Platforma - Roger Levy - ebook + książka

Platforma ebook

Roger Levy

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Na pustynnej planecie poznaje się dwóch chłopców. Ta przyjaźń na zawsze odmieni losy ludzkiego społeczeństwa.

Na smaganym wiatrem Ponurze seria morderstw naprowadza pisarkę na trop historii o niewiarygodnych konsekwencjach.

Pewien człowiek cudem uchodzi z życiem z okrutnego ataku, ale pozostaje z chorobliwą fascynacją śmiercią. To czyni go idealnym kandydatem do niebezpiecznej pracy na platformie.

Witamy w Układzie. Porzucono tu pojęcie Boga, a jego miejsce zajęła nowa wiara: PozaŻycie – platforma społecznościowa dająca subskrybentom szansę na zmartwychwstanie dzięki głosom innych użytkowników.

Tyle istnień splecionych ze sobą na zawsze, a pośrodku tego wszystkiego jedna konstrukcja. Platforma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 627

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Rig

Copy­ri­ght © 2018 by Roger Levy Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG This trans­la­tion of The Rig, first publi­shed in 2018, is publi­shed by arran­ge­ment with Titan Publi­shing Group Ltd.

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Bar­tosz Szpojda Pro­jekt gra­ficzny serii oraz opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68919-74-5

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Tiny, Geo­r­gii, Alexa

1. Alef

1.

Alef

Witamy w Poza­Ży­ciu.

Wybra­łeś obiekt: [xx] (ogra­ni­czony dostęp)

Nazwi­sko obiektu: Alef Sel­sior

Stan obiektu: nie­okre­ślony. Stan fizyczny: rigor vitae. Poważne urazy: brak. Poważne cho­roby: brak. Stan świa­do­mo­ści: hiper­som­nia.

Uwaga spe­cjalna: Obiekt nie jest dostępny do gło­so­wa­nia. To Życie jest nie­sfi­na­li­zo­wane i dostępne wyłącz­nie w celach naukowo-badaw­czych. Nie jest obec­nie dostępne przez funk­cjo­nal­ność loso­wego wyszu­ki­wa­nia.

Pro­szę wybrać kry­te­ria prze­glądu:

Całe życie | Zda­rze­nia klu­czowe?

Dzię­kuję za wybór Zda­rzeń klu­czo­wych.

Kolej­ność: chro­no­lo­giczna | przy­pad­kowa?

Dzię­kuję za wybór kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej.

Z wnio­skami | Bez wnio­sków?

Dzię­kuję za wybór Z wnio­skami.

Pro­szę potwier­dzić kry­te­ria.

Dzię­kuję za wybór: Alef Sel­sior, życie, zda­rze­nia klu­czowe w kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej z wnio­skami.

ZKL 1: Arkestra

Nazy­wam się Alef Sel­sior. Jestem jedy­na­kiem.

Uro­dzi­łem się i wycho­wa­łem we wsi w zamknię­tej spo­łecz­no­ści pla­nety Gehenna. Nasza wieś nazy­wała się Jer­Sa­lem. Mój ojciec, Saul, był sta­ty­sty­kiem i pro­wa­dził drobną binarną dzia­łal­ność dorad­czą. Matka, Marita, śpie­wała w kościel­nym chó­rze i pie­kła ciastka.

Z tru­dem przy­po­mi­nam sobie moje życie sprzed przy­lotu Pel­lon­horca i jego matki. Może cho­dzi o wiek – przy­je­chał, kiedy mia­łem osiem lat – myślę jed­nak, że głów­nie dla­tego, że spadł na nas jak wiro­bu­rza1, zmie­nia­jąc wszystko i rzu­ca­jąc głę­boki cień na wszystko, co przed nim.

Jedną rze­czą, którą pamię­tam z cza­sów przed Pel­lon­hor­kiem, jest to, jak na Gehennę przy­była arke­stra. Wspo­mi­na­łem to zda­rze­nie tyle razy, że czuję się młody i stary, jed­no­cze­śnie mądry i naiwny – cho­ciaż po namy­śle widzę, że wła­ści­wie zawsze się tak czu­łem.

Żeby usły­szeć arke­strę, poje­cha­li­śmy do miej­skiej kate­dry; była to cało­dzienna podróż. Nie licząc usy­pia­nek, Gehenna nie miała za wiele muzyki, poza hym­nami i kolę­dami, a od Pie­śni, którą nazy­wano tu por­no­wer­sum, cał­ko­wi­cie się odcięła. Muzyka arke­stry była więc czymś nowym. Oczy­wi­ście pod­czas pobytu na Gehen­nie zezwo­lono jej grać tylko bożą muzykę. Hymny i kolędy.

Do mia­sta poje­cha­li­śmy busem. Byłem tak pod­eks­cy­to­wany, że pod­czas startu nie mogłem się sku­pić na modli­twach, mam­ro­ta­łem je bez­myśl­nie. Przez to poczu­łem się odpo­wie­dzialny, kiedy tra­fi­li­śmy na tur­bu­len­cję; pamię­tam także, że ksiądz w kap­sule patrzył na mnie oskar­ży­ciel­sko. Wie­dzia­łem, że jeśli się roz­bi­jemy, to będzie moja wina, on jed­nak nic nie powie­dział, a ja resztę podróży spę­dzi­łem na despe­rac­kich modli­twach.

W mie­ście pole­cie­li­śmy wzdłuż rzeki loto­cy­klem. Ni­gdy wcze­śniej nie byłem w loto­cy­klu ani nad rzeką, lecz pamię­tam tylko, jak się modli­łem, żeby kabina wytrzy­mała napór gazo­wych wirów i żeby­śmy nie zato­nęli w bło­cie i nie tra­fili do pie­kła pod spodem.

Kate­dra była ogrom­nym sta­dio­nem. Gdzie indziej w Ukła­dzie takie obiekty słu­żyły do sportu. Widzia­łem ją na naszej domo­wej ekra­nii, a także oczy­wi­ście w kościele, ale kiedy usia­dłem na try­bu­nach pomię­dzy dzie­siąt­kami tysięcy wier­nych, poczu­łem się jak wnie­bo­wzięty. Nasz kośció­łek z Jer­Sa­lem mógłby sta­nąć na ogrom­nej pły­cie w dole pod nami i miałby naokoło taką połać trawy, że nie dał­bym rady dorzu­cić do niego piłką. Wielki sta­dion był otwarty, a niebo toczyło się nad nami, chmury roz­wi­jały swe potworne kształty, dia­beł kusił nas, byśmy wyobra­żali sobie naj­gor­sze. Nie pod­no­si­łem wzroku, tak mnie uczono. Widzia­łem miej­sca, z któ­rych zde­mon­to­wano stosy, nor­mal­nie pousta­wiane wokół owal­nego boiska – można je było poznać po krę­gach spa­lo­nej ziemi. Kiedy cze­ka­li­śmy na arke­strę, na ekra­nii wokół płyty poka­zy­wano histo­ryczne spo­wie­dzi. Przy­zna­wano się w nich do apo­sta­zji, bał­wo­chwal­stwa, here­zji, spo­ra­dycz­nie do pospo­li­tych prze­stępstw.

Myślę teraz o tam­tym dniu i nie mogę w to uwie­rzyć. Dziwne to. Całe moje dzie­ciń­stwo – przed Pel­lon­hor­kiem – wydaje mi się cza­sem nie­win­no­ści. Gehenna mie­niła się nie­winną pla­netą, a jej kapłani rygo­ry­stycz­nie tej nie­win­no­ści bro­nili.

Lecz co to takiego nie­win­ność? Czy można patrzeć otwar­tymi oczyma na świat i na­dal ją zacho­wać? Można zamknąć oczy na życie i mie­nić się nie­win­nym?

Czy ja tak mogę, po wszyst­kim, co widzia­łem i co zro­bi­łem? I kto może mnie osą­dzić? Nie może osą­dzać nikt, kto nie może zro­zu­mieć.

Atmos­fera w kate­drze była cudowna. Nie­zwy­kłe poczu­cie wspól­noty. Sie­dzia­łem pomię­dzy rodzi­cami na wyso­kiej try­bu­nie, trzy­ma­jąc ich za ręce. Matka miała rumianą twarz. Ojcu błysz­czały oczy. Gapi­łem się na płytę jak ocza­ro­wany. Dziw­nie było widzieć na tej tra­wie coś innego niż grupy potę­pio­nych. Powie­trze prze­ci­nały muzyczne nuty, gdy muzycy przy­go­to­wy­wali instru­menty. Nawet teraz pamię­tam ide­alną przy­pad­ko­wość tych dźwię­ków, cał­ko­wity brak porządku w nutach i akor­dach. Tę wol­ność.

Pul­pit kapłana na dru­gim końcu płyty był tak daleko od naszych miejsc, że strzy­kało nas w szy­jach, kiedy je wycią­ga­li­śmy, by lepiej go widzieć na wyso­kiej ekra­nii. Dzi­siej­szym kazno­dzieją był ojciec Szeol. Sta­nął tam i roz­po­starł ręce.

Ojciec Szeol był legen­darny, był stary, miał pra­wie pięć­dzie­siąt lat, ale wciąż pełen pie­kiel­nego ognia. Jego głos nie zgry­wał się z poru­sze­niami ust na ekra­nii, jakby prze­ma­wiał do nas z nieba.

– Witaj­cie – zagrzmiał.

Ryk­nę­li­śmy w odpo­wie­dzi; przez sta­dion prze­szła fala rado­ści.

– Witamy także Arke­strę Ama­de­usza.

Wypo­wie­dział to imię sta­ran­nie. Na Gehen­nie imiona miały wielką wagę i długo deba­to­wano nad podo­bień­stwem Ama­de­usz-Asmo­de­usz, zanim wydano arke­strze zgodę na lądo­wa­nie. Człon­ko­wie arke­stry prze­rwali przy­go­to­wa­nia, żeby skło­nić się wier­nym i odpo­wie­dzieć na powi­ta­nie.

– Zebra­li­śmy się tu po to, by współ­od­czu­wać piękno bojaźni bożej – obwie­ścił. – Jeste­śmy tu, by sobie przy­po­mnieć o poku­sie w górze, karze w dole, cier­pie­niu tu i teraz oraz nagro­dzie poza tym życiem. My, miesz­kańcy Gehenny, witamy Arke­strę Ama­de­usza i przy­po­mi­namy jej o bojaźni bożej.

Kilku człon­ków arke­stry wró­ciło do przy­go­to­wy­wa­nia instru­men­tów. Lecz zamarli, gdy ekra­nia wokół opu­sto­szała i przy­brała pie­kielną czerń.

Ojciec Szeol kon­ty­nu­ował:

– Dzi­siaj Gehenna wita nie tylko Arke­strę Ama­de­usza, ale także oczy Gór­nych Świa­tów.

Po reak­cji ludzi wokół widzia­łem, że to nie­spo­dzie­wane. Póź­niej oglą­da­łem zapisy tego zda­rze­nia, te, które ist­nieją. Ojciec Szeol wygląda na małego, a głos ma cie­niutki. I za każ­dym razem, gdy powta­rza nazwę arke­stry, brzmi coraz podob­niej do Asmo­de­usza. Asmo­de­usz to jedno z imion dia­bła.

Dla­czego ojciec Szeol i jego Mini­ste­rium mie­liby pozwo­lić Gór­nym Świa­tom (jak okre­śla­li­śmy resztę Układu) gapić się na nas? Górne Światy to agen­tura dia­bła, a my oto pozwa­lamy, by Gehenna była widoczna w por­no­wer­sum. Co za grzech się tu popeł­nia i przez kogo?

Szmery roze­szły się po całej kate­drze. Wszy­scy pomy­śleli to samo: Dla­czego w naj­boż­sze z bożych miejsc wpusz­cza się por­no­wer­sum?

Pie­kielna czerń ekra­nii powoli się roz­ja­śniła, poja­wiły się nowe sceny. Nie były to jed­nak typowe spo­wie­dzi, lecz retry­bu­cje.

Dziw­niej i dziw­niej. Nie stan­dar­dowe pale­nie poje­dyn­czych grzesz­ni­ków na sto­sie, lecz masowa egze­ku­cja ludzi ska­za­nych na cze­luść. Na ekra­nii poja­wił się tłum roz­trzę­sio­nych męż­czyzn, kobiet i dzieci, sto­ją­cych na pły­cie nad cze­lu­ściami, cze­ka­ją­cych, aż roze­wrą im się pod sto­pami.

Pomy­śla­łem, jakie to musi być odstrę­cza­jące dla arke­stry – sie­dzieć na zbu­do­wa­nej w tym miej­scu estra­dzie. Lecz obrazy na ekra­nii nie poka­zy­wały samego otwar­cia się cze­lu­ści, teraz więc rozu­miem, że muzycy nie mieli szans na zro­zu­mie­nie ich sensu i tego, co będzie dalej. Wie­dzieli o Gehen­nie tylko tyle, że mają oka­zję zagrać przed ogromną, cał­kiem nową publicz­no­ścią na jed­nej z dwóch zamknię­tych pla­net – drugą była obse­syj­nie skryta (aż po strze­że­nie wła­snej nazwy) nie­wy­mowna pla­neta – i jed­no­cze­śnie przed całym Ukła­dem.

Na pul­pi­cie kazno­dziei widać było mały pro­sto­kąt – oło­wianą skrzy­neczkę ze zło­tymi orna­men­tami na brze­gach. Ojciec Szeol sta­nął za nią wypro­sto­wany i zro­bił krótką pauzę. Wszy­scy wie­dzieli, co jest w środku. Otwie­rana była raz do roku i dzi­siaj nie był ten dzień.

Skło­nił głowę, na chwilę zło­żył dło­nie do modli­twy, potem roz­po­starł palce i nasu­nął na dło­nie parę cięż­kich, czar­nych ręka­wic, prze­su­wa­jąc powy­żej łokci dłu­gie rękawy oło­wia­nej kol­czugi, a potem nachy­lił się i poło­żył ręce na wypu­kłym wieku skrzynki. Wziął głę­boki oddech i zamknął oczy.

Jed­nym gład­kim rytu­al­nym ruchem otwo­rzył skrzynkę, się­gnął do środka, cof­nął dłoń i pozwo­lił wieku opaść.

