Pineapple Street - Jackson Jenny - ebook
NOWOŚĆ

Pineapple Street ebook

Jackson Jenny

3,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Powieść dla wszystkich fanów serialu „Sukcesja”!

Poznajcie kobiety Stockton z owocowego zakątka Nowego Jorku – Pineapple Street!

Darley Stockton, od dziecka ciesząca się przywilejami najbogatszych, nigdy nie musiała martwić się o pieniądze. Postanowiła jednak podążyć za głosem serca i zrezygnowała z bogactw dla swojej nowej rodziny.

Sasha, żona jedynego syna Stocktonów, nie urodziła się w zamożnej rodzinie, a w domu męża czuje się jak w muzeum. Nikt nie liczy się z jej zdaniem, trudno jej się odnaleźć w towarzystwie, na przyjęciach ktoś zawsze myli ją z kelnerką...

Georgina, najmłodsza z rodziny Stocktonów, wychowana wśród bogactw, marzy o tym, aby pozbyć się ich ciężaru i związanych z nimi oczekiwań.

„Pineapple Street” to iskrząca humorem opowieść o złożonych relacjach rodzinnych i fascynującym życiu wyższych sfer. To historia, która w przewrotny sposób zadaje jedno z najstarszych pytań świata: czy pieniądze naprawdę dają szczęście?

„Mądra, szczera i zabawna”.

Helen Fielding, autorka książki „Dziennik Bridget Jones”

„Od wieków nie czytałem tak mądrej i zabawnej powieści”.

Kevin Kwan, autor książki „Bajecznie bogaci Azjaci”

“Jenny Jackson napisała piękną, wciągającą i wnikliwą powieść o różnicach klasowych, pieniądzach i miłości”.

Nick Hornby, autor zekranizowanej książki „Był sobie chłopiec”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 325

Data ważności licencji: 1/4/2029

Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Tytuł oryginału: Pineapple Street

Copyright © 2023 by Pineapple Street Books LLC

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2024

Copyright © for the translation by Dorota Malina

Wydawca prowadzący: Alicja Konieczka

Redaktor prowadzący: Anna Małocha, Dagmara Małysza

Przyjęcie tłumaczenia: Dagmara Małysza

Promocja i marketing: Zuzanna Molińska

Korekta: Pracownia 12A

Projekt okładki: Elizabeth Yaffe

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Monika Drobnik-Słocińska

Ilustracja na okładce: Andy Dixon; Christie’s (Lord Berners Faringdon House), 2019

ISBN 978-83-8135-693-0

www.otwarte.eu

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

PRELUDIUM

Curtis McCoy przyszedł za wcześnie na umówione na dziesiątą spotkanie, usiadł więc z kawą przy oknie, gdzie czuł rozwodnione kwietniowe słońce. Była sobota, w Joe Coffee panował tłok, a Brooklyn Heights tętniło życiem: kobiety w legginsach pchały wózki po Hicks Street, psiarze gromadzili się przy ławkach na Pineapple Street, rodzinne grupki spieszyły się na mecze futbolu, lekcje pływania i przyjęcia urodzinowe koło staroświeckiej karuzeli w parku.

Przy sąsiednim stoliku siedziała matka z dwiema dorosłymi córkami – wszystkie popijały kawę z niebiesko-białych papierowych kubków i wpatrywały się w jeden telefon.

– O, a ten? Na profilu pisze, że lubi biegać, kisić kimchi i „burzyć kapitalizm”.

Curtis próbował nie podsłuchiwać, ale pokusa była zbyt silna.

– Darley, on jest ode mnie dwa razy starszy. Czy ty w ogóle rozumiesz, jak działa ta apka?

Imię Darley brzmiało znajomo, ale Curtis nie wiedział, skąd kojarzy tę dziewczynę. Brooklyn Heights to nieduża dzielnica, pewnie widział ją w kolejce po kanapki u Lassena albo w siłowni na Clark Street.

– No dobra, dobra. A ten pisze: „Cis weganin szuka bratniej duszy do wspólnej opieki nad planetą. Nie jedz niczego, co miało twarz. Oprócz bogaczy”.

– Nie możesz umawiać się z weganinem. Buty ze sztucznej skóry są ohydne! – wtrąciła matka. – Daj mi ten telefon. Łifi jest strasznie marne.

– Mówi się łaj-faj, mamo.

Curtis zaryzykował szybki rzut oka na sąsiadki. Wszystkie trzy miały na sobie białe stroje do tenisa: matka blondynka w złotych kolczykach i z mocno upierścienionymi palcami, córki, obydwie brunetki, jedna patykowata z prostą fryzurą do ramion, druga nieco pulchniejsza, z długimi, falistymi włosami, które luźno upięła z tyłu. Curtis szybko spuścił wzrok i odłamał kawałek bułeczki z makiem.

– „Biseksualny niemonogamista szuka lewackiej dominy, żeby razem zburzyć patriarchat. Przesuń w prawo, jeśli chcesz potańczyć”. Czy ja dostałam wylewu? – wymamrotała starsza kobieta. – Nic z tego nie rozumiem.

Curtis z trudem stłumił parsknięcie.

– Oddaj mi ten telefon, mamo. – Córka z falistymi włosami wyrwała matce iPhone’a i wrzuciła go do torby.

Wtedy Curtis nagle zdał sobie sprawę, że faktycznie ją zna. To była Georgiana Stockton, z którą przed dziesięciu laty chodził do szkoły przy Henry Street. Rozważał, czy się nie przywitać, ale wtedy by się wydało, że od początku je podsłuchiwał.

– Za moich czasów wszystko było dużo prostsze – stwierdziła z dezaprobatą matka Georgiany. – Dziewczyna umawiała się z partnerem z balu debiutantek albo współlokatorem brata z Princeton.

– Jasne, mamo, ale moje pokolenie wyleczyło się już z elitaryzmu i snobizmu – odparła Georgiana, przewracając oczami.

Curtis uśmiechnął się w duchu. Łatwo mógł sobie wyobrazić, jak identyczną rozmowę odbywa z własną matką, usiłując jej wyjaśnić, że nie, nie ożeni się z córką jej przyjaciółki tylko dlatego, że mają sąsiednie posiadłości na Martha’s Vineyard. Kiedy kątem oka obserwował Georgianę, ona nagle poderwała się z krzesła.

– O, nie! Zostawiłam bransoletkę od Cartiera w beemce Leny, a ona zaraz jedzie do babci do Southampton!

Georgiana zarzuciła torbę na ramię, chwyciła rakietę z podłogi, złożyła szybkie pocałunki na policzkach mamy i siostry, po czym pognała do drzwi. Mijając Curtisa, uderzyła rakietą w jego stolik, tak że kawa zalała mu bułeczkę. Znajomą z dzieciństwa pożegnał więc zmarszczeniem brwi.

ROZDZIAŁ 1 | SASHA

Sasha miała w domu pokój, który stanowił portal do innego wymiaru, a wymiarem tym był rok 1997. Tam znalazła starego obłego maca w niebieskiej obudowie, kurtkę narciarską z pękiem sztywnych biletów na wyciąg nadal przypiętych do zamka, plik pomarszczonych kart pokładowych oraz lufkę i żółtą zapalniczkę schowane na dnie szuflady. Kiedy tylko wspominała mężowi, że ma ogromną ochotę spakować szkolne pamiątki jego siostry do pudła, on przewracał oczami i prosił ją o cierpliwość: „Zabierze je, jak będzie miała czas”. Ale Sasha wcale nie była tego taka pewna, a dziwnie żyło się w domu, w którym jeden pokój jest zamknięty i wyłączony z użytku, niczym mauzoleum zmarłego dziecka.

W lepsze dni Sasha zdawała sobie sprawę, jakiego przywileju dostąpiła. Mieszkała w trzypiętrowej brook­lyńskiej rezydencji z wapienia, imponującej eleganckiej kamienicy, w której zmieściłoby się dziesięć kawalerek, jakie wynajmowała wcześniej. W gorsze dni miała jednak wrażenie, że przebywa w kapsule czasu, w domu, w którym jej mąż dorastał i którego nigdy nie opuścił, w domu pełnym jego rodzinnych wspomnień, opowieści, a przede wszystkim rodzinnego chłamu.

Trzy tygodnie po tym, jak się tu z Cordem wprowadzili, Sasha zaprosiła teściów na kolację. „Przygotuję tarty z grzybami i sałatkę z kozim serem”, zapowiedziała w mailu. Przez cały ranek wałkowała ciasto, pofatygowała się nawet na luksusowy targ przy Montague Street, żeby kupić pestki granatu do posypania delikatnych listków sałaty. Odkurzyła salon, uporządkowała półki i wstawiła sancerre do lodówki.

