Pierścień ognia. Kroniki Atlantydy. Tom 2 - Marah Woolf - ebook

Pierścień ognia. Kroniki Atlantydy. Tom 2 ebook

Marah Woolf

4,5

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Tom drugi trylogii o aniołach i Atlantydzie, kontynuacja powieści „Berło światła”.
Zaginione insygnia, pradawna waśń i beznadziejna miłość…
Opowieść o odwadze, walce i miłości, która jest silniejsza niż wszystko.

Taris nie może uwierzyć, że Malachi naprawdę nie żyje. Azrael nie kontaktuje się z nią, więc zdesperowana dziewczyna postanawia jechać do Londynu.
Niestety natrafia na Azraela z inną kobietą. Nie może uwierzyć w to, co widzi ale Azrael twierdzi, że Taris nic dla niego nie znaczyła, a ich umowa nie powiodła się nie z jego winy. Malachi chciał umrzeć i nie prosił o odroczenie śmierci.
Świat Taris rozpada się na kawałki. Najpierw straciła brata, potem musiała się zmierzyć ze zdradą Azraela, a to jeszcze nie koniec…
Aristoi rozkazują Taris odszukać pierścień ognia – w przeciwnym razie dusza jej brata trafi w ręce demonów. Dziewczyna nie ma wyboru: znów udaje się na poszukiwania… Demony – także te wewnętrzne – nie zamierzają jednak ułatwiać jej życia. Czy Taris odnajdzie w sobie siłę, aby
się im przeciwstawić?
Śmiertelniczkę Taris i nieśmiertelnego Azraela dzieli wszystko – pochodzenie, wartości, siła, a nawet poczucie humoru. Ale może różnice tak naprawdę są po to, by łączyć?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 590

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (160 ocen)
98
45
15
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
PapieroweDziewczyny

Dobrze spędzony czas

"Zawsze łatwiej szukać winy w innych niż w sobie"❤️ 💍 PIERŚCIEŃ OGNIA - MARAH WOOLF (tłum. Ewa Spirydowicz) 8/10⭐️ 💍 Q: macie więcej książkowych chłopaków czy mężów?🤔 💍 Opowiem Wam historię... Historię dziewczyny, którą okłamano... Historię anioła, który nie dotrzymał obietnicy... Historię o grze pozorów... 💍 ❤️"W wysiłkach, by naprawić stare błędy, zbyt często popełniamy nowe" 💍 Tu jest nieco lepiej, jeśli chodzi o romans, bo zwalnia. Taris stara się bardziej skupić na sobie i oddala się od anioła. Azrael wciąż zachowuje się jak dzieciak, który nie potrafi poradzić sobie z burzą hormonów (PRZYPOMINAM: on ma 12000 lat). Horus tak samo jest dużym dzieckiem i nie podoba mi się jego zachowanie wobec Kimmy. Za to Set jest niedoceniony😔 💍 Dużo ratuje Dante i generalnie nacja dżinów. Są najbardziej rozgarnięci z nich wszystkich i to oni powinni mieć insygnia. Swoją drogą to żal mi Dantego😔 💍 Bardzo podobał mi się początek z Malachim. Choć nie spodziewałam się innego obrotu sprawy, ...
00
przeczytane1995

Nie oderwiesz się od lektury

O ja pierdziele. Nie mogłam się oderwać, pomimo tego, że byłam cholernie zmęczona, to tak byłam wciągnięta, że po prostu nie było opcji, żebym przerwała czytanie. Uwielbiam. Naprawdę, kocham tę serię. Ci wszyscy bohaterowie, ich relacje, w które na maksa się można wczuć, ten cały ból. I jednocześnie wszystko otoczone niezwykle ciekawą historią. Niesamowite jak autorka łączy wszystkie wierzenia w jedno, jestem tego ogromną fanką. No i do tego to zakończenie! Podejrzewałam, że część wydarzeń będzie miała miejsce, ale tliła się we mnie nadzieja, że jednak może wszystko potoczy się zupełnie inaczej. No i części w ogóle się nie spodziewałam, może mi przemknęły przez myśl, ale nie sądziłam, że autorka pójdzie w taką stronę. Wyszło naprawdę epicko i jak na razie jest bardzo duża możliwość, że ta seria stanie się jedną z moich ulubionych serii wszech czasów. Nie zapowiada się, żeby trzeci tom mógł coś spierniczyć, ale zobaczymy.
00
Amanauz

Nie oderwiesz się od lektury

Z jednej strony książka jest wciągająca, z drugiej jednak... Z Azraelem i Horusem czuję się, jak za czasów gimnazjum, gdzie chłopcom niekoniecznie służą hormony, a w głowach jeszcze pstro. Jedyny Dante trochę trzyma poziom, ale jest go stosunkowo niewiele w porównaniu z wymienionymi panami. Do tego zaczyna się już robić nieco męczące, że Autorka rozwiązaniami swoich zagadek uderza nas niczym obuchem. Żadnej finezji. Ponadto coraz mocniej Taris dąży w kierunku typowej Mary Sue. Bardzo szkoda, bo to nie była zła postać. Natomiast świetnie rozwija się Kimmy. Fajna lektura na zimowe wieczory, ale nie należy oczekiwać intelektualnych cudów.
00
Pattox

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna ❤️
00
Barb78

Nie oderwiesz się od lektury

superrr nic dodać nic ująć
00

Popularność




Tytuł oryginału: Ring aus Feuer

Copyright © 2021 by by Marah Woolf (www.marahwoolf.com), represented by

AVA international GmbH, Germany (www.ava-international.de)

The book has been negotiated through AVA international GmbH, Germany (www.ava-international.de).

Projekt okładki: Carolin Liepins, München

Redakcja: Ida Świerkocka

Korekta: Magdalena Magiera, Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright for the Polish edition © 2022 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-200-9

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2022

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

tiktok.com/@wydawnictwojaguar

twitter.com/WydJaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2022

Dusza Malachiego czeka na mnie, gdy wkraczam w zaświaty. W ciągu tysiącleci zdążyłem przywyknąć do fluorescencyjnego światła, zapachu ognia i popiołu oraz wszechobecnego drobnego pyłu. Nigdy jednak nie przyzwyczaję się do stęchłego zaduchu rezygnacji, beznadziei i strachu. Wnika mi pod skórę, dociera do serca, skaził mnie. Inaczej nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć, jak mogłem zrobić to Nefertari bez słowa ostrzeżenia. Okłamałem ją i odebrałem to, co dla niej najcenniejsze. Brzydzę się samym sobą. Błyskawice przecinają szare niebo na horyzoncie, chociaż tak naprawdę to wcale nie jest niebo.

– Gotów? – pytam jej brata.

Szum wokół nas cichnie, gdy inne dusze mnie rozpoznają. Jestem przygotowany do walki, na koszuli mam skórzaną kamizelkę, na plecach, między skrzydłami, kołysze się miecz. Teraz, gdy odzyskałem status, moje skrzydła mienią się na złoto. Znowu należę do Aristoi, a jednak w tej chwili jest mi to całkowicie obojętne.

Malachi stoi z boku i sceptycznym wzrokiem mierzy łódź Mahafa. Jego dusza wygląda o wiele lepiej niż ciało za życia. Żałuję, że Nefertari nie może go teraz zobaczyć, chociaż to w niczym nie ulżyłoby jej cierpieniu.

– Nie musisz się obawiać.

– I tego nie robię. – Uśmiecha się lekko. – Czuję się dobrze. Bóle ustąpiły. Jak się trzyma Taris? – Na jego twarzy pojawia się coś na kształt wyrzutów sumienia.

Nie wiem. Nie zamieniliśmy ani słowa, odkąd wysiedliśmy z samolotu. Posłała mi tylko to rozpaczliwe, załamane spojrzenie. Chciałem ją objąć, ale niby jak mógłbym ją pocieszyć po takiej zdradzie? Jeżeli kiedyś się dowie, co jej zrobiłem, znienawidzi mnie jeszcze bardziej. Nie uwierzy mi, że tego nie chciałem.

– Niezbyt dobrze. – Nieco za późno odpowiadam na pytanie Malachiego. – Bardzo za tobą tęskni.

Wysyłała mi wiadomości, ale nie odpowiedziałem na żadną z nich. Okłamywałem ją, raz za razem. Zasłużyła na kogoś lepszego.

Malachi przygląda mi się w zadumie.

– Poradzi sobie. – Nie wydaje się szczególnie przekonany, a przecież zna siostrę o wiele lepiej niż ja.

Powinienem towarzyszyć jej do Pixton Park, ale tylko wtedy, gdy osobiście doprowadzę duszę Malachiego do Ozyrysa, poczuję, że w tej sprawie chociaż jedną rzecz załatwiłem jak należy. Nie mogę dopuścić, by coś złego spotkało go podczas tej podróży.

– Postaram się wytłumaczyć jej to wszystko, gdy zaprowadzę cię do Królestwa Błogosławionych.

Malachi przekrzywia głowę.

– Nie zrozumie tego. – Kolejka czekających dusz przesuwa się o kilka kroków do przodu, bo Mahaf wpuszcza je na pokład. – Walczyłaby dalej, a ona łatwo nie wybacza.

– Wiem o tym. – Nic innego do niej nie pasuje. Gdybym powiedział jej prawdę, teraz byłoby mi łatwiej. Ale tego nie da się już zmienić, zresztą zapewne mi nie uwierzy. Uzna, że po prostu okłamuję ją dalej.

Na jego twarzy maluje się żal.

– Nie mogłem jej powiedzieć, że nie chcę dłużej żyć. Nie zrozumiałaby. Jest cholernie uparta.

Owszem, to jedna z cech, które ją charakteryzują. Jeżeli raz wbije sobie coś do głowy, doprowadza to do końca, za wszelką cenę, myślę ze smutkiem.

– Rozumiem. Usiłowałaby cię namówić do zmiany zdania.

I zapewne by się udało. Jej się wszystko udaje.

– Przykro mi, że muszę cię prosić o coś jeszcze.

Ten człowiek ma naprawdę wiele odwagi.

– Co znowu? – pytam ostrzej, niż zamierzałem. Dwie dusze przed nami odwracają się i przyglądają mi niespokojnie.

– Trzymaj się od niej z daleka – mówi powoli. – Pomogła ci odnaleźć berło i tym samym znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie. I to nieraz. Jeżeli ona cokolwiek dla ciebie znaczy, nie wciągaj jej w to jeszcze bardziej. Pozwól, by opłakiwała mnie w pokoju. Ma rodzinę, która się nią zajmie. Taris to nie twoja sprawa. Jest śmiertelniczką. Po pierwsze ty będziesz żył wiecznie, a po drugie, gdy twój plan wejdzie w życie, wrócisz na Atlantydę. Kiepskie fundamenty dla związku.

Z jego punktu widzenia to, o co prosi, jest jak najbardziej logiczne. Jedyne właściwe. Ale tego życzenia nie spełnię.

– Ile czasu upłynie, zanim się nią znudzisz? – nieubłaganie mówi dalej. – Dwa lata? Trzy?

A może nigdy? O tym nie pomyślał. Natomiast ja – owszem. Nefertari znaczy dla mnie zbyt wiele. Nie mogę jej stracić.