Wiwa­to­wa­li­śmy, gdy uniósł księgę wysoko. Cała kate­dra dygo­tała od eks­ta­tycz­nego entu­zja­zmu. To była boska Bublia, a ojciec Szeol trzy­mał jej Auto­ry­zo­waną Wer­sję. Pło­nęła w jego ręka­wi­cach, pro­mie­niu­jąc nabożną czcią. Ojciec Szeol stał ską­pany w jej ostrym bla­sku, a kiedy ryk ucichł, parę dłu­gich, ogłu­sza­ją­cych sekund póź­niej wszy­scy w kate­drze sku­lili się na sie­dze­niach i wstrzy­mali oddech. Jedy­nie do arke­stry nie dotarło zna­cze­nie tego, co widzą.

Sły­sza­łem, że ludzie szep­czą, odli­czają sekundy tak jak ja, choć mnie licze­nie przy­cho­dziło rów­nie natu­ral­nie jak oddy­cha­nie.

Trzy, cztery…

Nawet ja wie­dzia­łem, że blask boskiej Bublii jest śmier­cio­no­śny.

– Na Gehen­nie my wie­rzymy!!! – ryk­nął ojciec Szeol.

Arke­stra pra­wie zamarła. Teraz i oni wyczuli, że dzieje się tu coś szcze­gól­nego. Widzieli ostry blask Bublii odbity na policz­kach wyso­kiego kapłana.

Sie­dem, osiem, dzie­więć…

Lecz ojciec Szeol wciąż trzy­mał księgę w górze. Wpa­try­wały się w nią oczy całej por­nos­fery, a on wygła­szał ogni­ste kaza­nie. Poka­zy­wał Gór­nym Świa­tom nie­po­wstrzy­maną potęgę naszej wiary.

Opu­ścił księgę, wszy­scy ode­tchnę­li­śmy. Ale zanim zamknął ją w oło­wia­nej skrzynce, nagle uniósł ją do ust i poca­ło­wał gołymi war­gami. Dopiero po chwili ją zamknął. Przy­tknął do ust palec i posłał arke­strze bez­gło­śnego całusa. Z ust unio­sła się strużka dymu. Już pokry­wały się pęche­rzami.

Co to ma zna­czyć? Na Gehen­nie wszystko miało zna­cze­nie i wszystko nale­żało inter­pre­to­wać. Ale teraz nie było czasu, bo arke­stra zaczęła grać.

Od razu zapo­mnia­łem o ojcu Sze­olu. Wydało mi się, że jestem w nie­bie. Ogar­nęły mnie falo­wa­nie, pul­sa­cja, szy­bo­wa­nie tej muzyki. Melo­die, które ginęły i poja­wiały się na nowo, ich sub­telne waria­cje, ich… nie umiem tego opi­sać. Sły­sza­łem wcze­śniej wszystko, co grali, tysiące razy, w każdą zło­dzielę, odkąd się­gam pamię­cią. Tu jed­nak było coś wię­cej. Wspa­niałe i straszne zara­zem. Sie­dzia­łem tam i usi­ło­wa­łem zatrzy­mać to w umy­śle, tę pro­stotę i skom­pli­ko­wa­nie, w końcu jed­nak pod­da­łem się, zamkną­łem oczy i dałem jej się ponieść.

Gdy tak trwała, prze­peł­nia­jąc mnie czymś, czego dotąd nie zna­łem, stwier­dzi­łem, że zer­kam na niebo. Nie myśląc o tym, co robię, wpa­trzy­łem się w chmury i zoba­czy­łem w nich wiel­kie, wspa­niałe zwie­rzęta sunące sobie maje­sta­tycz­nie, prze­świe­tlone odle­głym świa­tłem.

Muzyka mnie wypeł­niała, a ja się gapi­łem, nie wiem jak długo, dopóki nie wybiło mnie z tego mocne ude­rze­nie w głowę, od tyłu. Byłem oszo­ło­miony przez dobre kilka sekund. Odwró­ci­łem się, zdu­miony i ura­żony. Wzrok odzy­skał ostrość, gdy czło­wiek, który mnie ude­rzył, wysy­czał:

– Dia­bel­ski pod­pa­try­wacz! Oczy w dół!

Zupeł­nie jakby ten cios prze­sta­wił mi w gło­wie jakiś prze­łącz­nik – muzyka brzmiała teraz pła­sko. Wciąż słu­cha­łem, lecz ina­czej. Nie wydaje mi się, żeby kto­kol­wiek mnie wcze­śniej ude­rzył. Rodzice – na pewno nie. Ale też nic nie powie­dzieli czło­wie­kowi, który to zro­bił. Patrzyli po sobie przez moment, lecz nic wię­cej nie zro­bili.

Dziwne. Myśla­łem, że przy­wo­łuję wspo­mnie­nie pro­stego życia przed przy­by­ciem Pel­lon­horca, z cza­sów bez bólu i zamętu, a jed­nak czuję się zbul­wer­so­wany.

Muzyka skoń­czyła się. Kiedy cze­ka­li­śmy, aż ojciec Szeol dokoń­czy cere­mo­nię, matka zapy­tała, czy mi się podo­bało, a ja odpo­wie­dzia­łem, że tak. Mój głos brzmiał ina­czej. Spoj­rze­li­śmy po sobie. Z per­spek­tywy czasu widzę, że matka zauwa­żyła, że coś się we mnie zmie­niło.

Za to ojciec nie zauwa­żył nic. Uśmiech­nął się do nas i powie­dział:

– Świetne! – A kiedy ojciec Szeol wró­cił za swój pul­pit, dodał: – Inte­re­su­jące. Sek­cja smycz­kowa sta­no­wiła sie­dem­na­ście i osiem dzie­sią­tych arke­stry.

Zawsze rzu­cał takie wła­śnie uwagi. Tak po pro­stu dzia­łał jego umysł. Kiedy wymy­kało mu się coś takiego, matka zer­kała na mnie i prze­wra­cała oczyma. Miała na myśli to, że on nie jest taki jak my – chyba wtedy pierw­szy raz naprawdę to zro­zu­mia­łem. Innym razem, zda­rzało się, to my z ojcem zer­ka­li­śmy po sobie, myśląc o matce, że nie jest taka jak my.

Odpo­wie­dzia­łem ojcu w poprawny spo­sób:

– A zauwa­ży­łeś, że sek­cja smycz­kowa odpo­wia­dała za trzy­dzie­ści osiem koma dwa­dzie­ścia pięć pro­cent zagra­nych nut?

Ojciec zamru­gał i powie­dział z łagod­nym zdzi­wie­niem:

– Tak.

A potem jego uwaga, tak jak wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, sku­piła się na ojcu Sze­olu.

– Ten dzień wszy­scy dobrze zapa­mię­tamy. Gehenna pozo­sta­nie silną latar­nią wiary, nie­zbru­kaną tru­ją­cym spoj­rze­niem Gór­nych Świa­tów.

Było jasne, że arke­stra się tego nie spo­dzie­wała. Cho­wali instru­menty do fute­ra­łów, gada­jąc mię­dzy sobą, ale teraz się zawa­hali.

– Arke­stra Asmo­de­usza – tym razem bar­dzo wyraź­nie nie powie­dział „Ama­de­usza” – udzie­liła nam dzi­siaj lek­cji. Lek­cji, któ­rej Górne Światy nie powinny zapo­mi­nać.

Ojciec Szeol uniósł coś wysoko. Tym razem to nie była Bublia; ekra­nia zro­biły zbli­że­nie na czarną kulę w gar­ści. Trzy­mał Spust.

Wierni jęk­nęli. Matka się zatch­nęła. Muzycy zamarli, czu­jąc, że dzieje się coś, czego w ogóle nie rozu­mieją.

W myślach liczy­łem sobie pro­centy róż­nych spo­so­bów, na które oka­zy­wali panikę, zaokrą­gla­jąc do cał­ko­wi­tych war­to­ści. Osiem­na­ście pro­cent krzy­czało, trzy­dzie­ści jeden ści­skało się nawza­jem, dwa­na­ście padało na zie­mię. Nikt się nie modlił. Zero pro­cent.

Kiedy to teraz ana­li­zuję, jak ta muzyka uwol­niła mój umysł, by mógł myśleć, wyobra­żać sobie, a potem jak logika pozwo­liła mi uciec przed tą wyobraź­nią, wyco­fać się w świat liczb – to wszystko był wgląd w umysł mojego ojca. Lecz nagle poczu­łem także zaczątki myśle­nia jak u matki, a przy­naj­mniej wcze­sną tego zapo­wiedź.

Z tego się nie ucie­szy­łem.

Trzy­ma­jąc Spust wysoko, ojciec Szeol zszedł ze swego pul­pitu w stronę cze­lu­ści i sta­nął na ich kra­wę­dzi. Zasta­na­wia­łem się, czy cze­luść pod arke­strą jest wystar­cza­jąco sze­roka. Widzia­łem takie potę­pie­nia na domo­wej ekra­nii, spo­kojną rezy­gna­cję skru­szo­nych grzesz­ni­ków, mam­ro­czą­cych modli­twy, gdy zie­mia roz­stę­puje im się pod nogami. Zawsze stali w gru­pach po dwu­dzie­stu pię­ciu, naj­więk­sze cze­lu­ści miały pięć metrów śred­nicy. Ojciec Szeol stał przed nimi na pew­nej ziemi, gdy pocią­gał za Spust. Ich odej­ście miało w sobie god­ność.

Tu god­no­ści pra­wie nie było.

Ojciec Szeol uśmiech­nął się do muzy­ków. Ewi­dent­nie nie mieli poję­cia, co się dzieje. Panika przy­ga­sła, choć około czter­dzie­stu pro­cent wciąż lamen­to­wało. Dał znak, ekra­nia zro­biła zbli­że­nie jego twa­rzy. Spa­lone Bublią usta nie kon­tro­lo­wały słów, tak że z tru­dem go rozu­mie­li­śmy.

– Oto jest lek­cja. – Ledwo był w sta­nie wymó­wić sze­lesz­czące gło­ski. Dzią­sła miał całe we krwi. Splu­nął nią. – Nie­chaj wszy­scy zoba­czą. – Na Spu­ście wylą­do­wał kleks krwa­wej śliny. – Nie­chaj wszy­scy doj­rzą. – Prze­rwał i otarł Spust o czer­woną szatę. – Nie­chaj dowie­dzą się wszyst­kie światy!

Uniósł Spust wysoko, z kciu­kiem w pogo­to­wiu na czar­nej kuli. Spo­mię­dzy człon­ków arke­stry wybie­gła skrzy­paczka i rzu­ciła się na niego z wrza­skiem, jej instru­ment wydał dyso­nan­sowy dźwięk, który sko­ja­rzył mi się z wcze­śniej­szym stro­je­niem, lecz ojciec Szeol ode­pchnął ją. Skrzypce poko­zioł­ko­wały po poma­rań­czo­wej tra­wie.

– Wszy­scy jeste­śmy grzesz­ni­kami. Wszy­scy w górze, w dole i pomię­dzy. Jedyna wol­ność jest poza.

Kciuk zadrgał mu na Spu­ście, odrzu­cił rękę w tył i cisnął kulę wysoko w powie­trze. A rzu­ciw­szy, ruszył naprzód i dołą­czył do arke­stry nad cze­lu­ścią.

Teraz krzy­czeli już wszy­scy człon­ko­wie arke­stry i ten dźwięk był gło­śniej­szy niż wcze­śniej ich muzyka. Dla więk­szo­ści zgro­ma­dzo­nych, jestem o tym prze­ko­nany, zagłu­szał nawet jej wspo­mnie­nie, jak zapewne pla­no­wał ojciec Szeol.

Cze­luść, otwie­ra­jąc się z jękiem, wcią­gnęła powie­trze znad kate­dry, które potem oddała opuch­nię­tym od żaru wirem. Były pło­mie­nie i huk, stru­mień cie­pła i świa­tła oszo­ło­mił mnie, zakrę­ciło mi się w gło­wie, choć nagle cze­luść zamknęła się i zapa­dła cisza.

Na pły­cie obok cze­lu­ści pozo­stały tylko poła­mane skrzypce i Spust. Ojciec Szeol rów­nież znik­nął. Sam sie­bie zło­żył w ofie­rze.

Wierni krzy­czeli, pohu­ki­wali, darli się przez sie­dem­na­ście minut, gdy otwie­rały się wyj­ścia, a nad murawą roz­ko­ły­sały się wiel­kie kadziel­nice, cią­gnące za sobą smugi słod­kich aro­ma­tów. Z kate­dry wypro­wa­dzały nas hymny: Niebo przy­ćmiewa pie­kielne gromy oraz W bojaźni ku Tobie, Panie, idziemy.

Matka przez całą drogę powrotną nie ode­zwała się sło­wem. Ojciec coś mru­czał do sie­bie. Ja uda­wa­łem, że jestem pute­rem, i zada­wa­łem sobie coraz trud­niej­sze obli­cze­nia.

Jak w ogóle do tego dopusz­czono? Czy Górne Światy nie zda­wały sobie sprawy z moż­li­wych skut­ków posła­nia arke­stry na Gehennę?

Teraz, z per­spek­tywy czasu, jest to dla mnie oczy­wi­ste. Arke­stra była ofiarą, to jasne, ale zło­żoną nie tylko przez ojca Sze­ola.

Cały Układ – z wyjąt­kiem Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety – był rygo­ry­stycz­nie bez­bożny. Nie­wy­mowna pla­neta cał­kiem ode­rwała się od Układu, strze­gąc swo­jej pry­wat­no­ści do tego stop­nia, że moni­to­ro­wała i usu­wała wszyst­kie nawią­za­nia do sie­bie, nato­miast Gehenna była usank­cjo­no­waną aber­ra­cją. Gehen­nie zapro­sze­nie arke­stry paso­wało – ojciec Szeol pomy­ślał, że da Gór­nym Świa­tom lek­cję, lecz Górne Światy dokład­nie wie­działy, czego się po nim spo­dzie­wać. I Arke­strę Ama­de­usza posłały mu na ofiarę. Była to dla nich ide­alna oka­zja, by zade­mon­stro­wać, jakim obłę­dem jest w ich oczach boska wiara.

