Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Plemię” to wielogłosowa, poruszająca powieść, osadzona we współczesnym Gdańsku, w której splatają się losy osób neuroatypowych – ludzi o wielu duszach, zmagających się z codziennością, własną innością i oczekiwaniami otoczenia. Autorka z niezwykłą wrażliwością i szczerością prowadzi czytelnika przez rodzinne traumy, relacje międzypokoleniowe i wewnętrzne przemiany, tworząc mity swojego neuroplemienia. Bohaterowie – Aleksandra, Adam, Sylwia, Klara, Ewa i inni – opowiadają własne historie, łącząc realizm z magią, codzienność z poetycką metaforą, a indywidualne doświadczenia z uniwersalnymi pytaniami o sens, przynależność i odwagę bycia sobą. Zwierzeniom towarzyszy sekretna melodia, ukryta w szumie morskich fal.
To książka o sile wspólnoty, potrzebie akceptacji i budowaniu własnej mitologii – dla wszystkich, którzy czują się inni, ale pragną być usłyszani. „Plemię” zachwyca językiem, głębią emocji oraz autentycznością, i inspiruje do spojrzenia na rzeczywistość z nowej perspektywy. Takiej, w której człowiek ma więcej niż jedną osobowość, a świat jest pełen różnorodnych warstw, czekających na odkrycie.
Przedmowę napisała Agnieszka Paterak (Neuroatypowa).
Tytuł został wydany przy wsparciu Gdańskiego Funduszu Promocji Wydawnictw.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 195
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 40 min
Rok wydania: 2026
Lektor: Magdalena KarelGiurow DianaTomasz TraczyńskiMagdalena WojtachaMarcel BorowiecJulia ĆwianDiana GiurowMaksymilian Bogumił oraz Magdalena Świerczek-Gryboś
Magdalena Świerczek-Gryboś
PLEMIĘ
WIELODUSZA, CZYLI NEURORÓŻNORODNE MITY WSPÓŁCZESNE
Copyright © Magdalena Świerczek-GrybośCopyright © Wydawnictwo kmh media group, 2025 rokProjekt okładki: Jacek Goliatowski
ISBN: 978-83-979196-8-6Wydanie 1Warszawa 2025
Promocja wydawnictwa została zrealizowana przy wsparciu Gdańskiego Funduszu Promocji Wydawnictw.
Prawa do dystrybucji tego wydania oraz audiobooka nagranego na podstawie książki „Plemię” Magdaleny Świerczek-Gryboś należą do Wydawnictwa kmh media group
Niniejszy ebook jest objęty ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom. Jeśli pozyskałeś ten tytuł z nielegalnego źródła i przeczytałeś go, doceń pracę autora - dokonaj zakupu legalnie dystrybuowanej kopii.
Dla męża
bo czołga się ze mną po bardzo cienkim lodzie
Dla damy z borzojami
i Chris z Karlskrony
oraz wszystkich współplemieńców
„Musisz być taka dziwna?”, „Dlaczego nie mogę mieć normalnego dziecka?” – powiedział pewnie niejeden rodzic do autystycznego dziecka. Z jednej strony, być może chciał zwyczajnie wykrzyczeć swój ból i trudności emocjonalne wiążące się z diagnozą. Z drugiej strony, dla tego autystycznego dziecka usłyszenie takich słów prawdopodobnie było konkretnym sygnałem, świadczącym o braku akceptacji jego osoby oraz o tym, że jest niechciane i że rodzicom zawadza. Jako dziecko żyłam z tym uczuciem 24 godziny na dobę przez 18 lat, co daje dokładnie 6575 dni chronicznego cierpienia emocjonalnego, związanego z odrzuceniem mnie przez mamę. Można powiedzieć, że dla mamy stałam się projektem do realizowania o najwyższym priorytecie, niczym pilne zadanie w korpo – projektem naprawy mojej osoby, przemiany mojej głowy na tę „normalną”, bo co ludzie pomyślą, kiedy dowiedzą się, że jej dziecko nigdy nie było, nie będzie i nie jest normalne? Niestety projekt mojej mamie się nie udał, za co została zwolniona ze swojego etatu matki w momencie, kiedy uciekłam z domu. Nie planowałam tego. Po prostu pewnego dnia zrozumiałam, że mój strach przed jej szalonym wzrokiem i przemocą jest tak wielki, że nawet wpojona mi przez nią wizja tego, że nigdy samodzielnie nie będę w stanie funkcjonować, przestała być dla mnie przerażająca.
