Piętno - Przemysław Piotrowski - ebook + audiobook + książka

Piętno ebook i audiobook

Przemysław Piotrowski

4,5

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Igor Brudny to twardy, warszawski glina, który woli nie wracać do swojej przeszłości. Tym razem może jednak nie mieć innego wyjścia.

Zielona Góra. Mężczyzna bliźniaczo podobny do Brudnego jest poszukiwany w sprawie wyjątkowo brutalnego morderstwa. Komisarz musi wrócić do rodzinnego miasta, by oczyścić się z podejrzeń i rozwikłać tajemnicę swojego pochodzenia.

Na miejscu działa już zespół śledczych dowodzony przez inspektora Romualda Czarneckiego. Brutalność mordercy nie pozostawia wątpliwości – to dopiero początek. Obecność Brudnego dodatkowo komplikuje całą sprawę. Czarnecki jest przekonany, że komisarz może okazać się kluczem do złapania sprawcy. Ale czy może mu zaufać?

Przemysław Piotrowski (ur. 1982) – ukończył studia na Uniwersytecie Zielonogórskim, studiował również w Hiszpanii i USA. Były dziennikarz „Gazety Lubuskiej”, w której najpierw zajmował się tematyką sportową, potem – śledczą. Debiutował w 2015 roku thrillerem historycznym Kod Himmlera. Piętno to pierwszy tom serii o komisarzu Igorze Brudnym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 440

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 0 min

Lektor: Marcin Hycnar

Popularność




Prolog

– Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone1.

Ksiądz nie przerywał.

Na jego młodej i nieskalanej trudami życia twarzy wystąpiły krople potu, skronie nabrzmiały pulsującymi żyłami, a głos, mimo że ledwo słyszalny, niósł się po izbie ponurym echem niczym zaklinania egzorcysty.

Za oknem trzaskały błyskawice, a drzewa uginały się pod naporem wichury. Deszcz tłukł o szyby niemiłosiernie, a na ścianach starego, rozpadającego się domu na końcu wsi w blasku świec pełzały pokraczne cienie.

Ksiądz po raz kolejny wykonał nad głową umierającej znak krzyża.

Kobieta leżała pod starymi kocami i ściskała w dłoniach nieco już zardzewiały krzyż z cierpiącym Chrystusem Panem. Jej stare, naznaczone ponurym losem dłonie drżały żałośnie, a ona szeptała pod nosem niezrozumiale dla wyjątkowo skromnego audytorium. Nie była pewna, czy Pan przyjmie ją do swojego królestwa, tak naprawdę szczerze wątpiła, aby wybaczył jej grzechy i wpuścił ją do raju. Dawno temu odwróciła się od Niego. Teraz bardzo tego żałowała.

Spojrzała na przygarbioną postać stojącą w rogu izby. Mężczyzna patrzył na nią chłodno. Jego brązowe, głęboko osadzone oczy migotały złowrogo w blasku świec, a gdy ksiądz po raz kolejny powiedział „amen”, wydłubał spomiędzy trzonowców resztkę kapusty i splunął na podłogę.

Poczuła, jakby ktoś wbił jej nóż prosto w serce. Zamknęła powieki i z bólu zacisnęła szczęki z taką siłą, że wbiła sobie resztki spróchniałej zębowiny w dziąsła. Metaliczny smak krwi wypełnił jej usta. Kaszlnęła, opluwając brodę i pościel, a ministrant o blond włosach wytarł jej usta białą chustką.

Umierała. Poprzedniego wieczoru, gdy w końcu zabrakło wódki, ostatecznie zdała sobie z tego sprawę i poczuła lęk. Niezwykle intensywny. Potrafiła odróżnić go od strachu, który znała doskonale. Strach towarzyszył jej przez blisko sześćdziesiąt lat marnego i podłego życia. Naznaczonego biedą, smutkiem, kolejnymi depresjami i bólem duszy przychodzącym po każdej z nich. Strach był jednak uczuciem namacalnym, można było z nim walczyć, ukryć się przed nim, czasem nawet go oszukać. Ale świadomość, że już wkrótce zamieni się w cuchnące ścierwo, a jacyś obcy jej ludzie włożą je do taniej trumny i zakopią, sprawiała, że zdecydowała się poprosić o widzenie z ojcem Wilczkiem. Zrobiło jej się strasznie wstyd, gdy wezwany ministrant poinformował ją, że kapłan umarł trzy lata temu, a nowym proboszczem został ksiądz Adam Klich. Poprosiła więc o ostatnie namaszczenie ojca Adama, który do tej pory wykazywał się niezwykłym zaangażowaniem w wykonywaniu swojego powołania. Patrzyła mu w oczy, gdy wypowiadał kolejne sentencje, i dziękowała, że przyszedł do niej w chwili ostatniej próby.

– Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.

Kobieta uderzyła się w piersi.

– Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Przeto błagam Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę, wszystkich Aniołów i Świętych, i was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana, Boga naszego.

Spojrzała w róg izby, ale nie dostrzegła w przygarbionej postaci tego, czego tak bardzo pragnęła. Ona milczała. I nie biła się w piersi.

– Niech się zmiłuje nad nami Bóg wszechmogący i odpuściwszy nam grzechy, doprowadzi nas do życia wiecznego…

Ksiądz kontynuował. Kobieta wtórowała tak, jak potrafiła. Było jej wstyd, że nie znała podstawowych modlitw. Kiedyś, dawno temu, pamiętała. Dziś, w godzinę własnej śmierci, nie umiała wyrecytować w całości choć jednej.

– Prosimy Cię, abyś złagodził jej cierpienia.

– Wysłuchaj nas, Panie.

– Prosimy Cię, abyś ją uwolnił od grzechów i pokus.

– Wysłuchaj nas, Panie…

Kobieta poczuła, jak do chorych oczu napływają łzy. Przez lata wyzbyła się wstydu, ale dziś to uczucie nie pozwalało jej choćby na chwilę zapomnieć o tym, jak żyła i co robiła. Pokusa, grzech, pokuta. Tak wyglądało całe jej plugawe życie.

Ukradkiem spojrzała na brodatego mężczyznę w rogu izby. Stał przygarbiony i obserwował księdza udzielającego ostatniego sakramentu umierającej kobiecie. Obojętny, niewzruszony, zimny. Nie pomagał. Nie uczestniczył w ceremonii. Czekał.

Ministrant o blond włosach podał młodemu kapłanowi naczynie z olejem świętym. Ojciec Klich namaścił czoło i zasklepione dłonie kobiety, a następnie, wypowiadając modlitwę za chorą w agonii, w imieniu Pana odpuścił grzechy. Gdy skończył, wytarł dłonie w watę, którą odłożył na biały obrus, tuż obok miseczki z wodą święconą.

Kobieta zakrztusiła się krwią, która tym razem dosięgła jej nadgarstka i gorliwie ściskanej figury Jezusa Chrystusa umierającego na krzyżu. Ksiądz delikatnie wytarł jej usta i dotknął dłoni. Uśmiechnął się przy tym do niej tak naturalnie, jak nikt od wielu długich lat. Poczuła ulgę.

– Już blisko. Jeszcze tylko „Ojcze Nasz”.

Cierpiąca zacisnęła wargi, walcząc z przejmującym bólem. Rak, który od blisko trzech lat pożerał ją od środka, w ostatnich dniach rozpoczął sutą ucztę. Nie miała pieniędzy na morfinę, leki przeciwbólowe już nie działały, wódki zabrakło. Teraz, na łożu śmierci, cieszyła się z tego faktu. Choć raz chciała być trzeźwa i do Boga wejść z podniesioną głową.

Złożyła ręce i odmówiła z księdzem „Ojcze Nasz”. Kilkakrotnie zakaszlała krwią, poczuła, że koniec jest już bardzo bliski. Błagalnie spojrzała na kapłana. Miał przystojną twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, prosty nos i duże niebieskie oczy. Nie była już w stanie wypowiedzieć słowa, zwłaszcza że na zewnątrz rozpętało się piekło, a odgłosy burzy zagłuszały nawet modlitwy księdza. Ojciec Klich uchwycił spojrzenie umierającej, jej tęczówki były szare jak u chorego na jaskrę, a białka przybrały kolor zgniłego jaja. Zrozumiał, co chciała mu powiedzieć, a ona mu za to milcząco podziękowała.

Patrzyła, jak sięga po bursę z Komunią Świętą. Z namaszczeniem wyciągnął opłatek i delikatnie wsunął go w uchylone usta umierającej.

Kobieta gestem poprosiła, aby nachylił się nad nią. Zrobił to, a ona wyszeptała, że przed śmiercią chce wyjawić ostatnią tajemnicę.

– Mów, córko. Pan Jezus cię słucha.

Pokiwała głową i wskazała na postać w rogu. Ksiądz Klich podszedł do niej i przekazał ostatnie życzenie umierającej, po czym opuścił izbę. Mężczyzna przeciągnął językiem po dziąsłach i splunął szpetnie na podłogę. Zrobił kilka kroków, a pod jego potężnymi stopami podłoga zaskrzypiała.

Nachylił się nad kobietą, a ona spojrzała mu w oczy. Pałały czystą, nieukrywaną nienawiścią. Przeraziła się, że nie pójdzie do nieba. Gdy w jego źrenicach odbiły się płomienie świeczek, pomyślała, że tak właśnie wygląda diabeł. I teraz, w godzinę jej śmierci, objawił się pod jego postacią.

Zanim umarła, powiedziała mu całą prawdę.

