Opis

Anglik sir Georges Leslie wybiera się w Góry Skaliste, by upolować bighorna, co pozwoli rozstrzygnąć zakład, czy bighorn jest baranem, czy kozłem. Tuż przed wyjazdem dowiaduje się, że jest zrujnowany, więc przy okazji zamierza się w Ameryce ponownie dorobić. Jego brat, gubernator porucznik regionu Cariboo, wyposaża wyprawę sir Georges’a i mianuje go inspektorem złotonośnych placerów. Jako przewodnika poleca mu Perrota, wuja Jeana, Jacques’a i François. Perrot jest zamożnym zarządcą spółki Free Russia, która zajmuje się eksploatacją złota, a zimą wiedzie żywot trapera. Sir Georges bardzo źle traktuje swoich ludzi, zwłaszcza tragarzy Carrierów, których Perrot żywi na własny koszt. Po drodze ekspedycja spotyka znanych z okrucieństwa Indian Krwawego Szczepu. Sir Georges każe swojemu woźnicy Tomowi postrzelić jednego z Carrierów, wydaje go dzikusom i rejestruje aparatem fotograficznym i fonografem okrutną ucztę kanibali. Tom ma jechać do urzędu pocztowego, by wysłać zdjęcia i nagranie do Anglii. Choć Anglik sądzi, że zbrodni nie widział nikt niepowołany, tragarze znikają. Wkrótce do obozu sir Georges’a przybywają przywiązane do konia obdarte ze skóry zwłoki Toma...

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia  powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 280

lub

Strona przedtytułowa

Biblioteka Andrzeja

– Szlakiem przygody

Louis-Henri Boussenard

W Górach Skalistych

Druga

Louis-Henri Boussenard

Louis-Henri Boussenard urodził się w Escrennes 4 października 1847 roku, a zmarł w Orleanie 11 września 1910 roku.

Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).

Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.

Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”.

Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.

Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 tomów.

Strona tytułowa

Louis-Henri Boussenard

W Górach Skalistych

Druga część cyklu „Piekielny Wąwóz”

Przełożyła Barbara Supernat

Strona redakcyjna

Trzydziesta dziewiąta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Dziesiąty tom serii:

„Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

 

Tytuły oryginału francuskiego: Aux Montagnes-Rocheuses

 

© Copyright for the Polish translation by Barbara Supernat, 2017

 

22 ilustracje, w tym 3 kolorowe: Charles Clerice

(zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego: Flammarion 1891)

Ilustracje na okładce i w tekście podkolorowała Barbara Linda

 

 

Redaktor serii: Andrzej Zydorczak

 

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Projekt okładki: Barbara Linda

Przypisy: Andrzej Zydorczak, Barbara Supernat

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

 

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2017

 

ISSN 2449-9137

ISBN 978-83-64701-94-8 (całość)

ISBN 978-83-64701-96-2 (część druga)

Część pierwsza

Wuj Perrot

 

Rozdział I

– Co to jest bighorn1? – Kozioł czy baran – Klub Myśliwsko-Wędkarski – Zakładający się Anglicy – Milion za słowo – Sir Georges Leslie – Liverpool, Halifax, Victoria – „Pojadę sam” – Trzy miesiące później – Depesza – Zrujnowany

 

– Baran!

– Kozioł!

– Ależ nie!

– Ależ tak!

– Daj spokój, mój drogi, nie upieraj się, to jest baran.

– Mój drogi, tu nie chodzi o miłość własną… sama prawda zmusza mnie, bym się upierał ze wszystkich sił, że to jest kozioł.

– To się nazywa upór!

– Raczej przekonanie!

– Bez wątpienia masz rację! Dobre czy złe… podaj je.

– Ty zaczynaj.

– To są tylko słowa! Od kwadransa dyskutujemy na temat wzmianki napisanej przez zawodowego dziennikarza…

– Ale nie nieomylnego.

– Mówisz tak, ponieważ popiera moje zdanie.

– Ponieważ potwierdza coś bez dowodów. Do diabła, mój drogi! Kiedy ma się zaszczyt, jak my, należeć do Shooting and Angling Club2, mamy prawo dyskutować nad opinią redaktora pisma „Gun”3, tym bardziej, że on nie może brać w tej dyskusji udziału.

– Do niczego nie dojdziemy, jeśli dalej będziemy sobie odbijać niczym piłkę ty mojego barana, ja twojego kozła… Zróbmy lepszą rzecz: weźmy arbitra.

– Mój drogi Jamesie Fergusson, oto pierwsze rozsądne słowa z naszej rozmowy.

– Mój drogi Edwardzie Proctor, już sam ten fakt świadczy o twojej mądrości.

– Kto będzie arbitrem?

– Jest nas tylko czterech w salonie: ty, ja, Andrew Wolf i sir Georges Leslie.

– Proponuję sir Georges’a Lesliego.

– Wolę Andrew Wolfa.

– Sir Georges jest niepospolitym myśliwym. Polował w zaroślach wszystkich krajów świata… zna wszelkie sporty… jego opinia stanowi prawo.

– Zdecydowanie wolę Wolfa. Jest milszy, łatwiejszy we współżyciu, bardziej dostępny… a jego kompetencje, moim zdaniem, dorównują sir Georges’owi Lesliemu.

– Nie chcesz sir Georges’a za arbitra…?

– A ty nie zgadzasz się na Andrew Wolfa…?

– I powiedzieć – wykrzyknął z rodzajem komicznej rozpaczy Edward Proctor, mały, gruby, czerwony na twarzy, okrąglutki – że nie możemy się porozumieć nawet co do nazwiska tego, który ma nas pogodzić…!

– Nic nie stoi na przeszkodzie – odparł James Fergusson, wysoki, suchy, szczupły, chorobliwie blady – aby zwrócić się do obydwóch…

– A jeżeli nie uda im się dojść do porozumienia?

– Być może wpadną na pomysł, by wybrać ostatnim wyrokiem ostatniego arbitra…

– Jak sobie życzysz, Jamesie… ale wiedz, że nie zrezygnuję z żadnej z moich pretensji.

