Pieśń ślepców - Carlos Fuentes - ebook

Pieśń ślepców ebook

Carlos Fuentes

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 222

Rok wydania: 1973

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Carlos Fuentes Pieśń ślepców

Carlos Fuentes (ur. w 1928 w Meksyku) należy do tych pisarzy, którym literatura Ameryki Łacińskiej zawdzięcza swój dzisiejszy rozgłos i rangę artystyczną w świecie. Studiował medycynę i pracował przez pewien czas w służbie dyplomatycznej, zanim poświęcił się wyłącznie pisarstwu. Powieściopisarz, nowelista i krytyk-eseista, Fuentes znany jest w Polsce jako autor powieści „Śmierć Artemia Cruz" (,,Nike", 1969) i „Kraina najczystszego powietrza" (1972).

Opowiadania objęte wspólnym ty-tuiem „Pieśń ślepców" wyobrażają, według własnego określenia autora, wędrówkę ludzką poprzez ziemię złudzeń i miraży, uciekających przed siłą pragnienia człowieka.

Każde z opowiadań zadedykowane jest jednemu spośród najgłośniejszych pisarzy latynoamerykańskich, nawiązując w pewien sposób do jego twórczości, zarowno w formie, jak treści.

pi I. a™

a ?T) w ó. rn o i-l 2 fD

o f p

?r N -• 3

P ro % 03

O Wh QU #—•

*3 3 >—' *-* O

- 2. tu

» 7?

(A VJ

W SJ S»

ca W

P

_,. o

-o3 £

O CD

3 o P ą W O o

w§sg. I

3 2.ą 3 * " 3.3

Jtf 3

n <! . fD &*§ >*•

y »~S C/3 «-+■ ^

o ^ O S-<g ^ 3 M

0>JW

co

co

ŁSgoa

rr t/i c o

SJ o

W O N Hej

p»r

fD

X' B

KH CC i—» rN t-* C3 _,

- tr n

su 3 > • ® 53

*< ^ o

O-o w

U> t •

co a " n> hfl

<T> S*

" o i1

W*

N

t—' C/5

P W -o w »

•O i-I <

H*" •

'. PT — + ź O

• >D O o

<°S-

-O ^

w CU

N

~ 3.

Fuentes • Pieśń ślepców

Carlos Fuentes Pieśń ślepców

IV

— O. K.

7 Pleśń...

P.OBCA

Carlos Fuentes Pieśń ślepców

przełożyła Kalina

W o jciechowska

1973

Warszawa Czytelnik

Tytuł oryginału hiszpańskiego Cantar de ciegos

/ /

Opracowanie graficzne Andrzej Heidrich

r\ f

i

, \

D. R. (g) 1964 Editorial Joaąuin Mortiz, Guaymas 33—1, Mexico 7, D. F.

Nie nam dane to pozyskać, Od żałości wynędzniałym, Ślepym, słabym i zbolałym.

(Arcipreste de Hita, Księga Dobrej Miłości)

DWIE ELENY

Jose Luisowi Cuevas

— Nie wiem, skąd jej się biorą te pomysły. Nie była wychowana w ten sposób. Ty także nie, Wiktorze. Ale faktem jest, że małżeństwo ją zmieniło. Tak, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Myślałam, że mój mąż dostanie ataku. O tych jej poglądach nie można dyskutować, a już na pewno nie podczas obiadu. Moja córka bardzo dobrze wie, że jej ojciec musi jeść w spokoju. Inaczej od razu podnosi mu się ciśnienie. Tak mu powiedział lekarz. A ostatecznie ten lekarz wie, co mówi. Nie na próżno bierze dwieście pesos od wizyty. I proszę bardzo, pomów z Eleną. To, co ja mówię, nie robi na niej wrażenia. Powiedz, że znosimy cierpliwie wszystko. Pogodziliśmy się z tym, że zaniedbuje dom po to, żeby się uczyć francuskiego. I z tym, że chodzi na te dziwaczne filmy do jakiejś spelunki, pełnej tych chłopaków z długimi włosami. I nawet nam nie przeszkadzają te jej czerwone pończochy, jak u pajaca. Ale żeby podczas obiadu przekonywała ojca, że kobieta może żyć z dwoma mężczyznami, którzy się wzajemnie ,,uzupełniają"! Wiktorze, dla własnego dobra musisz wybić takie poglądy z głowy twojej żony.

Od czasu obejrzenia filmu „Jules i Jim" w klubie filmowym Elenę coś napadło i nabrała zwyczaju wszczynania bitwy w czasie niedzielnego obiadu — jedynego zebrania obowiązującego w rodzinie. Po wyjściu z kina wsiedliśmy do naszego MG i pojechaliśmy na kolację do „Coyote Flaco" w Coyoacan. Elena wyglądała jak zwykle bardzo pięknie, w czarnym swetrze, skórzanej spódnicy i tych pończochach, które tak się nie podobają jej mamie. Prócz tego zawiesiła sobie na szyi łańcuszek z wisiorkiem z nefrytu, który, jak twierdzi jeden z jej przyjaciół, przedstawia księcia Miksteków, Uno Muerte. Elena, zawsze taka wesoła i beztroska, tego wieczora wydawała się pełna napięcia: policzki miała czerwone i ledwie kiwnęła głową przyjaciołom, którzy zwykle zbierają się na pogawędkę w tej nieco staroświeckiej restauracji. Zapytałem jej, co chce zamówić, i nie odpowiedziała mi, zamiast tego ujęła moją rękę i spojrzała mi w oczy. Zamówiłem dwa pepitos.