Teściowie zjawili się z trzema płóciennymi torbami L.L.Bean.

– O, nie trzeba było nic przynosić! – zawołała skonsternowana gospodyni.

– Sasha – zaświergotała teściowa, odwieszając do szafy żakiet bouclé od Chanel – koniecznie musisz nam opowiedzieć o waszym miesiącu miodowym.

Zaniosła torby do kuchni, a następnie wyjęła z nich butelkę białego burgunda, dwa bukiety w niskich wazonach, obrus z motywem fleur-de-lis oraz trzy żaroodporne naczynia marki Williams Sonoma z przykrywkami. Ustawiła je w rządku na ladzie, a potem, jak kobieta, która od czterdziestu lat króluje w tej kuchni, otworzyła szafkę, żeby wziąć sobie kieliszek.

– Upiekłam tarty z grzybami – nieśmiało powiedziała Sasha i nagle poczuła się jak hostessa w dyskoncie, która wciska klientom promocyjne próbki plastikowego sera.

– Tak, kochanie, czytałam twojego maila. Domyśliłam się, że kolacja będzie w stylu francuskim. Daj mi znać na dziesięć minut przed jedzeniem, to wstawię do piekarnika swoje coq au vin. Przyniosłam też cykorie w szynce po prowansalsku. Jest tego mnóstwo, więc może twoja sałatka nie będzie potrzebna. Świeczniki są w tej szufladzie. A teraz chodźmy obejrzeć dekorację stołu, sprawdzimy, czego brakuje.

W poczuciu solidarności Cord zjadł tartę i sałatkę, ale kiedy Sasha przyłapała go na tym, jak z utęsknieniem patrzy na cykorie, blado się do niego uśmiechnęła i powiedziała:

– Możesz zjeść te cholerne jarzyny, ale dziś śpisz na kanapie.

Układ był dla nich nowy i Sasha rozumiała, że potrzebują czasu, żeby się do niego przyzwyczaić. Rodzice Corda, Chip i Tilda, od lat narzekali, że dom jest dla nich za duży, że mają za daleko do garażu, że męczy ich odśnieżanie i wynoszenie kubłów z recyclingiem na chodnik. Mieli udziały w apartamentowcu dwie przecznice dalej – dawnym brooklyńskim kinie, które podzielono na pięć luksusowych mieszkań – i postanowili zająć tam dwupoziomowy apartament. Przeprowadzka zajęła im ledwie tydzień, korzystali tylko ze swojego starego lexusa i z pomocy męża gosposi, któremu zapłacili trzysta dolarów. Wydawało się, że szybko i bezboleśnie rozstali się z domem, w którym spędzili cztery dekady, ale Sashy trudno było ustalić, co poza ubraniami tak naprawdę zabrali do nowego lokum. Zostawili nawet olbrzymie łoże z czterema kolumnami. Czuła się dość dziwnie, śpiąc w łóżku po teściach.

Stocktonowie zdecydowali, że Sasha i Cord wprowadzą się do ich domu i będą w nim mieszkać tak długo, jak chcą. Kiedy pewnego dnia postanowią go sprzedać, pieniądze rozdzielą między Corda i jego siostry. W umowie były jeszcze jakieś inne postanowienia pozwalające uniknąć zbędnych podatków spadkowych, ale tych stron Sasha specjalnie nie czytała. Stocktonowie zgodzili się, żeby poślubiła ich syna, ale instynktownie rozumiała, że woleliby zostać nakryci podczas trójkątnej orgietki z brydżowym partnerem Tildy niż wtajemniczać Sashę w arkana swoich zeznań podatkowych.

Po kolacji Sasha i Cord zajęli się sprzątaniem naczyń ze stołu, natomiast teściowie udali się do salonu na digestif. W kącie pokoju stał wózek barowy z butelkami starego koniaku, który lubili sączyć z maleńkich szklaneczek ze złotym rantem. Jak wszystko inne w tym domu, również szklaneczki były bardzo stare i miały swoją historię. Na wystrój salonu składały się długie zasłony z niebieskiego aksamitu, fortepian oraz szorstka kanapa na rzeźbionych nóżkach, która dawniej stała w willi gubernatora. Kiedyś Sasha nieopatrznie na niej usiadła i dostała strasznej wysypki, tak że przed spaniem musiała wcierać w uda balsam kalaminowy. W przedsionku był jeszcze kandelabr, a w jadalni zegar szafkowy, który bił tak głośno, że Sasha poderwała się z krzykiem, kiedy usłyszała go pierwszy raz, oraz ogromny obraz statku na groźnym ciemnym oceanie. W domu roiło się od akcentów marynistycznych, co było nieco zabawne, bo znajdowali się na Brooklynie, nie w Gloucester czy Nantucket, a choć Chipowi i Tildzie zdarzało się spędzać lato pod żaglami, zwykle wynajmowali jednak łodzie z załogą. Na szkle wygrawerowane były kotwice, podkładki na stół zdobiły obrazy okrętów, w łazience wisiała oprawiona mapa morska, nawet na ręcznikach plażowych wyszyte były instrukcje wiązania węzłów żeglarskich. Czasem Sasha wieczorami spacerowała po domu i przejeżdżając ręką po starych ramach i świecznikach, szeptała: „Zabezpieczyć luki”, albo: „Zmyć pokład”, czym rozśmieszała samą siebie.

Kiedy młodzi znieśli wszystkie naczynia do kuchni, dołączyli do rodziców w salonie. Cord nalał każdemu po lampce koniaku. Smakował lepko i leczniczo. Sashę swędziało od niego w nosie, ale dopiła go dla towarzystwa.

– No to jak wam się tu podoba, dzieci? – zapytała Tilda, zakładając nogę na nogę. Przebrała się do kolacji. Miała na sobie kolorową bluzkę, ołówkową spódnicę, przeźroczyste rajstopy i buty na ośmiocentymetrowych obcasach. Wszyscy Stocktonowie byli dość wysocy, więc w szpilkach teściowa zdecydowanie górowała nad Sashą. Jeśli ktokolwiek twierdziłby, że to niecelowe, kłamałby w żywe oczy.

– Jest cudownie. – Sasha się uśmiechnęła. – Szczęściara ze mnie, że mogę mieszkać w takim pięknym i przestronnym domu.

– Ale mamo – zagaił Cord – chcielibyśmy co nieco pozmieniać.

– Oczywiście, kochanie. Jesteście u siebie.

– Naprawdę – zawtórował jej Chip. – My zadomowiliśmy się już na Orange Street.

– To bardzo miłe z waszej strony – zapaliła się Sasha. – Właśnie myślałam, że garderoba w sypialni jest trochę ciasna, ale jeśli zdemontowalibyśmy te szafki z tyłu…

– O nie, kochana – przerwała jej Tilda. – Nie powinnaś tego robić. Są idealne, do przechowywania butów, których akurat nie nosisz. I kapeluszy, które nie mogą się pognieść. Zdecydowanie nie radzę ci się ich pozbywać.

– W porządku, rozumiem – przytaknęła Sasha.

– A co z meblami w salonie? – Cord podjął kolejną próbę. – Moglibyśmy kupić naprawdę wygodną kanapę i zmienić zasłony, żeby wpadało tu więcej światła.

– Ale te zasłony były szyte na miarę. Okna są olbrzymie. Jeśli zdejmiecie zasłony, szybko się przekonacie, jak trudno kupić coś, co tu pasuje. – Tilda smutno pokiwała głową, a jej blond włosy połyskiwały w blasku żyrandola. – Dajcie sobie trochę czasu, żeby tu pomieszkać i naprawdę poznać ten dom. Wtedy zastanowicie się, co zmienić, żeby wam było jak najwygodniej. Naprawdę chcemy, żebyście czuli się tu jak u siebie. – Po tych słowach Tilda mocno poklepała Sashę po udzie, wstała i skinąwszy głową do męża, ruszyła do wyjścia. – Pójdziemy już, dzięki za kolację. Creuseta zostawię, możesz wstawić go do zmywarki. Nie trzeba myć go ręcznie. Wezmę go następnym razem. Albo możesz nam go podrzucić. A wazony sobie zatrzymaj. Zauważyłam, że dekoracja stołu jest bardzo skromna. – Tilda włożyła żakiet, kremoworóżowy z nutką lawendy, zawiesiła torebkę na ramieniu i pokierowała męża ku drzwiom. Potem sprowadziła go po schodach i ruszyli do swojego nowo urządzonego i pozbawionego elementów marynistycznych apartamentu.