W rezul­ta­cie oka­zało się to lek­cją z ludz­kiej men­tal­no­ści. W świec­kim Ukła­dzie ist­nie­nie Gehenny było nie­zbędne.

Lecz w codzien­nym życiu Gehenna nie była miej­scem udręki. Mała osada, w któ­rej miesz­ka­li­śmy, była spo­kojna. Prak­tycz­nie nie było prze­stęp­czo­ści. Do kopalń eli­mi­nium mie­li­śmy daleko. Wie­dzia­łem o nich tylko, że zsyła się tam do pracy grzesz­ni­ków z Gór­nych Świa­tów.

Był jed­nak poda­tek. Na Gehen­nie, tak jak wszę­dzie indziej w Ukła­dzie, obcią­że­nia podat­kowe były skom­pli­ko­wane. Każda pla­neta miała wła­sną ordy­na­cję Infra­tax, a Admi­ni­stra­cja Układu narzu­cała na to jesz­cze kilka ordy­na­cji Ultra­tax.

Gehenna była w całym Ukła­dzie jedy­nym rajem zwol­nio­nym z czę­ści podatku – uza­sad­niano to, for­mal­nie, bra­kiem kom­pe­ten­cji umy­sło­wych. Jeśli miesz­ka­łeś tutaj, prze­strze­ga­łeś bożego pisma, odrzu­ca­łeś por­nos­ferę i inne zna­miona świec­kiego zamętu, przy­czy­nia­łeś się do eks­portu eli­mi­nium, któ­rego złoża były tylko na Gehen­nie, to Ultra­taxu pła­ci­łeś bar­dzo nie­wiele.

Więk­szość ludzi do wyli­cza­nia podat­ków zatrud­niała spe­cja­li­stów, ale nie mój ojciec. Uwiel­biał skom­pli­ko­wa­nie podatku, tak jak uwiel­biał pute­rię, jej sys­temy, pro­cesy, obiet­nicę nie­omyl­no­ści. Nawet na Gehen­nie to było coś nie­ty­po­wego. Kochał sys­tem podat­kowy i Bublię, tak samo, bez wąt­pli­wo­ści, uwiel­biał, że prze­ni­kają wszyst­kie aspekty ludz­kiej egzy­sten­cji, zupeł­nie nie oglą­da­jąc się na zdrowy roz­są­dek. Kiedy sie­dział z przy­ja­ciółmi i napra­wiał ich pute­rię, tłu­ma­czył jed­no­cze­śnie, jak są opo­dat­ko­wani. Dora­dzał im, jak unik­nąć podatku, wyko­rzy­stu­jąc tę czy tamtą ulgę, a potem – jak unik­nąć gniewu Boga, czy­niąc ten czy tam­ten akt miło­sier­dzia.

Z per­spek­tywy czasu dzi­wię się, jak ktoś tak logiczny jak on mógł wie­rzyć w boże pismo. Czemu ja nie byłem w sta­nie? Kiedy pierw­szy raz dotarło do mnie, jakie to dziwne? Czy spra­wił to ten cios w głowę w kate­drze? Może mina matki, kiedy zro­zu­miała, że dostrze­głem, że nie umiała mnie obro­nić? Czy to była nie­ubła­gana fala jej genów? Ona w ogóle kie­dy­kol­wiek wie­rzyła? Czy może po pro­stu trzy­mała swoją nie­wiarę w tajem­nicy?

2. Tallen

2.

Tal­len

Ponur to pla­neta gra­niczna, a Przy­czó­łek, mia­steczko, gdzie miesz­kam, to naj­bar­dziej wysu­nięty poste­ru­nek. Oczy­wi­ście jeśli nie liczyć plat­form. W Przy­czółku ludzie gar­bią się i spusz­czają głowy, robią, co potrzeba, a potem jadą odpo­cząć poza pla­netę. Mówią, że wariuje się od mono­to­nii, ale mamy tu prze­cież trzy pory roku, więc to nie od mono­to­nii wszy­scy tu wariują. Więk­szość ludzi myśli, że to przez wiatr. Pory roku są tak bogate w wyda­rze­nia, jak można by się spo­dzie­wać po pla­ne­cie, która prze­szła wybu­chową ter­ra­for­ma­cję z metanu na azoto-tlen w nie­całe trzy­sta lat.

Naj­dłuż­sza pora roku jest pomię­dzy zimą i latem, kiedy od morza w stronę gór dmie ostry wiatr, nio­sący za sobą grzmoty i skłę­bione srebrno-czarne chmury. W innym miej­scu nazy­wa­łoby się to wio­sną. Tutaj zwie się napływ i to jest naprawdę nie­zły widok. Kiedy zmruży się oczy, można w tych zwa­łach chmur dostrzec różne kształty. Cza­sem przy­po­mi­nają zwie­rzęta, jakie widziało się na zdję­ciach, cza­sem sny, twa­rze, mapy innych świa­tów – a cza­sem są podobne do plat­formy i wtedy, choć­byś był nie wiem jak bez­bożny, bła­gasz, żeby to, co zosta­nie z tej chmury, nie spa­dło ci na łeb. W Przy­czółku tylko raz widziano spa­da­jącą plat­formę, dawno temu, nie za moich cza­sów, ale kiedy wzmaga się wiatr, cią­gle się o tym gada, popi­ja­jąc krza­kówkę w Czer­wo­nym Barze. Plat­formy prze­waż­nie są porząd­nie zako­twi­czone i, jak mówią spece, pół­za­nu­rzone – i na tyle daleko w morzu, że nawet jeśli je wyrwie, mało praw­do­po­dobne, aby spa­dły aku­rat tutaj.

W Przy­czółku wszystko kręci się wokół plat­form. Nie ma tu pra­wie nic poza stocz­niami, które je budują, i fir­mami pro­du­ku­ją­cymi dla nich osprzęt.

No nie, to nie do końca prawda – są oczy­wi­ście jesz­cze sarki, jak wie­dzą wszy­scy w całym Ukła­dzie, ale wrzu­cają je do morza daleko od Przy­czółku. Gdzie indziej są ważne, tutaj nie obcho­dzą nikogo, chyba że zda­rzy się, że któ­ryś prze­mknie się przez osłonę i osią­dzie na brzegu. A, prawda, jest jesz­cze Szyb, ale nie jestem na tyle sza­lony, żeby spę­dzać w nim czas.

Pod­czas napływu Przy­czó­łek się zamyka i w środku nic nie sły­chać, a poza osłonę się nie wycho­dzi, aż do lata – wtedy to zupeł­nie co innego. Wiatr się uspo­kaja, a morze przy brzegu jest przy­jem­niej­sze, faluje sobie przy pla­żach. Ja robię sobie prze­rwę wła­śnie latem. Pogoda jest sto­sun­kowo łagodna i ta wątła nadzieja, którą to budzi, jest nie do znie­sie­nia – dla­tego pakuję się i jadę wysoko w śniegi Col­der. To parę dni drogi wol­no­stat­kiem. Po dro­dze nie mogę spać, cały czas patrzę, jak Przy­czó­łek nik­nie mi z oczu, albo gapię się w gwiazdy. Kie­dyś spo­ty­ka­łem się w Col­der z jedną kobietą, ale zwią­zała się z kimś i już jej nie widuję. Teraz biorę sobie domek wysoko na bia­łych wzgó­rzach i cho­dzę na samotne wędrówki. Do Przy­czółka wra­cam na zimę. Jesieni na Ponu­rze prak­tycz­nie nie ma. A zima polega na tym, że wiatr się odwraca i leci w morze z ładun­kiem wydar­tych z gór kamieni. Ter­ra­for­ma­cja Ponura nie do końca się udała, ale to nie­ważne – jak mówi­łem, mia­steczko żyje tylko dla plat­form, a one liczą się tylko, dopóki jest co wydo­by­wać z jądra. Myślę, że jądro zosta­nie wyczer­pane, zanim Ponur z powro­tem zrobi się do dupy.

Ale wtedy już dawno mnie nie będzie, więc co tam.

Tal­len spoj­rzał na to, co napi­sał, zamknął na moment oczy, potem wes­tchnął i po raz trzeci spraw­dził opis, szu­ka­jąc haczy­ków.

OSTAT­NIE PRZY­PO­MNIE­NIE. BEZ­PŁATNA OFERTA POWI­TALNA SER­WISU [Gwiezd­ne­Serca] JEST WAŻNA TYLKO PRZEZ DWA­NA­ŚCIE GODZIN. ZOSTAŁA CI JEDNA GODZINA, BY Z NIEJ SKO­RZY­STAĆ. ZARE­JE­STRUJ SWÓJ PRO­FIL [Gwiaz­da­Serca] JUŻ TERAZ. TAKA OFERTA SIĘ NIE POWTÓ­RZY.

Od mie­siąca wysy­łali mu coraz to lep­sze i lep­sze pro­mo­cje, a on je igno­ro­wał, ale cał­ko­wi­cie za darmo – to się nie zda­rzało.

Nie­na­wi­dził czuć się zma­ni­pu­lo­wany, choć dobrze wie­dział, że wszy­scy są. Nie dało się brać udziału w Pie­śni, nie zatra­ca­jąc po dro­dze czę­ści swej duszy. Lecz tym razem nie­mal nie dało się odmó­wić, nawet jeśli nie miał ochoty na niczyje towa­rzy­stwo. Nor­mal­nie Serca kosz­to­wały, i to sporo.

Poczuł krótką falę typo­wej melan­cho­lii i ska­so­wał wszystko z ekranu. Gwiezd­ne­Serca ni­gdy jesz­cze mu się na nic nie przy­dały.

Potem jed­nak wes­tchnął i przy­wró­cił więk­szość tek­stu, koń­cząc go po domku na bia­łych wzgó­rzach. Zamknął oczy i wspo­mniał żegna­jącą się z nim Lenę, jej rękę uno­szącą się do ekra­nii i jego wła­sną, głu­pio doty­ka­jącą szkla­nego inter­fejsu.

Po Lenie przy­siągł sobie, że wię­cej Serc nie tknie, a jed­nak pro­szę – znów go przy­cią­gnęło. Wie­dzieli, co myśli. Znali go na wylot.

I świet­nie. Kiedy zaczną go nali­czać, a nie­długo zaczną, anu­luje sub­skryp­cję. To też muszą o nim wie­dzieć.

Tam­ten zwią­zek i tak nie miał przy­szło­ści. Oboje o tym wie­dzieli. To nie wina pro­gramu. On dla nikogo nie wypro­wa­dziłby się z Przy­czółka, ona ni­gdy nie zamiesz­ka­łaby ni­gdzie indziej niż w Col­der i to zamy­kało sprawę.

Wia­do­mość do nikogo świe­ciła na ekra­nie. Przy­wró­cił całość, aż po „więc co tam”. Co tam, pomy­ślał i zatwier­dził edy­cję.

Ekran natych­miast się roz­ja­rzył.

Witamy ponow­nie w ser­wi­sie [Gwiezd­ne­Serca]. [Gwiezd­ne­Serca] to Para­Ser­wis Poza­Ży­cia.

Poni­żej porady dla sub­skry­ben­tów. Są bez­płatne.

Nie wspo­mnia­łeś o swo­jej pracy. Opi­su­jąc dobrze wyna­gra­dzane i sza­no­wane spo­łecz­nie zaję­cie, sta­ty­stycz­nie zwięk­szasz szanse na odpo­wiedź.

Uży­łeś słów lub zwro­tów, które mogą być odpy­cha­jące dla nie­któ­rych sub­skry­ben­tów ser­wisu [Gwiezd­ne­Serca]. Nie­które z nich to: „mono­to­nia”, „bez­bożny”, „nie do znie­sie­nia”, „nie mogę spać”, „piją”, „spo­ty­ka­łem się kie­dyś”, „zwią­zała się z kimś”, „wyczer­pane”, „wydarte”, „do dupy”, „co tam”.

Słowa lub zwroty, które mogą się oka­zać sku­tecz­niej­sze: „miłość”, „towa­rzy­stwo”, „cie­pło”, „czuły”, „poczu­cie humoru”, „zabawny”, „mają­tek” (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie), „zdrowy” (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie), „doma­tor”, „przy­stojny” (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie).

Czy chcesz zmie­nić swój pro­fil [Gwiaz­da­Serca]?

Tal­len wybrał „Nie”.

Twój pro­fil [Gwiaz­da­Serca] został roze­słany do wszyst­kich sub­skry­ben­tów na okres stu bez­płat­nych godzin. Po upły­wie tego czasu twoje konto będzie miało nali­czane saldo w wyso­ko­ści pięt­na­stu dolo­rów za każdy mie­siąc (zgod­nie z lokal­nym kalen­da­rzem).

Zosta­niesz powia­do­miony o wszyst­kich reak­cjach.

Spró­bo­wał zamknąć ekran, ten jed­nak nie chciał mu jesz­cze na to pozwo­lić.

Przed wyj­ściem z Poza­Ży­cia pro­szę dokoń­czyć roz­po­częty Ciąg Moż­li­wo­ści. W prze­ciw­nym razie bie­żąca sesja nie zosta­nie zapi­sana, a aktu­alna pro­mo­cja będzie unie­waż­niona.

Dzię­ku­jemy za zgodę.

Wielu sub­skry­ben­tów ser­wisu [Gwiezd­ne­Serca] łączy dostęp do ser­wisu [Gwiezd­ne­Serca] z dostę­pem do głów­nej bazy oraz Auten­ty­ków i innych płat­nych Para­Ser­wi­sów. Czy chcesz sko­rzy­stać z tej moż­li­wo­ści? Teraz/póź­niej?

Póź­niej.

Nie otwie­ra­łeś głów­nej bazy Poza­Ży­cia od dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu godzin i czter­na­stu minut. Masz obec­nie zapas osiem­na­stu nie­od­da­nych gło­sów, z któ­rych pięć wyga­śnie w ciągu dzie­wię­ciu godzin i czter­na­stu minut. Zagło­su­jesz teraz/póź­niej?

Póź­niej.

Dzię­kuję. Ciąg Moż­li­wo­ści został zakoń­czony. Możesz teraz zamknąć…

Zamknął. Zosta­wił ekran samemu sobie, i czu­jąc nie­po­kój i dziwne poczu­cie winy, że utwo­rzył ten ZewSerca, nacią­gnął kurtkę i wyszedł na ulicę.