– Pewnego dnia i tak złamiesz jej serce – dowodzi jej brat. – Załatw to teraz, jednym cięciem. Niech jednocześnie upora się z moją śmiercią i twoim kłamstwem. Pozna innego, z nim będzie szczęśliwa, zestarzeje się u jego boku. Z tobą to niemożliwe. To nie tylko nierozsądne, lecz także niebezpieczne, by dzieliła z tobą swój los. To nie w porządku wobec niej. Zasługuje na własne, na prawdziwe życie. Daj jej tę szansę.

– Lepszy koniec rozpaczy niż rozpacz bez końca – mówię powoli. Te słowa smakują trucizną. Czyżby Malachi jednak miał rację? Czyżby ostre cięcie było najlepszym wyjściem dla nas obojga?

Malachi kiwa głową, jednak to, co widzi w moich oczach, chyba go nie przekonuje.

– Obiecaj. Wiesz, że tak będzie najlepiej.

Zaciskam zęby.

– Nie martw się. Nie będziemy jej więcej nachodzić.

Ku mojemu zdumieniu zadowala się tym.

– Zatem jestem gotów.

Dusze przed nami zdążyły wejść na barkę. Mahaf prostuje się u steru, mierzy mnie wzrokiem.

– W ciągu minionych trzystu lat nie widywałem cię tak często, jak ostatnio – zauważa przeciągle. – Wsiadacie?

W odpowiedzi wchodzę na pokład i idę na rufę. Dusza Malachiego podąża za mną. Zajmujemy miejsca, a brat Nefertari chłonie wszystko wzrokiem. Nawet po śmierci jego dusza pragnie wiedzy tak samo jak za życia.

Przewoźnik już ma odbijać od brzegu, gdy na lądzie pojawiają się smugi czarnej mgły. Spośród nich wynurza się Set. Podobnie jak ja, jest w pełni uzbrojony, mroczny i zimny jak ciemność, która go otacza. Ziemia drży pod jego stopami. Dusze wzdychają cicho i zbijają się w ciasną gromadkę. Nie zwraca uwagi na ich lęk.

– Najwyższy czas, bym odwiedził brata. – Setowi odwagi nigdy nie brakowało. Ja na jego miejscu schodziłbym z drogi Ozyrysowi tak długo, jak to możliwe.

Mahaf chrząka.

– Oczywiście – mruczy onieśmielony.

W hierarchii bogów Set znajduje się o wiele wyżej niż on, Mahaf nie może odmówić mu przeprawy, chociaż, sądząc po jego minie, właśnie na to ma największą ochotę. Łódź chwieje się niebezpiecznie, gdy Set wskakuje na pokład i przeciska się ku nam między rzędami dusz.

– Pomyślałem, że przyda ci się pomocna dłoń – oznajmia, gdy do nas dołącza. – Apophis na pewno spróbuje cię powstrzymać. Jest wściekły z powodu tamtej dziecinnej duszyczki.

Tym przejmuję się najmniej. Ale jeżeli Set pomoże mi zapewnić Malachiemu bezpieczną przeprawę do królestwa szczęśliwych, nie odmówię. Apophis rzeczywiście coraz bardziej daje się we znaki. Dawniej Set trzymał go w szachu. Być może dzisiaj także mu się to uda.

– Spokojnie mogłeś wytrzymać jeszcze jeden dzień. Twoja siostra zasłużyła na pożegnanie – zwraca się do Malachiego z wyrzutem. Zaskoczony unoszę brew. W życiu nie widziałem, by Set wstawiał się za człowiekiem. Wzrusza ramionami i już wiem, dlaczego tu jest: ze względu na Nefertari. Ozyrys to tylko pretekst. Cichy pomruk i gniew, który we mnie wzbiera.

– Próbowałem – broni się cicho Malachi.

– Ale łatwiej odejść bez pożegnania, prawda?

Już dawniej pod pewnymi względami Set okazywał się zaskakująco przenikliwy. Bo chociaż Malachi bardzo kochał siostrę, zabrakło mu odwagi, by się z nią pożegnać.

Barka unosi się na falach rzeki. Wpatruję się w brzeg. Mimo ciemności okolica wydaje się łagodna, ale to tylko cisza przed burzą. Cieszę się, że Set nam towarzyszy. Mam wrażenie, że jest jak dawniej. Przypominają mi się stare czasy. Stoczyliśmy razem tyle bitew. Aż do tamtego dnia, gdy uświadomiłem sobie, że walczymy o zupełnie inne rzeczy.

– Znasz imiona demonów? – zwraca się do Malachiego. W jego dłoni pojawia się żelazna włócznia.

– Kilka – pada odpowiedź.

– Wypowiedz je, gdy tylko się zbliżą. Tym sposobem zyskujesz nad nimi władzę. Wykrzycz imiona, jeżeli to konieczne.

– Spróbuję. – Malachi dzielnie kiwa głową. To nie wojownik, nawet w połowie nie tak odważny, jak jego siostra.

– Musisz przetrwać próby, jeżeli chcesz dostać się do Królestwa Błogosławionych – uzupełniam. – Nie mam pojęcia, jak wytłumaczyłbym twojej siostrze, że pochłonął cię Apophis.

Jego dusza staje się jeszcze bardziej przezroczysta. Nefertari urwałaby mi głowę. Staram się o niej nie myśleć. Zapomnieć, jak mnie całowała, jak dotykała mojej skóry, co czułem, gdy w niej byłem. Nigdy nie mieliśmy szansy na powtórkę.

Z każdą chwilą okolica staje się bardziej ponura. Gdy na brzegach wyrastają wzgórza i tym samym wpływamy do krainy Apophisa, jestem w pełni gotowy do walki.

– Odwrócę jego uwagę, a ty zabierzesz Malachiego w bezpieczne miejsce – proponuje Set.

Jest jak dawniej, gdy razem planowaliśmy kolejne bitwy. Tylko że nie jesteśmy już tamtymi beztroskimi młodzieńcami.

– Nie pozwolę, żebyś walczył sam.

Stara się odgadnąć, czemu nie przyjmuję jego propozycji, i kiwa głową, gdy dostrzega moją nieufność.

– Jak chcesz.

– Góra Bachu – szepcze Malachi.

W dzisiejszych czasach właściwie żadna dusza nie pamięta nazwy góry, na której wierzchołku opiera się niebo, ale w przypadku Malachiego wcale mnie to nie dziwi. Nagle wybucha płomień Apophisa i błyskawicznie zsuwa się ze zbocza. Dusze w barce zaczynają krzyczeć, trzymają się siebie kurczowo.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniam Malachiego. – Nie dopuścimy, by dorwał cię w swoje szpony. – Albo w kły. Są z krzemienia, ale o tym lepiej nie wspominać. Już teraz jest wyraźnie przerażony. – Jeżeli zrobi się gorąco, Mahaf zaopatrzy cię w magię, niezbędną, byś mógł podróżować dalej. To jego obowiązek. Nadal będzie niebezpiecznie, ale dzięki temu twoje szanse znacznie wzrosną.

– Wiem – odpowiada.

Z ust Nefertari usłyszałbym to samo. Tylko że ona jeszcze przewróciłaby oczami. Na samą myśl muszę się uśmiechnąć.

– Wciągnij żagiel! – krzyczy Set do przewoźnika. – Musimy przyspieszyć.

Mahaf niechętnie spełnia rozkaz i nagle barka pruje wody rzeki. Mimo to nasze szanse maleją. Gdy Apophis dociera do brzegu, płynny ogień przybiera kształt węża. Otwiera paszczę, chciwie pije rzeczną wodę. Wokół pojawiają się kolejne demony. Krzyczą triumfalnie. Wiele z nich nie umie pływać, ale gdy Apophis osuszy rzekę, nic ich nie powstrzyma, by wedrzeć się na pokład barki i rozedrzeć dusze na strzępy.

Malachi głośno nabiera tchu na widok obcinaczy głów i pożeraczy ciał. Zna ten świat tylko ze starych ksiąg, które nie w pełni oddają jego koszmar. Demony najpierw rozpinają sieci między niebem a ziemią. Pierwsze dusze zeskakują z pokładu, dają się ponieść wodzie. Apophis pije tak szybko, że nie na wiele im się to zda. W którymś momencie będą musiały wyjść na brzeg albo wylądują bezpośrednio w jego paszczy. Kilka dociera na drugą stronę i natychmiast zaplątuje się w sieci.

Malachi przytrzymuje duszę kobiety.

– Zapamiętaj nazwę sieci! – wyrzuca z siebie. – Nazywają ją Ogarniająca. Zapamiętaj to sobie. Wypowiedz tę nazwę, a sieć pęknie.

Kobieta kiwa głową z wdzięcznością i wskakuje w muł wyraźnie widoczny na dnie – teraz, gdy woda zniknęła. Zapada się po kolana, ale dzielnie brnie do brzegu. Demony po tej stronie nie przerażają jej tak bardzo, jak Apophis po przeciwnej.

Z uznaniem kiwam głową Malachiemu. Przygotował się na tę chwilę. Być może go nie doceniłem, tak samo jak jego siostry. Barka gwałtownie osiada na rzecznym dnie, przechyla się na bok. Dusze, które do tej pory jeszcze trwały na pokładzie, przeskakują przez reling i rzucają się do ucieczki.

– Wrócimy – obiecuję Malachiemu, wyciągam miecz z pochwy na plecach, rozpościeram skrzydła. – Zostań na pokładzie.

Gdy wzbijam się w niebo, powietrze wypełniają krzyki i piski. Wszystko nagle pociemniało. Jedynym źródłem światła jest płonące wężowe cielsko Apophisa, wijące się wśród wzgórz. Zły znak, że pozwala tylu z nich uciec. Powietrze przecina nóż, zanim jednak dotrze do Malachiego, jednym ruchem skrzydeł strącam go z nieba. Zwyczajne demony nie mają szans w starciu z Setem i ze mną. Co innego Apophis. Malachi musi wytrzymać, dopóki się z nim nie uporamy. Set opowiadał nam o torturach, o jadzie Apophisa, który płynie w jego żyłach. Mimo to z własnej woli kolejny raz staje naprzeciwko odwiecznego wroga. Nie musi tego robić. Odpycham nieufność i wznoszę się wyżej. Obsypuję cielsko Apophisa błyskawicami. Wzdryga się, ale mój atak wcale go nie spowalnia. Uparcie zmierza w kierunku Seta, który w jednej dłoni dzierży miecz, w drugiej włócznię. Wycofuję się. Demony już wspinają się na statek. Mahaf stoi u steru, Malachi ciągle na rufie. Mamrocze coś pod nosem. Widzę przerażenie na jego twarzy, ale wierzę w moc prastarych zaklęć, które specjalnie na tę okazję wykuł na pamięć. Walczy własną bronią. Jego słowa niosą się w powietrzu:

Nie ma takiego, który mnie zna i pozna.

Nie ma takiego, który mnie pojmał i pojmie.

Moja wściekłość dotknie waszych twarzy, jeżeli zwrócicie się przeciwko mnie.

Panuję nad wami.

Jesteście mi poddani.

Ta chwila przeminie.

