Pies flandryjski - Maria Louise Ramé - darmowy ebook + audiobook

Pies flandryjski ebook i audiobook

Maria Louise Ramé

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

„Pies flandryjski” to powieść angielskiej autorki Marii Louise Ramé, którą opublikowała w 1872 roku pod pseudonimem „Ouida”. Jej bohaterami są flamandzki chłopiec imieniem Nello i jego pies Patrasche, a akcja rozgrywa się w Antwerpii. Książka zyskała status klasyki literatury dziecięcej w wielu krajach, w tym w Japonii, Korei, Rosji, Ukrainie i na Filipinach. Na jej podstawie powstało kilka filmów, a także popularne anime. Nigdy dotąd nie była jednak przetłumaczona na język polski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 59

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 25 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Brian (ElevenLabs)

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maria Louise Ramé

Pies flandryjski

Nello i Patrasche

TłumaczMagda Bitner

© Maria Louise Ramé, 2026

© Magda Bitner, tłumaczenie, 2026

„Pies flandryjski” to powieść angielskiej autorki Marii Louise Ramé, którą opublikowała w 1872 roku pod pseudonimem „Ouida”. Jej bohaterami są flamandzki chłopiec imieniem Nello i jego pies Patrasche, a akcja rozgrywa się w Antwerpii. Książka zyskała status klasyki literatury dziecięcej w wielu krajach, w tym w Japonii, Korei, Rosji, Ukrainie i na Filipinach. Na jej podstawie powstało kilka filmów, a także popularne anime. Nigdy dotąd nie była jednak przetłumaczona na język polski.

ISBN 978-83-8440-202-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Nello i Patrasche zostali zupełnie sami na świecie.

Łączył ich ten rodzaj przyjaźni, która jest silniejsza niż więzy krwi. Nello był małym Ardeńczykiem, a Patrasche — dużym psem flandryjskim. Obaj w tym samym wieku, ale jeden z nich był jeszcze młody, a drugi już stary. Mieszkali razem prawie całe życie: dwie sieroty bez grosza przy duszy. Obaj też zawdzięczali wszystko tej samej osobie. Tak zaczęła się ich znajomość, zawiązała się nić sympatii, która z każdym dniem stawała się coraz silniejsza i rosła wraz z nimi, aż w końcu pokochali się nawzajem bardziej niż cokolwiek innego na świecie i nic już nie mogło ich rozdzielić. Ich domem była mała chata na skraju flamandzkiej wioski położonej milę od Antwerpii, pośród płaskich pastwisk i pól uprawnych, z długimi rzędami topoli i olch pochylających się na wietrze nad wodami szerokiego kanału, który tamtędy przepływał. W wiosce było około dwudziestu domów z okiennicami w jasnozielonym lub błękitnym kolorze, z różowymi lub czarno-białymi dachami oraz ścianami pomalowanymi na biało, tak że lśniły w słońcu jak śnieg zimą. W centrum wsi, na niewysokim, porośniętym mchem zboczu, stał wiatrak — punkt orientacyjny dla całej okolicy. Kiedyś pomalowano go na szkarłatny kolor, łącznie ze skrzydłami, ale było to na samym początku jego istnienia, pół wieku temu lub nawet dawniej, kiedy mielił zboże dla żołnierzy Napoleona; teraz był czerwono-brązowy, wyblakły od wiatru i deszczu. Chodził nieco topornie i niezgrabnie, z przerwami, jak staruszek z reumatyzmem, którego stawy z wiekiem zesztywniały, ale ciągle służył całej wiosce. Okoliczni mieszkańcy uznaliby niemal za grzech zawiezienie zboża gdzie indziej, podobnie jak uczestnictwo w jakiejkolwiek innej liturgii niż msza odprawiana przy ołtarzu małego, starego, szarego kościoła ze stożkowatą wieżą, który stał naprzeciwko młyna i którego pojedynczy dzwon bił rano, w południe i w nocy, wydając ten dziwny, stłumiony, głuchy i smutny dźwięk, tak charakterystyczny dla każdego dzwonu w Niderlandach.