Już żało­wał. Co on wła­ści­wie robi? Kiedy tak pró­buje pisać czy mówić o sobie, zawsze za dużo myśli. Jak w ogóle do tego doszło… Kobieta, którą spo­tkał poprzed­niej nocy w czer­wo­nym barze, pisarka, powie­działa, że Przy­czó­łek jest pełen wrza­sku i wście­kło­ści2, tonem, jakby to okre­śle­nie gdzieś wcze­śniej sły­szała. Utkwiło mu to w gło­wie, razem ze spo­so­bem, w jaki to wypo­wie­działa. Miała w sobie coś nie­zwy­kłego, jakąś aurę życia, cie­ka­wo­ści. Miał ochotę dalej z nią gadać. Myślał, że może i ona jest nim zain­te­re­so­wana, ale odwró­ciła się od niego, gdy tylko wszedł wielki Pak­siarz, i to był koniec. Razer, tak się nazy­wała. Może jesz­cze ją kie­dyś zoba­czy. Kiedy wycho­dził z baru, Razer i Pak­siarz sie­dzieli tam dalej i ostro pili. Więk­szość ludzi, nawet nie­kry­mi­nal­nych, czuje się przy funk­cjo­na­riu­szach prawa ner­wowo. Lecz nie Razer.

Nie, nie trzeba było dać się wcią­gnąć w kolejny ZewSerca. Wystar­czało popa­trzeć na te porady dla sub­skry­ben­tów. Co on ma w ogóle do zaofe­ro­wa­nia? Lena miała rację i tamta kobieta przed nią i wszyst­kie inne. I jesz­cze mieszka w tym obłą­ka­nym miej­scu. Kto by tu żył z wła­snej woli?

Szedł, mija­jąc budynki, czu­jąc nagle nad­zwy­czajną jasność umy­słu. W nocy Przy­czó­łek był prak­tycz­nie pozba­wiony cieni. Już dni były dziwne, ale przy­zwy­cza­je­nie się do tego, jak to mia­steczko wygląda w nocy, zajęło mu rok. Pod dziw­nym pobla­skiem osłony powie­trze nie dawało poczu­cia głębi ani odle­gło­ści, wszystko wyda­wało się ani dale­kie, ani bli­skie, tylko po pro­stu małe lub duże. Mózg musiał nauczyć się nowej wzro­ko­wej oceny. Budynki nie były pro­ble­mem, ale już z klam­kami było ciężko i para­laksa była waż­niej­sza niż ogni­sko­wa­nie wzroku. Poru­sza­nie się po Przy­czółku po zacho­dzie słońca było jak spa­cer po dzie­cię­cej ani­mo­wa­nej ksią­żeczce.

I jesz­cze ta osłona. Pod­czas napływu chro­niąca osie­dle tar­cza była grzmią­cym splo­tem magne­ty­zmu i elek­trycz­no­ści. Tal­len uwa­żał, że to tro­chę pic na wodę. Wie­rzył jed­nak w jej ist­nie­nie, w prze­ci­wień­stwie do dzie­siątki lub wię­cej pija­ków i świ­rów, któ­rym co roku strze­lało do głowy, by przez nią prze­biec – i pory­wało ich jak tę dziew­czynkę w ani­mo­wa­nej ksią­żeczce o Oz, którą matka czy­tała mu w dzie­ciń­stwie. Tylko że ich już nikt ni­gdy na oczy nie widział.

W dzień osłona była pra­wie nie­wi­doczna, cza­sami dawała się doj­rzeć jako chwi­lowe nie­po­ko­jące smu­że­nie. Można było twardo sta­nąć na ziemi i sku­pić wzrok na ścia­nie, na ziemi, na czymś kon­kret­nym. Nic nie dałoby rady temu wia­trowi, ale miękka, stop­nio­wana osłona potra­fiła sobie z nim pora­dzić. Na zewnętrz­nym skraju pra­wie jej nie było, zale­d­wie reje­stro­wała wiatr. Parę metrów głę­biej ustę­po­wała cio­som, ale zaczy­nała je stę­piać i roz­pra­szać, a po kolej­nych paru metrach wytłu­miała atak i pro­du­ko­wała z niego dość ener­gii, by zasi­lić i osie­dle, i samą osłonę. Prze­cho­wana nad­wyżka ener­gii wystar­czała Przy­czół­kowi na resztę roku. Wiatr Ponura był nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem ener­gii i kata­strof.

Szedł dalej, nie mogąc wyzbyć się dziw­nego wra­że­nia, że przez te ulice ktoś za nim idzie. To wła­śnie był absurd tego miej­sca. Nic tu się kupy nie trzy­mało.

Było już chłodno, po pół­nocy, a osłona buczała. Tal­len jak zawsze zszedł na plażę, nad samą wodę, chlu­po­cącą mu u stóp. Fale z sykiem prze­są­czały się przed kamie­nie pod butami. Lubił te kamyki w nocy, kiedy jaskrawe umyte morzem barwy łagod­niały do przy­ga­szo­nych fio­le­tów i szkar­ła­tów.

Dziś jed­nak spo­kój morza nie roz­wiał nie­wy­raź­nego poczu­cia osa­mot­nie­nia. To był błąd, wycho­dzić teraz. Nocne spa­cery to zły nawyk. Trzeba było wziąć kap­sułkę i zaznać przy­naj­mniej odro­biny che­micz­nego spo­koju.

Prze­stę­pu­jąc deli­kat­nie z nogi na nogę, żeby nie zapa­dać się w kamyki, zasta­na­wiał się, dokąd pro­wa­dzi jego życie. Tutaj wię­cej było pra­wie nie­ży­wych niż żywych. Mówiło się, że do Przy­czółku tra­fiasz, gdy zmę­czyło cię życie, a kiedy jesteś gotowy na śmierć, idziesz na plat­formy. W tutej­szych barach cią­gle się o tych spra­wach końca gadało. Pro­blem pole­gał na tym, że i Tal­len sam z sie­bie zaczy­nał mieć takie myśli.

Znów przy­po­mniała mu się ta kobieta z baru. Razer. A ona co tu robiła? Więk­szość ludzi po pierw­szym drinku od razu ci mówi, co ich do baru spro­wa­dziło. Ale nie ona. Ona miała w sobie życie.

Się­gnął ręką i zamie­szał pal­cem spo­kojną wodę, patrząc, jak falki roz­cho­dzą się, dołą­czają do skłę­bio­nego morza za osłoną i zni­kają. Jesz­cze dalej widział, że osłona wyci­ska z wia­tru wyła­do­wa­nia koro­nowe, czer­wone, nie­bie­skie, opa­li­zu­jąco fio­le­towe odłamki kolo­rów twarde jak skała i zni­kające w oka­mgnie­niu. Dalej nie było już nic widać. Kosmos miał swoje gwiazdy, morze nie miało nic. No, nic poza sar­kami i plat­for­mami.

Może poczuje się lepiej, kiedy za parę dni wróci do pracy. Czas wolny w Przy­czółku nie nadaje się do niczego.

Pozwo­lił myślom dry­fo­wać, zasta­na­wia­jąc się, jak to jest na tych plat­for­mach. Obłęd i samot­ność, domy­ślał się, maszyny dud­nią dzień i noc, do tego wiatr i morze. Zamknął oczy, pró­bo­wał wyobra­zić sobie huk świ­drów i furię żywio­łów nie­stru­dze­nie pró­bu­ją­cych cię wyrwać.

A potem zapo­mniał o plat­for­mach i prze­chy­lił głowę, nasłu­chu­jąc. Coś było nie tak. Jakiś dźwięk, potem jesz­cze raz, gło­śniej­szy. Wypro­sto­wał się i ruszył szyb­kim tem­pem do domu.

Za ple­cami zde­cy­do­wa­nie zabrzmiały kroki. Tal­len obej­rzał się pośpiesz­nie, potknął się i puścił nie­pew­nym bie­giem.

3. Razer

3.

Razer

Razer sie­działa z Bale’em przy małym sto­liku pod nie­dzia­ła­jącą lampą w rogu baru, oboje mia­rowo pili. Późny wie­czór, był spo­kój, nie­wielu klien­tów, paru gadało, ale więk­szość sie­działa sama i patrzyła w ekrany. Rozej­rzaw­szy się, nali­czyła pięt­na­stu ekra­nia­rzy, co ozna­czało, że sta­ty­stycz­nie ośmiu lub dzie­wię­ciu sie­dzi w Poza­Ży­ciu lub któ­rymś z jego Para­Ser­wi­sów, zwa­nych przez wszyst­kich Paso­Ży­ciami. Kie­dyś zasta­na­wiała się, czemu nie sie­dzą w domach – w końcu ktoś jej powie­dział, że ogra­ni­cze­nia czasu ekra­no­wego Poza­Ży­cia nie doty­czą ekra­nii w miej­scach publicz­nych. Dzięki temu ludzie mają powód gdzieś wyjść, mieć kon­takt z innymi. Na pewno Poza­Ży­cie punk­to­wało dzięki temu u wła­ści­cieli barów, a Admi­ni­strata Układu była zado­wo­lona.

Ci ekra­nia­rze tutaj też wyda­wali się w miarę zado­wo­leni, coś do sie­bie mru­czeli w sku­pie­niu, kiwali gło­wami, postu­ku­jąc w powie­trzu. Przy­naj­mniej, wno­sząc po zacho­wa­niu, żaden nie sie­dział na stro­nach porno. W tym celu prze­waż­nie jed­nak – choć nie zawsze – zosta­wali w domach. Razer była cie­kawa, czy któ­ryś z nich wcho­dzi na Auten­tyki.

Odkąd tu przy­szła, coś nie dawało jej spo­koju – dopiero po dłuż­szej chwili usta­liła, co to takiego: nie było Tal­lena. Nie miało to zna­cze­nia, odkąd miała Bale’a, ale mimo wszystko coś ją w nim cie­ka­wiło – a to się rzadko tra­fiało. Była pewna, że nie­zła byłaby z niego opo­wieść. Rzu­ciła wtedy tym cyta­tem z Mak­beta, a on się go ucze­pił. I to, jak opi­sy­wał stocz­nie od plat­form, coś w tym było. Dziwne jed­nak, że Cynth była tak nie­zde­cy­do­wana, że pod­su­nęła jej dwóch męż­czyzn naraz jako mate­riał na jed­nego Auten­tyka. Bale, fakt, był nie­zwy­kły, i Cynth, ze swoją AI-ową logiką miała rację, że ją tu ścią­gnęła, ale gdyby nie było Bale’a…

Sku­piła uwagę z powro­tem na Pak­sia­rzu. Coś było z nim dzi­siaj nie tak, ale nie wie­działa, o co cho­dzi. Zwy­kle potrzeba było paru drin­ków, jed­nej–dwóch histo­rii do ska­ta­lo­go­wa­nia póź­niej, wydo­by­cia z niego uśmie­chu i wie­czór się koń­czył. Lecz nie dziś. Dziś Bale pił cią­giem i nie było po nim w ogóle widać dzia­ła­nia alko­holu, może poza nie­ty­pową reflek­syj­no­ścią. Ale roz­luź­nić też się nie roz­luź­nił.

Zapy­tał:

– Razer, tobie się podoba na Ponu­rze?

Zabrzmiało to jak oskar­że­nie.

Zro­biła wymi­ja­jący gest.

– To za mało. Powiedz. Co ci się tu podoba?

– Spo­koj­nie jest – odparła.

– Nie jestem w nastroju do żar­tów. Co ci się tu podoba?

– Podoba mi się pić z tobą.

Przez chwilę wyraź­nie widziała Bale’a w celi z kimś, kto udzie­lił złej odpo­wie­dzi. Aż się wzdry­gnęła. Dodała:

– Morze mi się podoba. Wiatr i ten huk. Dobrze się tu myśli.

– „Oko cyklonu”. Tak mi powie­dzia­łaś, jak się pierw­szy raz spo­tka­li­śmy.

– Tak? – zapy­tała, choć ide­al­nie to pamię­tała. – Stało się coś, Bale? Masz jesz­cze par­szyw­szy humor niż nor­mal­nie.

Wpa­trzył się przez nią w dal, choć zauwa­żyła, że ci, co nie patrzą w ekra­nię, milkną pod jego spoj­rze­niem. To samo było tam­tego pierw­szego wie­czoru, kiedy wbił się przez drzwi i pozwo­lił, by spoj­rzała mu w oczy. Przez godzinę prze­słu­chi­wał ją jak podej­rzaną, pijąc mało, gdy ona piła dużo, prak­tycz­nie wbi­ja­jąc jej do głowy, że nikt nie przy­la­tuje na Ponura bez bar­dzo poważ­nego powodu, a potem dał sobie spo­kój z prze­słu­chi­wa­niem i zaczął pić wawódkę razem z nią, w pięt­na­ście minut doga­nia­jąc ją i wyprze­dza­jąc.

W życiu nie spo­tkała kogoś takiego jak Bale, ni­gdzie w Ukła­dzie. Prze­spali się ze sobą trzy razy, za dru­gim, żeby spraw­dzić, czy pierw­szy się zda­rzył tylko dla­tego, że za bar­dzo się napili, a za trze­cim – by zoba­czyć, czy drugi raz, na trzeźwo, nie był pod zbyt dużą pre­sją. Razer już po pierw­szym razie wie­działa, że nic z tego nie będzie, ale polu­biła Bale’a na tyle, żeby pozwo­lić mu samemu dojść do tego wnio­sku. Musiała się prze­ko­nać, czy jest na tyle silny, żeby pozwo­lić, by ze szcząt­ków tego seksu wykluło się coś w rodzaju przy­jaźni. Kilka tygo­dni mu to zajęło, ale chyba się udało, choć z face­tami to ni­gdy nie wia­domo.

Dziwna to była przy­jaźń. Dopil­no­wała, by Bale wie­dział, że wyciąga z niego histo­rie, ale chyba mu to nie prze­szka­dzało. Było oczy­wi­ste, że ma tu na Ponu­rze nie­wielu innych zna­jo­mych. Oraz – choć to szkoda – był na tyle pro­fe­sjo­nalny, by nie zdra­dzać niczego iden­ty­fi­ku­ją­cego ani wraż­li­wego. Musiał być świetny w swoim fachu. Tylko cie­kawe, dla­czego jest aku­rat tutaj – nie nada­wał się do niczego innego poza żoł­nie­rią, ale w Ukła­dzie były tysiące miejsc lep­szych do życia niż Ponur. Cynth wysy­łała Razer do więk­szo­ści z nich, a niczego gor­szego dotąd nie widziała.