Droga stanie przede mną otworem.

Znajdę zbawienie od wszelkiego zła!

Rzucam się na Apophisa, ten celuje w ramię Seta i jednocześnie atakuje mnie ogonem. Zanim mnie zmiażdży, odskakuję w bok, ale łuskowate cielsko zahacza o mnie, rozrywa skórzaną kamizelkę i koszulę. Rana pali tysiącem płomieni. Jad Apophisa kryje się nie tylko w jego kłach, lecz także w łuskach. Osuwam się w cuchnący rzeczny szlam, zaraz jednak wstaję, bo powietrze przecina wściekły okrzyk Seta. Apophis wbił kły w jego nogę, szarpie na wszystkie strony. Atakuję ponownie. Set stracił miecz, widzę, jak broń zapada się w mule. Gestem nakazuję jej wrócić w dłonie boga chaosu. A potem dopadam Apophisa, wbijam moje ostrze między łuski twarde jak żelazo. Broń rozpada się na kawałki, ale osiągam zamierzony cel, bo Apophis puszcza Seta i z sykiem odwraca się do mnie. Set korzysta z okazji i miota włócznię w miejsce, w którym krzemień, stanowiący pierwsze osiem łokci korpusu Apophisa, ustępuje bardziej wrażliwej materii. To, co dzieje się teraz, przeżywam nie po raz pierwszy, i mimo bólu natychmiast rozpościeram skrzydła. W ułamku sekundy jestem przy Secie, który osunął się na kolana. Jad go paraliżuje. Unoszę go w powietrze, i robię to w ostatniej chwili, bo Apophis wypluwa całą wodę i wszystkie dusze, które przed chwilą pochłonął. Fala powodziowa zakrywa demony i dusze walczące w łożysku rzeki. Wracam z Setem na barkę, która powoli odzyskuje pozycję poziomą. Jednak na pokładzie jest tylko Mahaf.

– Gdzie Malachi? – warczę. Opuszczam Seta na pokład. Przewraca się na plecy, zanosi kaszlem. Rozglądam się po pustych ławach, przesuwam wzrok na rozszalałą kipiel. Trzymam się relingu, bo łódź bardzo się chybocze.

– Odszedł – oznajmia przewoźnik. – Musiał iść własną drogą.

– Cholera – mamroczę i wymierzam mu kuksańca. – Dałeś mu przynajmniej dość magii?

Mahaf jak gdyby nigdy nic wciąga żagiel na maszt.

– Oczywiście. Tak, jak rozkazałeś. Tylko że niewiele mu pomoże. Nie wyobrażam sobie, że mu się uda.

Mam ochotę złapać go za kołnierz, ale wtedy Set się włącza. Jest jakby zielony na twarzy. Nie wiem, czy to kwestia jadu, czy rozkołysanego pokładu.

– Nie marnuj czasu. Musimy ruszać za nim. – Palcem wskazuje niebo. Ciągle jest ciemne, ale nad naszymi głowami zatacza kręgi złoty cień, a potem słyszę krzyk sokoła.

– Przemienił się – zauważam z ulgą i zdumieniem zarazem.

– Chłopak porządnie odrobił lekcje. – Ze słów Seta bije uznanie. – Jeżeli Nefertari posiada chociaż połowę jego wiedzy, okaże się godną przeciwniczką.

– To nie jest nasza przeciwniczka! – syczę.

– Na razie nie. – Set wstaje z trudem, bez przekonania usiłuje zetrzeć rzeczny szlam ze swetra. – Wiedziała, że nigdy nie zamierzałeś ocalić jej brata?

Zaciskam zęby.

– To nie twoja sprawa.

Set tylko wzrusza ramionami i także przemienia się w ptaka. Jego organizm błyskawicznie uporał się z jadem. Postać, którą przybrał, nie ma odpowiednika w królestwie zwierząt. Tylko on może tak wyglądać. Jak można się było spodziewać, dusze, którym udało się wrócić na pokład, rozstępują się przed nim. Naprawdę nie cieszy się najlepszą opinią. Chociaż za życia zapewne żadna z tych dusz nie wierzyła w nas, niektóre wiedzą, czym włada Set. Od setek lat obwinia się go o choroby, cierpienia, powstania, wojny, chaos i zniszczenie, chociaż od prawie trzech tysięcy lat nie było go w tym świecie. Nigdy przeciwko temu nie protestowałem i teraz odpycham od siebie wyrzuty sumienia. Sam sobie zapracował na taką opinię. Już siedzi na relingu. Odwraca głowę w moją stronę. Jako ptak jest czarny jak noc, ma sterczące, prostokątne uszy, długi, zakrzywiony dziób i ogon jak strzała. Gdy kiwam głową, wzbija się w niebo i rusza za złotym sokołem. Idę w ich ślady. Docieramy do granicy nieba, dalej znajdują się bramy, które Malachi musi pokonać. Najtrudniejsze zadanie jeszcze przed nim.

Lecimy za nim, póki czar, za pomocą którego przemienił się w sokoła, nie ustępuje. Ląduje przed Bramą Ciemności i odzyskuje ludzką postać. Tej bramy strzegą dwa demony, które są pawianami. Szkoda, że nie zapytałem go o ich imiona. Część z nich zna, ale powinienem był się upewnić. Jeżeli je zapomniał, jeżeli wymieni je w niewłaściwej kolejności, rozszarpią jego duszę na strzępy. Set posyła mi pytające spojrzenie. Zaciskam usta.

Nie możemy wtrącać się we wszystko. Co innego uratować duszę dziecka, a co innego dorosłego mężczyzny. Nie możesz łamać wszystkich praw.

Niby od kiedy interesują cię nasze prawa? Jeżeli chcesz, możesz to wszystko wytłumaczyć Nefertari – odpowiadam ostro.

Malachi przez dłuższą chwilę przygląda się im badawczo. Pawiany podskakują nerwowo. Nie mogą się doczekać, by się na niego rzucić.

– Proszę o prawo wejścia – mówi powoli. – O Nasłuchujący – dodaje z wahaniem i patrzy pierwszemu pawianowi w oczy.

Oddycham z ulgą. Jedno skrzydło bramy uchyla się. Jeżeli zwróci się także do drugiego pawiana właściwym imieniem, wyjdzie zwycięsko z pierwszej próby.

– Przybyłem, by oddać cześć Ozyrysowi, o Wielopostaciowy – mówi ostrożnie.

Set uśmiecha się pod nosem, gdy uchyla się także drugie skrzydło bramy. Za nią rozciąga się ogromne jezioro. Po jego powierzchni tańczą płomienie. Malachi cofa się odruchowo, ale Wielopostaciowy z uśmiechem pcha go do przodu. W Duat nie można zawrócić.

– Woda pali grzeszników i oczyszcza sprawiedliwych – tłumaczy Nasłuchujący.

W jego ustach brzmi to tak, jakby nie mógł się doczekać, aż dusza Malachiego spłonie.

On jednak z wahaniem podchodzi do brzegu i zatrzymuje się. Żar jest nie do wytrzymania.

– Możesz się znowu przemienić – szepcze Set tak cicho, że demony go nie słyszą. – Jeżeli znasz odpowiednie zaklęcie.

– Wybieraj mądrze – dodaję. – Masz tylko jedną szansę.

Malachi nabiera powietrza w płuca i zaczyna:

Jestem czystością, która przychodzi z ziemi.

Przyznajcie mi miejsce w Krainie Umarłych.

Pozwólcie znaleźć się przed obliczem Pana Wieczności!

Jestem kwiatem lotosu,

który narodził się za świetlistego blasku.

A czas jest tysiąckrotny.

Ledwie wypowiedział zaklęcie do końca, a już przemienił się w kwiat lotosu, który opada na powierzchnię wody. Nie mógł dokonać lepszego wyboru, chociaż wobec płomieni w pierwszej chwili wydaje się to nierozsądne. Jednak przed nim jeszcze kilka prób, a każdego zaklęcia może użyć tylko raz. Płomienie ustępują przed białym kwiatem, który pozwala, by podwodny prąd zaniósł go na drugą stronę.

– Ktoś mniej odważny wybrałby inną postać – zauważa Set. – Naprawdę uważasz, że w ogóle potrzebuje naszej pomocy? Czy zawracamy?

– Przed nim jeszcze sześć bram i wzgórza. Jeżeli chcesz, możesz wracać.

– Wybieram się do brata – przypomina mi. Obaj wiemy, że to kłamstwo.

Od tej chwili towarzyszymy duszy Malachiego w pewnej odległości. Bez problemu identyfikuje strażników kolejnych czterech bram. Gdy dociera do wzgórz, przekształca się w feniksa i tym samym z łatwością omija niebezpieczeństwa czyhające wśród pagórków. Z każdą milą rosną mój spokój i nadzieja. Z największą przyjemnością opowiedziałbym Nefertari, jak mądrze i odważnie jej brat pokonuje kolejne przeszkody, i przede wszystkim, z jaką ulgą pozbył się ludzkiej powłoki. Powłoki, która przyniosła mu tylko ból i cierpienie. W Królestwie Błogosławionych będzie wolny. Właśnie w tej chwili pokonuje przedostatnią bramę. Stąd już naprawdę blisko do sądu Ozyrysa. Do tego stopnia pogrążyłem się w rozmyślaniach na temat tego, jak będę jej o tym opowiadał, że mojej uwadze uszło niebezpieczeństwo zbliżające się do Malachiego.

– Azrael! – wrzeszczy Set, ale w tym momencie atakuje go horda demonów. Zmory piaskowe. Mieszkają w dwunastu sąsiednich jaskiniach i zakradły się niezauważone. Ich ciała mają kolor piasku, przez co są niemal niewidzialne. Malachi uskakuje z krzykiem, gdy wieloręki potwór rzuca się na niego.

Błyskawicznie wchodzę w lot nurkowy, chwytam dwa cuchnące demony, odrywam od niego. Malachi zatacza się do przodu.

– Biegnij! – wrzeszczę, zanim szponiaste łapska zaciskają się na moim gardle.

Set chwyta za miecz, obcina głowę napastnikowi. Lepka jadowicie żółta substancja pryska na wszystkie strony, z sykiem wypala dziury w mojej skórzanej kamizelce. Sapię głośno, chwytam łapę potwora, ale dopiero po dłuższej chwili puszcza moją szyję z obrzydliwym mlaśnięciem. Set ciska mi swoją broń i jednocześnie przeszywa włócznią dwa demony. Zabijam trzy kolejne, a pozostałe wycofują się z sykiem i pomrukami. Pozbawiliśmy je kolacji. Na szczęście widzę, jak Malachi zmierza do Sali Dwóch Prawd. Zanim jednak tam dojdzie, tuż przed nim ląduje czarny kruk.

– Cholera – mamroczę.

Jeszcze tego brakowało. Wygląda na to, że dosłownie wszystkie demony świata umarłych ostrzą sobie na niego zęby. Ścieram pot z czoła, natychmiast jednak pojawia się ponownie.

– Delikatnie mówiąc. – Set i ja jednocześnie wzbijamy się w powietrze.