W zasięgu jego melancholijnego głosu, niemal od urodzenia, mieszkali razem Nello i Patrasche w małej chacie na skraju wsi, w miejscu, z którego było widać antwerpską katedrę wznoszącą się na północnym wschodzie, za wielką zieloną równiną wypełnioną pastwiskami i polami kukurydzy, które rozciągały się przed nimi jak spokojne, niezmienne morze. Dom należał do starego, ubogiego człowieka — Jehana Daasa, który za młodu był żołnierzem i pamiętał wojny, które zdewastowały kraj tak, jak woły orzą ziemię, a ze służby przywiózł jedynie ranę, która uczyniła go kaleką.

Kiedy stary Jehan Daas skończył osiemdziesiąt lat, jego córka zmarła w Ardenach, niedaleko Stavelot, zostawiając mu w spadku swojego dwuletniego syna. Starzec ledwo był w stanie utrzymać samego siebie, ale bez słowa skargi wziął na swoje barki ciężar, który wkrótce stał się dla niego cennym skarbem i źródłem radości. Mały Nello — to pieszczotliwe zdrobnienie od imienia Nicolas — rósł zdrowo, a starzec i dziecko żyli szczęśliwie w ubogiej chacie.

Było to doprawdy bardzo skromne i małe domostwo zbudowane z gliny, ale czyste i pobielane. Chata stała na niewielkiej działce, na której zmieścił się jeszcze ogród, gdzie rosły fasola, zioła i dynie. Jehan i Nello byli bardzo biedni, okropnie biedni — często zdarzały się dni, kiedy nie mieli niczego do jedzenia, a nawet kiedy mieli, nigdy nie było tego wystarczająco dużo. Najeść się do syta to byłoby dla nich jak trafić prosto do raju! Mimo to starzec był bardzo łagodny i dobry dla chłopca, a chłopiec był pięknym, niewinnym, prawdomównym i czułym stworzeniem. Żyli szczęśliwie, mając jedynie kawałek chleba i kilka liści kapusty, i nie prosili o nic więcej ani ziemi, ani nieba; może tylko o to, żeby Patrasche został z nimi już na zawsze, bo jak by sobie bez niego poradzili?

Patrasche był bowiem ich alfą i omegą, ich skarbcem pełnym złota i spichlerzem, ich magiczną różdżką przynoszącą bogactwo, ich żywicielem i sługą, ich jedynym przyjacielem i pocieszycielem. Gdyby Patrasche zmarł lub odszedł, sami musieliby chyba położyć się i umrzeć. Patrasche był dla nich ciałem, umysłem, rękami, głową i nogami: Patrasche był ich życiem, ich duszą. Jehan Daas był kalekim starcem, Nello — tylko dzieckiem, a Patrasche był ich psem.

Psem flandryjskim — o biszkoptowej sierści, dużej głowie i mocnych kończynach, ze stojącymi wilczymi uszami i szeroko rozstawionymi łapami, która to postura była skutkiem rozrostu mięśni u ciężko pracujących przodków. Patrasche był przedstawicielem rasy, która przez wiele stuleci pracowała we Flandrii ciężko i bez wytchnienia — niewolnicy niewolników, psy ludu, zwierzęta zaprzęgowe, stworzenia, które żyły, nadwyrężając ścięgna, kiedy ciągnęły ciężkie wozy, i umierały, łamiąc sobie serca na kamiennych ulicach.

Patrasche urodził się z rodziców, którzy przez całe życie ciężko pracowali, raniąc sobie łapy na ostrych kamieniach długich i pozbawionych cienia dróg, które łączyły miasta Flandrii i Brabancji. Nie odziedziczył po nich nic poza bólem i znojem. Karmiono go przekleństwami i chrzczono razami. Bo i dlaczego nie? Był to kraj chrześcijański, a Patrasche był tylko psem. Zanim osiągnął dojrzałość, poznał gorzki smak wozu i uprzęży. Zanim skończył trzynaście miesięcy, stał się własnością sprzedawcy narzędzi, który zwykł wędrować po kraju z północy na południe, od błękitnego morza po zielone góry. Ze względu na młody wiek sprzedano go bardzo tanio.

