Pielęgniarki. Tajny szpital - Danuta Chlupowa - ebook

Pielęgniarki. Tajny szpital ebook

Chlupowa Danuta

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Życie podsuwa różne scenariusze, niektóre z nich są zapisane greką i wiodą aż do szpitala nad Bałtykiem

Liliana Skowrońska, córka znanego okulisty i profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, przygotowuje się do zawodu pielęgniarki i marzy o wielkiej miłości. Ta przychodzi znienacka z dalekiej Grecji wraz z młodym chirurgiem Steliosem, którego profesor Skowroński zaprasza do domu. Stelios ma spędzić rok na stażu w Wiedniu, ale obiecuje, że wróci do Krakowa. Pełna nadziei Lila pilnie uczy się greckiego. Tymczasem świat ogarnia szaleństwo nazizmu. Hitler zajmuje Austrię i ponowne spotkanie zakochanych staje pod znakiem zapytania.

Po napaści Niemiec na Polskę Liliana pracuje w szpitalu jenieckim PCK. Marzenia zastępuje ciężka harówka i ponura wojenna codzienność, a namiętną grecką miłość — przyjaźń z jednym z pacjentów.

Kilka lat po wojnie na Lilę czeka nowe wyzwanie. Zostaje wysłana nad Bałtyk na tajną misję. Dlaczego właśnie ona? Co ją wyróżnia spośród innych pielęgniarek? Upłynie trochę czasu, zanim pozna odpowiedź…

Tajny szpital to drugi tom serii PIELĘGNIARKI, w którym oprócz Liliany pojawiają się bohaterki powieści Słoneczne tarasy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 345

Data ważności licencji: 6/30/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt serii i okładkiANNA SLOTORSZ / artnovo.pl

Fotografie i ilustracje na okładce oraz we wnętrzuPhilip/Adobe Stock Kirill/Adobe Stock © Magdalena Russocka / Trevillion Images

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA

RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

KorektaANNA KURZYCA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Danuta Chlupowa, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7117-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

CZĘŚĆ I

Zielona gwiazda

Rozdział 1

1937

Rodzice Liliany Skowrońskiej byli idealistami.

Matka Karolina wierzyła w prawdę i uczciwość. Nigdy nie złamałaby danego komuś słowa, nie zniżyłaby się do kłamstwa czy oszustwa. To były podstawy, na których budowała całe swoje życie i relacje z innymi.

Ojciec Romuald, lekarz okulista i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, wierzył w postęp medycyny, dzięki któremu jaglica, a na tym schorzeniu skupiała się jego praca naukowo-badawcza, przestanie być plagą i stanie się chorobą przeszłości.

Przede wszystkim jednak pokładał nadzieję w zielonej gwieździe. To dzięki niej na świecie miały zapanować pokój i przyjaźń pomiędzy narodami. Im bardziej niepokojąca stawała się sytuacja w Europie, tym mocniej był przekonany, że zwolennicy verda stelo1 są zobowiązani do szerzenia ideałów braterstwa.

Jedyną twardo stąpającą po ziemi osobą w rodzinie Skowrońskich był brat Lili – Witold, o siedem lat od niej starszy. Po skończeniu Wyższego Studium Handlowego pracował jako komiwojażer w fabryce kosmetyków, dwa lata później został szefem działu sprzedaży. Witek nie kierował się ideałami, lecz bilansem zysków i strat oraz prawami rządzącymi rynkiem. Cechował go pragmatyzm, zdaniem jego ojca balansujący na granicy cynizmu. Być może to było głównym powodem wczesnej wyprowadzki Witolda z domu – pomiędzy nim a ojcem dochodziło nieraz do utarczek wynikających z odmiennej hierarchii wartości.

Lila lubiła starszego brata, podziwiała jego zaradność i smykałkę do interesów, lecz bliższe jej były przekonania rodziców. Dlatego też wybrała szkołę pielęgniarską. Chciała nieść pomoc chorym i szerzyć oświatę zdrowotną.

Był sierpień, krakowskie ulice rozpalało słońce. Liliana wysiadła z tramwaju i udała się w stronę modernistycznego budynku przy Placu Inwalidów, zamieszkałego przez profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Romuald Skowroński wraz z rodziną zajmował wygodny pięciopokojowy apartament na ostatnim, trzecim piętrze.