Gebga to sługa umarłych. Chce uwieść Malachiego. Musimy go uprzedzić, inaczej wszystko stracone. Nie zwracam uwagi na to, czy Set jest za mną, tylko najszybciej, jak to możliwe, lecę do wielkiej sali. Dolina nie jest równie ponura, jak pustynia i wzgórza, które mamy za sobą. Na łące, otaczającej Salę Dwóch Prawd, stoi suto zastawiony stół. Czarny kruk przysiadł na jego skraju, a Malachi wyciąga dłoń po winogrono. Widzę błysk w jego oczach. Jest głodny i spragniony, ale nie wie, że tak naprawdę wcale tego nie czuje. To tylko magia Gebgi, która ma sprawdzić, że zje coś ze stołu.

– Nie! – wrzeszczę, składam skrzydła, opadam na Malachiego.

Przewracam stół i nagle wszystkie smakołyki stają się tym, czym są naprawdę: fekaliami i moczem. Gebga oddala się, przeklinając głośno, Set miękko ląduje obok mnie. Z trudem powstrzymuję grymas, gdy wstaję i ślizgam się w nieczystościach. Obrzydlistwo. Przez najbliższe sto lat nie pozbędę się tego smrodu. Zbiera mi się na wymioty.

– Mogłem się domyślić. – Malachi wygląda nie lepiej ode mnie. – Przepraszam.

Set jednak parska cichym śmiechem.

– Niejeden już nabrał się na kruka. Ciesz się, że Azrael nie jest wybredny. Jeśli o mnie chodzi, są pewne granice poświęcenia. – Wystarczy jeden ruch jego dłoni i obrzydlistwo, które mnie oblepia, znika bez śladu. – Na twoim miejscu później jednak wziąłbym prysznic – radzi mi.

– Dupek – mamroczę.

– Nie ma za co.

Malachi nie zwraca uwagi na nasze przekomarzania. Zbliża się do ostatniej bramy. Za nią rozstrzygnie się jego los.

– Puścimy cię tylko pod warunkiem, że wymienisz nasze imiona – informują strażniczki miękkimi głosami. Nie dają po sobie poznać, że zakatują go, jeżeli udzieli niewłaściwej odpowiedzi.

– Jesteście odważnikami historii Thota – odpowiada bez chwili wahania.

– Któremu bóstwu mamy cię zaanonsować? – pytają jeszcze przymilniej.

– Tłumaczowi Obu Krain.

Set cicho gwiżdże przez zęby.

– A któż jest tym tłumaczem? – Strażniczki zadają to pytanie z wyraźnym napięciem. Nic nie sprawia im większej radości niż klęska duszy niemal u celu. – Dobrze się zastanów, zanim odpowiesz.

– Jest nim Thot – odpowiada Malachi swobodnie. Ledwie to powiedział, brama staje otworem, odsłaniając salę. Strażniczki mamroczą gniewnie, bo muszą go przepuścić.

Bóg, o którym mowa, już czeka po drugiej stronie. Najpierw mierzy wzrokiem Malachiego, potem Seta i mnie. Dla zwykłego człowieka maska ibisa i jego długi, zakrzywiony dziób to nietypowy widok, ale na Malachim nie robi szczególnego wrażenia.

– Dlaczego przybyłeś?

Brat Nefertari osuwa się na kolana, skłania głowę.

– Panie czasu i Księżyca. Wszechwiedzący strażniku praw… Przybyłem, byś mnie zameldował.

– A jak przybywasz? – Thot kontynuuje rytualne przesłuchanie. Boska aura spowija go błyszczącą poświatą.

Ani Set, ani ja nie ruszamy się z miejsca. Tutaj nasze miecze i siły nie na wiele się zdadzą.

– Przybywam bez grzechu – zapewnia Malachi. – Stroniłem od kłótni, nienawiści i zemsty. Zapowiedz mnie temu, którego sklepieniem jest woda, którego murami są żywe kobry, którego posadzką jest ogień.

Głos Thota przypomina grzmot.

– O kim mowa?

Głos Malachiego brzmi tylko odrobinę niepewnie, poza tym w żaden sposób nie daje po sobie poznać strachu.

– O Ozyrysie.

Thot powoli kiwa głową z zadowoleniem.

– Wejdź. Zostałeś zapowiedziany. Stań twarzą w twarz z bogami, którym służyłeś na ziemi.

Malachi wstaje, odwraca się do mnie. Na jego twarzy maluje się niepokój. Udało mu się dotrzeć aż tutaj i nie wątpię, że da sobie radę także przed Ozyrysem. Skinieniem dodaję mu otuchy, a potem wchodzimy do wielkiej sali.

Inaczej niż za mojej poprzedniej bytności – dzisiaj zebrało się tu mnóstwo bogów. Rozeszła się wieść, że do bram zbliża się dusza. Ostatnimi czasy rzadko której udaje się dostać tak daleko.

Dwa pomniejsze bóstwa taszczą fotel, stawiają go obok Ozyrysa. Ten macha do mnie.

– Zostaniesz z Malachim? – zwracam się do Seta. Nie mogę odmówić zaproszenia Ozyrysa.

– Zdajesz się na mnie, bym go bronił przeciwko własnym braciom i siostrom, jeżeli nie udzieli zadowalających odpowiedzi na ich pytania?

– Na bezrybiu i rak ryba.

Oczywiście Set nie musi chronić Malachiego, a jednak to zrobi. Choćby po to, żeby zagrać Ozyrysowi na nerwach. Bracia nigdy się nie lubili, i to nie tylko wina Seta. Ozyrys jest zadufany i zarozumiały. Nikt z odrobiną zdrowego rozsądku nie chciałby mieć takiego brata. Niestety rodziny się nie wybiera. W przeciwieństwie do przyjaciół.

– Idź spokojnie – odpowiada Set krótko. – Zostanę przy nim.

– Dzięki.

Pozostałe bóstwa przyglądają mi się ciekawie i szepczą między sobą. Idę do Ozyrysa. Naprawdę trudno o bardziej plotkarski gatunek.

– Berło powróciło. – Od razu przechodzi do rzeczy. – Bardzo dobrze. Obaj z Izrafilem wiedzieliśmy, że je znajdzie.

„Bardzo dobrze” to mało powiedziane i on doskonale o tym wie.

– Powinniśmy porozmawiać z nią o pozostałych insygniach.

– Czy Thot maczał palce także w ich zniknięciu? – pytam nieco ostrzej, niż zamierzałem.

Ozyrys pochyla się do mnie.

– Thot jest trochę nie w sosie – informuje mnie. – Sądził, że przywrócą ci dawną pozycję dopiero wtedy, gdy odzyskasz arkę i wszystkie insygnia, ale najwyraźniej berło było innego zdania.

– I wyładuje swój gniew na Malachim?

– Na chłopaku nie, prędzej na dziewczynie. – Przy tej niezawoalowanej groźbie uważnie mnie obserwuje. Nie daję niczego po sobie poznać. – Kto wie, co mu chodzi po tej mądrej głowie? – Czy Ozyrys chce tym samym powiedzieć, że nie darzy Thota zaufaniem? Oczywiście ta sprawa z pasem śmierdzi na odległość, ale z drugiej strony Thot nigdy nie postąpiłby wbrew woli Ozyrysa. – Wygląda na to, że znowu dogadujecie się z Setem. – Jego twarz wykrzywia fałszywy uśmiech. – Po tylu latach chyba wreszcie zaakceptuje swoje miejsce w szeregu, prawda?

Pod batem brata? Czyżby Ozyrys łudził się, że zesłanie złamało Seta? Nawet przez sekundę w to nie wierzę.

– Po prostu było nam po drodze.

Ozyrys unosi brew.

– Miejmy te próby za sobą. Powiedz, człowiecze, grzeszyłeś?

Rozmowy milkną. Bogowie koncentrują się na Malachim. Widywałem ten spektakl częściej, niżbym chciał, ale nigdy nie wiem, co bardziej przypadnie im do gustu: przesłuchanie niewinnego czy grzesznika. Wszystko zależy od ich humoru i nieco przypomina spektakle w rzymskim Koloseum za czasów cezara Nerona.

Malachi odpowiada:

– Nie popełniłem przestępstwa i nigdy świadomie nie kłamałem. Pozwól mi służyć tobie, Ozyrysie. Będę cię wielbił, będę walczył z twoimi wrogami i u boku Horusa pójdę dla ciebie na wojnę.

Ozyrys bardzo z siebie zadowolony kiwa głową i gestem daje znać Maat, by czyniła swoją powinność. Anubis spieszy jej z pomocą, przynosi wagę. Bez słowa ostrzeżenia Maat wsadza dłoń w klatkę piersiową Malachiego i wyjmuje jego serce. Jemu nawet nie drgnie powieka. Dopiero gdy Ammit wstaje, brat Nefertari wzdryga się lekko. Bestia przekrzywia krokodyli łeb, z ostrych kłów jad sączy się na lwie łapy.

Maat wyjmuje pióro z włosów i kładzie je na szali wagi. W drugiej ląduje serce Malachiego. Przez dłuższą chwilę waga się chwieje, raz na jedną, raz na drugą stronę, aż wreszcie szalka z piórem zdecydowanie opada. Ciszę przerywa tylko skrzyp pióra Thota, gdy zapisuje wynik.

– Oto serce wolne od grzechu – oznajmia głośno i wyraźnie. – Przed wami stoi człowiek sprawiedliwy.

Zebrani wybuchają radością. Służący przynoszą piwo, chleb i owoce. W tym zgiełku wstaję, podchodzę do Malachiego, który wydaje się nieco zagubiony.

– Udało ci się. Nefertari będzie z ciebie dumna. I bardzo szczęśliwa. – Obaj wiemy, że to ostatnie jest kłamstwem.

Izyda fatyguje się do nas. Uważnie przygląda się Malachiemu. Ten pokornie pochyla głowę.

– Możesz zdecydować, jak spędzić wieczność. Jeżeli chcesz, zabiorę cię do Ra. Chciałby mieć w tobie towarzysza słonecznych podróży.

– Najpierw wolałbym odwiedzić rodziców w Królestwie Błogosławionych – odpowiada ostrożnie. – Jeżeli tam są. Potem bardzo chętnie będę służył Ra.

Set chrząka cicho. Nie zauważyłem, kiedy do nas podszedł. Nikt nie sprzeciwia się propozycji Izydy. Malachi zdaje sobie z tego sprawę, a jednak miał dość odwagi, by to zrobić.

– Dobrze. To twoja decyzja – odpowiada naburmuszona. – Osobiście cię do nich zaprowadzę.

– Wielkie dzięki. A zatem już czas. – Malachi zwraca się do mnie: – Musimy się pożegnać.

– Dobrze walczyłeś. – Podaję mu rękę, obejmuję krótko.

– Powiedz mojej siostrze, że ją kocham, i pamiętaj, co mi obiecałeś. Nie rób jej nadziei na coś, czego nie możesz jej dać. Wystarczy, że ja popełniłem ten błąd.

– Masz moje słowo. Powodzenia. – Odwracam się i odchodzę. Set nie idzie za mną, a gdy się za nim rozglądam, widzę go u boku Ozyrysa. Nadal nie wiem, dlaczego pomógł mi chronić Malachiego, ale dobrze było mieć go po swojej stronie.

