Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Bohaterem, a raczej antybohaterem, tego obrazoburczego antyeposu jest niejaki Eustachy Pacynka, który poprzez zbieg przypadkowych i paradoksalnych zdarzeń zostaje nieoczekiwanie dla samego siebie wójtem gminy Pierdziszew Wielki. Eustachy Pacynka to głupiec, nieudacznik i nierób, który w miarę przebiegu zdarzeń staje się dodatkowo chciwy, pyszny, nikczemny i zwyczajnie obleśny.
Rozdział I opisuje lata 80-te XX wieku, kiedy to napięcia społeczno-polityczne doprowadzają do przełomu w sennym życiu gminy oraz bezsensownym, choć jak dotąd przewidywalnym, życiu samego bohatera. Kolejne rozdziały obejmują okres pierwszej połowy lat 90-tych. W postaciach pojawiających się w tych rozdziałach czytelnik może się doszukać analogii do osób rzeczywistych z tamtego okresu. Może się doszukać, ale nie musi, gdyż postacie te są zarysowane tak, by symbolizować postawy, a nie odwzorowywać osoby. I tak np. Towarzysz Kowalik – to symbol bezideowego, szujowatego karierowicza; Toranaga i Zdrada – to symbol przepoczwarzenia się dawnych służb i dostosowania się ich funkcjonariuszy do nowej rzeczywistości (żeby nadal być na wierzchu); Katarzynka Blondynka – to słabość bohatera do tego co pociągające w lewicowej ideologii dla liberała o czystych intencjach, a jednocześnie symbol rozterek i niespełnienia. Trudno tutaj wymieniać kolejne postacie – symbole, gdyż jest ich w powieści bardzo wiele i niestety większość z nich reprezentuje ludzkie cechy negatywne. Tym bardziej warto wymienić te nieliczne pozytywne, czyli: Piotr Samozwaniec – wiedza, kompetencja i pracowitość (dlatego emigruje); Dziad Jago – tradycja i patriotyzm (dlatego, choć jest wieczny, to umiera); Janko Poeta – wykształcenie, uczciwość i nadzieja na przyszłość, ale też naiwność i uczuciowość (dlatego niestety ginie w kulminacyjnym momencie opowieści).
W ogóle całość tekstu można czytać jako alegorię, a poszczególne sceny i sytuacje mogą tę alegoryczność potęgować momentami aż do granic absurdu. A w tych oparach absurdu daje się wypatrzyć intrygi potykające się o paradoksy, karierowiczostwo udające patriotyzm, biznesy podparte szantażami, a do tego nieszczęśliwą miłość i nieudane, choć skuteczne zabójstwo. W tym wszystkim jest jeszcze zagadka, dla której rozwikłania antybohater-narrator zdecydował się opisać wszystko szczerze i dokładnie. Co się stało z domniemanym narzędziem zbrodni? – brzmi ona. Może wnikliwy czytelnik zechce wydedukować, gdzie się podziała szabla Dziada Jago?
"Na koniec chciałbym wyjaśnić, że zdecydowałem się zaproponować wydanie napisanej ponad ćwierć wieku temu powieści, gdyż nieoczekiwanie dostrzegłem, iż wciąż pozostaje aktualna. Więcej – opisane w „Pierdziszewie Wielkim” patologie w świetle aktualnej interpretacji stały się normą. NIESTETY."
Marek „Gadżet” Maculewicz
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 556
Marek Maculewicz
PierdziszewWielki
2024
Copyright © Marek Maculewicz 2023
Wydawca:
Towarzystwo Galeria Literacka
ul. Metlera 4, 42-224 Częstochowa
www.galerialiteracka.pl
Wydano w serii:
Redakcja i korekta:
Małgorzata Nowakowska-Karczewska (rozdziały II - VII)
Posłowie:
Olga A. Wiewióra
Skład:
Andrzej Chmielewski
Projekt okładki:
Włodzimierz Grabowski
EPUB ISBN: 978-83-65994-38-7
Wydanie I
Wszystkie opisane poniżej postacie i zdarzenia są fikcyjne, a ewentualne podobieństwo do rzeczywistych jest przypadkowe.
ROZDZIAŁ I
Eustachy Pacynka
Ja - Eustachy Pacynka - były wójt Gminy Pierdziszew Wielki, będąc dziś u kresu drogi, mogę bezkarnie i szczerze wyjawić wiele, albo i więcej na temat, który do dziś lud pierdziszewski nurtuje, zaciekawia i rozwściecza.
Z racji swej pozycji społecznej i autorytetu bywałem w centrum wielu ważkich dla gminy i jej mieszkańców spraw. Również i o tej potwornej i smutnej sprawie mam wiele do powiedzenia, więcej niż mogłem powiedzieć naszemu posterunkowemu i prokuratorowi. Teraz będę szczery, choć większość moich współbraci Pierdziszewian twierdziła, twierdzi i już po wsze czasy twierdzić będzie, żem oszust, hochsztapler i łobuz. To prawda.
Urodziłem się, jak większość z nas w bólach, we wsi Pierdziszew Wielki dnia 1 kwietnia 1950 roku. W Szkole nie wyróżniałem się niczym szczególnym, więc bez trudu dobrnąłem do matury, którą jak większość z nas, zerżnąłem wulgarnie pod opiekuńczym okiem belfrów. Byłem średnio sprytny. Oczywiście, że wtedy nikt nie mógł przypuszczać, iż przyszłość będzie dla mnie tak łaskawa i że splot zdarzeń uczyni ze mnie pierwszą osobę w gminie. Tym bardziej, że nie należałem nawet do szczególnie ambitnych. Jako absolwent pierdziszewskiego technikum mogłem się ubiegać o indeks jakiejś prowincjonalnej politechniki. Ale po co? Miałem bowiem, jak większość Pierdziszewian, pewną niskopłatną i bezużyteczną posadę w Pomie lub Eskaerze. Jako technik mogłem też liczyć na karierę - w piętnaście lat od ślusarza do brygadzisty. A po kolejnych dziesięciu latach zostałbym majstrem. A potem, jeśli oczywiście wcześniej nie zapiłbym się na śmierć, zasłużona renta inwalidzka. Słowem - pełna sielanka. I właśnie na taką karierę byłem przygotowany, taki to spokojny i nieskomplikowany los budził moje pełne zaufanie i aprobatę. Nie mogłem mieć obaw, bo znałem wielu moich starszych współziomków Pierdziszewian, którzy w spokoju przebyli tę drogę i w najgorszym razie wylądowali na odwyku. Większość jednak na luzie sączy sobie jabłkowe winko za sklepem Gieesowym z młodzieżą. A w niedzielę po sumie w gminnej restauracji „Sielanka” (zwanej potocznie „Gieesianka”) stać ich nawet na wódeczkę. Tak było. I tak miało być.
Aby na tę prawidłową drogę się wtoczyć musiałem jednak trochę przygiąć karku. A kto z nas nie musiał? Ale tu muszę z całą mocą zdementować: nieprawdą jest jakoby w tamtych okropnych czasach nie pozostawiano nam zupełnie wyboru. Ja mogłem wybrać, czy chcę do Zetesempe (młodzieżówki Pezetpeeru), czy do Zetemwu (młodzieżówki Zeteselu). Przyznam, że było mi zupełnie wszystko jedno, bo nie zamierzałem się angażować. Potrzebowałem jedynie, jak każdy z nas, pewnego podparcia, by nie wlec się w ogonie życia społecznego. Głównie chodziło, rzecz jasna, o zabawy organizowane przez młodzieżówki w remizie i wycieczki do Pałacu Kultury. A w opisanej wyżej karierze zawodowej, tak jedna, jak i druga organizacja, mogły wyłącznie pomóc.
Jak zwykle w podobnych sytuacjach bywa, o moim wyborze zdecydował przypadek. Kiedy chodziłem z obiegówką, aby przyjąć się do Pomu w Pierdziszewie Wielkim, potrzebowałem wpisu w rubryce „podpis i pieczęć przedstawiciela zakładowej organizacji młodzieżowej”. Obaj przewodniczący urzędowali w tym samym pokoju, ale ten od Zetemwu przebywał właśnie z roboczą wizytą u naszych zaprzyjaźnionych młodych rolników kubańskich. Na obiegówce podpisał się więc ten drugi i wciągnął mnie na członka. Później zostałem kandydatem do Pezetpeeru, popieranym przez zakładową organizację młodzieżową.
Przyznam, że z pewnym zażenowaniem wyznaję dzisiaj, że zostałem w końcu członkiem przewodniej siły narodu. Ale co tam - w końcu obiecałem, że będę szczery. A zresztą, przecież jestem u kresu drogi i już nic nie może mi zaszkodzić. Mogę nawet wyrazić pogląd dziś bardzo niepopularny, czyli wypowiedzieć się pozytywnie o naszej czerwonej opiekunce nieboszczce. Otóż, swoich dzieci nie pozostawiała na pastwę. W potrzebie potrafiła podać pomocną dłoń nawet tym swoim najbardziej nieudacznym szkrabom, a może nawet właśnie im szczególnie. Tak, sam tej pomocy doświadczyłem, gdy po dwóch z górą latach usilnych zabiegów kolegów mechaników, brygadzisty, majstra, kierownika, dyrektora i jego sekretarki, okazało się, że jestem całkowitym antytalentem w dziedzinie mechaniki i obróbki metali. Nie potrafiłem zapamiętać w którą stronę się odkręca, a w którą dokręca, przez co narażałem Państwowy Ośrodek Maszynowy na notoryczne straty w sprzęcie, a lud pracujący na niebezpieczeństwo. Wypadające skrzynie biegów z ciągników i nie wypadające snopki ze snopowiązałek, to charakterystyczne efekty mojej samodzielnej pracy. Kiedy więc na dokładkę pani Justynka, sekretarka naczelnego, po jednym z bankietów dożynkowych rozpuściła na cały Pom i okolice pogłoskę, że nie mam też zielonego pojęcia o podstawowym w mechanice ruchu posuwisto-zwrotnym, musiało dojść do rozpatrzenia mojego przypadku przez Pop. Młodzieży warto wyjaśnić, że nie chodziło o prawosławnego księdza ani o styl muzyki, tylko o zakładową komórkę partii. Nie byłem wtedy pewien, czy mam być dumny z faktu zainteresowania moją osobą tak znaczącego organu, czy też obawiać się, że zainteresowanie na tak wysokim szczeblu może wróżyć tylko najgorsze. A najgorsze było widmo degradacji ze ślusarza na sprzątacza lub stróża. Więc byłem dumny i bałem się.
Skończyło się polubownie. Jak już wspomniałem mateczka partia swych wiernych dzieci tak łatwo nie pozwalała degradować, choćby były one najbardziej tępe. W końcu na stanowiska sprzątaczy była niemała czereda kandydatów wśród bezpartyjnych. Mnie przesunięto na funkcję instruktora. Uznano, że jako opiekun młodzieży z technikum, przebywającej w Pomie na praktykach, nie będę musiał dotykać żadnych urządzeń mechanicznych od klamki wzwyż. Poza tym jestem jeszcze dostatecznie młody, by ukończyć ekspresowy kurs instruktorski. Widmo uczenia się znowu, przyznam, trochę mnie przerażało, ale postanowiłem się poświęcić.
Z młodzieżą mi szło bardzo dobrze, tym bardziej, że starszy instruktor Kowalski, jego zastępca Kowalczyk, młodszy instruktor Kowalik i kierownik praktyk Kowal, pomagali mi we wszystkim, a nawet mnie zastępowali. Samego sobie pozostawili mnie tylko na pewien okres, gdy na studenckiej praktyce robotniczej przebywała w naszym Pomie niejaka Agnieszka Podkowa. Jaka czynność wobec Podkowy mogła tak pochłaniać np. Kowala lub np. Kowalczyka, tego oczywiście chyba nie muszę tłumaczyć. Mogę tylko powiedzieć, że przez ten miesiąc nasz Pom był jedną wielką kuźnią, zaś śliczna Agnieszka ustny zdawała u każdego z osobna, a pisemnego nie zdawała wcale. Ciekawe co by się działo, gdyby kiedyś na takie studenckie praktyki pracownicze przybył do nas powiedzmy jakiś Arkadiusz Lemiesz?
I w takiej rozpustno - rozrywkowej atmosferze dotrwałbym sobie cichutko do emeryturki lub - jeszcze lepiej - do renty inwalidzkiej, gdyby nie ten nagły rok 1980.
Rok 1980
Zaczęło się od strajku. Poszło chyba o zwolnioną dyscyplinarnie sprzątaczkę. Ponoć porządna była kobieta i niewinna, ale ja tam się na tym nie znałem. Bolek Szwędacz - zwolniony wcześniej elektronik - przeskoczył niepostrzeżenie ogrodzenie Pomu i zaczęło się. Od początku wszyscy Bolka zaczęli słuchać i tak został prowodyrem. Dziś rzeczywiście wszystkie fakty przemawiają, że to całe zamieszanie i w końcu ten upadek systemu, to rzeczywiście jego wina. Choć po latach paru jego kumpli od strajkowania, do spółki z kilkoma moimi byłymi towarzyszami z Pezetpeeru i przy wsparciu bardzo gorliwych w owym czasie funkcjonariuszy Ormo, zaczęło rozpowszechniać po Pierdziszewie pogłoskę, jakoby Bolek tak na prawdę to nie był Bolkiem, tylko innym Bolkiem. Bzdura.
