Złodzieje diamentów. I część cyklu "Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów - Louis-Henri Boussenard - ebook
lub
Opis

Pierwsza część cyklu "Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów"

Straciwszy majątek, Francuz Aleksander Chauny kopie diamenty w Kopje Nelson’s Fountain w Afryce Południowej. Odnajduje go tu Albert de Villeroge i proponuje przyjacielowi wspólną wyprawę po diamenty Kafrów. Miejsce ich ukrycia zdradził świeżo poślubionej żonie Alberta Annie przygarnięty przez jej ojca potomek kafryjskiego władcy. Wraz z Josephem, mlecznym bratem Alberta, przyjaciele wyruszają w stronę Zambezi. Tymczasem w Nelson’s Fountain zostaje zamordowany żydowski handlarz, któremu Aleksander sprzedał przed wyjazdem swój górniczy ekwipunek...

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia  powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 289


Strona przedtytułowa

 

 

 

Louis-Henri Boussenard

 

Złodzieje diamentów

Louis-Henri Boussenard

Louis-Henri Boussenard urodził się w Escrennes 4 października 1847 roku, a zmarł w Orleanie 11 września 1910 roku.

Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).

Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.

Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”.

Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.

Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 tomów.

Strona tytułowa

Louis-Henri Boussenard

 

Złodzieje diamentów

Pierwsza część cyklu

Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów

 

Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak

Strona redakcyjna

Dwudziesta szósta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

Pierwszy tom serii:

„Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

Tytuł oryginału francuskiego: Les Voleurs de diamants

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2015

25 ilustracji, w tym 2 kolorowe: Jules-Descartes Férat

(zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego)

Ilustracje na okładce i w tekście podkolorowała Barbara Linda

Redakcja i korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Projekt okładki: Barbara Linda

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2016

ISBN 978-83-64701-82-5 (całość)

ISBN 978-83-64701-83-2 (część pierwsza)

Rozdział I

Kopalnia diamentów – Położenie kopje1 – Co się rozumie przez słowo claim? – Diamentowa gorączka – Życie na placerze2 – Kopje Nelson’s Fountain3 – Podróżnicy i górnicy – Dwóch Kafrów, reprezentantów „młodych elegantów” – Ofiary krachu – Albert de Villeroge i Aleksander Chauny, jego przyjaciel – Konsekwencje pojedynku na pistolety – Skarb dawnych mieszkańców południowej Afryki – W drodze do nieznanych krain – Tajemnicze morderstwo

 

 

 

Kopje (kopalnia diamentów) Nelson’s Fountain była tego dnia bardziej niż kiedykolwiek pełna hałasu i ożywienia. W nieustannej robocie normalnie wykonywanej przez diggersów4 wszystkich ras, wszelkich odcieni skóry, nagle zapanował jakiś harmider, nawet rodzaj furii, której przyczynę szybko odgadłby jakiś uważny, obdarzony zimną krwią obserwator.

We wszystkich miejscach urwistego, ponurego terenu zbudowanego z nagich, powykręcanych skał drążono głębokie dziury, z szerokim otworem i prowadzone pionowo w dół, co przypominało niesamowite kamieniołomy. Z tych wykopów wydobywał się nieuchwytny kurz i w formie szarawej chmury unosił się ku górze, chwilami zaciemniając światło słońca. Oko przybysza uderza przede wszystkim szczególna osobliwość. Otóż jest to niesamowita plątanina stalowych lin, które jednym końcem zaczepione są w głębi każdej z tych dziur, a drugim umocowane do brzegu stromizny, tworząc mniej lub bardziej ostry kąt, w zależności od głębokości wykopu. Na tych linach bez przerwy przesuwają się duże wiadra wykonane ze skór wołów, napełnione żwirem i przymocowane do bloczka. Mały kierat, podobny do tych, których używają ogrodnicy z okolic Paryża, wprawiany w ruch przez jednego lub dwóch ludzi, obraca się, głośno skrzypiąc, prędko zabiera wiadro, równie szybko opróżniane, co napełniane.