– Zgoda Edwardzie! Z mojej strony nie wycofuję się z żadnego punktu.

Bogaci przemysłowcy oderwani od swoich spraw, różni tak pod względem moralnym, jak i fizycznym, od zawsze bliscy przyjaciele i od zawsze skłóceni we wszystkich rzeczach, ci dwaj rozmówcy należeli do Klubu Myśliwsko-Wędkarskiego, podobni do pewnych członków towarzystw geograficznych, którzy nie przekraczając nigdy przedmieścia swojego rodzinnego miasta, lubili się uważać za eksploratorów.

Pasja sportowa ogarnęła ich późno i jak to było bardzo dobrze widziane w Anglii, gdzie ćwiczenia cielesne cieszyły się wielkim szacunkiem pośród arystokracji, stali się wędkarzami i myśliwymi, tyleż zapalonymi, co nieszczęśliwymi.

Jednak sukces nie czyni wielkiej rzeczy, przeciwnie, ponieważ mówi się, że niezgodne upodobania są najbardziej wybuchowe.

Tak czy owak, dwaj przyjaciele nie byli mniej zagorzali od innych członków Shooting and Angling, w skrócie Shooting Club.

Jadali tam posiłki, faszerowali się skrupulatnie wszelkimi specjalistycznymi publikacjami w tej materii i każdego dnia obijali sobie ramię i policzek, odpalając trzysta naboi w należącej do klubu strzelnicy.

W sumie szaleni, naiwni ignoranci i niezgrabiasze, bliscy temu, by uważać się za poważnych myśliwych, ponieważ zdarzało im się wyszukać niewielkie zwierzę i stawiać dziecinne pytania niemające związku z polowaniem, które jest nie tylko niezaprzeczalną pasją, ale również wielką sztuką.

Przyszli arbitrzy grali w szachy w drugim końcu salonu.

Edward Proctor i James Fergusson podnieśli się równocześnie i bezszelestnie stanęli pierwszy za Georges’em Lesliem, drugi za Andrew Wolfem.

Rozgrywka dopiero się zaczęła, siły przeciwników były wyrównane, walka miała być długa.

Proctor, mimo swojej pewności siebie człowieka otyłego, posiadającego wysoką rentę, nie ośmielił się przerwać graczom, a Fergusson, chociaż bardzo związany z Wolfem, doznał uczucia zmieszania, przejawiającego się nieświadomymi odruchami, mlaskaniem języka i odgłosami przełykania…

– Czego chcecie? – zapytał rozdrażniony sir Georges suchym, ostrym tonem, nie poruszając głową, nie podnosząc oczu znad szachownicy.

– Odwołać się do twojej wiedzy, drogi sir Georges’u i skorzystać z twojego doświadczenia… werdyktu – odparł pojednawczym tonem Edward Proctor.

– A ty dołączysz swoją wiedzę do wiedzy sir Lesliego, prawda, mój drogi Wolfie? I twój wyrok potwierdzi lub nie potwierdzi jego wyrok – dodał James Fergusson.

– Do diabła! O co chodzi z tą waszą wiedzą, werdyktami, wyrokami… a zwłaszcza z waszymi uroczystymi minami?

– No właśnie! – przerwał sir Georges swoim głosem fonografu.

– Chodzi o stwierdzenie redaktora dziennika „Gun”. Mój wspaniały przyjaciel James Fergusson uważa, że bighorn jest kozłem, w czym się myli – oświadczył Edward Proctor – ponieważ…

– Mój drogi przyjaciel Edward Proctor popełnia żałosny błąd, utrzymując przeciwnie, to znaczy, że bighorn jest baranem – wykrzyknął James Fergusson – ponieważ zdaniem najbardziej kompetentnych ludzi bighorn wyraźnie jest kozłem!

– Baran!

– Kozioł!

– Dowód, że nazywany jest „dziką owcą z Gór Skalistych”.

– Ostatni poważny traktat z historii naturalnej określa go mianem Capra canadensis…! Capra znaczy kozioł! Dobrze słyszycie: kozioł…! Kozioł kanadyjski.

– Opieram się na opinii nie mniej poważnego traktatu, który nazywa bighorna Ovis montana…! Ovis znaczy owca… słyszysz, owca… lub jeśli wolisz, baran… baran górski…

Dwaj arbitrzy nie mrugnęli okiem podczas tej dyskusji, której poziom dźwięku wznosił się i wznosił… aż do utraty słuchu.

– Ach, więc wy znacie bighorna! – powiedział w końcu sir Georges, wykorzystując moment chwilowego spokoju.

– W przybliżeniu… z opisów… z opowiadań…

– Wspaniała zwierzyna… schwytanie dramatyczne… denerwujące… trudne… wymagające żelaznego zdrowia, nadzwyczajnej zręczności oraz szansy powieszonego. Wolę go od lwa z Kolonii Przylądkowej4, od pantery z Jawy… a nawet od tygrysa bengalskiego, ponieważ jego można zawsze upolować, a nigdy nie jest się pewnym spotkania bighorna. Zresztą wkrótce już go nie będzie, to wspaniałe zwierzę zniknie jak grizzly… jak bizon… i tyle innych.

– Zatem – przerwał prawie nieśmiało mister Proctor – polował pan na bighorny.

– Nawet jednego zabiłem… jednego… zjadłem z niego kotlet… ten kotlet kosztował mnie tysiąc funtów szterlingów5 (dwadzieścia pięć tysięcy franków). Nie żałuję ich.

– Nikt lepiej niż pan nie mógłby przeciąć nieporozumienia wznieconego między nami w tym względzie.

Sir Georges, zmuszony w ten sposób do wypowiedzenia się na swój ulubiony temat, powoli się ożywiał.

Był to mężczyzna w wieku trudnym do określenia, bardziej zmęczony niż stary, wysoki, suchy, kanciasty, o twarzy niewzruszonej, wręcz lodowatej, o oczach zimnych, ponurych, bez wyrazu, wąskich ustach bez warg, powyżej których znajdował się nos wykrzywiony w dziób krogulca.