Bardzo dużo osób zastanawia się, co to znaczy mieć autyzm. Co to w ogóle jest? Choroba? Zaburzenie? Przekleństwo? Dar? Rzecz? Tymczasem ja nieustannie zastanawiam się, co to jest „normalność”, „normy społeczne” oraz kto je ustala i na jakich zasadach oraz według jakich kryteriów?.
Kto ustala kryteria diagnostyczne autyzmu? Wiadomo – mądre umysły, autorytety psychiatrii i psychologii. Stworzyli piękny zestaw „checklist do odhaczania objawów” swoich pacjentów. Masz za mało „checków” na checkliście – wypadasz ze schematu i gry. Nie masz autyzmu. Jesteś „normalny”. Nie wiadomo, czy tu się cieszyć, czy płakać?
Co jest lepsze? Normalność w nienormalnym świecie, nieprzystosowanym do moich potrzeb, czy bycie nienormalnym i nie dbanie o to, co mówią do mnie normy?
Problem jednak tkwi w tym, że człowiek to nie projekt, który można opisać checklistą i zamknąć w jednej szufladce. Wielu specjalistów po najlepszych uczelniach tego nie rozumie. Wszak w jakiejś naukowej książce napisali zestaw teorii XYZ na temat spektrum autyzmu i neuroatypowości, więc tak musi być. Podobno to autyści mają tak zwane „sztywne myślenie”. Dla mnie jednak wiele osób nieautystycznych takie właśnie ma. A co, jeśli to, kto ma sztywne myślenie, zależy od perspektywy myślącego? Najgorzej chyba jest wtedy, kiedy ktoś próbuje się domyślić, co ja myślę, myśląc, że to moja myśl. Tak działa świat ludzi i tak podobno działa normalność. Wielu specjalistów stawia diagnozy, opierając się na checkliście i tych wymyślonych myślach, które nijak nie opisują wnętrza osoby autystycznej. Tworzą opisy w oparciu o checklistę, ale w gruncie rzeczy sami nie rozumieją, o co z tą listą chodzi i skąd biorą się te wszystkie cechy.
Rodzice i rodziny osób autystycznych wiedzą jeszcze mniej, bo tak samo jak nikt nie tłumaczy nikomu zasad gry, jaką jest „życie”, tak samo nie tłumaczy się, jak zrozumieć osobę autystyczną. Dlaczego ta osoba robi tak, a nie inaczej? Dlaczego ma inne potrzeby? Skąd biorą się jej trudności?
Świat widzi autystów jako kosmiczną pomyłkę, dziwny twór człowieka, a potrzeby oraz trudności osób autystycznych dla wielu to FANABERIE. Przecież „kiedyś nie było takich wymysłów”, mówią.
Problem jednak w tym, że to, iż nikt głośno nie mówił o danym zjawisku, nie świadczy o jego nieistnieniu. Jeszcze do lat 80-tych osoby autystyczne i niepełnosprawne były izolowane i ukrywane przed społeczeństwem – w piwnicach, ciasnych komórkach czy pokojach, byleby tylko nikt o nich się nie dowiedział. Tak złamano psychiki wielu wartościowych, wrażliwych i inteligentnych ludzi. Moja też była łamana, a ze skutkami walczę do dziś, próbując to wszystko posklejać w całość i starając się pokazać światu to dziecko, którego ducha brutalnie zamordowano w dzieciństwie, chcąc, aby stało się „takie jak wszyscy”. Ludzie myślą, że wiedzą wszystko o autyzmie, nie wiedząc tak naprawdę nic. Jeśli chce się zrozumieć osobę autystyczną – trzeba by było wejść w jej buty. Na jeden dzień posiadać jej mózg albo chociaż porozmawiać z taką osobą i dowiedzieć się, dlaczego robi/myśli/czuje tak, a nie inaczej. Niczego nie zakładać, wszystkiego się spodziewać.