Elena tymczasem potrząsała grzywą koloru bladoróżowego i głaskała się po szyi.

— Wiktor, mój nibelungu, pierwszy raz zrozumiałam, że mają rację mizoginiści, że my, kobiety, narodziłyśmy się, żeby nas nienawidzić. Nie będę dłużej udawać. Odkryłam, że mizoginia jest warunkiem miłości. Wiem, że się mylę, ale im większe będę miała wymagania, tym bardziej będziesz mnie nienawidził i próbował mnie zadowolić. Wiktor, nibelungu, musisz mi kupić strój dawnego marynarza, jak ten, w którym występuje Jeanne Moreau.

Powiedziałem jej, że z największą chęcią, byleby nadal oczekiwała wszystkiego ode mnie. Elena pogłaskała moją rękę i uśmiechnęła się.

— Wiem, że jeszcze się nie wyzwoliłeś, kochanie. Ale ufaj. Kiedy dasz mi już wszystko, czego mogę zażądać, sam zechcesz, żeby inny mężczyzna dzielił z nami życie. Ty sam zechcesz być Juliuszem. Ty sam poprosisz, żeby Jim zamieszkał z nami i dźwigał ciężar. Czyż nie tak powiedział tamten blondyn? Kochajmy się, kochajmy jedni drugich.

Pomyślałem, że Elena może mieć rację, jeśli chodzi o przyszłość. Po czterech latach małżeństwa wiedziałem, że przy niej wszystkie reguły moralności nauczonej w dzieciństwie muszą zniknąć w jakiś naturalny sposób. To zawsze w niej kochałem: jej naturalność. Nigdy nie przeczy jakiejś regule po to, żeby ją zastąpić inną, tylko po to, żeby otworzyć jakby pewien rodzaj drzwi, jak w książeczkach dla dzieci, gdzie każda ilustrowana stronica zapowiada jakiś ogród, jaskinię lub morze, do których wchodzi się przez otwór ukryty na stronicy poprzedniej.

— Nie chcą mieć dzieci wcześniej niż w sześć lat po ślubie — powiedziała mi któregoś wieczora, leżąc z głową na moich kolanach, w ciemnym salonie naszego domu, podczas. gdy słuchaliśmy płyt Cannonballa Adderley. A innym razem w tym samym domu w Coyoacan, który udekorowaliśmy polichromią i maskami kolonialnymi o hipnotycznych oczach: ,,Ty nigdy nie chodzisz na mszę i nikt na to nic nie mówi. Ja też nie będę chodzić i niech sobie gadają, co chcą". Albo na tym poddaszu, które nam służy za sypialnię i w jasne ranki widać stamtąd światło wulkanów: „Pójdę dzisiaj na kawę z Alejan-drem. To wielki malarz, ale onieśmielałaby go twoja obecność, a ja potrzebuję, żeby mi wytłumaczył niektóre rzeczy". Albo idąc za mną po deskach łączących nie dokończone mieszkania w domach, które buduję w Desier-to de los Leones: „Pojadę na dziesięć dni w podróż po kraju". Albo kiedy z pośpiechem pijemy kawę w „Tyrolu", po południu, podnosząc rękę, żeby pozdrowić znajomych przechodzących ulicą Hamburską: „Dzięki, że pozwoliłeś mi zwiedzić ten burdel, nibelungu. Wydał mi się czymś z czasów Toulouse-Laut-rec'a, niewinny jak opowiadanie Maupassan-ta. Widzisz? Teraz dowiedziałam się, że grzech i deprawacja nie są tam, tylko gdzie indziej". Albo po prywatnym pokazie „Anioła zagłady" : „Wiktor, moralne jest wszystko to, co daje życie, a niemoralne to, co odbiera życie, prawda?"

I teraz powtórzyła to z ustami zapchanymi kawałkiem sandwicza:

— Prawda, że mam rację? Jeżeli menage a trois * daje nam życie i radość, i nasze osobiste stosunki we trójkę stają się lepsze od tych, jakie nas łączyły w życiu we dwójkę, prawda, że to jest moralne?

Kiwnąłem głową potwierdzająco, jedząc i słuchając syczenia duszącego się w tłuszczu mięsa. Kilku przyjaciół stało przy rożnach i piecykach, po czym, dopilnowawszy, by zamówione przez nich potrawy znalazły się w tym stadium smażenia czy pieczenia, w jakim sobie życzyli, przysiedli się do nas i Ele-na znowu zaczęła śmiać się, żartować i była taka jak zawsze. Wpadłem na niefortunną myśl dokonania przeglądu otaczających nas twarzy przyjaciół i każdego po kolei wyobrażałem sobie zainstalowanego w moim domu, przydzielającego Elenie tę porcję uczucia, namiętności czy podniety intelektualnej, jakiej ja, po wyczerpaniu moich możliwości, nie mogłem jej już ofiarować. Obserwując to czy inne oblicze wyrażające skwapliwą gotowość słuchania (a mnie czasem nuży słuchanie mojej żony), uprzejmą ofertę wypełnienia braków czy poprawienia błędów rozumowania

— małżeństwo we troje.