Dziewczyna minęła hol i weszła do windy. Uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, co ją czeka w domu – ojciec będzie opowiadał o tygodniu spędzonym w Warszawie, miał stamtąd wrócić porannym pociągiem.

Ale już w przedpokoju wyczuła, że się myliła, z góry zakładając przebieg popołudnia. Nie słyszała wprawdzie dobrze rozmowy prowadzonej w salonie, lecz jednego była pewna: nie toczyła się po polsku.

– Czyżby ojciec po powrocie z kongresu już nawet w domu mówił po esperancku? – spytała witającej ją w drzwiach służącej Madzi.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Pan profesor przywiózł ze sobą gościa. Wygląda na to, że ten pan na dłużej się zatrzyma. Pani profesorowa kazała mi przygotować pokój gościnny.

Lila nie była tym zachwycona. Wakacje lubiła najbardziej za to, że mogła je spędzać w domu, bez obcych osób. Nie uśmiechała jej się wizja gościa kręcącego się po mieszkaniu. Podczas roku szkolnego mieszkała w internacie. Ze względu na rozkład zajęć i dyżury szpitalne internat był dla uczennic Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek obowiązkowy, nawet dla mieszkających w Krakowie. Lili nie bardzo odpowiadało dzielenie pokoju ze współlokatorkami, nie rozumiała koleżanek, które się cieszyły, że wyrwały się z domu. Dla Lili dom rodzinny był oazą spokoju, ciepła i komfortu.

– A co to za gość? Z zagranicy? – próbowała się dowiedzieć.

– Tak, po polsku nawet „dzień dobry” nie powie.

– Starszy jegomość?

Madzia stłumiła śmiech wzbierający jej w gardle.

– Gdzie tam starszy! Sama się panienka przekona.

Człowiek, którego chwilę później przedstawiono Lilce, był od niej niewiele starszy. Miał czarne włosy i oczy, śniadą cerę oraz wyraziste rysy. Był typem mężczyzny, na którym niemal każda kobieta, młoda czy starsza, chętnie zatrzyma wzrok.

Parę minut wcześniej Liliana nie miała najmniejszej ochoty na towarzystwo nieznajomego, kimkolwiek miałby się okazać. Teraz z trudem próbowała ukryć, jakie na niej zrobił wrażenie.

– Pan Stelios Kyriakos jest lekarzem, niedawno skończył studia i pracuje w szpitalu w Atenach. Zamierza specjalizować się w chirurgii. – Ojciec przedstawił Lili młodzieńca w esperanto, ponieważ nie wypadało mówić o gościu w niezrozumiałym dla niego języku. – Poznaliśmy się na kongresie. Ojciec Steliosa, profesor Joanis Kyriakos, wykłada na Wydziale Medycznym w Atenach. Stelios od połowy września rozpocznie roczny staż w klinice w Wiedniu, a miesiąc, który mu pozostał, zamierza wykorzystać na bliższe poznanie Polski. Zaproponowałem mu, aby rozpoczął zwiedzanie od Krakowa.

Grek ukłonił się lekko.

– Słyszałem, i to nie tylko od pana profesora, że Kraków jest piękniejszy nawet od Warszawy.

– Zdecydowanie. – Lila z gracją poprawiła modnie obcięte, lekko falujące jasnobrązowe włosy.

– W takim razie mam nadzieję, że pokażesz mi swoje ulubione miejsca.

Drgnęła, gdy Kyriakos zwrócił się do niej tak bezpośrednio, lecz zaraz zdała sobie sprawę, że nie było to z jego strony ani niegrzeczne, ani nazbyt poufałe. Esperantyści używali zaimka vi, oznaczającego zarówno wy, jak i ty, w kontaktach z wszystkimi rozmówcami. Młody Grek zwracał się w ten sposób nawet do jej ojca, choć dzieliła ich spora różnica wieku.

Rozmowę przerwało wejście Madzi z podwieczorkiem. Matka zaczęła zachwalać sernik z cynamonem i rodzynkami, jak zakładała – w Grecji nieznany. Stelios wdał się z nią w rozmowę na tematy kulinarne, był w nich zaskakująco dobrze zorientowany. Opowiadał o tłustych i słodkich ciastach, za którymi przepadają jego rodacy. Tak tłustych, że gdy człowiek na ciasto naciśnie, wycieka z niego oliwa.