Ja miałem wówczas trzydzieści lat i gówno wiedziałem o życiu.
Komitet strajkowy praktykantów na zakład nie wpuszczał, więc i ja - mimo, że trwający jeszcze w strukturach przewodniej siły narodu - pozostawałem ze swymi towarzyszami w bezczynności. Oczywiście, że bezczynność w godzinach pracy ani mnie, ani - jak się domyślam nikomu z nas - nie była dziwna. Wręcz przeciwnie. Jednak połączona z tą gęstą atmosferą protestu robotniczego była dla mnie nie do zniesienia. Łeb mi pękał od rozterek. Czy mam cicho, jako czerwony pajączek przesiedzieć tę poruchawkę na tyłku, czy mam się asymilować i integrować z masami. Nie wiedziałem.
W takich przełomowych sytuacjach najlepiej brać przykład ze starszych, nie wychylać się i robić to, co robią najbliżsi i bardziej doświadczeni towarzysze. Taką właśnie postawę podpowiedział mi wówczas mój instynkt. Posłuchałem instynktu.
Przez pierwszy dzień strajku graliśmy w karty w naszym instruktorskim kantorku. Było nas czterech instruktorów, więc do pokerka w sam raz. Pod koniec dniówki, kiedy przegrywałem już awansem październikową wypłatę, pojawił się towarzysz kierownik Kowal i zakomunikował nam, że strajk jest okupacyjny, więc robotnicy po robocie nie pójdą do domu, tylko będą tutaj nocować. A skoro tak, to i my, jako zdrowa tkanka społeczności, zostać musimy na zakładzie, by chronić mienie i warsztat pracy przed dewastacją oraz szabrem. Olewałem to, rzecz jasna, bo po robocie wolałem w domu poleżeć, telewizję pooglądać, jakieś winko z kumplami wypić, a tu masz. Poza tym przegrałem już trzy wypłaty, więc jak ten pokerek potrwałby jeszcze dłużej, to przez ruski rok mógłbym pieniążków nie oglądać. Na szczęście towarzysz kierownik Kowal nakazał, by towarzysz starszy instruktor Kowalski i jego zastępca towarzysz Kowalczyk udali się do jego kierowniczego gabinetu celem przedyskutowania dalszej strategii. Ja wraz z towarzyszem młodszym instruktorem Kowalikiem zostaliśmy więc w kantorku sami. Serce mi podeszło do gardła, gdy Kowalik zaczął znów tasować karty. „Orżnie mnie teraz w oko”- pomyślałem i zbladłem. Ale towarzyszowi Kowalikowi nie w głowie był już hazard. Bawił się kartami dla rozładowania napięcia. Byłem wtedy za głupi, by rozumieć, co wprawiało Kowalika w taką nerwowość i napięcie, ale teraz już wiem.
Towarzysz młodszy instruktor Kowalik był już dobrze po czterdziestce i w przeciwieństwie do mnie był bardzo ambitny. Zapewne dniami i nocami odczuwał nieodparte pragnienie awansu. A tutaj, jak na złość stanowiska starszych instruktorów zablokowane. Ani starszy instruktor Kowalski ani jego zastępca Kowalczyk na tamten świat się nie kwapili, a do emerytury im jeszcze bardzo dużo brakowało. Ratunkiem mogłaby być renta inwalidzka, ale próba przypadkowego potrącenia przez traktor, którą podjął w desperacji Kowalik przeciwko Kowalczykowi, nie powiodła się.
- Będą dyskutować o strategiach, che, che - skomentował drwiąco Kowalik, wciąż tasując karty. - Znam te narady u szefa. Będą walić wódę jak zwykle.
Towarzysz młodszy instruktor Kowalik się nie mylił. Starsi instruktorzy wraz z kierownikiem walili wódę. Kierownik praktyk zawsze miał jakiś zapas u siebie w gabinecie, pozyskany zresztą najczęściej od młodzieży praktykującej. Przelicznik był u niego prosty, np. anulowanie dwói kosztowało litra, bezproblemowe zaliczenie jakiejś zbytecznej pracy - połóweczkę. Na egzamin też każdy z małolatów obowiązany był dostarczyć załącznik w postaci flaszki. I tak powstawała niezła bateria.
Ja nigdy głowy do wódki nie miałem. Ot, winko jabłkowe za sklepem z kolegami wypić, to tak, ale też nie więcej niż jedno na głowę. Zaś starsi instruktorzy wraz z kierownikiem zaprawieni byli w bojach. Rzadko bywało, żeby dniówki co najmniej flaszką nie zakończyli. Chyba, że któryś był chory... ale w zasadzie i choroba nie była przeszkodą, bo wtedy zażywali dla zdrowia.
Kiedy karty od tasowania rozgrzały się już do czerwoności, a szum zza drzwi gabinetu kierownika stawał się coraz głośniejszy, towarzysz młodszy instruktor Kowalik cisnął talią o biurko i wyszedł. Oczywiście, że wtedy byłem zbyt głupi, aby wiedzieć, co mu przyszło do głowy. Ale teraz już wiem.
Towarzysz Kowalik
Towarzysz Kowalik postanowił zaryzykować. Dotąd był w zasadzie zdyscyplinowanym członkiem przewodniej siły narodu: płacił składki zwolnione od opłaty pocztowej, chodził na czyny społeczne (chociaż z nimi nie pił) i na pochody też chodził i czerwone flagi nosił (chociaż też nie pił). Ale na prędki awans liczyć nie mógł, więc się frustrował.
Jak już wcześniej wspomniałem, był bardzo ambitny, więc spokojnie jak ja na dupie usiedzieć nie mógł. Szukał i szukał wciąż możliwości wzmocnienia swojej pozycji i osłabiania pozycji rywali. Wykoncypował, że jest taka jedna wszechpotężna siła, która może mu pomóc w błyskotliwej drodze na szczyty, więc się do tej siły sam dobrowolnie zgłosił. Esbecy też byli podobno ludźmi, więc jak to ludzie, nadgorliwców nie lubili, a w szczególności takich co nie piją. Na członka go i owszem wciągnęli, ale w karierze mu to nie tylko nie pomogło, lecz nawet pewnie zaszkodziło. Czemu? A to dlatego, że większą sztamę esbecy trzymali przede wszystkim z kierownikiem Kowalem i ze starszym instruktorem Kowalskim, i nawet z jego zastępcą Kowalczykiem. A po ochotniczym zgłoszeniu się Kowalika na konfidenta, to nawet i ze mną. Taki ochotnik Kowalik bardzo długo musiałby się wkupywać w łaski majora Tarnoszewskiego, zwanego Toranagą, albo kapitana Zdrady. Oni bowiem byli już zżyci z naszą lokalną społecznością i ze wszystkimi swoimi kapusiami. Byli jak rodzina. Kiedy na przykład major Tarnoszewski przyjeżdżał na inspekcję, czy też na rekonesans (nie wiem, jak to się u nich nazywało) to zaczynał pobyt w Pierdziszewie Wielkim od naczelnika gminy i komisariatu, a kończył właśnie u nas w Pomie, gdzie zawsze czekała na niego świeża wódeczka i mocna szyneczka, a raczej odwrotnie. Nie ważne. Ważne jest to, że Toranaga lubił wypić, a Kowalik nie oraz to, że i Toranaga i kapitan Zdrada mieli w Pierdziszewie Wielkim tylu kapusiów, ilu potrzebowali i dokładnie takich, jak im pasowało, a Kowalik pchał się na chama.
Toranaga i Zdrada
W owym czasie struktury esbeckie były bardzo mocne i chyba całkiem nieźle zorganizowane. Oczywiście, że wówczas nie mogłem o tym mieć zielonego pojęcia, ale dzisiaj, gdy wspominam tamte czasy, to pewne wyobrażenie o funkcjonowaniu Esbecji posiadam.
To zrozumiałe, że taki pierdziszew, jak nasz Pierdziszew, nie mógł liczyć na to, że na jego terenie siedzibę będzie miał jakiś sztab esbecki, czy nawet delegatura. Nad naszą prawomyślnością i zdrowym prowadzeniem się czuwali oficerowie operacyjni lotni. Nawiedzali nas dość regularnie, przynajmniej raz w miesiącu każdy z nich. Porozmawiali szczerze z kapusiami, napili się wódki, zajrzeli do motelu do dziewcząt i już mieli obraz całości stosunków panujących w gminie oraz wiedzę o nastrojach społecznych. Owszem, był jeden superkapuś na utajnionym etacie w Esbe, ale on też był prawie niegroźny, bo wszyscy wiedzieli, kim jest i nikt z nim nie gadał. Był to niejaki Alojzy Ponurak, emerytowany oficer milicji obywatelskiej na trzech czwartych etatu w Gminnym Ośrodku Kultury. Był bodajże instruktorem kółka fotograficznego, co zresztą w pracy wywiadowczej również mogło mu być przydatne. Alojzy Ponurak, jak sama nazwa wskazuje, był człowiekiem smutnym i spiętym, więc nie mógł być kompanem swoich kolegów po fachu. Nie pałał do niego sympatią ani gadatliwy Toranaga, ani wesołkowaty Zdrada. Można wręcz było zaobserwować niechęć całej trójki Esbeków do siebie nawzajem. Toranaga ze Zdradą, co prawda, chyba nigdy przed rokiem 1980 na naszym pierdziszewskim gruncie się nie spotkali, ale wnosząc z opinii, jakie o sobie wyrażali po wódce i za plecami, można być prawie pewnym, że się nie kochali. Może to taka rywalizacja w ramach jednej firmy. Może zazdrościli sobie nawzajem lepszych kapusiów zwerbowanych, bardziej sensacyjnych informacji: kto z kim, gdzie i w jakiej pozycji. A może po prostu udawali niechęć do siebie, aby sprowokować do negatywnych opinii o współpracowniku swoich wódczanych kompanów-kapusiów. Może i tak. Najwyraźniej jednak żadna spektakularna prowokacja tego typu nie powiodła się, bo kapusie głupio nie wpadali i mieli się całkiem zdrowo. A to być może dla tego, że każdy dzieciak w Pierdziszewie Wielkim i okolicy wiedział kim jest Toranaga, Zdrada i Ponurak. Pierdziszewskie bachory rozpoznawały ich już nawet po samochodach. Gdy przed Ośrodek Kultury zajeżdżała czarna „wołga” (młodszych informuję, że była to w owych czasach limuzyna dygnitarzy pierdziszewskich i innych służb), to było wiadomo, że Toranaga niechętnie i dla czystej formalności przybył na herbatę do Ponuraka. Zdrada go bardziej olewał. Gdy czarna wołga stała pod Urzędem Gminy, to znaczyło, że naczelnik trzęsie przed Toranagą portkami. A gdy tenże sam pojazd zakotwiczył już na dobre na placu Państwowego Ośrodka Maszynowego, to wiadomo było, że trwała artystyczna część jego wizyty w Pierdziszewie, na której dominowały wóda i śpiew. Toranaga unikał kobiet. Ale za to Zdrada... ten zawsze kończył wizytację Pierdziszewa w motelu u dziewczynek. Nie, nie znaczy to, że nie lubił naszej wódeczki, absolutnie. Z tym że, o ile Toranaga był z gabinetu kierownika Kowala wynoszony nad ranem, o tyle Zdrada wychodził o własnych siłach i dobijał się dopiero w motelu po uprzednim zakosztowaniu rozkoszy. Oczywiście w motelu Zdrada miał wódeczkę, kolację, dziewczynki i nocleg za friko. Stawiał kierownik motelu niejaki Jacek Patelnia - też kapuś.
Jacek Patelnia
Bez głębszego wnikania w technologię pracy esbeków, można przyjąć, że posługiwali się oni trzema rodzajami konfidentów. Pierwsi to ci, którzy mieli donosić z racji funkcji: dyrektorzy szkół i zakładów oraz urzędnicy różnego szczebla. Druga grupa, to zwerbowani przy użyciu tak zwanych miękkich środków, to znaczy przekupstwa lub niegroźnego zastraszenia. W tej grupie najczęściej byli kapusie naturalni, czyli tacy malutcy ludzikowie, którzy urodzili się po to, by opowiadać pierdoły o innych. To dawało im poczucie władzy i iluzoryczną świadomość posiadana wpływów. Nie licząc oczywiście tej wszechobecnej chęci zemsty na bogatszych, że mają więcej; na mądrzejszych, że potrafią więcej; i na bardziej atrakcyjnych za to, że mają dłuższe. Wówczas oczywiście nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale dzisiaj jestem prawie przekonany o tym, że moi najbliżsi współpracownicy należeli właśnie do tej grupy. Ja też.