Choć dzięki Bale’owi dowie­działa się o plat­for­mach – i życiu na Ponu­rze – tro­chę wię­cej, niż dawało się wygrze­bać z Pie­śni. Cynth dobrze z nim tra­fiła.

– Myślisz cza­sem o życiu? – powie­dział teraz, lekko beł­ko­tli­wie.

Prze­łknęła nie­po­ważną odpo­wiedź. Jedną z nie­licz­nych jego oso­bi­stych cech, które dobrze poznała: Bale nie­spe­cjal­nie myślał o czym­kol­wiek oprócz swo­jej pracy. Mię­dzy innymi dla­tego tak łatwo było jej się przy nim roz­luź­nić. Na pewno był w pracy świetny dzięki tej kon­cen­tra­cji. Ale i bez­bronny. Jeśli wszystko jest dla cie­bie czarno-białe, jesteś ślepy na sza­rość. Dla Razer wszystko miało odcie­nie sza­ro­ści.

– Myślę o życiu – odparła. – A co?

– Tak sobie myśla­łem. Admi­ni­strata, korpy, Pax, to jest tak, jakby wszy­scy sie­dzieli w ślu­zie, gdzie jest jeden wlot powie­trza. Za dużo ludzi i tylko jedno źró­dło tlenu, wysoko w rogu.

Kiw­nęła głową, roz­glą­da­jąc się machi­nal­nie po barze. Wciąż ani śladu Tal­lena.

– Przy tym wlo­cie, na gło­wach innych stoją gene­ra­ło­wie i pre­zy­denci, dobrze im się oddy­cha, a na tych pod sobą srają i sikają. – Bale był już zalany, mru­żył oczy i patrzył na wil­gotne kółka na stole. – Pod nimi jest tro­chę gówna i szczyn, ale powie­trze jesz­cze cał­kiem zno­śne. Parę ciał niżej już nie jest takie świeże. A przy pod­ło­dze tylko samo gówno, powie­trze jest par­szywe, nie mogą się ruszyć, ści­śnięci przez wszyst­kich wyżej, ale żyją.

Chciała coś powie­dzieć, lecz on pod­niósł rękę.

– I cho­dzi o to – dodał – że ci na górze potrze­bują tych na dole, żeby się­gnąć gębami do naj­lep­szego powie­trza, a ci tro­chę niżej mają wzrok wbity w to powie­trze. Ci na górze ich nie obcho­dzą i ni­gdy nie będą, podob­nie ci na dole.

Zamó­wił kolej­nego drinka. Ktoś z obsługi przy­szedł, jed­nym płyn­nym ruchem zebrał parę pustych szkla­nek i prze­tarł stół. Razer spró­bo­wała podzię­ko­wać mu wzro­kiem, lecz nawet w jej stronę nie spoj­rzał.

Zasta­na­wiała się, co ma powie­dzieć, nie­pewna, jak rozu­mieć ten nastrój Bale’a. W końcu stwier­dziła:

– Pro­sta meta­fora, ale sen­sowna. Więk­szość ludzi umiera na tym pozio­mie, gdzie się uro­dziła. To twoja życiowa filo­zo­fia?

– Tak po pro­stu jest?

Spró­bo­wała się zaśmiać.

– A ty w któ­rym miej­scu jesteś?

Bale wypu­ścił długi stru­mień zatę­chłego powie­trza i powie­dział:

– W pie­przo­nym barze z tobą, jak zwy­kle. Musisz się jesz­cze napić i ja też. – Opróż­nił szklankę i posta­wił ją na pod­stawce do napeł­nia­nia, a potem zaklął, widząc nagle zapa­la­jące się na niej ostrze­że­nie o alko­holu we krwi.

Razer jesz­cze go w takim sta­nie nie widziała. Naj­lżej, jak mogła, rzu­ciła:

– No, to wycho­dzi, że oboje wra­camy na pie­chotę.

– Niech to szlag. Co, wyglą­dam na pija­nego?

– Nie, Bale. Jeden pijak dru­giemu ni­gdy nie wygląda.

Wsu­nął palec wska­zu­jący w szcze­linę do bada­nia krwi na stole, patrzył, jak ekran się roz­ja­rza i wyświe­tla wynik.

PRAWO OBSŁUGI MASZYN COF­NIĘTE. JEŚLI ZAPRZE­STANO JUŻ PRZYJ­MO­WA­NIA ALKO­HOLU, PRO­SZĘ SIĘ ZBA­DAĆ PONOW­NIE ZA CZTERY GODZINY. MIŁEGO WIE­CZORU, POD­PO­RUCZ­NIKU BALE.

– I to też niech szlag – dodał. Uniósł szklankę na wyso­kość oczu, odli­czył do dzie­się­ciu, a potem osu­szył ją mia­rowo. – Cho­dzi o małą moto­rykę czy co?

Razer pod­dała się i wyszcze­rzyła zęby.

– No, nie była taka mała, z tego co pamię­tam.

Wziął nową szklankę i opróż­nił ją; puste szkło tra­fiło na bar zanim wyświe­tlacz z bada­niem krwi prze­sko­czył z czte­rech godzin na cztery i pół.

– Może trzeba tro­chę zwol­nić tempo – powie­działa.

– Mi obo­jętne. Nie idę jutro do pracy. – Znów zmie­nił mu się ton głosu.

– Nie? – zapy­tała.

Bale patrzył na pustą szklankę. W końcu dodała:

– Wolne? Kiedy ty ostatni raz bra­łeś wolne?

– Zawie­sili mnie.

– Co takiego? – Odsta­wiła szklankę, nagle na wpół trzeźwa. Coś prze­ga­piła? – Czemu?

– Nie­sub­or­dy­na­cja.

Roz­luź­niła się odro­binę.

– Czyli co, tydzień? To nie sza­lej, Bale. Nie mówi­łeś cza­sem, że ci się to zda­rza co mie­siąc, jak w zegarku?

– No tak. Może pójdę do domu. Spać.

Pochwy­ciła jego spoj­rze­nie i roze­śmiała się gło­śno, psu­jąc ten kli­mat.

– Nie. To ani tobie, ani mi dobrze nie zrobi. Idź. Śpij. Do zoba­cze­nia, Bale.

Wstał. Patrzyła, jak idzie, tro­chę nazbyt pew­nym kro­kiem. Jego potężna syl­wetka na moment prze­sło­niła wodny, migo­tliwy blask za drzwiami. Razer odli­czyła kilka minut i poszła za nim.

Nie cze­kał na nią. Ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że jest roz­cza­ro­wana.

Ruszyła w stronę domu; alko­hol łago­dził okropne ulice Przy­czółku. Była w sam raz trzeźwa, żeby omi­nąć zaułki Kole­iny. Każde mia­steczko, mia­sto i port miało swoją wer­sję tutej­szej Kole­iny – enklawę moni­to­ro­wa­nej prze­stęp­czo­ści, tole­ro­waną na mocy nie­pi­sa­nej umowy; mówią­cej, że tam­tejsi kry­mi­na­li­ści mają za bar­dzo nie zwra­cać na sie­bie uwagi. W Kole­inie to byli drobni prze­stępcy; han­dlo­wali nar­ko­ty­kami, ale nie wywi­jali niczego poważ­nego, poja­wiali się w mia­steczku tylko na uliczne roz­boje i drobne kra­dzieże. Jej ist­nie­nie ide­al­nie Paxowi paso­wało. Razer dosko­nale wie­działa, jak to działa, te zawory bez­pie­czeń­stwa dla prze­stęp­czo­ści. Na Bry­zgu, pra­cu­jąc nad Auten­ty­kiem, spę­dziła tydzień w zauł­kach Węzła Nocy, ucząc się, jak patro­szyć iden­ty­fi­ka­tory i poru­szać się nie­po­strze­że­nie, jak się masko­wać i ukry­wać, jak wyglą­dać czy­sto, ale wal­czyć nieczy­sto.

Czas wyjeż­dżać z Ponura. Bale i histo­rie, które można z niego wydo­być, to naj­lep­sza rzecz tutaj. Poza tym nie ma tu dla niej nic cie­ka­wego, może poza Szy­bem.

Wszystko inne, co mogło ją tu zain­te­re­so­wać, już dostała. Wszystko krę­ciło się wokół plat­form i barów. Było tak zapro­jek­to­wane, żeby budow­ni­czo­wie plat­form byli zdatni do pracy i na pogra­ni­czu trzeź­wo­ści. Ścią­gały ich tu pie­nią­dze, praca zaj­mo­wała czas, bary zapew­niały spo­kój. Pax zapew­niał sto­sun­kowe bez­pie­czeń­stwo i ład. Ronen, kor­po­ra­cja zarzą­dza­jąca plat­formami, szpie­go­wała, nie anga­żu­jąc do tego Paxu.

Wie­działa też już to i owo o plat­for­mach. Roz­ma­wiała z pija­kami, któ­rzy mówili, że na nich byli, noto­wała ich opo­wie­ści, a potem sły­szała, że to kłamcy, że nikt, kto tam był, o tym nie mówi. Jed­nemu zde­cy­do­wa­nie uwie­rzyła, ale jego opo­wieść kryła się głów­nie w oczach i pau­zach. Zapro­po­no­wała, że mu zapłaci, ale jedyne, co chciał w zamian, to jej opo­wieść. Więc opo­wie­działa mu histo­rię, którą usły­szała kie­dyś od kry­mi­na­li­sty, który twier­dził, że prze­żył eli­mi­niu­mowe bagna Gehenny. Sprze­da­jąc tę opo­wieść z pie­kła robot­ni­kowi o mar­twym wzroku, w dusz­nym barze Neve­rie, sama poczuła się jak zagu­bione dziecko.

Poczuła się dziw­nie z tą myślą. Histo­ria za histo­rię, powie­dział robot­nik z plat­formy, i to brzmiało jak trans­ak­cja w sam raz dla niej. Jak jej życie, nawet. Coś w rodzaju jej życia.

* * *

W pokoju padła na łóżko, zamknęła oczy i spró­bo­wała zasnąć. Kiedy się nie udało, jak czę­sto ostat­nio, otwo­rzyła ekra­nię i puściła Poza­Ży­cie Na Żywo!

Wła­śnie zaczął się Holo­man. Zosta­wiła go, gada­ją­cego, zro­biła sobie kaffę, wró­ciła do łóżka, pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę i popi­jała z fili­żanki, patrząc w ekran.

– Cześć, Razer. Cie­szę się, że cię znowu widzę. Dzi­siej­szy pro­gram jest bar­dzo spe­cjalny i dwu­czę­ściowy. Naj­pierw nie­sa­mo­wita Opo­wieść z prze­szło­ści Poza­Ży­cia, a potem w Porze na gło­so­wa­nie cał­ko­wi­cie nowi kan­dy­daci. Pro­szę pocze­kać, szybko prze­winę tę praw­ni­czą bla­ble­rię, a potem pokażę ci Opo­wieść z prze­szło­ści. Ta dzi­siej­sza to praw­dziwe obja­wie­nie.

Wyszedł poza kadr, gdy zaczęły prze­wi­jać się słowa.

POZA­ŻY­CIE REAGUJE NA WSZEL­KIE PRÓBY ZAKŁÓ­CE­NIA JEGO ARENY I POWIĄ­ZA­NYCH SYS­TE­MÓW BEZ OSTRZE­ŻE­NIA I UŻY­WA­JĄC WSZEL­KICH ŚROD­KÓW, JAKIE UZNA ZA KONIECZNE…

W końcu poja­wił się z powro­tem, uśmiech­nął się i otarł gład­kie czoło.

– Pra­wie koniec, Razer. Ni­gdzie się nie odda­laj.

– Tak, tak – mruk­nęła. Była zare­je­stro­waną pra­cow­nicą jed­nego z Paso­Żyć, czyli w prak­tyce pra­wie jak samego Poza­Ży­cia, czy więc nie mogliby dać sobie spo­koju z tymi praw­nymi tek­stami? Ziew­nęła. Może nie trzeba było pić tej kaffy? Da kopa aku­rat, kiedy mogłaby zasnąć przed ekra­nem. A potrze­buje tego snu.

Holo­man wska­zał zdję­cie mózgu za sobą i powie­dział:

– Gdzieś tu kryje się sekret Poza­Ży­cia. Neu­ryd. Jest nie­wy­kry­walny. Nie da się go zna­leźć za pomocą skal­pela, skanu, mikro­skopu…

Razer przy­mknęła oczy i powtó­rzyła lita­nię razem z nim.

– …każda próba i każde doświad­cze­nie uznane przez Poza­Ży­cie za próbę wykry­cia neu­rydu spo­tka się z natych­mia­stową reak­cją. Doty­czy to wszel­kich nie­uzgod­nio­nych wcze­śniej z Poza­Ży­ciem neu­ro­lo­gicz­nych ska­nów, badań i zabie­gów neu­ro­chi­rur­gicz­nych.

Ekran za nim zgasł.

– I już. Koniec tej nud­nej czę­ści. A teraz nasz bar­dzo, bar­dzo spe­cjalny Mate­riał Spe­cjalny! Pierw­sza część dzi­siej­szego pro­gramu, Razer, to histo­ria bar­dzo zwy­czaj­nie wyglą­da­ją­cego czło­wieka. Możesz myśleć, że już ją sły­sza­łaś, ale obie­cuję ci, że nie w takiej for­mie.

Na ekra­nie poja­wiła się twarz męż­czy­zny, kro­sto­wata, z rząd­kiem rów­nych, prze­bar­wio­nych zębów i piw­nymi oczyma pod opa­da­ją­cymi powie­kami. Razer od razu go roz­po­znała, jak każdy czło­wiek w Ukła­dzie – Aje­enas Ria­lo­bon, Poza­Ży­ciowy Mor­derca.

Holo­man gadał, ale nie trzeba go było słu­chać. Jak każdy czło­wiek w Ukła­dzie znała tę histo­rię w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach.