– Jeszcze słówko – słyszę w głowie głos Ozyrysa i zatrzymuję się w pół kroku. – Namówisz dziewczynę, by odszukała także pozostałe insygnia.

Odwracam się gwałtownie.

– Nie! – krzyczę w odpowiedzi.

Nawet na mnie nie patrzy, dalej gawędzi z Setem. W każdej chwili mogę wyrzucić jej brata z Królestwa Błogosławionych, jeżeli właśnie tego pragniesz. Nie bądź też zbyt pewny swojej pozycji. Jeżeli zaryzykujesz jeszcze raz, stracisz ją na zawsze.

Wiedziałem, że jest niewiele lepszy od brata. Żmije z tego samego gniazda. Najchętniej zawróciłbym i rozwalił mu łeb. Jak śmie mi grozić? Zapewne świadomość, że w Radzie znowu zasiadają czterej archaniołowie, a miejsce Chaaca od setek lat zieje pustką, jest mu solą w oku. Czterech archaniołów, trzech bogów i jedna dżinka – tym samym bogom będzie o wiele trudniej forsować swoje interesy. Właśnie dlatego wtedy zażądał, bym stracił miejsce wśród Aristoi. A także dlatego, że przyjaźniłem się z Setem. Powinienem teraz przypomnieć mu, kim jestem.

Opanuj złość – wtrąca się Set. Jednocześnie czuję na sobie spojrzenia Izydy i Thota. To królestwo Ozyrysa, zapewne moje szczątki pokryłyby podłogę tej sali, zanim w ogóle do niego dotrę. Zapłaci za tę groźbę, ale nie tu, nie teraz. Malachi miał rację. Muszę chronić Nefertari przed moimi bliźnimi. Zasłużyła na coś więcej niż bycie naszą zabawką.

Nieprawda, że Malachi nie żyje. To niemożliwe. Tylko dzięki tej myśli trzymam się na nogach, gdy w towarzystwie Kimmy wchodzę do budynku lotniska. Prowadzi mnie przez kontrolę paszportową, Horus i Set odbierają nasze bagaże. Ściskam telefon tak mocno, że aż boli mnie ręka. Co chwila zerkam na ekran, jakbym podświadomie liczyła, że dzięki temu wiadomość od Harolda zniknie.

Stało się. Wyruszył w dalszą podróż. Wracaj do domu. Tak bardzo mi przykro.

Wyruszył w dalszą podróż? Jeżeli tym sposobem chciał delikatnie poinformować mnie o śmierci Malachiego, poniósł sromotną klęskę. Ciotka Fiona i wuj George także do mnie napisali, ale boję się otworzyć wiadomości od nich.

Niemożliwe, że mój brat nie żyje. Zawarłam umowę z Azraelem i dotrzymałam mojej części. Jakaś ważna myśl usiłuje przebić się na powierzchnię z podświadomości, ale ilekroć staram się ją pochwycić, znika ponownie. Chodzi zapewne o to, że czuję się, jakby Maat osobiście wyrwała mi serce z piersi, żeby spoczęło na tej jej cholernej wadze. Zrobiłabym wszystko, by zamiast Malachiego stanąć przed sądem bogów. Nie dlatego, że wyobrażam sobie, że moje serce waży mniej niż jego, nie. Po prostu chciałabym, żeby spędził więcej czasu wśród żywych. Nigdy nawet nie zdążył pokochać kobiety. Chciałabym, żeby miał dzieci, żeby mógł spełnić swoje marzenia. Tymczasem ostatnie lata życia spędził przykuty do łóżka, skazany na to, że żyłam za nas dwoje. Jak lunatyczka podążam za Kimmy do samochodu, który przysłał po nas wuj George.

Wsiadam. Ktoś przykrywa mi nogi kocem.

– Ty drżysz. – Set kładzie mi dłoń na policzku i nagle czuję ciepło. Niestety nie dociera do serca. Jest lodowate.

– To nieprawda, że on nie żyje, tak?

W odpowiedzi Set odgarnia mi kosmyk z twarzy. Fakt, że zajmuje się mną on, a nie Azrael, dowodzi, że anioł usiłuje wszystko naprawić. Coś poszło nie tak. Z wdzięcznością kiwam głową. Set zatrzaskuje drzwiczki i limuzyna rusza z miejsca. Muszę zaufać Azraelowi. Znalazłam berło światła. Kochaliśmy się, i to nie jeden raz. Wie, ile Malachi dla mnie znaczy. Wie, że jest wszystkim, co mam. Bez brata… Szloch podchodzi mi do gardła, ale przełykam go, zagryzam dolną wargę. Kimmy bierze mnie za rękę i ściska leciutko. Ma brata, a on nie potrafi docenić swojej siostry. Dlaczego on żyje, a mój umarł? To okrutna, niedobra myśl. Zaczynam bać się samej siebie.

Reszta drogi upływa jak we mgle. Kurczowo czepiam się nadziei, że to wszystko jedna wielka straszna pomyłka. Wszystko inne jest niedopuszczalne. Dlatego biorę się w garść i poszukam wyjaśnienia dla nagłego wyzdrowienia Malachiego, gdy tylko Azrael sprowadzi jego duszę z powrotem. Mój brat nie będzie pierwszym, którego niechcący uznano za zmarłego.

Kiedy docieramy do Pixton Park, jest już ciemno, ale od głównego wejścia bije światło. Wuj George, ciotka Fiona i Harold czekają na progu. Wszyscy ubrani na czarno. Ciotka ma oczy czerwone od łez. Wuj George nagle się postarzał, a Harold jest co prawda nieskazitelnie ubrany, jak zawsze, ale nawet on nie panuje nad rozpaczą w oczach. Ciotka Fiona obejmuje mnie i zaczyna szlochać. Czule gładzi mnie po plecach. Cały czas nie pozwalam sobie uwierzyć w niewyobrażalne.

– Mogę do niego iść? – Głos mi dygocze, gdy zwracam się do Harolda i wyzwalam z objęć wujostwa.

W środku jestem jak otępiała. Staram się niczego nie czuć: ani nadziei, ani rozpaczy. Muszę to wszystko ogarnąć. Zawsze wszystko ogarniam. Na tym polega moje zadanie.

Lokaj obejmuje mnie ramieniem, prowadząc korytarzem na piętrze. Panuje taka cisza, jakby wszystkie przedmioty pogrążyły się w żałobie.

– Zasnął spokojnie – mówi Harold cicho. – Niedługo po tym, jak otrzymał twoją wiadomość.

– Byłeś przy nim, kiedy… – Nie jestem w stanie wypowiedzieć tych słów na głos.

Potwierdza ruchem głowy.

– Ja i Selket. I wujostwo. Nie był sam.

Zaciskam usta. Tutaj było moje miejsce. Właśnie tutaj, nigdzie indziej.

– Uśmiechał się. Był z ciebie bardzo dumny. Zresztą zawsze tak było. Najbardziej na świecie pragnął twojego szczęścia.

Słowa, które miały mnie pocieszyć, niemal doprowadzają mnie do łez. To jednak oznaczałoby, że godzę się z jego śmiercią, a tego nie zrobię.

– Wiem. – Głos mi się łamie, bo jednocześnie otwieram drzwi.

Chcę do niego pójść, a jednak cofam się o krok. Otacza mnie zimne powietrze. Przez chwilę nie jestem pewna, czy dam radę to zrobić. Tak dobrze znam to pomieszczenie, a jednak teraz panuje tu zupełnie inna atmosfera niż podczas wszystkich innych moich powrotów. Ciemność rozjaśnia tylko kilka świec. Nie została ani odrobina życia. Wyczuwam śmierć, muska moją twarz i dłonie delikatnym powiewem. Niepewnym krokiem podchodzę do łóżka, na którym leży ciało Malachiego. Harold zamyka za nami drzwi. Zbieram wszystkie siły, by nie osunąć się na stary perski dywan i nie zwinąć w kłębek. Popiskiwanie Selket ostatecznie łamie mi serce. Przede mną leżą zimne zwłoki mojego brata. Suka czuwa przy nim, nawet na sekundę nie odrywa od niego wzroku. Harold już umył Malachiego i włożył czyste ubranie. Włosy w odcieniu popielatego blondu są starannie zaczesane, okulary czekają na nocnym stoliku. Brat wygląda, jakby spał. Jest niemal równie biały jak prześcieradło. Ujmuję jego zimną dłoń, gładzę suchą skórę, siadam na skraju łóżka, kładę dłoń na policzku. Muszę go ogrzać. Nie może być taki zimny, kiedy Azrael przyprowadzi z powrotem jego duszę. Szkoda, że Harold go nie przykrył. Dlaczego nie udzieliłam mu dokładniejszych wskazówek? Dlaczego nie ustaliłam z Azraelem, jak się zachować w tej sytuacji? Zamiast się z nim całować i spać, powinnam była go wypytać, co robić. Pięść zaciska się na moim sercu. Czego nie dopilnowałam? Gdzie on jest? Dlaczego to tyle trwa? Wyjmuję z szafy ciepły koc, okrywam Malachiego. A potem mierzwię mu włosy i czekam. Ciekawe, czy zobaczę powracającą duszę, czy najzwyczajniej w świecie mój brat otworzy oczy? Jego dusza na pewno jest przepiękna. Uśmiecham się do tej myśli. Mijają godziny, a nic się nie dzieje. Ja jednak nie tracę nadziei. Azrael mi obiecał. Ufam mu.

Za oknem budzi się świt. Sięgam po telefon Malachiego, leżący na nocnym stoliku. Oczy mnie pieką. Nie zamknęłam ich ani na chwilę, bo nie chciałam przegapić momentu jego powrotu. Świece już zgasły, blade światło poranka obnaża przede mną to, czego nie chciałam przyjąć do wiadomości. Na łóżku leży ciało bez życia. Skorupa, która nie ma już nic wspólnego z moim bratem. W którymś momencie w nocy Harold przyniósł mi herbatę i ciastka, ale ich nie tknęłam. Odblokowuję komórkę, odnajduję numer Azraela. Słyszę kolejne sygnały. Nie odbiera. Czekam, aż włączy się poczta głosowa.

– Az? – Mój głos brzmi całkiem obco. – Gdzie jesteś? Wszystko w porządku? Coś się stało? – Oczekuję chwilę, a potem się rozłączam.

Ponieważ przepełnia mnie bezradność, wysyłam mu tę samą wiadomość w formie tekstowej, ale widzę tylko jeden ptaszek. Nie dostarczono. Usiłuję się skoncentrować, mimo coraz gęstszej mgły w głowie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo jak teraz potrzebowałam czyjejś obecności. Chcę, żeby Azrael był przy mnie. Żeby mnie objął, wyjaśnił, dlaczego nasz plan nie zadziałał. Rozpaczliwie pragnę jego otuchy.

Kimmy musi zadzwonić do Horusa. Może Azrael potrzebuję pomocy. Może Ozyrys nie chce uwolnić duszy Malachiego. Może Apophis pochwycił ją w swoje szpony. Nie mogę stracić jeszcze także Azraela. Nie spodziewaliśmy się, że Malachi umrze, gdy siedzieliśmy w samolocie. To zapewne wszystko bardzo skomplikowało.