Lila odwróciła się do ojca i spytała po polsku:

– Kongres się udał? Wrócił tato zadowolony?

– Oczywiście! Te międzynarodowe zjazdy esperantystów są bardzo budujące, człowiek czuje, że nasz ruch ma sens i że naprawdę szerzymy idee pokoju i braterstwa. A warszawski kongres był w dodatku jubileuszowy, minęło pół wieku od powstania esperanto i dwadzieścia lat od śmierci naszego drogiego doktora Zamenhofa.

Lila się uśmiechnęła. Ojciec zawsze z nabożnym szacunkiem wymawiał nazwisko lekarza z Białegostoku, twórcy sztucznego międzynarodowego języka, i dumny był z tego, że tak samo jak on jest okulistą.

Stelios i Karolina wyczerpali tematy kuchenne i zaczęli się przysłuchiwać rozmowie Romualda z córką. Profesor przeszedł wobec tego z powrotem na esperanto.

– Dużo było pozytywnej energii na kongresie, prawda? – Spojrzał na Kyriakosa, oczekując potwierdzenia. – Chociaż trzeba przyznać, że podczas rozmów kuluarowych czuć było pewną nerwowość i zaniepokojenie sytuacją w Europie.

Grek zrobił ruch, jakby zaprzeczał. Kobiety spojrzały po sobie zdezorientowane. Profesor roześmiał się i wytłumaczył, że w Grecji kiwanie i kręcenie głową mają odwrotne znaczenie niż w Polsce.

– Właśnie się zastanawiam, jak będzie wyglądała sytuacja w Wiedniu. – Stelios nawiązał do słów Skowrońskiego o niepokojących zmianach w Europie. – Na razie widziałem z tego miasta tylko dworzec, kiedy przesiadałem się z Arlberg Orient Expressu do pociągu do Warszawy. Bądź co bądź Hitler pochodzi z Austrii. I rości sobie do niej prawo.

– To, niestety, prawda – zgodził się Romuald. – Wielka szkoda, że nasi niemieccy samideanoj2 nie przyjechali do Warszawy. Cóż, od początku było wiadomo, że się nie pojawią. Kiedy Hitler doszedł do władzy, zdelegalizował związek esperantystów, nie wolno im teraz prowadzić żadnej działalności, niszczone są esperanckie publikacje. Ten gagatek głosi, że esperanto jest narzędziem, za pomocą którego Żydzi chcą zapanować nad światem.

– Nastroje antyżydowskie czuć także u nas – zauważyła Karolina.

– Racja, antysemityzm narasta. Przed kongresem pojawiały się w prasie insynuacje podobne do tych głoszonych przez Hitlera: że esperanto to język służący międzynarodowej masonerii, i tak dalej. – Profesor skrzywił się z niechęcią. – Owszem, różne ruchy go wykorzystują, nikomu nie można zabronić, aby nauczył się języka i używał go do swoich celów. W każdym razie nam, prawdziwym esperantystom, antysemityzm jest obcy. Wszyscy uczestnicy kongresu udali się na Cmentarz Żydowski pokłonić się doktorowi Zamenhofowi. Później miałem okazję odbyć dłuższą rozmowę z jego synem Adamem, jest okulistą, po ojcu. Znamy się z zebrań Polskiego Towarzystwa Okulistycznego... Był zdegustowany pomówieniami krążącymi na temat kongresu.

– Czyli atmosfera nie była tak całkiem sympatyczna? – Lila trochę się w tym wszystkim pogubiła.

– Była. Nie możemy się przejmować pomówieniami – odpowiedział Stelios zamiast jej ojca. – A najlepszy był bal narodów. Niektórzy włożyli stroje narodowe, Japończyk miał na sobie kimono ze znakiem swojego rodu. Wspaniale się bawiliśmy.

Uśmiechnął się po kolei do profesora, jego żony i na koniec do Lili. Na jej twarzy dłużej zatrzymał wzrok.

– Kongres za nami. Teraz się cieszę, że jestem w miłym towarzystwie w Krakowie.

– Za godzinę-dwie, gdy upał zelżeje, przejdziemy się na Rynek – zaproponował Romuald. – Na początek pokażemy naszemu gościowi Kościół Mariacki, Barbakan i Sukiennice.

