Pod wodą - Tara Menon - ebook
NOWOŚĆ

Pod wodą ebook

Tara Menon

0,0

Opis

To hołd dla ginących oceanów i lasów oraz list miłosny do znikających raf koralowych.
 
Kiedy pięcioletnia Marissa traci matkę, ojciec zabiera ją na niewielką tajską wyspę na Morzu Andamańskim. Tam dziewczynka zaprzyjaźnia się z Arielle i razem odkrywają kruche piękno wyspiarskiej przyrody — lasów, raf koralowych i plaż. Ucząc się wstrzymywać oddech na długie minuty, zanurzają się w głębiny, poruszając się w idealnej harmonii, niczym manty. Jednak w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 2004 roku, gdy tsunami na Oceanie Indyjskim dociera do brzegu, dziewczynki zostają porwane przez pierwszą falę i rozdzielone.
Osiem lat później Marissa mieszka w Nowym Jorku. Dni spędza, błąkając się po mieście, a noce — szukając ukojenia w ramionach nieznajomych. Gdy miasto przygotowuje się na niszczycielską burzę, Marissa wraca myślami do przeszłości i uczy się, jak przetrwać w kruchym, niepewnym świecie.
Pod wodą to opowieść o przyjaźni i żałobie, ale także o zmianach ekologicznych i katastrofach naturalnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 196

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Under Water

Copyright © 2026 by Tara Menon All rights reserved. Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Weksej, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Wydanie I

Redaktorka inicjująca • Paulina Surniak

Redaktorki prowadzące • Agata Ługowska, Oliwia Łuksza

Marketing i promocja • Agata Gać

Redakcja • Anna Boland

Korekta • Małgorzata Tarnowska, Iga Wiśniewska

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Ilustracja na okładce • Grafissimo – Digitalvision Vectors | Getty Images

Projekt oryginalnej okładki • Lauren Peters-Collaer

Adaptacja okładki i strony tytułowe • Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-50-0

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Dla Shobhy, mojej matki,której zawdzięczam wszystko

NIEDZIELA

.

Jakiej nowości nie oddalibyśmy za tę rozkoszną monotonię,gdzie wszystko jest znane i kochanewłaśnie dlatego, że znane?

George Eliot, tłum. Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Nad gatunkami życia wyspowego rozpościerała siękolejno ciemna noc zagłady.

Rachel Carson, tłum. Tadeusz Borysewicz

Co spotkam Żal to go mierzę

Wąskim Okiem sondy –

Czy ciąży tak jak Mój –

Czy jest może Lżejszy.

Emily Dickinson, tłum. Krystyna Lenkowska

.

Siedzę przy stoliku w luksusowej restauracji – świeże białe obrusy, wypolerowane sztućce, kelnerzy w jednakowych strojach – z trzema mężczyznami. Pomieszczenie rozbrzmiewa rozmowami i śmiechem. Czterech kelnerów podchodzi synchronicznie i stawia przed każdym z nas talerz z rybą w całości. Dłonie dolewają wina, a my zaczynamy jeść, widelcami i nożami oddzielając kawałki białego mięsa od ości.

Nagle mężczyzna siedzący dokładnie naprzeciwko mnie zaczyna się krztusić. Jego twarz staje się różowa, potem czerwona, następnie purpurowa. Nikt nie spieszy mu na pomoc, bo pozostali też trzymają się za gardła, chwytając łapczywie powietrze. Mężczyzna zasłania ręką usta i odkasłuje nagłym, gwałtownym ruchem. Opuszcza dłoń i pokazuje ludzki palec z paznokciem pomalowanym na lśniący granat. Mężczyzna po mojej prawej stronie wykasłuje kłębek długich czarnych włosów. Mężczyzna po mojej lewej sięga do ust i wyciąga mały palec od stopy w srebrnym pierścionku z gwiazdkami. Restauracja ożywa dźwiękami kasłania, dławienia się, krztuszenia, charczenia, spluwania, zwracania. Jakaś kobieta pokazuje ucho. Inna – nos. Rzucony przez salę kciuk ląduje na naszym stole. Krzyki przybierają na sile.

Czuję łaskotanie w gardle i staram się je zdusić. Wiem, co to będzie. Przełykam usilnie, ale zaschło mi w ustach. Sięgam po szklankę wody, żeby to popić, lecz kiedy rozchylam wargi, chcąc wziąć łyk, nie mogę się powstrzymać. Kaszlę.

Twoje oko leży na mojej dłoni i patrzy na mnie, brązowe rzęsy są wywinięte i mokre.