Jego nieruchoma twarz dziwnej bladości okolona była długimi faworytami, mieszanką soli i pieprzu, do których dołączały długie ciemne wąsy, przetykane białymi nitkami. Włosy miał czarne, gęste, z odcieniem écru i w wyjątkowy sposób kontrastujące z siwą brodą.

W sumie sir Georges Leslie musiał mieć, i to od dawna, przekroczoną czterdziestkę. Bogaty, elegancki dżentelmen bez zarzutu, zatwardziały kawaler, spędził większą część życia na przemierzaniu świata. Jego przygody stanowiły przedmiot konwersacji towarzystwa sportowego; był przez kilka sezonów na fali, a jednak nigdy nie był człowiekiem prawdziwie sympatycznym.

Opowiadano o pewnych krwawych historiach, których był bohaterem… Przypisywano mu, bez żadnych zresztą szczegółów, akty zimnego okrucieństwa, niewzruszonego i przemyślanego, bliskiego obsesyjnej żądzy krwi… Pewien oficer armii indyjskiej, dawno zmarły tragicznie, powiedział nawet, że nadano mu przydomek „Wampir”…

Nie było co prawda żadnego dowodu na poparcie tego, o czym mówiono, ale jednak pozostawiło to w umysłach niejasny i ponury ślad.

– Słowo daję – powiedział, krzyżując ramiona na swojej kościstej, ale solidnej piersi – trudno mi będzie was pogodzić. Opowiadałbym się raczej za baranem… jeśli moje nieco niewyraźne wspomnienia upoważniają mnie do wydania takiej mglistej opinii.

– Baran! Więc dobrze mówiłem! – wykrzyknął triumfująco Proctor.

– Jego spiralne rogi, wielkie, olbrzymie, osiągające do pięćdziesięciu dwóch cali6, poprzecznie żeberkowane, należą do barana.

– Ale – przerwał Wolf – jego miejsce zamieszkania, obyczaje, cudowna zwinność, przywodzą na myśl gatunek kozła. Poza tym, jak utrzymuje James Fergusson, bighorn, ta legendarna zwierzyna łowna Gór Skalistych, mógłby równie dobrze być koziorożcem.

– Zauważcie, że osiąga, a nawet przekracza wysokość pięciu stóp7! Zresztą, baran czy kozioł, to mało istotne, przynajmniej w tej chwili. No więc, Fergusson, i pan również, Wolf, zakładacie się?

– Oczywiście! Stawiam tysiąc funtów na kozła!

– Ja również tysiąc funtów! – dodał Wolf.

– Tysiąc funtów…! Piękna sprawa… kiedy się ma przekonanie i absolutną pewność wygranej… Ja stawiam pięć tysięcy funtów, a ty, Proctor?

– Także daję pięć tysięcy! – potwierdził mały mężczyzna, choć po zauważalnym wahaniu.

– Postanowione! – odparli jednym głosem Wolf i Fergusson, nie chcąc dopuścić do jakiejś zmiany zdania.

Kwota pięciuset tysięcy franków zaangażowana z równie błahego powodu wydaje się dla nas, Francuzów, mocno wygórowana. Ale nie jest niczym nadzwyczajnym w Anglii, gdzie we wszystkich klasach społeczeństwa szerzy się z niewiarygodną szybkością szaleństwo zakładów. To absurdalna mania zabierająca ludziom większość czasu, i tak bardzo charakterystyczna dla starego narodu skłonnego do spekulacji, mało wrażliwego na sztukę i wyjątkowo spragnionego emocji, jak wszyscy zblazowani.

Zakład ten, zaproponowany przez sir Georges’a Lesliego i zaakceptowany przez jego rozmówców, będzie miał zresztą, i to szybko, dramatyczne konsekwencje.

– A teraz – rzucił Fergusson bardzo trzeźwo – jak udowodnić słuszność lub błąd naszych twierdzeń?

– W bardzo prosty sposób – odrzekł sir Georges. – Statek z Liverpoolu do Halifaxu8 odpływa o północy… jest godzina druga… To więcej czasu niż potrzeba na przygotowania. Wsiądziemy na statek w Liverpoolu, za siedem dni wysiądziemy w Halifaxie, zainstalujemy się w car9 Trans Continental Canadian Railway10 i sześć dni później zatrzymamy się w Victorii, wdzięcznej stolicy Kolumbii Brytyjskiej11, skąd zorganizuje się wyprawę w Rocky Mountains12. To wszystko!

– Powiedział pan „jedziemy”… Kto?

– My wszyscy, do licha…! My, zainteresowani zakładem… czterech członków shootingu, zapalonych myśliwych…

Na te słowa Proctor, Fergusson i sam Wolf, chociaż pasjonujący się tym angielskim kosmopolityzmem, którego nic nie powstrzymuje, spojrzeli zaskoczeni na siebie, mało zachwyceni tym projektem, który wpędzał ich w koszty i na pierwszy rzut oka pociągał za sobą zmęczenie, niewygody, a nawet niebezpieczeństwa, przed którym powstrzymywało się ich far niente13 przemysłowców unikających nawału spraw.

– Jechać w Góry Skaliste… niby, po co? – zapytał cicho Proctor, nagle uspokojony.

– Zabić jednego lub wiele bighornów, i w ten sposób ocenić naocznie, który z nas się myli, a który ma rację.

– Ale – podjął z kolei Fergusson – nie jesteśmy przyrodnikami, aby określić gatunek… zoologiczny.

– To nie ma znaczenia! Łatwo jest zabrać migawkowy aparat fotograficzny. Sfotografujemy zwierzę ze wszystkich stron, poza tym zabierzemy jego szkielet i to wszystko powierzy się przyrodnikom. To więcej niż dość dla określenia gatunku.

– Do diabła…! Problem w tym, że Rocky są bardzo daleko… a my nie jesteśmy już młodzi.

– Jednym słowem odmawiacie… Pojadę więc sam… aby zaoszczędzić czterem członkom Shooting Clubu wstydu rezygnacji z zakładu.

– I pan pojedzie…?! – zapytał Fergusson z otwartymi z podziwu ustami.

– O siódmej godzinie z Londynu… o północy z Liverpoolu.