Rozdział 2

1937

Wojciech Kornacki podniósł nad głowę wyprostowane ręce, odchylił je nieco w tył i rozwarł w kształcie litery „V”. Zrobił głęboki wdech, następnie powoli schylał się do ziemi, wypuszczając z płuc powietrze. Kilkakrotnie powtórzył ćwiczenie, po czym zwrócił się do grupy przyglądających mu się chłopców:

– Rozumiecie, na czym to polega? Starajcie się nabrać w płuca jak najwięcej powietrza. Naszym celem jest poprawienie ich pojemności.

Chłopcy bez przekonania pokiwali głowami. Stojący na końcu szeregu Jędrek teatralnie przewrócił oczyma. Wojtek zgromił go wzrokiem – ten chłopak od początku półkolonii grał mu na nerwach.

– No już, powtórzcie ćwiczenie! Ręce w górę, wdech, powoli się pochylamy, wydech... I jeszcze raz. Nie zginać kolan, Wacek! Porządnie rozchyl ręce, Piotrek!

Lila z oddali obserwowała grupę. Wojtek Kornacki, student medycyny, podobnie jak ona poświęcał część wakacji na prowadzenie półkolonii dla dzieci zagrożonych chorobami płuc. Organizowało je w Parku Jordana Krakowskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze.

– A kiedy wreszcie będzie futbol? – Jędrek szybko znudził się ćwiczeniem. Wsadził ręce w kieszenie. Pozostali chłopcy poszli w jego ślady.

– Im szybciej zaczniecie ćwiczyć prawidłowo, tym prędzej się doczekacie. Kto nie potrafi porządnie oddychać, nie da rady uganiać się za piłką! – Kornacki nie zamierzał odpuścić.

Lila się uśmiechnęła, widząc zmianę, jaka nastąpiła po tych słowach. Chłopcy z większym zapałem przyłożyli się do gimnastyki.

Obejrzała się na dziewczynki wypoczywające na leżakach. Nad nimi łatwiej było zapanować niż nad chłopakami, lecz leżakowanie trwało już długo i niektóre zaczęły się wiercić.

– Miała nam pani czytać o Plastusiu – przypomniała jedna z kolonistek.

Liliana z ociąganiem sięgnęła po książkę. Tego dnia zbyt często przerywała czytanie. Bynajmniej nie dlatego, by obserwować Wojtka, choć miło było na niego patrzeć – był dobrze zbudowany, wysportowany, ruchy miał płynne i harmonijne. Już drugie lato byli razem na półkoloniach. Ostatnio próbował z Lilą flirtować.

Ale to Stelios Kyriakos nie pozwalał jej się skupić. Przyglądając się Wojtkowi prowadzącemu ćwiczenia, pragnęła widzieć na jego miejscu równie pięknie wyrzeźbioną sylwetkę Steliosa. Znała Greka od zaledwie trzech dni, a już sprawił, że jej świat stanął na głowie. Jeszcze w zeszłym tygodniu rozważała ewentualność, że jeżeli Wojtek dalej będzie zabiegał o jej względy, być może zgodzi się zostać jego sympatią. Jednak na pewno nie narzeczoną, na to było za wcześnie. Ślub nie leżał w bliskich planach Lili. Zamierzała przynajmniej przez kilka lat pracować jako pielęgniarka, a wiadomo, że po ślubie większość kobiet porzucała pracę zawodową.

Rodzice ją w tym popierali. Karolina, w odróżnieniu od innych matek, nie nalegała na szybkie zamążpójście córki i nie próbowała jej nikogo swatać.

Odkąd w domu Skowrońskich pojawił się przystojny Grek, a Liliana niemal od pierwszego wejrzenia się w nim zakochała, nie potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby zostać dziewczyną Wojtka. Z pewnym zdziwieniem odkryła, że stan zakochania to coś zupełnie innego, niż do tej pory sądziła. W przeszłości podkochiwała się kolejno w dwóch chłopcach, lecz nigdy nie budziła się w środku nocy z łomotem serca i uczuciem, że nie może złapać oddechu, ponieważ jej płuca zachłystują się ogniem. Nie uginały się pod nią nogi, gdy obiekt jej westchnień odezwał się do niej lub po prostu przyjaźnie uśmiechnął.

– Poczyta nam wreszcie pani?! – upomniała się głośniej dziewczynka.

– Bardzo prosimy! – poparły ją kolejne.