Drzwi stają otworem. Do pokoju wchodzi ciotka Fiona. Czule gładzi Malachiego po włosach.

– To był taki dobry chłopiec – szepcze. Łzy kapią na prześcieradło. – Na pewno padasz z nóg. Powinnaś się przespać. Najbliższe dni będą i bez tego bardzo trudne. Zajmiemy się wszystkim.

– Muszę zostać przy nim. Przyślesz do mnie Kimmy? I niech przyniesie moją komórkę. Chyba została gdzieś w samochodzie.

– Oczywiście. – O dziwo nie pyta, po co mi telefon. Nie spodziewałam się, że mogłabym się bać czegoś bardziej niż śmierci Malachiego, ale w miarę upływu czasu coraz bardziej martwię się o Azraela. Archaniołowie odzyskali berło. Co teraz, gdy już nie jest im potrzebny? Może widzą w nim rywala. Izrafil nie budzi specjalnej sympatii, nie mam pojęcia, co Dante w nim widzi. Zrobili mu coś? Czy to przez nich nie zdołał ponownie sprowadzić na ziemię duszy Malachiego?

Rozlega się ciche pukanie. Kimmy zanosi się płaczem, widząc Malachiego na posłaniu. Wstaję, obejmuję ją. Wczoraj pozwoliłam, by się mną zajęła, ale dzisiaj znowu muszę być silna. Walka o brata jeszcze nie dobiegła końca, nawet jeżeli osobiście będę musiała udać się do Ozyrysa. Kimmy ociera łzy z policzków.

– Twoja komórka.

Odblokowuję ekran. Liczę na wiadomość od Azraela, ale czeka mnie zawód. Nie odezwał się do mnie żaden z nieśmiertelnych. Można by niemal pomyśleć, że minione dni to tylko sen.

Egipcjanie wierzą, że człowiek składa się z sześciu elementów. Trzy z nich to części śmiertelne: powłoka cielesna – chet, imię – ren, i cień – szut. Natomiast trzy aspekty duchowe, nieśmiertelne to: ka, które w zaświatach dba o pożywienie, ba, część serca, która po śmierci opuszcza zwłoki, może jednak wrócić, jeżeli rozpozna swoje ciało. W tym celu należało zachować je w jak najlepszym stanie i stąd ogromne wysiłki, które Egipcjanie wkładali w mumifikację. Ba oznacza jednak także osobowość danej jednostki i za dnia mogła ona odwiedzać żywych pod postacią ptaka. Jeżeli ka i ba umierały ostatecznie, łączyły się w ach i dopiero wówczas nieśmiertelna dusza wędrowała do królestwa bogów. Niektórzy Egipcjanie posuwali się dalej, twierdzili, że najczystszej próby ach staje się gwiazdą. Nie pozwolę, by do tego doszło w przypadku Malachiego. Zasłużył na coś więcej niż to krótkie życie.

Kimmy szlocha coraz ciszej.

– Gdybyśmy znaleźli berło choć jeden dzień wcześniej… Zdążyłabyś go jeszcze zobaczyć. Zdążyłabyś się pożegnać. – Milknie nagle. – Sama nie wiem, co powiedzieć.

Nie, nie zdążyłabym się pożegnać, bo nie brałam pod uwagę, że Malachi… Bezsensowne myśli. Przeszłości nie zdołam zmienić, natomiast przyszłość tak.

– Horus się odzywał?

– Tak. – Energicznie kiwa głową. – Pytał, czy mi czegoś potrzeba. Żałuję, że z nami nie przyjechał.

– Wspominał coś o Azraelu? – dopytuję zniecierpliwiona.

Zaprzecza ostrożnie i pyta:

– Jak myślisz, spotkamy się z nimi jeszcze kiedyś?

– Nie wiem – odpowiadam spięta. – Napisz mu, że Azrael musi się do mnie odezwać. To ważne. Zrobisz to?

– Oczywiście. Może przyjadą na pogrzeb. Byłoby miło z ich strony, nie sądzisz?

Miło? Ona mówi poważnie? Nie będzie żadnego pogrzebu.

– Proszę, napisz do Horusa.

Zabrzmiało to tak, jakbym ją odprawiała, i tak jest w rzeczywistości. Nie mam siły, by brać się w garść. Chcę coś zniszczyć, tak samo, jak świat niszczy mnie. Jak niszczy wszystko, co cokolwiek dla mnie znaczy. Może nie zasłużyłam na nic lepszego. Nie jestem dobrym człowiekiem. Nie powinnam odpychać Kimmy, ale w tej chwili nie mam do tego głowy. Z najwyższym trudem panuję nad sobą.

Wychodzie ze łzami i jeszcze bledsza, niż gdy tu wchodziła. Gdyby Malachi to widział, dostałabym niezły ochrzan. Zawsze był o wiele bardziej wyrozumiały ode mnie.

Co jest?, piszę, ledwie zamknęły się za nią drzwi. Odezwij się. Proszę. Martwię się. Dwa szare ptaszki. Przynajmniej dostał wiadomość. Nie mam pojęcia, czy ją przeczyta. Mimo to wysyłam jeszcze jedną i następną. Tyle, aż drętwieją mi opuszki palców. A potem zwijam się w kłębek u stóp łoża. Często tu leżałam, czekając, aż Malachi się obudzi. Czuwałam nad jego snem. Selket, który od wielu godzin niemal nieruchomo trwała na posadzce, wskakuje na posłanie i układa się obok mnie. Dopiero ciepło jej ciała uświadamia mi, jak bardzo zmarzłam. Dygoczę, a nawet tego nie zauważyłam. Kiedy dotyka łapą mojego biodra, poddaję się. Tak to zapewne wygląda, gdy pęka tama. Zanoszę się płaczem, nie mogę przestać. Mój brat nie żyje od prawie dwudziestu czterech godzin. Azrael nie przyszedł. Nie sprowadził z powrotem duszy Malachiego. Mój brat już się nie obudzi. Nie tym razem. Płaczę tak bardzo, że czuję ból w klatce piersiowej. Coś musiało się stać, że anioł nie zdołał dotrzymać przyrzeczenia. Jeżeli on do mnie nie przyjedzie, ja pojadę do niego. To musiało być coś strasznego. Co innego nie pozwoliłoby mu zjawić się przy mnie? Odezwać się? Połączyło nas coś wyjątkowego i nie chcę z tego rezygnować. Jeszcze nie.

Leje jak z cebra, gdy pokonuję kolejne mile. To nierozsądne, by w takim stanie emocjonalnym jechać przez jesienną ulewę, bo chociaż jeszcze nie ma południa, otacza mnie ciemność. Wycieraczki ledwie sobie radzą z nawałnicą. Niełatwo było niepostrzeżenie wymknąć się z domu, skombinować kluczyki i wyjechać. Teraz sama już nie wiem, czy to był naprawdę dobry pomysł. Samochód miota się na wszystkie strony na śliskim asfalcie, z najwyższym trudem udaje mi się nad nim panować. Zaciskam dłonie na kierownicy i usiłuję trzymać się jednego pasa. Zmęczenie spowalnia reakcję, już kilka razy niemal zjechałam z szosy. Powstrzymuję łzy, bo jeżeli znowu zacznę płakać, będę musiała się zatrzymać, a tego nie chcę. Chcę do Azraela. Potrzebuję go. Niełatwo mi to przed sobą przyznać, ale sama nie uporam się ze stratą. Na pewno jest jakieś logiczne wytłumaczenie, dlaczego nie zdołał ocalić Malachiego. Im dłużej jadę, tym bardziej boję się, co mnie czeka, ale kiedy zatrzymuję się przed jego domem w Belgravii, lęk znika. Ze względu na mrok na zewnątrz w większości okien palą się światła. Przepełnia mnie ulga. Bez względu na to, co od niego usłyszę, sam fakt, że będę przy nim, odrobinę wszystko ułatwi.

Wysiadam, biegnę do drzwi wejściowych. To nieduży dystans, ale wystarczy, bym przemokła do suchej nitki.

Włosy oklejają mi twarz. Ocieram krople z policzków. Pukam do drzwi.

Chwilę trwa, zanim Enola otwiera. Wolałabym zobaczyć Horusa. Jej przerażone, pogardliwe spojrzenie to kiepskie powitanie. Liczyłam na ogień na kominku, gorącą herbatę, ciepły koc i przyjazne objęcia.

– Dlaczego nie jesteś w Somerset? – szepcze. Na jej twarzy maluje się niepewność. – Przyjechałaś sama? W taką pogodę? W twoim stanie?

– Jest Azrael? – odpowiadam pytaniem. – Coś mu się stało? – To ostatnia osoba, przed którą chcę zdradzić, jak bardzo go teraz potrzebuję.

– Jest… na dole. W pokoju gier – mówi po chwili wahania. – Ale nie powinnaś…

Zanim zdąży mnie powstrzymać, mijam ją i oddycham z ulgą, że nie protestuje. Po raz ostatni byłam tam, gdy znaleźli zamordowanego posłańca.

Gorączkowo pokonuję stopnie. Im bliżej pokoju, w którym odkryliśmy wskazówkę schowaną na skórzanym pasku, tym bardziej odczuwam niepokój w żołądku. Co zaraz zobaczę? Kolejne zwłoki? Odpowiedź na to pytanie poznaję szybciej, niżbym chciała. Ledwie otwieram drzwi, otacza mnie dym papierosowy i głośny śmiech. Staję jak wryta. Akurat w tej chwili długonoga blondynka w niewiarygodnie krótkiej spódniczce pochyla się nad stołem bilardowym i beztrosko uderza kijem w kulę. Poznaję ją dopiero, gdy się prostuje i odwraca do mnie. To jedna z przyjaciółek Adriany, które nie tak dawno towarzyszyły jej w barze hotelu Rosewood. Azrael śmieje się beztrosko, ale milknie na mój widok. Z trudem przełykam ślinę. Siedzi w wygodnym fotelu z szeroko rozsuniętymi nogami, ma na sobie tylko spodnie i jedwabny szlafrok w orientalny wzór, rozchełstany pod szyją tak, że widać tatuaże na jego klatce piersiowej. Zaledwie wczoraj go tam dotykałam. Ma zmierzwione włosy. Za nim stoi Adriana i zaborczo trzyma dłoń na jego barku.