Chciałabym zaprosić do poznania głębi umysłu osoby autystycznej i szeregu niesprawiedliwości, z jakimi musi się mierzyć. „Plemię” jest książką, która zabiera Cię w niezwykłą podróż – coś jak rodzaj VR, który pokazuje zupełnie inny wymiar. A tak właśnie Magdalena Świerczek-Gryboś pokazuje zupełnie inny sposób postrzegania i odczuwania świata przez osobę autystyczną. Jeśli chcesz naprawdę dobrze stawiać diagnozy, nie kierując się tylko checklistą – przeczytaj „Plemię”. Jeśli chcesz naprawdę dowiedzieć się, co ma w głowie osoba autystyczna – przeczytaj to, co szczerze, autentycznie i od serca napisała Magdalena. Jeśli czujesz, że nigdzie nie pasujesz i że nikt Cię nie rozumie, poznaj treści tu zawarte. Gwarantuję, że każdy z Was przejdzie z główną bohaterką przez niezwykłą podróż po niuansach neuroatypowego mózgu; pozna nie checklistę, tylko człowieka z jego historią, myślami oraz emocjami, oraz to jak musi każdego dnia stawiać czoła nieprzystosowanemu do jego potrzeb światu. Być może to będzie dla kogoś drogowskaz, może inspiracja.
Niczego nie zakładaj, wszystkiego się spodziewaj. Otwartość na drugiego człowieka i jego perspektywę jest najwyższą formą empatii, pomimo własnych przekonań i utartych stereotypów. Dziękuję autorce za tak poruszające przedstawienie obrazu mnie samej i pomoc w pozwoleniu mi na akceptację samej siebie, której nigdy nie zaznałam w rodzinnym „plemieniu”. Być może Ty, czytając tę opowieść, również doświadczysz dla siebie ukojenia, spokoju, wsparcia lub zyskasz zupełnie nowe spojrzenie na neuroatypowy świat. Być może…
Być może właśnie stąpam po molo i wiem, że jeśli tak, to wyglądam jak kwiat. Najpewniej latałyby wokół mnie pszczoły w poszukiwaniu lepkiego nektaru, gdyby nie ostry wiatr, chłoszczący morze i brzeg. Prawdopodobnie to Gdańsk, w większym przybliżeniu – molo w Brzeźnie, stare drewno trzeszczy pod naporem spienionych fal, bryzgających czasem kaskadą kropel ponad barierki. Sądzę, że to zmierzch, i że nie może mnie pokonać, bo skrzę się, jaśnieję jak pokryta rosą. Być może jestem tu sama, ponieważ w swojej głowie każdy jest sam; pstryknięcie, mrugnięcie i już, nikogo nie ma w blasku fleszy wiecznie zwróconych na tego, kto akurat patrzy na świat. Ja, w rozwianej sukience, i nieco zagniewany żywioł, niewyprowadzony jeszcze całkiem z równowagi, ale już o zmrużonych oczach pociemniałego horyzontu. Jeszcze nie wiem, co dokładnie opowiem, jestem wstępem bez żadnego planu, mogę zwrócić się w każdą stronę. Jednak on już uderza o jedną z belek pod moimi stopami, już tam jest, obiecany, przyrzeczony, zapisany w spadku – miałam z nim żyć, a nigdy go nie poznam. Istnieje szansa, że jeszcze o tym nie wiem, że jeszcze stąpam, mało prawdopodobne, lecz możliwe, że boso, z nadzieją, że go jeszcze nie ma i dopiero się zjawi: o własnych siłach, nie na grzbietach fal. Niech da mi Pierwszy Poruszyciel, Demiurg, bym jeszcze mogła pomarzyć, że ów wyczekiwany ujrzy mnie i zachwycę go niczym rozwarty kielich, świeżo rozkwitły, już odważny, lecz jeszcze daleki od przekwitania.
Czy chcieliście kiedyś stworzyć opowieść? Niemal pewne, że mówię wam coś w stylu: najlepsze są te, które rodzą się z mgły, znikąd, bez planu; wyjmij jedną iskrę z rozbuchanego pieca w piersi, zamknij w dłoniach i chuchnij. Lecz przecież moja wzięła się z pieśni, choć stąpając po molo, jeszcze o tym nie wiem. Jeszcze na pytanie: o czym opowiadam? – odpowiem: można założyć, że głęboko gardzę każdym konspektem, że jestem tym, kogo boją się sumienni rzemieślnicy; prawdopodobnie po prostu stoję boso na molo, wdycham ostry, słony wiatr, pode mną lekko podminowane fale łamią żebra, z których jestem, a ja zapuszczam korzenie w drewno, w ciało, w wodę i piach, i – tak, to ma największą szansę, by dziać się na pewno – uchylam kielich wprost w bezmiar.
Później dowiem się, że to bezmiar pełen syren. Że nie znam języka, w którym śpiewają, i nie muszę wierzyć, że robią to dla mnie. To nie ma znaczenia, bo tylko ja je słyszę.