*

Ilekroć ktoś pytał Sashę, jak się z Cordem poznali, odpowiadała: „Byłam jego terapeutką”. (Żart – przedstawiciele białych anglosaskich elit nie uznają terapii). W świecie Matcha i Tindera ich historia wydawała się bardziej staroświecka niż kadryl. Sasha siedziała z kieliszkiem wina przy barze w Tabac. Wyczerpała się jej bateria w telefonie, więc sięgnęła po porzuconego „New York Timesa”. Krzyżówka w gazecie była prawie skończona – wyczyn, który Sashy nigdy się nie udał. Kiedy analizowała odpowiedzi, Cord podszedł do baru, żeby złożyć zamówienie i zagadnął do niej, podziwiając piękną kobietę, która w dodatku jest mistrzynią gier słownych.

Tydzień później spotkali się na drinka i choć „ich związek w stu procentach opierał się na kłamstwie” – jak mawiał Cord, kiedy odkrył, że Sasha nie potrafi rozwiązać nawet prostej poniedziałkowej krzyżówki – rozpoczęła się romantyczna idylla.

To znaczy idylla, jaka może przypaść w udziale prawdziwym, dobrze funkcjonującym dorosłym z normalnym bagażem doświadczeń, stopniem niezależności, poziomem spożycia alkoholu i apetytem na seks. Pierwszy wspólny rok spędzili na tym, co absorbuje wszystkie nowojorskie pary tuż po trzydziestce: szeptali z ożywieniem w kącie baru na przyjęciach urodzinowych, wkładali mnóstwo energii w rezerwowanie stolików w restauracjach serwujących ramen z jajkami, przemycali przekąski do kina i starannie ubierali się na brunche ze znajomymi, w skrytości ducha marząc o czasach, kiedy będą się czuć ze sobą na tyle swobodnie, żeby spędzać niedziele na kanapie, jedząc kanapki z bekonem z delikatesów na dole i czytając „Sunday Timesa”. Oczywiście zdarzały im się też kłótnie. Kiedy Cord namówił ją na biwak i zalało im namiot, a on na domiar złego śmiał się, że Sasha boi się sama pójść w nocy sikać, zarzekała się, że jej noga już w Maine nie postanie. Innym razem Vara, najlepsza przyjaciółka Sashy, zaprosiła ich na otwarcie swojej galerii. Cord nie przyszedł, bo musiał zostać w pracy, i zupełnie nie rozumiał ciężaru swojej przewiny. Gdy natomiast on dostał zapalenia spojówek i wyglądał jak wściekły królik, Sasha tak mu docinała, że w końcu się obraził. Ogólnie rzecz biorąc, ich romans był książkowy.

Długo nie zorientowała się, że Cord jest bogaty – żenująco długo, biorąc pod uwagę, że ma na imię Cord. Jego mieszkanie było ładne, ale całkiem normalne. Jeździł absolutnym gruchotem. Ubrania miał zwyczajne, a o swoje rzeczy dbał niemal obsesyjnie. Portfela używał dotąd, aż skóra całkowicie popękała, spodnie przytrzymywał pas­kami, które dostał od babci w liceum, a z iPhone’em obchodził się tak, jakby była to atomowa walizka, którą trzeba przykuć do nadgarstka albo przynajmniej zapakować w ochraniacz ekranu i pokrowiec grubszy niż kromka chleba. Być może Sasha za dużo razy obejrzała Wilka z Wall Street, bo wydawało jej się, że bogaci nowojorczycy mają ulizane włosy i nieustannie sypią pieniędzmi w ekskluzywnych barach. Okazało się, że swetry noszą do zdarcia i są chorobliwie blisko związani z matką.

Cord miał na punkcie rodziny lekką obsesję. Z ojcem codziennie pracował biurko w biurko, obydwie siostry mieszkały w tej samej dzielnicy, więc nieustannie umawiał się z nimi na kolacje, a przez telefon rozmawiali częściej niż Sasha z najbliższą przyjaciółką. Cord traktował rodziców w sposób, który dla Sashy był nie do pojęcia: z ojcem chodził do fryzjera, a ilekroć kupował sobie koszulę, brał dla niego drugą, identyczną. Matce kupował ulubione francuskie wino w sklepie przy Astor Place i masował jej stopy w taki sposób, że Sasha wychodziła z pokoju. Kto masuje stopy własnej matce? Za każdym razem, kiedy widziała Corda w akcji, przypominała jej się scena z Pulp Fiction, w której John Travolta porównuje masaż stóp do seksu oralnego, i robiło jej się tak przykro, że była bliska płaczu.

Sasha też kochała swoich rodziców, ale ich relacja nie była aż tak symbiotyczna. Matka i ojciec luźno interesowali się jej pracą, rozmawiali przez telefon w każdą niedzielę, w tygodniu trochę do siebie pisali, a przy okazji odwiedzin w Maine Sasha odkrywała, że wymienili auto na nowe albo wyburzyli ścianę między kuchnią a salonem, w ogóle jej o tym nie wspominając.

Szwagierki były dla Sashy miłe. Wysyłały jej wiadomości na urodziny i zawsze pytały o zdrowie jej krewnych, a na wakacjach pożyczały jej rakietę i strój do tenisa, żeby mogła dołączyć do rodzinnych rozgrywek. Mimo to Sasha czuła, że jej obecność je uwiera. Bywało, że opowiadała coś Darley, starszej siostrze Corda, i kiedy ten wchodził do pokoju, Darley po prostu przestawała słuchać i zaczynała zadawać pytania jemu. Młodsza siostra, Georgiana, pozornie rozmawiała ze wszystkimi, ale Sasha zauważyła, że nie spuszcza z oczu rodzeństwa. Ich rodzina była całością, zamkniętym systemem, do którego Sasha nie mogła przeniknąć.

*

Stocktonowie pracowali w nieruchomościach. Początkowo Sashę bardzo więc dziwiło, że ich własny dom jest tak zagracony. Nie powinni raczej mieszkać w minimalistycznych wnętrzach rodem z „Architectural Digest”? Okazało się jednak, że ich biznes polega nie tyle na sprzedawaniu pojedynczych mieszkań, ile na wielkoskalowych inwestycjach. Dziadek Corda, Edward Cordington Stockton, odziedziczył po przodkach dość spory majątek. W latach siedemdziesiątych zainwestował go w zakup nieruchomości na Upper East Side od stojącego na granicy bankructwa miasta. Zapłacił niecałe pięćset dolarów za metr kwadratowy. Teraz metr kosztował tam trzynaście tysięcy, więc Stocktonowie stali się niezwykle zamożni. Razem ze swoim synem, a ojcem Corda, Chipem, Edward wykupił jeszcze kilka budynków na nadbrzeżu, od Dumbo po Brooklyn Heights. Kiedy w 2016 roku świadkowie Jehowy postanowili wystawić na sprzedaż posiadane tam budynki, Stocktonowie skwapliwie skorzystali z okazji – dołączyli do grupy inwestorów, która nabyła słynne Watchtower oraz Standish Arms Hotel. Edward Cordington już wtedy nie żył, a z Chipem pracował Cord, reprezentant trzeciego pokolenia Stocktonów w nieruchomościach.

Jak na ironię sami Stocktonowie postanowili zamieszkać przy tak zwanych owocowych ulicach Brooklyn Heights – Pineapple, Orange i Cranberry Street, czyli trzech równoległych pasach brooklyńskiego cypla. Choć inwestowali przede wszystkim w przerabianie starych budynków w luksusowe nowoczesne kondominia, jako siedzibę obrali sobie teren, na którym urząd ochrony zabytków zabraniał jakichkolwiek istotnych zmian. Na fasadach widniały tabliczki z datami 1820 czy 1824. Były tam maleńkie obite deskami domy, zielone ogrody ukryte za bramami z kutego żelaza, dawne stajnie i powozownie. Nawet sieciówkowa drogeria CVS miała ściany porośnięte bluszczem i wyglądała jak przeniesiona wprost z angielskiej wioski. Sasha uwielbiała zwłaszcza budynek na rogu Hicks i Middagh, dawną aptekę z mozaikowym napisem „DRUGS” przy wejściu.

