Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pierwsza z serii trzech powieści autorstwa Constance Debré, byłej adwokat, córki wysoko urodzonej baskijskiej modelki i francuskiego dziennikarza z rodziny od pokoleń należącej do politycznego establishmentu. Play boy to dziennik kobiety, która odchodzi od męża, od doniosłego zawodu, porzuca rodzinę, życie pod stałym adresem, która przekreśla rodowód. To dziennik kobiety, która wybiera kobiety, to dziennik maksymalnego wkurwienia, próba spisywania kolejnych etapów w odnajdywaniu siebie, lub odtwarzaniu siebie na nowo, próba spisywania swej egzystencjalnej tułaczki, miłosnych uniesień, seksualnych eksploracji i ponoszonych za wszystkie swoje wybory konsekwencji. Play boy to odzwierciedlanie życia w literaturze, jego rekonstrukcja poprzez literaturę, to nawet forma istnienia. Play boy jest jak skok w zimną wodę, to szok termiczny, który szybko zmienia się w ruch i krótkimi rozdziałami mknie niczym pociąg TGV. Znany magazyn kulturalny napisał, że to Masakra piłą łańcuchową w artykule z Wikipedii. Być może. To w każdym razie narodziny pisarki. Jej odrodzenie się w języku. A najlepsze jest to, że to dopiero początek. Play boy to bardzo bezpośrednia, minimalistyczna, aczkolwiek bardzo sugestywna narracja o rozpadzie małżeństwa, dojrzewaniu do ujawnienia swego homoseksualizmu, decyzji porzucenia intratnego zawodu adwokata i poświęceniu się pisarstwu, o odrzuceniu burżuazyjnego stylu życia.
Constance Debré (ur. 1972) - była adwokat, jest francuską powieściopisarką, jedną z pierwszoplanowych przedstawicielek współczesnej autofikcji. Autorka tryptyku Play boy (2018, nagroda Prix de la Coupole), Love me tender (2020, nagroda Prix des Inrockuptibles) i Nom (2022). Autorka odchodzi od pisania w pierwszej osobie na czas powieści Offenses (2023) inspirowanej historią mężczyzny, którego broniła w procesie za morderstwo popełnione na sąsiadce.W powieści Protocoles (2026) autorka porusza temat kary śmierci, metod i warunków, w jakich wykonywane są egzekucje w Stanach Zjednoczonych.
Lubiliśmy za to wstawać rano i dziwić się, jak to możliwe, żeby mieć tak cholernie nudne życie. Bawiło nas to. Na tym się to opierało. Dopiero kiedy zaczęliśmy żyć we troje, układ jakoś przestał funkcjonować. Z powodu żarcia moim zdaniem. Sobotnie zakupy, żeby zapchać lodówkę całą kupą świństw. A później ten ogrom czasu zmarnowany na przerabianie tego na gówno. Żarcie i cała reszta. Wspólne wakacje, przeróżne graty itd. Nie było już miejsca na pustkę. Laurent był szczęśliwy. Zauważyłam też, jak znajomi zaczęli nagle do mnie mówić. Ta ckliwa ściema, w której chcieli mnie widzieć. Ich kretyńska radość. Zwłaszcza ci, którzy znali mnie od dziecka. Czuli ulgę. Myśleli sobie, że w końcu na dobre opuściły mnie te chłopaciarskie fanaberie. To właśnie przez to wszystko postanowiłam od niego odejść.
fragment książki
Tłumacz otrzymał stypendium z Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 126
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Constance Debré, Play boy przełożył Jakub Polaszczyk, Kraków 2026
© Editions Stock, 2018 Copyright © for the translation by Jakub Polaszczyk 2026 Copyright © for this edition by Wydawnictwo Ha!art, 2026
Wydanie I
ISBN 978-83-67713-90-0
Redaktor prowadzący · Piotr Marecki
Redaktorka inicjująca · Aleksandra Małecka
Redakcja · Weronika Klimowicz-Kozłowska
Korekta · Agata Moskal i zespół
Zdjęcie Autorki na okładce · Monica Nouwens
Projekt okładki · Michalina Jurczyk
Projekt typograficzny · Marcin Hernas
Skład i łamanie · By Mouse | www.bymouse.pl
E-book · eLitera s.c.
Tłumacz otrzymał stypendium z Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS
Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026.
571. publikacja wydawnictwa
Wydawnictwo Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 795 124 [email protected]
Wydawnictwo Ha!art
@wydawnictwohaart
@wydhaart
SERIA ESEJ
W SERII UKAŻĄ SIĘ:
Edward Abbey, Pustynna samotnia. Sezon w dziczy, przełożył Miłosz BiedrzyckiChristophe Guilluy, No society, czyli koniec zachodniej klasy średniej, przełożył Jakub DąbrowskiKenneth Goldsmith, Nietwórcze pisanie. Zarządzanie językiem w erze cyfrowej, przełożył Piotr SiweckiNawet języka nie miałam śmiałości wkładać, jak pierwszy raz całowałam się z dziewczyną. To już było po związku z Laurentem. Wcześniej niby umiałam, ale to była czysta teoria. Za drugim razem się przełamałam. Poleciałam z nią ostro w ślinę. Dumna byłam jak facet, że lizałam się z modelką. Był pewien postęp. Jeszcze się trochę cykałam, ale już mniej. Tyle że za każdym razem na tym się to kończyło. To znaczy: to raczej one poprzestawały na tym ze mną. Laski hetero, które coś tam ledwo zaczynało nurtować, a które nagle łapały zawieszkę. Dziewczyny młodsze ode mnie, ale jednocześnie takie jak ja. Agnès to co innego. Ona ma pięćdziesiątkę, jest mężatką, ma dzieci. To kobieta. To znaczy, ja też jestem po ślubie i mam syna, ale to nie to samo. Choćby dlatego, że rozstałam się z Laurentem. Ale to nawet nie o to chodzi. Zresztą sama się dziwię, co mnie w niej pociąga. Nie wydaje mi się też, żeby była jakoś szczególnie piękna. Nie lubię jej imienia. Nigdy go nie wymawiam.