– Do Halifaxu? – zapytał tym razem Proctor, nie mniej zdumiony.

– Do Halifaxu, Victorii, następnie nad brzegi Fraser14, wielkiej rzeki Kolumbii Brytyjskiej, w której żyją wspaniałe pstrągi – niedaleko gór, gdzie chronią się ostatnie bighorny.

– I kiedy pan wróci?

– Dziewięćdziesiąt dni wydaje się wam wystarczającym czasem?

– Absolutnie!

– Świetnie, wrócę, jeśli Bóg pozwoli, za trzy miesiące ze szkieletem bighorna i serią zdjęć całego zwierzęcia. Co do kosztów podróży i polowania, pokryjemy je wspólnie.

– To bardzo sprawiedliwe. Chyba że wolałby pan, abyśmy go opłacili, w ramach rekompensaty za zmęczenie.

– Dajcie spokój! – odparł rozbawiony sir Georges. – Nie wystarczyłyby na to wasze fortuny. To, co postanowiliśmy, jest bardzo dobre. Co do pana, mój drogi Wolf, nasza partia szachów jest dalej aktualna, prawda?

– Ale… skoro pan wyjeżdża.

– Będziemy ją kontynuować listownie… i mam nadzieję wygrać.

– Co do tego stawiam zakład, że nie.

– Czy jest pan gotów założyć się o pięć tysięcy liwrów?

– Przyjmuję! Jest pan naprawdę wspaniałym graczem i prawdziwym Anglikiem.

– Panowie, pozwolicie, że was opuszczę. Mamy dzisiaj piętnasty maja; powrócę piętnastego sierpnia.

– Proszę przynajmniej poczekać, aż sporządzimy w czterech kopiach klauzule naszego zakładu, aby każdy z nas posiadał jeden egzemplarz.

– Daliśmy słowo honoru, co jest więcej warte niż wszystkie podpisy. Żegnajcie, panowie!

Wróciwszy do siebie, sir Georges znalazł lakoniczną depeszę, oznajmiającą mu z brutalnością charakterystyczną dla telegramów o ucieczce bankiera, u którego zdeponował całą swoją fortunę ocenianą na sto tysięcy funtów (dwa miliony pięćset tysięcy franków).

Sir Georges przeczytał depeszę dwa razy, zmarszczył brwi, zacisnął usta, następnie z najzimniejszą krwią na świecie zwinął niebieskawy papier, posłużył się nim do zapalenia cygara i wyszeptał, wciągając z rozkoszą sybaryty15 wonny dym:

 

– Mam dziesięć tysięcy funtów z zakładów a w kasetce tysiąc funtów… dla zabicia bighorna i złowienia kilku pięknych pstrągów. To niewiele! Bezwzględnie muszę wygrać i przy okazji dorobić się tam nowego majątku… W przeciwnym razie…! Ba! Kopalnie Cariboo16 nie są jeszcze wyczerpane… Pomoże mi mój brat, gubernator porucznik17.

 

 

 

 

1Bighorn sheep – angielska nazwa owcy kanadyjskiej (owca gruboroga, muflon kanadyjski, Ovis canadensis), jednego z dwóch (obok owcy jukońskiej) gatunków górskiej owcy żyjącej w Ameryce Północnej.

2Shooting and Angling Club (ang.) – Klub Myśliwsko-Wędkarski.

3Gun (ang.) – broń palna.

4Kolonia Przylądkowa – kolonia brytyjska, wcześniej holenderska o nazwie Cap, Przylądek (i takiej nazwy używa L. Boussenard) w południowej Afryce, istniejąca z przerwą w latach 1806-1910; potem zmieniono jej nazwę na Kraj Przylądkowy, gdy utworzono brytyjskie dominium – Związek Południowej Afryki.

5Funt szterling – jednostka monetarna w Wielkiej Brytanii; dawniej dzielił się na 20 szylingów i 240 pensów.

6Cal – jednostka długości równa 1/12 stopy, czyli około 25,4 mm.

7Stopa – tu: stopa angielska, jednostka długości równa 0,3048 m.

8Halifax – miasto w Kanadzie, największe miasto i stolica prowincji Nowa Szkocja.

9Car (ang.) – tu: wagon.

10Trans Continental Canadian Railway – Transkontynentalna Kolej Kanadyjska, założona w 1881 roku przez George’a Stephena, łączy Montreal z Vancouver, dwa portowe miasta na dwóch krańcach Kanady; obecnie linia eksploatowana jest przez Canadian Pacific Railway; znajduje się na wysokości 1627 m n.p.m., w kanadyjskiej części Gór Skalistych, przecinając prowincje Alberta i Kolumbia Brytyjska.

11Kolumbia Brytyjska – dawna kolonia angielska w północno-zachodniej części Ameryki Północnej, nad Oceanem Spokojnym, pomiędzy Terytorium Oregonu a rosyjską wówczas Alaską, odkryta w roku 1793, wskutek masowego napływu poszukiwaczy złota w roku 1858 powstała tam osobna kolonia angielska, w 1871 włączona do Kanady, odtąd jedna z jej prowincji ze stolicą w Victorii.

12Rocky Mountains (ang.) – Góry Skaliste.

13Far niente (wł.) – bezczynność, nieróbstwo, część popularnego powiedzenia dolce far niente, dosł. słodkie nieróbstwo, w znaczeniu przyjemny odpoczynek, relaks.

14Rzeka Fraser – rzeka płynąca z południa na północ, najdłuższa rzeka Kolumbii Brytyjskiej; bierze początek w Górach Skalistych, nieopodal Mount Robson, toczy swe wody przez 1400 km i uchodzi do cieśniny Georgia w mieście Vancouver.

15Sybaryta – człowiek rozmiłowany w zbytku, wygodach i przyjemnościach życia.

16Cariboo – region geograficzny w Kolumbii Brytyjskiej, położony na platformie międzygórskiej, rozciągający się od kanionu rzeki Fraser po góry Cariboo; nazwa pochodzi od żyjących tam dawniej licznych stad karibu leśnego (Rangifer tarandus).