Ria­lo­bon przez dzie­sięć lat zabił w całym Ukła­dzie ponad dwa tysiące dry­fia­rzy. Ponie­waż braku więk­szo­ści ofiar nikt od razu nie zauwa­żał, uda­wało mu się pozo­stać nie­zau­wa­żo­nym przez lata. Dopiero kiedy go zła­pano, gdy zdra­dził loka­li­za­cję swo­jej krio­krypty, wypa­ko­wa­nej czasz­kami i narzę­dziami neu­ro­chi­rur­gicz­nymi, odkryto motyw. Prze­pro­wa­dzał im sek­cje mózgów, szu­kał neu­rydu Poza­Ży­cia.

– Oczy­wi­ście nie osią­gnął zupeł­nie nic – powie­dział rado­śnie Holo­man. – Zada­nie jest nie­moż­liwe. Neu­ryd, kiedy się roz­wija, zra­sta się z mózgiem nosi­ciela i jeśli nie zosta­nie akty­wo­wany przez wyszko­lo­nych medy­ków Poza­Ży­cia za pomocą szy­fro­wa­nej bio­pu­te­rii Poza­Ży­cia, pod wzglę­dem dzia­ła­nia i wyglądu jest nie do odróż­nie­nia od nor­mal­nej aktyw­no­ści i tkanki mózgo­wej. – Zro­bił poważną minę. – Dzia­łal­ność Ria­lo­bona wyszła na jaw tylko dzięki wyszko­lo­nym dania­rzom Poza­Ży­cia, któ­rzy wykryli zna­czący, a nie­wy­tłu­ma­czony niczym spa­dek popu­la­cji bez­dom­nych. – Zwró­cił się do innej kamery i uśmiech­nął się. – Odkry­cie było szo­ku­jące, choć było także trium­fem Poza­Ży­cia. Nasza nie­usta­jąca wewnętrzna kon­trola zasu­ge­ro­wała ist­nie­nie aktyw­nego seryj­nego zabójcy, zanim zna­le­ziono choć jedną część ciała. Poza­Ży­cie dało Paxowi dane i pro­gramy do wykry­wa­nia wzor­ców, a oni w końcu ujęli zabójcę.

Surowe godło Paxu unio­sło się i opa­dło z powro­tem. Przy­po­mniało Razer o Bale’u. Śpi już? Zer­k­nęła na godzinę. Pra­wie czwarta. Fio­le­towy poblask za oknem zaczy­nał zabar­wiać się świa­tłem dzien­nym. Teraz już w ogóle nie uśnie. Głu­pio, że zaczęła to oglą­dać. Spe­cjalne odcinki Holo­mana ni­gdy nie były nowe; tłu­kły bez końca gra­ficz­nie poprze­ra­biane stare histo­rie. Seg­ment przed gło­so­wa­niem oglą­dała wła­ści­wie tylko z przy­zwy­cza­je­nia.

Zasta­no­wiła się, czy powinna zadzwo­nić do Bale’a, i stwier­dziła, że nie, a potem z jakie­goś powodu przy­po­mniała sobie Tal­lena. Przy­kro jej było, że tak nagle zosta­wiła go dla Bale’a, ale cza­sem się tak zda­rzało. A od tego czasu nie poja­wił się w barze, kiedy ona tam była.

Holo­man odgar­nął z oczu brą­zowy, lśniący lok.

– Czę­sto poja­wiają się oskar­że­nia, że Poza­Ży­cie, wybie­ra­jąc kan­dy­da­tów, fawo­ry­zuje boga­tych. To nie­prawda. Nie da się także mani­pu­lo­wać gło­so­wa­niem. Wszyst­kie pro­gramy losu­jące są publicz­nie dostępne. Poza­Ży­cie utrzy­muje w cał­ko­wi­tej tajem­nicy tylko jedną rzecz, mia­no­wi­cie neu­ryd. Cał­ko­wite bez­pie­czeń­stwo neu­rydu pozwala, by wszystko poza nim było stu­pro­cen­towo otwarte. Poza­Ży­cie jest w pełni moni­to­ro­wane przez Układ i pod­da­wane rygo­ry­stycz­nej kon­troli.

Usły­szała szcze­kliwe spół­gło­ski Vega­schri­sta, gar­dłowe gło­ski Fiołka, głosy mło­dych i sta­rych, kobiet i męż­czyzn, pły­nące przez ekran urywki tek­stów:

…jedyne, co mnie trzy­mało przy życiu…

…ona ni­gdy nie zro­zu­miała, że…

…kiedy on w końcu zmarł…

Gdy to przy­ci­chło, Holo­man powie­dział:

– Spójrzmy na fakty. Neu­ryd poja­wia się poten­cjal­nie przy każ­dych naro­dzi­nach w Ukła­dzie, z wyjąt­kiem – z ich wła­snego wyboru – Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety.

Holo­man, jak zawsze, prze­cią­gał ten tak zwany Mate­riał Spe­cjalny. Razer zaczęła się zasta­na­wiać, jak wpa­so­wać Bale’a w struk­turę Auten­tyka. Zawsze miała dobre wskaź­niki reak­cji, kiedy sama sie­bie w nich umiesz­czała. Odro­bina seksu też nie szko­dziła. Poza tym ludzie lubili myśleć, że dowia­dują się z Auten­ty­ków cze­goś nowego, nawet jeśli nie da się ich osą­dzać ani na nie gło­so­wać. Wspo­mnie­nia Bale’a były aż gęste od prze­mocy i tech­no­lo­gii. Nie będzie trudno opa­ko­wać go w jakąś histo­rię.

Holo­man prze­szedł do wsz­cze­pia­nia neu­rydu.

– Rodzice mogą oczy­wi­ście odmó­wić udziału w imie­niu dziecka, choć narzu­co­nego praw­nie podatku na rzecz Poza­Ży­cia zrzec się nie mogą. W rzad­kich sytu­acjach, gdy zaraz po uro­dze­niu nie ma tech­nicz­nej moż­li­wo­ści, implan­ta­cja neu­rydu może się odbyć do końca pierw­szego roku życia.

Kaffa zaczy­nała dzia­łać. Pró­bo­wała roz­po­cząć w myślach histo­rię Bale’a, ale łapała się na tym, że myśli o jego pro­ble­mach, nie o jego poten­cjale nar­ra­cyj­nym. On żył dla Paxu. Kim się sta­nie bez niego?

Mar­twi się o niego?

Ta moż­li­wość otrzeź­wiła ją bar­dziej niż kaffa. Spo­ty­kała cie­kaw­szych męż­czyzn i o wiele od niego atrak­cyj­niej­szych. Miał dobre histo­rie, pocią­gała ją jego bez­ce­re­mo­nial­ność – i to w zasa­dzie tyle.

Nie, jej jedy­nym zmar­twie­niem jest to, że nie zdąży zebrać wszyst­kiego, co Bale ma do powie­dze­nia, zanim Auten­tyki dadzą jej coś innego.

– Neu­ryd oparty jest na plu­ri­po­ten­cjal­nych komór­kach macie­rzy­stych, tani w pro­duk­cji i wsz­cze­piany przez pro­sty zabieg prze­zczasz­kowy. Jego pro­duk­cja jest doto­wana przez Układ. Losowa dys­try­bu­cja neu­ry­dów-pla­cebo jest nad­zo­ro­wana przez AI, cho­ciaż ogólny pro­cent pla­cebo zmniej­sza się z roku na rok, w miarę jak wpro­wa­dzane są nowe cen­tra prze­cho­wy­wa­nia wspo­mnień, powięk­sza­jące pojem­ność bazy danych Poza­Ży­cia. Jedyną osobą w całym uczest­ni­czą­cym Ukła­dzie, która nie może zostać zaim­plan­to­wana, jestem ja. – Teatral­nie wsu­nął sobie dłoń w tułów, demon­stru­jąc wła­sną nie­praw­dzi­wość, i w końcu wró­cił do Aje­enasa Ria­lo­bona.

Razer nie potrze­bo­wała po raz kolejny pozna­wać szcze­gó­łów mor­derstw i schwy­ta­nia Ria­lo­bona. Choć dziś wie­czo­rem poja­wiło się parę obra­zów mózgo­wych, któ­rych wcze­śniej nie widziała, oraz seria wywia­dów z podej­rza­nie rosną­cym kata­lo­giem osób twier­dzą­cych, że ucie­kły mu spod noża. Holo­man powie­dział:

– Pamię­taj­cie: z uwagi na Swo­body Oby­wa­tel­skie, infor­ma­cje z Poza­Ży­cia ni­gdy nie są udo­stęp­niane Paxowi ani Justix. Nie wia­domo nawet, czy sam Ria­lo­bon miał aktywny neu­ryd.

Wciąż myślała o Bale’u. Za dużo czasu na niego poświęca. Co z tego, że lubi jego towa­rzy­stwo? To wciąż praca. A może odpo­czy­nek, któ­rego chwi­lowo potrze­buje, tro­chę roz­mowy zamiast zada­wa­nia pytań i reje­stro­wa­nia odpo­wie­dzi. Jed­nak powód jest nie­istotny. Naprawdę trzeba już było z nim skoń­czyć. Już i tak spę­dziła w Przy­czółku ponad mie­siąc, o wiele dłu­żej niż w więk­szo­ści miejsc.

– Podo­bało się? Mnie tak! A teraz, Razer, część druga pro­gramu: nowe gło­so­wa­nie!

Osu­szyła resztę kaffy, w końcu czu­jąc się w pełni przy­tomna.

– Ale naj­pierw jesz­cze kilka fak­tów.

Okla­pła. Za każ­dym razem, pomy­ślała. Ni­gdy się nie nauczy. Lecz nikt się nie uczy. Potrzeba zaufa­nia wygrywa za każ­dym razem, tak w małych, jak i w wiel­kich spra­wach.

– Dopiero po opi­nii kli­nicz­nej, mówią­cej, że śmierć jest nie­unik­niona, sani­ta­riu­sze Poza­Ży­cia mają prawo spraw­dzić, czy neu­ryd jest aktywny. Jeśli oka­że­cie się neu­rydo-pozy­tywni, umiesz­cza się was w rigor vitae, tra­fia­cie do sar­ko­fagu, w skró­cie do sarku, a w nim do oce­anu na Ponu­rze, a neu­ryd prze­ko­pio­wuje wasze życie do bazy danych Poza­Ży­cia.

Muzyka nabrzmiała.

– A potem, Razer, po roku, dzie­się­ciu latach, być może po stu­let­niej lub dłuż­szej prze­rwie, kiedy poja­wia się lekar­stwo lub nowa medyczna tech­no­lo­gia lecząca twoją przy­pa­dłość, wszystko zależy od… – Wyszcze­rzył się i roz­po­starł ręce, gdy kamera odda­lała się, zmie­nia­jąc go w punk­cik na tle nie­spo­dzie­wa­nego widoku gwiazd. Roz­brzmiały grom­kie trium­falne akordy, w nagłej ciszy po ostat­nim z nich Holo­man krzyk­nął: – …od was wszyst­kich!

Wbrew sobie poczuła, że serce zabiło jej moc­niej.

– W chwili poten­cjal­nego powrotu, Razer, twoje zagro­żone życie oraz życie innych z dokład­nie tą samą przy­pa­dło­ścią zosta­nie pod­dane gło­so­wa­niu. Zagło­so­wać może każdy na każ­dego. Jedy­nie ja, Holo­man, nie mogę gło­so­wać. Gło­so­wa­nie nie jest, powta­rzam: nie jest kon­kur­sem. Gło­suje się za drugą szansą albo prze­ciwko dru­giej szan­sie, dla tylu kan­dy­da­tów, ilu zechce­cie.

Zła na sie­bie, że dalej ogląda, Razer wyświe­tliła dane o obec­nej oglą­dal­no­ści Holo­mana. Razem z nią patrzyło trzy­dzie­ści sie­dem pro­cent dostęp­nego Układu. Przej­rzała roz­bi­cie na szcze­góły i eks­tra­po­la­cje. Pro­gnoza mówiła, że w ciągu kolej­nych pięć­dzie­się­ciu godzin osiem­dzie­siąt dzie­więć pro­cent doro­słej popu­la­cji Układu – ze stan­dar­do­wymi dwoma wyjąt­kami, Gehenną i nie­wy­mowną pla­netą – obej­rzy pro­gram i zacznie gło­so­wać. Nie prze­sta­wało jej to zdu­mie­wać. Wybory do Admi­ni­straty ledwo były w sta­nie osią­gnąć połowę tej fre­kwen­cji.

– Jak pod­jąć decy­zję? To pro­ste i fajne. Po pro­stu patrzy­cie na ich życie. Czy byli – czy są – mili czy nie­na­wistni, czuli czy okrutni? Czy wy czu­je­cie się wiel­ko­duszni? – I dodał dys­kret­nym szep­tem: – Ale pamię­taj­cie, jeśli wasz neu­ryd jest aktyw­nym neu­rydem, któ­re­goś dnia może­cie zostać osą­dzeni za wła­sne osądy.

Nie­sa­mo­wite to jest, pomy­ślała Razer. Poza­Ży­cie, jedyna rzecz jed­no­cząca Układ, jest tak pro­ste, że pra­wie banalne. Jest ponad poli­tyką, ponad boże­rią, i jest jedy­nym obcią­że­niem podat­ko­wym, na które nikt nie narzeka.

A jego ist­nie­nie dawało jej utrzy­ma­nie. Praca dla Auten­ty­ków, jed­nego z Paso­Żyć Poza­Ży­cia, opła­cała jej podróże po Ukła­dzie, słu­cha­nie, wyobra­ża­nie sobie, two­rze­nie fabuły z cha­osu. Może wła­śnie to było w nim naj­oso­bliw­sze – że mogła się dzięki niemu wyży­wić przez samo tylko snu­cie opo­wie­ści. Życia były praw­dziwe, ale brzyd­kie i cha­otyczne. Ludzie szli po Auten­tyki, żeby zna­leźć pocie­chę, poprawę nastroju po nie­przy­jem­nych praw­dach Poza­Ży­cia. A dzięki wła­snemu talen­towi oraz pora­dom i wybo­rom jej AI, Cynth, była jedną z naj­lep­szych opo­wia­da­czek.