1

Nowy Jork, niedziela,28 października 2012 roku

Jasnozielone liście papryki chili rosnącej na parapecie chwytają słońce, a maleńkie krwistoczerwone palce wyciągają się do sufitu. Przez otwarte okno wpada delikatny podmuch, który sprawia, że liście rzucają na ścianę roztańczone cienie. Światło poranka odsłania pajęcze pęknięcia w farbie, a ja przesuwam paznokciem palca wskazującego po największym z nich. Kiedy sąsiad z dołu trzaska drzwiami wejściowymi, równy kwadrat słońca na ścianie lekko drży, po czym nieruchomieje. Zrywam największe chili z wierzchołka rośliny, ściskam mocno między palcem a kciukiem, aż pęknie i wysypią się z niego maleńkie nasiona, białe jak skorupka jaja. Wkładam rozłamany owoc do ust, żeby ssać go powoli, a potem pocieram wargi, kark i pierś poplamionymi opuszkami. Papryczki kojarzą mi się z domem.

Właśnie tak zaczynam dzień, kiedy śnią mi się te koszmary. Jak zwykle nie potrzeba dużo czasu. Moje usta rozpalają się ogniem, skóra szczypie, potem piecze, ciało staje w płomieniach. Twarz się rozgrzewa, temperatura rośnie, a na czole i skroniach gromadzi się pot, który zaczyna spływać na policzki. Wkrótce dolna warga zaczyna mnie mrowić, tysiąc igiełek kłuje w miękki kawałek ciała, aż robi się gorący i nabrzmiały. Z nosa mi cieknie, oddech przyspiesza. Muszę zassać powietrze, żeby schłodzić język.

Majowie mają osobne słowo na to, co robię – huuyub, nabieranie oddechu przez ściągnięte usta po zjedzeniu chili. Zamykam oczy i próbuję uruchomić układ przywspółczulny. Długi kontrolowany wdech, jeden, dwa, trzy; jeszcze dłuższy kontrolowany wydech, jeden, dwa, trzy, cztery. Skupiam wzrok na najmniejszym liściu rośliny i pozwalam, żeby wszystko wokół się rozmyło, póki nie poczuję, że bicie serca zaczyna zwalniać.

Nauczyłam się używać oddechu do kontrolowania rytmu serca już jako dziecko, kiedy pływałam w płytkich wodach wyspy, na której dorastałam. Oddech to najważniejsza część pływania, powiedział mi kiedyś Anurak. Zanim zaczniesz pływać, musisz nauczyć się oddychać. Anurak potrafił wstrzymywać oddech pod wodą przez osiem minut. Ja przez trzy, jeśli miałam dobry dzień. Arielle raz udało się cztery.

Amerykańskie chili (rodzaj Capsicum), czasem nazywane pieprzem cayenne, nie ma nic wspólnego z pieprzem azjatyckim (rodzaj Piper). Pieprz cayenne to błędne określenie, które dostaliśmy w spadku po Krzysztofie Kolumbie. Oprócz złota król Ferdynand i królowa Izabela pożądali czarnego pieprzu. Ponieważ Kolumb nie dopłynął do Indii, nie znalazł też upragnionej przyprawy, ale odkrył pikantny owoc rosnący na lądzie, na który trafił. Nazwał go pieprzem cayenne, żeby złagodzić cios.

W dzieciństwie razem z Arielle zbierałyśmy tego typu ciekawostki od mężczyzn i kobiet – specjalizujących się w botanice, geologii, biologii morza, lepidopterologii, biologii konserwatorskiej – którzy odwiedzali naszą wyspę na Morzu Andamańskim. Któregoś wieczoru, po kolacji, jeden szwedzki dziennikarz powiedział nam o słowie huuyub. Wtedy pewien student z Rhode Island, zawsze skłonny do rywalizacji, wtrącił się z opowieścią o przygodach Kolumba. Gdyby nie on, rzucił z zadowoloną miną, nakładając sobie kolejną solidną porcję białego ryżu, w tajskim jedzeniu nie byłoby chili. Rozejrzał się dookoła, jakby oczekiwał braw albo wyrazów wdzięczności. Arielle spojrzała na mnie i przewróciła oczami, a ja próbowałam się nie roześmiać.