Stąpam po molo i wyobrażam sobie, że po balustradzie rozplenia się bluszcz, a moja pastelowa sukienka – tak rzadko w nich chodzę na co dzień – wygląda jak róża na tle ciemnej zieleni liści i ciemnego błękitu fal. Wyobrażam sobie również, że rozplenieni tu zamiast bluszczu ludzie to omszałe głazy, toczone wiatrem łaknącym zabawy. Wiem, że zaraz to usłyszę, i owszem, jestem doskonałą prorokinią w swym idyllicznym ogrodzie.
– Dziecko, na litość boską, musisz tak kręcić tym łbem? Jak szczeniak? Ellie ma w sobie więcej wdzięku.
Oczywiście, kroczący za mną pies, uszami sięgający mi łokcia, nosi w sobie czar wszystkich baśniowych księżniczek, których tak nie znosiłam w dzieciństwie; gdybym była psem, to najpewniej kundlem z zamiłowaniem do tarzania się w błocie, nie białym borzojem z wrodzoną gracją gwiazdy wybiegu. Przechodzę na lewo, zrównuję się z Ellie i czerpię z jej postawy, by zadowolić babcię: ściągam barki, prostuję głowę, kręcę biodrami i niemal unoszę się na deskach niczym miękkim kobiercu…
– Myślisz, kochanie, że to pies? Że zadowoli go widok suki?
Nauczyłam się nie przejmować słowami babci: bardzo trudno mi ją zadowolić, bo bardzo mnie kocha w bardzo surowy sposób. Często też nie rozumiem niuansów, żartów czy niedopowiedzeń w otaczających mnie wirach słów, i od dawna już nie próbuję się z nimi zmagać.
Wyprzedzam znów nieco moje towarzyszki i spoglądam na nie przez ramię. Najsmuklejszy na świecie pies idzie na luźnej smyczy, przyczepionej do szlufki w koronkowej sukni wiekowej damy. Dama, matka mojej matki, przesiąknięta jest w każdym atomie tym, co ode mnie całe życie się odbijało: wpojonym wzorem kobiecości. Ja jestem „chłopczycą”, „krnąbrnym dziewuszyskiem”, „podmienili mnie”, „mam coś z głową”, „upuszczono mnie w dzieciństwie”. Tylko babcia zdobywała się na takie teksty, bo tylko ona zdaje się odporna na diagnozę, którą otrzymałam w nastolęctwie. Wydawało się, że zupełnie nic dla niej nie znaczy, lecz przecież wkrótce przekonam się, że więcej niż dla mnie.
Odwracam się od koronkowej damy i Ellie, patrzę znów w kierunku morza, ale tylko chwilę, zaraz przymykam oczy. Zieleń, błękit i róża. Czyż nie byłoby wspaniale nosić imię Róża?
Prawdopodobnie mam na imię Róża i właśnie zmierzam ku…
Potykam się. Słyszę ciężkie babcine westchnienie.
Dotarłyśmy do końca molo, babcia przysiada z wdziękiem na ławce, Ellie zamiera przy niej jak posąg, ja opieram się o wyślizganą wodą i dłońmi barierkę. Odwodzę swoje myśli od celu, w jakim się tam zjawiłyśmy, i jestem zdecydowanie w lekkim odrealnieniu, uwikłana w depersonalizację, daleka od siebie, jak najpewniej orzekłby terapeuta. Staram się nie dostrzegać zerkających mężczyzn czy obcinających mnie kobiet. Właśnie dlatego nie lubię sukienek – drażnią innych, znaczą dla nich coś więcej niż zwykły materiał, zdają się zaproszeniem do czegoś, czego nie pojmuję. Odsuwam ich, rozpraszam, pozwalam pnączom porastającym balustradę sięgać ku nim i wtapiać w tło. Po tych starych deskach, uciemiężonych miliardem kroków i drażnionych solą wciskającą się w pęknięcia, miał do mnie przyjść ktoś ponoć ważny i potrzebny w moim życiu.
Ktoś-pamiątek-podarek, tak go nazwałam w dzieciństwie, przysyłający z najróżniejszych zakamarków odległego świata tajemnicze artefakty: włócznie, zęby krokodyli, paciorki, kolorowe chusty, zdjęcia palm, nieznane przyprawy, książki w obcych językach. Gdy podrosłam na tyle, by potrafić się buntować, mówiłam, że to morze wyrzuca śmieci na brzeg, i czasem w złości próbowałam porzucić prezenty na plaży, oddać falom. Nie chciałam w swoim życiu cieni, a on był tylko cieniem, echem, niestrasznym, ale wciąż upiorem pachnącym glonami i prochem. A po katastrofie statku nawiedzał mnie w snach, zagubiony w nich na morzu, już nie w pełni człowiek, acz jeszcze nie całkiem sługa niepojętych głębin.