Holo­man zmie­nił ton na urzę­dowy. Włosy miał teraz krót­sze i schlud­niej­sze, minę poważną, gdy mówił:

– Wszyst­kie głosy są nie­za­leż­nie spraw­dzane. Gło­so­wa­nie jest cał­ko­wi­cie otwarte i nie­podatne na korup­cję czy mani­pu­la­cję.

Słu­cha­jąc ludz­kich opo­wie­ści i kom­po­nu­jąc swe histo­rie, Razer zasta­na­wiała się czę­sto, jak mogło wyglą­dać życie na daw­nej Ziemi, gdzie spo­dzie­wa­łeś się, że doży­jesz wię­cej niż pięć­dzie­siątki i przez więk­szość tego czasu będziesz cie­szyć się w miarę dobrym zdro­wiem. Jakie mie­liby histo­rie? Domy­śla­liby się takiej przy­szło­ści jak ta? Nie­od­wra­cal­nych cho­rób popro­mien­nych, auto­im­mu­no­lo­gicz­nych, wiecz­nie zmien­nych meta­wi­ru­sów, neo­ra­ków, tok­sycz­no­ści reak­cyj­nych? Upior­nej śmier­tel­no­ści i ogól­nej cho­ro­wi­to­ści? Tej pro­stej trud­no­ści wszyst­kiego?

Na tam­tej Ziemi wyobra­żali sobie, że przy­szłość przy­nie­sie lekar­stwa na wszystko, że tech­nika w końcu prze­ści­gnie naturę.

Ziew­nęła, naresz­cie senna. Jakże my się zawsze mylimy.

4. Alef

4.

Alef

ZKL 2: ojciec dostaje wezwanie do zapłaty podatku

Nie­długo po naszym powro­cie z kate­dry wezwa­nie do zapłaty podatku adre­so­wane do mojego ojca zostało omył­kowo dostar­czone do sąsiada, Josipa Far­lowa, który je machi­nal­nie otwo­rzył. Opo­wieść głosi, że pra­wie zemdlał, zoba­czyw­szy skalę błędu. Legenda o podatku Saula stała się na Gehen­nie ludową histo­rią. Przy­po­wie­ścią wręcz.

Ta histo­ria idzie tak:

Josip był prze­ko­nany, że Sau­lowi trudno będzie pogo­dzić się z fak­tem, że Admi­ni­stra­cja Podat­kowa mogła popeł­nić aż taki błąd. Myślał, że Saul zała­mie się i się zawiesi, jak pute­ria. Nie wie­dząc, co robić, poszedł do ojca Grace’a, a ten do Marity, która też nie miała poję­cia.

W końcu zwo­łali komi­tet para­fialny, w któ­rym Saul był doradcą tech­nicz­nym. Ojciec Grace zaczął roz­mowę o błę­dach dru­kar­skich w tłu­ma­cze­niach Bublii, a na koniec spo­tka­nia Josip prze­ka­zał wezwa­nie podat­kowe Sau­lowi, prze­pra­sza­jąc, że przez pomyłkę je otwo­rzył. Rzu­cił też bez­tro­ski komen­tarz o oczy­wi­stej pomyłce dru­kar­skiej i zapro­po­no­wał, że będzie medio­wał z Admi­ni­stra­cją w jego imie­niu, żeby zała­twić poprawę tego błędu.

Saul obej­rzał wezwa­nie i nic nie powie­dział.

Wszy­scy wokół stołu zamil­kli.

Ojciec Grace zażar­to­wał, że Saul ma rów­nie ogromną wie­dzę o Podat­kach i o Bublii oraz o spo­ra­dycz­nych błę­dach w jed­nym i dru­gim.

– Dzię­kuję, Josip – mruk­nął w końcu Saul. Zło­żył pismo i wsa­dził je do kie­szeni.

– I co zro­bisz? – zapy­tał ktoś, tro­chę ner­wowo.

– To wezwa­nie do zapłaty. – Saul wzru­szył ramio­nami. – Będę oczy­wi­ście musiał zapła­cić.

Takiej reak­cji nikt się nie spo­dzie­wał. Gdy tylko Saul wyszedł ze spo­tka­nia, ojciec Grace zadzwo­nił do Marity i powie­dział, żeby skon­tak­to­wała się z nim, jeśli będzie potrze­bo­wała pomocy, doda­jąc, że, szcze­rze mówiąc, nie wie, jakie tu może być naj­lep­sze wyj­ście.

Marita sta­rała się zacho­wy­wać jak gdyby ni­gdy nic, co było pro­ste, bo Saul robił to samo. Parę dni póź­niej zapy­tała, co zro­bił z tym podat­kiem, na co odparł, że go zapła­cił.

Wszy­scy w Jer­Sa­lem cze­kali nie­spo­koj­nie na eska­la­cję. Musiała nastą­pić. Podatki zro­biły błąd, który nie został sko­ry­go­wany, a Saul wysłał im płat­ność, która w oczy­wi­sty spo­sób, przez to, że została wyko­nana – co ktoś taki jak Saul musiał dosko­nale rozu­mieć – nie­odwo­łal­nie zatwier­dzała tę pomyłkę. Na kon­cie zaś miał kwotę o kilka rzę­dów mniej­szą niż wyno­siła należ­ność.

Całe Jer­Sa­lem buzo­wało nie­po­ko­jem. Saul ze swoją wiarą w nie­odwo­łal­ność podat­ków musiał zakła­dać, że skoro żądają, to trzeba im dać. Błąd musi leżeć po jego stro­nie.

Każdy wie­dział, co się sta­nie. Pax wyśle na Gehennę więź­niarkę i go zgar­nie.

Mijały jed­nak mie­siące i nikt po Saula nie przy­cho­dził. Nie­po­kój utrzy­my­wał się przez dłuż­szy czas, aż w końcu wszystko wró­ciło do normy, choć nie­zu­peł­nie takiej jak wcze­śniej. Saul dalej napra­wiał ludziom pute­rię, a oni nale­gali, żeby coś za tę robotę wziął – wcze­śniej tak nie robili. Nie chciał brać pie­nię­dzy, więc dawali rze­czy, które można sprze­dać. I nawet nie Sau­lowi, tylko Mari­cie. Wołali też Saula do banal­nych pro­ble­mów, po pro­stu, żeby Mari­cie dać coś, co jej się przyda na przy­szłość.

Aż wresz­cie do Saula przy­szedł kolejny list z napi­sem PODA­TEK. Listo­nosz od razu dorę­czył go ojcu Grace, który go otwo­rzył.

W środku było potwier­dze­nie zapłaty podatku w peł­nej wyso­ko­ści. Ojciec Grace zakleił list z powro­tem – i jako duchowny nie­wąt­pli­wie odmó­wił modli­twę dzięk­czynną – po czym prze­ka­zał go ojcu.

Miesz­kańcy wsi doszli jed­no­myśl­nie do wnio­sku, że tym ele­ganc­kim i logicz­nym spo­so­bem Podatki sko­ry­go­wały swój pier­wotny błąd – idio­tyzm tam­tego wezwa­nia ujaw­nił się dopiero, kiedy płat­ność ojca się nie roz­li­czyła. Żeby zacho­wać twarz, Podatki udały, że i wezwa­nie, i zapłata zostały prze­pro­wa­dzone popraw­nie i tym samym rachunki się zga­dzają. W oczach miesz­kań­ców Saul poka­zał here­tyc­kiemu Ukła­dowi, jaki jest głupi – co wszy­scy i tak wie­dzieli.

I zupeł­nie nie­świa­do­mie stał się kimś w rodzaju boha­tera. Ojciec Grace wygło­sił kaza­nie o tym, jak można obró­cić ślepą głu­potę bez­boż­nych prze­ciwko nim samym – jego praw­dziwy sens dotarł do wszyst­kich oprócz Saula i do wsi wró­ciła nor­mal­ność.

Aż do poja­wie­nia się Pel­lon­horca.

ZKL 3: Mój pierwszy puter

Po szkole czę­sto sie­dzia­łem w warsz­ta­cie ojca i poma­ga­łem mu przy pute­rii.

Pro­gra­mo­wa­nie przy­cho­dziło mi wła­ści­wie bez wysiłku. Nauczy­łem się go tak, jak się uczy mówić, a nie czy­tać. Mój mózg, tak jak mózg ojca, był pod to ide­al­nie skon­fi­gu­ro­wany. Pro­sta sprawa. To, w co się razem bawi­li­śmy, nie było na pozio­mie typo­wych roz­ry­wek ojca z synem – budo­wa­nia wież z pla­sti­ko­wych kloc­ków czy kopa­nia piłki. My bawi­li­śmy się ekra­nią i pute­rią. Kiedy jesz­cze sie­dzia­łem w brzu­chu matki, ojciec opra­co­wał sys­tem, który zamo­de­luje moje pierw­sze dźwięki jako sym­bole gra­ficzne, i oto­czył moje łóżeczko ekra­nią. Szybko nauczy­łem się, które dźwięki wyświe­tlają pro­ste twa­rze, i po paru mie­sią­cach nauczy­łem się uszcze­gó­ła­wiać je na tyle, żeby twa­rze na ekra­nii uśmie­chały się lub pusz­czały bańki. Gdy mój język się roz­wi­jał, zada­nia pro­gra­mi­styczne robiły się bar­dziej zawiłe. Zanim nauczy­łem się cho­dzić, umia­łem symu­lo­wać pro­stą rzekę. Razem z ojcem bawi­li­śmy się cyfrową wodą. On wrzu­cał do niej kamyki, a ja pro­gno­zo­wa­łem i wyli­cza­łem ich wpływ na stru­mień. Obaj się przy tym zaśmie­wa­li­śmy.

Nie­długo potem dosta­łem wła­sny puter i zaczą­łem wymy­ślać na niego pro­gramy. Ojciec opo­wie­dział mi o taj­no­ści i pry­wat­no­ści, o róż­ni­cach mię­dzy jedną i drugą, o tym, jak są ważne, nauczył mnie kodów i szy­frów. Gra­li­śmy też w gry na pamięć i był rów­nie zachwy­cony jak ja, kiedy w wieku sze­ściu lat zaczą­łem z nim wygry­wać. Wymy­śli­li­śmy pro­ce­durę szy­fru­jącą dla mojego putera. Liczby pierw­sze, któ­rych uży­łem, wyda­wały mi się wtedy ogromne. Pytał mnie, jak je zapa­mię­ta­łem – jego wła­sne wizu­alne triki zawo­dziły przy takiej zło­żo­no­ści – a ja odpo­wie­dzia­łem, że widzę je jako drzewa z liśćmi, wiel­kie drzewa falu­jące na wie­trze. Każdą gałąź i gałązkę trzeba odczy­tać w kolej­no­ści od ziemi, a każdy liść, od pnia do jej końca, to jedna cyfra.

Do nie­zro­zu­mie­nia ze strony innych dzieci i doro­słych byłem przy­zwy­cza­jony, ale kiedy widzia­łem, jak ojciec pró­buje sobie wyobra­zić moje lasy… zaśmiał się, choć był to nieco oso­bliwy śmiech.

Po tym usta­li­li­śmy z ojcem jedną zasadę doty­czącą mojego putera. Nada­łem mu takie prawa, że mógł wpro­wa­dzać dla mnie gry i zagadki do roz­wią­za­nia, ale nie mógł się po nim swo­bod­nie poru­szać ani inge­ro­wać w moje pro­gramy. Ja nato­miast mia­łem swoje, szer­sze upraw­nie­nia, pozwa­la­jące mi na pełny dostęp do moż­li­wo­ści putera.

Teraz oczy­wi­ście widzę, że to była po pro­stu mil­cząca umowa, dzięki któ­rej ojciec mógł mi pozwo­lić być u sie­bie w warsz­ta­cie pod warun­kiem, że ogra­ni­czam się do mojego wła­snego putera. Nie była to reguła, którą mógłby mi narzu­cić. Zupeł­nie jakby w nor­mal­niej­szej rodzi­nie ojciec nagle dostrzegł, że syn wyrósł i jest od niego więk­szy i sil­niej­szy i posta­no­wił, że już nie będą się bawić w zapasy.

Moich wnio­sków doty­czą­cych hipo­tez Rie­manna i Gold­ba­cha3 ni­gdy mu nie poka­za­łem. Szkoda. Ale wtedy myśla­łem tylko, że wyko­rzy­sta to do zła­ma­nia moich szy­frów.

ZKL 4: Pellonhorc

Nie­długo po moich ósmych uro­dzi­nach Josip Far­low i jego rodzina zgi­nęli w paskud­nym wypadku – meta­nowy szyb wcią­gnął ich loto­cykl – i do zamiesz­ka­nia we wsi wybrano nową rodzinę z listy. Lista była długa. Zawsze byli ludzie, któ­rzy chcieli opu­ścić Górne Światy, żeby cie­szyć się rygo­ry­zmem Gehenny.

Teraz widzę, choć wów­czas nie przy­szło mi to w ogóle do głowy, że masa rze­czy wska­zy­wała, że jego przy­by­cie jest czymś dziw­nym. Więk­szość nowych rodzin była bez­dzietna albo z dziec­kiem w łonie matki, a przy­by­wali razem, męż­czy­zna i kobieta. Ni­gdy nie było pobocz­nych doro­słych osób, ni­gdy nie było żad­nych dzieci.

Jed­nak ta dziwna rodzina przy­je­chała i ksiądz zgod­nie z tra­dy­cją przy­jął ich do naszej wspól­noty pod­czas cere­mo­nii żałoby i powi­ta­nia, zaczy­na­ją­cej się od słów: „Pośrodku śmierci w życiu jeste­śmy”4.

Ava­re­che, matka nowej rodziny, sie­działa w kościele w żałob­nych łach­ma­nach. Pła­kała, jakby była oca­lałą z wypadku, w któ­rym zgi­nęła rodzina Josipa, a nie jego bene­fi­cjentką. Szlo­chała, łkała, jakby życie nie było tra­ge­dią od pro­chu po proch, jak nas uczono, lecz czymś bar­dziej nie­zrów­no­wa­żo­nym.