Menage & trois (fr.) (ja wolę, żeby w tym, co ona mówi, brakowało logiki i konsekwencji), skłonność formułowania pytań precyzyjnych i, według ich autora, rewelacyjnych (a ja nigdy nie posługuję się słowem, tylko gestem czy telepatią, żeby poruszyć Elenę), pocieszałem się, mówiąc sobie, że w końcu dadzą jej tę odrobinę, którą mają do zaofiarowania jako deser, pożywkę, dodatek. Ten, z fryzurą d la Ringo Starr, zadał jej precyzyjne i rewelacyjne pytanie, dlaczego jest mi nadal wierna, a Elena odpowiedziała mu, że niewierność jest dzisiaj regułą, jak dawniej komunia w pierwsze piątki miesiąca, i przestała na niego patrzeć. Tamten drugi, z szyją czarnego żółwia, zinterpretował na swój sposób odpowiedź Eleny, dodając tonem wykluczającym wszelki sprzeciw, że wierność staje się dziś postawą buntowniczą. Trzeci, w idealnie skrojonym tużurku z epoki wiktoriańskiej, intensywnym spojrzeniem spode łba zaprosił moją żonę do dalszego mówienia: on miał być idealnym słuchaczem. Elena podniosła ręce i kazała kelnerowi przynieść kawę.

Szliśmy, trzymając się za ręce, brukowanymi ulicami Coyoacan, pod jesionami, przeżywając kontrast upalnego dnia z wilgotną nocą, która, po wieczornym ulewnym deszczu, przywracała błysk naszym oczom i rumieńce policzkom. Oboje lubimy chodzić piechotą w milczeniu, ze spuszczoną głową i splecionymi rękami, po tych starych ulicach, które od początku były punktem stycznym naszych wspólnych skłonności do asymilacji. Myślę, że o tym nie mówiliśmy sobie nigdy, ani Ele-na, ani ja. I nie trzeba. Pewne jest to, że sprawia nam przyjemność, spotkanie z dawnymi rzeczami, jak gdybyśmy je wydobywali z jakiegoś bolesnego zapomnienia lub, dotykając ich, dawali im nowe życie, albo też szukając dla nich w domu miejsca, odpowiedniego światła lub otoczenia, bronili się sami przed podobnym zapomnieniem w przyszłości. Pozostaje klamka z lwią paszczą, którą znaleźliśmy na jakiejś hacjendzie w Los Altos i którą głaszczemy otwierając sień domu, wiedząc, że każde dotknięcie ją niszczy; zostaje kamienny krzyż w ogrodzie, oświetlony żółtą lampką z wyobrażeniem czterech rzek stykających się w jednym punkcie, czterech serc, wyrwanych może przez te same ręce, co później wyrzeźbiły kamień; i pozostają cztery konie jakiejś od dawna rozmontowanej karuzeli, niby maszkarony na dziobie brygantyn, które spoczną na dnie morza, jeśli nie ukażą swego drewnianego szkieletu na jakiejś plaży pośród uroczystych papug i konających żółwi.

Elena zrzuca sweter i rozpala kominek, podczas gdy ja szukam płyt Cannonballa, przygotowuję kieliszki piołunówki i kładę się na tapczanie, czekając na nią. Elena pali papierosa z głową na moich kolanach i oboje słuchamy powolnej melodii saksofonu Hermana Lateef, którego poznaliśmy w nowojorskim ,,Gold Bug", przypominając sobie tę twarz czarownika z Kongo w stroju Disraeliego, jego oczy śpiące i wielkie jak dwa afrykańskie węże boa, jego bródkę stuprocentowego Sven-gali i sine wargi przylgnięte do saksofonu, który odbiera Murzynowi głos, każąc mu przemawiać z elokwencją tak obcą jego ochrypłemu, prawdopodobnie, bełkotowi z dnia poprzedniego; i jękliwe, powolne tony, które nigdy nie zdołają wypowiedzieć tego, co chcą, bo są tylko, od początku do końca, poszukiwaniem i przybliżeniem, pełnym dziwnej wstydliwości, otwierają mu drogę do naszych zmysłów, smaku i dotyku, zaczynającego odtwarzać kształt instrumentu Lateefa: tylko zapowiedź, preludium, ograniczenie do rozkoszy wstępnych, które dlatego przeobrażają się w sam akt.