Życie ze sprzedawcą narzędzi, pijakiem i brutalem, było piekłem. Zadawanie nieludzkich tortur zwierzętom jest sposobem, w jaki chrześcijanie okazują swoją wiarę w piekło. Ten ponury, żyjący w najgorszy możliwy sposób, okrutny Brabantczyk wypełniał swój wóz garnkami, patelniami, dzbanami, wiadrami i innymi wyrobami z ceramiki, mosiądzu i cyny, a Patrasche musiał ciągnąć ten ładunek najlepiej, jak potrafił, podczas gdy jego pan sam leniwie się wylegiwał, paląc czarną fajkę i zatrzymując się w każdej winiarni i kawiarni po drodze.

Na szczęście — lub na nieszczęście — Patrasche był bardzo silny: pochodził z rodu niezwykle odpornych psów, które od pokoleń hodowano do ciężkiej harówki, nie umarł więc, ale wiódł swoje nędzne życie, przygnieciony ciężarem ładunku, razami swego pana, głodem, pragnieniem, przemocą, przekleństwami i wyczerpaniem, które są jedyną zapłatą, jaką Flamandowie wynagradzają najbardziej cierpliwe i pracowite ze wszystkich swoich czworonożnych ofiar. Pewnego dnia, po dwóch latach tej przedłużającej się agonii, Patrasche jak zwykle szedł jedną z prostych, zakurzonych, nieprzyjemnych dróg prowadzących do miasta Rubensa. Był środek lata, żar lał się z nieba. Jego wóz był bardzo ciężki, wypełniony po brzegi towarami z metalu i ceramiki. Jego właściciel szedł przed siebie, nie zwracając na niego uwagi, czasem tylko smagnął go batem, który owijał się wokół jego drżących lędźwi. Brabantczyk zatrzymywał się w każdej przydrożnej gospodzie, aby napić się piwa, ale psu nie wolno było zatrzymać się nawet na chwilę, żeby napić się wody z kanału. Patrasche szedł tak w pełnym słońcu po rozgrzanej drodze, nie jadł niczego od dwudziestu czterech godzin, a co było dla niego znacznie gorsze, od prawie dwunastu godzin nie pił wody. Oślepiony pyłem, obolały od uderzeń i oszołomiony ciężarem, który przygniatał mu lędźwie, w końcu się zatoczył, zaczął toczyć pianę z pyska i upadł.

Padł na środku białej, zakurzonej drogi, w blasku bezlitosnego słońca. Był śmiertelnie chory i nie miał już siły iść dalej. Jego pan zaaplikował mu jedyne lekarstwo, jakie miał w swojej aptece — kopnięcia, przekleństwa i razy dębową pałką, które często były jedynym pożywieniem i napojem, jedyną płacą i nagrodą, na jakie mogło liczyć zwierzę. Teraz jednak Patrasche był już poza zasięgiem wszelkich tortur i przekleństw. Leżał, z pozoru martwy, pokrywając się białym, letnim pyłem. Po chwili Brabantczyk, uznawszy, że życie w nim zgasło lub zbliżało się ku końcowi, zaprzestał bezcelowego atakowania żeber zwierzęcia kopniakami i uszu przekleństwami, a że zwłoki były dla niego bezużyteczne, chyba że ktoś zdjąłby z nich skórę na rękawiczki, przeklął psa jeszcze raz gorzko na pożegnanie, zerwał skórzane pasy uprzęży i zepchnął jego ciało na bok, na trawę, po czym, mamrocząc gniewnie pod nosem, leniwie popchał swój wóz dalej wzdłuż drogi, pozostawiając umierającego Patraschego na pastwę mrówek i kruków.

Tylko dzień pozostał do jarmarku w Louvain, Brabantczyk spieszył się więc, aby dotrzeć do miasta i zająć dobre miejsce ze swoimi mosiężnymi wyrobami. Był wściekły, ponieważ pozbawiony silnego i wytrzymałego zwierzęcia musiał teraz sam sprostać zadaniu zaciągnięcia wozu aż do Louvain. Pozostanie i zaopiekowanie się psem nigdy jednak nie przyszło mu do głowy. Zwierzę umierało, było więc bezużyteczne. Sprzedawca narzędzi postanowił, że ukradnie pierwszego dużego psa, jakiego zobaczy błąkającego się samotnie, poza zasięgiem wzroku swojego pana. Patrasche też nic go nie kosztował, a przez dwa długie, okrutne lata pracował nieustannie od świtu do zmierzchu, zimą i latem, przy dobrej i złej pogodzie.