Latami nie przypływał do najważniejszego portu, TAM, GDZIE JA BYŁAM, omijał go, przekładał powrót, aż – jak poinformowało morze, wyrzuciwszy na brzeg kolejny bezużyteczny świstek, tym razem z medalem – zginął na okręcie. Marynarze usiłowali pomóc rozbitkom i nieumyślnie znaleźli się na nieswoich wodach, niemal natychmiast w związku z tym ostrzelani przez zbuntowane światowe mocarstwo.
Tyle o moim ojcu i dorastaniu bez niego.
Nie chciałam, nie, raczej nie potrafiłam bez monstrualnego wysiłku zmieniać swojego życia – to przecież jedno z wyzwań osób autystycznych. Miałam to nawet w żółtych papierach. A jednak oczekiwano ode mnie, że radykalnie zrobię to po raz kolejny: najpierw musiałam nauczyć się żyć z Ktosiem-pamiątkiem-podarkiem, potem z tym, że z owego człowieka-widmo pozostało już tylko widmo, a teraz przymuszano mnie, bym uznała je znów za istotę z krwi i kości, mało, by jako człowiek objawił mi się tu, na tym molo, bowiem okazało się, że żyje, uratowali go Szwedzi i mieszka od lat na Gotlandii.
Życie to chaos. Tacy jak ja, przyswajający zbyt wiele bodźców i informacji z zewnątrz, nadwyrężeni, potrzebują iluzji porządku. Acz iluzje mają do siebie to, że ich żywot podobny jest bańce mydlanej: łatwo pękają.
Babcia zbywała moje pytania o to, czemuż zmartwychwstały raptem ojciec tyle lat milczał (trzynaście dokładnie), choć dzielił go od Gdańska ledwie kawałek morza (tyle razy odmierzałam cyrklem tę odległość na mapie, że ją podziurawiłam). Właściwie byłam wdzięczna, że babcia nie wciska mi „romantycznych” możliwości: amnezji, choroby i innych domagających się współczucia nieszczęść – nie byłam aż tak naiwna, choć owszem, naiwności mi w sercu nie brakowało. Jako dwudziestoośmiolatka nadal „pozostawałam wewnątrz dzieckiem” i nie miałam ochoty zmieniać tego stanu rzeczy, dlatego też nijak nie walczyłam z gniewem. Byłam jednak również zastygła w stuporze, więc mój umysł miał sposoby na to, by omijać szerokim łukiem konieczność ujścia owej złości. Dzieci uciekają w świat fantazji, a dzieci ubrane w szaty dorosłych posiadają już gruby mur z fantazji wokół siebie, i nigdzie nie muszą uciekać – jedynie odpychać rzeczywistość.
Zieleń bluszczu i błękit fal… nawet już szarość, bo winny zacząć się kotłować… zaraz…
– Morze jest dziś niezwykle gładkie – stwierdzam w nagłym olśnieniu, gdy pozwalam sobie dostrzec to, co jest, a nie, co wytwarzam. Wychylam się przez barierkę. – Jak tafla lustra. Ale! To nie lustro. Zawsze nasiąka kolorem nieba. I zawsze pod taflą jest ciemne. Babciu, dlaczego?
– Bo jest zimne i pełne planktonu – odpowiada ze znużeniem, jak co najmniej od dwudziestu lat; moje zadziwienie światem wciąż nie mija, a jej cierpliwość nadwyrężyła się już dawno. – Och, jak ja bym znów chciała nad Morze Tyrreńskie…
– A ono jaki ma kolor?
– Zgadnij, skoro jest ciepłe i przejrzyste. Ale pełno jeżowców, stopy nie ma gdzie postawić. I meduza może poparzyć. Twojego dziadka poparzyła.
– A nasze czemu nie parzą?
– Czemu, czemu. Nie mówiłam ci tego, dziecko, ale strasznie żeś do ojca podobna. Dumasz nad tym, co po prostu jest, a już dawno powinnaś sama dzieciom takie dyrdymały objaśniać. Jak Boga kocham, to z jego strony muszą być te geny…
Odwracam się do niej. Zapamiętale głaszcze Ellie i przygląda się ludziom z ustami zaciśniętymi tak, że niemal zniknęły. Dopiero teraz można dostrzec, że się denerwuje. Mnie też od razu żołądek zaciska się w supeł. Babcia, moja ciężka kotwica, nie trzyma się tak dobrze stabilnego dna jak zazwyczaj. Potrząsam głową.