— Murzyni amerykańscy odgrzewają właściwie na swoim ogniu pieczeń dla Białych — mówi Elena, kiedy zajmujemy nasze zwykłe miejsca przy ogromnym chippendale'owskim stole w jadalni jej rodziców. — Miłość, muzyka, żywotność Murzynów zmuszają Białych do usprawiedliwiania się. Pomyślcie, że teraz Biali prześladują fizycznie Murzynów, bo wreszcie zrozumieli, że Murzyni prześladują ich duchowo, biją ich w walce psychologicznej.

— W takim razie dziękuję Bogu, że tu nie ma Murzynów — mówi ojciec Eleny nabierając na talerz zupy z porów, którą podaje mu w dymiącej porcelanowej wazie chłopak, tubylec, pełniący poza tym w ciągu dnia funkcje ogrodnika w ogrodach letniej rezydencji na Las Lomas.

— Ale cóż to ma wspólnego, tatusiu? To tak, jakby Eskimosi dziękowali Bogu, że nie są Meksykanami. Każdy jest, kim jest, i koniec. Ciekawe jest tylko to, co się dzieje, kiedy nawiązujemy kontakt z kimś, kto nam każe wątpić o słuszności naszych przekonań, a jednocześnie wiemy, że ten ktoś nam jest potrzebny. A potrzebny jest nam dlatego, że nam przeczy.

— Lepiej jedz zupę. Te rozmowy z każdą niedzielą stają się coraz bardziej idiotyczne. Ja tylko wiem, że nie wyszłaś za mąż za Murzyna, prawda? Higinio, podaj paszteciki.

Don Jose obserwuje Elenę i mnie, i swoją małżonkę z wyrazem triumfu, a dońa Elena, matka, próbując ratować klejącą się z trudem rozmowę, relacjonuje swoją działalność z ubiegłego tygodnia, podczas gdy ja obserwuję meble kryte brokatem koloru bois de rosę *, wazy chińskie, tiulowe firanki i dywany z wigoniowej skóry w tym domu o prostych liniach, za którego ogromnymi oknami poruszają się na wietrze eukaliptusy z wą-

Bois de rose (fr.) — drzewo różane.

wozu. Don Jose uśmiecha się, gdy Higinio podaje mu paszteciki polane śmietaną, i jego zielone oczka przybierają wyraz satysfakcji, niemal o charakterze patriotycznym, takiej jaką się w nich widuje, kiedy Prezydent powiewa sztandarem w dniu 15 września, nie dorównującej jednakże roztkliwieniu, które go ogarnia, gdy zasiada, z cygarem w ustach, przed swoją „prywatną" szafą grającą i słucha bolera. Mój wzrok zatrzymuje się na bladej ręce donii Eleny, która bawi się okruszynami ciasta i opowiada z wysiłkiem o wszystkim, czym się zajmowała od czasu, gdy widzieliśmy się ostatnim razem. Słucham z daleka tej kaskady załatwionych spraw, wygranych i przegranych partii kanasty, odwiedzin w szpitalu dzieci z ubogich rodzin, nabożeństw, zabaw na cel dobroczynny, poszukiwania nowych firanek, utarczek ze służącymi, długich rozmów telefonicznych z przyjaciółmi, wizyt u księży, nowo narodzonych dzieci, lekarzy, zegarmistrzów, cukierników, stolarzy, itd., itd. Zatrzymałem wzrok na jej palcach, długich i pieszczotliwych, lepiących w tej chwili kulki z ciasta.

— ...powiedziałam im, żeby nigdy więcej nie przychodzili mnie prosić o pieniądze, bo ja nie zarządzam niczym. Odesłałam ich do biura twego ojca, niech porozmawiają z sekretarką.

...szczupły przegub ręki o ruchach omdlewających, bransoletka z medalionami (Chrystus z Cubilete, Rok Jubileuszowy w Rzymie

i wizyta prezydenta Kennedy) rzeźbionymi w złocie i miedzi, które brzęczą, kiedy dońa Elena bawi się gałeczkami z ciasta.

— ... dosyć człowiek robi udzielając im poparcia moralnego, nie wydaje ci się? Szukałam cię w czwartek, żebyśmy poszły razem na premierę ,,Diany". Wysłałam nawet szofera rano, żeby stanął w ogonku po bilety, wiesz, jakie są ogonki w dzień premiery.

... i ramię pełne, o przezroczystej skórze, pod którą widać żyły, niby drugi szkielet, szklany, wyrysowany pod grubą białą warstwą...

— ... zaprosiłam twoją kuzynkę Sandritę

1 pojechałam po nią samochodem, ale zajęłyśmy się niemowlęciem i potem już było za późno na teatr. Śliczne dziecko! Ona ma do ciebie żal, bo nawet nie zadzwoniłaś do niej z powinszowaniem. Zatelefonować, to doprawdy niewielka fatyga, mogłabyś się na to zdobyć!

... i dekolt czarnej szyi ukazujący wysoko górną część piersi stromych i ściśniętych niby jakieś nowe zwierzę na nowym kontynencie...