Lila otwarła wreszcie Plastusiowy pamiętnik. Zaczęła czytać, dość monotonnie, nie tak jak zwykle, gdy starała się zainteresować dzieci i wciągnąć je w wir przygód plastelinowego ludzika. Miała świadomość, że nie przykłada się do zajęć jak powinna, lecz nie potrafiła zmusić się do większego zaangażowania.

Lubiła swoje podopieczne. Zdawała sobie sprawę, że dla większości z nich półkolonie są jedynym urozmaiceniem lata w mieście. Nie wątpiła, że pracując z nimi jako wolontariuszka, pożytecznie spędza czas. Trzy dni temu to się zmieniło. Żal jej było każdej godziny, którą mogłaby spędzić ze Steliosem, oprowadzając go wraz z ojcem po Krakowie.

Nim skończyła rozdział, podszedł do niej Wojtek.

– Trochę jeszcze poleżakujcie, ja z chłopcami pogram w piłkę, bo brzęczą jak natrętne muchy. Zresztą muszę ich zmęczyć, żeby później zmusić do leżenia.

Cień chłopaka padł na kartki Plastusiowego pamiętnika. Lila drgnęła. Poprzedniego wieczoru stanął nad nią Stelios i zasłonił jej światło lampy padające na książkę. Odłożyła wtedy lekturę i dość długo rozmawiali. O Krakowie, Atenach, Salonikach, z których pochodziła jego rodzina, i o Wiedniu, do którego miał jechać. Znała trochę stolicę Austrii, dwa lata temu była tam z rodzicami na koncercie w filharmonii.

Stelios słuchał jej uważnie, przyglądał jej się niemal natarczywie. Zaczęła plątać się w opowieści, nie mogła sobie przypomnieć esperanckich słów.

– Co z tobą? Źle się czujesz? – Teraz nie Stelios, lecz Wojtek się nad nią pochylił. Czar prysł. Lila zareagowała opryskliwie:

– Daj spokój! Dlaczego nie miałabym czuć się dobrze? Martw się o swoich chłopaków.

– A więc nie o zdrowie, tylko o humory chodzi – odgryzł się.

Docinek jeszcze bardziej Lilę zdenerwował. Już miała odpyskować, lecz w ostatniej chwili się zreflektowała.

Przecież to nie była wina Wojtka, że zadurzyła się w cudzoziemcu, który za kilka dni wyjedzie.

***

Sobota była ostatnim dniem półkolonii i przedostatnim wizyty Kyriakosa u Skowrońskich. W poniedziałek Lila miała wyjechać z rodzicami na urlop. Jeszcze kilka dni temu cieszyła się na samą myśl o wyjeździe, oczyma wyobraźni widziała już Zaleszczyki, słynny kurort nad Dniestrem. Wybierali się tam po raz pierwszy. Niestety, radość z podróży przyćmiewała konieczność rozstania się ze Steliosem.

– Pogramy w berka? Pogramy w berka, proszę pani? – Dziewczynki nie pozwalały jej na rozmyślania. Dzień był upalny, więc Liliana się zawahała.

– Dobrze – zgodziła się w końcu. – Ale w cieniu. Wyznaczymy sobie teren, po którym możecie biegać.

– Proszę pani, a dlaczego nie na słońcu? Przecież nam pani mówi, że w promieniach słonecznych jest witamina D i że słońce niszczy zarazki gruźlicy – odezwała się rezolutnie dwunastoletnia Wiesia.

Lila się roześmiała. Zdążyła polubić tę dociekliwą, bystrą dziewczynkę. Żałowała, że jej edukacja zakończy się prawdopodobnie na poziomie szkoły powszechnej. Jej matka, wdowa, pracowała w jakiejś restauracji jako pomoc kuchenna. Miała na utrzymaniu trzy córki, Wiesia była najstarsza.

– To prawda, i dlatego leżakujecie na słońcu – zaczęła tłumaczyć. – Ale przy grze w berka możecie się zgrzać i to mogłoby wam zaszkodzić. We wszystkim należy zachować umiar.

Pomyślała, że ona także powinna pamiętać o tej zasadzie. To przecież nienormalne, żeby stracić głowę dla mężczyzny, który tylko na parę dni pojawił się w jej życiu i bynajmniej nie dał jej do zrozumienia, że coś do niej czuje.

Chociaż... Pomimo że termometr powieszony na ścianie parkowego pawilonu wskazywał dwadzieścia osiem stopni, Lila zadrżała. Te znaczące spojrzenia, te niby niezamierzone muśnięcia ręki...