17Gubernator porucznik (ang. Lieutenant Governor) – w Kanadzie przedstawiciel głowy państwa, monarchy, w rządach prowincji Kanady; mianowany przez gubernatora generalnego Kanady na wniosek i za rekomendacją premiera prowincji.

Rozdział II

W drodze – Transcontinental Canadien – Vancouver i stacja końcowa – Victoria i jej Chińczycy – Wspomnienie szachownicy – Gubernator porucznik – Anglik u siebie – Pierwsze morderstwo – Jak wysoki funkcjonariusz rozumie interesy – Dom sir Georges’a

 

Wielkie i małe dzienniki londyńskie zapowiadały i komentowały odjazd sir Georges’a Lesliego, który nastąpił o zapowiedzianej godzinie. Kilka z nich opublikowało jego portret z krótką notką biograficzną. Dużo osób mówiło o jego partnerach, nieznanych wczoraj i prawdopodobnie jutro, którzy mieli przynajmniej radość z wydrukowania swoich nazwisk. Wszyscy razem stanowili wspaniałą reklamę Shooting and Angling Club, i każdy jego członek czuł na sobie część chwały spływającej wodospadem na podróżnika, który przez dwadzieścia cztery godziny błyszczał w całym Zjednoczonym Królestwie18.

Zawierano nowe zakłady, które naturalnie opierały się na pierwszych i zostały wpisane do ksiąg ad hoc19 na okres dziewięćdziesięciu dni płatności; później sir Georges Leslie, James Fergusson, Edward Proctor, Andrew Wolf i sam bighorn, nieświadoma przyczyna całego zgiełku, zostali całkowicie zapomniani.

Tymczasem przewidywania sir Georges’a, obojętnego na cały ten hałas, spełniały się przede wszystkim z regularnością bardzo stosowną dla brytyjskich przedsiębiorstw transportu morskiego i ziemnego.

Wyjechawszy z Liverpoolu o północy szesnastego maja 1886 roku ze swoim vademecum20 zajmującym niewiele miejsca, ale wystarczającym dla globtrotera, dotarł dwudziestego trzeciego maja do Halifaxu, stolicy Nowej Szkocji, dzisiaj prowincji Kanady.

Z Halifaxu do Wyspy Vancouvera, położonej między sto dwudziestym trzecim a sto dwudziestym ósmym stopniem długości geograficznej na zachód od Greenwich oraz między czterdziestym ósmym a pięćdziesiątym pierwszym stopniem szerokości północnej, przylepionej ukośnie do kontynentu, od którego oddziela ją jedynie Cieśnina Georgii, nie było więcej niż pięć tysięcy dziewięćset osiem kilometrów.

Komfortowo rozlokowany w sleeping car21, przemierzał ten olbrzymi dystans, nie ruszając się, bez wyraźnego zmęczenia, i w ciągu kolejnych sześciu dni i nocy przebył Dominium Kanady22.

Canadian Pacific Railway była prawdziwym cudem, ostatnią linią transkontynentalną zbudowaną w Ameryce. Rzecz absolutnie zaskakująca dla nas, Francuzów, którzy latami oczekiwaliśmy zbudowania dwudziestu pięciu lig23 linii kolejowej o lokalnym zasięgu; tymczasem ta, kolosalna, zbudowana została w pięć lat. W lipcu 1855 roku pierwszy pociąg wyjechał z Montrealu i dojechał do wybrzeża Pacyfiku, pięć lat przed czasem określonym przez przedsiębiorców. Był to rezultat tym bardziej niesamowity, że droga została wyznaczona przez prawie pustą krainę i napotykała wiele naturalnych przeszkód.

Dla sir Georges’a nie miało to zresztą większego znaczenia; był nazbyt Anglikiem, aby zachwycać się rzeczami niewspomnianymi przez Baedeckera i Bradshawa24. Śpiąc, minął równiny północnego zachodu, pił i jadł niczym ogr25; przejeżdżając przez Reginę26, wysłał swojemu partnerowi Andrew Wolfowi tak sformułowaną depeszę: „Przesuwam o jedno pole czarnego gońca – odpowiedź w Lytton27.

Następnie wypalał kilka cygar na platformie, potem ponownie kładł się, jadł i palił cygara aż do Gór Skalistych.

Nawet nie spojrzał na słynną Przełęcz Wierzgającego Konia – Kicking Horse Pass28, którędy kolej żelazna pokonywała kulminacyjny punkt Rocky.

Przełęcz ta, którą przejeżdża pociąg, podążając najpierw wzdłuż rzeki Arc, leży na wysokości tysiąca sześciuset czternastu metrów. Jej wysokość nad poziom morza jest większa niż wysokość tuneli wydrążonych w Alpach. Jednak dostęp do niej jest względnie łatwiejszy dzięki stokom, których pochyłość osiąga do trzydziestu dziewięciu i czterdziestu pięciu milimetrów na metr na dystansie sześciu kilometrów.

Szczęśliwsi niż ich koledzy po fachu w Europie, angloamerykańscy inżynierowie mogli przekroczyć pod otwartym niebem urwiska najbardziej niebezpieczne dla swoich żelaznych dróg bez tych cudownych prac, które uczyniły tak długim i tak trudnym przebrnięcie przez Alpy.

Ani cuda ludzkiej działalności, ani bezustannie odnawialny splendor wspaniałej panoramy nie były w stanie rozgrzać tej żywej ławicy lodowej osadzonej w sleepingu o nazwie i wyglądzie Georges’a Lesliego.

On zadawalał się długim sprawdzaniem z dokładnością flegmatycznego Anglika zakrętów napotkanych w polu widzenia swojej lornetki i zrzędzeniem:

– Oto park bighornów!

Następnie dorzucał, jakby dla odmiany:

– Wolf będzie zmuszony posunąć swój pionek sprzed króla…

Gdy przejeżdżał przez Yale29, widok kilku chińskich poszukiwaczy złota brodzących w błotnistych kloakach wywołał jednak u niego mały dreszcz przebiegający tuż pod skórą.

– Złoto…! W tym dystrykcie Ziemia poci się złotem… Przyjrzę się temu później!