— ... ostatecznie to nasza krewna. Nie możesz się wyprzeć więzów rodzinnych. Chciałabym, żebyście ty i Wiktor b^i^S^t^ci-nach w przyszłą sobotę. Pom/gf&m jej brać małe popielniczki, ktfej^^otrzym^e

5 # jjj I

2 Pieśń... fL C\ i rs s* \U * 1 w podarunku zaproszeni. I tak czas minął na pogawędce i bilety się zmarnowały.

Podniosłem wzrok. Dońa Elena patrzyła na mnie. Natychmiast spuściła oczy i powiedziała, żebyśmy przeszli na kawę do salonu. Don Jose przeprosił towarzystwo i poszedł do biblioteki, gdzie ma tę elektryczną machinę, która nadaje jego ulubione płyty, kiedy się wrzuci w szparę fałszywą dwudziestocentów-kę. Usiedliśmy przy stoliku z kawą i z daleka usłyszeliśmy, jak ten jukebox zaczyna bulgotać, a potem grać melodię ,,Ty i ja". Dońa Elena tymczasem nastawiła telewizor, ale bez dźwięków, co nam wytłumaczyła na migi, kładąc palec na ustach. Patrzyliśmy na przesuwające się nieme obrazy jakiegoś filmu

0 ukrytym skarbie, w którym uroczysty mistrz ceremonii prowadził pięcioro uczestników — dwie dziewczyny nerwowe i uśmiechnięte, z fryzurą w kształcie ula, wytworną panią domu i dwóch mężczyzn, czarnowłosych

1 melancholijnych — do kryjówki, gdzie znajdował się czek, w ciasnym gabinecie pełnym wazonów, oprawnych książek i pozytywek.

Elena uśmiechnęła się siedząc koło mnie w półmroku salonu z marmurową posadzką i plastykowymi kwiatami.

Nie wiem, dlaczego przezwała mnie ,,nibe-lungiem", ale zaczęła teraz odmieniać i na wszelkie sposoby przekręcać to słowo.

Szare, falujące, porysowane kreskami osoby szukały swego skarbu przed naszymi oczyma, a Elena, zwinięta w kłębek na kanapie, zrzuciła na dywan pantofle i ziewnęła, podczas gdy jej matka, korzystając z ciemności, utkwiła we mnie pytający wzrok swoich czarnych oczu, szeroko otwartych i podkrążonych. Założyła nogę na nogę i poprawiła sobie spódnicę na kolanach. Z biblioteki dochodziły do nas przytłumione dźwięki bolera: „My, którzyśmy się tak kochali", i raz po raz chrapanie don Josego, pogrążonego w poobiedniej drzemce. Dońa Elena przestała na mnie patrzeć i utkwiła swoje wielkie czarne oczy w eukaliptusie poruszającym się za oknem na wietrze. Poszedłem za jej wzrokiem. Elena ziewała i mruczała, z głową na moich kolanach. Pogłaskałem jej kark. Za naszymi plecami wąwóz, który przecina Wzgórza Chapul-tepec, zachował jakby w głębi na dnie światło, wyraźnie widoczne w ruchomej ciemności, która zginała pnie drzew i targała ich czupryny.

— Pamiętasz Veracruz? — spytała z uśmiechem matka zwracając się do córki, ale patrząc przy tym na mnie. Elena mruknęła coś, jakby potwierdzenie, drzemiąc na moich kolanach, a ja odpowiedziałem:

— Tak, byliśmy tam kilka razy.

— Podoba ci się miasto? — dońa Elena wyciągnęła rękę i opuściła ją na kolana.

— Bardzo — powiedziałem. — Mówią, że to ostatnie miasto śródziemnomorskie. Podoba mi się kuchnia tamtejsza. Ludzie też. Lubię przesiadywać długo pod arkadami, jeść mol-letes i popijać kawę.

— To moje strony rodzinne — powiedziała. Pierwszy raz zobaczyłem jej dołeczki w policzkach.

— Tak, wiem.

— Ale straciłam nawet tamtejszy akcent — roześmiała się ukazując dziąsła. — Wyszłam za mąż mając dwadzieścia dwa lata. A kiedy się mieszka w Meksyku, traci się akcent prowincjonalny. Poznałeś mnie już jako starszą damę.

— Wszyscy mówią, że pani i Elena wyglądają jak siostry.

— Ach, nie. Tylko teraz przypomniały mi się tamte burze, w nocy nad Zatoką. Kiedy słońce nie chce zatonąć w morzu, robi się burza i wszystko jest zalane światłem jasnozielonym, upiornym, i człowiek dusi się za zamkniętymi okiennicami, czekając na deszcz. Deszcz tropikalny nie orzeźwia. Potem robi się jeszcze goręcej. I nie wiem, po co służba zamykała okiennice, ile razy zbierało się na deszcz. O wiele byłoby przyjemniej, gdyby strugi wody wpadały w otwarte okna.

Zapaliłem papierosa.

— Tak, robi się wtedy bardzo duszno. Ziemia uwalnia się od swoich zapachów tytoniu, kawy.

— A te sypialnie... — dońa Elena zamknęła oczy.

— Jak to?

— Wtedy nie było szaf ściennych — przesunęła dłonią po lekkich zmarszczkach wokół oczu. — W każdym pokoju stała ogromna szafa i służący wkładali między bieliznę liście laurowe i tymianek. Zresztą do niektórych kątów nie dochodziło słońce i była wilgoć. Pachniało pleśnią, jak by to powiedzieć, mchem...