Po powrocie do domu ku swemu zaskoczeniu zastała brata. Rozmawiał w salonie ze Steliosem, a raczej starał się z nim prowadzić konwersację. Witold, w przeciwieństwie do Lili, porzucił naukę esperanto już przed laty, na podstawowym poziomie, i zdążył zapomnieć niemal wszystko, czego się wcześniej nauczył.

– Jesteś nareszcie, potrzebujemy tłumaczki! – zawołał na widok siostry i bezceremonialnie ją objął. Następnie przyjrzał się uważnie jej powitaniu z Grekiem i choć nie doszukał się w nim cienia poufałości, w dogodnym momencie porozumiewawczo mrugnął do siostry.

– Ojciec załatwia dziś jakieś sprawy na uniwersytecie – oznajmił.

– Wiem, mówił mi.

– Matka także jest gdzieś umówiona. Ojciec dzwonił do mnie, żebym po pracy wybrał się z wami na spacer. Jeżeli się zgadzacie, proponuję w tym upale Las Wolski. Aha... – Ściszył głos bez konkretnego powodu, bo Kyriakos nie znał przecież polskiego i nie orientował się w ich układach rodzinnych. – Dołączy do nas Marika.

Liliana bez entuzjazmu skinęła głową. Dziewczynę Witka widziała dwa razy – raz spotkała ją z bratem przypadkowo na ulicy, raz byli we trójkę w kinie. Witek nie przedstawił jeszcze Mariki rodzicom, choć spotykał się z nią od co najmniej roku. Lila podejrzewała, że tych dwoje łączy jakaś luźna relacja i że brat nie kwapi się do ożenku, a może obojgu na rychłym ślubie nie zależy. Marika, dwudziestoparolatka o polsko-węgierskich korzeniach, zatrudniona w pracowni krawieckiej Teatru Słowackiego, była typem kobiety nieco ekscentrycznej, nowoczesnej i wyzwolonej. Na Lili, zawsze układnej, noszącej się skromnie, nie zrobiła najlepszego wrażenia swoim stylem życia. Urodą owszem. Jej czarne gęste włosy lśniły, tak samo jak brwi i długie rzęsy.

Jak włosy, brwi i rzęsy Steliosa – przeszło Lilianie przez myśl.

Witold odebrał Marikę w kawiarni. Piła kawę sama, paląc przy tym cygaro i nie przejmując się wcale, że jedni patrzą na nią spode łba, inni uważają, że jej samotność i ignorowanie konwenansów dają im prawo z nią flirtować. Jednych i drugich ignorowała.

We czwórkę podjechali tramwajem jak najbliżej lasu. Na przystanku Witek wziął siostrę na bok.

– Za dwie godziny się tu spotkamy. Nie zamierzam robić za przyzwoitkę. Baw się dobrze, siostrzyczko.

– Ale ja... Ale gdyby rodzice... – Lila próbowała zaprotestować, bardziej z obowiązku niż z przekonania.

– Gdyby ojcu bardzo zależało na tym, żeby was pilnować, to nie mnie zleciłby to zadanie. Wątpię, że uważa mnie za godnego zaufania stróża moralności. – Witek zaśmiał się sucho. – Chyba że nie chcesz być z tym Grekiem sama?

– Chcę – odparła szybko, żeby brat się nie rozmyślił.

Witek wziął Marikę pod rękę i ruszył z nią w przeciwnym kierunku. Lila nie zastanawiała się nad ich planami. Nakazała sobie rozsądek i spokój, a najlepszym sposobem, aby to osiągnąć, było wcielenie się w rolę przewodniczki.

– Pójdziemy tędy. – Wskazała Steliosowi drogę. – Las Wolski jest ulubionym miejscem wypoczynkowym Krakowian, zwłaszcza w niedziele bywa tu dużo ludzi. Chciałbyś zobaczyć Zwierzyniec Fauny Krajowej? – Nazwę podała po polsku, nie znalazłszy w głowie sensownego esperanckiego określenia. – To taki ogród zoologiczny, gdzie można obejrzeć zwierzęta żyjące dziko w Polsce. Tylko nie wiem, czy będzie jeszcze otwarty.

– Pospacerujmy po prostu. Najlepiej ścieżkami, na których nie ma dużo ludzi. – Stelios miał inną wizję wspólnego popołudnia.