Wysuwam język z ust, tak by chłodne powietrze miało kontakt z jak największą jego powierzchnią. Kiedy to nie działa, ściskam go kciukiem i palcem wskazującym, żeby sprawdzić, czy nacisk złagodzi uczucie pieczenia. Nie mam pojęcia, dlaczego zawracam sobie tym głowę, skoro wiem, że to nic nie zmieni. Cały ból, jaki odczuwam, wynika z neurologicznej czkawki. Kapsaicyna z chili wiąże się z tymi samymi receptorami, których ciało używa do wykrywania wysokiej temperatury. Mój mózg jest przekonany, że usta dosłownie płoną, tak jakbym połknęła ogień. Usiłuję mu przekazać, że jest w błędzie, i przez parę sekund zdaje mi się, że odzyskuję kontrolę nad własnym ciałem, ale zaraz znowu muszę wciągnąć język, by zassać więcej powietrza. Chili ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, które nie istnieje, wprowadza nasze ciała na niepotrzebnie wysokie obroty. Wszystkie układy się odpalają, by chronić nas przed gorącem, którego nie ma.

O kapsaicynie dowiedziałyśmy się od holenderskiego paleobotanika. Rysował obrazki na marginesach gazety, żeby wyjaśnić nam, jak działają receptory.

Razem z Arielle urządzałyśmy sobie zawody w jedzeniu chili. Siadałyśmy naprzeciwko siebie przy stole i wkładałyśmy całe papryczki do ust, raz za razem. Zasada była tylko jedna: pierwsza osoba, która wypije albo zje coś innego, przegrywa. Podskakiwałyśmy, wystawiałyśmy języki, krzyczałyśmy, piszczałyśmy, przeklinałyśmy. Czasem torturowałam ją tym, że powoli nalewałam do szklanki zimne mleko i stawiałam koło niej. Zwykle wygrywałam.

Kiedy już mam dość, zdejmuję oversize’ową koszulkę, w której spałam, i idę pod prysznic. Odkręcam kurek z zimną wodą i wchodzę pod strumień tak lodowaty, że zapiera mi dech. Podstawiam usta bezpośrednio pod wodę i łykam duże hausty, chociaż wiem, że to nie pomoże. Później leżę naga i mokra na podłodze w salonie, przyciskając do gołej piersi ręcznik kuchenny wypełniony lodem. Wysuwam pojedynczą kostkę i powoli uśmierzam nią ból w napuchniętych wargach.

Z tamtego dnia zostały mi tylko dwie widoczne blizny. Ta na lewym udzie jest ciemna i idealnie okrągła – nieduża moneta odciśnięta tuż pod kością biodrową i łatwo ją wziąć za znamię. Ale ta na brzuchu ma dwadzieścia centymetrów długości i barwę czystej, jasnej bieli, która wybija się na tle brązowej skóry – sprawia wrażenie, jakby ktoś wziął nóż rzeźnicki i próbował mnie rozkroić wzdłuż zakrzywionej linii żeber. Słońce, które wpada przez okno, przecina bliznę na brzuchu w połowie, tak że kilka dolnych centymetrów chowa się w cieniu. Podnoszę biodra z podłogi, żeby zobaczyć ją całą w świetle.

Znałam jej ciało jak swoje – trzy maleńkie pieprzyki na przedramieniu, znienawidzone przez nią znamię w kształcie brzoskwini na lewym barku, tatuaż z żółwiem morskim na prawej kostce, taki sam jak ten na mojej lewej – ale ona nigdy nie zobaczy mnie w tej postaci.

W zeszły weekend rozebrałam się przed mężczyzną, którego poznałam kilka godzin wcześniej, a on aż się zachłysnął. Kiedy się pozbierał, spytał: Co się stało?

Przewróciłam się, odparłam.

Podczas seksu bardzo uważał, żeby nie dotknąć mojego brzucha, tak jakby się bał, że zabłąkaną ręką może mnie znowu niechcący otworzyć.

Wielu mężczyzn, z którymi sypiam, reaguje tak jak on: zachłyśnięciem, uniesionymi brwiami, niemym szokiem. Niektórzy, tak jak on, pytają o to wprost, ale wielu nie pyta. Niektórzy nawet udają, że tego nie zauważają, a potem oboje udajemy, że ja nie zauważyłam ich reakcji. Kiedyś przed rozebraniem się prosiłam o zgaszenie światła, żeby oszczędzić im tej przykrości, ale ostatnio przestałam. Niech widzą. I tak nigdy się nie dowiedzą o tych śladach, które zniknęły. Przez kilka dni po, kiedy nie mogłam spać w nocy, liczyłam wszystkie rozcięcia, zadrapania i siniaki na swoim ciele. Doszłam do stu siedemnastu.