Stacją końcową Transcontinental Canadien było najpierw New Westminster, a teraz jest nią Vancouver. W czasie kiedy sir Georges przemierzał Dominium, Vancouver, które liczy dzisiaj piętnaście tysięcy mieszkańców, nie istniało. W miejscu, gdzie obecnie wznosi się zadbane i bogate już miasto zabudowane w szachownicę, jak zwykle miasta amerykańskie, rosły zbite gąszcze niedostępnych lasów. Upadające New Westminster będzie wkrótce tylko przedmieściem Vancouveru, którego boom30 wzrasta z dnia na dzień.

Sir Georges opuścił przedział sypialny dziewiątego maja o jedenastej rano; kazał przetransportować swoje bagaże na parowiec odpowiedzialny za tranzyt między stacją końcową a stolicą prowincji, następnie natychmiast się zaokrętował.

Mimo swojego wyspiarskiego położenia Victoria jest łatwo dostępna dzięki nieprzerwanemu krążeniu steamers31.

Wdzięczne i bardzo bogate miasto, ocienione drzewami, ozdobione wspaniałym parkiem, oświetlone światłem elektrycznym i posiadające obfity zapas wody, której dostarcza jezioro odległe o dwanaście kilometrów, Victoria ma nie mniej niż dwadzieścia tysięcy mieszkańców, z którego jedną czwartą stanowią Chińczycy.

Jako stolica Kolumbii Brytyjskiej, jest siedzibą prowincjonalnego rządu, reprezentowanego przez gubernatora porucznika, ministrów prowincjalnych i zgromadzenie ustawodawcze32.

Jako najbliżsi sąsiedzi Jankesów33, Anglicy zaczęli się interesować dużym napływem Chińczyków, które skończyło się sformowaniem kolonii azjatyckiej w angielskim mieście, tak dużej, że posiada swoje ulice i swoje dzielnice, a nawet własny teatr.

Pozbawieni prawa głosu, niemogący otrzymać statusu obywatela, Chińczycy są tu przejazdem, określani jako zaplombowany towar! i transportowani w zamkniętych wagonach z jednego punktu terytorium w drugi.

Mimo tej dziwacznej klauzuli tolerancji, której są przedmiotem, mimo narzuconej im taksy wjazdowej wynoszącej pięćdziesiąt piastrów34, stanowią, jak się wydaje, prawdziwe zagrożenie dla elementu angielskiego, gdyż szybko się rozmnażają, nie zachowując żadnych proporcji.

Jako człowiek, któremu znajome są zwyczaje młodego miasta, sir Georges, bardziej flegmatyczny i butny, bardziej wyniosły niż zwykle, kazał zanieść swoje bagaże do pałacu gubernatora, a następnie udał się szybko do urzędu pocztowego, gdzie znalazł dwie depesze: jedną od swojego partnera Wolfa, informującego go, że faktycznie przesuwa pionek – man – sprzed swego króla; drugą zawierającą komplementy członków Shooting and Angling Club.

Na pierwszą odpowiedział: „Przesuwam o jedno pole pionek sprzed wieży od strony królowej”.

Na drugą odpowiedział krótko: All right!, co wcale nie było kompromitujące. Przypominając sobie w końcu, że jego brat jest gubernatorem porucznikiem prowincji, po zakończeniu swoich spraw udał się do pałacu.

Nawet na szerokich drogach zdarzają się czasem przeszkody, a sir Georges, jak przystało na porządnego Anglika, ignorował je, zwłaszcza kiedy chodziło o istoty żywe. Dwaj Chińczycy wyposażeni w kosze, w których były ułożone eksportowane bibeloty, mieli nieszczęsny pomysł, by zagrodzić mu drogę i zaoferować swój towar. Anglik chwycił ich, każdego jedną ręką, za kosmyki włosów opadające na plecy, poderwał w górę dwie chińskie figurki i grzmotnął nimi pięknym ruchem o jezdnię, z tą z niewypowiedzianą brutalnością, której poddany Jej Królewskiej Mości chętnie używa… wobec słabszych.

 

Zaprotestował na to jakiś Hiszpan, a biorąc sir Georges’a za Niemca, inną odmianę bydlaka, z pogardą wypluł mu w twarz te słowa:

– Pruska świnia!

Uderzeniem pięści szybkim niczym błyskawica i ciężkim jak maczuga sir Georges powalił go na plecy.

Hiszpan podniósł się, plując na czerwono krwią, z nożem w ręku, skacząc jak ocelot tygrysi35.

Sir Georges odepchnął zręcznie ostrze, które dotknęło jego ciała, lekko kalecząc palec wskazujący u lewej ręki, zobaczył krew i rzekł zimno:

– Łobuzie, za kroplę mojej krwi cała twoja!

Wyciągnął z kabury rewolwer firmy Smith & Wesson36, przyłożył go do czoła swojego przeciwnika i po prostu rozwalił mu mózg.

Policjant, rozpoznając Anglika z metropolii, zbliżył się dostojnym krokiem, dotknął pałką jego ramienia i poprosił grzecznie, aby udał się z nim do szeryfa.

– Nie ma mowy! Do mojego brata gubernatora porucznika.

– Ach! – powiedział policjant. – To inna rzecz, Wasza Wysokość jest wolny.

– A dla pana te dwie gwinee37 napiwku.

Pięć minut później ordynans wprowadził go do młodszego brata, sir Harry’ego Lesliego, który wyciągnął ku niemu ramiona z całym braterskim uniesieniem.

– To ty, Georges…! braciszku…! Co za niespodzianka i radość! Ale dlaczego mnie nie uprzedziłeś? Jakiż dobry wiatr cię tu sprowadził?

– Tak, Harry, to ja… Naprawdę bardzo szczęśliwy, że cię widzę… Opowiem ci na spokojnie powód mojej podróży do Kolumbii; mamy czas porozmawiać, ponieważ wyjeżdżam dopiero jutro. À propos, na ulicach waszego miasta przebywają bardzo kłopotliwi ludzie.

– To znaczy?