Trzecia grupa informatorów, to byli ci pozyskani drogą szantażu na zasadzie: nie powiem twojej starej, że ją zdradzasz, jeśli...itd. Albo też: możesz sobie nadal robić to, co jest w zasadzie nielegalne, a o czym ja wiem i za co mógłbym cię wrzucić w gówna po same uszy; ale w zamian za moje przymykanie oka na twoje sprawki, musisz...itd. Tak właśnie najprawdopodobniej został pozyskany do współpracy pupil kapitana Zdrady - Jacek Patelnia.
Jacek Patelnia pracę w pierdziszewskim motelu rozpoczął w charakterze kucharza. W krótkim czasie przytył znacznie i wyliniał. Nie wiem, czy wielu z nas pamięta jeszcze, że być przy mięsie w owych czasach znaczyło: być wpływowym, poważanym i majętnym. Jacek Patelnia dość szybko tę prawdę przyswoił i szybko nauczył się posiadanym atutem dysponować. Bezbłędnie wyczuwał, komu należy sprawić okazjonalny prezent ze schabu zaoszczędzonego na kotletach dla motelowych gości; kogo szynką na święta przekupić, a komu w końcu można regularnie sprzedawać wołowinę z kością na zupę bez kolejki i kartek. A były kiedyś kartki.
Budował tak wokół siebie środowisko ludzi życzliwych i wdzięcznych, ryzykując - a jakże - że może zostać przyłapany na tym swoim altruistyczno - komercyjnym procederze. Ale przecież kto nie ryzykuje, ten w górę nie wędruje - jak mawiał proboszcz pierdziszewskiej parafii. A skoro o nim mowa, to właśnie i on dla swego nikczemnego doczesnego bytu mięska potrzebował, podobnie zresztą jak komendant posterunku milicji obywatelskiej, kierownik ośrodka zdrowia i kilkoro równie eksponowanych Pierdziszewian.
Kapitan Zdrada, znając doskonale ze szkoleń zagranicznych relacje społeczno-ekonomiczne w społeczeństwie socjalistycznym, nie potrzebował nawet zbytnio się wysilać, by dociec źródła awansu społeczno-ekonomicznego niejakiego Jacka Patelni. Wystarczyła jedna przejażdżka służbowym „fiatem” kapitana Zdrady, by na pulchnej i pogodnej dotąd twarzy Jacka zagościł już chyba na zawsze grymas niepokoju. Wtedy Jacek zaczął pić, a krótko po tym został szefem kuchni w pierdziszewskim motelu. Stuknęła mu wtedy zaledwie trzydziestka. A już w trzy lata później, gdy poprzedni szef motelu po drugim zawale poszedł na rentę, Jacek Patelnia został motelu kierownikiem. Oczywiście po długiej rozmowie kapitana Zdrady z prezesem Gieesu. Pierdziszewski motel bowiem, jak chyba wszystkie w owym czasie placówki handlowe i usługowe, podlegał właśnie Gieesowi.
Burdel
Ma się rozumieć, że kapitan Zdrada nie pchał Jacka w górę z sympatii czy też dlatego, iż chciał z niego zrobić super agenta. Absolutnie. Zdrada po prostu lubił dupy. Można by powiedzieć: i cóż w tym takiego dziwnego, bo przecież wszyscy faceci lubią dupy... oczywiście z wyjątkiem tych facetów, którzy lubią facetów. Niby wszystko się zgadza, tylko że Zdrada lubił dużo, różnie i hurtem. No jasne, że mógł to mieć i bez pomocy Jacka Patelni, bo nawet w tamtym wynaturzonym systemie lud pracujący miast i wsi jakoś swoje potrzeby potrafił zaspokajać. Nawet te najskrytsze. Tylko, że zaspokojenie potrzeb tego typu musiałoby kapitana Zdradę kosztować wielokrotność jego esbeckiej pensji. Takim był świntuchem.
Kapitan Zdrada, penetrując pierdziszewskie stosunki społeczne już od kilku lat wiedział, że ten kto jest kierownikiem motelu, ten jest też rzeczywistym szefem motelowych prostytutek. Potrzebował więc na tym stanowisku Jacka nie dlatego, że potrzebował właśnie jego, a dlatego, że potrzebował jego dziewczynek - gratis, przy każdej wizycie i wszystkich na raz. A było ich trzy.
Dlatego też każda wizyta kapitana Zdrady w Pierdziszewie kończyła się ostrą orgią w motelu.
Kac
Na czwarty dzień strajku starsi instruktorzy z kierownikiem praktyk mieli już wyżłopane wszystkie zgromadzone żmudnie zapasy gorzałki, więc pobudzili się rano słabi, wyschnięci jak sama Sahara i trzęsący się, jakby posadzki rwali niewidzialnymi młotami pneumatycznymi. Znałem te stany, bo wcześniej już też bywało, że brakło zapasów i wiedziałem jakie zadanie mnie w związku z tym czeka. Byłem najmłodszym w zespole, więc to właśnie ja musiałem chodzić do Babci i właśnie ja musiałem dokładać, jeśli brakło kasy. Taki był i chyba nadal jest los młodego.
Dotychczas jednak w normalnych warunkach pracy socjalistycznej, nie miewałem problemów z dotarciem do babci. Za starym, przerdzewiałym do szpiku kombajnem, stojącym na końcu placu, była znana wszystkim pracownikom naszego Pomu dziura w płocie. Jeśli ktoś potrzebował wcześniej skończyć pracę, wyjść na piwo albo właśnie do Babci, to bez żenady korzystał z tego jawno - tajemnego przejścia. W tej jednak szczególnej sytuacji trwającego strajku okupacyjnego nie wiedziałem, czy dziura za kombajnem nie jest przypadkiem szczególnie strzeżona i czy nie zaryzykuję życia, gdy będę próbował ją sforsować. Dla kierownika Kowala widocznie jednak moje życie było znacznie mniej warte niż flaszka, bo nie pozwolił mi nawet dojść do słowa, bym mógł się sprzeciwić. Powiedział dokładnie to samo, co zawsze w momencie, gdy powierzał mi misję specjalną: „Eustasiu, bardzo mnie boli głowa, może byś mi przyniósł to co zwykle!” Ja na to nieśmiało: „Ale...”. Przerwał mi z grymasem bólu na twarzy i z dłonią uniesioną w górę niczym Hamlet: „Nie ma żadne ale! Biegnij piorunem!” Pieniędzy tym razem nie dał wcale, a ja też nie miałem, bo przegrałem wszystko i jeszcze więcej w karty. Brak pieniędzy w tej konkretnej sytuacji nie był praktycznie żadną przeszkodą, Babcia bowiem stałym klientom bez problemu sprzedawała na kreskę. Głowę rozsadzał mi znacznie poważniejszy problem: jak sforsować niewątpliwie ideowo nastawioną do nieskazitelności strajku wartę przy tajno - jawnej dziurze?
I rzeczywiście moje obawy były uzasadnione. Ślusarz Kolisiak i traktorzysta Bagiera na sam mój widok zaczęli zionąć ogniem.
- A ty dokąd komusze pomiotło? - zagaił towarzysko pierwszy. Drugi zaś nie chciał być mniej uprzejmy:
- Kapować idziesz, co?
„Niech im będzie, że kapować - pomyślałem - byleby mnie wypuścili”. Ale nadzieje moje prysły natychmiast, gdy chwycili mnie obaj za kołnierz służbowego mundurka i wyrzucili zza przerdzewiałego kombajnu równoczesnymi kopniakami. Dupa mnie bolała trzy dni.
Kiedy podnosiłem swoje bezradne ciało z pokarbowanego dziurami placu Pomu, ujrzałem nagle pomocną dłoń. Była to dłoń mechanika Paprockiego.
- Cześć Eustachy - pomógł mi wstać. - Po prowiant idziesz dla swoich?
Kiwnąłem głową, otrzepując kolana.
- A draby nie chcą wypuścić, co?
Znów kiwnąłem głową.
- Ja ci załatwię, że cię puszczą, ale za to ty przyniesiesz prowiant też dla mnie.
Oczywiście, że się zgodziłem. Paprocki dał mi forsę na dwadzieścia flaszek i doprowadził mnie powtórnie do wartowników.
- Koledzy - zaczął oficjalnie - to jest emisariusz, który udaje się z tajną misją na plebanię. Trzeba go wypuścić. - Na koniec puścił do nich oko, jakby to był umówiony sygnał. Wartownicy się rozstąpili i dziura stanęła przede mną otworem w całej krasie.
U Babci spotkałem majora Toranagę i kapitana Zdradę razem w kupie, co chyba się zdarzyło po raz pierwszy w całej historii inwigilowania Pierdziszewa. Obaj równocześnie zaczęli mnie wypytywać o nastroje wśród strajkujących, o ich dalsze plany i kto im przewodzi. Ja oczywiście niczego nie wiedziałem. Skarcili mnie za to.
- Za co ci płacimy? - prawie wrzeszczeli. - To, że jesteś tępy nie zwalnia cię od robienia czegokolwiek, a przynajmniej obserwowania tego, co robią inni.
Gdy obiecałem poprawę i to, że będę się regularnie meldował w punkcie kontaktowym u Babci, pozwolili mi kupić zapasy i odejść. W drodze powrotnej zastanawiałem się, co oni pieprzyli o jakimś płaceniu. Przecież mi nie płacili. Owszem, okazjonalnie dawali mi drobne prezenty. Pamiętali zawsze o imieninach, urodzinach, dniu Pomowca. Ale podobnie traktowali wszystkich swoich kapusiów. Na imieniny golarka elektryczna, na urodziny saszetka, na dzień Pomowca specjalny bankiet w motelu. Owszem, to wszystko było miłe, ale żeby zaraz wypominać jakieś płacenie?
Wtedy wytłumaczyłem to sobie tym, że zbyt długo korzystali już z gościnności Babci i trunki poczyniły nieodwracalne zmiany w ich korze mózgowej. Dziś wydaje mi się, że i jeden i drugi niezależnie od siebie brali za mnie jakąś kasę do własnych kieszeni. Jest to prawdopodobne tym bardziej, że kiedy kazali mi kwitować owe okolicznościowe prezenty, to musiałem wówczas wykonywać niewspółmiernie dużo podpisów. Mieli mnie za durnia, więc na mnie żerowali. To normalne.
W Pomie Paprocki mnie witał, jakbym był rzeczywiście emisariuszem. Wtedy zauważyłem, że jemu też drżą ręce. Wciągnął mnie za przerdzewiały kombajn, wyjął z kieszeni uniformu roboczego metalowy kubek, potrząsnął nim energicznie, jakby coś z niego chciał wytrzepać. Sięgnął do torby po flaszkę, otworzył, nalał ćwierć kubka, szybko wypił. Oczy mu pojaśniały. Znów nalał ćwierć kubka i podsunął mi ją go nos. Ja za wódką nie przepadałem, ale Paprocki był nieugięty.
- Żadnych wykrętów, musisz wypić! Wypijesz, nie podpierdolisz! Kto nie pije, ten kapuje!
Wobec takiej serii ludowych mądrości byłem bezradny, wypiłem.
Rzut
Gdy dotarłem z lekarstwami na warsztat, kierownik Kowal i obaj starsi instruktorzy byli już umierający. Musiałem im nalać, bo sami nie byli w stanie. Po szybkiej drugiej dawce zaczęli przychodzić do siebie. Po trzeciej dawce kierownik Kowal chciał mnie odznaczyć za zasługi, ale gdy zorientował się, że nie ma medali, to postanowił poprzestać na udekorowaniu mnie „pawiem”. „Paw” był nieduży, ale mimo to obaj instruktorzy wraz z kierownikiem zgodnie uznali, że powinienem się zdezynfekować. Nie musieli nalegać, gdyż po dawce przyjętej od Paprockiego byłem już lekko załapany. W dalszym ciągu biesiady kolejne dawki przyjmowałem już regularnie jak wszyscy. I brakło.
Najpierw oberwało mi się, że przyniosłem zbyt mało, bo tylko litra, a następnie uroczyście otrzymałem kolejne bojowe zadanie, by uzupełnić braki. Perswadowanie, że Babcia powyżej litra na kreskę nie daje, nic nie pomogło, więc wyruszyłem ponownie w niepewną drogę do babci, niczym ten Kapturek Czerwony.
- A co ty tu znowu Czerwony Kapturku? - przywitał mnie przy dziurze za przerdzewiałym kombajnem znajomy głos ślusarza Kolisiaka.
- Jestem specjalnym emisariuszem od Paprockiego do księdza proboszcza. - I na koniec puściłem oko.
Rozstąpili się, a kiedy ich mijałem lekko chwiejnym krokiem, to dobiegł mnie zdziwiony głos tego drugiego traktorzysty:
- To czerwoni już też są z nami?
U Babci znów zebrałem opieprz od Toranagi i Zdrady, ale za to znowu litra na kreskę wyrwałem.