Mam na imię Róża i staję naprzeciwko sztormu…
Ale mam na imię Aleksandra i poprzez absolutnie nieruchome powietrze zmierza ku mnie mężczyzna w olśniewająco białym mundurze. Lśni w pstrokaciźnie i burych odcieniach spacerowiczów, wręcz pulsuje na ich tle jak odsłonięty organ. Ręce mi opadają bezwładnie wzdłuż boków, babcia podnosi się, lecz zaraz siada z powrotem i przeklina; jedynie Ellie jest na to wszystko odporna. Wszystko zamiera, choć jednocześnie porusza się bez sensu, szaleńczo wokół, tupot nóg, śmiech dzieci, szczekanie pudla na niewzruszonego borzoja, bluszcz spełza z barierek śmielej i wspina się na ludzi, pochłania ich, czyniąc marynarzowi kobierzec ku mnie. Mam wrażenie, jakby serce pierwszy raz w życiu mi biło, choć tyle razy denerwowało mnie własne tętno, zwłaszcza gdy dudniło przy wysiłku w uszach; teraz jednak wydaje się wreszcie, że to nie mechaniczne bezmyślne kołatanie, a pełne namysłu, czyjeś uderzenia w gong oznajmiający coś szalenie istotnego. Człowiek morza staje przede mną i wtedy dopiero rozumiem to, co babcia dostrzegła już z odległości: ten mężczyzna w bieli podkreślonej czernią akcentów i złotem guzików jest młody, przed czterdziestką.
Świdruje mnie spojrzeniem ciemnych oczu, odwraca się na moment do babci, by pozdrowić ją pełnym szacunku skinieniem głowy, po czym zwraca się znów ku mnie i oznajmia służbowo:
– Panno Aleksandro. Zobowiązany jestem przekazać, że pani ojciec nie żyje. Zmarł dwa dni temu w drodze tutaj, na pełnym morzu.
Bezkofeinowa kawa zmieszana jest z beztłuszczowym mlekiem, na wierzchu ma piankę przyprószoną cynamonem i kardamonem, a podana została w szklance na wysokiej nodze, w której widać równe, naprzemienne warstwy brązu i zgaszonej bieli. Kontempluję ją w wewnętrznej ciszy; nie słychać już serca, nie ma nawet bulgotania w brzuchu, a przede wszystkim – rozpędzone zazwyczaj myśli zniknęły. Często marzę o stanie takiego spokoju, bo irytuje mnie ten nieustanny wewnętrzny jazgot, wytwarzany przez organizm i umysł, teraz jednak nie czuję się z ciszą komfortowo. Liczę warstwy kawy, nawet ziarenka przypraw, byleby coś się w środku mnie rozlegało.
– Cóż to się stało z moim zięciem, panie Wicie? – odzywa się po wielominutowej ciszy babcia. Jest z tym sama, na pewno jej nie pomogę; właściwie zaraz zerwę się i ucieknę na plażę. Morze zawsze choćby lekko się kołysze, wypełnię uszy jego jednostajnym, odwiecznym szumem.
Oficer nawigacyjny Wit Miałkowski starannie zastanawia się nad każdą wypowiedzią, nim wypadnie z jego ust na świat i stanie się nieodwołalna. To z całą pewnością „rozsądny człowiek”, faworyzowany przez babcię rodzaj młodych mężczyzn. Regularnie posyła mnie z takimi na spacery bądź do kina, ale ja potrafię jedynie zauraczać się platonicznie, najlepiej w nieosiągalnych typach, dawno zmarłych poetach czy zagranicznych piosenkarzach, a ci, z którymi się spotykam, zawsze chcą choć dotknąć dłoni. Nie gniewam się na nich, takimi ułomnymi uczyniła ich natura. Muszą się w nas wdzierać, bo przestaniemy istnieć.
Ja jednak nie znoszę dotyku i nie przekażę osobliwych genów dalej. Przychodzi mi z łatwością nie marzyć o obrzydliwych opuchliznach, krwawych porodach i wrzeszczących małych istnieniach, które słusznie rozdzierającym płaczem reagują na ten marny świat.