Rozdział 1

Filip Trochan był mężczyzną przed czterdziestką, choć ludzie zwykle dawali mu kilka lat mniej. Nosił dobre garnitury i idealnie wyprasowane przez żonę koszule, oczywiście, gdy tylko opuścił swoją klinikę, w której był lubiany i szanowany nie tylko przez pacjentów, ale także pracowników, od pani sprzątającej po zatrudnionych lekarzy specjalistów. Często podróżował po Europie, jeździł na sympozja i pomimo wybitnych osiągnięć w podologii stawiał sobie coraz to nowe wyzwania i wciąż poprawiał własne umiejętności, w związku z czym ściana jego gabinetu wyglądała niczym mundur zasłużonego generała – z tą różnicą, że zamiast medali i odznaczeń zdobiły ją certyfikaty, dyplomy i atesty.

Lubił czasem usiąść w fotelu i wodzić wzrokiem po dowodach swoich niewątpliwych osiągnięć. Co prawda nie należał do osób z przesadnie wybujałym ego, tym bardziej nie wywyższał się w towarzystwie, mimo to czuł się człowiekiem sukcesu i przynajmniej przed samym sobą tego nie ukrywał. Miał cudowną rodzinę, wspierającą go żonę Annę oraz przepiękną pięcioletnią córeczkę o dźwięcznym imieniu Lena. Choć na co dzień tego nie okazywał, był dumny, że każdego dnia może wracać do domu z podniesioną głową, będąc pewnym, że niczego im nie zabraknie, nawet jeśli wymagało to od niego tylu wyrzeczeń.

Tego wieczoru też był zmęczony. Gdy odwiesił fartuch i sprawdził stan ostatnich pacjentów, postanowił, że przed wyjściem zajrzy jeszcze do skrzynki mailowej. Chwilę trwało, zanim przebił się przez rozrośnięty do gargantuicznych rozmiarów spam, którego w żaden sposób nie mógł się pozbyć, w końcu jednak wyłuskał interesujące go wiadomości. Dwa zaproszenia na sympozja do Sankt Petersburga i Dubaju, prywatna wiadomość od doktora Szymanowskiego z Centrum Medycznego ALDEMED dotycząca zmiany terminu spotkania oraz spersonalizowana, niecierpliwie wyczekiwana oferta z firmy Medicors, mająca na celu przedstawienie najnowocześniejszego sprzętu do chirurgii stopy, zwłaszcza zaś leczenia wrastających paznokci, co było wizytówką doktora nie tylko w kraju, ale i w Europie.

Przed opuszczeniem kliniki musiał odpisać przynajmniej doktorowi Szymanowskiemu. Był jednak tak zmęczony, że nie miał sił wchodzić z nadawcą w jakąkolwiek dyskusję, dlatego – dziękując w duchu, że od jakiegoś czasu są już na stopie prywatnej i nie musi udawać – wiadomość ograniczył do krótkiego „Tak, dzięki za informację, pozdrawiam, FT”. Chwilę potem zamknął laptopa i rozsiadł się w skórzanym fotelu. Postanowił, że zasługuje chociaż na dziesięć minut całkowitego spokoju, zwłaszcza że sekretarka już dawno opuściła biuro, a nikt inny – prócz sprzątaczki i żony oczywiście – nie miał prawa wejść do jego gabinetu bez uprzedniego umówienia się na konkretną godzinę. Dziesięć minut zamieniło się w blisko godzinę i gdyby nie pani Grocholska, która w każdy poniedziałek, środę i piątek przychodziła posprzątać biura, Filip Trochan zapewne spałby przynajmniej kolejne dwie.

Obudził go dźwięk otwieranych drzwi. Doktor zerwał się na widok starszej kobiety w ogromnych okularach, która bezceremonialnie wpakowała się do gabinetu z pokaźnych rozmiarów wózkiem.

– Dobry wieczór, pani Basiu – przywitał się, przecierając oczy.

– Dobry wieczór, panie doktorze – powiedziała i wymownie podparła się pod boki.

– Znów mnie pani przyłapała. – Trochan wstał i chwycił wiszącą na wieszaku marynarkę.

– To już trzeci raz w tym miesiącu, a mamy dopiero dziesiąty października, panie doktorze. Jak tak dalej pójdzie, to pana licho weźmie i taki będzie koniec.

– Ej tam, od razu licho. Pani zawsze taka czarnowidzka?

– Żadna tam czarnowidzka, tylko kobieta twardo stąpająca po ziemi. Jak mój świętej pamięci Gieniu tak się zaharowywał w tej pieruńskiej kopalni, to też niby mówił, że go licho nie weźmie. I co? Wzięło go szybciej, niż myślał i…

– Dobrze już, dobrze, pani Basiu. Obiecuję, że się poprawię.

– Od trzech lat doktor mi to gada. – Grocholska wymownie machnęła ręką. – A ja pana i tak przydybię. I tak w koło Macieju.

Trochan poprawił poluzowany krawat i już miał wyjść, gdy postawna kobieta w okularach przypominających oczy owada zatarasowała mu drogę.

– Ooo, tak, was młodych to zawsze trzeba pilnować na każdym kroku – rzekła, gdy naprostowała węzeł przy kołnierzyku. – Krawat to nie męski zwis, jak próbują go nazywać w tej pieruńskiej telewizji. I trzeba umieć go nosić.

– Co ja bym bez pani zrobił, pani Basiu? – Trochan uśmiechnął się i opuścił gabinet.

Ruszył do windy, która o tej porze zwykle była rzadko używana. Wcisnął guzik, w opuszczonym korytarzu rozległo się głośne „ping”, a z szybu dał się słyszeć stłumiony szept nowoczesnego mechanizmu. Chwilę później srebrne drzwi rozsunęły się i doktor wszedł do środka. Spojrzał odruchowo na zegarek Tag Heuer – prezent od żony na dziesięciolecie ślubu – za, bagatela, szesnaście tysięcy złotych i pomyślał, że jest szczęśliwym człowiekiem. Nawet jeśli zapieprza od rana do wieczora, to lubi to, co robi, i na nic mu nie brakuje. Nacisnął przycisk z symbolem „-1”, oznaczającym garaż, gdzie czekał na niego nowiutki srebrny SUV – Hyundai Santa Fe, którym pojedzie do rezydencji w podzielonogórskim Jędrzychowie. O tej porze ukochana żona pewnie układała do snu Lenkę, ponieważ dochodziła dziewiąta, która dla młodej była graniczną godziną. Po niej, nawet jeśli próbowała walczyć ze snem, szczypiąc się po rękach, zawsze przegrywała z kretesem.

Pomyślał, że miło by było spędzić romantyczny wieczór. Ostatnio rzadko bywał w domu, z żoną kochał się rzadziej niż kiedyś i choć ona, psycholog prowadząca własny gabinet, nigdy nie zdecydowała się poruszyć tego tematu, wyczuwał, że coś między nimi szwankuje. To była ta jedna, ledwo dostrzegalna rysa. Niby wszystko wyglądało w jak najlepszym porządku, ale gdzieś tam pod płaszczem miłości, wzajemnego szacunku i wieloletniego przyzwyczajenia krył się problem, do którego oboje nie chcieli się przyznać. Lekceważył go, tłumacząc się przed samym sobą przepracowaniem i brakiem czasu, ale z każdym kolejnym miesiącem dręczył go coraz bardziej. Czuł, że ktoś lub coś zasiało ziarenko, które w ich wzorowy i uporządkowany związek wprowadziło nutkę niepokoju, co gorsza, wykiełkowało i wypuściło pędy.

Dziś zabawię się w ogrodnika i wytnę niepożądane pędy, pomyślał, maszerując w kierunku samochodu. Zajadę po drodze po sushi, w Świecie Win (dawno tam nie byłem i mam nadzieję, że mają otwarte do dziesiątej) kupię drogie chilijskie wino (ona uwielbia chilijskie wina). Spędzimy romantyczny wieczór, a potem będziemy się dziko i namiętnie kochać przy rozpalonym kominku, wsłuchując się w trzask płonących polan. Gdy już ochłoniemy, znów napijemy się wina, a potem to powtórzymy. Jeszcze mocniej i intensywniej.

Te myśli wprowadziły go w jeszcze lepszy nastrój. Miał plan na dzisiejszy wieczór, dlatego przyspieszył kroku. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął kluczyki i wcisnął przycisk. Reflektory błysnęły, rozjaśniając na chwilę półmrok niewielkiego podziemnego garażu i oświetlając pobliską ścianę.

Trochan przystanął.

To był ułamek sekundy, ale dałby sobie uciąć palec, że ktoś stał w zacienionym rogu. W miejscu, gdzie nikt nigdy nie stanąłby ot tak. Poczuł się nieswojo, tym bardziej że zarys postaci był mu znajomy. Nie należał do cykorów, od lat trenował karate i choć nauczony pokory, zwykle schodził z drogi ewentualnym agresorom, na pewno nikomu tanio by skóry nie sprzedał.

Przez moment zawahał się, ale raz jeszcze wcisnął przycisk otwierający zamek w aucie. Światła znów zamigotały pomarańczowym blaskiem, ale tym razem postać już się nie pojawiła. Pomyślał, że to pewnie efekt zmęczenia, ale gwałtowny i bardzo nieprzyjemny dreszcz przypomniał mu, że nie może się dalej okłamywać. Znał tę postać. Prześladowała go od dzieciństwa, od najmłodszych lat. W snach, w ciemnych zakamarkach, nawet w lustrach, których nie lubił do dziś. Rosła, tężała i rozwijała się razem z nim, zawsze pojawiała się jednak jako cień, istota bez twarzy. Z czasem jej oblicze nabrało kształtów, ale do samego końca pozostało zamazane, przez co było jeszcze bardziej przerażające. Zwłaszcza gdy otwierało swoje przepastne czarne usta i wydawało ten ohydny, niemy krzyk, niczym bezimienny bohater słynnego obrazu Edvarda Muncha. Gdy inne dzieci bały się duchów i potworów, on zawsze bał się tego szkaradnego cienia.

Ostatni raz widział go wiele lat temu, chyba na jednej ze studenckich imprez. Kolega zaproponował mu skręta z „białą wdową”, wówczas podobno najlepszą na rynku marihuaną. To był pierwszy i ostatni raz, gdy zaaplikował sobie jakikolwiek narkotyk.

Dlaczego zobaczył go ponownie właśnie teraz? Nerwowo wcisnął przycisk po raz trzeci. I po raz trzeci światła rozjaśniły półmrok pomarańczowym blaskiem. Nikt nie stał w rogu, nikt się na niego nie czaił. Cień zniknął.

– Jesteś przemęczony, doktorze Trochan – mruknął pod nosem i ruszył w kierunku auta.

Gdy chwycił za klamkę, usłyszał z głębi parkingu jakiś dźwięk. Jakby niewielki stalowy element potoczył się po betonie i zatrzymał gdzieś w oddali. W niemal absolutnej ciszy metaliczny odgłos poniósł się upiornym echem.

Trochan puścił klamkę i poszedł na tył samochodu. Otworzył bagażnik i wyciągnął saperkę. Pomyślał, że właściwie mógłby po prostu wsiąść za kierownicę, włączyć silnik i pojechać po sushi i wino, a z samochodu zadzwonić na policję i zgłosić, że ktoś podejrzany kręci się po podziemnym parkingu kliniki. Pierwszy lepszy patrol zajechałby sprawdzić, co się dzieje, i ewentualnie zgarnąłby tego bezdomnego, złodzieja czy kimkolwiek był ten osobnik. Mimo to z saperką w ręku ruszył przed siebie. W głębi duszy doskonale wiedział, że to nie był ani bezdomny, ani złodziej. Przez krótki moment poczuł się silny i twardy, ale gdy metaliczny odgłos rozległ się w najciemniejszym zakamarku parkingu, zrozumiał, że był w błędzie. Na skroniach wystąpiły mu krople potu, a serce zamieniło się w młot pneumatyczny. Suchość w ustach, drżenie rąk, gardło ściśnięte jak w imadle.

Ostatni atak paniki miał dobrych kilkanaście lat temu, ale nie zapomniał tego obezwładniającego uczucia. Paraliżowało go w ułamku sekundy. Tak właśnie reagował, gdy wyczuwał jego obecność.

Cień wrócił.

– Kto tam? Proszę odpowiedzieć, bo mam się czym bronić…

Ton głosu zaskoczył nawet jego samego. Piszczał jak pięcioletnia dziewczynka, która właśnie straciła z oczu mamę w lunaparku. Jeśli chciał kogoś przestraszyć, to jego starania z pewnością odniosły odwrotny skutek.

Uznał, że wystarczy. Nie będzie dalej pajacować. Wycofał się i ruszył w kierunku pojazdu. Otworzył drzwi i usiadł za kierownicą, a saperkę położył na siedzeniu pasażera. Rozejrzał się po parkingu po raz ostatni, po czym włączył silnik. Reflektory rozbłysły silnym, jasnym światłem, ale choć podświadomie to sobie wyobraził, nie uchwyciły w swoim blasku zarysu żadnej złowrogiej postaci. Zamiast tego wnętrze pojazdu wypełniły rytmy jakiegoś nowego hitu w języku hiszpańskim, który wpadł mu w ucho kilka dni temu. Muzyka sprawiła, że poczuł się bezpieczniej. Przesunął gałkę zmiany biegów na „drive” i powoli ruszył do przodu. Gdy brama garażu uniosła się, a on opuszczał podziemny parking, pomyślał, że chyba przesadził. Przecież cień był tylko ucieleśnieniem jego obaw i lęków z dzieciństwa. Przynajmniej tak kiedyś tłumaczył to psychiatra.

Wtedy na kręgosłupie poczuł lodowate palce strachu. Odruchowo zamknął oczy i pomodlił się, aby w lusterku wstecznym znów nie ujrzeć tego, co mignęło mu przed chwilą w odbitym świetle ulicznych latarni.

Za plecami usłyszał dyszenie i poczuł ciepły oddech na karku.

Cień siedział tuż za nim.

Chwilę później doktor runął w otchłań ciemności.

Rozdział 2

Na zewnątrz wciąż panował mrok. Krople deszczu dudniły o parapet starej kamienicy na warszawskiej Saskiej Kępie, a sypialnię o skąpym wystroju wypełniały jęki szczytującej pary kochanków. Kobieta o długich blond włosach wpijała paznokcie w klatkę piersiową partnera i gwałtownie, z każdą sekundą coraz szybciej i bardziej zachłannie, ujeżdżała go. W kulminacyjnym momencie zaklęła siarczyście i wygięła ciało w łuk niczym gimnastyczka. Mężczyzna uniósł biodra, jakby w ostatniej chwili chciał wejść w kochankę jeszcze głębiej, po czym obojgiem targnęła fala ekstatycznych spazmów. Chwilę później kobieta opadła na partnera, jakby straciła wszystkie siły.

Leżeli tak przez kilkadziesiąt kolejnych sekund, dysząc ciężko. Wnętrze wypełniał zapach dymu papierosowego, kadzideł i seksu.

– Kocham cię, Igor – szepnęła mężczyźnie do ucha i pocałowała go w szyję. Raz, drugi, trzeci, czekała, aż w końcu usłyszy z jego ust to samo, ale kochanek milczał.

Jak zawsze.

Oksana Szczypenko pochodziła z Ukrainy i blisko rok temu zakochała się w Igorze bez opamiętania. Poznali się przypadkiem, gdy prowadził śledztwo dotyczące zabójstwa szefa jednego z magazynów dużej firmy odzieżowej pod Warszawą. Przesłuchiwał ją jako jednego z kilkudziesięciu potencjalnych świadków i choć nie miała zielonego pojęcia o sprawie, zatrzymała wręczoną wizytówkę. Po kilkunastu dniach walki z samą sobą zadzwoniła. Wtedy wszystko się zaczęło.

Z początku ją zlekceważył, ale miała swoje sposoby, aby zmienił zdanie. W końcu uległ i spotkali się w gruzińskiej restauracyjce na Starym Mieście. Przyszła ubrana w podkreślającą jej kształty czerwoną sukienkę i od razu zrobiła na nim wrażenie. Szczupłe nogi do samego nieba wieńczyły zgrabne pośladki, a szerokie biodra kontrastowały z talią tak wąską, że postawny mężczyzna był w stanie objąć ją dłońmi. Jej bezsprzecznym atrybutem były też ogromne jasnoniebieskie oczy oraz zdrowe, lśniące włosy koloru letniego słońca. Znała swoją wartość i wykorzystała ją w pełni, aby usidlić faceta, który w tylko sobie znany sposób skradł jej serce.

Oksana uniosła delikatnie głowę i odgarnęła dłonią posklejane w strąki włosy. Jej mężczyzna miał zamknięte powieki, oddychał coraz spokojniej. Powiodła wzrokiem po jego idealnie wyprofilowanej twarzy, twardych, męskich rysach, bliźnie przecinającej łuk brwiowy i pokrytych kilkudniowym zarostem policzkach. Nie mogąc się oprzeć, pocałowała go w usta, po czym zsunęła się z niego i położyła obok.

Przez chwilę obserwowała, jak jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Położyła smukłą dłoń w okolicach mostka. Jej palce powoli przesuwały się, zakreślając niewielkie koła, kluczyły pomiędzy zroszonymi potem włosami, w końcu zatrzymały się kilka centymetrów powyżej prawego sutka. W tym miejscu skóra była pozbawiona owłosienia, a przy tym najdelikatniejsza, przypominała jej najdoskonalszy jedwab. Przez kilka sekund zataczała na niej palcami drobne okręgi, następnie przysunęła twarz i pocałowała to miejsce. Nie dostrzegając żadnej reakcji ze strony mężczyzny, położyła głowę i objęła go.

Westchnęła zawiedziona. Nie miała pojęcia, jak przebić się przez ten emocjonalny mur, jakim Igor odgrodził się od reszty świata. Jeszcze nigdy nie spotkała tak zamkniętego w sobie człowieka. Nie naciskała go, wiedziała, jaki jest, i przyzwyczaiła się do tego, że nie okazuje albo po prostu nie potrafi okazywać uczuć. Na początku znajomości nawet jej się to podobało. Igor był taki surowy, męski, trochę szorstki w obyciu, a do tego pieprzył się jak sam bóg. Z czasem jednak odnalazła w sobie potrzebę większej akceptacji, pragnienie głębszego związku, motywowanego nie tylko dzikim i namiętnym seksem. Czuła, że nie była Igorowi obojętna, ale nigdy też nie usłyszała od niego czegoś więcej niż „jesteś cudowna i szaleję za tobą”, zwykle tuż przed albo w czasie, gdy się kochali. Słowo „kocham” zdawało się nie istnieć w jego słowniku, jakby było co najmniej zakazane, a jego użycie podlegało karze.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk komórki Igora. Tej firmowej, która dzwoniła, kiedy chciała. I nieraz zepsuła im upojną noc.

Igor po omacku wyciągnął rękę w kierunku nocnej szafki. Nie mogąc namierzyć bzyczącego telefonu, otworzył oczy i delikatnie wysunął się spod ciała kochanki.

– Musisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedział, tylko spuścił nogi na podłogę i chwycił urządzenie. Dzwoniła jego była partnerka Julia Zawadzka, z którą przestał pracować, gdy po jednej z akcji stres odreagowali w łóżku. Od tamtej pory wolał działać sam, choć oboje pozostali w przyjacielskich relacjach.

– Cześć, Igor.

– Cześć, Julka.

– Jesteś w Warszawie?

– Tak, ale wiesz, która…

– Tak, wiem, która jest godzina, więc…

– Dlaczego nie dzwonisz na prywatny?

– Bo mógłbyś nie odebrać.

– Pod ten numer dzwonią zwykle po to, aby mi zepsuć humor. Też masz taki zamiar?

– Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale raczej ci go nie poprawię. Musimy się natychmiast zobaczyć.

– To nie może poczekać do rana?

– Owszem, ale wtedy zapewne będziesz już gwiazdą wszystkich mediów, a komendant nakaże ci natychmiastowe stawienie się w jego biurze, aby osobiście urwać ci jaja.

– Ty się dobrze czujesz, Julka?

– Nie wkurwiaj mnie, Igor. Nie dzwoniłabym do ciebie, gdyby to nie było ważne. Przyjedź do mnie jak najszybciej. Albo ja mogę dojechać do ciebie.

– Nie, do mnie nie. Niedługo będę, ale możesz mi choć z grubsza powiedzieć, o co chodzi?

– Już za chwilę możesz być podejrzany o morderstwo. Wystarczy?

– Żartujesz sobie?

– A brzmię, kurwa, jakbym żartowała? Pospiesz się, Igor.

Połączenie zostało przerwane. Komisarz siedział na skraju łóżka i próbował jakoś przyswoić słowa byłej partnerki.

– Musisz uciekać… – mruknęła Oksana. W jej tonie wybrzmiał nieskrywany żal.

– Na to wygląda – rzucił w przestrzeń, po czym obrócił się i spojrzał jej w oczy. – Jak chcesz zostać, to klucze wiszą w skrzynce przy drzwiach. Ale nie czekaj. Nie wiem, kiedy wrócę.

– Przyzwyczaiłam się.

Igor włożył spodnie i wyjął z szafy koszulę. Najpierw jedną, potem drugą, trzecią, czwartą cisnął w kąt. Zaklął pod nosem, wszystkie wyglądały jak wyjęte psu z gardła.

– Ja panu wyprasuję, panie komisarzu. – Oksana rzuciła mu zalotne spojrzenie i zamachała łydkami jak lolitka z kucykami i wielkim lizakiem w ustach.

– Nie teraz, Oka. Poza tym czasem mogłabyś zaprotestować…

– Czyż nie jesteś moim panem i władcą?

Igor miał mętlik w głowie, a podobne zagrywki ze strony Oksany zdecydowanie nie pomagały w koncentracji. Uwielbiał ją za to jednowymiarowe postrzeganie życia, ale teraz najchętniej wyrzuciłby ją za drzwi. Miała dwadzieścia osiem lat i choć przeżyła już wiele, wciąż, była niewinna i naiwna, zwłaszcza gdy zaciągała z tym swoim wschodnim akcentem.

– Wezmę koszulkę.

– Czyli nie idziesz na inne dziewczyny? – zapytała zaczepnie i usiadła na skraju łóżka.

– Oka, proszę cię. Idź już spać.

Komisarz przełożył przez głowę wysłużoną koszulkę reeboka, na nią narzucił równie szaroburą rozpinaną bluzę. Sięgnął do szuflady w szafce nocnej, wypiął walthera z kabury i wcisnął za pasek spodni. Często tak nosił broń, lubił czuć ją przy ciele.

– Mam się martwić? – spytała Oksana, jakby wyczuwając, że tym razem nie chodzi o zwykły telefon z komendy.

– Nie musisz.

– Na pewno?

– Czy kiedykolwiek cię okłamałem?

Oksana uśmiechnęła się anemicznie, bo rzeczywiście nigdy tego nie zrobił. Ale jeżeli zwykle milczy się na większość tematów, to i skłamać trudno.

– Nigdy – szepnęła i osunęła się z powrotem na pościel.

Chwilę później Igor maszerował przez ponure podwórze, nie zważając na siekący deszcz. Miał złe przeczucie, a intuicja zawodziła go rzadko. Gdy w końcu dotarł do samochodu i uruchomił starego nissana patrola, pomyślał, że wdepnął w niezłe bagno.

* * *

Komisarz Igor Brudny był mężczyzną w kwiecie wieku. Nie przykładał wagi do tego, co nosi, dlatego zwykle wyglądał tak samo. Golił się raz na tydzień, a jak miał dużo pracy w terenie, to czasem raz na dwa. Większość współpracowników widziała w nim gbura, ale nie rozdzierał szat z tego powodu, w zasadzie nawet mu to odpowiadało. Przynajmniej nie musiał udawać i każdemu z osobna mówić rano „dzień dobry”, gdyż wychodził z założenia, że nie ma sensu chwalić dnia przed zachodem słońca. Dobre dni przytrafiały mu się rzadko, ale potrafił je docenić, zwykle wieczorami w towarzystwie ulubionych jamesona i Brudnego Harry’ego, od jakiegoś czasu jamesona, Brudnego Harry’ego i pewnej niezwykle uroczej Ukrainki, która dawała mu to, czego jameson i Brudny Harry nie byli w stanie.

Komisarz Brudny był też człowiekiem o dość zagmatwanej przeszłości. Nikomu o tym nie mówił, ale tak naprawdę nie nazywał się Brudny. Nazwisko to przyjął tuż po wkroczeniu w dorosłość, gdy postanowił zniknąć z miejsca, gdzie się wychował, i raz na zawsze zerwać ze światem, który los mu wybrał. Jedynym transferem z życia numer jeden do życia numer dwa był właśnie Brudny. Brudny Harry. To na cześć tego ascetycznego gliniarza, którego grał nie mniej surowy w życiu prywatnym Clint Eastwood (a przynajmniej Igor tak go sobie wyobrażał), przyjął w Urzędzie Stanu Cywilnego nowe nazwisko. Pomijając grymas wyjątkowo nieprzyjemnej biurwy, która słysząc wybór petenta, nie omieszkała poprzewracać oczami i dodatkowo go skomentować, Igor nigdy więcej nie miał problemów w związku z nowym nazwiskiem. Zwłaszcza że w stolicy, do której się przeprowadził, popracował nad wizerunkiem, aby już od pierwszego kontaktu sprawiać wrażenie ponurego skurwysyna.

Przeszłość Igora kryła wiele smutnych historii, ale nigdy nikomu o nich nie opowiadał. W ogóle mówił niewiele i gdyby nie praca, która w dużej mierze polegała na zadawaniu pytań, pewnie nie mówiłby wcale. Według Igora od słów wszystko się zaczynało i na nich wszystko kończyło. Nie tylko w pracy, ale także poza nią. A poza pracą czuł się jak słoń w składzie porcelany. Dlatego przez blisko dwadzieścia lat był sam, a jego kontakt z kobietami ograniczał się do przygodnych spotkań, zwykle rzadkich, bo z konieczności opłacanych z lichej policyjnej pensji. Miało to swoje plusy, bo nie musiał mówić, minusem była arytmetyka, której nie dało się oszukać, i bywało, że Igor pod koniec miesiąca musiał ograniczać się do chleba, sera i jamesona. Dopiero przed rokiem coś w tym temacie drgnęło, a nieoczekiwane pojawienie się w uporządkowanym schemacie gadatliwej kobiety (z mocnym wschodnim akcentem) wprowadziło w życie Igora nieco więcej słów, których połączenie nie kończyło się znakiem zapytania. Godził się jednak na to, bo był gburem, ale nie ignorantem i rozumiał, że może otrzymać coś tylko wtedy, gdy z czegoś innego zrezygnuje. Decydując się na jakiś ruch, należało się liczyć z konsekwencjami. Akcja rodziła reakcję. To był bardzo prosty mechanizm (lub jak kto woli, prawda życiowa), lecz poznał w życiu wielu ludzi, którzy jednak tego nie rozumieli. Takich zazwyczaj łapał albo do nich strzelał.

Lubił proste środki i czytelne metody. Przejrzyste rozwiązania i jasne odpowiedzi. Czerń i biel. Dlatego tym bardziej nie mógł pojąć, co miał znaczyć ten enigmatyczny i popierdolony telefon od Julki w sobotę o drugiej trzydzieści nad ranem.

Dotarł na Giełdową krótko po trzeciej. Zatrzymał się tam, gdzie zawsze, czyli na zarośniętej dzikimi krzakami wysepce, która z racji przesadnie wysokiego krawężnika dla zdecydowanej większości samochodów osobowych była nie do sforsowania. Wyłączył silnik i raz jeszcze spróbował ogarnąć, o co mogło chodzić byłej partnerce z patrolu. Nic nie przychodziło mu do głowy, a nie lubił być zaskakiwany. Nawet przez Julkę.

Wysiadł z samochodu i zeskoczył na chodnik. Wciąż lało jak z cebra, a w oddali dźwięczały klaksony uwijających się jak w ukropie taksówek. Skierował się w stronę portierni, przez którą wchodziło się na zamknięte osiedle, jedno z wielu, które w ostatnim czasie wyrastały w stolicy jak grzyby po deszczu. Okolica nie należała do tanich i Igor zawsze zastanawiał się, jak Julka daje radę się tu utrzymać.

Strażnik go znał, więc przywitał się tylko i przepuścił. Igor wyszedł na wewnętrzne, przestronne podwórze i ruszył do jednego z kilkuletnich wieżowców. Na ósmym piętrze mieszkała Julia Zawadzka, była partnerka z patrolu, dla której kiedyś zebrał kulkę i z którą potem wylądował w łóżku. To wtedy jedyny raz złamał swoje zasady. I zaczął mówić…

Wszedł do klatki i zadzwonił domofonem. W odpowiedzi usłyszał tylko sygnał rozmagnesowującego się zamka. Po pierwsze spodziewała się go, a po drugie każde z urządzeń miało wbudowaną kamerę. Przy windzie natknął się na podpitą parkę, która lubieżnie całowała się pod ścianą. On, w spodniach w kant i wygniecionej koszuli za tysiaka, ona z tych, których usta wyglądają, jakby pokąsały je pszczoły. Byli na siebie mocno napaleni, bo nawet go nie zauważyli. Dopiero gdy drzwi się otworzyły, a dziewczyna zorientowała się, że nie są sami, wyrwało jej się krótkie „o kurwa”. Odsunęła kochanka i odruchowo spuściła nieco podciągniętą już spódnicę, ale zaraz potem oboje zachichotali. Igor nie czekał, wcisnął guzik z ósemką i winda ruszyła w górę.

Nie musiał pukać, do Julki wchodził jak do siebie. Od lat była jedyną bliską mu osobą, która wiedziała więcej niż to, co znajdowało się w jego aktach. Przywitała go na bosaka, w koszulce na ramiączkach i szortach. W jednej dłoni trzymała obgryziony kawałek jabłka, a w drugiej do połowy wypalonego cienkiego LM-a.

– Długo ci zeszło – rzuciła i odgarnęła nadgarstkiem niesforny kosmyk rudych włosów.

– Nie byłem sam.

– Wciąż jesteś z tą Ukraineczką?

– No…

– Dobra, nie mów. Siadaj, zrobię ci mocną kawę.

Gdy Julka proponowała komuś mocną kawę, zwykle sytuacja była poważna. Ale nie poganiał jej, znał ją i wiedział, że jest profesjonalistką. Na pewno przygotowała się do tego spotkania należycie.

– Wyjeżdżałeś z Warszawy? – spytała, lejąc wrzątek. Stała przy blacie, obrócona tyłem, z papierosem w ustach.

– Nie.

Igor obserwował, jak przestępuje z nogi na nogę. Miała umięśnione uda i jędrne pośladki, ale do figury modelki sporo jej brakowało. Małe piersi i dość krótkie włosy też nie dodawały jej kobiecości, mimo to mężczyźni uganiali się za nią jak za suką w rui. Uwielbiali ją, bo gadała jak facet, piła jak facet i pieprzyła się jak facet. Tak naprawdę Julka była facetem, tylko podczas aktu tworzenia Matce Naturze coś się pochrzaniło i zamiast kompletnego „zestawu”, dała jej tylko jaja. A te miała jak arbuzy i nikt w całej komendzie nie podawał w wątpliwość tego niezaprzeczalnego faktu, z komendantem włącznie.

Dziś jednak zachowywała się dziwnie. Igor potrafił ją wyczuć, bo znali się jak łyse konie. I rozumieli bez słów.

Zgasiła papierosa i z kubkiem kawy zbliżyła się do przyjaciela. Przysiadła obok i sięgnęła po kolejną fajkę. To już był bardzo zły sygnał. Otworzyła laptop.

– O tym, co ci teraz powiem i pokażę, na razie wiemy tylko ja i Leśny. To on ma dziś dyżur.

– Ten Leśny?

– Tak, ten, dlatego zadzwonił do mnie, a nie do ciebie.

Ryszard Leśny był aroganckim typem, a takich Brudny bardzo nie lubił. Dwa lata temu złamał mu palec wskazujący, którym ponoć Julce dogadzał, przynajmniej tak się chwalił w szatni kolegom. Ona nie robiła z tego afery, bo seks traktowała instrumentalnie, ale Igorowi to się nie spodobało. Leśny tego nie zgłosił, bo na kolegów się nie kabluje, odpuścił, bo z Brudnym lepiej było nie zadzierać, a poza tym gnojek był zwykłą pizdą. Od tamtej pory unikali się, czyli wszystko pozostawało w normie, bo Igor w zasadzie unikał większości kolegów z pracy.

– O co chodzi z tym morderstwem?

– Sama chciałabym wiedzieć.

Zaciągnęła się, drugą ręką operowała zintegrowaną z laptopem myszką. Po chwili na ekranie pojawiło się zdjęcie. Brudny widział tysiące podobnych, więc od razu zorientował się, że to fragment nagrania z kamery miejskiej.

Na zdjęciu można było dostrzec mężczyznę klęczącego przy ścianie jakiejś kamienicy. Miał na sobie ciemną kurtkę, a na głowie kaptur.

– Kto to? – spytał.

– Miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.

Zawadzka wyświetliła kolejne fotki. Na każdej z nich był uchwycony ten sam mężczyzna w różnych pozycjach. Wyglądało, jakby nad czymś pracował, jego oblicze wciąż skrywał sporych rozmiarów kaptur. W końcu na jednym ze zdjęć dało się dostrzec fragment jego twarzy, na kolejnym stała się już w pełni widoczna, choć wciąż dość mocno zamazana. Julia nie przestawała klikać. Jeszcze jedno. I następne. Igor poczuł na plecach nieprzyjemny dreszcz. Wyostrzenie, zbliżenie. Kurwa!

– Co to ma znaczyć, do jasnej cholery? – rzucił wyraźnie zaskoczony.

– No właśnie, miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.

– Skąd jest ten materiał?

– Z kamer miejskiego monitoringu w Zielonej Górze.

– Julka, to nie jest śmieszne…

Posłała mu spojrzenie, po którym powinien paść trupem.

– Dobra, o co tu chodzi? Kim jest ten facet na zdjęciu i dlaczego jego gęba wygląda jak moja?

– Ten facet to według lokalnej policji niejaki Filip Trochan, lekarz i założyciel prywatnej kliniki w Zielonej Górze. Żonaty, pięcioletnia córka, ogólnie człowiek lubiany i szanowany. Gdyby nie to, że jest podejrzany o morderstwo.

– Filip Trochan…?

Brudny się zasępił. Zdjęcie zostało zrobione w nocy, dodatkowo nie należało do najdokładniejszych, ale policyjni technicy zrobili swoje i doprowadzili je do stanu, że można było dostrzec uderzające podobieństwo. To mógł być zwykły zbieg okoliczności, ostatecznie każdy ma gdzieś swojego sobowtóra, ale Brudny dawno temu przestał wierzyć w zbiegi okoliczności.

– Dla jasności. Facet ze zdjęcia nie tylko zabił ofiarę, ale też wyciął jej większość organów i obwiesił nimi te… – Julia przez moment szukała w pamięci konkretnej nazwy – …bachusiki. To takie figurki poro…

– Wiem, czym są bachusiki – uciął Brudny.

– No właśnie, Igor. Ty pochodzisz chyba z tamtych okolic, co nie?

Komisarz poczuł złość. Nie na nią, ale na siebie. To właśnie Julce zdradził kiedyś, że jest sierotą, że nigdy nie poznał swoich rodziców i wychował się w domu dziecka pod Zieloną Górą. Właśnie dlatego nikogo nie powinna obchodzić przeszłość innych. Zignorował ostatnie pytanie.

– No dobra. Jest facet, który kogoś zabił. Okej, podobny do mnie, nawet mieszka w okolicach, skąd pochodzę. I co z tego, Julka? Co z tego?

– Nie powiedziałam, ile ma lat…

Brudny przygryzł dolną wargę i pokiwał głową na znak, że wie, do czego dąży.

– Niech zgadnę. Trzydzieści osiem.

– Bingo. A urodziny obchodzi dzień po twoich.

Ten argument był naprawdę mocny. Brudny przez moment patrzył w nieokreślonym kierunku. Zawadzka dała mu chwilę, aby to sobie poukładał. Nie potrzebował dużo czasu.

– To może być zwykły zbieg okoliczności. A już na pewno żaden dowód. Zresztą dzień urodzin się nie zgadza, mam rację?

– Gdybym cię nie znała, to może bym ci uwierzyła. Nie wierzysz w przypadki tak samo jak ja. Zresztą popatrz na to.

Zawadzka wpisała w wyszukiwarkę dane Trochana. W ułamku sekundy wyskoczyło kilkadziesiąt artykułów o doktorze i jego klinice oraz cała masa zdjęć, głównie z sympozjów i konferencji branżowych. Tym razem ich jakość nie pozostawiała złudzeń. Podobieństwo nie tylko było uderzające, Brudny i Trochan wyglądali jak dwie krople wody.

Igor szpetnie zaklął pod nosem. Gdy uznał, że ujrzał już wystarczająco dużo, odchylił się i wziął głęboki oddech.

– Czyli co, chcesz mi wmówić, że mam bliźniaka-rozpruwacza? – zapytał z wyraźnym poirytowaniem w głosie.

– Niczego nie chcę ci wmawiać, ale nawet jeśli to tylko przypadek, to przygotuj się, że od rana ta facjata będzie fruwać po każdym kanale, w każdych wiadomościach i będzie prezentowana w każdej możliwej odsłonie. Rozdzwonią się telefony, ludzie zaczną widzieć w tobie poszukiwanego mordercę, a stary od razu wyśle cię na przymusowy urlopik. W końcu…

– Czekaj, czekaj, co ty chcesz przez to powiedzieć? Przecież mają już podejrzanego i…

– Mają podejrzanego, ale nie mają człowieka. Facet zniknął w środę wieczorem i od tamtej pory, pomijając te nagrania z miejskiego monitoringu, nikt go nie widział.

– Jest już oficjalnie poszukiwany?

– Od czwartku figurował jako zaginiony pierwszej kategorii. Zaginięcie zgłosiła jego żona jakoś po godzinie jedenastej. Teraz, a dokładnie od jakichś trzech godzin i szesnastu minut, jest poszukiwany, ale jako podejrzany o morderstwo. Te materiały wpłynęły na komendę tuż po północy. Od jutra Trochan stanie się wrogiem publicznym numer jeden. A więc, w pewnym sensie, ty też…

– Kurwa mać!

– Sorry, Igor. Nie chciałam zostać posłańcem złych wieści.

Brudny wstał i wyciągnął z kurtki paczkę papierosów. Była lekko przemoczona i pomięta. Wydłubał ostatnią fajkę i wyrzucił opakowanie do kosza. Zapalił i przez moment wpatrywał się w nieokreślony punkt za oknem. Po szybie wciąż spływały strużki wody, a w oddali migotały światła nocy. Wypił dwa duże łyki kawy.

– Jasna cholera. Ten facet naprawdę wygląda jak ja… – mruknął i z powrotem przysiadł na sofie.

Rzucił przyjaciółce wymowne spojrzenie i ponownie skupił się na zdjęciach doktora Trochana. Klikał kolejne, na których doktor odbierał kwiaty od jakiejś gustownie ubranej kobiety, przemawiał do zgromadzonych w Londynie, pozował z jakimś certyfikatem w towarzystwie starszego mężczyzny o arabskich rysach. Trochan miał ten sam profil, te same rysy, identyczne oczy, nos, uszy, różniła ich jedynie fryzura, bo w przeciwieństwie do Brudnego doktor po prostu ją miał. Zwykle z przedziałkiem, włosy nienagannie ułożone na bok z lekko sterczącą grzywką. Igor pomyślał, że nawet by mu pasowała, ale zaraz skarcił się, że odbiega myślami od tematu.

– Mówiłaś, że gość ma trzydzieści osiem lat i jest z dziesiątego czerwca. Załóżmy zatem, czysto hipotetycznie, że rzeczywiście jest moim bratem bliźniakiem. Dlaczego więc ma wpisane w papierach dziesiąty, a ja dziewiąty czerwca?

– A skąd mam wiedzieć? Może jakaś głupia urzędniczka machnęła się i tyle. Takie rzeczy się zdarzają.

– No tak, takie rzeczy się zdarzają…

Brudny przeciągnął dłońmi po głowie. Nie musiał obawiać się, że zepsuje sobie fryzurę, bo włosy nosił przycięte bardzo krótko.

– Nie uciekniesz od tego, Igor…

– Wiem.

– Stary jest w porządku, ale w tym wypadku będzie miał związane ręce. Wątpię, aby cię krył.

– No co ty, Julka. Nie ma co się łudzić, to zbyt gruba sprawa. Beryl poinformuje komendę w Zielonej Górze, gdy tylko się dowie. No, przy odrobinie szczęścia, może najpierw pogada ze mną.

– Będą chcieli cię przesłuchać.

– To na pewno.

– W takim razie co chcesz zrobić?

– W tej chwili nic. Muszę to sobie poukładać. Prześlij mi te materiały na prywatną skrzynkę, okej?

– Jasne. Jak chcesz, to możesz tu zostać…

– Dzięki, ale nie. Wracam do siebie.

– Jak wolisz.

Brudny klepnął się w uda i podniósł z sofy. Zawadzka pozostała na miejscu z kubkiem w jednej i papierosem w drugiej dłoni.

– Dzwoń jakby co…

– Pewnie, dzięki, Julka.

– Drobiazg, wiesz, że zawsze…

– Tak, wiem. Jeszcze raz dzięki. Na razie, Julka.

– Cześć.

Komisarz opuścił mieszkanie. Miał mętlik w głowie. Zawsze robił wszystko, aby zapomnieć o przeszłości. Nigdy jej nie drążył, wolał pozostawić ją w spokoju. Jednak gdy wyszedł z budynku, a zacinający deszcz zaczął siec go po nieogolonej twarzy, zdał sobie sprawę, że przeszłość właśnie się o niego upomniała.

Rozdział 3

– A więc czym dysponujemy w tej chwili? – spytał Romuald Czarnecki.

Romuald Czarnecki w policji pracował blisko trzydzieści lat. Służył w stopniu inspektora w wydziale dochodzeniowo-śledczym Komendy Wojewódzkiej w Gorzowie i z racji absolutnie wyjątkowych zdolności intelektualnych zajmował się najtrudniejszymi i najbardziej skomplikowanymi sprawami. Miał na koncie wiele sukcesów i kilkudziesięciu bandytów wsadzonych za kratki, w tym paru wyjątkowych zwyrodnialców. Był też człowiekiem o spokojnym usposobieniu, opanowanym, zrównoważonym, niecierpiącym arogancji i chamstwa. Nie pasował do klasycznego wzorca samotnego, zgorzkniałego gliny, który wieczorami upija się do lustra, a dzień później biega na kacu po mieście z pistoletem i łapie gangsterów. Bardziej przypominał relikt przeszłości, człowieka o sznycie dystyngowanego wiktoriańskiego komisarza z powieści Agathy Christie, który rozwiązuje zagadki dzięki bystremu umysłowi i umiejętnemu łączeniu zebranych dowodów i poszlak w jeden logiczny związek przyczynowo-skutkowy. Można go było lubić albo nie, ale z pewnością trudno byłoby znaleźć w komendzie policjanta, który by go nie szanował.

– Na razie mamy niewiele – rzekł Grzegorz Zimny, podinspektor z Wydziału Kryminalnego. – Do tej pory tylko kilka narządów wewnętrznych niezidentyfikowanej ofiary oraz filmy z kamer miejskiego monitoringu, na których widać podejrzanego. Tak naprawdę nawet nie wiemy, czy możemy tu mówić o zabójstwie.

– Da się namierzyć jego trasę?

– W centrum miasta bez problemu, później trudno powiedzieć. Już wysłałem ludzi, aby pozbierali materiały z kamer sklepowych. Ale to z pewnością trochę potrwa.

– To kluczowy temat. Jeśli będzie trzeba, weź więcej ludzi. Musimy odtworzyć trasę, jaką się poruszał. Anka? – Wzrok Czarneckiego skierował się na ekspertkę kryminalistyki Annę Borucką.

Anna Borucka była filigranową szatynką o włosach do ramion i ładnym uśmiechu. Z racji wykonywanego zawodu zwykle występowała w fartuchu i lateksowych rękawiczkach, ale dziś miała na sobie dżinsy i sportową bluzę.

– Moi ludzie wciąż pracują, lecz potrzebujemy czasu. Z samych bachusików zdjęliśmy około siedemdziesięciu różnych odcisków palców. Jeden należy do osoby notowanej, niejakiego Arkadiusza Stefanowicza. Odsiedział krótki wyrok za przemyt, ale od około dziesięciu lat jest czysty.

– Facet mieszka w Słubicach. Już wysłałem do niego dwóch ludzi – wtrącił się Zimny i na znak przeprosin uniósł dłoń.

– Mamy też kilka innych drobnych rzeczy, ale laboratorium potrzebuje czasu – dodała nieco poirytowana zaistniałą sytuacją.

– Wiadomo coś więcej o podejrzanym? – Kolejne pytanie zostało skierowane do Zimnego.

– Nic, czego nie ustaliliśmy wcześniej. Facet zapadł się pod ziemię. Nie kontaktował się z rodziną ani przyjaciółmi. Jego telefon milczy, ostatni raz zalogowany na terenie swojej kliniki. Potem cisza.

– A samochód?

– Nie mamy go. Ostatnią osobą, która miała z nim kontakt, jest sprzątaczka w jego firmie, niejaka Barbara Grocholska. Rozmawiała z nim krótko przed dwudziestą pierwszą. Według jej relacji Trochan zachowywał się normalnie, w planach miał powrót do domu, jego samochód miał czekać na niego w podziemnym garażu. Zamienili kilka zdań… – Zimny wskazał na teczkę z zeznaniami – …i pożegnali się. Zanim wyszedł z gabinetu, poprawiła mu krawat, i to był ich ostatni kontakt.

– Drogówka ma już dane pojazdu?

– Oczywiście.

– Czy ktoś rozmawiał z żoną podejrzanego?

– Od czasu gdy media opublikowały to nagranie, jeszcze nie. Podobno jest w szoku. Nie chce rozmawiać z policją. Odrzuciła nawet pomoc psychologa, choć sama para się tym zawodem.

– To zrozumiałe. Wini nas za tę sytuację. Trzy dni temu zgłosiła zaginięcie męża i liczyła na pomoc, a my w odpowiedzi mamy zamiar oskarżyć Trochana o brutalne morderstwo. Dajmy jej jeszcze dwadzieścia cztery godziny. Potem pojadę porozmawiać z nią osobiście.

Czarnecki omiótł spojrzeniem twarze swoich współpracowników. W gabinecie, oprócz ekspert kryminalistyki Anny Boruckiej i podinspektora Grzegorza Zimnego, znajdowali się jeszcze: prokurator Krzysztof Lis, psycholog policyjny Elżbieta Pałka, protokolant Janusz Kosiński oraz dwóch niższych stopniem policjantów – starszy sierżant Łukasz Warszawski oraz młodszy aspirant Jakub Wicha. Wzrok prowadzącego padł na prokuratora.

– Jakie macie najbliższe plany, Krzysztof?

Krzysztof Lis był wysokim mężczyzną o krótko przystrzyżonych blond włosach z przedziałkiem nad lewą skronią. Miał czterdzieści trzy lata, zwykle ubierał się w garnitury i prezentował nie gorzej niż nadziany nowojorski makler. Nie był jednak zbyt lubiany, zwłaszcza Borucka unikała z nim kontaktu, choć uczciwie musiała przyznać, że jest bardzo dobrym i skutecznym prokuratorem. Drażniły ją natomiast jego władczość i despotyzm, którymi kierował się przy prowadzeniu kolejnych spraw. Tym bardziej cieszyła się, że akurat przy tej oficerem prowadzącym będzie Czarnecki, który jako jedyny potrafił powściągnąć Lisa i sprowadzić go do parteru, nawet pomimo faktu, że w zasadzie prokurator był jego przełożonym.

– Na razie nie będę nikomu stawiał zarzutów. Teoretycznie mógłbym, ale ta sprawa mi wyjątkowo śmierdzi.

– Dlaczego? Przecież mamy nagranie, jak facet robi bachusikowi szalik z jelita ofiary…

– Wiem, Romek, że podjudzasz. Po pierwsze na razie nie mamy ofiary, a po drugie nie wydaje wam się trochę dziwne zachowanie faceta z nagrania? Niby przez cały czas krył twarz w kapturze, aby nagle, zaraz po skończonej robocie, podnieść głowę i spojrzeć w kamerę? Dla mnie to bez sensu i cuchnie na kilometr.

Zebrani pokiwali głowami na znak, że zgadzają się z prokuratorem. Wszyscy z niejednego pieca chleb jedli i doskonale wiedzieli, że czasem najbardziej oczywiste sprawy mają drugie, trzecie dno, a czasem i czwarte. Nie tak dawno w podobnym gronie zajmowali się sprawą zaginięcia mężczyzny w jednej z podzielonogórskich wsi. Przejęli ją w momencie, gdy zaczęto podejrzewać, że za zniknięciem faceta może stać jego żona. Ślady i zeznania świadków nie pozostawiły złudzeń, że mąż od lat pił i strasznie ją katował. Kobieta miała więc motyw, ale brakowało ciała. Należała jednak do prostych i mało bystrych, a do tego chyba dręczyło ją sumienie, w związku z czym długo nie lawirowała i szybko przyznała się do winy. Zdradziła miejsce ukrycia zwłok, które szczelnie zamurowała pod podłogą, a podczas wizji lokalnej pokazała, jak zamordowała męża, wbijając mu nóż kuchenny w klatkę piersiową. Sprawa wydawała się oczywista, ale Czarneckiemu nie zgadzał się pewien drobny szczegół. Kobieta upierała się, że dźgnęła męża kilkadziesiąt razy i rzeczywiście tak było. Podczas przesłuchania dziwiła się tylko, że z ran wypływało tak mało krwi, bo więcej „to z kuraków tryskało niż tego zimnego sukinsyna”. Czarnecki zawsze ufał swojej intuicji i jak się okazało, znów miał nosa. Zlecił patomorfologowi wykonanie bardzo dokładnej sekcji, która wykazała, że ofiara umarła nie od ciosów nożem, ale od zachłyśnięcia się własnymi wymiocinami. Okazało się, że żona, nieświadoma tego, że mąż już nie żyje od dobrych kilku godzin, zdecydowała się go zakłuć, myśląc, że w stanie tak silnego upojenia alkoholowego, nie będzie w stanie się bronić. I rzeczywiście, nie bronił się. Dźgała tak długo, bo według niej wciąż było za mało krwi, która od kilku godzin nie krążyła już w żyłach, gdyż spłynęła w partie ciała, na których mąż leżał, w tym wypadku pleców. Kobiecina miała szczęście, bo zamiast długiej odsiadki została skazana na pięć lat w zawieszeniu.

Sprawa „Filipa Rozpruwacza” na pierwszy rzut oka też wyglądała na oczywistą. Tak podejrzanego okrzyknęły media już kilka godzin po odnalezieniu wyciętych narządów. Czarnecki nie lubił tych wszystkich porównań, ale przez lata pracy przyzwyczaił się i zwykł je tolerować. W tym wypadku musiał jednak przyznać, że analogia ze słynnym „Kubą Rozpruwaczem” była wyraźna, bądź co bądź najsłynniejszy morderca świata też wycinał ofiarom poszczególne narządy, choć w przeciwieństwie do zabójcy z Zielonej Góry, zachowywał je dla siebie, a na widok publiczny wystawiał okaleczone ciała. Pojawiały się też inne porównania. „Wampir z Zielonej”, „Bachusikowy Rzeźnik” czy „Krwawy Doktor”. Kwestią czasu było, która z wersji przyjmie się w złaknionym krwawych wiadomości społeczeństwie, ponieważ temat od pierwszego dnia stał się najgorętszym lokalnym newsem, z każdą kolejną godziną pączkującym następnymi doniesieniami, głównie domysłami domorosłych dziennikarzy, którzy w CV uwielbiali dopisywać sobie „śledczy”.

– To rzeczywiście nie pasuje do profilu podejrzanego, który wygląda na zorganizowanego i skrupulatnego człowieka – skomentował Czarnecki. – Ale wróćmy do potencjalnej ofiary. Jak badania DNA?

– Komplet wyników powinien być znany za jakieś… – Anna zerknęła na zegarek – …czterdzieści godzin.

– Do tego czasu musimy przeszukać wszystkie archiwa dotyczące osób zaginionych z ostatnich trzech miesięcy w promieniu stu kilometrów. Potem możemy rozszerzyć poszukiwania na kolejne województwa. Skontaktujcie się też z niemieckimi kolegami z Guben i Frankfurtu.

Dwóch niższych stopniem policjantów coś zapisało w notatnikach. To na nich spoczywało wykonywanie szeregu czynności o charakterze operacyjnym, od rozpuszczenia wici wśród swoich źródeł informacji po przesłuchania dziesiątek albo i setek świadków bądź ludzi mogących mieć choćby cokolwiek wspólnego ze sprawą.

– Przejdźmy do profilu przestępcy i tych bachusików. Ela, czy twoim zdaniem wybór akurat tych dwóch może mieć kluczowe znaczenie?

Elżbieta Pałka miała renomę wybitnej profesjonalistki, która jako jedna z kilku osób w Polsce z czystym sumieniem mogła mówić o sobie jako o profilerce z prawdziwego zdarzenia, a jej stanowisko specjalisty do spraw identyfikacji psychologicznej należało do najbardziej elitarnych wśród psychologów policyjnych. Na wyraźne polecenie Czarneckiego została ściągnięta z Gdańska w trybie natychmiastowym, bo w przypadku tak niejednoznacznych zabójstw jej obecność była na wagę złota.

– Potencjalny zabójca… – Czarnecki uniósł rękę i chciał coś powiedzieć, ale Pałka od razu skontrowała: – Tak, wiem, ale od razu chcę zaznaczyć, że będę operować takim terminem także w przypadku ofiary, bo póki nie znajdziemy ciała, nie możemy stwierdzić, czy mamy do czynienia z zabójcą, czy też ofiarą. Nie chcę jednak mieszać i bawić się tu w terminologiczne gierki.

Grupa przyjęła jej tłumaczenie z pełną wyrozumiałością, zwłaszcza że nikt z zebranych nie wątpił, że mają do czynienia z wyrafinowanym mordem.

– Zatem potencjalny zabójca wybrał dwie figurki tak zwanych bachusików. To Brukus i MZKus. Oba znajdują się w ścisłym centrum miasta. Pierwszy obok kamienicy przy ulicy Stefana Żeromskiego przedstawia bożka z młotkiem w dłoni, układającego kostkę brukową, drugi przy ratuszu – że posłużę się potocznym terminem – ujeżdża autobus. Nie są zbytnio od siebie oddalone, ale myślę, że zabójca wybrał je z konkretnego powodu. Na pewno wśród zaginionych możemy szukać kierowców i słabo wykwalifikowanych pracowników związanych z branżą budowlaną. Oczywiście to bardzo pobieżny wniosek, ale taki, który mogę sformułować już teraz. Co do reszty, to wybaczcie, ale nie zdążyłam zapoznać się z całym materiałem, bo przyjechałam do miasta dopiero dziś w nocy. Na żywo nie widziałam nawet tych figurek. Myślę, że więcej będę mogła powiedzieć wieczorem.

– To już coś. Szukamy zaginionych kierowców i budowlańców oraz ludzi z tych branż w otoczeniu podejrzanego. Coś o profilu potencjalnego zabójcy?

– Na razie nic konkretnego. Muszę porozmawiać z kilkoma osobami z towarzystwa podejrzanego: żoną, rodzicami, współpracownikami, przyjaciółmi. Fakt, że organy były wycięte przez profesjonalistę, mógłby wskazywać na winę Trochana, ale to byłby zbyt pochopny wniosek. I zbyt banalny. Zresztą z tego, co zdążyłam wyczytać na jego temat, to takie działania kompletnie nie pasują do jego pobieżnie sporządzonego profilu. Mogę się mylić, ale moim zdaniem to nie ten facet i nawet jeśli powykładał te narządy przy tych figurkach, to prędzej ktoś go do tego zmusił. Ale, powtarzam, to tylko wersja na mój własny użytek, sporządzona z bardzo skąpych informacji.

– Co zatem sugerujesz?

– Na razie nic. Proszę dać mi czas do jutrzejszej narady. Na pewno zdołam powiedzieć więcej.

– Kwestia wybrania konkretnych narządów i rozłożenia ich przy figurkach?

– MZKus był owinięty jelitami, cienkim i grubym, obok leżały nerka, śledziona i żołądek. Brukus „dostał” język, przełyk, wątrobę i serce. Na razie nie widzę sensownego wytłumaczenia akurat takiego umiejscowienia tych narządów.

Czarnecki pokiwał głową w pełnym zrozumieniu. Znów spojrzał na Borucką, ale nie zdążył zadać kolejnego pytania, gdy rozległo się pukanie. Chwilę później drzwi otwarły się, a do gabinetu wszedł drugi zastępca Komendanta Miejskiego Policji w Zielonej Górze, nadkomisarz Marcin Czaputowicz. Był niewysokim, przysadzistym mężczyzną w okularach i sprawiał wrażenie człowieka o raczej niezbyt wysokim ilorazie inteligencji.

– Prosiłem, aby nie przeszkadzać w czasie spotkań grupy dochodzeniowo-śledczej – rzekł ze stoickim spokojem Czarnecki. – Takie wtargnięcia nie tylko…

– Przepraszam inspektorze, ale mam informację, która na pewno inspektora zainteresuje.

– Związaną ze sprawą?

– Oczywiście.

– W takim razie proszę mówić.

– Ktoś chciałby się z inspektorem spotkać.

– Możecie mówić jaśniej, nadkomisarzu?

– Ta osoba stoi na korytarzu. Może lepiej by było, gdyby sama…

– Dobrze, proszę ją wprowadzić.

Nadkomisarz Czaputowicz obrócił się na pięcie i opuścił pomieszczenie. Nie zamknął za sobą drzwi, w których kilka sekund później pojawił się postawny mężczyzna w wymiętym płaszczu.

– Dzień dobry państwu – przywitał się, ale w odpowiedzi ujrzał, jak połowie z obecnych oczy wyszły z orbit, a drugiej szczęki opadły do podłogi. – Komisarz Igor Brudny. Miło państwa poznać.

* * *

Brudny nie należał do ludzi, którzy robią różne rzeczy na pokaz, ale wyraz twarzy członków grupy operacyjnej był bezcenny. Przez kilka najbliższych sekund, które zdawały się trwać całe wieki, wszyscy wpatrywali się w niego jak w ducha. Dopiero prowadzący wyciągnął do niego rękę i przedstawił się jako inspektor Romuald Czarnecki.

– Nam również miło pana poznać, komisarzu Brudny – przywitał się. – Mam nadzieję, że jest pan tak samo skuteczny w działaniu, jak w robieniu show.

Czarnecki starał się zachować stoicki spokój, choć w środku szalała burza sprzecznych emocji. Był wściekły, że nikt go wcześniej nie poinformował o tak drobnym szczególe jak fakt, że główny podejrzany ma brata bliźniaka, który dodatkowo jest komisarzem stołecznej policji. Z drugiej strony w postaci Brudnego miał szansę znaleźć silnego sojusznika. Jeśli oczywiście komisarz będzie chciał współpracować.

– Na dziś to koniec. Pomimo tego niespodziewanego najścia nie zmieniamy planów – powiedział bardziej stanowczym tonem. – Wszyscy wiedzą, co mają robić. Panie i panowie, bierzcie się do roboty.

Członkowie zespołu pozabierali swoje rzeczy i opuścili gabinet przydzielony Czarneckiemu. Inspektor zluzował także zastępcę komendanta.

– Proszę usiąść – zaproponował Brudnemu, gdy w końcu zostali sami.

– Nie chciałem przeszkadzać wam w robocie.

– Cóż… powiedzmy, że ją pan dodatkowo skomplikował.

– Cóż… powiedzmy, że ta sprawa skomplikowała mi życie.

Brudny usiadł naprzeciwko Czarneckiego. Zmierzyli się spojrzeniami niczym bokserzy tuż przed pierwszym gongiem.

– No dobrze, komisarzu Brudny. Albo obieca mi pan szczerą rozmowę, albo może pan odejść i nie wracać do momentu, aż po pana poślę swoich ludzi.

– Dlaczego pan sugeruje, że mogę być nieszczery?

– Pan żartuje, komisarzu?

– Nie, panie inspektorze.

– Przynajmniej jest pan konkretny, a tę cechę sobie cenię. Nie sugeruję, że ma pan zamiar kłamać, ale w związku z zaistniałą sytuacją wolę się upewnić, czy za godzinę albo dwie nie spotka mnie kolejna niespodzianka. Chyba pan dostrzega, w jakiej sytuacji postawił mnie pan przed moimi ludźmi…?

– Nie mam zamiaru kłamać.

– To dobrze.

– Ale z niespodziankami niczego nie gwarantuję…

– Coś konkretnego ma pan na myśli?

– Mogę zapalić?

– Zwykle nie pozwalam palić moim ludziom we własnym gabinecie, ale ta sytuacja jest wyjątkowa. Nie mam tylko popielniczki, ale… – Czarnecki sięgnął po kubek z resztką kawy i podsunął go rozmówcy – …prokurator Lis zawsze zapomina zabrać swoje śmieci. Przyzwyczaiłem się do tego.

– Dziękuję. – Brudny przypalił papierosa. – Proszę pytać, choć może się pan rozczarować.

– Zobaczymy.

– Jestem do pana dyspozycji.

Czarnecki rzucił Brudnemu wyzywające spojrzenie. Trochę surowe, nieco ojcowskie, sygnalizujące, kto tu rządzi. Igor znał wszystkie sztuczki doświadczonych gliniarzy, ale inspektor zrobił na nim spore wrażenie. Z pewnością przesłuchał tysiące osób i znał się na robocie.

– Nie odpowiedział pan na poprzednie pytanie. Dlaczego mi pan nie gwarantuje, że nie spotkają mnie kolejne niespodzianki?

– Myślę, że pan wie, inspektorze.

– Wolę to usłyszeć od pana, komisarzu. Poza tym prosiłbym odpowiadać na pytania. Konkretnie.

– Dobrze zatem. Wyartykułuję to tak jasno, jak potrafię. – Brudny zaciągnął się papierosem. – Facet na filmie wygląda identycznie jak ja i jest to dla mnie równie wielkie zaskoczenie jak dla pana i wszystkich pana ludzi. Nigdy wcześniej go nie widziałem i nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. A teraz ten doktorek wlazł ze swoimi brudnymi buciorami w moje życie i sprawił, że właśnie z panem rozmawiam, choć mógłbym dalej posuwać moją piękną dziewczynę i pić zimne piwo w moim tanim mieszkaniu na Saskiej Kępie. W tej chwili nie wiem nic więcej, ale mam zamiar się dowiedzieć. I nie wyjadę stąd, póki nie zrozumiem, o co tu, kurwa jego mać, chodzi.

Czarnecki wysłuchał rozmówcy, ale pomimo pewnej dozy ekspresji, która pojawiła się w jego wypowiedzi, zachował stoicki spokój. Nie drgnął mu nawet jeden mięsień na nieco już pokreślonej zmarszczkami twarzy, wciąż nie odrywał spojrzenia od oczu Brudnego.

– Rozumiem, to sporo wyjaśnia – odparł po dłuższej chwili. – Ale oczywiście zdaje pan sobie sprawę, że nie mogę pana włączyć do mojego zespołu…

– Co nie znaczy, że nie może mnie pan informować.

– To zależy od pana, komisarzu.

– Nie będę wchodził panu w drogę, inspektorze, ale ten facet najpewniej jest moim bratem bliźniakiem. Rozumie pan, że będę krążył obok tej sprawy…

– Jeśli zachowa pan dystans, to może się dogadamy.

– Proszę dać mi jedynie podstawowy dostęp. Chciałbym zobaczyć te bachusiki, porozmawiać z rodziną…

– Wolałbym, aby pan się nie kręcił po mieście. Wie pan, co się stanie, gdy media się o panu dowiedzą?

– I tak się dowiedzą. To tylko kwestia czasu.

– Akurat tu ma pan rację, komisarzu. Postaram się, aby ta informacja wyszła od nas, żeby była kontrolowana. Ale jeśli chce pan, aby nasza współpraca nie wysypała się na pierwszym wirażu, to sugeruję na bieżąco mnie informować. I w żadnym wypadku nie może pan rozmawiać z mediami.

– Media to nie moja bajka, może pan spać spokojnie. Jak z tym dostępem, inspektorze?

Czarnecki wziął głęboki oddech, złączył palce obu dłoni i trwał tak przez chwilę.

– Wiem, że i tak pana nie powstrzymam, a zamknąć na dłużej niż czterdzieści osiem godzin nie mogę. Ma pan zbyt silną motywację, a do tego niezbywalne prawo do tego, aby odkryć prawdę o swojej rodzinie. Dlatego przychylę się do pana prośby i dam panu podstawowy dostęp, ale proszę nie nękać moich ludzi za moimi plecami i informować mnie, jeśli znajdzie pan cokolwiek, co mogłoby się przydać w śledztwie. Co drugi dzień może pan przyjść po spotkaniu mojego zespołu, aby dowiedzieć się więcej. Na ten temat rozmawia pan tylko ze mną. Oczywiście może pan liczyć tylko na tyle, ile uznam, że jestem w stanie panu zdradzić. Zaufanie wymaga czasu. Zgadza się pan na te warunki?

– Jest pan rozsądnym człowiekiem, inspektorze. Zgadzam się.

Obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Brudny pomyślał, że trafił na odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu. Lubił takich ludzi i bardzo cenił, nawet jeśli w większości kwestii prywatnych różnili się diametralnie. Brudny cenił profesjonalistów i z tego, co mógł wywnioskować po tej krótkiej rozmowie, Czarnecki również. Ta kooperacja wcale nie musiała być taka zła.

– Jeśli mamy współpracować, jako starszy stopniem i wiekiem sugeruję, abyśmy zrezygnowali z komisarzowania i inspektorowania. Nazywam się Romuald Czarnecki.

– A ja Igor Brudny. Komisarz Igor Brudny.

Ta odpowiedź najwyraźniej po raz pierwszy zbiła z tropu dotąd pewnego siebie inspektora. Dla Brudnego ta propozycja wykraczała poza ustalone ramy, burzyła postawiony mur i sprawiała, że czuł się osaczany już na starcie. Czarnecki tego nie wiedział, ale odmowę przyjął ze zrozumieniem.

– Dobrze komisarzu Brudny. Zanim pan wyjdzie…

– Tak?

– Nie będzie miał pan nic przeciwko, aby technicy pobrali od pana odciski palców i próbki DNA?

– Teraz?

– Tak. Teraz.

– Dobrze. Tylko proszę dać znać, jak przyjdą wyniki.

– Może pan spać spokojnie… komisarzu Brudny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

List św. Jakuba, Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum. [wróć]