co zrobił.
Poszedł za trenerem Schillingiem do obskurnego pokoju wielkości schowka na szczotki. W kącie upchnięta była biała tablica z częściowo rozmazaną rozpiską rozgrywek.
Trener wcisnął się za maleńkie biurko i wskazał Spencerowi składane metalowe krzesło. Spencer usiadł i dotykał kolanami biurka — pustego, poza oprawioną fotografią szeroko uśmiechniętego chłopca z kijem baseballowym oraz tabliczką z napisem: Szczęście jest dla nieprzygotowanych. Nie za bardzo to Spencerowi pomogło, bo ani nie czuł, żeby miał szczęście, ani żeby był przygotowany.
Trener ułożył dłonie w wieżyczkę i spojrzał na Spencera.
— Mam do ciebie jedno pytanie — zaczął, a na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. — Gdzie, u licha, byłeś przez całe moje życie?
— Ja... ee... co? — Może szkoły prywatne miały inne podejście do dyscypliny.
— Powiem wprost: potrzebuję w mojej drużynie takiego zawodnika jak ty.
— W pana drużynie? — Założył, że „trener” to jakiegoś rodzaju honorowy tytuł przyznawany nauczycielom wychowania fizycznego po jakiejś określonej liczbie lat zmuszania dzieciaków do wspinania się po linach i biegania na czas.
— Piłka, gała, piłka nożna, piękna gra. Jakkolwiek ją nazywać. Musiałeś już wcześniej trenować. Obserwowałem cię w trakcie gry w zbijaka. Jesteś zwinny i masz wrodzony dar odnajdywania wolnej przestrzeni. A sądząc po tym, jak piłka trafiła w głowę Macintosha, wnioskuję, że twoje strzały są celne i silne.
— Tak, grałem kiedyś na środku. — Myśl o starej drużynie obudziła w nim ciepłe wspomnienia: gier karcianych podczas długich podróży autobusowych na rozgrywki i comiesięcznych kolacji z chili w domu trenerki.
— Tkwimy po szyję w kraju opętanym przez futbol amerykański, co oznacza, że nie mam nawet tylu zawodników, żeby utworzyć osobną drużynę juniorów, bo wszyscy wolą dostać wstrząsu mózgu w bójce o jardy. Potrzebuję kogoś takiego jak ty, jeśli chcemy mieć jakiekolwiek szanse na puchar ligi w tym roku.
Na ścianie za trenerem wisiały oprawione fotografie drużyny. Na Spencera patrzyły kolejne rzędy chłopaków, a upływ czasu znaczyły coraz krótsze włosy i coraz dłuższe szorty. Na najnowszym zdjęciu rozpoznał swojego oponenta w stroju bramkarza, co by wyjaśniało, dlaczego udało mu się zablokować rzuty Spencera. Nie była to jednak jedyna znajoma twarz.
— Ten chłopak, tutaj. Nadal jest w drużynie? — spytał, starając się z całych sił brzmieć swobodnie.
Trener podążył wzrokiem za jego palcem.
— A, Justice Cortes. Druga klasa. Sam go wyłuskałem. Też gra na środku.
Cóż, do licha, to było dokładnie to, czego Spencer nie potrzebował. W porannej rozmowie z Justice’em ledwie udało mu się sklecić dwa zdania, a byli wtedy w pełni ubrani. Prawdopodobnie wpadłby w stupor, gdyby musiał się przy nim przebrać.
Trener Schilling przyglądał mu się wyczekująco. Sęk w tym, że chociaż Spencer wiedział, że jest chłopcem, nie umiał określić, czy pasuje do tego zestawu zawodników o szerokich ramionach i wąskich biodrach. Żaden z nich nie musiał się martwić przebieraniem w szatni lub tym, gdzie ukryć tampony na wypadek okresu.
Poza tym dołączenie do drużyny i ponowne tak silne zbliżenie się do ludzi wiązało się z określonym ryzykiem. Co najgorsze, gdyby to nie wyszło, ucierpiałby nie tylko on. Musiał też myśleć o mamie, tacie i Theo.
Z drugiej strony przez te dwadzieścia minut zbijaka po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł, że jest częścią czegoś większego od siebie. Czuł, że inni ludzie go wspierają. Było to fajne.
— Sam nie wiem — odparł.