Nie, nikt mnie nie dotknie, nic mnie nie rozerwie. (Rozumiem chyba raptem, o co chodzi z sukienkami: skrojone są często tak, jakby zapraszały do dotyku). I ta sytuacja też nie powinna mnie dotykać. Przecież tak właściwie to już się kiedyś stało, już to przerobiłam. Więc czemu jestem dotknięta do żywego?
– Zaniemógł. Lekarz twierdzi, że nie wytrzymało serce. Ostateczną odpowiedź da sekcja.
– Chorował?
Zerkam na Wita. Jego twarz pozostaje kamienna, lecz w oczach kłębi się jakiś tumult. Zazdroszczę mu. Wracam spojrzeniem do brązowych ziarenek.
– Bał się, pani Sylwio. Od piętnastu lat nie schodził na ląd.
Nie muszę podnosić wzroku, by wiedzieć dokładnie, w jaki sposób babcia marszczy surowo brwi.
– Jakże to?
– Po katastrofie bał się pływać, ale i na ląd nie umiał zejść. Jeden Szwed oddał mu swój zepsuty statek i kapitan Lachman zamieszkał na nim w porcie.
Wiem, że oczy babci kierują się ku mnie, zupełnie jakby to bluszcz wystrzelił z jej oczodołów i oplatał mi ciasno głowę.
– Ktoś go zbadał?
– Wielokrotnie – mówi Wit. – Na szczęście nie miał oporów, żeby wpuszczać lekarzy na statek. Lekarzy i marynarzy miał w poważaniu.
– Jego matka była lekarką – mruczy babcia.
Zapada cisza. Jestem gotowa w każdej chwili zerwać się z miejsca niczym łania. Ellie przygląda mi się mądrymi oczami spod stolika, jakby wyczuwała moje napięcie. Taras, na którym siedzimy, jest oszklony, i czuję się w nim niczym eksponat muzealny. Muszę wydostać się z tej gabloty wypełnionej martwotą, ale wciąż jeszcze nie mogę. Tymczasem Wit długo przeżuwa słowa.
Jasnobrązowa warstwa. Kremowa warstwa. Ciemnobrązowa warstwa. Biała warstwa.
– Prawdopodobnie schizofrenia – pada wreszcie.
– Panie Wicie, klaster schizofrenii jest podobny do spektrum autyzmu – babcia zaskakuje mnie tym, że jednak posiadła wiedzę w tym zakresie – a Aleksandra została poddana z pewnością wnikliwszej diagnozie i umieszczona w spektrum, wątpię więc…
– Pani Sylwio, zarówno osoby z zaburzeniem autystycznym, jak i dwubiegunowym oraz schizofrenią współdzielą nieprawidłowości konkretnych genów, nie dojdziemy już raczej, co dokładnie dotyczyło kapitana Lachmana, jednak objawy wytwórcze…
– Ola nie pogrąży się w szaleństwie! – To babcia wstała, ja, choć niedawno wyrywałam się do ucieczki, zamieram w ciszy tak głębokiej, jakbym zanurzyła się w głębię morza. Wszystko blednie i rzednie naokoło, jak gdyby znad Bałtyku niepostrzeżenie nadciągnęła mgła, i tylko taras kawiarenki pozostaje wyraźny.
Ellie zwraca pysk ku Miałkowskiemu; ma w tej chwili idealne warunki, by złapać wkurzającego jej panią jegomościa za najczulsze miejsce. A choćby nie wiem, jak ułożona, to wciąż jeden z najdoskonalszych myśliwych, jakich wypracowały manipulacjami genetycznymi ludzkie zachcianki.
– Nikt nie twierdzi, że pannę Aleksandrę spotka los ojca. – Marynarz traci opanowanie, jego głos zdradza, że się boi, nie borzoja jednak; zdradza, że Lachman coś dla niego znaczył. Wit obawia się podać w wątpliwość wyjaśnienia, które pozwoliły mu zachować spokój wobec śmierci mojego ojca.
Słyszę to w jego głosie; mój mózg ma problem z selekcją danych, dopuszcza ich do mnie nazbyt wiele, a ja, by sobie z tym radzić, zaraz przypisuję im etykiety i znaczenia. Mam rację bądź nie, ale to nieważne, istotne, że ten głos, z nazbyt wieloma treściami, rezonuje w mojej wewnętrznej pustce i powoli wyłaniam się z otumaniającej mgły.