Tak daleko, jak tylko można sięgnąć wzrokiem, zryta ziemia przyjmuje wygląd wielkiej szachownicy, której kwadraty mają regularne boki o długości dziesięciu metrów. Każdy kwadrat jest to claim, lub inaczej działka diamentonośnej ziemi, w głębi której kopią, ryją, oczyszczają, przesiewają ludzie w łachmanach, zajęci jak mrówki przy pracy, których białe, żółte czy czarne twarze, ubabrane błotem i pokryte kurzem, oblewają się potem. Podnosi się skórzane wiadro. Być może zawiera fortunę. Piszczący blok się zatrzymuje. Zawartość naczynia wysypywana jest na masywny stół wbudowany w grunt na skraju claimu. Jakiś biały zaciśniętą dłonią rozrzuca zawartość i chciwym wzrokiem szuka błyszczącego szlachetnego kamienia.

Przeglądnięta w ten sposób ziemia jest następnie ładowana na taczki i wywożona daleko wąskimi ścieżkami dzielącymi poszczególne działki na regularne sekcje. Człowieka ogarnia strach, gdy widzi tych ludzi idących niedbałym krokiem skrajem przepaści, gdzie każde najmniejsze potknięcie może spowodować upadek. Lecz cóż obchodzą rozgorączkowanych ludzi takie zdarzenia, zresztą częste! Od czasu do czasu dochodzi do niespodziewanego zawalenia, obsuwają się kamienie i taczka zsuwa się z tych wąziutkich ścieżek, pompatycznie nazywanych drogami. Rozlega się okrzyk trwogi i bólu, a wiadro unosi się, obciążone straszliwie okaleczonym ludzkim ciałem.

Jeszcze jeden, cóż to znaczy! Diamentów jest pełno, a te indywidualne tragedie dla pozostałych przy życiu są tylko zwykłymi wypadkami. Pewien Polak znalazł czterdziestoośmiokaratowy5 diament. Podczas spotkania pośrednik zaproponował mu pięćset funtów szterlingów6 (dwanaście tysięcy pięćset franków). Szczęśliwy górnik zażądał tysiąc. Pośrednik tylko wzruszył ramionami i wycofał się z transakcji.

Pewien Irlandczyk o twarzy zniszczonej niedolą i nadmiarem pracy nagle się zrywa, jakby dotknięty momentalnym obłędem. Krzyczy, wyje, miota się, w końcu wyrzuca z siebie całą serię tych gardłowych przekleństw, w jakie obfituje język celtycki7.

– Arrah…8! Arrah…! Bedarrah…! Moi bracia, już nie żyję…! Zadusiła mnie radość! Arrah…! Dzieci będą bogate… a ja będę pił whisky.

Oto siedemdziesięciopięciokaratowy diament… Dżentelmen da za niego pięć tysięcy funtów…! (sto dwadzieścia pięć tysięcy franków).

Nowina rozchodzi się z prędkością płonącego prochu i dociera do głębin claimów, więc zaciętość robotników jeszcze się podwaja, jeśli to w ogóle możliwe.

Od czasu do czasu jakiś górnik mniej wrażliwy niż Irlandczyk powstrzymuje prawie niedostrzegalne drgnięcie. Radość opada, ale mimo opanowania, jest podniecony. Następnie wykonuje osobliwy manewr. Gołą stopą, której palce są prawie tak samo zręczne jak palce u rąk, stara się chwycić kamyk, którego naturę natychmiast rozpoznało jego wyćwiczone oko. To diament zamknięty w swej otoczce. Pochyla się na chwilę, udaje, że wyciąga kawałek skały, który utkwił w jego ciele, chwyta okruch żwiru i szybko wkłada do ust. Jednak dozorca, któremu nic nie umyka, dostrzega ten ruch. Szybko jak myśl wskakuje do studni, chwyta za gardło tego człowieka, który się broni, i ogłusza go uderzeniem pięści.

 

– Otwórz usta, łotrze, albo cię powieszę!

Ale złodziej jest nieprzytomny. Dozorca wyciąga swój bowie knife9, wciska ostrze pomiędzy zaciśnięte zęby, rozchyla je i triumfalnym gestem wyciąga corpus delicti10.

– Wyciągnij mnie na górę, krętaczu. Dostaniesz dwadzieścia pięć uderzeń batem… To się zdarzyło nie pierwszy raz.

Gorąca pożądliwość tych wszystkich roznamiętnionych ludzi jest jeszcze bardziej podsycana przez takie zdarzenia, świadczące o bogactwie diggin11. Ludzie dalej kontynuują poszukiwania z niesamowitym natężeniem i zaangażowaniem.