- Eustachiuszu! - właśnie tak zwracał się do mnie Toranaga. - Eustachiuszu, czy ty naprawdę nie rozumiesz, co znaczy: asymilować się - bełkotał ledwie dźwigając łeb nad musztardówką. - Masz się przyłączyć do strajkujących, zintegrować się z nimi...
- Jeśli trzeba, to stanąć na ich czele - uzupełnił równie pijany Zdrada.
-...właśnie.
Gdy przemykałem przez dziurę w płocie z powrotem do Pomu, było już po zmroku. Zastanowił mnie fakt, że przy tajno - jawnym przejściu nie ma wartowników. Ale oczywiście wcale mnie to nie zmartwiło. Z głównej hali remontowej naszego zakładu dobiegały odgłosy miarowego skandowania: „Swarliwość, swarliwość...!” To znaczy, dopiero później zorientowałem się, że skandowano słowo „Solidność”, bo tak się miał nazywać nowy, uczciwy związek zawodowy wszystkich ludzi pracy. Jednak teraz z perspektywy lat wydaje mi się, że moje pierwsze wrażenie było trafniejsze.
W drzwiach naszego instruktorskiego kantorka dopadł mnie niesiony burzą ludzkich emocji Kowalik.
- No, dobrze, że jesteś - wydusił między sapnięciami. - Pożycz mi swojej legitymacji partyjnej! - Zaczął mi wywracać kieszenie. - Wygrywamy! Rozumiesz? Wygrywamy!
I tu mnie zastrzelił. W żaden sposób nie mogłem wówczas dojść, kto wygrywa: czy on jako esbecki kapuś-ochotnik, czy też on jako zbuntowany przeciw esbeckim kapusiom lud pracujący. Dziś też do końca nie jestem pewien.
W każdym razie ten tryumfujący, wciąż jeszcze towarzysz Kowalik, wyszperał mi z kieszonki na sercu moją legitymację partyjną i wybiegł z nią jak oszalały.
Dziś oczywiście wiem o co chodziło, ale wtedy nijak nie mogłem pojąć po co Kowalikowi moja legitymacja partyjna i to w dodatku na wiecu, bądź co bądź, antypartyjnym. Tym bardziej, że miał swoją. A i owszem, rzeczywiście miał i to jeszcze prawie przed samym wiecem. Miał ją, tę czerwoną książeczkę i podobnie jak ja nosił na sercu. Ale w tej burzliwej chwili, gdy siedząc na sraczu, decydował się zerwać z Pezetpeerem, w którym nie zrobił kariery i przyłączyć do spontanicznego ruchu robotniczego, w którym się rodzą nowe nadzieje na karierę; w tej to chwili emocje znów wzięły u niego górę nad rozumem i po oddaniu kału cisnął weń swoją czerwoną legitymacją i spuścił wodę. Przeto wówczas, gdy nawróceni ostentacyjnie rzucali pezetpeerowskie legitymacje, on biedaczek nie miał czym zamanifestować swojego nawrócenia. A przecież taka kolejna okazja na publiczne oczyszczenie mogła już się nigdy nie powtórzyć. Do publicznego oczyszczającego rzutu postanowił więc użyć mojej, niewinnej legitymacji. Cwaniak, co? Śmiem przypuszczać, że oprócz mnie do dziś nikt nawet o tym nie wie.
Ale się już dowie, bo po to piszę te słowa, by prawda ujrzała światło dzienne. Bo dzisiaj, gdy jestem u kresu, mogę sobie na prawdę pozwolić.
Skutki
Strajk w naszym Pomie zakończył się spektakularnym sukcesem klasy robotniczej, zaś jego przywódca - Bolek Szwędacz - stał się narodowym bohaterem sławnym nie tylko w Pierdziszewie, ale w całym kraju, a nawet świecie. Było też i tak, że później pieśni o nim śpiewano, a jeszcze później podnoszono go do najwyższych godności, a jeszcze później było, że go obśmiewano. A było też i tak, że go posądzono o zdradę i malwersacje. Taki jest los bohatera.
Wówczas dla mnie los Bolka Szwędacza był zupełnie obojętny. Ja miałem swoje zmartwienia i to jakie... Najpierw, wskutek przyłączenia się do maratonu pijackiego szefostwa, doznałem poważnego zatrucia organizmu. Nic nie jadłem, tylko piłem. Co wypiłem - wyrzygałem. Durny łeb mi chciało rozerwać i co przy tym wszystkim było najgorsze, nie mogłem sobie wziąć ani chorobowego, ani urlopu. A to dlatego, że całe szefostwo praktyk nazajutrz po strajku poszło oddać krew. A to ich upoważniało do otrzymania dnia wolnego od pracy, połowy tabliczki czekolady bez orzechów i talonu na obiad regeneracyjny w restauracji „Sielanka”.
Ja nie byłem aż tak sprytny, by wpaść na pomysł z oddaniem krwi, więc musiałem opiekować się praktykującą młodzieżą w zastępstwie za wszystkich. Nie mogłem też liczyć na pomoc towarzysza, przepraszam - byłego towarzysza młodszego instruktora Kowalika, ten bowiem stał się jednym z głównych działaczy nowego związku zawodowego i jako taki pętał się gdzieś po zakładzie i bywał w dyrekcji na różnych naradach. Byłem sam wśród młodocianej hałastry: słaby, trzęsący się i obrzygany.
Kilka dni później, kiedy już przestałem się bać schodzić ze schodów i nie zwracałem już natychmiast przyjmowanych płynów, zawezwał mnie przed swoje oblicze sekretarz Popu, czyli Podstawowej Organizacji Partyjnej, niejaki Edward Pająk - były kombajnista. Było ich trzech za stołem zasłanym zielonym suknem, ale gadał tylko Pająk.
- Szkoda towarzyszu, szkoda - ubolewał nade mną. - My na was stawialiśmy, boście młodzi i życie było przed wami. A wy co?
- Kara śmierci - pomyślałem nagle. - Za co?
- Mieliśmy wobec was poważne plany. Może byście nawet w przyszłym roku na wczasy do Bułgarii pojechali. A wy co?
- A ja co?
- Nasze koleżeństwo wam śmierdzi, tak? - teraz dopiero się uniósł. - To droga wolna! Jesteście dyscyplinarnie usunięci z naszej organizacji!
Nie miałem najmniejszych szans na wyjaśnienia. Podobnie jak włączenie mnie w struktury partii, tak i wyłącznie mnie z nich odbyło się nie tyle wbrew mojej woli, co jakby obok niej. Oczywiście, że nie wiedziałem o co chodzi, bo nie wiedziałem nawet jeszcze do tej pory, jaki użytek zrobił z mojej legitymacji partyjnej Kowalik. Kiedy go miałem o to spytać?
Szczegółów przyczyn mojego dyscyplinarnego wyrzucenia z partii nie znam do dzisiaj, ale przecież fakt, że coś nie istnieje w mojej świadomości nie oznacza, że to nie istnieje wcale. Więc opiszę jak było, chociaż sam nie wiem.
Było tak
Kiedy to moja biedna legitymacja partyjna wylądowała całkiem niezasłużenie w metalowym koszu na wióry z tokarek i brudne od olejów i smarów szmaty, a lud pracujący (to znaczy aktualnie akurat niepracujący, tylko strajkujący) tańczył jakieś indiańskie albo nawet ludożercze tańce nad owym ustawionym na środku hali koszu, ja właśnie unosiłem do ust kolejny kieliszek w gabinecie kierownika praktyk. I tutaj możecie mi wierzyć lub nie, właśnie dokładnie w tym momencie, gdy czerwone tekturowe okładeczki wpadały pomiędzy wióry i szmaty, ja zakrztusiłem się wódką tak dotkliwie, że zwróciłem na brzuch zastępcy starszego instruktora Kowalczyka ostatnich kilka dawek. To był zły znak. A niektórzy ludzie nie wierzą w takie znaki.
A Kowalczyk to się nawet na mnie nie obraził. Tylko nie wiem czy dlatego, że w zasadzie nie zauważył, że mu obrzygałem brzuch, bo tkwił w jakimś letargu. Czy może raczej dlatego, iż kilkanaście minut później skutecznie mi się zrewanżował. W każdym razie ważne jest, że ja w sposób, powiedzmy korespondencyjny i mistyczny, przeżyłem rozstanie z moim dotychczasowym życiem.
Natomiast droga memu sercu legitymacja, wbrew pozorom nie przestała być pod kontrolą, podobnie jak i legitymacje rzucone przez innych towarzyszy. Metalowy kosz na odpady przez cały czas trwania egzorcyzmów obserwowany był przez chyba najbardziej utajnionego agenta Toranagi - niejaką Melanię Kapustę - sprzątaczkę.
Kiedy zmęczeni tańcem w transie i skandowaniem „Solidność, Solidność...” strajkujący legli pokotem tu i ówdzie, Melania Kapusta ochoczo zabrała się do wykonywania swoich agenturalnych czynności. Myślę zresztą, że tak na mistyczny trans uczestników egzorcyzmów, jak i na ich błogi sen, wpływ miały również materiały przemycane przez dziurę za kombajnem przez podobnych do mnie emisariuszy. Ale mniejsza o to. Fakt, że lud strajkujący spał, a trzeźwa, bo pijąca wyłącznie zsiadłe mleko, Melania Kapusta przekładała swoimi agenturalnymi paluszkami zawartość metalowego kosza do taczki - również metalowej. Rzeczywiście łatwiej byłoby zabrać cały kosz, ale na to Kapusta musiałaby mieć krzepę adekwatną do swojej wagi. A nie miała.
Kolejny niezwykły znak, że dzieje się niesprawiedliwość miał miejsce, gdy agentka Kapusta sięgała akurat po moją legitymację. Właśnie w tym momencie zacięła się wiórem.
- O żesz ty...! - syknęła.
Ten syk jednak wystarczył, by obudzić czujnego wartownika.
- A ty tu co?
- Cicho być chłopie! Wy se możeta strajkować, a ja sprzątać musze. W chlewie kcesz spać?
Już nazajutrz wyrzucone legitymacje były w sejfie sekretarza Popu - Edwarda Pająka. Jak to? - można by słusznie zapytać, wszak Melania Kapusta była agentem Toranagi. A była i dla Toranagi też miała coś miłego, bo przed oddaniem legitymacji Pająkowi spisała z nich nazwiska. Melania Kapusta była po prostu podwójnym agentem, a nawet potrójnym, albo i poczwórnym, czy podziesiętnym. Ona po prostu kablowała na wszystkich do wszystkich. I ksiądz proboszcz miał z niej pożytek, i naczelnik gminy, i posterunkowy i wielu innych których wymienić nie sposób. Ot po prostu, rodzą się tacy ludzie, którzy lubią dużo mówić o innych. Panuje opinia, że częściej są to kobiety, niż mężczyźni? Może i tak, ale nie koniecznie.
Wszyscyśmy, jak jeden mąż, których legitymacje trafiły do sejfu Pająka, zostali wezwani przed oblicze i usunięci z szeregów. Tylko, że tamci sami to spowodowali i nawet można powiedzieć, że tego chcieli. Jako wyrzuceni, mieli bowiem jakby podwójny akt oczyszczenia i już jako czyści mogli przystąpić do wolnego związku „Solidność”.
Jak gdyby nigdy nic
Sytuacja Kowalika tylko na pozór wydawała się bardziej skomplikowana. Owszem, nie został wyrzucony, bo nie było jego legitymacji w sejfie Pająka. Ale gdy złożył deklarację do wolnego związku ludzi uczciwych „Solidność”, to bardzo łatwo znaleźli się świadkowie na to, że był na wiecu i legitymację rzucał. Wolny związek ludzi uczciwych „Solidność” nie miał jeszcze wówczas swojej agentury. Dopiero później.
Warto też zaznaczyć, że Kowalik, aczkolwiek przecież świadom, że nadal formalnie przynależy do przewodniej siły, wcale nie zabiegał o wystąpienia z niej już jako członek wolnego związku ludzi uczciwych „Solidność”. Żył sobie jak gdyby nigdy nic i wyglądał jakby go nic nie bolało. Chyba, że gdzieś w domu przed lustrem... Ale tego nie wiem.
Zaś niespełna półtora roku później, w grudniu, okazało się, że dwulicowość popłaca. Kowalikowi nie spadł włos z głowy, a partia-matka potraktowała go jak naiwne dziecię wplątane w chwilowy flirt z grzechu wartą dziewczyną.
Ja wówczas nie miałem ani tyle przebiegłości co on, ani tupetu, ani tak stalowych nerwów, przeto wciąż przypadek lub inni decydowali o moim losie. Byłem zwyczajnie za głupi żeby objąć swoją pustą mózgownicą, co się wokół mnie dzieje. A czy się bałem? Powiem szczerze: aby się bać trzeba mieć przynajmniej odrobinę wyobraźni o tym, co się może wydarzyć. Ja nie miałem. Martwiłem się tylko jednym: że jako nie członek partii nie będę już sobie mógł bezczynnie zarabiać na utrzymanie jako instruktor młodzieży. Dlatego też, kiedy w niespełna tydzień po usunięciu mnie z partii, zjawił się w Pierdziszewie Toranaga i poprosił jak zwykle na krótką pogawędkę do toalety męskiej, zaczęła mi w sercu świtać nadzieja, że na szczęście wszyscy mnie nie skreślają i może mi się jakoś uda bez wysiłku fizycznego przetrwać do emerytury lub renty inwalidzkiej. O wysiłku umysłowym nawet nie myślałem.