Przyglądam się jej bez słów. Całe moje ciało skuwa lód. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego. Czy to ten sam mężczyzna, który zaledwie kilka godzin temu tulił mnie i składał obietnice? Mężczyzna, któremu chciałam powierzyć moje serce i życie? Mrugam, ale nic się nie zmienia. To nie fatamorgana w bezkresie pustyni, to rzeczywistość. W środku rozpadam się na kawałki. Nie wiedziałam, że coś może boleć jeszcze bardziej. A jednak. Moje serce przeszywa ból, jakby ktoś wbił w nie sztylet. Miałam nadzieję, że gdzieś tam walczy o powrót duszy Malachiego. Bałam się o niego. Umierałam ze strachu, że obietnica, którą mi złożył, ściągnęła na niego niebezpieczeństwo… Nie mieści mi się w głowie, że mogłam być tak głupia i naiwna. Nagle widzę wszystko z przerażającą jasnością. Nigdy nie zamierzał mi odpisać, przyjechać. Po prostu spełniłam mój obowiązek. Już nie jestem do niczego potrzebna. Aniołowie odzyskali berło światła, Azrael znowu zasiada wśród Aristoi. Jeżeli wrócą na Atlantydę, zasiądzie wśród nich na tronie. Jakie znaczenie wobec tego ma jedno ludzkie życie? Jakie znaczenie ma moje życie? Moje szczęście? Żadne. Zero. Mam wrażenie, że ktoś ściągnął mi zasłonę z oczu i nagle widzę całą prawdę. Szkoda, że nie zrozumiałam tego wcześniej. Kiedy tak trwam w drzwiach, niezdolna się ruszyć, przypominam sobie, jak zatrzymał się w rękawie, gdy na lotnisku otrzymałam wiadomość o śmierci Malachiego. Nawet nie drgnął. Nie objął mnie, nie pocieszał. Wyszeptał tylko: „Bardzo mi przykro”, a ja mimo to ciągle liczyłam, że coś zrobi. Tylko że on nigdy nie zamierzał ocalić jego duszy. Wykorzystał mnie. Przez cały ten cholerny czas tylko się mną bawił. Przepełnia mnie wściekłość, gdy rozmiar jego zdrady w pełni do mnie dociera. Obietnica była przynętą, a ja byłam tylko rozrywką, może dlatego że Adriana nie poleciała z nami do Egiptu. Albo dlatego że tak łatwo mógł mnie mieć. Chwieję się, chwytam framugę. Kątem oka widzę, jak Horus robi krok w moją stronę, ale zatrzymuje się. Wbijam palce w drewno. Nie upadnę, nawet jeżeli mam wrażenie, że nogi lada chwila odmówią mi posłuszeństwa.

– Nefertari. – Azrael wypowiada moje imię, jakby zwracał się do nieznajomej. W jego głosie nie ma śladu ciepła i bliskości. Widzę tylko surowego, odpychającego nieznajomego. Pochyla się, krzyżuje ręce między kolanami. – Czego tu szukasz? Nie powinnaś być teraz wśród najbliższych?

– Powiedziałeś, że go uratujesz – rzucam drżącym głosem. Jeszcze nie jestem gotowa się poddać. – Zawarliśmy umowę, to miało być moje wynagrodzenie. – Mam w nosie, że w oczach kobiet wychodzę zapewne na wariatkę. W ogóle mnie nie interesują.

– Kłamałem. – Patrzy mi prosto w oczy. – Nie mógłbym dotrzymać tej obietnicy. Dusza sama decyduje o swoim losie. Ja jestem tylko jej towarzyszem. Malachi musiałby poprosić o dodatkowy czas, on jednak tego nie zrobił. Chciał odejść.

Słuchając tych słów, mam wrażenie, że w moich żyłach płynie lodowata woda, a nie krew.

– Więc dlaczego to w ogóle obiecałeś?

Horus opiera się o stół bilardowy. Jest boso, ma na sobie podarte dżinsy i pogniecioną koszulkę. Jego koczek jest tym razem związany byle jak, jego oczy przepełnia współczucie. Może sobie darować. W tej chwili go nienawidzę. Nienawidzę ich obu. Wiedzieli. Udawali moich przyjaciół, ale tak naprawdę nigdy nimi nie byli. Tylko Enola była szczera. Właściwie śmieszne, że akurat ona jako jedyna nieśmiertelna nigdy nie ukrywała pogardy wobec nas, ludzi.

Chociaż zaledwie przed chwilą byłam gotowa zrobić wszystko, by przypomnieć mu daną obietnicę, teraz nie chcę padać przed nim na kolana. Nie będę żebrała, będę żądała.

– Czyż to nie jest oczywiste?

Ze względu na berło. Żeby odzyskać berło, obiecałby mi gwiazdkę z nieba.

– Ale nasza umowa była wiążąca.

Znudzony unosi kieliszek do ust. Wino spływa do jego gardła. Gdybym miała przy sobie broń, poderżnęłabym je, ale w pośpiechu zapomniałam swojego noża. Oczy mu błyszczą, jakby wiedział doskonale, o czym myślę, i to go bawi.

– Jego dusza była gotowa odejść. Dałem mu czas. Miał czterdzieści dni, by poprosić o przedłużenie – tłumaczy powoli, jakby rozmawiał z upośledzonym dzieckiem. – Nie chciał tego. Nie chciał zostać.

– Kłamiesz.

Adriana przesuwa dłońmi po jego klatce piersiowej. Nie powstrzymuje jej, gdy wsuwa mu palce pod szlafrok. Wiadomo, czym się zajmą, gdy tylko się mnie pozbędą. Zbiera mi się na wymioty. Gdybym wcześniej cokolwiek zjadła, teraz zarzygałabym mu podłogę. Dlaczego w ogóle sądziłam, że moje pragnienia cokolwiek dla niego znaczą? Bo poszłam z nim do łóżka? Pewnie skręcał się ze śmiechu. Przede mną miał setki kobiet, po mnie będzie tak samo. Adriana to także jedna z wielu, nawet jeżeli jej się wydaje, że jest wyjątkowa, bo wybrał właśnie ją.

Przechwytuję kolejne współczujące spojrzenie Horusa. Enola chrząka cicho za moimi plecami, jakby dawała mi do zrozumienia, że powinnam wyjść. Tutaj nikt mnie nie chce. I rzeczywiście, nie zostało już nic do powiedzenia. Przegrałam. Straciłam wszystko.

– A zmieniłbyś zdanie, gdybym zdobyła pierścień i koronę? Wówczas oddałbyś mi jego duszę?

Zaszokowany podnosi wzrok, z jego twarzy znika lodowata maska. Mógłby to zrobić, wiemy o tym oboje.

– Chodziło tylko o berło – odpowiada po chwili wahania. – Już nie potrzebujemy twoich usług. Wracaj do domu. – Po raz pierwszy w jego głosie nie ma stuprocentowej pewności.

– Potrzebujecie wszystkich trzech insygniów, by wrócić. Pozwól, że spróbuję. – A więc jednak żebrzę i nawet się tego nie wstydzę.

– Bez brata nie dasz rady. Sama tak mówiłaś. – Odwraca ode mnie wzrok, odpycha chciwe dłonie Adriany, wstaje. – Wracaj do domu.

Niepotrzebnie mu zaufałam. Nie daruję mu, że złamał słowo. Brat był moją lepszą częścią, a teraz leży martwy i sztywny w swoim łóżku. Azrael ma rację. Malachi już nigdy nie pomoże mi w poszukiwaniu zaginionych przedmiotów. Nigdy więcej nie doda mi sił, nie wstawi się za mną. Był lepszym człowiekiem z nas dwojga. Cierpliwszym, czulszym, bardziej dalekowzrocznym niż jego naiwna młodsza siostrzyczka. Jak sobie bez niego poradzę? Po co właściwie mam rano wstawać i walczyć?

– Opłakuj brata jak należy, a potem…

To polecenie sprawia, że tracę panowanie. Odrywam się od drzwi, wystarczą trzy kroki, bym znalazła się przy nim. Nie ma śladu po moich zmęczeniu i rozpaczy. Nigdy nie uważałam się za osobę mściwą, i to był błąd. Prawdę o sobie poznaje się w najtrudniejszych chwilach życia. Kolejne słowa ranią mi gardło, jakby rozrywały je papierem ściernym, a jednak je wypowiadam:

– Być może Malachi był gotów na przejście na tamten świat. Być może chciał odejść. Ale ja nie byłam gotowa na to, by go stracić. Obiecałeś mi coś i dlatego teraz ja także coś ci obiecam. – Nie zwracam uwagi na Adrianę, dumnie unoszę głowę. – Odnajdę pozostałe insygnia i je zniszczę. Zrobię wszystko, by nie spełniło się twoje największe marzenie, aniele. Bez względu na to, jak długo jeszcze będziesz żył, nie zobaczysz ponownie Atlantydy. Ani ty, ani żaden z was!

Jego usta wykrzywiają się w złośliwym uśmiechu.

– Grozisz mi? Nie ośmieszaj się. Samej nie uda ci się coś, na czym polegli niezliczeni nieśmiertelni przed tobą. Wracaj do Somerset. Wyjdź za mąż, załóż rodzinę. Zapomnij o insygniach, zapomnij o nas. Nie marnuj krótkiego życia na wojnę, w której nie możesz wygrać. – Z jego głosu bije taki chłód, że Adriana wzdryga się, chociaż te słowa nie są skierowane do niej. – Enola, odwieź Nefertari do hotelu Rosewood. W taką pogodę nie będzie wracać.

Peri podchodzi do mnie, chwyta za ramię.

– Chodź, nie masz tu już czego szukać.

– I daj jej koc, bo inaczej umrze – dorzuca Azrael.

– Nie dotykaj mnie! – syczę do niej i o dziwo robi krok do tyłu. – Nie potrzebuję ani koca, ani nikogo, kto będzie mi mówił, co mam robić. – Z dumnie uniesioną głową podchodzę do drzwi, wracam na górę, pokonuję hol i wychodzę na zewnątrz. Muszę stąd odejść. Owszem, popełniłam błąd. Ogromny błąd. Malachi nie chciałby, żebym sprzedała się za jego duszę, a jednak to właśnie zrobiłam. I nawet to nie przyniosło rezultatu. Teraz zrobię wszystko, żeby Azrael nie odnalazł ani pierścienia, ani korony. Pożałuje, że kiedykolwiek zjawił się w Somerset. Zatrzymuję się na schodach, odchylam głowę do tyłu, głęboko nabieram powietrza. Deszcz zalewa mi twarz, ale nie gasi gniewu. To jeszcze nie koniec. Rozglądam się i widzę Seta, opartego o mój samochód. Przygląda mi się z troską.

– Przemokłaś do suchej nitki. – Sam ma na sobie elegancki czarny garnitur. Skrzyżował ręce na piersiach. Mimo mokrych włosów wygląda, jakby dopiero co wyszedł od fryzjera. Tylko cień zarostu na policzkach dowodzi, że także on ma za sobą długi dzień.

– Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – Powoli zmierzam w jego kierunku.

– Jestem bogiem. – Jego usta wykrzywiają się w uśmiechu. – Niewiele ujdzie mojej uwadze.

– Bardzo mokrym bogiem.

Deszcz ustaje, jakby na jego rozkaz.

– Bardzo mi przykro z powodu twojego brata. Powinienem był coś powiedzieć. Nie było mi jednak wolno i miałem nadzieję…

Wiadomo, że wiedział, co się działo. Wszyscy wiedzieli. Byłam idiotką, uważając ich za przyjaciół. Nigdy nie radziłam sobie najlepiej w zawieraniu przyjaźni. To moje jedyne wytłumaczenie, dlaczego nie przejrzałam ich na wylot. Oplatam się ramionami, jakbym tym sposobem chciała zapobiec temu, że rozpadnę się na kawałki. Chcę tylko stąd odejść.

– Toczysz własną walkę.