Trener podrapał się po swoim wielodniowym zaroście.
— Cóż, podpisałeś regulamin, zakładam więc, że znasz naszą politykę zerowej tolerancji dla przemocy. Może dyrektorka Dumas potraktuje cię łagodnie, skoro jesteś nowy, ale zero tolerancji generalnie oznacza, cóż, zero tolerancji.
Okej, to zmieniało postać rzeczy.
— A jeśli dołączę do drużyny?
— Napiszę w raporcie ze zdarzenia, że doszło do niego przypadkiem.
Nie spodziewał się, że będzie dziś szantażowany przez nauczyciela wychowania fizycznego, ale ta oferta na pewno była lepsza niż to, co zrobiliby mu rodzice.
— Mogę się nad tym zastanowić?
Trener wepchnął mu w ręce jakiś papier.
— Daj to rodzicom do podpisania. Trening kwalifikacyjny jest jutro po szkole.
W porze lunchu Spencer miał wrażenie, że wybuchnie mu głowa od tych wszystkich informacji do zapamiętania po porannych lekcjach: to, jak trafić do poszczególnych klas, nazwiska nauczycieli, numery stron z przydzielonym zadaniem domowym. A to był dopiero pierwszy dzień.
Prześlizgnął się przez kafeterię, z której dobiegał taki hałas, jakby opanowały ją dzikie zwierzęta, i poszedł do sali, w której odbywało się spotkanie stowarzyszenia osób queer (QSA). Upewnił się przed drzwiami, że widnieje na nich właściwy numer i że to ten sam, który parę dni temu podała mu w e-mailu pani Greene. Skoro schował przypinkę, to chyba była najlepsza metoda na poznanie innych queerowych uczniów.
Zebrał się na odwagę i otworzył drzwi.
W środku biurka były ustawione w półokrąg. Naliczył sześciu uczniów. Wyglądało na to, że przyszedł ostatni.
Chłopak w podkoszulku z głębokim dekoltem i dżinsach tak obcisłych, że wyglądały jak namalowane na jego skórze, podniósł głowę na odgłos otwieranych drzwi.
— Przyszedłeś na spotkanie QSA? Wchodź. Właśnie mieliśmy się przedstawiać i powiedzieć swoje zaimki.
Spencer usiadł w ławce najbliżej drzwi.
— Ja zacznę — ciągnął ten sam chłopak. — Nazywam się Grayson Condon i używam zaimków on i jego. To mój trzeci rok w Oakley i drugi w roli przewodniczącego QSA — powiedział i odwrócił się do zgarbionej na krześle osoby po lewej.
— Jestem Riley. — Spod kaptura tej osoby wystawały sięgające do podbródka blond włosy z purpurowymi pasemkami.
— A twoje zaimki? — spytał Grayson.
Riley spojrzał lub spojrzała w drzwi.
— Ja... nie wiem. Nadal próbuję to rozgryźć.
Grayson pochylił się w jej/jego stronę.
— Hej, tu jest bezpiecznie. Możesz używać takich zaimków, jakich chcesz — wyjaśnił i uśmiechnął się pokrzepiająco.
— Onu, chyba4. — Riley rozplotłu ramiona, prostując się nieco.
— Okej, w takim razie onu. Daj nam znać, jeśli cokolwiek się zmieni.
Spencer kiwnął pokrzepiająco głową w stronę Rileyu. Ujawnienie się nigdy nie było proste, nawet gdy dobrze poszło.
On po raz pierwszy ujawnił się na parkingu supermarketu w wieku trzynastu lat.
Miał za sobą niezręczne pogadanki rodziców i nauczyciela zdrowia o dojrzewaniu i na logikę wiedział, że pewnego dnia wyrosną mu piersi, poszerzą się biodra i będzie wyglądał jak kobiety z telewizji. W tyle głowy błąkała mu się jednak myśl: a co, gdyby tak się nie stało?
Co noc przed snem modlił się, żeby obudzić się jako chłopak.
Ta metoda nie zadziałała.
Pewnego dnia w ósmej klasie jedna z koleżanek z drużyny podeszła do niego po treningu. Mimo pasemka włosów przylepionego do błyszczących ust miała w sobie tak naturalną swobodę bycia, jakiej Spencer nigdy jeszcze nie czuł. Emanowała tym wszystkim, czym powinna emanować dziewczyna, a czego Spencer w ogóle w sobie nie odnajdywał.