Pisuary mają uszy
Starym konspiracyjnym zwyczajem Toranaga rozmawiał ze mną w ten sposób, że staliśmy sobie przy pisuarach pozorując sikanie. On, jako doświadczony już konspirator, nie musiał jednak wyjmować swojego do tej pozoracji. Ja zaś, jako początkujący, musiałem trzymać miśka w garści nad pisuarem, żeby się nie zlać w portki. A tak, za pierwszym razem do tego właśnie doszło. Co mogę na to poradzić, że gdy przyjmuję pozycję odpowiednią do sikania, to sikam? To właśnie chyba jest normalne. W każdym razie już od trzeciej konferencji (tak te pogaduszki nazywał) Toranaga pozwolił bym wyjmował swojego, bo na drugiej też się zlałem. Czy zerkał na mojego? Trochę i to tylko na początku. Nie było na co. Teraz zresztą też nie ma na co, ale teraz już mi to zwisa, a wtedy mi jeszcze zależało. Nie ważne.
- No widzisz Eustachiuszu, jak zechcesz, to jednak potrafisz się zachować. Myślę, że w tym roku na gwiazdkę dostaniesz już w końcu tę elektryczną maszynkę do golenia radzieckiej marki „Harkiv”.
Ucieszyłem się.
- A z tym rzuceniem legitymacji partyjnej to był bardzo dobry pomysł - dorzucił tonem trenera, którego podopieczny dał z siebie więcej, niż trener się spodziewał.
- Ale to Kowalik... - ścisnąłem sobie nerwowo misia, aż zabolał.
- Nie ważne kto ci to doradził - nie dał mi skończyć Toranaga. - Ważne, że się zachowałeś z refleksem. To chyba pierwszy raz odkąd współpracujemy. No ale lepiej późno, niż wcale.
Zacząłem sikać.
- A z tego Kowalika to jeszcze będą ludzie - kontynuował. - Nie lubię go, bo to ochotnik i taki napalony, ale muszę docenić to, że sam wpadł na to, żeby do nich wstąpić.
- Ale... - przerwałem sikanie.
- Nie ma żadnego „ale” Eustachiuszu, ty też to musisz zrobić.
- Co muszę zrobić? - znów go ścisnąłem do bólu i obróciłem się w stronę Toranagi.
- No, przystąpić do nich.
Bezwiednie znowu popuściłem mocz i to wprost na jego buty. Toranaga nawet się nie uniósł. Popatrzył tylko na mnie jakoś tak, jak się patrzy na niesforne dziecko, tak z politowaniem i bezradnością. Zdjął mi z głowy warsztatową beretkę i wytarł nią sobie obuwie.
- Chodźmy już, bo ściany mają uszy.
Wolny związek zawodowy ludzi uczciwych
Bardzo długo się ociągałem z wykonaniem polecenia Toranagi. W owym czasie miałem ochotę zapaść się pod ziemię albo wyemigrować gdzieś, najlepiej na Madagaskar.
- No i co jest z tobą Eustachiuszu? - zadzwonił do mnie w końcu zniecierpliwiony Toranaga. - Czyżbyś wolał w polu przy spiekocie snopki przerzucać albo byki pasać, takie całkiem dzikie?
- Nieeee... - wybeczałem bezwiednie, bo bałem się panicznie byków i ciężkiej pracy fizycznej. - Nieeee...
- Więc nie becz jak baran, ale przystąp w końcu do nich.
Postanowiłem nie taić dłużej moich głównych obaw i wątpliwości.
- Ale co ja tam będę robić?
- A co robiłeś w Pezetpeerze?
- No nic.
- I to samo masz robić tam.
- A jeśli mi każą przemawiać?
- To powiedz, że cię gardło boli! - chyba się wkurzył. - Masz trzy dni czasu, a potem byki!
Po takiej rozmowie nie mogłem już rzeczywiście dłużej zwlekać. Prawie natychmiast poprosiłem Kowalika o deklarację członkowską i wypełniłem ją.
- Wiedziałem, że jesteś swój chłop - poklepał mnie Kowalik.
Nie wiedziałem czy mam się cieszyć z gestu uznania i przyjaźni akurat ze strony tego człowieka. Wtedy już zupełnie nie wiedziałem kim był: towarzyszem partyjnym, czy kolegą związkowym, kapusiem-ochotnikiem, czy tępicielem kapusiów; takim malutkim oślizłym karierowiczkiem, czy przebojowym działaczem społecznym. Gówniarskie dylematy.
W każdym razie muszę przyznać, że mój kolega z warsztatu pomógł mi w dostaniu się do wolnego związku ludzi uczciwych „Solidność”. O tej pomocy dowiedziałem się oczywiście jakiś czas później z relacji naocznego świadka. Radził nad moją kandydaturą kolektyw związkowy przy drzwiach zamkniętych. Z ust Kowalika padały ponoć pozytywne ogólniki typu: równy gość, nie zarozumiały, nie pazerny itp. Ale szalę na moją korzyść przeważył Paprocki. Tak, właśnie ten, który ułatwił mi swego czasu przemyt.
- Fakt, że Pacynka do partii należał - argumentował - ale funkcji nie piastował i się nie szarogęsił, a w czasie strajku też nas wspomagał jak mógł. Koledzy Kolisiak i Bagiera mogą potwierdzić, prawda?
Wartownicy spod dziury ponoć zgodnie kiwali głowami i tak oto zostałem ich związkowym kolegą.
Diabeł okazał się nie taki straszny. Na zebraniach związkowych wcale nie musiałem się wypowiadać i poza podpisywaniem różnych petycji bez czytania, nie musiałem robić nic. Podobnie jak na zebraniach partyjnych. Różnica była tylko taka, że na zebraniach partyjnych zawsze większa grupa towarzyszy strzelała sobie drzemkę, więc i ja mogłem niepostrzeżenie oczko sobie przymknąć. Tutaj raczej nikt nie spał i to nie dlatego, że bractwo było jakieś szczególnie wypoczęte, nie. Po prostu nie dało się spać, bo dużo głośniej wszyscy gadali niż w Pezetpeerze i często się nawet przekrzykiwali. Ja oczywiście nie mówiłem i nie robiłem nigdy nic, więc wrogów nie miałem i gdzieś po trzecim zebraniu to się już przyzwyczaiłem. Najważniejsze było nie słuchać za bardzo co gadają i często wychodzić na papierosa. Tego się nauczyłem na zebraniach partyjnych i to również tutaj skutkowało.
Była jedna różnica na niekorzyść, ale na szczęście to długo nie trwało, bo tylko trochę ponad rok - do grudnia. Ta różnica to całkowity brak wyjazdów kulturalno-oświatowych np. do Poronina albo do Pałacu Kultury. W partii to przynajmniej raz w roku się gdzieś jechało, a tu tylko narady wiece i narady, w kółko.
Grudzień
W grudniu było bardzo zimno, więc jak co roku poważnie się przeziębiłem i leżałem sobie spokojnie w domu, oglądając telewizję. Później, jak już telewizji nie było, to prawie na okrągło spałem i nie myślałem o niczym. Ominęły mnie dzięki temu te wszystkie poruchawki i niepokoje. Cieszyłem się z tej choroby, bo dzięki niej nie musiałem się ani opowiadać, ani występować. Wróciłem do pracy już po Nowym Roku. Wszyscy byli na swoich miejscach, tylko że Kowalik był jakiś szczególnie miły dla kierownika. Herbatę mu robił prawie co godzinę i szczerzył zęby na każdy jego widok.
W Pierdziszewie zrobiło się spokojnie jak po burzy. Mogło by się wydawać, że ludzi we wsi nie ma, a przecież ubyło tylko czterech: przewodniczący „Solidności” z Eskaeru i Pegieeru oraz przewodniczący „Solidności” rolników, a do tego jeszcze Paprocki. Bolka Szwędacza od nas z Pomu nie ośmielili się zamknąć w internacie, jak tamtych. Jednak przez jakiś czas zabronili mu wychodzić z domu.
Poza tym namnożyło się w Pierdziszewie Wielkim wojska i to nie tylko tego na czołgach przy drogach, ale i w urzędach i na stacji kolejowej, a nawet w szkołach niektórzy belfrzy paradowali w zielonych mundurach. Ale co się dziwić, jak taki przykład szedł z telewizora.
Może trochę dziwić, że w to powszechne zmilitaryzowanie nie wkomponował się właśnie oficer - Toranaga. Mimo, że został świeżo upieczonym pułkownikiem to nie kłuł oczu dystynkcjami. Skromny gość. Przyjeżdżał nadal w cywilkach i nadal robił swoje jak należy.
- Chodzisz do kościoła? - zapytał mnie, jak zwykle, w kiblu przy pisuarach.
- Taaak...
- To nie wstępuj z powrotem do partii, tylko chodź nadal do kościoła i słuchaj.
- Taaak...- wysikałem się i wyszedłem za nim.
Zdrada też awansował, był teraz majorem, ale on akurat nie krył tego i paradował w mundurze. W motelu u Jacka Patelni był straszny zastój, bo ludzie nie mogli jeździć nigdzie bez specjalnej zgody, więc Zdrada bywał częściej, żeby dziewczyny nie wyszły z wprawy. Każdy fach wymaga przecież praktyki i treningu. Patrząc na poświęcenie i troskę Zdrady można by przypuszczać, że był wspólnikiem w interesie Patelni. Kto wie?
Muszę też powiedzieć, że ucieszyłem się z tego, że Toranaga nie kazał mi znowu wykonywać jakichś karkołomnych wyczynów, żeby wrócić do partii. A kościół? Cóż to dla mnie za zadanie, przecież od dziecka chodzę do kościoła i słucham, bo tak zostałem wychowany. Zresztą właśnie to w kościele zawsze lubiłem najbardziej, że tam się tylko słucha, a jeśli się już mówi, to zawsze to samo i razem z innymi. Nie trzeba myśleć ani się wychylać. Do tego stopnia mnie to odprężało, że nawet jako członek przewodniej siły nie zaniechałem coniedzielnej mszy. Co, że niby było to źle widziane przez moich partyjnych szefów? Nie, oni sami też do kościoła chodzili, tylko że im wyżej był komuch postawiony, tym dalej wyjeżdżał. Na przykład ja, jako szary członek, mogłem sobie spokojnie bywać w kościele pierdziszewskim, ale na przykład już kierownik Kowal, to jeździł do kościoła trzy gminy dalej. Zaś sekretarz Pająk co niedzielę wyjeżdżał rzekomo do teściów pod Kielce, ale wszyscy wiedzieli, że teście teściami, a on tam właśnie do kościoła jeździ. Pierdziszewskie pierdoły głosiły nawet, że do mszy służy. Ale ja w to akurat nigdy nie wierzyłem. Ciekawe gdzie jeździł na mszę sam najwyższy pierwszy sekretarz gminny? Chyba do Moskwy.
Spokojne lata
W zasadzie to mogę powiedzieć, że te wszystkie lata pomiędzy grudniem a czerwcem 1989 roku wspominam dość dobrze, bo nic się nie działo. I tak na prawdę to w owym okresie byłem chyba najbardziej spokojny o to, że czeka mnie beztroski statystyczny los Pierdziszewianina: błoga bezczynność do emerytury lub jeszcze lepiej renty inwalidzkiej, literek na czterech po każdej szychcie, a w jakieś święta lub imieniny to i flaszka na głowę. No tak, musiałem się w końcu przerzucić z winka jabłkowego na wódeczkę, gdyż awansowałem w pracy, a pozycja zobowiązywała. Bardzo rzadko jednak zdarzało mi się przesadzić w piciu. Nie miałem do tego ani głowy, ani zdrowia.