Ze strony matki rodowód Corda był chyba jeszcze bardziej prestiżowy. Tilda Stockton, née Moore, wywodziła się z długiej linii elit politycznych. Zarówno jej ojciec, jak i brat byli gubernatorami stanu Nowy Jork, a wzmianki o samej Tildzie pojawiały się w rodzinnych artykułach biograficznych w „Vogue” i „Vanity Fair”. W wieku lat dwudziestu jeden poślubiła Chipa Stocktona i choć nigdy nie miała pracy na etacie, zyskała reputację doskonałej konsultantki eventów, co sprowadzało się do tego, że zapoznawała zamożne koleżanki ze swoimi ulubionymi planerkami. Dla Tildy Stockton przyjęcie nie było przyjęciem bez wizji, tematu, krajobrazu stołu i dress code’u. To wszystko sprawiało, że Sasha miała ochotę schować się pod stertą koktajlowych serwetek z monogramem.

Pierwsze miesiące po ślubie Sasha poświęciła na oswajanie się z nowym domem przy Pineapple Street. Postanowiła, że będzie archeolożką, która bada starożytną cywilizację swoich teściów. Zamiast grobowca Tutenchamona znalazła przypominającą zniekształconego grzyba popielniczkę, którą Darley zrobiła w szóstej klasie; zamiast zwojów znad Morza Martwego – szkolne wypracowanie Corda o typach szyszek; Armię Terakotową zastąpiła szuf­lada pełna darmowych szczoteczek do zębów, które rozdawał dentysta z Atlantic Avenue.

Spośród byłych pokojów dziecięcych najgorszy był ten po Darley, ale właściwie żaden nie był naprawdę pusty. Sypialnia Corda została opróżniona, kiedy wyjechał na studia, ciągle jednak znajdowały się tam: pozłacane srebrne świeczniki, zestaw ogromnych mandaryńskich wazonów i kilkanaście oprawionych obrazów, które Stocktonowie zgromadzili przez lata, ale których nie mieli gdzie powiesić. W pokoju Georgiany nadal zalegały jej gimnazjalne podręczniki i albumy na zdjęcia oraz cała półka pucharów tenisowych. W głównej sypialni, choć wyniesiono z niej ubrania i biżuterię, nadal zostały dekoracje i meble po poprzednich lokatorach. Sashy niezwyk­le trudno było osiągnąć orgazm, kiedy mahoniowy zagłówek stanowiący prawdopodobnie schedę po którymś z kongresmanów czy sekretarzy do spraw transportu głośno walił w ścianę.

Wciskając swoje puste walizki do i tak przepełnionych już szaf, Sasha zastanawiała się, czy będzie jej wolno wymienić choćby zasłonę prysznicową. Pewnie lepiej z tym trochę poczekać.

*

Chip i Tilda zorganizowali parapetówkę w swoim nowym mieszkaniu przy Orange Street. Poprosili, żeby dzieci i ich małżonkowie zjawili się wcześniej. Przyjęcie odbywało się w środę wieczorem, bo znajomi Stocktonów w większości spędzali weekendy w swoich wiejskich rezydencjach, dokąd zwykle wyruszali w czwartek. Nowojorskie życie towarzyskie Chipa i Tildy toczyło się więc tylko od poniedziałku do środy, zanim przyjaciele nie rozjechali się po najdalszych zakątkach Long Island i hrabstwa Litchfield.

– Jak mam się ubrać? – zapytała Sasha Corda, stojąc przed szafą. Nigdy nie wiedziała, co włożyć na spotkanie z jego rodziną. Miała wrażenie, że istnieje jakaś księga stylu, którą wszyscy się inspirują, ale ona nie ma do niej wglądu.

– Jak chcesz, kochanie – odparł Cord, co niezbyt jej pomogło.

– Mogę iść w dżinsach?

– W dżinsach może lepiej nie. – Cord zmarszczył brwi.

– Dobra, w takim razie mam włożyć sukienkę? – zapytała z irytacją Sasha.

– Hmm, mama powiedziała, że hasło przewodnie to: „Wyżej i dalej”.

– Nie wiem, co by to miało znaczyć.

– Ja pójdę tak, jak byłem w pracy. Przypuszczam, że większość tak zrobi.

Cord do pracy nosił garnitur i krawat, co zupełnie nie miało przełożenia na rzeczywistość Sashy – równie dobrze mógłby powiedzieć, że przyjdzie w fartuchu chirurgicznym albo w skafandrze strażaka. Nie wiedziała, co zrobić, więc dla bezpieczeństwa postanowiła włożyć ładną białą bluzkę, granatowe spodnie i malutkie diamentowe kolczyki, które dostała od matki po obronie dyplomu. Pomalowała usta i z uśmiechem popatrzyła na siebie w starym lustrze nad kominkiem. Czuła się klasycznie elegancka, jak Amal Clooney, która wychodzi z ONZ-etu na kolację z George’em. „Wyżej i dalej” – w rzeczy samej.

Kiedy dotarli na miejsce, siostry Corda już tam były. Georgiana wyglądała pięknie i promieniała artystyczną nonszalancją: długie brązowe włosy swobodnie spływające po plecach, luźna sukienka do kostek, nos upstrzony piegami. Darley natomiast miała na sobie kombinezon z paskiem, który na pewno pojawił się w „Vogue Italia”. Mąż Darley, Malcolm, stał przy jej boku. Na jego widok Sasha odetchnęła z ulgą. W tym dziwnym świecie, jakim było szwagrostwo, dość wcześnie zidentyfikowała go jako sojusznika. Mieli nawet własne hasło, które mamrotali, kiedy robiło się naprawdę dziwnie: NMR. Oznaczało: „nie moja rodzina”, i usprawiedliwiało wszelkie sytuacje, kiedy czuli się zewnętrznymi obserwatorami dziwnych WASP-owskich rytuałów, wymusili na nich udział w profesjonalnej sesji fotograficznej i pozowanie do portretu rodzinnego, który zamierzali rozesłać jako kartkę świąteczną. Wszyscy mieli ubrać się na czerwono i zielono, a potem stanąć w półkolu za Chipem i Tildą, którzy siedzieli na krzesłach. Fotograf rozstawiał ich prawie godzinę. Oni piekli się w słońcu, w tym czasie gosposia Stocktonów, Berta, rozkładała grilla, a ogrodnicy podlewali rośliny, starannie unikając kontaktu wzrokowego z pracodawcami. Sasha miała wrażenie, że należy do klanu Romneyów, i czuła się kompletnie zażenowana całą sytuacją, ale mogła przynajmniej wymieniać porozumiewawcze spojrzenia z Malcolmem. Razem byli niczym studenci na wymianie zagranicznej, których połączyła świadomość, że wylądowali w bardzo dziwnej krainie.

Berta przygotowywała parapetówkę przez cały dzień, więc stół w jadalni uginał się od srebrnych półmisków z krewetkami na lodzie oraz tac z fikuśnymi tartinkami – były okrągłe krakersy z pieczenią wołową, trójkątne kanapeczki z wędzonym łososiem oraz maleńkie placuszki krabowe. Kieliszki z białym winem gosposia ustawiła na tacy i stała z nią przy drzwiach, tak żeby goście mogli się napić tuż po przybyciu. Wino czerwone było oczywiście zakazane, głównie ze względu na nowe dywany, ale też dlatego, że ohydnie barwiło zęby. A Tilda miała obsesję na punkcie białych zębów.

Goście zaczęli się schodzić i Sasha rozpoznała wiele osób ze swojego wesela. Stocktonowie zaprosili na nie tylu znajomych, że przez cały wieczór wymieniała uściski rąk i próbowała spamiętać imiona. Przerwę miała tylko wtedy, kiedy jej kuzynom udało się porwać ją na parkiet, żeby pofikała do Baby Got Back. Przyjęcie było niezwykle eleganckie.

Cord znał wszystkich i szybko został zaciągnięty do gabinetu, gdzie miał pokazać jakiemuś łysemu jegomościowi ojcowską kolekcję zegarków. Zawierała ona rzadkie zegarki wojskowe, stare modele marki Patek oraz rolexy z pozłacanym i matowym cyferblatem, które Chip odziedziczył po swoim ojcu. Chronometry były tak cenne, że kilka domów aukcyjnych zgłosiło się do niego z propozycją zakupu, ale odmówił. Nigdy ich nie dotykał ani nawet ich nie oglądał, ale zdaniem Corda tata lubił wiedzieć, że ma w mieszkaniu wartościowe przedmioty, coś jak zwitki banknotów pod materacem. (Sasha przypuszczała, że bardziej chodziło o rodzinną niechęć od pozbywania się rzeczy).