— Słuchaj — powiedziała. — To niezręczne, ale może pomyśl o noszeniu sportowego stanika. Mogę ci pożyczyć jeden z moich, jeśli chcesz — dodała, starając się być pomocną. — Myślę, że ułatwiłoby ci to grę.
Spencer poczuł na głowie gorąco i mrowienie, które spełzło po plecach w dół. Uwaga dziewczyny nie była pod żadnym względem niemiła, ale myśl o tym, że ktoś mógł przyglądać się jego ciału, zwłaszcza tym rejonom, przyprawiała go o mdłości. Skoro ona zauważyła, że przydałby mu się stanik, inni także to widzieli.
Dlatego nie pojawił się na następnym treningu. Potem opuścił kilka kolejnych i przestał chodzić na zespołowe imprezy z nocowaniem. Zasadniczo przestał robić cokolwiek.
Pewnego dnia mama wyciągnęła go z domu na zakupy. Gdy ruszyli z parkingu pod sklepem, zadzwonił jej telefon. Wycofała z powrotem na miejsce postojowe, żeby sprawdzić, kto dzwoni.
— Mamo, możemy już jechać? Lody się roztopią. — Nie obchodziły go lody, ale chciał już być z powrotem w swoim pokoju, jedynym miejscu, w którym mógł być naprawdę sobą.
— Wiesz, że nie lubię rozmawiać podczas jazdy. To twoja trenerka. Załatwię to szybko — powiedziała i odebrała telefon.
Spencer wyjął swój telefon, żeby zatracić się w nieskończonym skrolowaniu mediów społecznościowych, ale z transu wytrącił go podniesiony głos mamy.
— Chwileczkę, że co? — Mama odwróciła się w jego stronę. — Będę musiała oddzwonić do pani później. — Rozłączyła się i zmarszczyła brwi. — Trenerka Ireland twierdzi, że nie chodzisz na treningi.
Spencer odwrócił wzrok.
— Możemy pogadać o tym kiedy indziej?
— Nie, rozmawiamy o tym teraz. Wiesz, ile płacimy za to, żebyś mogła grać w tym zespole? Chodzi mi o sprzęt i ubiór, paliwo na dowożenie cię na mecze i zawody, ten letni obóz, na którym byłaś. A tobie nie chce się pójść na trening? Co się z tobą dzieje?
W samochodzie zapadła cisza.
Mama odezwała się znowu.
— Nie chcesz już grać?
Czuł się tak, jakby w gardle ugrzęzła mu kostka lodu. Potrząsnął głową.
— To dlaczego nie powiedziałaś mi, że chcesz zrezygnować z piłki nożnej?
— Nie chcę zrezygnować z piłki nożnej — wychrypiał z trudem. — Ja tylko nie chcę grać w tej drużynie. Chcę grać z chłopakami.
Mama wciągnęła gwałtownie powietrze.
— Muszę przyznać, że jestem rozczarowana. Wiesz, że te dziewczyny trenują równie ciężko jak chłopcy. — Mama oczywiście musiała przekręcić jego coming out w pogadankę na temat feminizmu.
— Nie, nie chodzi o to. Ja tylko, ja... — Trudno mu było to wykrztusić. — Chyba nie pasuje mi, że mam być dziewczyną. — Wsunął dłonie pod uda, żeby powstrzymać drżenie.
Mama spojrzała przed siebie.
— Nie rozumiem.
Wziął głęboki oddech.
— Nie chcę mieć piersi.
— Kochanie, wiele dziewcząt tak ma. To naturalne, że nie czujesz się komfortowo ze zmianami w swoim ciele.
— Nie chodzi tylko o piersi. Czuję, że to coś niewłaściwego, gdy mam okres.
— Dostałaś już okresu? Kiedy?
— Kilka miesięcy temu. — Wepchnął ręcznik do majtek i łudził się, że jeśli to zignoruje, wszystko samo zniknie.
Mama przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Spencer miał wrażenie, jakby ktoś zacisnął mu sznur na klatce piersiowej.
— Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś — odezwała się w końcu. — Chcę, żebyś wiedziała, że zawsze będę cię kochać, niezależnie od tego, czy czujesz się dziewczyną, chłopcem, czy kimkolwiek innym. — Sznur na jego klatce piersiowej nieco się rozluźnił.