Mój awans był, ma się rozumieć, skutkiem nie jakichś tam szczególnych zasług, ale po prostu wynikał z naturalnego biegu wydarzeń. Kierownik Kowal przeszedł na zasłużoną rentę inwalidzką, bo wątroba mu wysiadła, co zresztą było do przewidzenia. Kowalski więc został kierownikiem praktyk, Kowalczyk starszym instruktorem, Kowalik jego zastępcą, a ja młodszym instruktorem. Czyli, że wszystkie awanse odbyły się normalną koleją rzeczy, bez względu na to kto od kogo był głupszy lub mądrzejszy. Czy też kto od kogo był większą świnią. Przy wielu słowach krytyki, jakie usłyszałem po latach pod adresem tamtego systemu, który właśnie takie zasady awansu preferował, muszę jednak powiedzieć, że było coś uspokajającego w tym poczuciu nieuchronności. Na tle systemu nerwowa szarpanina Kowalika wydawać się mogła dziecinadą. I tak na każdego miała przyjść jego kolej, jeśli by się wcześniej nie wykończył od wódy. I tu warto zaznaczyć, że Kowalik też zaczął pić. Dzisiaj nie wiem, czy z powodu, że zmądrzał po osiemdziesiątym pierwszym roku i zrozumiał, że wyżej dupy nie podskoczy - jak mawiał Toranaga po powrocie ze szkolenia w Moskwie; czy też może nasz warsztatowy koleżka wciąż się miotał jak ten węgorz i musiał zalewać robaka. A może chłop po prostu chciał się z nami integrować i asymilować? Jednak jakiekolwiek wówczas by nie były jego pobudki, to jednak i tak przyszłość miała pokazać, że w głębi serca zastępca starszego instruktora Kowalik był wciąż tym samym chorobliwie ambitnym i chciwym malutkim karierowiczem. Ale to już głownie jego problem.
Ja - jak już wspomniałem - żyłem sobie bezproblemowo. Mimo, że nie byłem członkiem przewodniej siły, to włos mi z głowy spaść nie mógł, gdyż byłem regularnym sprawozdawcą Toranagi z kazań księdza proboszcza z pierdziszewskiej parafii. A więc miałem pewny parasol. Ten parasol, aby ułatwić mi zadanie, a może raczej po to, by uniknąć moich przekręceń w sprawozdaniach, wyposażył mnie w cacko, którym chyba w Pierdziszewie tylko ja się mogłem w owym czasie pochwalić. Dzisiaj może to już mieć każdy gówniarz, a był to dyktafon. Oczywiście, że ubolewałem nad tym, że nie mogłem tym cackiem szpanować na lewo i prawo. Raz, gdy poszedłem z tym na zabawę w remizie, to mogłem tańczyć ze wszystkimi dziewczynami z Pierdziszewa i okolic, a nawet jedną z miasta, co u nas była na wakacjach. Ale zaraz o mojej dekonspiracji dowiedział się Toranaga i dostałem reprymendę. O tym jednak, że chyba właśnie posiadaniu dyktafonu zawdzięczam fakt, że posiadam żonę, to pewnie Toranaga by się nigdy nie dowiedział, gdybym teraz o tym nie napisał. Zresztą tak dokładnie to moje zapoznanie z Wandą nastąpiło trochę dzięki właśnie Toranadze, który kazał mi przystąpić do kółka różańcowego, trochę dzięki proboszczowi, który najwyraźniej próbował nas zbliżać ku sobie, a trochę dzięki temu maleńkiemu magnetofonowi, którym Wandzie zaimponowałem, bo czym innym przecież nie mogłem.
Wanda
Wanda była panienką w moim wieku ani ładną, ani brzydką, ani zgrabną, ani grubą, ani mądrą, ani głupią, po prostu taką ani - ani. W stanie panieńskim wytrwała do dojrzałego wieku trzydziestu pięciu lat z powodu niespełnionej młodzieńczej miłości. Jak nietrudno się w przypadku Wandy domyślić, poszło o Niemca...który Wandy nie chciał. Tak, to właśnie tak było. Może nawet z zemsty za tamtą.
Jako młoda harcerka Wanda wiele lat temu wyjechała na obóz międzynarodowy do bratniego NRD (młodszych informuję, że istniało kiedyś takie państwo germańskie, a starszym przypominam). Tam w przerwach pomiędzy czyszczeniem sportowych karabinków i usługiwaniem bawiącej się szampańsko kadrze, Wanda poznała pięknego Rudolfa. Dziewczę oszalało z miłości. Rudolf jednak, za wyjątkiem tego jednego razu, niczego więcej nie chciał od Wandy, bo zajął się następnymi. Dziewczę, jak nietrudno się domyślić, próbowało w desperacji skończyć z życiem poprzez skok do rzeki ze skarpy. Skarpa była niska, a woda nienadzwyczajnie głęboka, więc próba się nie powiodła. Wandę z rzeki wydobyli i odstawili do obozu agenci bratnich służb specjalnych „Stanisławy”, czy jakoś tak, ale nie jestem pewien. W każdym razie to oni, podczas penetracji rzeki w poszukiwaniu zachodnioniemieckiej flotylli podwodnej, spostrzegli przeszywające taflę wody ciało zranionej strzałą Amora Wandeczki. Dzięki perswazjom opiekunów i bacznej ochronie już do końca obozu dziewczynka nie zdołała sobie życia odebrać. Wróciła do pierdziszewskiego domu cała, jeśli oczywiście nie liczyć utraty błony dziewiczej. To nie żarty. Wychowana w tradycyjnie religijnym i patriarchalnym domu, Wanda w swej durniutkiej młodzieńczej główce uznała, że z powodu tego drobnego braku nie jest już godna prawdziwej miłości. Wstyd, hańba i zawód miłosny tak ją przytłoczyły, że aż się od tego ciężaru zgarbiła. Wyrostki z sąsiedztwa, gdy ją widziały idącą, śmiały się nawet i dopytywały, czy aby czegoś nie szuka pod nogami.
Po ukończeniu pierdziszewskiego liceum Wanda bardzo poważnie myślała o wstąpieniu do zakonu, ale i do tego zabrakło jej dość zdecydowania i odwagi. Jednak życie jakie wiodła w cywilu nie odbiegało chyba w niczym od klasztornego. Praca - dom, praca - dom i tak w kółko. Na zabawy do remizy nie chodziła, na mecze miejscowej drużyny piłkarskiej LZS „Pierdziochy” Pierdziszew Wielki też oczywiście nie i nawet na odpustach się nie pokazywała. Czyli pełna izolacja.
Jako dziewczyna z maturą otrzymała czystą i niskopłatną pracę na poczcie, ale nie tutaj gdzieś przy okienkach, bo się do rozmowy z ludźmi nie nadawała, tylko gdzieś tam za tajemniczymi drzwiami: „obcym wstęp wzbroniony”. Miała jednak jedno hobby, rozrywkę i zarazem coś co stanowiło lekarstwo na jej przygnębienie. Było to kółko różańcowe. Do czasu mojego przystąpienia do kółka Wanda była w nim najmłodsza, więc można powiedzieć, że akurat w tym gronie uchodzić mogła za maskotkę i ulubienicę całej grupy. Nie trudno więc chyba sobie wyobrazić pod jakim ciśnieniem znalazłem się ja, gdy przystąpiwszy do kółka różańcowego, natychmiast zacząłem być postrzegany przez pierdziszewskie matrony jako idealny partner dla ich ulubienicy Wandusi. Jeśli ktoś w swoim życiu miał całą czeredę rozmodlonych swatek, to zrozumie moje ówczesne samopoczucie.
Zaloty
Żadnych zalotów nie było. Ja, jak już wcześniej wspomniałem, znalazłem się wśród tych pierdziszewskich bab wyłącznie służbowo. Owszem, czasem pojawiał się na spotkaniach kółka różańcowego i jakiś facet, ale zazwyczaj był to też jakiś stary piernik, który został tu zesłany przez proboszcza za karę, to znaczy na pokutę po spowiedzi.
Na początku byłem zszokowany tym, co się na tych modłach działo. Baby coś mamrotały indywidualnie, to znów chórem. Czary jakieś - myślałem sobie - czy egzorcyzmy? Na początku też nie wiedziałem co mam z tych spotkań nagrywać na dyktafon dla Toranagi, więc brałem wszystko, jak leci. Toranaga, gdy usłyszał to miarowe i regularne rzężenie pierdziszewskich bab, to też zbaraniał. A zaraz po zbaranieniu powiedział do mnie czule: „Ty baranie! Rozmowy masz nagrywać, rozmowy, a nie jakieś czarodziejskie modły!”
Rozmowy i owszem były, ale na początku prawie wyłącznie o kartoflach, świniach i sąsiadkach. Moja obecność spowodowała, że w miarę upływu czasu głównym tematem rozpraw przy różańcu stały się sprawy sercowe. A ile ja się mądrości życiowych nasłuchałem. Jedna przez drugą starały się dobrotliwie pchnąć mnie ku Wandzie i każda zaczynała wywód od słów: „A jak na przykład mój stary...”. I potem było, że jak jej stary to czy tamto, to ona mu to i owo, tak że jej było na wierzchu. Dzięki tym ich wywodom o stosunkach wewnątrz małżeńskich ja miałem się przekonać do tego kroku. A ja nic, bo mi się po prostu Wanda nie podobała. Mogę to dzisiaj napisać z czystym sumieniem, choć jest do tej pory moją żoną. Mogę, bo jestem u kresu i jest mi już wszystko jedno. A czy obawiam się gniewu mojej żony za to wszystko, co o niej i o nas tutaj napisałem i napiszę? Nie, nie obawiam się, bo przez te kilkanaście lat wspólnego pożycia wyzbyliśmy się już gniewu w stosunku do siebie na wzajem. Gniew to też są jakieś emocje, a nas dzisiaj nie łączy już nic. Kiedyś owszem, był gniew, była złość, wściekłość i coś tam jeszcze. Miłości nie było nigdy.
One jednak, te kobiety w kółku różańcowym, prowokowały jakieś sytuacje, czyniły aluzje itp. itd. byleby tylko choćby promyczek uśmiechu wywołać na buzi swej przyjaciółki - Wandy i byle by choć trochę męskiej odwagi tchnąć we mnie. Bezskutecznie. W Wandzie bowiem te zabiegi wywoływały raczej zażenowanie, a do mnie zwyczajnie wtedy nie docierały. Ja zawsze byłem jakiś taki tępy. Nawet wspólne wyjazdy z kółkiem różańcowym do Częstochowy, kalwarii Zebrzydowskiej i Piekar Śląskich nie wywołały drgnięcia ani w moim sercu, ani - jak sądzę - w jej. A tak nawiasem mówiąc, to lubiłem bardzo te wyjazdy, podobnie jak kiedyś w Pezetpeerze do Poronina albo na szkolenia partyjne. Czyli, że już nie miałem czego żałować: nie było partii, więc miałem swoje kółko różańcowe.
Dopiero ingerencja samego księdza proboszcza przy spowiedzi wielkanocnej spowodowała, że zdarzenia potoczyły się błyskawicznie.
- Ja wszystko widzę synu - wyszeptał do mnie przez kraty konfesjonału, gdy już wyklepałem mu do ucha swoje grzechy. - Ja wszystko widzę synu i myślę, że to jest dobra dziewczyna, choć źle potraktowana przez los. I myślę, że będzie wam ze sobą dobrze.
On wiedział o niej chyba wszystko. O sprawie z Niemcem, który jej nie chciał i o tym, że nie jest dziewicą, i jak często się onanizuje i czym, i na czyj temat. Oni zresztą o to głównie na spowiedzi pytają. Mnie też, odkąd mi się sypnął wąs, przy każdej spowiedzi indagowali głownie o to, a ja nigdy nie miałem wielkich potrzeb - raz w tygodniu i to nie zbyt długo, bo mnie nawet nadgarstek nigdy nie zdążył rozboleć.
Wiedział o niej chyba wszystko, ale nie powiedział mi, że nie jest dziewicą. Dzisiaj chyba nawet się domyślam dlaczego. Otóż, on i o mnie wiedział prawie wszystko. Nie wiedział tylko o moich kontaktach z Toranagą, bo o tym na spowiedzi nigdy nie gadałem. Bo to przecież żaden grzech.
Wiedział w każdym razie o tym, że do tamtej pory nie miałem jeszcze kobiety. Tak, to prawda, choć wydaje się mało prawdopodobne, by trzydziestopięcioletni facet nigdy nie ciupciał. On o tym wiedział, więc słusznie wykombinował, że jeśli nie miałem nigdy kobiety, to nie mogę wiedzieć, jak to jest z dziewicą lub nie dziewicą. W tych ich szkołach to jednak czegoś uczą, przynajmniej kombinowania. Wcisnął mi więc towar rozpakowany, przeterminowany i w dodatku taki, który mi się nie podoba. Nie bez powodu dzisiaj złośliwcy mówią o naszym pierdziszewskim proboszczu „ksiądz-biznesmen”.
Przed ślubem byliśmy tylko na jednej randce, gdy poszliśmy razem dać na zapowiedzi. Ja na więcej nie miałem ochoty, ona chyba też nie. I wtedy na tej randce po raz pierwszy i ostatni Wanda spojrzała na mnie tak, jakbym jej czymś zaimponował. Gdy szliśmy tak sobie w kierunku plebani pomyślałem, że akurat to co mówię na randce z dziewczyną nie będzie chyba interesowało Toranagi, tym bardziej, że akurat nie mówiliśmy nic. Postanowiłem więc na ten czas wyłączyć dyktafon. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. Moje zachowania zaciekawiło dziewczynę.
