Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
OGRÓD ŻYCIA to pierwszy tom z serii POCZTÓWKI Z WNĘTRZA GŁOWY – literackiej podróży przez emocje, refleksje i codzienność. Poprzez zabawę słowem i myślą autor balansuje między poetyckim opowiadaniem, reportażem, dziennikiem, bajką i wierszem. Paweł Krupski dzieli się z czytelnikiem osobistą kolekcją wspomnień, obrazów i refleksji, które oplata niezwykle barwną fikcją literacką, niosąc przesłanie spokoju i czułości wobec świata.
OGRÓD ŻYCIA to panegiryk na cześć Natury i codziennych rytuałów, które dają szczęście i siłę do mierzenia się z wyzwaniami dnia powszedniego. Porusza tematy bardzo uniwersalne ukazując je z wielu punktów widzenia, autora, roślin, zwierząt, czy osób trzecich. To pełen metafor i afirmacji zbiór 31 opowiadań poetyckich – po jednym na każdy dzień miesiąca, „na dobry dzień i dobry sen”.
POCZTÓWKI Z WNĘTRZA GŁOWY to kadry chwil złapane w locie, „zawisłe chwilą pod powieką”. Piękne i smutne, pogodne i dziwaczne, humorystyczne, a czasem niebezpieczne. Bardzo uniwersalne choć pokazane z osobistego punktu widzenia. Są niczym tatuaże na umyśle, które autor jak odbitki kalkomanii przenosi na papier i – nie wstydząc się własnych słabości – pokazuje czytelnikowi."
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 207
i
Paweł Krupski
POCZTÓWKI Z WNĘTRZA GŁOWY
OGRÓD ŻYCIA
Wrocław 2025
© Paweł Krupski, 2025
© Ilustracje Zuzanna Mukoid, 2025
Pomysł serii Pocztówki z Wnętrza Głowy: Paweł Krupski
www.pocztowkizwnetrzaglowy.pl
Fotografie pocztówek: Joanna Płotkowiak-Krupska, Paweł Krupski
Ilustracje według pomysłów własnych i szkiców autora: Zuzanna Mukoid
Oprawa graficzna zdjęć: Zuzanna Mukoid
Na okładce zdjęcie Magdaleny Wasiczek
Wydawca Branzo Agencja Artystyczna
ul. Stefana Jaracza 57/3, 50-305 Wrocław
Realizacja procesu wydawniczego atonce.pl
Redakcja językowa i korekta: Marta Zawadzka
Projekt layoutu, skład i łamanie: Tomasz Smołka
Projekt okładki według pomysłu autora: Marta Turska
Przygotowanie wersji cyfrowej (EPUB): Have a Book
ISBN 978-83-977982-1-2
Dla Joanny – ukochanej Żony
Miałem o tym nie opowiadać nikomu. Taka była umowa. Przysięga. Własna i wewnętrzna. Ten świat i ten czas miały pozostać tajemnicą.
Wszystkie ukradkowe spotkania i emocje, których doświadczyłem w tym miejscu, praktycznie minęły. A jedynym żywym świadkiem byłem ja.
Cała reszta, która to ze mną widziała, od lat milczała. Po części zapewne dlatego, że z naszego punktu widzenia Natura głosu nie ma, co jest oczywiście kolejnym kompletnym absurdem zadufanego w sobie człowieczeństwa.
Mimo to ja naprawdę czułem, a konkretne przesłanki pozwalały mi wierzyć, że wszystkie te historie kołaczące się w mojej głowie pozostaną w ukryciu.
Tymczasem, jak zwykle, najsłabszym ogniwem okazał się człowiek. Nie potrafiłem poradzić sobie ze sobą samym. Z kiełkującymi we mnie zalążkami myśli. I nagle, w jednej chwili, te ułamki wydarzeń, drobiny czasu przeszłego, mierzone w skali pojedynczego mrugnięcia okiem, czyli czegoś, co właściwie nie istnieje w osi czasu, zaczęły mnie uwierać niczym okruchy lodu źrenicę baśniowego Kaja.
Starałem się je wyprzeć, traktować jako złudzenie, zapomnieć albo roztopić jedno po drugim, by dochować jednak obietnicy. Ale im cześciej o tym myślałem, im bardziej skupiałem się na tych ulotnych wrażeniach, tym bardziej stawały się większe, realne, prawdziwe. To, co wydawało się jedynie wyobrażeniem, nabierało kształtu, rosło i oddawało energię. Magia i siła tego miejsca działały i nie miałem na to wpływu.
Naturalne ciepło, zimno, zapach, wilgoć, strach, radość czy spokój wracały. Z płaskiej formy dwóch, trzech zapisanych słów, jak je lokowałem w głowie, gdzieś głęboko, w szufladach minionych czasów, wychodziło nagle teraz coś realnego, dużego. Kształtując dynamicznie swoją trójwymiarowość, szło zaraz o krok dalej, w ten kolejny tajemny wymiar duchowy. Ten, którego jesteśmy świadomi jako dzieci, jako zakochani czy jako praktykujący wiekowe medytacje, ale który jest pomijany przez większość śmiertelników.
Każda taka stop-klatka w pamięci stawała się całą historią. Dużą i piękną. Przerastało mnie to po wielokroć. Nie umiałem chować tego tylko dla siebie. I nie byłem w stanie upchnąć tego z powrotem do głowy.
Miałem wrażenie, że chodzę z dowiązaną nad głową niewidoczną chmurą tematycznych balonów z helem, o różnych kształtach i formatach, kłębiących się tłumnie, wpadających jeden na drugi przy najmniejszym moim ruchu, gdyż każdy łączyła ze mną taśma wspomnień. A jedynym sposobem, by uporządkować ten emocjonalny, pączkujący chaos, było przyjrzenie się im, jednemu po drugim, cierpliwe wędrując po tych wstążkach, by rozpleść łączące nas więzi i wypuścić te historie w świat.
Oto ulotne obrazy chwil, które stały się opowiadaniami… a może esejami, wierszami, bajkami, historyjkami, notkami… czy zabawą słowem, po prostu?
Styczeń 2024
prolog13
i piach13
ii grudka14
iii garść15
iv podmuch19
list nr 1od autora wrzesień 202521
pocztówka iAmbra-Kadabra!23
pocztówka iiOrigami ze słów codziennych31
list nr 2x x x maj 199037
pocztówka iiiArcheolog i Reporter39
pocztówka ivMoje własne Sza47
pocztówka vKamienne Krowy55
pocztówka viWędrowna Oliwka61
list nr 3styczeń 198967
pocztówka viiDywizjon 34669
pocztówka viiiParasol z liści77
pocztówka ixWir87
list nr 4Ogród kwiecień 201595
pocztówka xLądowisko97
pocztówka xiZnak zapytania105
list nr 5drzewo czerwiec 2012111
pocztówka xiiPłot, którego nie było113
pocztówka xiiiWindy do nieba119
list nr 6galaktyka „Bogini” marzec 2015129
pocztówka xivGwiazdozbiór z chmur131
pocztówka xvGłowa do góry141
pocztówka xviBaśń o oku145
list nr 7statki miłości sierpień 1999159
pocztówka xviiRysowane wyobraźnią161
pocztówka xviiiMapa167
pocztówka xixKtórędy na Madagaskar175
list nr 8barwimy czas lipiec 2015185
pocztówka xxWynurzenie187
pocztówka xxiGdy bogowie czekają, aż spadnie im z nieba…195
pocztówka xxiiSmak sekretu199
list nr 9list walentynkowy luty 2015205
pocztówka xxiiiPrzypominajka207
pocztówka xxivOpowieść wigilijna213
pocztówka xxvJeśli221
list nr 10przed snem grudzień 1989225
pocztówka xxviSamotność w plemieniu227
pocztówka xxviiTo takie proste245
pocztówka xxviiiNa trzy!251
list nr 11mów mi Kamyczku maj 1990263
pocztówka xxixZaproszeni265
pocztówka xxxSabat271
pocztówka xxxiPieśni ognia279
epilog285
list nr 12Dom maj 1990287
o seriipocztówki z wnętrza głowy291
podziękowania294
Surrealizm Salvadora Dali czy architektura Antonio Gaudiego zawsze mnie fascynowały i były mi bliskie. Nie spodziewałem się, że stworzenie Ogrodu przy naszym Domu stanie się źródłem tylu wydarzeń tak niezwykłych, że wręcz absurdalnych. A odkrywanie niesamowitych kształtów Natury będzie jak wędrówka w głąb własnej duszy. I że moje wcześniejsze fascynacje sztuką znajdą odbicie tak blisko codzienności.
Budowę Ogrodu i zaszczepienie życia wokół nowo wybudowanego Domu, w obszarze dotychczas pustym, od początku kreowała moja Żona.
Ja potrzebowałem czasu, by otworzyć się na ten nowy szlak. Początkowo byłem biernym wykonawcą, fizycznym pionkiem. Ale już chwilę później, kiedy nasza wspólna pielęgnacja tego świata szła dziarsko ramię w ramię w znoju dnia powszedniego, a dni zamieniły się w lata, odczułem bezpośrednio Ogród i jego puls. Każdy rok pozwalał mi dostrzec niezwykłe formy i historie. Uczyłem się tego stopniowo, sezon po sezonie, dojrzewając jak wszystko wokół. Nieudolnie, lecz stale, macając po omacku ziemię pod nowe korzenie, starałem się być partnerem do dialogu z Naturą.
I robiłem postępy. Fascynujący mnie od dziecka świat Indian, współżyjących u boku przyrody, o których czytałem jako dorastający młodzik, stawał się z roku na rok coraz bliższy. Jego mądrość i prawda przytłaczały. Kiedyś powiedziałbym, że to absurd. Dziś mówię, że to jest właśnie Życie.
Czas spędzony tutaj stał się dużo ważniejszy niż to, co działo się w pracy. Odkryłem, że wspieranie czyjejś pasji może być zaraźliwe i że sprawia mi satysfakcję.
A kiedy ja otworzyłem się na Ogród, on pokazał mi, że jego przestrzenie nie mają końca. Zarazem uniósł mnie w górę i zabrał głęboko pod ziemię.
Jakbym nabrał wiatru w żagle i ruszył na odkrycie nieznanych lądów na tym polnym oceanie okolonym płotem, na którym jednak nie było żadnych granic.
Miałem niezwykłą możliwość widzieć te wszystkie formy – rośliny, przedmioty, historie – takimi, jakie były naprawdę. Od dnia pojawienia się u nas, przez kolejne sezony; w słońcu, w deszczu, nocą i za dnia. Widziałem je pod pierzyną śniegu, poparzone słońcem i zastygłe rano we mgle. Patrzyłem na ich pierwotne kształty i odkrywałem coroczne zmiany.
Czasami nie pracowałem, ale podglądałem to wszystko, spacerując.
Innego dnia – leżąc i patrząc z leżaka z filiżanką cappuccino w dłoni.
Ale te najciekawsze obrazy i myśli zjawiały się zazwyczaj podczas pracy na powietrzu, kiedy wykonywałem w Ogrodzie sezonowe działania. Żmudne i niełatwe, trwające zazwyczaj kilka godzin i wymagające fizycznie dla ciała, a zwłaszcza mojego długiego kręgosłupa. Często zamierałem, spięty bólem. Kurczyłem się nagle, po czym dźwigałem znów wolno, jęcząc cicho pod nosem.
I wtedy, jakby w zamian, Natura głosem ptaków, ruchem liści, błyskiem słońca na kamieniu uchylała mi rąbka tajemnicy. Przestawałem oddychać, oślepiony doznaniem, zapominając w ułamku sekundy o niemocy ciała, gdy Ogród nakładał na nie kojący plaster swoją cudowną obecnością.
Teraz wiem, że otwierał przede mną swoje rozdziały stopniowo. Nawet nie miesiąc po miesiącu, ale rok po roku. Obdarzał mnie historiami z całego świata, przywianymi przez dalekie wiatry w półmroku kłębów chmur, niosących ze sobą zmianę temperatury, i przybyłych wraz z nowymi gośćmi. Czasem wręcz oślepiał palącym słońcem, odcinając wyrazistość barw. Machał kruchym, mizernym, wypalonym źdźbłem trawy jak palcem, by ukazać coś istotnego.
W inne dni atakował głośno. Krótko – jak telegraf. Wdzierał się do przestrzeni słuchu krzykiem wydartym z wielu dziobów. Szumem skrzydeł przelatujących kluczy, które historie tysiąca przebytych mil drukowały ciemnymi sylwetkami na majestacie nieba. Obserwowałem je, czując posmak tajemnic odległych krain, który osiadał we mnie niczym egzotyczne chińskie znaczki pisane prawdziwym gęsim piórem na pergaminie myśli.
Ogród zaskakiwał; uczył pokory, zmiany punktu widzenia, zachowania dystansu do wszystkiego. Analizy tematów z różnych stron. Oddalania się i skupiania nagle na istotnym detalu. Niczym doświadczony reżyser cierpliwie podsuwał kadry, pozwalając rozpędzić się naszej wyobraźni; przez pryzmat własnej wrażliwości odebrać i przetworzyć obraz, dźwięk czy ciszę.
Jak mantrę powtarzał, by pamiętać o nieznajomości własnego losu i uległości wobec czasu. W jednej chwili oferował dziesiątki pięknych i bajkowych scen, by nagle w ułamku sekundy mocą zbliżoną do tej, która przed laty pyłem wulkanu zamknęła usta setek istot w antycznych Pompejach, przypomnieć o ułomności i kruchości. Pukał w nasze okno pustym uderzeniem ptaka o szybę. Obnażał cywilizacyjną ułudę odbitej przestrzeni – niczym slogan reklamy lepszego życia, które oferuje perspektywy, ale w wypadku jednego błędu przekreśla wszystko. Martwym spojrzeniem zderzał nas z twardą rzeczywistością. Śmiał się przy tym z naszej zapobiegliwości i ciemnych sylwetek ptasich drapieżników naklejonych na szybach. Bezradnych wobec decyzji Wszechświata.
A potem znów beztrosko, jakby nic się nie stało, cieszył oczy pięknem i uczył dostrzegać je wszędzie, kolorowo i barwnie, zawsze inaczej w palecie zjawisk kolejnych miesięcy.
Miałem wrażenie, że aby prosto wyjaśnić sedno istnienia w wielkim kręgu życia, niczym Leonardo da Vinci w swoim witruwiańskim szkicu, wpisywał moją sylwetkę człowieka w okrągły cykl pór roku. Na nowo korygował i kreślił zasady, karcił zbyt dumnie uniesioną głowę i ambicje, grubą kreską znacząc fakt, że przemijanie wszystkiego bez wyjątku jest zasadą podstawową. Uczył, by czasem podnosić ręce i się cofnąć. Przygotowywał. A w renesansie własnych myśli dawał nadzieję na odrodzenie. Jako nowe. Kolejne. Lepsze.
Tak. Natura nauczyła mnie spokoju, zamkniętego w klamry dwóch przeciwieństw.
Zmian.
Przemijania.
Odejścia i nadchodzenia.
Mocy przebijania się i walki o swoje.
Współpracy i korzystania z cienia, wsparcia innych.
Każda z tych chwil zadumy była jak punkt mądrości z wielkiej Biblii Życia. I jeśli mogę coś z tego spisać i przekazać, to chcę spróbować, tylko po to, by podzielić się tymi chwilami z innymi. Na kontrze do głupoty jednostek i masy ludzkiej, zalewającego nas morza cierpienia i łez oraz faktu, że nie każdy przecież dzień niesie nam dobre wieści – chcę skupić się w tym tomie na pogodnej karcie życia.
Stoję przed kramem ze wspomnieniami i mogę sięgnąć na stojak, wybrać i szybko wysłać do odbiorców pocztówkę słoneczną, pozytywną, może nawet przelukrowaną momentami i lekko groteskową w swojej formie, ale taką, która pozwoli na chwilę zapomnieć o ciemnych stronach życia. Wywoła uśmiech i da nadzieję, siły na zrobienie następnego kroku, i dalej, i jeszcze.
Wiedza, która przyszła i na co dzień przychodzi do mnie z Ogrodu, przydaje mi się w zderzeniu z innymi ludźmi. Relacje są bardzo istotne. Mamy na siebie ogromny wpływ. Akcja uruchamia reakcję. Zwłaszcza że jesteśmy elementem większej całości, biegniemy w stadzie, ale przecież nie możemy zapominać, że ostatecznie żyjemy sam na sam… ze sobą.
W każdej chwili zadumy, w czasie choroby, w złości, radości, zamyśleniu, podczas gapienia się w lustro – zawsze – możemy spojrzeć w oczy tylko… sobie samemu.
I kiedy nagle to do nas dociera, zazwyczaj raptownie, gdy czujemy, że tak naprawdę jesteśmy sami, czemu tak bardzo nas to zaskakuje?
Bo przecież jako sławetni Homo sapiens (wszak sami określamy się tak mądrze), pretendując na co dzień do miana Człowieka, czujemy moc. Ten tytuł ma wartość i siłę.
Ulatuje nam jednak to, że jest on zarezerwowany dla osobnika jako jednostki. Bo gdy obok nas pojawia się druga osoba, zmieniamy się nagle w Ludzi. A wzajemne oddziaływania, wpływy, animozje, postawy, gombrowiczowskie gęby i różne rodzaje zachowań niosą za sobą natychmiast gmatwaninę relacji. Zmiany postępowania. Dobre i niestety często złe. A wtedy nasz gatunek traci momentalnie punkty w rankingu.
W tej laurce, kalkomanii wielu dni, szukam zatem promieni słońca. Bo wydaje mi się, że im bardziej jesteśmy świadomi dobrej strony naszego człowieczeństwa jako jednostki, tym więcej potem z tego możemy ofiarować innym w codziennym kontakcie.
W jednej z przypowieści był już poruszany motyw ogrodu jako miejsca idyllicznego:
Kiedy to: „Dawno, dawno temu…” nasi prarodzice, Adam i Ewa, żyli w utopijnym, bajecznym raju. Ale przez człowiecze słabości utracili skarb i musieli ruszyć na tułaczkę, by szukać do niego drogi na nowo. Jak widać, niełatwy to cel.
Ufni jednak drepczemy dalej, od tysiącleci wypatrując miejsca, gdzie moglibyśmy się schować przed całym złem tego świata. Odpocząć. Nabrać sił. Wiary.
Szukamy, wędrując tym szlakiem.
W tej literackiej wizji pozwalam sobie mieć wrażenie, że każdy z nas ma swój ogród wokół siebie. Jest duży lub mały, w mieście, wiosce, na plaży, w górach, na łodzi, w aucie, na biurku, na stole, gdziekolwiek. Człowiek kreuje go sobie na swój indywidualny sposób – odzwierciedla bowiem to, czym się otaczamy.
Może nas żywić, bawić, kreować, uczyć czy pozwalać nam wypocząć, ale może też nas deprymować, smucić, przygnębiać, wpędzać w chorobę, a nawet powoli zabijać. Zależy, jak chcemy go widzieć, bo sami tworzymy ten jego wizerunek.
Dla mnie Ogród Życia zaczyna się w głowie. Patrząc z perspektywy czasu, tak było też w naszym przypadku.
Wizja. Reakcja. Praca i jeszcze raz praca. Nad wszystkim wokół i nad samym sobą.
Dostaliśmy szansę obcowania z czymś niezwykłym, znajdującym się tuż pod nosem, a jednocześnie byliśmy po części jego kreatorami i budowniczymi. Teraz wiem, że te relacje i efekty, które powstały, są echem nas samych. Dlatego zapewne tak mi tu dobrze.
Łapię się na tym, że szukam chwil, kiedy wyłączę się ze świata ludzi i ruszę na dźwiękowy, wizualny czy mentalny spacer z tą energią wokół naszego Domu. Złapię kontakt z bliską mi przestrzenią na zasadzie energii, a nie Bluetootha.
Zgodnie ze swoim rytuałem po powrocie z pracy zdejmuję zegarek i odkładam telefon. To taka próba zatrzymania czasu. Bo czas nie ma znaczenia. Cieszę się, że jestem, póki jestem.
Mam wielkie szczęście i chciałbym o nim opowiedzieć, podzielić się z Wami.
To jest mój i nasz Ogród Życia.
A te zapiski z przydługiego prologu są jak wiadomość rzucona w butelce przez rozbitka na fale życia i niosą treść, która mogłaby zaskoczyć znalazcę. Bo brzmi: „Nie ratujcie mnie. Jest mi tu dobrze. Zostaję”.
Choć dawniej na rewersie wysyłanej kartki kreślono tylko kilka słów, Pocztówki z Wnętrza Głowy zawierają ich ciut więcej, bo chciałbym, by stały się one dla Kogoś podmuchem dobrego wiatru w żagle codzienności.
Są ludzie, którzy potrafią malować; uchwycić daną chwilę na płótnie.
Inni budują w odbiorcach świat, układając dźwięki na pięciolinii.
Ja staram się w ramach białej kartki zeszytu złapać moment z życia, kiedy obrazy w mojej głowie i myśli tworzą pewien pomost pomiędzy rzeczywistością wokół a marzeniami, i pozaginać go, poukładać tak, by stworzył czytelną formę, której widok da mi nową energię. A najczęściej ma to miejsce w relacji z Naturą.
Mam świadomość, że wokół żyją tysiące istnień, tuż obok nas, a jednocześnie w swoich własnych światach. Każde z nich ma swoje wspaniałe „ja”. W zebranych tu opowieściach niejako oddaję im głos, ale w formie osobistej liryki, bo całość wychodzi bardzo ze mnie, przez mój pryzmat. Czując, jak bardzo te nasze światy się przenikają i są ze sobą splecione, pozwalam sobie, czasem bezczelnie, wejść w rolę tego czegoś lub też kogoś z drugiej strony. Całkiem „po ludzku” zerknąć na ten świat i siebie, ale z innej perspektywy; z perspektywy zwierzęcia, rośliny, rzeczy. Dlaczego nie? Tak modne jest obecnie szukanie tożsamości przecież.
To trochę wyraz mojego buntu romantycznego, chęci odrzucenia norm i stworzenia cyklu łączącego różne style literackie, a trochę na pewno efekt wykształcenia aktorskiego, gdzie granie innych ról jest szukaniem drogi „do i dla siebie samego”.
A każdy ogród ma przecież wiele własnych dróg i ścieżek. Innych dla każdego. Drepczemy po nich. Błądzimy. Ważne, by odnaleźć w końcu własny szlak. I dobrze się na nim czuć. Czego i Wam życzę.
list nr 1
To list do czytelników, który powstał, gdy autor przeczytał na spokojnie wszystko, co napisał i zebrał w tym tomie.
to jest Laurka na czas wojny
na czas znieczulicy emocji
na codzienny spacer wśród medialnych budek
karmiących nas papką sensacyjnych newsów
na czas, gdy w rozmowie zamiast oczu naprzeciw
widzimy ekran ikonek i kreacje sztuczności
na czas kultu kryminałów
gdzie ofiary stają się bohaterami literackimi
a mordercy idolami
na dziś, gdy sensacja jest monetą
a wiral zasięgu gwarantuje chleb
gdy mądre treści przestają się liczyć
bo liczy się tylko suma lajków
na godziny pracy, której za dużo
na lęki, które gryzą
i na wszystkie inne smutki
na dobry dzień i lepszy sen
na wielość potrzeb zagubionego człowieczeństwa
ofiarowuję ten panegiryk naszych czasów
w koszu kartek niosę bukiet lukrowanych słów
bo wierzę, że warto szukać własnej utopii
która jak dawniej baśnie i opowieści przy ogniu
da nam siły na dalej
pocztówka i
bajka na wschód dnia
Nie zawsze była mała
Ale tak się przyjęło i tak już ją wołali
Mała, ale nie Malutka
I może dlatego, że była taka
I życie jej nie oszczędzało
Stała się mądra i mocna
A ci, którzy ją spotkali, wiedzieli o tym
Bardzo dobrze
Dawno, dawno temu
Usłyszała, że jest Ktoś, kto zna
Przyszłość i ma kontakty po drugiej stronie
Nie wierzyła we wróżby… ale poszła
Pytała o różne rzeczy i wiele się dowiedziała
Dziwne było to doznanie
I rozmowa była dziwna
Zwłaszcza kiedy na koniec nagle ta Kobieta
Wcisnęła jej w dłoń zawiniątko
Mała poczuła kulkę papieru w palcach
Zanim zdążyła się wzbronić
„To ziarno i słowa, schowaj dobrze” – rzekła Wieszczka
„Gdy dojdziesz tam, gdzie będziesz chciała osiąść
I już zostać…” – zwiesiła głos
„Tam zasadź to ziarno
To krzew, który jest balsamem” – odparła na pytanie
Które zdawały się zadawać rozszerzone źrenice Małej
„Tylko pamiętaj, musi być podlany na początek miłością
A potem…” – Wieszczka spojrzała jej głęboko w oczy
Mała poczuła, jak coś dotyka jej stóp od wnętrza
Przenika ją całą
Jakby stała się przezroczysta
„Potem” – mówiła Baba dalej
A Mała starała się skupić, choć cała dygotała
Nie chciała uronić żadnego słowa
„Po trzykroć wypowiedz zaklęcie, które jest tu zapisane
Nie! Nie odwijaj teraz!” – Wieszczka złapała Małą za rękę, widząc, co chce zrobić
„Idź już” – fuknęła nagle. „Inni czekają
Nie jesteś sama na świecie z problemami”
Więc Mała wyszła
A potem długo, długo szła
Za nią zostały liczne dni i noce
Wędrowała latami. Zimą i wiosną
A zawiniątko ściskała pod sercem
Aż doszła do lasu przy stawach
W których nie było wody
Obok jak okiem sięgnąć ciągnęło się pustkowie
Może nie pustynia czy step
Ale na pewno też nie łąka
„Mogłaby nią być” – pomyślała Mała
I uśmiechnęła się
I zaczęła patykiem rysować fundament
Tu zbuduje swój szałas, blisko lasu…
Niezwykły Dom. Bo już miała wizję
Kręgu, który spaja mury
Trzeba było tylko czasu, by powstał
Ale w końcu zaczął rosnąć w oczach
A nie tylko w wyobraźni
To dawało jej nowe siły
Spodobał się jej, a także ludziom
I zamieszkała w nim, na górce pod lasem
Jak wykrakała jej Baba nie Jaga
Pewnej nocy nie mogła spać
Żaby kumkały w stawie, ptaki śpiewały
I wiatr gwizdał na tyczkach szałasu
Noc jak każda inna tutaj – zdawałoby się
Ale Mała leżała z otwartymi oczami
I słuchała bicia własnego serca
Tocząc poważną rozmowę
Sama ze sobą
Wtedy podjęła decyzję
I w jednej chwili poczuła się Duża
Po raz pierwszy
Jakby już zrobiła coś wielkiego
Wyszła przed Dom do Ogrodu
Było ciepło, a jej zrobiło się nawet gorąco
Gdy bezwiednie ruszyła dalej
Zrobiła dziewięć dużych kroków na początek
Na boso
Od skraju tarasu w głąb Ogrodu, w stronę wielkiej pustki
A potem dotknęła zawiniątka na swoim brzuchu
Tego, które nosiła od dawna przy sobie
Nie pamiętała już, co prawda, od ilu dni kryła pod sercem to ziarno
Coś podarowanego jej przez obcą osobę
Nie pamiętała już, ile dni wierzyła
Że wydarzy się coś niezwykłego, dobrego
Nie miała pojęcia, co dojrzewało cały czas
Ale czuła
Że teraz jest gotowe
I w tej nieświadomości swojej – małej
Która nie znała zagrywek Absolutu
Czuła intuicyjnie, że tak trzeba
Wyciągnęła zawiniątko na wyprostowanej dłoni
I ostrożnie odwinęła pogiętą karteczkę
Którą ściskała i upychała od dawna
W kieszeniach, chustach, schowkach
Jakby odbezpieczała granat, nie znając siły jego rażenia
„Wiesz, w życiu nie jest łatwo” – powiedziała do małego ziarna
Tak jak tamta Kobieta mówiła wtedy do niej
Ukazało się jej na dłoni i było naprawdę drobne
I wtedy poczuła się Duża po raz drugi
Cieszyła się, że dotarła do tego momentu
Bo można dokonać wielu rzeczy, jeśli się bardzo chce
Jeśli wyobraża się je sobie
Dotyka się ich w myślach i wierzy w sukces
„Nie martw się, będziesz tu sobie rosło, malutkie, a ja cię osłonię”
Uklękła i zrobiła palcem otwór w stepowej glebie
Czekała chwilę, aż pierwsze promienie słońca wyjdą zza lasu
I zasadziła krzak o świcie
Nie za głęboko, jakby nie chciała się rozstawać z ziarenkiem
Dopiero wtedy spojrzała na dziwne litery
Które były wyrysowane na pogiętej kartce
I przeczytała je powoli, sylabizując prawie
„Am-bra-Ka-da-bra”
I powtórzyła