– Sądzę, że uszkodziłem parę Niebian38 i rozwaliłem, niech mi Bóg wybaczy, głowę jednemu niegodziwcowi. Proszę, daj mi nabój do rewolweru kalibru czterysta dziesięć39, gdyż moje naboje są w zamkniętej skrzynce.

***

Sir Harry Leslie był zbyt dobrym Anglikiem, aby nie zrozumieć i nie pochwalić powodu podróży swojego starszego brata. Tak ważny zakład… relatywnie krótki czas… Do diabła! Każda chwila jest cenna, a bighorny są coraz rzadsze. Trzeba więc działać szybko, wyjechać bez zwłoki i zawzięcie przeczesywać górskie skały otaczające Fraser River, główny kolumbijski szlak wodny. Tylko tam istniała szansa znalezienia wspaniałej zwierzyny osaczonej, ściganej, unicestwionej do pojedynczych sztuk głupim, irracjonalnym szałem.

– Dorzuć do tego, bracie, że jestem doszczętnie zrujnowany, i jestem wart zaledwie dwa tysiące funtów… Osądź, czy nie jest pilne, abym stanął na nogi….

– Ba! – odparł spokojnie gubernator porucznik – jesteśmy zawsze mniej niż bardziej zrujnowani… To jeszcze jeden powód, by przenieść się do tego nieco zapuszczonego, bogatego, górniczego dystryktu Cariboo. Są tu bardzo bogate placery40, których właściciele nie spełniają dokładnie wszystkich formalności dyktowanych przez prawo… Dam ci zlecenie inspekcji, z wszelkimi uprawnieniami wobec władz całej prowincji… Będziesz miał prawo do wymawiania najmu i natychmiastowych eksmisji diggerów41, którzy nie są w porządku. Wtedy uwolnią się koncesje, a ty będziesz mógł je przyznać właścicielom według własnego uznania.

– Masz wielkie serce, Harry, a umysł pełen pomysłów.

– Ostrzegam cię tylko, że trzeba z pewnością trochę powalczyć… nasi free diggers42 mają gorące głowy… Widząc się wywłaszczonymi… nawet legalnie, będą stawiać opór; tego się obawiam… będzie tam broń, z której pociski wystrzelą same…

– Wiesz Harry, że walka mnie nie przeraża – wyjaśnił sir Georges, a przez jego pozbawione wyrazu oczy przebiegł szybki i złowrogi błysk.

– Masz szybką rękę, wiem o tym, i znam twoją niezawodną zręczność. Nie należy jednak zbytnio temu ufać, więc musisz uważać, jakbyś był na wojnie… Zwłaszcza żadnych niepotrzebnych zabójstw… chyba mnie rozumiesz…

– Będę się starał zabijać rozważnie i poważnych przypadkach.

– All right! A teraz pozwól, że cię zaopatrzę w część twojego personelu.

Po tych słowach gubernator porucznik nacisnął elektryczny guzik. Ordynans nadbiegł z szybkością wskazującą na to, że Jego Ekscelencja nauczył ludzi posłuszeństwa.

– Każ przyjść Li.

Trzydzieści sekund później w drzwiach palarni ukazał się czyściutki Chińczyk, błyszczący, tłuściutki, o błogim wyrazie twarzy, cały ubrany na biało, w słomianych pantofelkach.

– Mistrzu Li, widzisz tego dżentelmena – powiedział gubernator porucznik, wskazując sir Georges’a. – To mój brat! Od tej pory jesteś przydzielony do tej osoby jako kucharz… Będziesz mu towarzyszył wszędzie, gdzie mu się spodoba cię poprowadzić, i będziesz mu posłuszny tak jak mnie samemu, cokolwiek by ci polecił. Zawsze pamiętaj, że znajdą się tutaj trzy sążnie dobrego powroza na krawat dla ciebie, na wypadek gdybyś nie dopełnił swoich obowiązków. Bądź gotowy do wyjazdu jutro o ósmej rano… Odejdź! To perła, mój drogi Georges’u – powiedział sir Harry, kiedy Celeste wyszedł. – Zobaczysz w praktyce, jaki to niezrównany służący! Będzie twoim kucharzem, praczem, szewcem, krawcem… prawdziwym człowiekiem do wszystkiego. Nie uszkodź go za bardzo. Będzie mi potrzebny po twoim powrocie.

– Mogę ci tylko podziękować za serce i za żołądek, mój drogi Harry! Rozpieszczasz mnie, doprawdy.

– Dorzucę ci poza tym jednego z moich europejskich lokajów… posłuszny nicpoń… będzie twoim zaufanym człowiekiem… zrobisz sobie z niego kamerdynera… Do tego mój woźnica, Jankes, który wykonywał wszelkie zawody oprócz jednego – uczciwego człowieka. Jako były kowboj jest doskonałym jeźdźcem, niezrównanym myśliwym… Sądzę, że jest zdolny do wszystkiego… nawet być ci wiernym. Woźnica nazywa się Tom, lokaj Joe… Przedstawię ci ich dzisiaj wieczorem… gdyż chwilowo są nieobecni. A teraz, co jeszcze? Wystarczą ci cztery konie wraz z dwukołowym dog-cart43, ponadto cztery muły i dwa wozy? Droga z Yale do Cariboo jest doskonała.

– Świetnie.

– Po przybyciu do Kamloops44 zwerbujesz sobie co najmniej pół tuzina indiańskich tragarzy.

– To ci, którzy nazywani są tutaj Carrierami45; swojego czasu z powodzeniem ich wykorzystywałem.

– Będą ci niezbędni do noszenia w górach całego twego sprzętu: namiotu, broni, amunicji, rzeczy osobistych, zaopatrzenia itd. Poza tym, jeśli zdołasz znaleźć na przewodników jednego czy dwóch kanadyjskich Metysów, najlepiej pochodzenia francuskiego, i potrafisz ich zainteresować swoją sprawą, to gwarantuję ci sukces. Zresztą zatelegrafuję do władz Kamloops, wewnętrznej metropolii, aby za wszelką cenę wyszukali te wyjątkowe ptaszki. Sam pojedziesz ich poszukać pociągiem, swój personel zostawisz bowiem w Ashcroft46. Teraz chodźmy na obiad i uczyńmy zaszczyt kuchni mistrza Li.