- Co tam masz? - Uniosła na chwilę wzrok i natychmiast go spuściła. Pomyślałem, że nadarza się dobra okazja, żeby zaszpanować. Powoli wyjąłem dyktafon i zademonstrowałem, jak działa. To był ten jeden raz i już nigdy więcej nie widziałem na twarzy swojej żony ani szacunku dla mnie, ani tym bardziej podziwu. A zresztą, czym niby miałbym ten szacunek i podziw wzbudzać?
Pobraliśmy się, zamieszkaliśmy w jej domu rodzinnym na pięterku i niemal dokładnie w dziewięć miesięcy po nocy poślubnej urodził nam się syn. Może to i dobrze, że załatwiliśmy to od razu, bo później to już jakoś nie było ani okazji, ani ochoty.
Wójt
Jak bardzo obojętnie, czy też nawet niechętnie, bym nie podchodził do swojego małżeństwa z Wandą, to jednak muszę przyznać, że fakt jego istnienia, przynajmniej formalnego, był mi bardzo pomocny w chwilach, gdy decydowały się losy mojego wójtowania. Dziś piszę „pomocny”, gdyż z perspektywy czasu nie żałuję, że zgodziłem się zostać wójtem Pierdziszewa Wielkiego, ale wtedy tak się bałem, że najchętniej wyemigrowałbym choćby do Amazonii.
Nie muszę chyba przypominać, że tak na prawdę to wszystko zaczęło się w czerwcu osiemdziesiątego dziewiątego roku. Pamiętne wybory parlamentarne i spektakularny sukces Bolka Szwędacza. Ilością głosów w Pierdziszewie przywódca strajku w naszym Pomie z osiemdziesiątego roku zakasował wszystkich. Mówiło się wówczas, że gdyby oseski mogły głosować, to też by zagłosowały na Szwędacza. I tak Bolek Szwędacz - elektronik został posłem. Oczywiście, że nie jako jedyny Pierdziszewianin. Można nawet powiedzieć, że w tym pierwszym prawie wolnościowym sejmie, to Szwędacz był ledwie trzydziestoprocentowy, bo resztę wciąż jeszcze stanowiła przewodnia siła wraz z bratnimi partiami chłopsko - rzemieślniczymi. Wciąż jeszcze żyjący, ale już bliski przepoczwarzenia Pezetpeer, reprezentował lider pierdziszewskiej młodzieży socjalistycznej - niejaki Miruś Sztandarek, zwany Dzieckiem Socjalizmu. Można zapytać czemu akurat ten młodziak, czyżby pierdziszewskie komuchy nie miały na pokaz bardziej zasłużonych towarzyszy? Ależ oczywiście, że zasłużeni i twardogłowi towarzysze istnieli na swych posadach i mieli się całkiem nieźle. Jednak zmysł taktyczny odpowiednich służb przewodniej siły nakazywał w tym akurat przełomowym okresie, wypychać do pierwszych szeregów młode, jeszcze nie skompromitowane buźki; zasłużonych towarzyszy zaś lokować na mocnych posadach w gospodarce na tyłach. Dziś obiektywnie mogę stwierdzić, że sprytne i skuteczne to było posunięcie.
Drugim Pierdziszewianinem zasiadającym w owym czasie w ławach poselskich po stronie większości był reprezentant partii chłopskiej - jej prezes na całą gminę Pierdziszew - Lucjan Krzykacz. Lucjan był chłopem słusznej postury, posiadającym tubalny głos, którego zresztą sam bardzo lubił słuchać. Przemawiał zatem przy każdej okazji, puszył się przy tym, napinał i deklamował jak natchniony frazesy i dyrdymały. Jemu to właśnie przypadła dziejowa misja przeprowadzenia swych chłopskich towarzyszy ze skompromitowanego Zeteselu do oświeconej i demokratycznej partii o historycznie pozytywnej nazwie: Chłopów Ino Partia Agrarna (w skrócie CIPA). Przepoczwarzenie to, oprócz nazwy, miało zmienić również radykalnie tak zwany światopogląd ludu wiedzionego przez Lucjana Krzykacza. On sam zaś, niejako symbolicznie, ale też i faktycznie miał się przewiesić z klamki pierwszego sekretarza Pezetpeeru w gminie na klamkę księdza proboszcza. Przyznać trzeba że w dziedzinie zmiany nazwy przepoczwarzenie się powiodło. Jednak jeśli chodzi o to przewieszenie, to większość Pierdziszewian twierdzi, że Lucek zawisł w rozkroku pomiędzy biurem partyjnym pierdziszewskiej lewicy a plebanią. Być może stąd właśnie brały się te sensacyjne doniesienia o rzekomych niezidentyfikowanych jajach unoszących się nad Pierdziszewem. Ja tam ich nigdy nie widziałem, ale też nie miałem powodu, żeby w nie nie wierzyć.
Rok 1990
Po roku 1989 musiał nieuchronnie przyjść rok 1990 i kolejne epokowe przemiany w Pierdziszewie Wielkim. Nowa wolnościowa siła w naszej gminie lansowała pogląd (zresztą słuszny) że ludziom należy się samorządność. Żadnych, jak dotąd, naczelników przywożonych w teczce alby radnych typowanych czy rekomendowanych. Ludzie mają mieć prawdziwe wybory, a włodarze gminy, choćby mieli być najbardziej niedoświadczeni i po prostu ciency, to muszą być przede wszystkim swoi i demokratyczni. Tyle mi wiadomo o samej idei dzisiaj, wtedy wiedziałem jeszcze mniej. A jednak przyszło mi tę ideę wcielać, realizować i konsumować na co dzień.
Kiedy już te wybory do rady gminy miały się odbyć, wezwał nas proboszcz na specjalną naradę w naszym kółku różańcowym i powiedział całkiem poważnie:
- Drodzy towarzysze, przepraszam, oczywiście bracia i siostry, nie może być tak, żeby nasze prężnie działające parafialne kółko różańcowe nie było reprezentowane w nowych władzach gminy. Jest przecież wiele spraw spieprzonych, przepraszam, oczywiście popsutych przez komuchów przez te wszystkie lata, które to sprawy należy teraz po naszej myśli uporządkować. Trzeba przeto żebyście jako kółko różańcowe wydali ze swego łona odpowiednich kandydatów na radnych. A o tę, jak to się teraz mówi, kampanię wyborczą to się w ogóle martwić nie musicie. Ja sam zrobię wam taką kampanię, że nawet specom z Ameryki gały wyjdą. Przecież społeczeństwo Pierdziszewa prawie w stu procentach jest prawomyślne, więc mnie posłuchają, jak im z ambony każę na was głosować. Proszę się zatem nie wahać, ale odważnie zgłaszać swoje kandydatury, a ja się resztą zajmę.
Nigdy nie byłem nie tylko ambitny, ale też i odważny. Kiedy wyobraziłem sobie, że miałbym się prezentować przed większym gronem osób, a może i na jakichś wiecach lub odpustach, to zaraz zabulgotało mi w brzuchu. Poczułem nieodpartą potrzebę natychmiastowego wypróżnienia się. Proboszczowi nie wypadało przerywać nagłym zrywem i opuszczeniem salki katechetycznej, więc grzecznie uniosłem dwa palce w górę, jak mnie w szkole uczono.
- O, nasz drogi brat Eustachy - rozpromienił się proboszcz. - Wiedziałem, że akurat na tobie bracie się nie zawiodę.
Poczułem w jelitach gwałtowne łaskotanie, jakby tabuny takich małych pajączków mi po kiszkach biegały. Skłoniłem się tylko i rzuciłem się do drzwi. Nie mogłem w takiej chwili pamiętać o tym, że przy salkach katechetycznych nie ma toalety. Zacząłem odruchowo szarpać wszystkie drzwi w korytarzu. Pozamykane. Pobiegłem więc w kierunku schodów aby wydostać się z tej piwnicy. Było ciemno. Potknąłem się o któryś z pierwszych stopni i wyrżnąłem zębami o beton. Ból był tak potworny, że skurczu doznał nawet mój zwieracz odbytu, więc żaden mały pajączek nie wydostał się z moich jelit. Dopiero później.
Tak oto zostałem kandydatem na radnego z listy Patriotyczno-Uczciwej Pierdziszewskiej Akcji (w skrócie PUPA).
PUPA
Patriotyczno - Uczciwa Pierdziszewska Akcja powstała na okoliczność kampanii wyborczej z inicjatywy Bolka Szwędacza. Jednak to nie Bolek rządził kto, gdzie i jak będzie kandydował. Tymi sprawami zajmował się ksiądz proboszcz, bo to przecież Bolek u proboszcza się spowiadał co niedzielę, a nie proboszcz u Bolka. Czyli, że nawet jeżeli Bolek chciałby coś zrobić w tajemnicy przed proboszczem lub nie po jego myśli, to proboszcz na spowiedzi i tak to od Bolka w porę wydusił i ze łba wybił, i jeszcze pokutę zadał. Myślę więc, że Bolek, świadom konsekwencji swoich wolnych myśli, w obawie przed pokutą przestał po prostu wolno myśleć.
Proboszcz więc ustalił co i jak. Dobrał swoich z kółka różańcowego, rady parafialnej, chóru kościelnego i kilku jeszcze innych przyparafialnych kółek i organizacji, których nazw ani dzisiaj, ani wtedy nie znałem. Wkurzali się trochę ci ze związku „Solidność”, że dla nich jest za mało.
- Im zawsze jest za mało! - odpierał zarzuty proboszcz.
Wtedy się domyślałem, a dziś wiem na pewno, że związkowców, bardziej niż ilość proboszczowych kandydatów, wkurzała ich jakość. Ot na przykład ja, o którym żaden na prawdę porządny i uczciwy Pierdziszewianin nie mógł mieć dobrego zdania. Albo mój kolega z pracy - Kowalik, który w krótkim czasie z działacza Pezetpeeru i Pronu (przypominam, że takie coś też kiedyś istniało) przeistoczył się najpierw w działacza „Solidności”, a następnie dla szybszej kariery w przebojowego aktywistę rady parafialnej. Z jej to ramienia właśnie został kandydatem.
I tacy właśnie jak ja i Kowalik przeważali w proboszczowej gromadce, poprzeplatani kilkoma dewotkami i może jednym czy dwoma zacnymi ludźmi. Ale to przypadek.
Radość Toranagi
Kiedy zameldowałem Toranadze, że jestem kandydatem na radnego, to się bardzo ucieszył, czym mnie zdziwił. Muszę przyznać, że ja przez cały czas nawet jeszcze wówczas, żyłem w przekonaniu, że to wszystko jest jakieś przejściowe i że lada moment znów nastanie normalny porządek z przewodnią siłą i błogą wolnością od rzeczywistych wyborów. W związku z tym przekonaniem sądziłem, że Toranaga wciąż ma wszystko pod kontrolą. Oczywiście, dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że się myliłem, bo Toranaga nie miał pod kontrolą wszystkiego, a tylko to co mu było potrzebne. Stąd jego radość na wieść, że jestem kandydatem i że większość kandydatów jest podobna do mnie. To bowiem miało być gwarancją, że powrót do władzy jego szefów jest pewny w nie tak znowu odległej perspektywie.
- Gratuluję Eustachiuszu - poklepał mnie tak po plecach, że aż obsikałem ścianę zakładowej toalety. - Właśnie w takich jak ty pokładam nadzieję ja i moi szefowie.
Wtedy rozumiałem te słowa Toranagi jako rzeczywiste gratulacje, dziś je rozumiem zupełnie inaczej.
Nie pamiętam też, czy Toranaga jeszcze wtedy był znienawidzonym Esbekiem na usługach nomenklatury totalitarnej, czy już funkcjonariuszem powszechnie szanowanej służby wolnego państwa, która przybrała nazwę Konspiracyjno - Utajniona Pierdziszewska Agentura (w skrócie KUPA). W każdym razie przyznać muszę, że w tamtym okresie w trakcie kontaktów z Toranagą odczuwałem jakąś powolną, ale postępującą zmianę, jakby jego metamorfozę. Bywały takie momenty, że gdy przyjeżdżał do Pomu i stawał w drzwiach naszego warsztatu, to nie wiedziałem, czy mam się go jeszcze bać, czy zacząć go już szanować. Podobnie zresztą siebie.
Wybory
Na szczęście w żadnych takich szopkach przedwyborczych typu spotkania, wiece, czy debaty nie musiałem uczestniczyć, gdyż zwalniała mnie od tego zdrutowana szczęka i braki w uzębieniu, nabyte w wyniku opisanego wcześniej spotkania ze schodami. W skrytości ducha liczyłem też na to, że nie przejdę w tych wyborach i będę mógł nadal wieść spokojny i bezczynny żywot do emerytury lub jeszcze lepiej renty inwalidzkiej.