Zamęża nie było. Zamiast niego po obu stro­nach Ava­re­che sie­dzieli jej kuzyni, Gar­rel i Tra­ile. Nikogo takiego wcze­śniej w Jer­Sa­lem nie widzie­li­śmy. Ubrani byli w ciemne, nie­tkane ubra­nia i sie­dzieli na twar­dych ławach w nad­zwy­czaj­nym bez­ru­chu, jak wykuci z kamie­nia. Nawet wtedy pomy­śla­łem, że wyglą­dają jak żoł­nie­rze z tymi poły­sku­ją­cymi w ciem­nym kościele soczew­kami na oczach, z dłońmi opar­tymi na potęż­nych udach, wytar­tymi do poły­sku knyk­ciami ręka­wi­czek i gru­bymi kurt­kami suge­ru­ją­cymi ukrytą broń.

I był jesz­cze chło­pak. Syn Ava­re­che. Pel­lon­horc.

Trudno mi teraz myśleć o nim „chło­pak” po tym wszyst­kim, co było. Miał osiem lat, tak jak ja, i bie­gał po całym kościele, dziki jak wiatr.

Nikt mu nie zwró­cił uwagi. Nikt nic nie zro­bił. Ojciec Grace powi­nien napo­mnieć matkę, żeby go uspo­ko­iła, ale nie zro­bił tego. Zasta­na­wiam się teraz, ile mógł wie­dzieć – lecz może po pro­stu był zadzi­wiony tymi nie­zwy­kłymi przy­by­szami.

Ava­re­che sie­działa i szlo­chała. Nie mogłem tego zro­zu­mieć. Kuzyni sie­dzieli nie­po­ru­szeni po obu jej stro­nach, a moja matka szybko wstała i do niej pode­szła. Gar­rel – to był ten wyż­szy kuzyn, z mał­żo­wi­nami uszu gru­bymi od czuj­ni­ków i nawo­sko­wa­nymi wło­sami pozwi­ja­nymi w cia­sne, zębate pasma, jak sko­rupa gra­natu – niczym nie dał poznać, że pozwala jej się zbli­żyć, matka jed­nak cze­kała. Ava­re­che pośpiesz­nie na niego kiw­nęła, a on dał matce usiąść obok niej, choć odcze­kał tyle, żeby każdy w kościele zauwa­żył tę pauzę. Każdy oprócz Pel­lon­horca, który w ostrym sno­pie świa­tła z wyso­kiego okna budo­wał wieżę z modli­tew­ni­ków.

Ojciec Grace kon­ty­nu­ował nabo­żeń­stwo. „Opła­ku­jemy Josipa i Neishę, ich dzieci, Joniego i Jess, a także dzię­ku­jemy za przy­by­cie Ava­re­che i Pel­lon­horca, Gar­rela i Tra­ile’a”. Zapa­dła cisza, uci­szył się nawet Pel­lon­horc z tyłu kościoła – zro­bił krok wstecz i przy­pa­trzył się swo­jej nie­bez­piecz­nie wyso­kiej książ­ko­wej budowli. Wieża, pod­parta z boków podusz­kami do klę­cze­nia, się­gała mu do głowy. Patrzy­łem, jak sta­ran­nie balan­suje na szczy­cie srebrną kadziel­nicą, odbi­ja­jącą jasnym pro­mie­niem blask słońca.

Ksiądz zakoń­czył nabo­żeń­stwo modli­twą za nie­wy­mowną pla­netę: „Módlmy się za dusze tych, któ­rych potworna wiara odwio­dła od moż­li­wo­ści zba­wie­nia, by pew­nego dnia powró­cili na nasze łono”.

Wszy­scy zna­li­śmy opo­wie­ści o nie­wy­mow­nej pla­ne­cie, o tym, jak odcięli się od Układu, nisz­czyli wszyst­kie statki, które pró­bo­wały podejść, i wysy­łali ekipy zama­chow­ców po każ­dego, kto wymie­nił ich nazwę. Nie wyda­wało się to praw­do­po­dobne, lecz na Gehen­nie ogól­nie mało rze­czy się kwe­stio­no­wało.

Na koniec ojciec Grace ponow­nie wska­zał gestem nową rodzinę i cicho, ale sta­now­czo rzekł:

– Mamy nadzieję, że do Ava­re­che i jej rodziny szybko dołą­czy jej zamąż…

Brzdęk. Wszy­scy pod­sko­czyli, gdy zawa­liła się wieża z modli­tew­ni­ków Pel­lon­horca, a kadziel­nica ze szczytu huk­nęła o kamie­nie. Gar­rel i Tra­ile zerwali się na nogi, pomy­śla­łem. Ale nie, wła­ści­wie to oni jedyni w całym kościele sia­dali. Teraz, we wspo­mnie­niach, widzę, że to nie było tak. Oni fak­tycz­nie pode­rwali się, obró­cili, wyce­lo­wali broń, która poja­wiła się im w dło­niach, oce­nili sytu­ację i sie­dli z powro­tem, zanim kto­kol­wiek inny w kościele zdą­żył zare­ago­wać.

To sygna­li­zo­wało koniec nabo­żeń­stwa. Wyszli­śmy z kościoła, prze­cho­dząc przez snopy świa­teł przy­du­szone teraz słod­kim kadzi­dłem. Ava­re­che wciąż szlo­chała. Wszy­scy inni – z wyjąt­kiem Gar­rela i Tra­ile’a, któ­rzy musieli mieć fil­try krta­niowe – poka­sły­wali aż do łuko­wa­tych drzwi. Pel­lon­horc wyma­chi­wał rękoma i tań­czył.

Tak wyglą­dało ich przy­by­cie. Dopiero po pew­nym cza­sie wszy­scy we wsi dowie­dzieli się, jak się nazywa zamąż Ava­re­che. A wtedy wła­ści­wie się nie zdzi­wi­li­śmy. O Etha­nie Drame’ie sły­szało się nawet na Gehen­nie.

Wyszło to jed­nak dopiero sporo póź­niej. Na początku cią­gle były inne powody, dla któ­rych ojciec Pel­lon­horca nie może przy­je­chać: praca, pro­blemy z trans­por­tem albo po pro­stu „kom­pli­ka­cje”. Ava­re­che wzru­szała ramio­nami. Gar­rel i Tra­ile nie mówili nic.

Pierw­szego dnia Pel­lon­horca w szkole jeden chło­pak z klasy zapy­tał go o ojca. Pel­lon­horc pobił go tak, że przez mie­siąc nie cho­dził do szkoły.

Ava­re­che została naj­lep­szą przy­ja­ciółką mojej matki. Potrze­bo­wała w oczy­wi­sty spo­sób róż­nych rze­czy i moi rodzice jej poma­gali. Ni­gdy nie wyda­wało mi się, że to coś poza zwy­kłą dobro­cią i zbie­giem oko­licz­no­ści.

Dziwna to była rodzina. Było ich pię­cioro – Ava­re­che, Pel­lon­horc, dwóch kuzy­nów oraz zie­lony czi­ki­czip. Zwie­rzątko nale­żało do Pel­lon­horca i trzy­mał je w dużej klatce. Miało pod­cięte skrzy­dła i nie­zdar­nie czła­pało po tej klatce. Według mojej matki Pel­lon­horc nie za bar­dzo się nim zaj­mo­wał i spa­dło to na Ava­re­che. Zwie­rzę z jakie­goś powodu znie­lu­biło Pel­lon­horca. A jego matka czę­sto trzy­mała je w obję­ciach, tuliła i machi­nal­nie gła­dziła po mięk­kich pió­rach.

A ja zaprzy­jaź­ni­łem się z Pel­lon­hor­kiem. Miał nie­sa­mo­witą i sza­loną cha­ry­zmę. Kiedy do szkoły wró­cił chło­pak, któ­rego pobił, Pel­lon­horc pierw­szy go przy­wi­tał z auten­tycz­nym zapa­łem. I nic o pobi­ciu nie wspo­mniał. Dla niego jakby w ogóle nie miało miej­sca. Chło­pak był dziw­nie wdzięczny, choć potem już zawsze nie­ufny.

Dla mnie była to inte­re­su­jąca lek­cja. Chyba wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że mamy do czy­nie­nia z kimś nie­zwy­kłym. Od razu zaczął wszyst­kim prze­wo­dzić. Ryzy­ko­wa­li­śmy, wspi­na­li­śmy się i pły­wa­li­śmy w nie­bez­piecz­nych miej­scach. Nikt mu oczy­wi­ście nie mógł odmó­wić, a on do wszyst­kiego był pierw­szy – wspi­nał się, nur­ko­wał, bił się. Nie znał stra­chu. Myśle­li­śmy, że jest odważny. A on oczy­wi­ście był psy­cho­patą.

Jaką­kol­wiek wła­dzę nad nim mieli tylko Gar­rel i Tra­ile. Drwił z nich przez cały czas, a oni nie zwra­cali na to uwagi.

Ale któ­re­goś dnia widzia­łem, jak Tra­ile go ude­rzył…

Było to tak: Pel­lon­horc przy­szedł do nas wie­czo­rem, nie­za­po­wie­dziany, i powie­dział, że chce się ze mną poba­wić. Poszli­śmy do mojego pokoju. Na początku był pobu­dzony, potem przy­ga­szony. Ni­gdy go takim nie widzia­łem. Po jakimś cza­sie matka ode­brała łącze i to wyraź­nie była Ava­re­che. Wyszła, a parę minut póź­niej do drzwi zapu­kał Tra­ile.

Trzeba go było nie wpu­ścić. Mia­łem nikogo nie wpusz­czać, jeśli w domu nie ma doro­słych, a Pel­lon­horc darł się na mnie, żebym nie otwie­rał. Wrzesz­czał jak ni­gdy. I prze­kli­nał, przy­się­gał, że zrobi mi takie rze­czy, któ­rych nawet nie rozu­mia­łem.

Musi­cie sobie wyobra­zić, jak się bałem. Widzia­łem, jak Pel­lon­horc bez powodu pobił chło­paka do nie­przy­tom­no­ści i tłukł go dalej, mia­rowo i spo­koj­nie, dopóki nie był pewny, że do wszyst­kich dotarło. Ni­gdy nie stra­cił opa­no­wa­nia. Ale jed­no­cze­śnie zza drzwi sły­sza­łem głos Tra­ile’a, powolny, spo­kojny i groź­niej­szy niż można by sobie wyobra­zić.

Słu­cha­łem wrza­sków Pel­lon­horca, ale cichy głos Tra­ile’a je zagłu­szał. Wycią­gną­łem rękę i otwo­rzy­łem drzwi. Jego soczewki bły­snęły, kiedy prze­pły­nął obok mnie i poszedł na górę scho­dami. Ruszy­łem za nim. Przez szparę w drzwiach do pokoju przez chwilę widzia­łem minę Pel­lon­horca. Potem trza­snął nimi przed nosem Tra­ile’a. Jed­no­cze­śnie pomy­śla­łem, jak bar­dzo musi być prze­ra­żony, żeby choćby pomy­śleć o zatrza­ski­wa­niu mu drzwi przed nosem.

Lecz będzie tam bez­pieczny, póki Tra­ile się nie uspo­koi. Przez ska­zań­ców pra­cu­ją­cych na bagnach eli­mi­nium wszyst­kie drzwi we wsi, wewnętrzne czy zewnętrzne, były zabez­pie­czone przed wej­ściem. Rów­nież od mojego pokoju. Każdy mógł otwo­rzyć je od środka, ale od zewnątrz trzeba było się zauto­ry­zo­wać odci­skiem palca. Nawet noso­róg po stu metrach roz­biegu nie byłby w sta­nie ich wyła­mać.

Tylko że Tra­ile poło­żył dłoń na klamce, naparł na nią, a drzwi po chwili wydały dziwny zgrzyt, wygięły się, trza­snęły i wpa­dły do środka. Tra­ile potarł pięść i obej­rzał się na mnie. Co chciał mi tym spoj­rze­niem powie­dzieć – nie mam poję­cia. Soczewki na oczach błysz­czały tak samo jak zawsze. Patrzy­łem, jak wcho­dzi do pokoju, patrzy­łem, jak jego ręka wraca i non­sza­lancko się zama­chuje. Usły­sza­łem głu­chy odgłos i wrza­ski Pel­lon­horca rap­tow­nie uci­chły.

Po dłuż­szej mar­twej chwili Tra­ile odwró­cił się na bok, ode mnie i Pel­lon­horca, i pochy­lił głowę. Usły­sza­łem, że zaklął. Uniósł zwi­niętą dłoń do twa­rzy, coś do niej wymam­ro­tał. Twarz miał bladą, a ta dłoń się trzę­sła. Mówił dalej, potem prze­stał, odcze­kał i znów się ode­zwał, tym razem spo­koj­niej. Na twarz wró­ciły mu kolory. Ode­tchnął głę­boko, schy­lił się, deli­kat­nie wziął Pel­lon­horca na ręce i wyszedł z nim. Chło­pak uni­kał mojego wzroku.

Przez tydzień nie cho­dził do szkoły, a czi­ki­czipa wię­cej ni­gdy nie widzie­li­śmy. Zapy­ta­łem o niego matkę. Odparła, że przy Pel­lon­horcu czy Ava­re­che lepiej o nim nie wspo­mi­nać. Ojciec zor­ga­ni­zo­wał wymianę drzwi do mojego pokoju. Nie mogłem się docze­kać, aż fachowcy zapy­tają, co się stało, że się tak wyła­mały, żeby móc im powie­dzieć, lecz oni nie zająk­nęli się ani sło­wem. Za to byli wobec mnie bar­dzo uprzejmi.

ZKL 5: Pornowersum

– Chodźmy do biura two­jego taty – powie­dział pew­nego dnia Pel­lon­horc.

– Dobra. Zapy­tam go.

– Nie. Sami chodźmy.

– Nie można. Zresztą po co? Jemu nie będzie prze­szka­dzać, że tam jeste­śmy. Czę­sto przy­cho­dzę i mu poma­gam.

– Nie. Chcę ci coś poka­zać.

– Co mi tam możesz poka­zać?

– Zoba­czysz.

Typowe dla niego. „Zoba­czysz”. Brzmiało to jed­no­cze­śnie jak groźba i pokusa. Wie­dzia­łem, że jeśli się nie zgo­dzę, będzie mną gar­dził, ale mia­łem już wykręt. Powie­dzia­łem:

– Tam i tak jest zamknięte. Nie wej­dziemy.

– Ja otwo­rzę. Tym się nie przej­muj.