— Tak, wyobrażam sobie. Ja nigdy nie mieszkałem w tropikach. Tęskni pani za tym wszystkim?

Teraz pocierała jeden przegub o drugi i ukazywała żyły na rękach.

— Czasami. Trudno mi się przyzwyczaić. Wyobraź sobie: wyszłam za mąż w osiemnastym roku życia, a potem już mnie uważano za starszą panią.

— I to wszystko przypomniała sobie pani patrząc na to dziwne światło w głębi wąwozu?

Dońa Elena wstała.

— Tak, to są spots, które Jose kazał zainstalować w zeszłym tygodniu. Ładnie wyglądają, prawda?

— Zdaje się, że Elena zasnęła.

Połaskotałem ją w nos. Elena obudziła się

i wróciliśmy samochodem do Coyoacan.

— Przepraszam cię za te niedzielne nasia-dówki rodzinne — powiedziała Elena, kiedy wychodziłem do pracy nazajutrz rano. — Ale nie ma na to rady. Musi pozostać jakaś więź z rodziną i życiem mieszczańskim, choćby tylko jako potrzeba kontrastu.

— Co będziesz dziś robiła? — spytałem zwijając w rulon moje plany i biorąc teczkę.

Elena ugryzła figę, skrzyżowała ramiona i pokazała język zezowatemu Chrystusowi, którego kiedyś znaleźliśmy w Guanajato.

— Będę malować całe rano. Potem pójdę na obiad z Alejandrem, żeby mu pokazać moje ostatnie rzeczy. W jego pracowni. Tak, już ją urządził. Tam, w 01ivar de los Padres. Po południu idę na lekcję francuskiego. Może wstąpię na kawę i potem czekam cię w klubie filmowym. Dają western mitologiczny „W samo południe". Jutro umówiłam się z tymi chłopakami, Murzynami. Należą do Black Mu-slims i bardzo chcę wiedzieć, co myślą naprawdę. Rozumiesz, że wiemy o tym tylko z gazet? Rozmawiałeś kiedyś z Murzynem ze Stanów, nibelungu? Jutro po południu nie waż mi się przeszkadzać. Zamykam się i muszę przeczytać Nervala od deski do deski. I niech Juan sobie nie wyobraża, że przyjdzie mnie nudzić ze swoim soleil noir de la melancolie * i udawać niepocieszonego wdowca. Już mu powiedziałam, co o tym myślę, i dam mu szko-

Soleil n o i r... (fr.) — Czarne słońce melancholii. (Fragment wiersza Nervala).

łę jutro wieczorem. Tak, urządza bal kostiumowy. Musimy pójść przebrani za „meksykańskie malowidła ścienne". Trzeba to już raz zaliczyć. Kup mi kalie, bardzo cię proszę, Wiktorze, nibelunguito, a jeżeli chcesz, to przebierz się za okrutnego konkwistadora Al-varado, który piętnował rozpalonym żelazem Indianki, zanim je posiadł. ,,Oh, Sade, where is thy whip".* Ach, a we środę gra Miles Da-vies w Mellas Artes. Jest już trochę passe *, ale mimo wszystko mnie podnieca. Kup bilety. Chao, najdroższy.

Pocałowała mnie w kark i nie mogłem jej objąć z powodu rulonów z projektami, jakie miałem w rękach, ale zapaliłem silnik i ruszyłem, unosząc z sobą aromat figi i obraz Eleny ubranej w moją koszulę, rozpiętą i przewiązaną paskiem w okolicy pępka, w obcisłych spodniach a la torero, z bosymi nogami, przygotowującej się do ... będzie czytała poemat czy malowała obraz? Pomyślałem, że wkrótce mamy wyjechać razem w podróż. To nas zbliżało bardziej niż wszystko inne. Dojechałem do „periferico". Nie wiem dlaczego, zamiast minąć most Altavista w kierunku De-sierto de los Leones, wjechałem na okrężną autostradę i dodałem gazu. Czasem tak robię.

Oh, Sade, wher e... (ang.) — O, Sade, gdzie twa szpicruta.

Passe (fr.) — niemodny.

Chcę być sam i pędzić, i śmiać się, kiedy ktoś mi za coś wymyśla. I może zachować jeszcze na pół godziny obraz Eleny w chwili pożegnania, jej naturalność, jej złotawą skórę, jej zielone oczy, jej nieskończoną mnogość projektów, i myśleć, że jestem bardzo szczęśliwy przy niej, że nikt nie może być szczęśliwszy dzieląc życie z kobietą tak nowoczesną, tak żywotną... która mnie... która mnie tak uzupełnia.