 

 

 

 

18Zjednoczone Królestwo (ang. United Kingdom) – stosowana od roku 1707 nazwa Wielkiej Brytanii, wtedy to Akt Unii ustanowił zjednoczenie Królestwa Anglii i Królestwa Szkocji, pełna nazwa to Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii (United Kingdom of Great Britain).

19Ad hoc (łac.) – doraźnie, dla zrealizowania określonego celu, w danym przypadku.

20Vademecum (łac. vade mecum – pójdź ze mną) – zbiór podstawowych informacji z danej dziedziny, najczęściej o charakterze praktycznym, wydany w formie drukowanej; kompendium, podręcznik, przewodnik.

21Sleeping car (ang.) – wagon sypialny.

22Dominium Kanady – właściwie Prowincja Kanady, utworzona w 1840 roku z połączenia Górnej i Dolnej Kanady.

23Liga (z fr. lieue) – dawna francuska miara odległości, po wprowadzeniu miar metrycznych uznana za odpowiednik dokładnie 4 km.

24Karl Baedecker (1801-1859) i George Bradshaw (1801-1853) – niemiecki i angielski geograf i wydawca, autorzy pierwszych przewodników turystycznych; nazwisko pierwszego stało się synonimem książki tego rodzaju.

25Ogr (oger) – ludożerczy olbrzym ze średniowiecznych podań ludowych.

26Regina – miasto w Kanadzie, stolica prowincji Saskatchewan.

27Lytton – miasto w Kanadzie, w Kolumbii Brytyjskiej, położone u zbiegu rzek: Thompsona i Fraser.

28Kicking Horse Pass – przełęcz w kanadyjskich Górach Skalistych, wysokość n.p.m. 1627 m, prowincja: Alberta, Kolumbia Brytyjska.

29Yale – miasto w Kolumbii Brytyjskiej (Kanada), założone w 1848 roku jako Fort Yale; w czasie gorączki złota (wybuchła w tym rejonie w 1864 roku) największe miasto na zachód od Chicago i na północ od San Francisco.

30Boom (ang.) – rozkwit, wzrost, ożywienie gospodarcze.

31Steamer (ang.) – stater parowy.

32Kolumbia brytyjska nie miała Najwyższej Izby czy rady ustawodawczej, podobnie jak prowincje Ontario czy Manitoba; wysyłała do parlamentu kanadyjskiego, mieszczącego się w Ottawie, sześciu deputowanych pochodzących z głosowania powszechnego i trzech senatorów nominowanych przez głównego gubernatora [przypis L. Boussenarda].

33Jankes – Amerykanin; pierwotnie (i nadal w USA) określenie to dotyczyło mieszkańca Nowej Anglii, potomka angielskich kolonistów, od czasów wojny secesyjnej mieszkańcy Południa mówili tak o mieszkańcach stanów północnych; dla ludzi spoza USA Jankes to każdy Amerykanin.

34Piastr – jednostka monetarna używana w Ameryce Południowej i Kanadzie, w postaci srebrnych monet o wadze 27 g; właściwie było to peso.

35Ocelot tygrysi (kot tygrysi, oncilla, Leopardus tigrinus) – gatunek drapieżnego ssaka z rodziny kotowatych; zamieszkuje Amerykę Środkową i Południową od Kostaryki po Paragwaj, południową Brazylię i północną Argentynę.

36Smith & Wesson – największe w Stanach Zjednoczonych i jedno z największych na świecie przedsiębiorstw produkujących broń palną oraz wyposażenie dla służb mundurowych (m.in. noże taktyczne) z siedzibą w Springfield, w stanie Massachusetts, założone przez konstruktorów Horace’a Smitha i Daniela Wessona w 1852 roku; marka ta jest popularna i rozpoznawana na całym świecie, często używana w filmach, jak np. rewolwer Model 29 w serii o Brudnym Harrym z Clintem Eastwoodem.

37Gwinea – moneta, której wartość równała się 21 szylingom, czyli nieco więcej niż funt szterling (20 szylingów).

38Niebianie (fr. Célestes) – dawne określenie Chińczyków w wielu językach europejskich, od nazwy „Cesarstwo Niebieskie”, błędnie uważanej za chińską (Chińczycy mówią tianxia – pod niebem, i tak określają kraj podlegający władzy cesarza).

39Kaliber 410 – inna nazwa kalibru 36 (średnica przewodu lufy 10,5 mm)

40Placer – złoże okruchowe, termin stosowany zwłaszcza do bogatych złóż okruchowych złota, ale także diamentów, granatów, żelaza, rubinów czy szafirów.

41Digger (ang.) – kopacz, poszukiwacz, badacz.

42Free diggers (ang.) – wolni kopacze.

43Dog-cart (dogcart) – lekki pojazd konny, dwu- lub czterokołowy, zaprzężony w dwa lub jednego konia, w którym pasażerowie siedzieli tyłem do siebie lub względem woźnicy.

44Kamloops – u L. Boussenarda: Kameloops, miasto w Kanadzie, w prowincji Kolumbia Brytyjska, leżące nad Rzeką Thompsona.

45Carrierowie (właśc. Dakelh) – plemię indiańskie zamieszkujące tereny wzdłuż rzeki Fraser w Kolumbii Brytyjskiej (zachodnia Kanada); angielska nazwa Carrier (Nosiciele, fr. Porteurs) odnosi się do zwyczaju nakazującego wdowie noszenie przy sobie przez trzy lata prochów męża; tradycyjnym zajęciem Dakelhów (Carrierów), żyjących w krainie jezior i lasów, był połów ryb, głównie łososi, a także polowanie na zwierzynę, taką jak jelenie, niedźwiedzie, łosie, karibu i bobry, oraz pozyskiwanie i handel futrami.

46Ashcroft – wieś w Kolumbii Brytyjskiej (Kanada), położona na zachód od Kamloops, przy zbiegu Rzek Thompsona i Bonapartego.