Georgiana siedziała na kanapie i rozmawiała szeptem z matką chrzestną, natomiast Darley i Malcolm otoczeni grupką bywalców z klubu tenisowego przy Montague Street pokazywali na iPhonie zdjęcia swoich dzieci. Georgiana często wybierała styl artystycznej nonszalancji – zarzucona na ramiona kurtka, pęk niedobranych bransoletek z koralików – ale Darley zawsze wyglądała klasycznie i kosztownie: brązowe włosy obcięte do ramion, dyskretny makijaż, oprócz małego złotego zegarka i obrączki ślubnej praktycznie zero biżuterii. Lekko zakłopotana Sasha stała niezręcznie z boku, nie wiedząc, jak dołączyć do rozmowy. Z ulgą zauważyła więc, że zbliża się do niej kobieta z kaskiem blond włosów i szerokim uśmiechem.

– Dzień dobry, poproszę jeszcze jedno chardonnay – powiedziała nieznajoma, wręczając Sashy pusty kieliszek z tłustymi odciskami palców.

– O, przepraszam, ja jestem Sasha. – Zaśmiała się, przykładając rękę do piersi.

– Dziękuję, Sasha – odparła wesoło kobieta.

– Oczywiście – Sasha jakoś się pozbierała. Wzięła kieliszek do kuchni, napełniła go jakimś winem z lodówki i odniosła do jadalni, gdzie kobieta odebrała go od niej z szeptanym „dziękuję”, a potem dołączyła do męża, który pałaszował pieczoną wołowinę. Sasha ruszyła do salonu, żeby poszukać Corda, ale drogę zagrodził jej krępy facecik w muszce, który wręczył jej brudny talerz, kiwnął głową i wrócił do rozmowy. Zdezorientowana Sasha zaniosła talerz do kuchni i położyła go na ladzie. Podobna sytuacja wydarzyła się jeszcze cztery razy, aż w końcu Sasha dotarła do Corda, przykleiła się do jego boku i sącząc własną lampkę wina, odliczała minuty do końca. Czyżby ludzie instynktownie wyczuwali, że nie ma błękitnej krwi? Czy z jej włosów unosił się smrodek państwowej edukacji, jakby cały długi dzień spędziła nad skwierczącą od tłuszczu patelnią? Rozejrzała się wokół, obserwując zgromadzone kobiety. Stanowiły zgraję eleganckich pudli, a ona czuła się jak zestresowana świnka morska.

W końcu goście sobie poszli. Chip zaciągnął Corda do biura, żeby dać mu artykuł, który wyciął z gazety „Journal”. (Chip i Tilda nadal wycinali artykuły, wzbraniając się przed podsyłaniem linków).

– Dobrze się bawiłaś? – zapytała Darley, zakładając lśniący kosmyk za ucho.

– Tak, było naprawdę miło – wysiliła się Sasha.

– Świetna rozrywka: zabawianie rozmową staruszków, których nawet nie znasz.

– Jedno mnie tylko zdziwiło – wyznała Sasha. – Ludzie ciągle dawali mi brudne talerze. To nic strasznego, ale ty też tak miałaś?

– Ha, ha – zaśmiała się Darley. – A to dopiero! Wcześniej tego nie zauważyłam, ale jesteś ubrana tak samo jak Berta! Pewnie myśleli, że jesteś z obsługi. Cholera, Malcolm! – zawołała męża, żeby mu o tym opowiedzieć.

Wszyscy się śmiali, Cord podszedł, żeby pomasować jej ramiona i upewnić się, że też ją to bawi. Sasha obróciła wszystko w żart, ale w głębi duszy przyrzekała sobie, że już nigdy, przenigdy nie włoży do Stocktonów białej bluzki.

ROZDZIAŁ 2 | GEORGIANA

Głównym problemem Georgiany były jej niedyskretne policzki. Zawsze łatwo się rumieniła, ale ostatnio miała wrażenie, że stała się postacią z filmu science fiction, która emocje wyraża przez skórę. Czuła coś – paf – burak.

To, co przez lata było dość urocze, teraz stało się uciążliwe, bo Georgiana miała prawdziwą pracę i, co gorsza, po uszy, głupio i po dziecięcemu na zabój się w kimś zadurzyła. Tym kimś był Brady. Nawet podczas zebrań nie mogła na niego zerkać. Prawie ze sobą nie rozmawiali. Był od niej starszy, pewnie tuż po trzydziestce, zarządzał projektami i nie miał powodu zwracać najmniejszej uwagi na czerwoną dzierlatkę, która wściekle wbija wzrok w podłogę. Ilekroć bowiem Georgiana mijała go w korytarzu, siedziała w tej samej sali konferencyjnej czy natykała się na niego przy kserokopiarce, musiała odwracać wzrok, jakby on był zaćmieniem Słońca, a ona zapomniała tych głupich papierowych okularów.

Pracowali w organizacji non profit, której siedziba znajdowała się w starej willi przy Columbia Place nadal urządzonej jak dom. Żeby dojść do swojego stanowiska, Georgiana przechodziła przez piękny przedsionek, gdzie za ciężkim mahoniowym biurkiem siedziała ich recepcjonistka, Denise, wspinała się po spiralnych schodach, przecinała wielki salon, którego używali na zmianę jako sali zebrań i stołówki, przechodziła przez przestronną sypialnię, gdzie na potrzeby działu grantów ustawili cztery biurka, i w końcu docierała do maleńkiego pomieszczenia zajmowanego wcześniej przez służącą albo mamkę. Wszyscy byli tu ściśnięci jak sardynki, tak że było naprawdę przytulnie. Malutkie dwuosobowe biuro Georgiany miało duże okno na zachód z widokiem na nadbrzeże i East River. Łazienki rozsiane były po całej willi i udekorowane mapami różnych regionów, w których prowadzili akcje, a nad drukarką obok instrukcji uzupełniania tonera w pozłacanej ramie wisiał portret jakiejś księżniczki podczas lekcji gry na harfie.

Rezydencja należała do ich założyciela, dziedzica fortuny farmaceutycznej. W młodości podróżował po świecie, zdał sobie sprawę z braku dostępu do opieki medycznej w krajach rozwijających się i założył organizację non profit, która miała uczyć lokalne społeczności, jak budować solidny system ochrony zdrowia. Działała głównie dzięki grantom instytucji takich jak Gates Foundation czy Bank Światowy, mieli też majętnych darczyńców prywatnych. Georgiana pracowała w dziale komunikacji, więc jej zadaniem było podlizywanie się tymże darczyńcom, pozyskiwanie zdjęć z zagranicznych misji na stronę internetową, redagowanie artykułów o ich działalności do newslettera oraz prowadzenie mediów społecznościowych. Wcale nie dlatego, że szczególnie interesowała się mediami społecznościowymi – po prostu była przed trzydziestką, więc wszyscy zakładali, że tak właśnie jest, poza tym pracę dostała również dzięki temu, że na rozmowie kwalifikacyjnej niezobowiązująco wspomniała, że ma na Instagramie tysiąc ośmiuset obserwujących. (Kto nie miał? Wystarczyło zmienić ustawienia prywatności i od czasu do czasu wrzucać zdjęcia z imprez u swoich pięknych znajomych).

Na tym jednak zasadzała się różnica między Georgianą a Bradym – ona należała do szarego personelu pomocniczego, zajmowała się wychwalaniem sukcesów organizacji w terenie i spisywaniem ich do newslettera, a Brady był w centrum wydarzeń. Uczestniczył w misjach do Afganistanu i Ugandy, był bohaterem zdjęć, nad którymi ślęczała Georgiana: rozmawiał z lekarzami w prowizorycznym szpitalu, kopał piłkę z uroczymi dzieciakami na tle banneru o szczepieniach, patrzył głęboko w oczy hinduskiemu doktorowi, z którym omawiał plan dystrybucji środków antykoncepcyjnych. On był gwiazdą pierwszego planu, a ona malowała tło, desperacko pragnąc, by ją zauważył, równocześnie obawiając się swoich pąsowych policzków, które zapewne nie kazałyby na siebie czekać.

Był piątek i Georgiana stała pod schodami przy pudłach na pocztę, sortując koperty według adresatów – krajowi do jednego kosza, zagraniczni do drugiego. Przy okazji jeszcze raz sprawdzała adresy – zaktualizowała bazę kontaktów, tak żeby można było wysyłać masową korespondencję bez konieczności ręcznego wklepywania adresatów, ale system nadal był niedoskonały. Analizowała właśnie jedną z kopert, zupełnie zatopiona w myślach, kiedy z zadumy wybiło ją pytanie:

– Wszystko okej? – To był Brady. Sięgnął jej przez ramię, żeby wyjąć pocztę z pudełka ze swoim imieniem.