Na początku wszystko poszło po mojej myśli. W swoim okręgu wyborczym przegrałem jednym głosem z niejakim Waldkiem Sztywniaczkiem - reprezentantem pierdziszewskiej chłopskiej młodzieżówki. Muszę się też w tym miejscu pochwalić, że jestem chyba jednym z nielicznych kandydatów na świecie, który na sto procent wie czyj konkretnie głos zadecydował o jego porażce. Jeśli jeszcze gdzieś na świecie istnieją albo istnieli jacyś kandydaci, którzy posiadają lub posiadali taką wiedzę jak ja, to na pewno mszczą się na winowajcy ich porażki, odgrywają się na nim lub przynajmniej szczerze go nienawidzą i życzą mu wszystkiego najgorszego. A ja nie. A ja się nie mszczę mimo, że temu, którego głos zdecydował o mojej porażce, mógłbym zrobić takie kuku, o jakim się tamtym poszkodowanym nawet nie śniło. Powód jest prosty: ja mam nieograniczony dostęp do mojego winowajcy i to nawet do jego najintymniejszych sfer życia. Można łatwo domniemywać, że to moja żona Wanda, pragnąc by mąż przez zaangażowanie w życie społeczno - polityczne, nie zaniedbał całkowicie kontaktów z domem, oddała perfidnie swój zdradziecki głos na mojego przeciwnika. Ale to domniemanie jest błędne. Moja żona Wanda bowiem, od dnia przypadkowego poczęcia naszego wspólnego (chyba) synka Krzysia, nie przejawiała najmniejszej potrzeby zatrzymywania mnie przy sobie. Podejrzewałem nawet wówczas, że gdybym kiedyś nie pojawił się w domu przez tydzień, to też by tego mogła nie zauważyć. Byłem jej do tego stopnia obojętny, że czasem, gdy wracała z obory od krów, to swoją kufajkę wieszała na moim chuchu, sądząc że to wieszak. Kiedyś chciała się napić wody z syfonu, podstawiła mi szklankę pod nos i zaczęła go naciskać. Nie powiem, w końcu coś tam poleciało. Obawiałem się, że kiedyś wsunie mi dłonie między nogi i zacznie targać za worek mosznowy, aby z kranu poleciała woda. To było bardzo możliwe.
Jednak też przy swej całej szczerej obojętności, jaką mnie moja żona darzyła, nie była jej obojętna sprawa mojej ewentualnej elekcji na funkcję radnego gminnego. I nie chodziło jej nawet głównie o to, że przez to wzrośnie jej pozycja społeczna, a sąsiadki bez względu na wiek będą jej się kłaniać pierwsze. To oczywiście też na pewno dla niej było ważne, ale ważniejsze były sprawy czysto praktyczne, czyli mieszkanie. Od ślubu do tamtej pory, a więc przez prawie sześć lat mieszkaliśmy u jej rodziców, czyli moich teściów, do kupy z jej starszym bratem alkoholikiem i młodszą siostrą, która też chętnie by się już wydała, ale my blokowaliśmy jej kąt.
Krystyna, znaczy moja szwagierka, więc też na pewno na mnie głosowała, choć nienawidziła mnie szczerze za moje lenistwo i ogólną głupotę. Głosowali też na mnie na pewno moi teściowie, choć udało mi się podsłuchać rozmowę, w której zgodnie twierdzili, że świat się chyba kończy, skoro taka kanalia i obibok ma być u władzy. A zgadzali się rzadko.
W każdym razie zagłosowała na mnie i Krystyna, i teściowie, żeby się mnie pozbyć z domu. Moja żona zaś, by zdobyć tą drogą mieszkanie. Nie jestem pewien tylko głosu szwagra alkoholika, bo on mógł się pomylić.
Czyj więc był ten jeden jedyny głos, który przeważył szalę zwycięstwa na korzyść mego przeciwnika? Mój ci on był, mój własny. A czemu? A temu! Że niby chciałem zrobić na złość mojej żonie i jej całej rodzince? Nieee, wyżej niż dokuczanie innym cenię sobie swoją własną wygodę i błogą bezczynność przy telewizorze albo przy winie jabłkowym z koleżkami. Tego się bałem utracić przez te cholerne wybory. Jako radny musiałbym chodzić na te ich zebrania i dużo słuchać, a może co gorsze, jeszcze i coś gadać. To by było straszne, więc zagłosowałem przeciw sobie i przeważyłem szalę. Czyżby mi nie zależało na samodzielnym mieszkaniu, które jako radny mógłbym sobie przecież pewnie jakoś załatwić? Rodzinka mojej starej wychodziła mi już bokiem - to prawda, ale z drugiej strony dzięki niej miałem spokojną głowę o te wszystkie naprawy, remonty, ogrzewania, odgówniania itp. itd. A we własnym mieszkaniu wszystko by już było tylko na mojej biednej głowie. A i synkiem, znaczy Krzysiem naszym, musiałbym się ja zajmować czasem, zamiast teściowej lub teścia. No i musiałbym czasem chociaż gębę do żony otworzyć, gdybyśmy byli już sami. To byłby dla mnie zbyt duży wysiłek - pomyślałem i skreśliłem siebie.
Gdybym to ja wtedy jeszcze wiedział, że tym desperackim gestem otwieram karierę Waldkowi Sztywniaczkowi, to może bym się i zawahał. Ale przecież nie wiedziałem, że ten młokos tak ostro pójdzie w górę. I pomyśleć, ile to czasem od durnej kreski na świstku papieru zależy. Gdyby nie mój głos na Waldka wtedy, to najprawdopodobniej nikt by nawet nie wiedział, że taki Walduś w Pierdziszewie gdzieś tam sobie żyje, krówki pasa i żytko kosi. Byłby sobie Walduś wzorowym gospodarzem, ale tylko w swojej zagrodzie i na prezydenturę by się nie porywał. A dzięki mnie radnym został, wiatr w żaglach poczuł i popłynął na szeroką wodę, topiąc po drodze nie tylko paru swoich przeciwników, ale i paru partyjnych kolegów. Taki już był - młody i ambitny.
Oczywiście i moja żona Wanda i jej cała rodzinka, dopiero czytając te słowa dowiedzą się o tym moim bezprecedensowym wyczynie wyborczym, bo wcześniej nikomu nie puściłem o tym ani pary. Dziś zupełnie spokojnie o tym piszę, bo się już nie boję nikogo.
Rada
Pierwsza w nowożytnych dziejach Pierdziszewa rada gminy wyłoniona w całkowicie wolnych wyborach była - rzec można - typowa dla tamtego burzliwego okresu. Po sukcesie w wyborach parlamentarnych przed rokiem antykomunistyczno - wolnościowa siła pod sztandarem „Solidności” sięgała po kolejne trofea i to oczywiście nie tylko w Pierdziszewie Wielkim. Jednak my - Pierdziszewianie (i piszę to w poczuciu prawie rzeczywistej dumy) - mogliśmy się czuć prekursorami demokratyzacji i wolnorynkowości. Przynajmniej na tle gmin okolicznych. Przyznaję, dzisiaj piszę to tak, jakbym to i ja zaliczał się do tej awangardy, ale tak oczywiście nie było. Wręcz przeciwnie.
Pierdziszewski lud, przy moim nietuzinkowym udziale, wybrał więc swoich dwudziestu przedstawicieli, by w jego imieniu i dla jego dobra uchwalali ułatwiające życie mieszkańcom gminy uchwały; by podejmowali śmiałe reformatorskie inicjatywy i by przede wszystkim na uwadze mieli dobro publiczne. Mniej więcej takie dyrdymały sadził bezpośrednio po wyborze na przewodniczącego rady niejaki Tadeusz Mondżej. Ale o Mondżeju później, bo warto by jeszcze wyjaśnić, dlaczego Rada Gminy Pierdziszew Wielki miała liczyć akurat dwadzieścia osób. Wynikało to mianowicie z nowej ustawy o samorządzie terytorialnym, która gminom do 10 tysięcy mieszkańców przyznawała prawo posiadania władzy w takim właśnie rozmiarze. My wówczas byliśmy dosłownie na pograniczu tych dziesięciu tysięcy, to znaczy zbliżaliśmy się brawurowo do dziesięciotysięcznego pierwszego obywatela. A piszę o tym dlatego, bo gdyby udało nam się doprodukować tego choćby jednego obywatela ponad dziesięć tysięcy, to mielibyśmy już o dwóch radnych więcej. Jakie to miało znaczenie? Żadne. To znaczy żadne dla przeciętnych zjadaczy chleba, ale dla księdza proboszcza, który był animatorem, promotorem i inicjatorem całej tej wyborczej zadymy, dwie dusze więcej lub mniej to nie była taka drobna sprawa. Gdyby bowiem ilość mandatów w radzie wzrosła o dwa, to i o dwa (przynajmniej teoretycznie) wzrosnąć by mogła ilość Pierdziszewian noszących dług wdzięczności wobec księdza proboszcza - ojca chrzestnego radnych spod znaku „Solidności”. A dług u naszego księdza proboszcza jest rozłożony na wiele rat, wiele lat i wysoko oprocentowany. Przyznam, że również dlatego cieszyłem się, że mnie nie wybrano, a ściślej, że sam siebie nie wybrałem.
Ja wówczas oczywiście nie miałem zielonego pojęcia o tych wszystkich liczbach radnych zależnych od ilości mieszkańców ani o desperackich zabiegach proboszcza, by przekroczyć w gminie magiczną liczbę dziesięciu tysięcy obywateli. Dowiedziałem się o tym później i to głownie z plotek. A głosiły one, że nasz przebojowy proboszcz domagał się od najwyższych władz, by w statystykach uwzględniły również, a może przede wszystkim, dzieci nie narodzone. To akurat jest możliwe, bo sam byłem świadkiem, jak na jednym z naszych kółek różańcowych głosił coś zdecydowanie o poczęciu. Jakby coś o tym wiedział. Nie, akurat w to, że w owym okresie nasz pasterz nadmiernie zbliżał się do młodych owieczek, w to nie wierzyłem ani wtedy, ani nie wierzę teraz. Choć cel był szczytny i mógł usprawiedliwiać. Zresztą dowodem na to, że to tylko czcze gadanie durnych bab we wsi, może być właśnie niepowodzenie księdza na niwie przysporzenia nowych mieszkańców gminy. Przyszło się zadowolić tylko dwudziestką „mędrców”, z czego aż dwunastu, to ci wypromowani przez proboszcza. Ale zaraz, trzeba też zasługę oddać Bolkowi Szwędaczowi, bo chociaż proboszcz tym wszystkim sterował, to gęby udzielał wciąż popularny wśród Pierdziszewian Bolek. To z nim mieli duże fotografie na plakatach wszyscy kandydaci proboszczowej „Solidności”. Mnie oczywiście nie wyłączając, choć ludzie znający Bolka twierdzili powszechnie, że na fotce ze mną gębę miał najbardziej skwaszoną. Może mnie nie lubił. A może na pewno.
Ludzie znający się choć trochę na mechanizmach demokratycznych łatwo się już pewnie domyślają, że z taką większością drużyna proboszcza mogła przegłosować dokładnie to co chciała, czyli to co chciał proboszcz.
Tadeusz Mondżej
Już pierwsze ważne głosowanie potwierdziło właśnie tę przewagę drużyny proboszcza, tym bardziej, że w wyniku przepoczwarzania się partii chłopskiej, o czym wcześniej pisałem, zaczęła ona oscylować wyraźnie w kierunku zakrystii. Proboszcz też nie zamierzał odtrącać umizgów świeżo nawróconych, bo zdawał sobie sprawę, że choć jest księdzem i orka tudzież młócka są mu obce, to CIPA może się kiedyś przydać.
A Chłopów Ino Partia Agrarna na dowody uległości nie kazała proboszczowi długo czekać. W głosowaniu nad wyborem Tadeusza Mondżeja na pierwszego wolnościowego przewodniczącego rady chłopi swą całą trójką lojalnie go poparli. Tadeusz Mondżej to była chyba jedna z najzacniejszych postaci w naszej gminie. Emerytowany prawnik ze wsi Ceglaste Murki, położonej na zachodnim krańcu naszej pięknej gminy. Taki sobie trochę flegmatyczny staruszek, który według mnie to miał już pewnie ponad sto lat. Ale w rzeczywistości to może i nie miał.
Wzruszył się podobno chłopina zaraz po głosowaniu, gdy dotarło do niego, że poparło go aż trzy czwarte składu rady i że w ten oto sposób przeszedł do historii jako pierwszy nie czerwony przewodniczący rady w naszych powojennych dziejach. Może to właśnie ze wzruszenia zaczął pieprzyć z mównicy takie górnolotne dyrdymały, których sens starałem się wcześniej już luźno przytoczyć. Ja oczywiście, jako nie radny, nie słyszałem tego na żywo, a jedynie przez nasz wewnątrzzakładowy Pomowski radiowęzeł.
Jak wielkie emocje targały wnętrznościami staruszka, można się domyślić choćby po tym historycznym chwilowym zasłabnięciu w trakcie przemówienia. Mówiło się wówczas, że w tej to samej chwili, niby w wyniku działania jakichś niematerialnych sił, nagle na pierdziszewskim bazarze jaja spadły w dół, pietruszka skoczyła w górę, a żywe stworzenia duże i małe zamarły w bezruchu.