Od leżenia na twardych deskach zaczynają mnie boleć plecy. Przekręcam się na brzuch i ostatnią kostką lodu rysuję kółka na zakurzonej podłodze. Słyszę przenikliwe brzdąknięcie powiadomienia o mejlu na telefonie, a potem jeszcze jedno i następne, więc wstaję, żeby sprawdzić. Tak jak podejrzewałam, każda wiadomość ma załącznik i po dwa słowa wpisane w polu temat, trzy zlecenia od mojego naczelnego: do weryfikacji, do korekty, do weryfikacji. Żaden z mejli nie ma treści.

Pracuję w redakcji magazynu podróżniczego dla bogaczy. Nazywa się „Cortés”. (Tak, wiem). Oficjalnie zajmuję stanowisko asystentki redakcji, co oznacza, że spośród moich obowiązków najbardziej stymulujące intelektualnie jest pisanie anonimowych opisów do zdjęć z serii Top pięć. Top pięć dzikich miejsc w Ameryce Południowej. Top pięć ośrodków wypoczynkowych w Szwajcarii. Top pięć pobytów na wyspach, dzięki którym zdekolonizujesz swoją praktykę jogi. Nie ja wybieram, czego będzie top pięć. Za to co tydzień dostaję na mejla pięć zdjęć z kilkoma informacjami w punktach. Moje zadanie polega na przekształcaniu równoważników zdań w marzycielską prozę.

Chodzi o to, żeby czytelnicy mogli zamknąć oczy i poczuć się, jakby tam byli, powiedział mi naczelny pierwszego dnia, kiedy już zaprowadził mnie do biurka i wyposażył w niebieski kubek na kawę, limonkowozieloną karteczkę samoprzylepną i pakiet materiałów z działu HR. Na kubku była nadrukowana mapa świata z siedemnastowiecznymi szlakami morskimi. Na karteczce widniały słowa: WIDOKI, DŹWIĘKI, ZAPACHY, SMAKI, DOZNANIA. List powitalny znajdujący się na wierzchu pakietu ostrzegał na trzy różne sposoby, że relacje romantyczne między współpracownikami są stanowczo odradzane i należy je natychmiast zgłaszać.

Tworzenie kwiecistych zdań, które mają wywabić londyńskich bankierów i manhattańskich prawników z luksusowych domów ku jeszcze większym wygodom luksusowych hoteli, przychodzi mi z łatwością. Dorastałam otoczona takimi ludźmi. Kubek powitalny stojący na biurku w pracy napełniłam przymiotnikami wypisanymi na skrawkach papieru: odosobniony, ustronny, dziewiczy, nietknięty, lśniący, dziki, malowniczy, roziskrzony, wspaniały, surowy, nieskazitelny, nieskalany, bezludny, urzekający, magiczny, krystaliczny, spokojny. Do każdego zdjęcia ciągnę trzy losowe słowa i składam je w komunały. Całymi dniami wypisuję zdania typu: Nietknięty piasek i urzekający błękit wody wynagradzają wędrówkę na tę malowniczą plażę.

W drugim tygodniu pracy popełniłam ten błąd, że napisałam coś o rybakach z Goa. Kilka minut po odesłaniu tekstu zostałam wezwana do gabinetu naczelnego, który prędko ustawił mnie do pionu. Na wakacje jeździ się po to, żeby odpocząć od ludzi, poinformował mnie.

Błędu nie powtórzyłam, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy zaczęłam tworzyć alternatywne opisy wszystkich miejsc, które trafiają na cotygodniową listę Top pięć. Przekopuję internet w poszukiwaniu zdjęć tej drugiej strony – młodego chłopaka pracującego na budowie na Sri Lance (Top pięć ekokurortów w południowej Azji), staruszki zarzynającej kurczaki na Filipinach (Top pięć wraków do nurkowania na świecie), grupy nastoletnich seksworkerek w barze w Meksyku (Top pięć miejsc na szybkie wypady z Nowego Jorku): W barze pełnym amerykańskich turystów, którzy wlewają w siebie kolejne shoty tequili, dziewczyny w obcisłych topach i butach na obcasie poruszają się w rytm muzyki, czekając, aż zostaną wybrane. Drukuję te zdjęcia w kolorze, zszywam je z tekstami przepisanymi na komputerze i chowam do szuflady w biurku. Robiąc to, myślę sobie: WIDOKI, DŹWIĘKI, ZAPACHY, SMAKI, DOZNANIA. Stwardniałe dłonie pracujących dzieci, odgłosy stukających o siebie butelek piwa i pijackie śmiechy, słonawa słodycz marynowanego kurczaka, zwarte połacie plastikowych butelek pływające po oceanie.