Przygląda mi się z powagą, widzi, jak drżę, po chwili wahania dotyka mojego barku. Wystarczy jedno słowo, a cofnie dłoń. Jego dotyk rozprawia się z chłodem na mojej skórze, niestety nie z tym wewnątrz.

– Mimo to powinienem był coś powiedzieć. Jeżeli mogę coś dla ciebie zrobić…

– Wielkie dzięki – zbywam go szorstko. Miło z jego strony, ale w tej chwili nie zniosę żadnego nieśmiertelnego w pobliżu.

– Set, co ty tu robisz? Nefertari, wracaj do środka. – Odwracam się w stronę Azraela. Stoi w progu. Błyskawicznie pokonuje dzielącą nas odległość, ale tym razem nie korzysta ze skrzydeł.

– Daj jej wreszcie spokój. – Łagodny głos Seta kłóci się z wściekłością w zielonych oczach Azraela. Miękki mech ustąpił twardości szmaragdu. Nagle widzę, dlaczego kiedyś łączyła ich przyjaźń. Bije od nich ta sama bezkompromisowość. Oczywiście Azrael puszcza radę Seta mimo uszu. Zamiast tego wyciąga do mnie rękę.

– Później Enola albo Horus odwiozą cię do domu. Nie jesteś w stanie prowadzić. – Nagle dostrzegam jego skrzydła. Chyba nawet tego nie zauważył, tak bardzo jest poruszony. Przecież zaledwie przed chwilą kazał mi odejść. Jego wściekłość nie dotyczy mnie, tylko Seta. W jego rozkazie kryje się moc Aristoi i świadomość, że nikt nie może mu się przeciwstawić. Jeżeli będzie trzeba, zrobię to jako pierwsza. Otacza go świetlista poświata. Robi jeszcze większe wrażenie niż dawniej. Naprawdę nim jest. Jednym z Pierwszych Atlantydy. Chwilowa utrata mocy niczego nie zmieniła. – Pozwól, że ci wszystko wyjaśnię – dodaje już spokojniej. Zieleń skrzydeł przeradza się w ciemne złoto. Kolejne przypomnienie, z kim mam do czynienia. To przepiękny widok. W innych okolicznościach zapewne nie oparłabym się pokusie, by dotknąć jego skrzydeł. Ale nigdy więcej tego nie zrobię. Rysy jego twarzy tężeją. Nie spodziewał się oporu z mojej strony, co tylko dowodzi, jak niewiele o mnie wie.

Set przyciąga mnie do siebie. Pozwalam mu, bo to wydaje mi się bezpieczniejsze. Azrael nie chce, żebym z nim odjechała. Ale nie dlatego, że się o mnie martwi. Przede wszystkim nie chce pozwolić, by jego zabawka wpadła w ręce bożka, który jest jego największym wrogiem. Chociaż sam ją wyrzucił. Prawdopodobnie wolałby mnie zepsuć. Zaciskam powieki. Moja wściekłość rozrasta się do niewyobrażalnych rozmiarów.

– Nadal jej nie powiesz, o co ci tak naprawdę chodzi, Azrael? – Czuję oddech Seta na karku. – Już chyba najwyższy czas.

Kiedy padają te słowa, twarz Azraela przypomina kamienną maskę.

– Nefertari wie, jak bardzo nam wszystkim zależy na powrocie na Atlantydę. Nigdy tego nie ukrywałem.

– Nie, tego nie. – Set mówi coraz łagodniej.

Od Azraela bije gniew, powietrze nagrzewa się do tego stopnia, że płoną mi policzki. Dostrzegam cienie między mężczyznami. Złote i czarne cienie. To piękny i zarazem przerażający widok.

– Powiedziałeś jej także, dlaczego to dla ciebie takie ważne?

Na chwilę uginają się pode mną kolana. Zaraz usłyszę coś, czego nie chcę wiedzieć. Coś, co doprowadza Azraela do szału. Gdybym nie stała między nimi, zaatakowałby Seta.

– To, co dla mnie ważne, nigdy nie miało znaczenia – mówi z wysiłkiem. – Zawsze tylko po tobie sprzątałem. Więc uważaj, co mówisz. Pozwól Nefertari odejść. Nie wciągaj jej w to jeszcze bardziej, niż to zrobiliśmy do tej pory.

– Wcale tego nie chcę. Ale uważam, że ma prawo poznać całą prawdę.

Nad moją głową rozbłyskują i gasną błyskawice. Przerażona kulę się w sobie. Nawet tego nie zauważają. Mam wrażenie, że stałam się niewidzialna, i dla nich zapewne taka jestem.

– Od samego początku nie byłeś wobec niej fair. Zasłużyła na coś lepszego.

Piękne rysy Azraela wykrzywia ironiczny uśmiech.

– Masz na myśli siebie?

– Nie – zapewnia Set. – Nie siebie. Więc powiesz jej czy ja mam to zrobić?

Azrael ledwie zauważalnie zaprzecza ruchem głowy.

– Daj spokój. – Widać, z jakim trudem przychodzi mu kierowanie prośby do Seta. – Proszę – szepcze z wysiłkiem.

– O czym wy mówicie? – wtrącam się. – Jeżeli nie chodzi o Atlantydę, to o co?

Z twarzy Azraela znikają wszelkie emocje.

– O nic, co ciebie dotyczy.

– Mógłbyś przynajmniej się do tego przyznać – zauważa Set spokojnie. – Dlaczego tego nie zrobisz? Wstydzisz się?

– Bo to nie ma nic do rzeczy. – Ze słów i gestów anioła bije zniecierpliwienie. – Porozmawiajmy w środku. – To zaproszenie nie obejmuje Seta. Znika żar i płomienie, gaśnie nieziemskie światło. Zostaje tylko mężczyzna, który mnie okłamał i wykorzystał. A w jego oczach dostrzegam strach.

Prostuję się.

– Jeżeli nie sprowadzisz z powrotem duszy Malachiego, nie mamy o czym rozmawiać.

– Nie mogę – przyznaje w końcu. – Trafił do Krainy Błogosławionych. Dotarł tam cały i zdrowy. Dopilnowaliśmy tego. – W jego głosie pojawiają się zdecydowane nuty. – Malachi ma się dobrze. Jest tak, jak tego chciał.

Nie sposób nie usłyszeć wyrzutu w jego głosie. Zagryzam rozdygotaną dolną wargę. Już za późno. Straciłam Malachiego. Na zawsze. Przyciskam jedną dłoń do serca, drugą do żołądka.

– Co przede mną ukrywasz? – pytam i sama już nie wiem, czy naprawdę chcę wiedzieć. Nie jestem w stanie myśleć logicznie.

– Chodzi o Neith – odzywa się Set za moimi plecami. Mówi z wahaniem, zanim Azrael zdąży go powstrzymać.

Marszczę czoło.

– Jak to? Przecież ona nie żyje.

– Nieprawda. – Te słowa padają jeszcze wolniej, jakby Set już żałował, że w ogóle je wypowiada. – Ale ze względu na nią on tak bardzo chce wrócić na Atlantydę – opowiada dalej. – Chce odzyskać jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochał.

– Neith żyje? – Nogi uginają się pode mną, ale Set obejmuje mnie ramieniem i podtrzymuje. – Myślałam, że wtedy zginęła.

– Nigdy tego nie powiedziałem. – Azrael nie patrzy mi w twarz. – Sama wyciągnęłaś taki wniosek.

Wytężam pamięć. Rzeczywiście, nie powiedział tego. Żaden z nich nigdy tak nie twierdził.

– Kochasz kobietę, którą straciłeś przed dwunastoma tysiącami lat? – Niemożliwe. Widziałam go na niezliczonych fotografiach w towarzystwie najpiękniejszych kobiet tego świata. Był z nimi, chociaż… Odpycham to wspomnienie od siebie. To, co myślę, to szczyt naiwności.

Zanim mi odpowie, wbija dłonie w kieszenie spodni. Porusza skrzydłami jeden raz. Fala powietrza sprawia, że dygoczę. Set z większą mocą rozgrzewa mi plecy.

– Ja i Neith…. – urywa. – Nie zrozumiesz tego.

Nawet Set wzdryga się, słysząc to żałosne tłumaczenie. Te słowa bolą, o wiele bardziej niż policzek, a szok na chwilę odbiera mi zdolność myślenia. Ze wszystkich wyjaśnień, które mogłam od niego usłyszeć, to jest najbardziej obraźliwe i poniżające.

– Ale dlaczego w takim razie… – Nie kończę, bo to już nie ma znaczenia. Kobiety, którymi się otacza, to tylko rozrywka. Bawi się nami i zabija czas do powrotu do swojej bogini. Nie byłam wyjątkiem.

– Bardzo mi przykro – mówi, a ja myślę, że jeszcze nigdy żadne kłamstwo nie brzmiało tak przekonująco.

– Niepotrzebnie. Już zrozumiałam. – Przepełnia mnie rezygnacja. Rezygnacja i zobojętnienie. Popełniłam błąd, przyjeżdżając tutaj, i gdyby rozpacz nie odebrała mi zdrowego rozsądku, zrozumiałabym to, kiedy nie odpowiadał na moje wiadomości. – Przepraszam, że zawracałam ci głowę i przeszkodziłam w zabawie. To się więcej nie powtórzy. – Muszę stąd uciec, zanim się załamię.

– Jedziemy. – Set najwyraźniej wyczuwa, że tracę siły, i podejmuje decyzję.

Straciłam brata, a jedyny mężczyzna, któremu oddałam serce, wykorzystał mnie. Uważałam się za kobietę silną i pewną siebie, ale po tej rewelacji czuję się całkowicie bezradna. Nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca, bo dopiero teraz jego zdrada dociera do mnie w całej okazałości. Kiedy nie odpowiadam, Set prowadzi mnie do samochodu.

– Taris! – Azrael wydaje się udręczony. Naprawdę powinien pomyśleć o karierze aktorskiej. To farsa. – Zostań, nie odchodź z nim.

Nie zwracam na niego uwagi. Wsiadam.

– Zapnij pasy – poleca Set, zatrzaskuje drzwiczki i obchodzi samochód.

Popełniasz błąd, słyszę w głowie głos Horusa, gdy Set odpala silnik. Opiera się o drzwi wejściowe. Za jego plecami Enola się uśmiecha. Tylko Dantego nie ma, ale on także wiedział, co się dzieje. Nie masz pojęcia, kim jest naprawdę.

Nie mam pojęcia, kim wy jesteście naprawdę, odpowiadam. Wykorzystaliście mnie. On nie.

Horus w myślach wzdycha cicho, a potem zapada cisza. Nie może temu zaprzeczyć.

– Do Somerset? – Set odpala silnik. – Czy najpierw do hotelu, żeby się przespać i dopiero rano zdecydować?

– Zabierz mnie do Pixton Park. – Rodzina będzie się martwić, mimo liściku, który zostawiłam.

Podkręca ogrzewanie i mknie ulicami Londynu, jakby nigdy w życiu nie robił nic innego. Cokolwiek mówić, to bożek. Dokonywał bardziej niewiarygodnych rzeczy. Straszliwych rzeczy – ale nigdy mnie nie okłamał. W tej chwili jestem mu nieskończenie wdzięczna za milczenie.