Pokazuję legitymację żandarmerii. Wybieram kawę z automatu. Palę papierosa. Zakładam togę. Kolega opowiada mi o swojej sprawie. Kłania mi się kancelistka. Wychodzący z Sainte-Chapelle turyści pytają się mnie where are the toilets. Czeka ich tam niesamowita atrakcja, wszędzie rozbryzgane gówno, a na ścianie graffiti „tu Arab obciąga lachę”. Tak na wszelki wypadek: jestem z wyższych sfer. Od strony matki mamy nawet parę księżnych. To dlatego tak mówię. Cała arystokracja używa takiego języka. Uwielbiają to. Ja też to uwielbiam. Nigdzie nie usłyszycie prawdziwego akcentu snobów. Ponoć i ja go mam. Mówimy tak pewnie, bo się nam, ludziom z wyższej burżuazji, bardziej niż innym przewracają flaki od tej egzystencjalnej nudy. Tak samo jak biedocie. Tej prawdziwej biedocie. Tej, co się gnieździ na przedmieściach. Co jej pełno wszędzie. Więc się mścimy na języku. Daje to trochę ulgi w oczekiwaniu, żeby się coś w końcu w życiu wydarzyło. Otwieram pikowane drzwi sali rozpraw. Woźny sądowy jest niesamowicie przystojny. Pedał. Na dodatek Arab. Zazwyczaj na te stanowiska biorą upośledzonych. Przepuszcza mnie przed innymi. Zaczynam obronę. Handel haszem. Ale ekipa. A handel jaki. Przemawiam spokojnie. Podchodzę pod mównicę. Sędziowie słuchają. Podchodzę bliżej. Nawet nie przemawiam, a opowiadam. Opowiadam im to, co chcą usłyszeć. Dobry chłopak. W dobrej szkole. Z dobrej rodziny. Nawet prokuratorka domaga się zawiasów. Sądy murem stoją za burżuazją. Tak poznałam Agnès. Broniłam jej syna. Oczywiście nie poszedł siedzieć. Ludzie z tej kasty nie idą do pierdla.
Zwracają się do mnie per mecenas. Nie na pani. Wykonuję męski zawód, w którym nosi się suknię. Jest też nawet swego rodzaju krawat o dosyć fallicznym kształcie, który nazywa się żabot i który sobie miętolę w trakcie rozpraw. Toga raczej nie pasuje kobietom. Kobiety są zbyt wątłe, by ją nosić. Mi pasuje. Jej czerń jest piękna. A jeszcze z bielą żabotu wygląda się jak Grand Hiszpanii. Mam nawet prawo do ozdoby z gronostaja na szarfie. Choć tak naprawdę to królicze futro. Ale wygląda luksusowo. Odpowiada mi ta robota. Nikt nie widzi moich zafajdanych jeansów pod togą, nikogo nie obchodzi, gdzie jestem, kiedy nie ma mnie w kancelarii, nikt nie podważa moich słów, kiedy bronię oskarżonych, nikt nie sprawdza, co robię, czym się zajmuję, co myślę, co mówię. Żywię sympatię do winnych, do pedofili, złodziei, gwałcicieli, włamywaczy, morderców. To niewinnych i ofiar nie potrafię bronić. Nie żeby fascynowały mnie ich występki. Fascynuje mnie to, do jakiego stopnia się może gość upodlić. I trwać w tym w ciszy. Bez żadnego szemrania. Trzeba specjalnej odwagi, by zaliczyć taki upadek. Patologiczne dzieciństwo, rodzice nałogowcy czy życie bez perspektyw z powodu biedy nie są wystarczające. To dobry początek, ale potrzeba czegoś więcej. Lubię ich, fakt, ale z daleka. Moja rola nie polega na tym, by ich ratować. Kiedy zaliczają dwadzieścia lat odsiadki, to nie moja sprawa. Jeśli mieli okropne dzieciństwo albo jeśli będą zdychać w jakimś zasyfiałym więzieniu, to nie mój problem. Robię tak samo jak inni, to jest mój kawałek chleba. Ich życie z jednej strony, moje z drugiej. Patrzę na nich i kładę lachę na to, czy dalej będą siedzieć w bagnie. Bo mam swoje. Jest mniej przypałowe, ale poza tym nie różni się niczym od ich syfu. Najważniejsze, żeby dobrze bronić klientów. Ja dobrze ich bronię. To nie takie trudne. Zresztą to jedna z niewielu rzeczy, które tak naprawdę potrafię robić. Może jeszcze prowadzić też potrafię. Co do reszty, to nie za bardzo sobie z nią radzę. Ale nie wydaje mi się, żeby stanowiło to jakiś wielki problem. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, żeby koniecznie ze wszystkim umieć sobie dobrze radzić. Rzecz jasna, to nie jest też jakiś nie wiadomo jaki zawód. To jest zawód nawet dosyć przeciętny. Ale przynajmniej nie spędzam życia w biurze, nie mam nad sobą żadnych szefów i zarabiam trochę kasy. Od zawsze miałam problem z pieniędzmi. Stresuje mnie zarabianie większej kasy. Jak bieduję i mam przy dupie komorników, to wtedy dopiero czuję się jak u siebie.