Mijam hutę szkła, barokowy kościół, młyn diabelski, lasek cyprysowy. Gdzie to słyszałem to słowo? Uzupełniać. Okrążam fontannę Petroleos i wjeżdżam na Paseo de la Reforma. Wszystkie samochody pędzą w kierunku centrum miasta, które błyszczy w głębi za nieuchwytną i gęstą zasłoną dymu. Ja jadę w górę, na Lomas de Chapultepec, gdzie o tej godzinie zostały tylko panie domu i służba, bo mężowie wyjechali do pracy, a dzieci do szkoły, i gdzie zapewne moja druga Elena, moje dopełnienie, czeka w swoim ciepłym łóżku, z czarnymi podkrążonymi oczyma i białym ciałem, dojrzała i głęboka, pachnąca jak bielizna w szafach sypialnianych tropiku.

KRÓLOWA LALEK

Marii Pilar i Josemu Donoso

Poszedłem, bo ten bilecik, tak niezwykły, przypomniał mi o jej istnieniu. Znalazłem go w zapomnianej książce, której stronice ukazały mi widmo dziecięcej kaligrafii. Porządkowałem moją bibliotekę, po wielu latach zaniedbania. Wszystko było dla mnie niespodzianką, >bo niektóre książki, umieszczone na najwyższych półkach, nie były dotykane od niepamiętnych czasów, tak dalece, że pozłacane brzegi stronic zaczęły się kruszyć 1 na moje otwarte dłonie spadał szarozłoty pył, niby werniks powlekający ciała widziane najpierw w marzeniach, a potem w budzącej rozczarowanie rzeczywistości baletu, który pierwszy raz w życiu oglądamy w teatrze. Była to książka mego dzieciństwa .— może lektura wielu innych dzieci — i opowiadała szereg historii przykładnych, mniej lub bardziej brutalnych, z tych, co skłaniały nas do wdrapywania się na kolana starszych, by ich pytać bez końca: „dlaczego". Niewdzięczni, marnotrawni synowie, dziewczęta porywane przez chłopców stajennych i powracające ze skruchą do domu, tak samo jak te, co dobrowolnie opuściły domowe ognisko, starcy, którzy w zamian za oczyszczenie hipoteki żądali ręki najlepszej córki, najbardziej gotowej do poświęceń dla zagrożonej rodziny — dlaczego? Nie pamiętam odpowiedzi. Wiem tylko, że spomiędzy poplamionych stronic, trzepocąc w powietrzu jak biały motyl, wypadła karteczka ze straszliwą kaligrafią i ortografią Amilamii: „Ami-lamia nie zapomina pszyjaciela i szókaj mnie tu, gdzie narysowane".

A po drugiej stronie nakreślony dziecinną ręką plan: ścieżka biegnąca od punktu X, niewątpliwie oznaczającego ławkę w parku, gdzie przesiadywałem wówczas całe godziny, zbuntowany przeciw narzuconej mi nudnej edukacji, niepomny rozkładu lekcji szkolnych i pogrążony w lekturze, która, jeśli nie została napisana przeze mnie, to taką mi się przynajmniej wydawała. Jakże miałem wątpić, że tylko z mojej wyobraźni mogli narodzić się ci wszyscy korsarze, kurierzy carscy, wszyscy ci chłopcy, trochę młodsi ode mnie, żeglujący przez całe dni po wielkich rzekach Ameryki. Siedząc na ławce z żelaznych prętów, malowanych na zielono, nie słyszałem z początku lekkich kroków przebiegających po żwirze ścieżki, nim zatrzymały się za moimi plecami. Była to Amilamia i nie wiedziałbym, ile czasu stała za mną w milczeniu, gdyby jej psotny duch nie kazał połaskotać mego ucha łodygą mlecza, który potem, z wydętymi wargami i zmarszczonym czołem, usiłowała zdmuchnąć, wysyłając puch w moim kierunku.