Przychodzi czwarty mejl. Temat głosi: Top pięć plaż w Afryce. Otwieram wiadomość i znajduję pięć załączników, a w treści, wyjątkowo, pojedynczą linijkę tekstu – odeślij jutro do końca dnia. Zawijam się w ręcznik i otwieram wiadomość na komputerze. Jest w niej pięć fotografii przedstawiających plaże, każda podpisana nazwą i krajem: Trou aux Biches, Mauritius; Diani Beach, Kenia; Ifaty, Madagaskar; Bazaruto, Mozambik; Wybrzeże Szkieletowe, Namibia.

Jutro nie idę do biura – powiedziałam naczelnemu, że mam umówioną wizytę lekarską na przedmieściach i zajmie mi to całe popołudnie. Nie był zachwycony, ale zgodził się, żebym nie przychodziła, jeśli tylko wykonam wszystkie swoje zadania na czas.

Klikam w zdjęcie Trou aux Biches, żeby je powiększyć. Piasek jest miękki i jasny, błękit nieba przyćmiony blaskiem turkusowej wody. Przed rzędem palm stoją puste drewniane leżaki, ocienione olbrzymimi jaskraworóżowymi parasolami. Nie widać żadnego człowieka ani zwierzęcia. Z Wikipedii dowiaduję się, że miejscowość powstała w dziewiętnastym wieku jako wioska rybacka; że w zeszłym roku plaża została uznana za najlepszą na świecie w rankingu World Travel Awards; że słynie w całym kraju z najpiękniejszych zachodów słońca. To ostatnie stwierdzenie nie zostało zweryfikowane; nie ma przypisu.

Przechodzę na stronę z ofertami noclegów, żeby poczytać opinie o pobliskich hotelach. Komentarze okazują się albo entuzjastyczne, albo zjadliwe: Po prostu raj. Fatalny serwis! Niesamowita obsługa, która znała nas wszystkich z imienia. Zatęchłe pokoje. Skrawek nieba!! Porzucam relację z rozczarowującego miesiąca miodowego, który pewna para Anglików spędziła w pięciogwiazdkowym ośrodku z polem golfowym, i zaczynam czytać artykuł o florze i faunie wyspy.

Mauritius był dawniej jedynym miejscem występowania dodo. Pod koniec szesnastego wieku, kiedy holenderscy żeglarze po raz pierwszy napotkali te ptaki, nie okazywały one lęku przed człowiekiem. Nieustraszoność uczyniła z nich łatwy cel; nielotność pewnie też nie pomogła. Niektórzy marynarze narzekali na smak. Mimo to ostatnie dodo widziano niecałe sto lat później.

Otwieram aplikację do notatek w telefonie i zaczynam pisać: Położona w dystrykcie Pamplemousse, Troux aux Biches to najbardziej zjawiskowa plaża na Mauritiusie. Wybierz się tam na przyjemną popołudniową kąpiel i zostań na zachwycający zachód słońca. Przeglądam internetowe zdjęcia jakiejś świątyni, aż nabieram gotowości na następne zdanie: Oddal się na chwilę od turkusowej wody i zacisznych połaci nietkniętego piasku barwy kości słoniowej, by odwiedzić największą świątynię hinduistyczną na wyspie, wzniesioną w 1888 roku.

Wkrótce się rozkręcam; nie potrzebuję nawet kubka. Diani: zapierająca dech, nieskazitelna, roziskrzona. Bazaruto: dziewicza, magiczna, lśniąca. Ifaty: dzika, spokojna, zdumiewająca. Opisy pierwszych czterech plaż układam w dwadzieścia minut, ale przerażającego piękna Wybrzeża Szkieletowego nie jest w stanie oddać żaden z moich standardowych przymiotników. Otwieram nową kartę, żeby poczytać więcej. Odcinek linii brzegowej Namibii, gdzie rozpędzone wody Prądu Benguelskiego napotykają bezludną Pustynię Namib, został tak nazwany przez Anglika, który dokumentował słynną katastrofę morską. Piasek jest usiany szczątkami wielorybów, fok i ponad tysiąca okrętów. Lud San, rdzenni zbieracze-łowcy z południowej Afryki, nazywali to miejsce „bramami do piekła”. Dziś bramy do Parku Narodowego Wybrzeża Szkieletowego są ozdobione malowanymi czaszkami i prawdziwymi kośćmi wielorybów. To nie jest plaża dla czytelników „Cortésa”.

Ubieram się, zrywam dwie małe papryczki z rośliny i zawijam starannie w kawałek bibuły. Wkładam je do kieszeni płaszcza i wychodzę z domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki