44,00 zł
Kiedy do komisarza Guido Brunettiego zgłasza się studentka jego żony, Claudia Leonardo, z pozornie niewinnym pytaniem o unieważnienie powojennego wyroku, nikt nie przypuszcza, że uruchomi to lawinę tragicznych zdarzeń.
Sprawa dawnego funkcjonariusza partii faszystowskiej, skazanego za kradzież cennych dzieł sztuki, prowadzi komisarza w głąb weneckich archiwów, gdzie ukryte są mroczne sekrety nazistowskiej grabieży i powojennej hipokryzji. To, co zaczyna się jako historyczne dochodzenie, szybko staje się złowieszczo aktualne, gdy pojawia się pierwsza ofiara śmiertelna.
Śledztwo w sprawie zabójstwa oraz niezwykła, ukryta kolekcja sztuki ujawniają, że świat nieuczciwych marszandów i obłudnych elit wciąż ma się dobrze. Brunetti odkrywa, że pazerność i chciwość, motywujące do zbrodni zarówno w czasie wojny, jak i współcześnie, są siłami mogącymi popchnąć człowieka do wszystkiego.
Donna Leon mistrzowsko łączy intrygę kryminalną z refleksją na temat korupcji, etyki i włoskiej amnezji historycznej. To nie tylko wciągający kryminał, ale też gorzki portret Wenecji – miasta pięknego, lecz rządzonego przez wpływowych i cynicznych ludzi, którzy wierzą, że mogą uniknąć pełnej odpowiedzialności.
Komisarz Brunetti, rozdarty między moralnością a gorzką prawdą, musi zmierzyć się z systemem, w którym sprawiedliwość jest luksusem dostępnym tylko dla nielicznych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 369
Tytuł oryginału:Wilful Behaviour
Copyright © 2002 by Donna Leon and Diogenes Verlag AG, Zürich All rights reserved
For the Polish edition Copyright © 2022 Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved
Wydanie II
ISBN 978-83-8403-069-1
Opracowanie redakcyjneBarbara Kaczarowska
KorektaElżbieta Jaroszuk, Jolanta Rososińska, Anna Burger
Projekt okładkiTomasz Lec
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Danielowi Hungerbühlerowi
I dubbi, i sospetti
Gelare mi fan.
Wątpliwości i podejrzenia
Skuwają lodem moje serce.
libretto opery Wesele Figara Mozarta
Wybuch nastąpił przy śniadaniu. Mimo że Brunetti jako komisarz policji był bardziej narażony na podobne incydenty niż przeciętny obywatel, to i tak miejsce, w którym doszło do eksplozji, wydawało się dość osobliwe. Miało ono bowiem związek nie tyle z profesją Brunettiego, ile z jego sytuacją osobistą – był mężem kobiety o wyrazistych, choć nie zawsze konsekwentnych poglądach i przekonaniach politycznych.
– Dlaczego my w ogóle czytamy tego obrzydliwego szmatławca?! – wybuchła Paola, trzaskając złożonym numerem „Il Gazzettino” o blat kuchennego stołu z taką furią, że przewróciła się cukiernica.
Brunetti pochylił się, palcem wskazującym odsunął brzeg gazety i postawił cukiernicę. Wziął następne ciastko drożdżowe i ugryzł kęs w oczekiwaniu wyjaśnień.
– Tylko posłuchaj – powiedziała Paola, biorąc znów gazetę i czytając nagłówek artykułu wstępnego na pierwszej stronie. – „Fulvia Prato opisuje swoją gehennę”.
Jak wszyscy Włosi Brunetti słyszał o Fulvii Prato, żonie bogatego przemysłowca z Florencji, która została uprowadzona przed trzynastoma miesiącami i przez cały ten czas była przetrzymywana przez porywaczy w piwnicy. Uwolniona przez carabinieri zaledwie dwa tygodnie temu, poprzedniego dnia udzieliła po raz pierwszy wypowiedzi dla prasy. Brunetti nie miał pojęcia, co właściwie oburzyło Paolę w tym nagłówku.
– A teraz to – powiedziała, otwierając gazetę na piątej stronie. – „Pani komisarz Unii Europejskiej przyznaje się, że była molestowana seksualnie w poprzednim miejscu pracy”.
Tę sprawę Brunetti również znał: pani minister z Komisji Europejskiej – nie mógł sobie przypomnieć, jaką dokładnie pełniła funkcję, pewnie jedną z tych podrzędnych, zwykle powierzanych kobietom – oświadczyła wczoraj na konferencji prasowej, że przed dwudziestu laty, kiedy pracowała w firmie budowlanej, padła ofiarą seksualnej agresji.
Brunetti, który w trakcie ponaddwudziestoletniego pożycia małżeńskiego nauczył się cierpliwości, dalej czekał na wyjaśnienia Paoli.
– Nie do wiary, że użyli tego słowa! Signora Prato nie musiała się przyznawać, że została porwana, natomiast ta biedaczka przyznała się, że była ofiarą napaści seksualnej. Jakież to typowe dla tych troglodytów – mówiła, gniewnie dźgając palcem gazetę. – Ani słowa o tym, co się właściwie zdarzyło, a jedynie sugestia, że miało to podtekst seksualny. Boże, nie wiem, dlaczego my to czytamy!
– Aż trudno uwierzyć, prawda? – zgodził się Brunetti, naprawdę oburzony tym, że użyto tego słowa, a jeszcze bardziej tym, że nie dostrzegł owego zgrzytu, dopóki nie wskazała mu go Paola.
Wiele lat temu w duchu stroił sobie żarty z jej, jak to wtedy nazwał, „kazań przy kawie”, gwałtownych złorzeczeń, do których skłaniała ją lektura porannej prasy, lecz z upływem czasu pojął, że w tym pozornym szaleństwie jest wiele słuszności.
– Czy miałeś kiedykolwiek do czynienia z podobnymi sprawami? – spytała. Odwróciła ku niemu gazetę otwartą na piątej stronie, wiedział więc, że nie chodzi jej o porwanie signory Prato.
– Tylko raz, dawno temu.
– Gdzie?
– W Neapolu. Kiedy mnie tam oddelegowano.
– Co się wtedy stało?
– Przyszła pewna kobieta, by zgłosić, że została zgwałcona. Chciała złożyć formalne doniesienie. – Przerwał, odgrzebując zdarzenie w pamięci. – To był jej mąż.
Paola odczekała chwilę, po czym spytała:
– No i co?
– Przesłuchiwał ją komisarz, któremu w tym czasie podlegałem.
– No i?
– Poradził jej, żeby zastanowiła się nad tym, co robi, bo może przysporzyć mężowi poważnych kłopotów.
Długie milczenie Paoli skłoniło go do mówienia.
– Kobieta wysłuchała go, powiedziała, że przemyśli sprawę, i wyszła. – Wciąż pamiętał ułożenie jej ramion, gdy opuszczała biuro, w którym ją przesłuchiwano. – Nigdy więcej się nie pokazała.
Paola westchnęła.
– Czy od tamtej pory coś się zmieniło?
– Trochę.
– Na lepsze?
– Minimalnie. Przynajmniej staramy się, żeby pierwszy wywiad z poszkodowanymi przeprowadzały policjantki.
– Staracie się?
– Jeśli w tym czasie, kiedy zgłosi się do nas ofiara gwałtu, pełnią akurat służbę.
– A jeśli nie pełnią?
– Wtedy do nich dzwonimy, żeby ustalić, czy któraś może wziąć dyżur.
– A jeśli nie może?
Pomyślał, że śniadanie niepostrzeżenie przemieniło się w śledztwo.
– Jeśli nie, to wtedy te kobiety przesłuchuje funkcjonariusz, który jest na miejscu.
– Co znaczy, jak przypuszczam, że robi to ktoś taki jak Alvise albo porucznik Scarpa. – Paola nawet nie próbowała ukryć odrazy.
– Tak naprawdę nie jest to przesłuchanie, w każdym razie nie takie jak wtedy, gdy chodzi o podejrzanego.
Wskazała „Il Gazzettino”, wystukując paznokciem szybki rytm na drugim nagłówku.
– Skoro w tym mieście takie rzeczy są możliwe, to nie chcę nawet myśleć, jak odbywa się to przesłuchanie.
Już chciał zaprotestować, kiedy Paola, być może przewidując jego zamiar, całkowicie zmieniła ton.
– Jak wygląda twój dzień? – spytała. – Przyjdziesz do domu na obiad?
Z uczuciem ulgi, a jednocześnie świadom, że kusi los, odparł:
– Chyba tak. Wydaje się, że tutejsi przestępcy rozjechali się na wakacje.
– Boże, jaka szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o moich studentach – powiedziała znużonym głosem, pełnym rezygnacji.
– Przecież wróciłaś na uczelnię dopiero sześć dni temu.
Zastanawiał się, dlaczego Paola uzurpuje sobie wyłączne prawo do tego, by narzekać na pracę. W końcu on, jeśli nawet nie codziennie, to z przygnębiającą częstotliwością ma do czynienia z zabójstwami, gwałtami i pobiciami, podczas gdy najgorszą rzeczą, jaka może się zdarzyć w sali wykładowej, jest to, że ktoś zapyta, kim była Czarna Dama, albo zapomni, jaką sceną kończy się Dom na placu Waszyngtona. Już miał powiedzieć coś w tym duchu, gdy nagle spostrzegł dziwny wyraz jej oczu.
– Co się stało? – spytał.
– Mhm?
Od razu domyślił się, że to unik.
– Pytałem, co się stało.
– Och, nieznośni studenci. Jak zawsze.
Znów rozpoznał znajome symptomy świadczące, że Paola nie ma ochoty o czymś mówić. Odsunął się z krzesłem i wstał. Okrążywszy stół, podszedł do Paoli i położył dłoń na jej ramieniu, a potem schylił się, by pocałować ją w czubek głowy.
– Zobaczymy się na obiedzie.
– Będę żyła tą jedyną nadzieją – odparła i sięgnęła ręką, by zgarnąć z blatu rozsypany cukier.
Pozostawszy sama przy stole, Paola stanęła przed decyzją, czy skończyć czytać gazetę, czy pozmywać naczynia; wybrała zmywanie. Kiedy się z tym uporała, spojrzała na zegarek i zobaczyła, że do rozpoczęcia jedynych zajęć tego dnia pozostała jej niecała godzina. Poszła więc do sypialni, by dokończyć ubieranie się, mając umysł zaabsorbowany, jak to się często zdarzało, twórczością Henry’ego Jamesa, chociaż jedynie w tym zakresie, w jakim wywarła wpływ na pisarstwo Edith Wharton, które miało być tematem jej najbliższego wykładu.
Podczas ostatnich zajęć mówiła o honorze i honorowym zachowaniu oraz o ich kluczowym znaczeniu dla trzech wielkich powieści Wharton, ale przez cały czas zaprzątała ją myśl, czy te pojęcia znaczą to samo dla jej studentów, a ściślej biorąc, czy w ogóle coś dla nich znaczą. Tego ranka chciała porozmawiać o tym z Guidem, ponieważ ceniła jego opinię, lecz jej uwagę przyciągnął nagłówek w gazecie.
Po dwóch dekadach wspólnego życia nie potrafiła już udawać, że nie dostrzega reakcji męża na jej „kazania przy kawie” – tej wzmożonej chęci, by jak najszybciej wstać od stołu. Uśmiechnęła się do siebie, pomyślawszy o ukutym przez niego określeniu i czułej nucie w jego głosie, ilekroć go używał. Zdawała sobie sprawę, że na wiele bodźców reaguje zbyt szybko i zbyt impulsywnie; kiedyś, w chwili silnego wzburzenia, Guido potępiającym tonem wyrecytował całą listę tematów, które doprowadzają ją do takiej pasji, że traci rozsądek. Nie chciała roztrząsać z nim tej sprawy, ale trafność jego spostrzeżeń wciąż przyprawiała ją o nerwowy dygot.
Poprzedniego dnia miasto spowił pierwszy jesienny chłód, więc Paola wyjęła z szafy lekką wełnianą kurtkę, chwyciła aktówkę i wyszła z mieszkania. Chociaż zmierzając do sali wykładowej, szła ulicami Wenecji, myślami była w Nowym Jorku, gdzie przed wiekiem rozgrywały się życiowe dramaty kobiet z powieści Wharton. Próbując żeglować pośród ławic społecznych obyczajów, dawnych i nowych fortun, uznanej powszechnie władzy mężczyzn, a niekiedy jeszcze większej władzy, jaką dawała im uroda i wdzięk, jej trzy bohaterki nieustannie rozbijały się o niewidoczne rafy honoru. Jednak upływ czasu, zauważyła Paola, wymazał z ludzkich umysłów jednolity pogląd w kwestii tego, czym jest honorowe zachowanie.
Oczywiście z powieści Wharton nie wynikło, że honor zatriumfował: jedną z bohaterek kosztował on życie; druga utraciła szczęście; trzecia wprawdzie odniosła zwycięstwo, ale jedynie dlatego, że pojęcie honoru było jej z natury obce. Jak wobec tego przekonywać kogoś o jego znaczeniu, zwłaszcza młodych ludzi, którzy potrafili się utożsamić – jeśli studenci w ogóle byli w stanie utożsamić się z kimkolwiek oprócz postaci z filmów – tylko z trzecią bohaterką?