Zapytała o moje imię i po chwili głębokiego namysłu powiedziała mi swoje, z uśmiechem, jeśli nie uderzająco szczerym, to bynajmniej nie wystudiowanym. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że Amilamia znalazła, by tak rzec, pośredni środek ekspresji, między uroczą niewinnością swego wieku a formami mimiki dorosłych, którą dobrze wychowane dzieci powinny znać i stosować przynajmniej w uroczystych momentach prezentacji i pożegnania. Powaga Amilamii była raczej jej darem naturalnym, gdy tymczasem, przez kontrast, jej chwile spontaniczne zdawały się wyuczone. Próbuję ją sobie przypomnieć, przez kilka wieczorów, w serii nieruchomych, stałych obrazów, które w końcu złożą się w całość. I wciąż zdumiewa mnie to, że nie mogę myśleć o niej takiej, jaką w rzeczywistości była, ruchliwa, lekka, pytająca, nieustannie spoglądająca to w tę, to w tamtą stronę. Muszę ją sobie przypominać nieruchomą na zawsze, jak w albumie z fotografiami. Amilamia w oddali, punkcik w miejscu, gdzie zbocze opada od jeziora koniczyny do strzyżonego trawnika, gdzie ja siedzę na ławce i czytam: punkt w napływającym kolejno cieniu i słońcu, i ręka, która stamtąd, z wyżyn, przesyła mi powitanie. Amilamia zatrzymana w swoim biegu w dół zbocza, w białej sukience i majteczkach w kwiatki obciskających uda, z otwartymi ustami i przymkniętymi oczyma, bo szybki bieg wywoływał pęd powietrza, tak że dziewczynka niemal płakała z uciechy. Amilamia siedząca pod eukaliptusem, udająca, że płacze, po to, żebym ja do niej podszedł. Amilamia leżąca na trawie, głową w dół, z kwiatem w dłoniach: kiść drobnych kwiatków zerwana z jakiejś rośliny, którą, jak później odkryłem, hodowano nie w tym ogrodzie, lecz gdzie indziej, może w ogrodzie przy domu Amilamii, bo jedyna kieszeń jej fartuszka w niebieską kratę często była pełna tych białych kwiatków. Amilamia, która widzi, że czytam, uczepiona oburącz prętów zielonej ławki, zadająca mi pytania swoimi szarymi oczyma. Pamiętam, że nigdy nie zapytała mnie, co czytam, jakby mogła z moich oczu odgadywać obrazy zrodzone ze stronic książki. Amilamia śmiejąca się i uszczęśliwiona, gdy podnosiłem ją w górę, obracając małą figurkę nad moją głową, a jej zdawało się, że odkrywa inną perspektywę świata w tym powolnym locie. Amilamia odwracająca się plecami i kiwająca mi z daleka rączką na pożegnanie. I Amilamia w tysiącznych pozach, jakie przybierała w pobliżu mojej ławki: zawieszona na rękach, z nogami w powietrzu; w bufiastych majteczkach; siedząca na żwirowanej ścieżce ze skrzyżowanymi nogami i podbródkiem wspartym na dłoni, rozciągnięta na trawie i wystawiająca pępek do słońca, splatająca gałęzie drzew, rysująca patykiem zwierzęta na błotnistej ziemi, ukryta pod ławką i oblizująca jej pręty, oddzielająca w milczeniu sterczące kawałki kory ze starych pni, Amilamia ze wzrokiem utkwionym w horyzont za wzgórzem, śpiewająca z zamkniętymi oczyma, naśladująca głosy ptaków, psów, kotów, kur, koni. Wszystko dla mnie — wszystko i nic. To był jej sposób bycia w moim towarzystwie, wszystko, co pamiętam, ale także jej sposób bycia w samotności, w parku. Tak, może pamiętam to tylko we fragmentach, bo lektura wykluczała obserwowanie przez cały czas tej pulchnej dziewczynki o gładkich włosach, których barwa zmieniała się razem ze światłem: od słomy do prażonego kasztana. I dziś dopiero myślę, że Amilamia w tym momencie ustanowiła inny punkt ciężkości dla mojego życia, ten, który stwarzało napięcie między moim własnym niezdecydowanym dzieciństwem a otwartym światem, ziemią obiecaną, przechodzącą w moje władanie podczas lektury.

Wtedy nie. Wtedy marzyłem o kobietach z moich książek, o „samicach" (to określenie budziło we mnie dreszcz), które przebierały się w królewskie szaty, aby w tajemnicy kupić naszyjnik, o postaciach wymyślonych przez mitologię — na wpół istotach ludzkich, na wpół salamandrach o białych piersiach i wilgotnych brzuchach, które w swych łożach oczekiwały monarchów. I tak, niepostrzeżenie, przeszedłem od obojętności dla mojej dziecinnej towarzyszki do akceptacji jej wdzięku i powagi, a potem do bezwiednego odrzucenia tej niepotrzebnej obecności. W końcu zaczęła mnie drażnić — miałem czternaście lat, a ta siedmioletnia dziewczynka nie była jeszcze dla mnie wspomnieniem i jego tęsknotą, tylko przeszłością i jej aktualnością. Ulegałem jej przez słabość. Razem biegaliśmy, trzymając się za ręce, przez trawniki, po całym ogrodzie. Razem potrząsaliśmy pniami sosen i zbieraliśmy szyszki, które Ami-lamia pieczołowicie przechowywała w kieszeni fartuszka. Razem robiliśmy łódki z papieru, żeby później gonić za nimi wzdłuż brzegów kanału. A po południu, gdy razem staczaliśmy się z pagórka, wśród okrzyków radości zderzyliśmy się z sobą na ziemi, Ami-lamia upadła głową na moje piersi, słyszałem jej dyszenie tuż przy moim uchu i czułem jej włosy na wargach i jej małe ramionka uczepione mojej szyi. Rozluźniłem ten uścisk zdecydowanym ruchem, tak że upadła na ziemię. Amilamia płakała pocierając stłuczone kolano i łokieć, a ja wróciłem na moją ławkę. Potem dziewczynka odeszła i nazajutrz wręczyła mi karteczkę, bez słowa, i znikła, podśpiewując, między drzewami. Wahałem się, czy podrzeć kartkę, czy zachować ją między stronicami książki „Wieczory w wiejskim dworze". Na-wTet moje lektury dziecinniały przy Amilamii. Nie przyszła już więcej do parku. W kilka dni później wyjechałem na wakacje, a później wróciłem do obowiązków szkolnych w obliczu zbliżającego się egzaminu maturalnego. Nie zobaczyłem jej już potem ani razu.

II