– Są tu ładne szlaki prowadzące wąwozami. Jeżeli nie pójdziemy w kierunku zoo, to nie powinno być tłumów. Zobaczysz, będziesz miał wrażenie, że w ogóle nie jesteśmy w mieście.

Paplała wciąż, bojąc się ciszy, która mogłaby zapaść między nimi.

Minęli kilka grupek i pojedynczych osób, lecz nie trwało długo, a znaleźli się w pustym wąwozie otoczonym drzewami. Jedynymi dochodzącymi do ich uszu dźwiękami były ptasie trele.

– Przyjemnie tu – stwierdził Kyriakos z zadowoleniem. – Przyjemnie i pięknie. Z piękną dziewczyną, o której nie potrafię przestać myśleć. Oczarowałaś mnie, Lilu.

Jego głos się zmienił, stał się niższy, matowy. Przystanął, Lila również się zatrzymała. Nadeszła chwila, o której marzyła, na którą czekała i której się jednocześnie obawiała. Co będzie dalej? Ich wspólne chwile w Krakowie są przecież tylko małym epizodem.

– Lepiej nic nie mów – poprosiła łamiącym się głosem. – Jutro masz jechać do Lwowa, potem jeszcze gdzieś dalej, a jak wrócisz, przeniesiesz się do Wiednia.

Spojrzał na nią jak ktoś, kto ma w zanadrzu niespodziankę.

– Pojadę dopiero pojutrze, kiedy ty i twoi rodzice także już wyjedziecie.

– Jeden dzień niczego nie zmieni.

– To prawda. Ale we Lwowie spędzę tylko trzy dni, a potem dojadę do was do tych Zalesz... – Utknął przy trudnej do wymówienia nazwie.

– Przyjedziesz do Zaleszczyk? – Lilianie podskoczyło serce. Wpatrywała się w Greka z niedowierzaniem.

Roześmiał się i zamiast odpowiedzi wziął ją w ramiona. Nagle był tak bardzo blisko, dotykał jej twarzy, głaskał ją po włosach. Świat wokół nich przestał się liczyć. Mieszały się ich zapachy, przyspieszone oddechy, muśnięcia warg. Lila czuła, jak po jej ciele rozlewa się ciepło. A przecież to był dopiero początek, zaledwie obietnica tego, co mogłoby się wydarzyć.

Niechętnie, lecz zdecydowanie wysunęła się z ramion mężczyzny. Próbował na nowo ją przyciągnąć, lecz w tym momencie usłyszeli rozmowę dolatującą zza zakrętu ścieżki. Lila odskoczyła i wygładziła sukienkę.

Powoli zbliżała się do nich para w średnim wieku. Ruszyli żwawo i za chwilę zostawili ją w tyle. Milczeli przez jakiś czas, próbując uspokoić oddechy, myśli i serca.

– Sam wymyśliłeś, że przyjedziesz do Zaleszczyk, czy rodzice ci to zaproponowali?– próbowała się zorientować.

– Oczywiście, że to był mój pomysł! Spytałem twojego ojca, czy w pensjonacie, do którego jedziecie, nie znalazłby się wolny pokój. Obiecał, że tam zadzwoni i popyta. Miejsca nie było, ale znalazł się pokój w jakiejś prywatnej willi. – Stelios zawiesił głos i odchrząknął. – Z tym poszło łatwo, ale tak poza tym... Romuald najpierw odbył ze mną tak zwaną męską rozmowę. Zauważył podobno, jak my dwoje na siebie patrzymy, jak lubimy ze sobą rozmawiać. Na koniec wymógł na mnie przyrzeczenie. Na honor esperantysty i na verda stelo.

– Poważnie? Przysięgałeś na zieloną gwiazdę? – Lila o mało się nie roześmiała.

– Poważnie. Musiałem obiecać, że nie zrobię ci krzywdy. I mam zamiar tego dotrzymać.

Obejrzał się, a gdy nie dostrzegł pary idącej za nimi, zagarnął Lilę ramieniem i ponownie, tym razem namiętniej, pocałował ją w usta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1Verda stelo (esper.) – zielona gwiazda. Jest ona symbolem sztucznego międzynarodowego języka esperanto. ↩

2Samideanoj (esper.) – współideowcy, określenie używane w odniesieniu do innych esperantystów. ↩