– Poza tym – kontynuuje mężczyzna – terapia i leki spowodowały wyraźną poprawę, dzięki czemu kapitan zdecydował się na powrót…
– Po latach udawania trupa!
Ludzie zerkają na nas, ciekawi cudzej niedoli i pikantnej afery. Wstaję lekko jak duch, prawdopodobnie mam na imię Chryzantema i czyjaś dłoń sięga ku mnie, by mnie ściąć na pogrzebową wiązankę, uchylam się przed nią, moje korzenie z łatwością wydobywają się z gruntu, idę na tych chwiejnych nogach, mijam molo, schodzę na plażę, nie potrafię przebić wzrokiem mgły, woda niespodziewanie obmywa mi nogi, sól szczypie w otarcia od nowych butów, te mam w ręce, stopy skrywa mi spieniona fala. Morze jest ogromne i okrutne jak świat, a ja stoję na brzegu i przeklinam, że to wiem, że nazbyt spolegliwa gwiazda pozwoliła jednemu z gatunków wykształcić skomplikowany mózg, a potem niektórym z jego przedstawicieli ten mózg się splątał i wypaczył.
Molo raptem trzeszczy głośno i wiem, że to trzask żeber Adama Lachmana.
Gdańsk ma warstwy.
Podczas remontu ulicy Pańskiej doszło do odkrycia murów budynku z XIV wieku. To dom beginek, dawnych opiekunek potrzebujących, więcej o nim niczego nie wiadomo – nie zachowały się na jego temat żadne dokumenty. Na ulicy Węglarskiej jakiś czas wcześniej również odkryto mury, gdy tylko zabrano się za prace remontowe. Nie inaczej był rok wcześniej na Okopowej i Augustyńskiego. W tym mieście nie możesz podnieść jednej kostki z bruku bez archeologa. Pod naszymi nogami istnieje zupełnie inne, martwe już miasto.
Ja też mam warstwy.
Gdy sądzę, że docieram do sedna, okazuje się, że jestem jedynie płytko pod powierzchnią. Gdy chcę położyć nową, gładką i mniej zawodną w czasie niepogody nawierzchnię, by ulżyć nogom w wędrówce przez pogmatwane uliczki życia, wypełzła spod zerwanej warstwy relikt. Jestem rozgrzebana, naruszona, a na spójność, jakiś klarowny obraz, który wyłoni się z wykopalisk – nie ma co liczyć. Nie jestem rodzajem bohaterki, którą łatwo opowiedzieć i porwać tą historią słuchacza, blaszany chłopcze. Robimy wszystko, ja też wciąż to robię (nawet może bardziej niż inni, bo przecież bardziej wszystkiego się boję), by uporządkować rzeczywistość. Tymczasem rzeczywistość, tak jak ja, to…
W rzeczywistości mam na imię Chaos.
Siedzę na spękanej płycie na terenie postindustrialnej Stoczni Cesarskiej, pełnej obdrapanych hal, otoczonej zewsząd okrętami i żurawiami. Macham nogami nad powierzchnią Motławy i patrzę na Rozbitków wychodzących z wody. Stworzone ze złomu rzeźby ochrypłymi od rdzy głosami mówią moim oczom o nadmiernej konsumpcji. O tym nieosiągalnym porządku i odgradzaniu się od chaosu stosami przedmiotów, zaległymi potem na stosach odpadów. Co z tym zrobią kolejne pokolenia? Z brudami ojców? Poślą w kosmos? Człowiek. Potomek. Przodek.
Na drugie mam Piętno.
Palę długiego papierosa, którym poczęstowała mnie Klara, i piję różowe wino z plażowej minibutelki, a słońce płynnie opada, zdaje się nadziewać na portowego żurawia. Tak naprawdę jednak ja przekręcam się wraz z tym, co mnie do siebie przybiło grawitacją, to zawsze tak szalenie fascynujące, że z dużą prędkością wraz z tym krążę i się obracam. Spoczywam na ramionach olbrzymich trybów niczym płatek łupieżu. Papieros jest gorzki, mocny, a wino kwaśne, wytrawne. Właściwie jedno i drugie (palenie i picie) mnie obrzydza, ale jedno i drugie również mnie pociąga – coś nieludzkiego, idealnego we mnie chciałoby być nieskalane; inne, cielesne, niosące gdzieś pod skórą bestię w wilczej postaci, pragnie być ubłocone, pokryte sokami chuci, krwią, z brzuchem pełnym wilczych jagód, i w takim właśnie stanie prowokować śmierć.
Na trzecie mam Kakofonia.