Zajęcia przebiegły dokładnie tak, jak się spodziewała. Pod koniec kusiło ją, by zacytować werset z Biblii, choć nie darzyła tej księgi szczególnym upodobaniem, o ludzie opornym, który ma oczy na to, by widzieć, a nie widzi, i uszy na to, by słyszeć, a nie słyszy, ale uzmysłowiła sobie, że jej studenci zapewne okazaliby się równie niewrażliwi na słowa proroka, jak na twórczość Edith Wharton.
Młodzi ludzie wyszli z sali jeden za drugim, a Paola zajęła się układaniem papierów i książek w swojej aktówce. Klęska, którą poniosła jako wykładowca, nie martwiła jej już tak bardzo jak przed laty, gdy po raz pierwszy zdała sobie sprawę, jak niewiele z tego, co mówi – i prawdopodobnie z tego, w co wierzy – dociera do studentów. W siódmym roku nauczania nawiązała do Iliady i wobec ogólnego umysłowego zaćmienia odkryła, że tylko jedna osoba z całej grupy przypomniała sobie, że chyba kiedyś czytała ten utwór, ale nawet ona okazała się całkowicie niezdolna do zrozumienia pojęcia bohaterstwa. Trojanie przegrali, ich sprawa, więc kogo obchodzi postępowanie Hektora?
– The times are out of joint1 – wyszeptała do siebie i nagle ze zdumieniem stwierdziła, że ktoś stoi obok niej, jedna ze studentek, młoda dziewczyna, teraz z pewnością przekonana, że jej profesorka zwariowała.
– Słucham, Claudio? – spytała, nie całkiem pewna, czy studentka tak ma na imię.
Niska, ciemnowłosa i ciemnooka dziewczyna miała mlecznobiałą cerę, jakby nigdy nie wychodziła na słońce. Dołączyła do tej grupy rok temu, ale rzadko się odzywała, robiła dużo notatek i bardzo dobrze radziła sobie na egzaminach, dzięki czemu sprawiała na Paoli wrażenie bystrej młodej osoby, tyle że chorobliwie nieśmiałej.
– Zastanawiałam się, czy mogłabym z panią porozmawiać, professoressa – powiedziała.
Uznając, że opryskliwie może odnosić się tylko do własnych dzieci, Paola nie zapytała jej, czy nie to właśnie teraz robią. Zamiast tego zapięła aktówkę i obróciwszy się do dziewczyny, stwierdziła:
– Naturalnie. A o czym? O Wharton?
– No, w pewnym sensie tak, professoressa, ale nie do końca.
I znów Paola powstrzymała się od komentarza, że tylko jedna z tych odpowiedzi może być prawdziwa.
– O czym w takim razie? – spytała z uśmiechem, bo nie chciała onieśmielać tej cichej dziewczyny.
Aby uniknąć podejrzeń, że spieszno jej do wyjścia, zdjęła rękę z aktówki, oparła się o biurko i ponownie się uśmiechnęła.
– Chodzi o moją babcię – odparta Claudia, świdrując Paolę badawczym wzrokiem, jakby chciała się upewnić, czy Paola wie, kto to jest babcia. Spojrzała ku drzwiom, potem znów na Paolę. – Chciałabym dowiedzieć się czegoś o pewnej sprawie, która nie daje jej spokoju.
Ponieważ wydawało się, że Claudia nie zamierza nic więcej powiedzieć, Paola wzięła aktówkę i wolnym krokiem ruszyła w stronę drzwi. Dziewczyna wyprzedziła łukiem profesorkę i otworzyła je, a potem cofnęła się, by ją przepuścić. Połechtana tym przejawem szacunku, a zarazem zła na siebie, że tak to odbiera, Paola spytała:
– Czy to babcia ze strony matki, czy ojca?
Było to dla niej bez znaczenia, ale miała nadzieję, że Claudia poda więcej informacji.
– No, właściwie to żadnego z nich, professoressa.
Obiecując sobie sowitą nagrodę za wszystkie komentarze, od których się powstrzymała podczas tej rozmowy, jeśli tak można nazwać tę wymianę zdań, zadała kolejne pytanie:
– A więc to przyszywana babcia, tak?
Claudia uśmiechnęła się, co najpierw uwidoczniło się w jej oczach i tym bardziej wydawało się urocze.
– Właśnie. Nie jest moją prawdziwą babcią, ale zawsze tak ją nazywałam. Nonna Heidi. Ona jest Austriaczką, rozumie pani.
Paola nic nie rozumiała, mimo to brnęła dalej:
– Jest spokrewniona z twoimi rodzicami, a dla ciebie to ktoś w rodzaju ciotecznej babki?
Dziewczyna była wyraźnie zakłopotana.
– Nie, w ogóle nie jest z nami spokrewniona. – Odczekała chwilę, a potem wypaliła: – Była przyjaciółką mojego dziadka, wie pani.