– Tak, zastanawiam się tylko, czy to dobry adres. – Georgiana podsunęła mu kopertę. Stali tak blisko, że gdyby szybko się nachyliła, mogłaby go pocałować. O Boże, czemu miałabym go całować?Przez chwilę nienawidziła własnego mózgu.

– Wygląda w porządku. W czym problem? – zapytał Brady.

– To list krajowy czy zagraniczny? Nie ma tu państwa – odparła skonfundowana Georgiana.

– Zjednoczone Emiraty Arabskie – odczytał powoli Brady, wskazując ostatnią linijkę adresu.

– Tak, ale czy pod spodem nie powinno być państwa?

– Zjednoczone Emiraty Arabskie to państwo.

– O, ja tylko… – Georgiana zamilkła.

– Na Półwyspie Arabskim, między Arabią Saudyjską a Omanem?

– Taak. – Georgiana naprawdę w życiu o nim nie słyszała.

– To tam jest miasto Dubaj.

– Jasne, z Wyspami Palmowymi, które widać z kosmosu. – Georgiana energicznie kiwała głową. Znała Dubaj. – I z centrami handlowymi, i sportowymi autami.

– Tak, ale to nie tam chcemy zapewniać opiekę zdrowotną.

– Jasne, oczywiście, że nie – przytakiwała Georgiana. Czy kiedykolwiek wyszła na większą idiotkę? Nie była pewna.

– W każdym razie adres jest w porządku. – Brady się uśmiechnął (a może się z niej śmiał?), kiwnął głową i odszedł ze swoją pocztą.

Georgiana cisnęła list do pudła „zagraniczne” i poczuła ogień na policzkach.

Wieczorem poszła na imprezę urodzinową na Williamsburgu, a w sobotę obudziła się z tak potwornym kacem, że czuła go w zębach. Wysłała Lenie sznureczek emotikonów z czaszką. Przyjaciółka zaprosiła ją do siebie. Kristin już tam była. Rozłożyły więc kanapę w salonie, żeby móc poddawać się wspólnej rekonwalescencji na leżąco. Zamówiły w Westville grillowany ser i frytki z dodatkiem krążków cebulowych, bo choć wszystkie twierdziły, że nie lubią krążków cebulowych, to skoro i tak są na łożu śmierci, równie dobrze mogą je zjeść. Oglądały kłótnie bogaczek na Bravo, a o trzeciej przyszedł z siłowni chłopak Leny i śmiał się, że gniją jak napompowane wódką degeneratki.

Georgiana uwielbiała imprezy, ale jeszcze bardziej lubiła skacowane dni po, z Leną i Kristin. Czasem chodziły do kina, zasypiały i traciły cały film, czasem decydowały się wypocić alkohol na zajęciach z drążkiem i przez całą godzinę narzekały i jęczały, tak że trenerka patrzyła na nie krzywo, a czasem zupełnie się poddawały – szły do baru przy Clark Street, zamawiały krwawe mary i powtarzając: „klin klinem, klin klinem”, piły, aż znów były pijane i musiały wrócić do domu na drzemkę.

Georgiana, Lena i Kristin znały się z liceum i obiecywały sobie, że jak dorosną, wprowadzą się razem do dużego apartamentu. Współlokatorkami co prawda nie zostały, ale mieszkały w tej samej dzielnicy, a to, że mogły spędzać czas w trzech różnych mieszkaniach, okazało się nawet lepsze. Lena pracowała jako asystentka bogatego menadżera funduszy hedgingowych, który ją uwielbiał, więc przepłacał ją w zamian za obietnicę, że nigdy nie odejdzie. Dla absolwentki historii sztuki szczytem aspiracji nie było rezerwowanie lotów i lunchów, ale zarabiała trzy razy więcej, niż zaproponowano jej w Christie’s, więc została. Szef regularnie oddawał jej swoje mile lotnicze, których miała już tyle, że do końca życia mogła latać klasą biznesową, co wydawało się rozsądną ceną za rezygnację z marzeń. Kristin pracowała w start-upie technologicznym, którego nie cierpiała. Ceniła sobie jednak to, że w ogóle nie musi robić zakupów, bo śniadanie i obiad jadła w stołówce pracowniczej, skąd przynosiła sałatkę i grillowanego łososia na kolację. Ponieważ dziewczyny wychodziły po pracy pięć dni w tygodniu, Kristin zawsze miała ze sobą plastikowe pudełko z jedzeniem, a przyjaciółki niemiłosiernie się z nią droczyły, że w Sharlene na Flatbush zaraz rozłoży na barze pięciodaniowy posiłek.

Kiedy leżały na kanapie, zajadając krążki cebulowe, Georgiana opowiedziała im o pocztowej wtopie z Bradym. Na omawianiu jej sekretnego zauroczenia spędziły już więcej czasu, niż Georgiana by sobie tego życzyła. Uznała jednak, że przyjaciółkom należy się doniesienie o czymś, co zdarzyło się naprawdę, choć historia była niezwykle żenująca.

– Cholera, George, jak mogłaś nie widzieć, że ZEA to państwo? – Lena podniosła się i popatrzyła na nią rozpaczliwie.

– Nie jestem mocna z geografii! Studiowałam literaturę rosyjską! – broniła się Georgiana.

– To naprawdę słabe, stara – przytaknęła Kristin. – Ale przynajmniej z tobą pogadał. To znaczy zaproponował ci pomoc, a to już coś. – Próbowała ją wesprzeć, ale Georgiana rozumiała, że z pustego i Salomon…

Przez resztę popołudnia omawiały, jak może zrehabilitować się w oczach Brady’ego. Wymyślały przeróżne otwarcia konwersacyjne, od nudnych po absurdalne: „Wiedziałeś, że w ZEA granica ubóstwa wynosi dwadzieścia dolarów dziennie?”, „Słyszałam, że w Emiratach bardzo popularne jest sokolnictwo”, „Czy to prawda, że Emirates Airline dają w pierwszej klasie najlepsze piżamy?”. Przyjaciółki nie były w tym mocne, ale Georgianie podobało się to, że spiskując, wszystkie mogły wiele razy powtarzać imię „Brady”.

Georgiana nie miała pewności, ale przez następne dni wydawało jej się, że widuje Brady’ego częściej – stał za nią w kolejce do wózka z kawą, więc szybko mu pomachała, minęła go też w korytarzu, kiedy ona szła do biblioteki, a on wychodził z zebrania. Zwykle jadał obiad z dwoma pozostałymi menadżerami z parteru. Georgiana podsłyszała kiedyś, jak rozmawiają o pierwszoligowym futbolu i domowej produkcji piwa. Ludzie, z którymi pracowała, rzadko jedli przy biurkach – w większości przynosili jedzenie z domu albo kupowali sałatki czy kanapki na wynos, a potem siadali przy dużym stole na pierwszym piętrze, więc Georgiana rzadko zastanawiała się, z kim będzie dzielić posiłek. Czasem, jedząc resztki ryżu czy kawałek pizzy z wczorajszej kolacji, czytała gazetę albo coś w telefonie, innym razem rozmawiała z osobą, która akurat się dosiadła. Kiedy Brady i jeden z jego parterowych przyjaciół zajęli miejsca na przeciwległym końcu stołu, Georgiana dziobała właśnie sałatkę i czytała ESPN na komórce. Przywitali się z nią skinieniem głowy, a ona nie przestawała skrolować, bo choć teraz zupełnie nie mogła skupić się na tekście, desperacko chciała stwarzać wrażenie zajętej.

– Co robisz w weekend? – zapytał Brady, po czym rozpakował kanapkę i otworzył puszkę wody gazowanej.

– Jadę do Filadelfii spotkać się z teściami – odparł kolega. – A ty?

– Kumple ze studiów mają być w mieście, więc w sobotę wieczór wybierzemy się chyba do Long Island Bar – odparł Brady, a następnie wgryzł się w chleb.

Georgiana podniosła wzrok, żeby na niego popatrzeć, a on to zauważył i się uśmiechnął. Czy powiedział to specjalnie, żeby go usłyszała? Chciał, żeby też tam przyszła? Nie. Coś sobie roiła. Po prostu jak każdy normalny człowiek rozmawiał o planach na weekend, a ona przypadkiem znalazła się w pobliżu. A uśmiechnął się do niej, bo nie był psychopatą ani totalnym mizantropem.

Wytarła kąciki ust papierową serwetką, zamknęła pojemnik z sałatką i wymamrotawszy: „Cześć, chłopaki”, wróciła do biurka. Nie była w stanie tam siedzieć i udawać, że je. Już sama obecność Brady’ego sprawiała, że trzęsły jej się ręce i czuła się jak po dziewięciu szotach espresso.

Lena i Kristin nie wiedziały, jak zinterpretować tę sytua­cję. Czy on tylko rozmawiał z kumplem, czy chciał, żeby też przyszła? Jakkolwiek by było, Georgie mieszkała na Brooklyn Heights i zdarzało jej się chadzać do Long Island Bar przy Atlantic Avenue, więc nie byłoby nic dziwnego w tym, że będzie tam w tym samym czasie co on. W sobotę wieczór ubrała się zatem starannie, poświęciła dodatkowe dziesięć minut na suszenie włosów i włożyła obcierające ją botki, bo świetnie pasowały do dżinsów. Lena, Kristin i ich koleżanka Michelle wybrały się z nią do baru. Dotarły tam o ósmej, zamówiły drinki z tequilą i wypiły je, a Brady nadal się nie pojawił. Kristin i Michelle miały inną imprezę, więc na nią poszły, ale Lena została z Georgianą. Zamówiły po jeszcze jednym drinku i gawędziły o siostrze Leny, która zaręczyła się z najnudniejszym gościem na świecie, potem o ich licealnej nauczycielce, która uciekła z trenerem squasha, i o matce Georgiany, która nie chciała wybielić sobie zębów, bo uważała to za szkodliwe, więc w domu wciągała czerwone wino przez słomkę, żeby jeszcze bardziej ich nie zabarwić, w rezultacie piła dwa razy szybciej i dwa razy więcej, co zapewne miało równie negatywne skutki. O północy Brady’ego nadal nie było, więc przyjaciółki postanowiły wracać i pożegnały się uściskiem na rogu ulicy. Georgiana weszła do mieszkania, starła staranny makijaż chusteczką i runęła na łóżko w starym podkoszulku do koszykówki. Czuła się samotna i żałosna, ale wiedziała, że miasto pełne jest dziewczyn takich jak ona, które w sobotę wieczór czekają, aż coś się wydarzy – siedzą z drinkami, czytają książki w kawiarniach albo bez końca skrolują telefon, samotnie wyczekując, aż zacznie się prawdziwe życie.

Rano Georgiana włożyła strój do tenisa i spotkała się z matką w Casino, ich klubie przy Montague Street. Grały godzinę i z każdym ruchem rakiety Georgiana czuła, jak frustracja z niej uchodzi. Była twardą zawodniczką, uderzała mocno, a lekcje brała od czwartego roku życia. Matka była godną rywalką. Dobiegała siedemdziesiątki, choreografię miała jednak tak wyćwiczoną, że nigdy nie musiała gonić za piłką. Jej uderzenia nie były mocne, ale precyzyjne, więc to córka musiała latać za piłką po całym korcie. Tenis zawsze był ich najlepszym kanałem komunikacji. Z Tildą nie było łatwo rozmawiać – należała do pokolenia, które gardzi trudnymi tematami, i zamykała się na najmniejszą oznakę konfliktu czy nieprzyjemności. Kiedy Georgiana była nastolatką, niezwykle ją to wkurzało, bo każda próba zbliżenia się do matki zduszana była w zarodku. Tenis je ocalił. Jeśli nie były w stanie rozmawiać, grały. Matka ją dopingowała, chwaliła za najlepsze uderzenia, dawała strategiczne wskazówki i podziwiała jej zwinność. W okresie, w którym Georgiana nie była nawet pewna, czy matka ją lubi, przynajmniej wiedziała, że ceni jej grę.

W świecie alternatywnym poszłyby na brunch i pogaduszki, Georgiana przyznałaby się mamie do upokorzenia w Long Island Bar. Opowiedziałaby jej o Bradym, o tym, że inni menadżerowie go podziwiają, że czasem czuje, jak on na nią patrzy, o zauroczeniu tak silnym, że regularnie o nim śni i budząc się, jest zarazem podekscytowana jego obecnością i rozczarowana, że to tylko sen. Zamiast tego schowała rakietę do pokrowca, wyszła za mamą przez wielkie obrotowe drzwi klubu i, skręciwszy w Henry Street, ruszyły do nowego mieszkania rodziców. Na miejscu Tilda wyjęła z lodówki przygotowany przez Bertę lunch i podała go na swojej ulubionej kwiecistej porcelanie z odpowiednio dobranymi serwetkami. Przy jedzeniu przeglądały prasę i nie rozmawiały, z wyjątkiem sporadycznego odczytywania na głos co ciekawszych newsów.

Georgianie dziwnie było oglądać rodziców w nowym domu. Od dzieciństwa mieszkała przy Pineapple Street i każdy mebel, każda rysa na drewnianej balustradzie, każda plamka na granitowych ladach zdawała się niezbywalną częścią ich rodziny, jakby to miejsce weszło im w geny, a ich DNA przeniknęło do niego. Pisane im było żyć w przeciągach starej kamienicy, trzeszczeć i starzeć się razem z antykami, więc przyglądając się, jak mama krząta się wokół lśniącej marmurowej wyspy, Georgie miała wrażenie, że patrzy, jak Ben Franklin gra w Nintendo.

Jeszcze dziwniejsza niż oglądanie rodziców w nowym apartamencie była myśl o tym, że Cord z żoną mieszkają w jej dziecięcym domu. Początkowo Georgiana traktowała Sashę życzliwie, ale dwa wydarzenia zniweczyły szansę na serdeczną relację szwagierek. Do pierwszego doszło na miesiąc przed ślubem, kiedy Cord zjawił się u Darley pijany i z opuchniętymi oczami, bo Sasha odmówiła podpisania intercyzy, a potem wyszła z jego mieszkania i już nie wróciła. Dopiero tydzień później pojawiła się znowu. Cord już więcej o tym nie wspominał i ani Georgiana, ani Darley nie dowiedziały się nic więcej. Drugi incydent wydarzył się podczas wesela. Georgiana i Darley dołączyły do młodszych gości na afterek w barze przy Stone Street. Kuzyn Sashy, Sam, przez całą noc wciągał kokę, która rozwiązała mu język. Podszedł do Darley w kącie baru i bezczelnie zapytał, ile właściwie jej rodzina ma forsy.

– Co? – odparła, śmiejąc się z niedowierzaniem.

– Ten wasz Cord na pewno ma tyle kasy, że mógłby całe życie się opierdalać. Samo to, jak mówicie, i te wszystkie kluby. Jasne, że Sasha wyszła za bogacza. Od przeprowadzki do Nowego Jorku bardzo się zmieniła. I teraz hajta się z republikaninem po szkole z internatem.

– Cord jest zarejestrowany jako bezpartyjny – broniła go Georgie, jakby to mogło odeprzeć zarzuty Sama. Kiedy jednak zestawiła to z negocjacjami Sashy w sprawie intercyzy, szwagierka straciła w jej oczach. A teraz Sasha mieszkała w jej domu.

Choć była niedziela, ojciec Georgiany pracował w drugim pokoju, gdzie urządził sobie gabinet. Kiedy skończyła jeść, zrobiła filiżankę english breakfast z mlekiem i dwoma łyżeczkami cukru, a potem do niego zapukała. Ojciec czytał stary pożółkły egzemplarz „Wall Street Journal” przez lupę, a okulary leżały obok na biurku. Córka postawiła mu herbatę przy łokciu i pocałowała go w policzek.

Georgiana lubiła myśleć, że ma z ojcem specjalną relację. Corda i Darley dzieliły tylko dwa lata i byli sobie bardzo bliscy, Georgiana była natomiast dekadę młodsza (droczyła się z nimi, nazywając ich „geriatrycznymi milenialsami”, podczas gdy sama stała na progu pokolenia Z). W praktyce była niemal jedynaczką, bo już jako trzecioklasistka pożegnała brata i siostrę, którzy wyjechali na studia, a ponieważ rodzice wiedzieli, że ona będzie ich ostatnim dzieckiem (ilekroć Tilda o tym mówiła, niepokojąco pokazywała palcami nożyczki), rozpieszczali ją i robili z nią wszystko to, na co nie mieli czasu ze starszymi dziećmi: zorganizowali dziesięcioletniej Georgie wycieczkę do Paryża, w tygodniu zabierali ją na kolacje do restauracji, chodzili na prawie wszystkie szkolne rozgrywki.

– Jak tam tenis, George? – zapytał tata, po czym zamknął gazetę i oparł się na krześle.

– W porządku. Powinnam więcej biegać, bo nie jestem już taka szybka, jak kiedy grałam codziennie. – Na studiach na Uniwersytecie Browna była w drużynie tenisa, a bez tamtejszego rygorystycznego programu ćwiczeń przybrała prawie trzy kilo. Tak naprawdę wcale jej to nie przeszkadzało, obawiała się tylko, że matka zacznie wygrywać.

– A co w pracy?

– Dobrze. W tym tygodniu muszę rozesłać newsletter, ale mam już wszystkie dane, wystarczy zredagować tekst i zrobić layout. – Co miesiąc Georgiana pozyskiwała informacje od menadżerów różnych projektów w terenie, a następnie z ich niechlujnych odpowiedzi lepiła artykuły.

– Jak skończysz, przynieś mi gotowy tekst, chętnie przeczytam.

Georgiana była zadowolona. Rodzice wsparli jej decyzję o tym, by po studiach zaangażować się w sektorze non profit. Cord podążył w ślady ojca i pracowali razem, ale ani Georgiana, ani Darley w ogóle nie interesowały się rynkiem nieruchomości. I to nawet lepiej, bo dzięki temu po przejściu na emeryturę ojcu łatwiej będzie przekazać pałeczkę. Wszyscy wspólnicy znali już Corda, większość swobodnie rozmawiała z nim nawet na najbardziej drażliwe tematy i powszechnie spodziewano się, że to Cord w końcu przejmie interesy Stocktonów. Ojciec już korzystał z tego, że ma przy sobie Corda, cedując na niego „zarządzanie” najtrudniejszymi relacjami.

– Co to? – zapytała Georgiana, podnosząc z biurka wycinek z gazety, do którego ojciec przylepił żółtą karteczkę z jej imieniem.

– A, to recenzja książki. Pomyślałem, że cię zainteresuje. O filantropce, takiej, jakie lubisz. – Zaśmiał się.

Georgiana pobieżnie przeleciała tekst. Chodziło o biografię rzymskiej dziedziczki z V wieku. Melania Młodsza urodziła się w senatorskiej rodzinie, nawróciła się na chrześcijaństwo i chciała pozostać dziewicą. Niestety, kiedy miała czternaście lat, rodzice wydali ją za mąż. Melanii udało się jednak zawrzeć z mężem umowę: jeśli da mu dwoje dzieci, potem będą żyć w celibacie i poświęcą się dobroczynności. Po śmierci ojca Melania odziedziczyła olbrzymi majątek, wielką posiadłość i pięćdziesiąt tysięcy niewolników. W służbie Bogu postanowiła rozdać fortunę, co okazało się trudniejsze, niż przypuszczała: niewolnicy nie chcieli wolności. Nie wierzyli w jej dobre intencje, bali się też, że bez jej ochrony padną ofiarą barbarzyńców i skrajnego ubóstwa. Okazało się, że mieli rację i wielu z nich zmarło z głodu.

– Wow, pomyślałeś o mnie? Czyżbyś zamierzał zmusić mnie do małżeństwa? – zażartowała.

– Próbowałem pozbyć się balastu, ale jak na razie bez skutku. – Chip uniósł brew.

– Dzięki, tato. – Pocałowała go w czubek głowy. Bawiło ją, że myśli o niej jako o filantropce, choć wyzwolenie pięćdziesięciu tysięcy niewolników i klepanie newsletterów to zupełnie inna skala dobroczynności.

Georgiana pożegnała się z matką, zabrała rakietę i wróciła do swojego mieszkania, gdzie wzięła prysznic i przez resztę dnia leżała na łóżku, czytała książkę i pisała z Leną i Kristin. Podobno impreza, na którą Kristin poszła z Long Island Bar, była szalona, a ich zwariowany kumpel Riley tak się opił, że zasnął w metrze i obudził się w Canarsie.

Następnego ranka Georgiana zapakowała kanapkę z serem i awokado, ubrała się i dotarła do biura przed dziewiątą. Przedarła się przez gąszcz zdjęć do swojego artykułu i wybrała cztery najlepsze, a następnie na podstawie siedmiuset słów strumienia świadomości na temat projektu w Ugandzie napisała spójny i dość wzruszający tekst o lokalnym szpitalu ginekologicznym. Prawie dwa procent ugandyjskich kobiet umiera w ciąży lub w połogu, a tylko połowa młodych matek ma dostęp do jakiejkolwiek opieki medycznej po porodzie. W bezpiecznym i czystym szpitalu kobiety te mogły dowiedzieć się, jak karmić piersią i dbać o pępowinę oraz otrzymać niezbędne leczenie. Zdjęcia matek, które trzymają na rękach dzieci i uśmiechają się mimo zmęczenia, niespodziewanie Georgianę wzruszyły.

Ciekawe, bo zawsze uważała, że jak na swój wiek już sporo zwiedziła. Była we Francji, w Hiszpanii i we Włoszech, na safari w Kenii i na lodowcu na Alasce, z licealnymi kolegami spacerowała nawet po Wielkim Murze Chińskim. Dopiero w pracy zdała sobie jednak sprawę, jak niewiele widziała. Zaliczyła destynacje turystyczne, bogate miasta i miasteczka urządzone dla uciechy krezusów. Nigdy nie zetknęła się z prawdziwą biedą, nie zastanawiała się, jak żyją zwykli ludzie w miejscach, gdzie „Condé Nast Traveler” nie poleca żadnej restauracji.

O wpół do drugiej mocno zgłodniała, wyjęła z lodówki kanapkę i poszła do dużego stołu. Wszyscy byli już po obiedzie, więc usiadła sama i rozłożyła na kolanach serwetkę. Przestraszyła się, kiedy ktoś odsunął krzesło obok.

– Wolne? – zapytał Brady.

– Jasne – odparła.

Choć mieli dla siebie cały wielki stół, on usiadł tuż obok. Telefon Georgiany ładował się przy biurku, więc nie miała w co patrzeć, udając, że jest zaabsorbowana.

Brady otworzył kartonowe pudełko, z którego uniósł się obłoczek pary, i wyjął grillowaną kanapkę z serem.

– Późny lunch? – zapytał.

– Tak, przygotowuję newsletter i straciłam poczucie czasu. – Georgiana wyjęła kawałek awokado, który wypadł z kanapki do woreczka.

– O naszej wspaniałej misji na Wyspach Palmowych?

Georgiana spojrzała na niego zdumiona, podczas gdy on udawał, że dokładnie ogląda swoją kanapkę.

– Nie, o inicjatywie zapewnienia darmowych korekt nosa uboższym debiutantkom w Monako – odparła.

Zaskoczony Brady zaczął rechotać, a Georgiana się uśmiechnęła.

– Zabawne. Jak ci minął weekend? Co robiłaś?

– Grałam w tenisa, spotkałam się ze znajomymi, nic nadzwyczajnego. A tobie?

– U mnie klapa. Umówiłem się z kolegami ze studiów na sobotę, mieliśmy się zabawić, ale w ostatniej chwili kumpel zwichnął kostkę. Cały wieczór przesiedziałem z nim na pogotowiu, żeby zrobili mu rentgena.

– O, współczuje.

– No, naprawdę czekałem na ten wieczór. – Spojrzał na nią znacząco. – W Long Island Bar.

– Lubię to miejsce – wymamrotała Georgiana.

– Ja też. – Lekko pokiwał głową. – Gdzie grasz w tenisa?

Przez następne dwadzieścia minut omawiali sportową infrastrukturę w mieście: publiczne korty, gdzie sprawdzali przepustki Parks Department, strażnika w Fort Green, który rezerwował ci miejsce w zamian za burgera z bekonem, jajkiem i serem. Rozmawiali o drużynie koszykówki Brady’ego, gościach, którzy czasem grali tak agresywnie, że do elitarnych kancelarii prawnych wracali z podbitymi oczami.

Oboje dojedli kanapki i kiedy w pokoju obok skończyło się zebranie, podwójne drzwi się otwarły i koledzy zaczęli rozchodzić się do biurek, Georgiana i Brady niechętnie zwinęli zatłuszczone papiery. Brady z uśmiechem przechylił głowę, a potem poderwał się z krzesła.

– Do zobaczenia.

Przy okazji zabrał też jej śmieci i ruszył na parter, natomiast Georgiana pofrunęła do swojej służbówki. Nie wiedziała, czy będzie w stanie napisać cokolwiek do newslettera, czy przez kolejne trzy godziny będzie gapić się przez okno, odtwarzać w głowie każde słowo ich rozmowy i rozkoszować się zalewającym jej twarz przyjemnym ciepłem.

Dalsza część w wersji pełnej