I trzeci raz ciut głośniej
Sama nie wiedząc czemu, zapłakała nagle
Z radości i szczęścia, jakie czuła
A kiedy jej łzy spadły na grunt nad ziarnem
Otworzyło się niebo i spadł deszcz
Chociaż nie padało od wielu dni
Nawet nie zauważyła wcześniej chmur
Nie wiedziała, skąd przyszedł ten deszcz
Tego dnia jednak świat wokół był mokry
I ona też
Na początku nic się nie wydarzyło
Aż nagle wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko
Tak szybko, że ciężko to opisać
Bo najpierw doleciało ją echo słów
Ambra-Kadabra – jakby z głębi serca
Choć głos wydobywał się spod ziemi
I wtedy z gleby wyłonił się mały pęd
Który przemówił, a może bardziej wymamrotał
„Ja cię osłonię, Mała”
O dziwo, znał jej imię
I mimo że sam zdumiony był nieco światem, do jakiego trafił
To otrząsnął się w okamgnieniu
I niczym zielony wąż ruszył w górę
Wijąc się w powietrzu wokół niewidzialnej osi
I zanim Mała się obejrzała
Urósł błyskawicznie o kilka długości
„Miałeś być krzewem” – chciała powiedzieć
Gdy zadarła za nim głowę w niebo
Ale zatrzymała tę myśl niewypowiedzianą
Tak bardzo zachwyciło ją to, co widziała
A roślina podzieliła się i stała się naraz dwoma pniami jednego
I pchała się w górę dalej, barwiąc przestrzeń bajecznymi kolorami liści
Od jaskrawozielonych, przez tonacje żółci i brązu, do bordo czy czerwieni nawet
„Jak malarka szukająca najlepszego odcienia i rozmazująca próbki na kawałkach płótna
Albo jak dama, która stroi się na bal i nie umie wybrać sukni” – pomyślała Mała
Ale nie powiedziała tego głośno
Bo jej dusza uniosła się nagle
Patrzyła teraz na to wszystko z lotu ptaka
A może po prostu z okna na dachu domku
Widziała, jak drzewo, które miało być krzewem
Rośnie, tworząc oś w centrum Ogrodu
I nagle wiedziała już, gdzie sadzić inne rośliny
By mogły mościć się w jego cieniu
Znajdywać swoje miejsca i lokować się wygodnie
Czuła, że teraz łatwiej jej komponować Ogród
Jakby zasilanie całości było wsparte mocą podziemnych korzeni Ambrowca
Które pchały w górę i wspierały tych mniejszych wokół
I służyły im za wzór
Mała poczuła się Duża po raz trzeci
A jej dusza często się unosiła
I krążyła nad tym wszystkim
Nocą, kiedy spała, a czasem za dnia
Gdy zamykała na chwilę oczy na leżaku w słońcu
To wystarczyło, by potem wiedziała, gdzie dotknąć
Co zmienić w Domu-Ogrodzie
A gdy kończyła pracę, stawała na chwilę przed drzewem
Wspierała i zawieszała na nim wzrok
Zawsze, gdy rozpoczynała i gdy kończyła swój spacer
Bo było tu osią
Epicentrum Ogrodu
„Jesteś okładem dla duszy” – powiedziała mu kiedyś
„Wiem” – odparł Ambrowiec, patrząc z góry
„Bo na drugie mam… Balsamiczny, Malutka”
I zaśmiał się, jak to tylko drzewa potrafią
Głośno, aż liście posypały się na trawę
I śmiała się wtedy razem z nim, długo
Przypominając sobie, że kiedyś przecież była zwana Śmiechacką
A z nimi rechotali wszyscy wokoło, jak żaby
Nawet płot trzeszczał rubasznie
Aż prawie się rozleciał cały
PS. Fajnie, jak nas nosi wzdłuż konkretnej osi.
pocztówka ii
nie lubię umierać o świcie
zwisającą nogą grzebać się
w kapciach
do tej niechęci śmierci trzeba wstać
po to tylko, by się potem znów układać
z ludźmi
wolę leżeć sam
oni i tak przyjdą
do mnie
Na dworze jeszcze szarówka, ale obudziłem się już chwilę temu. Ciało nie lubi, gdy każę mu wstawać. Czuję to tu i tam, boleśnie dochodząc do schodów.