– Aha – odparła Paola. Wszystko stawało się o wiele bardziej skomplikowane, niżby na to wskazywała nieśmiała prośba Claudii, więc spytała: – A czego chciałabyś się dowiedzieć w związku z nią?
– No, właściwie to chodziło mi o pani męża.
Paola była tak zaskoczona, że mogła jedynie powtórzyć za nią:
– Mojego męża?
– Tak. Jest policjantem, prawda?
– Owszem.
– Cóż, zastanawiałam się, czy mogłaby go pani o coś spytać w moim imieniu, to znaczy w imieniu mojej babci.
– Oczywiście. A o co miałabym go spytać?
– Czy wie coś o ułaskawieniu.
– Masz na myśli amnestię?
– Nie, tym się zajmuje rząd, kiedy więzienia są przepełnione i brakuje pieniędzy na utrzymanie skazanych; wtedy wszystkich wypuszczają, ogłaszając, że to z powodu jakiegoś ważnego wydarzenia. Ale ja nie o tym mówię. Mam na myśli oficjalne ułaskawienie, formalną deklarację ze strony państwa, że dana osoba nie popełniła przestępstwa.
W trakcie rozmowy schodziły wolno po schodach z czwartego piętra, ale teraz Paola przystanęła.
– Obawiam się, Claudio, że niezbyt wiele z tego rozumiem.
– Nie szkodzi, professoressa. Poszłam do prawnika i zapytałam go o to, ale on zażądał pięciu milionów lirów za udzielenie odpowiedzi. I wtedy przypomniałam sobie, że pani mąż jest policjantem, więc pomyślałam, że może on mi coś powie.
Paola skinęła krótko głową na znak, że wreszcie zrozumiała.
– A mogłabyś mi powiedzieć, o co dokładnie miałabym go zapytać?
– Czy istnieje jakaś prawna procedura, dzięki której można oczyścić z winy zmarłego człowieka, którego postawiono przed sądem.
– Tylko postawiono przed sądem?
– Tak.
Cierpliwość Paoli była na wyczerpaniu, jednakże spytała:
– Nie został skazany ani wsadzony do więzienia?
– Niezupełnie. To znaczy został skazany, ale nie poszedł do więzienia.
Paola uśmiechnęła się i położyła dłoń na ramieniu Claudii.
– Nie jestem pewna, czy rozumiem. Skazany, ale nie poszedł do więzienia? Jak to możliwe?
Dziewczyna wyjrzała przez poręcz, a potem zerknęła w stronę otwartych drzwi wejściowych, jakby pod wpływem pytania Paoli rozważała myśl o ucieczce. Spojrzała na profesorkę i odpowiedziała:
– Bo sąd uznał, że skazany jest chory psychicznie.
Paola, nie chcąc wypytywać Claudii, kim jest ta osoba, zapytała po namyśle:
– To dokąd go wysłano?
– Na San Servolo. Umarł tam.
Jak wszyscy mieszkańcy Wenecji, Paola wiedziała, że na wyspie San Servolo znajdował się kiedyś zakład dla obłąkanych i pełnił tę funkcję do czasu, aż na mocy ustawy Basaglii pozamykano wszystkie takie przybytki, a pacjentów albo zwolniono, albo przeniesiono do mniej przerażających placówek.
Przeczuwając, że nie otrzyma odpowiedzi, Paola mimo to spytała:
– Czy zechcesz mi powiedzieć, jakie to było przestępstwo?
– Nie, chyba nie – odparła dziewczyna i ruszyła dalej w dół. U stóp schodów odwróciła się i krzyknęła do Paoli: – Zapyta go pani?!
– Oczywiście – odpowiedziała Paola, wiedząc, że to zrobi nie tylko, żeby zaspokoić własną ciekawość, ale żeby wyświadczyć tej dziewczynie przysługę.
– W takim razie dziękuję, professoressa. Do zobaczenia na zajęciach w przyszłym tygodniu. – Claudia podeszła do drzwi, gdzie zatrzymała się i jeszcze raz spojrzała na Paolę stojącą na schodach. – Naprawdę podobały mi się te książki, professoressa – zawołała. – Mało mi serce nie pękło, kiedy Lily umarła w ten sposób. Ale to była honorowa śmierć, prawda?
Paola skinęła głową, zadowolona, że przynajmniej jedna osoba z grupy cokolwiek zrozumiała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Sparafrazowane słowa Hamleta (akt I, scena 5): The time is out of joint – „Czasie zwichnięty!” w przekładzie M. Słomczyńskiego. ↩