Tydzień później poszli do fryzjera i Spencer po raz pierwszy obciął się na krótko. Przyglądając się później w lustrze swojemu świeżemu fade’owi5, pomyślał, że w końcu jego zewnętrzny wygląd bardziej pasuje do tego, kim czuje się wewnątrz.
Niedługo potem któregoś wieczoru mama gdzieś poszła, a tato stwierdził, że spotyka się z przyjaciółką. Wróciła późno, ale zapukała jeszcze do pokoju Spencera. Siedział w łóżku z laptopem na udach, gdy weszła do środka.
— Mogę? — spytała.
Spencer odłożył laptop, który był już przegrzany od jego ciała, i przyciągnął kolana do klatki piersiowej.
— Poszłam na spotkanie grupy wsparcia dla rodziców dzieci transpłciowych i nonkonformistycznych płciowo. Takim dzieckiem jesteś, prawda?
— Chyba tak.
— Spotkałam tam sporo osób, które udzieliły mi wskazówek. To wszystko jest dla mnie nowe, więc jutro umówię ci wizytę u terapeuty, który specjalizuje się w takich sprawach i udzieli ci takiego wsparcia, jakiego potrzebujesz.
— Serio?
Położyła mu dłoń na kolanie.
— Nie zamierzam zmuszać cię do wyrastania na kogoś, kim nie jest ci pisane być.
— Imię i zaimki? — spytał Grayson.
Spencer uświadomił sobie, że w klasie zapadła cisza i wszyscy patrzą na niego.
Przełknął ślinę, chociaż gardło miał suche jak pieprz.
— Jestem Spencer...
— Możesz mówić głośniej? — przerwał mu Grayson.
— Sorry — odparł głośniej. — Nazywam się Spencer, używam zaimków on i jego.
— Super, dzięki Spencer — powiedział Grayson.
Gdy wszyscy już się przedstawili, Grayson znowu zabrał głos, żeby opowiedzieć więcej o stowarzyszeniu i różnych programach, jakie realizowali w poszczególnych latach.
— Musimy zrobić coś na Narodowy Dzień Coming Outu w październiku. Potem w listopadzie jest Dzień Pamięci Osób Transpłciowych. Zawsze też robimy coś wielkiego na Miesiąc Dumy przed końcem szkoły w czerwcu. Jeśli chcecie podjąć się organizacji któregoś wydarzenia, dajcie znać.
Reszta spotkania przebiegła spokojnie, co było mile widzianym wytchnieniem od porannego chaosu i wzbudziło w Spencerze nadzieję, że może oto znalazł w Oakley miejsce, w którym może czuć się jak u siebie.
Mimo to ucieszył się, gdy spotkanie skończyło się wcześniej, bo dzięki temu mógł skorzystać z toalety, zanim uczniowie zaczną tłumnie opuszczać kafeterię. Udało mu się nawet znaleźć kabinę, w której toaleta nie była cała zasikana. Szybko załatwił potrzebę i wyszedł, niemal wpadając w drzwiach na Rileyu.
— Sorry — powiedział i przytrzymał dla jenu drzwi.
Riley się zawahału. Spencer dostrzegł niepokój na jenu twarzy.
— Nikogo tam nie ma, jeśli chcesz skorzystać — dodał.
Riley wciąż wyglądału niepewnie.
— Mogę poczekać przed wejściem i mówić każdemu, kto chciałby wejść, że jest jakaś awaria spłuczki czy coś.
Riley się uśmiechnęłu.
— Naprawdę?
Spencer wzruszył ramionami.
— Jasne. — Oparł się o ścianę i czekał, kiwając niepewnie głową do przechodzących uczniów. Zalewała go fala niepokoju za każdym razem, gdy przechodził jakiś chłopak, ale i tak miło było wykorzystać swój przywilej zmiany płci przypisanej przy urodzeniu, żeby komuś pomóc.
Ku jego bezbrzeżnej uldze nikt nie chciał skorzystać z ubikacji aż do chwili, gdy po kilku minutach Riley wyszłu na zewnątrz.
— Dzięki — powiedziału, przewieszając torbę listonoszkę przez ramię. Gdy ruszyłu korytarzem, Spencer zauważył na torbie naszywkę zespołu Aidena. — Czekaj, ty znasz The Testosterones? — zawołał.
Riley się odwróciłu.
— To mój ulubiony zespół.
— Niemożliwe. Aiden Nesbitt to jeden z moich najlepszych przyjaciół — odpowiedział z ekscytacją Spencer.
— Serio?
— Tak, poznałem go... — zaczął i przerwał. Poznał Aidena na dwutygodniowym obozie dla dzieciaków trans. Nie był jednak gotowy do ujawnienia się, jeszcze nie, nawet przed Rileyum. — Poznałem go w te wakacje.
— W realu też jest taki super jak w internecie?
— Nawet lepszy. — Szczerze mówiąc, Spencer podejrzewał, że mnóstwo osób uważało Aidena za swojego najlepszego przyjaciela. Taki po prostu był. Na pewno pomagało mu w tym to, że grał na perkusji w zespole punkowo-rockowym, prowadził aktywny kanał w YouTubie dokumentujący jego tranzycję oraz miał staż w popularnym internetowym zinie queerowym. — Jeśli chcesz, mogę cię z nim kiedyś poznać — dodał. — W najbliższym czasie gra z zespołem parę gigów. Dowiem się, czy mógłby nam załatwić bilety i moglibyśmy pobujać się w trójkę.
— Byłoby super — przyznału Riley.
— Cool. Daj mi swój numer, to napiszę ci, jak się czegoś dowiem. — Spencer nie potrafił powstrzymać uśmiechu na twarzy, gdy Riley wbijału swój numer w jego telefonie. Może całe to zawieranie znajomości naprawdę wcale nie jest aż takie trudne.
4 W oryginale they, czyli forma mnoga stosowana jako neutralny zaimek w liczbie pojedynczej, nieprzetłumaczalna neutralnie na język polski (jako że w polskim mamy wyłącznie płciowe oni lub one). Przełożyłem ją na tzw. dukaizmy, czyli zaimki postpłciowe zaproponowane przez Jacka Dukaja w powieści Perfekcyjnaniedoskonałość, stanowiące jedną z propozycji zaimków neutralnych płciowo. Nie mogłem użyć zaimków zbudowanych na rodzaju nijakim (nazywanym przez niektóre osoby nie do końca prawidłowo „neutralnym”), gdyż mają dwie wersje — ono/jego (dla osób preferujących męską odmianę) lub ono/jej (dla osób preferujących formy żeńskie w odmianie) — a my nie wiemy, jaką odmianę preferowałuby Riley — przyp. tłum.
5 Fade — fryzura z mocno wygolonymi bokami głowy i dłuższymi włosami na czubku — przyp. tłum.
Ostatnią lekcją, na którą Spencer najbardziej się cieszył, było umuzykalnienie. Po raz pierwszy tego dnia przyszedł przed dzwonkiem. Klasa mieściła się głęboko w szkolnych piwnicach. Na ścianie wisiały rzędem gitary z wyszczerbionymi gryfami, a wystrój dopełniały ustawione w półokrąg niedopasowane krzesła.
Sądząc po zaplamionym musztardowożółtym dywanie i braku naturalnego światła, czesne Spencera na pewno nie szło w Oakley na przedmioty związane ze sztuką. Zwłaszcza gdy porównał w myślach to pomieszczenie z najnowocześniejszym laboratorium fizycznym, które oglądał w trakcie zwiedzania szkoły.
Na widok tego laboratorium mama ścisnęła go za ramię, a jej paznokcie zostawiły mu na skórze odciski w kształcie półksiężyców. Spencer lubił przedmioty ścisłe. Był w nich dobry, nawet bardzo. Dowodziły tego dyplomy z konkursów na tablicy korkowej nad jego łóżkiem. W poprzedniej szkole pozwolono mu chodzić na chemię rok wcześniej.
Dlatego gdy powiedział mamie, że chciałby wybrać umuzykalnienie zamiast fizyki, zareagowała tak, jakby powiedział, że chce zapisać się na język klingoński zamiast na angielski.
— Naprawdę jako przedmiot dodatkowy chcesz wybrać umuzykalnienie zamiast fizyki? To do ciebie nie pasuje, Spence.
Mamy już takie są — myślą, że znają człowieka lepiej niż on sam, tylko dlatego, że przez parę lat zmieniały mu pieluchy.