Kopje Nelson’s Fountain jest kopalnią niedawno odkrytą przez pierwszych diggersów przybyłych z du Toit’s Pan. Leży na 24º 30’ długości wschodniej od południka Greenwich i 27º 40’ szerokości geograficznej południowej, na obrzeżach Griqualand West12 i w odległości około stu siedemdziesięciu kilometrów od rzeki Oranje13. Ten region, jeszcze niedawno nieznany, może, jak się twierdzi, stać się jednym z najbogatszych obszarów angielskiej Kolonii Przylądkowej14. Na razie jednak niezmiernie kiepskie urządzenia eksploatacyjne i absolutny brak podstawowych wygód czynią pobyt w tym miejscu mało godnym zazdrości. Lecz perspektywa zdobycia natychmiastowej fortuny przyciąga tutaj ludzkie istoty, które izolowane w dziurach pozbawionych powietrza, palone żarem dochodzącym do czterdziestu stopni Celsjusza, zdolne są przebywać w nich nawet przez kilka godzin.

Jeżeli z jednej strony prawie kompletnie brakuje wody, której wiaderko kosztuje od jednego franka do franka i siedemdziesięciu pięciu centymów, to z drugiej strony obóz wygląda niechlujnie i odrażająco. A jednak Anglicy swym metodycznym postępowaniem, swym niebywałym instynktem kolonizacyjnym starają się zapobiec temu opłakanemu stanowi rzeczy. Chaty na kołach czy liche namioty ustawione są z pewną symetrią i władze zajmują się, cały czas mając na względzie bezpieczeństwo pracowników, uzdrawianiem tego ogniska zarazy.

Każdy złodziej, a jest ich tu niemało, który nie został skazany na karę chłosty, podlega kilkudniowej karze ciężkich robót. Ta kara, często stosowana, polega na oczyszczaniu obozu. Skazańcy, podzieleni na grupy, wykonują uciążliwe obowiązki pod nadzorem policjanta z odbezpieczonym rewolwerem w ręku. Wydaje się jednak, że im więcej zbiera się szmat, łachmanów, szczątków puszek po konserwach, starych butów i połamanych narzędzi, to kilka godzin później jest ich jeszcze więcej. To znaczy, że nikt z górników nie stosuje się do najbardziej elementarnych zasad higieny. Zabija się zwierzę, a wnętrzności i szkielet wyrzuca się przed namiot. Rzucają się na to czarni, Chińczycy lub psy, a uciekając, żarłocznie je pożerają i rozrzucają na wszystkie strony.

Pracownicy nie przejmują się bólem gardła, zapaleniem oczu, złośliwymi wrzodami czy ropniami. Nikt z nich nie troszczy się o swoje ciało! Ten, który posiada fortunę zakopaną w ziemi pod płótnem swego namiotu, chodzi boso i żyje sucharem maczanym w cape brandy (wódka Przylądka). Żywot tych wszystkich oszalałych ludzi streszcza się w jednym wyrazie, którego gorejące litery porażają ich i hipnotyzują: DIAMENT…

Nie należy się zatem dziwić, że pojawienie się czterech osobników o raczej niezwykłym wyglądzie nie wzbudziło zbyt wielkiego zainteresowania pośród pracowników kopje. Wyglądało na to, że nowi przybysze, dwaj Europejczycy i dwaj Murzyni, zwłaszcza ci pierwsi, byli zupełnie nieznani załodze kopalni. Jeden z Europejczyków, który wydawał się przywódcą, był trzydziestoletnim mężczyzną średniego wzrostu, chudym, opalonym, o krótkich kręconych włosach, czarnej brodzie i ognistym spojrzeniu. Jego regularne rysy twarzy, bardzo ruchliwej, wskazywały, że pochodził z południa. Malująca się na twarzy wytworność oraz delikatne kończyny wskazywały na człowieka z wyższych sfer. Jego uzbrojenie i wyposażenie nadto pokazywały, że bardzo troszczył się o wygody, którymi gardzą górnicy. Tropikalny kask wykonany z rdzenia aloesu i pokryty czepkiem z białej flaneli chronił jego głowę od słonecznego żaru. Jego ubranie składało się z płóciennej bluzy podszytej w pasie moltonem15 i wyposażonej w nieskończoną ilość kieszeni. Jest to niezrównany element ubioru, którego przydatność została sprawdzona podczas wielu dalekich wypraw. Jego spodnie z oliwkowego weluru, szerokie i pofałdowane przy kolanach, znikały w wysokich butach z płowej skóry. Duży kordelas16, mogący służyć za maczetę17 lub myśliwski nóż, miał zawieszony u pasa z żółtej skóry. Nosił także wielką ładownicę18 i przewieszoną przez ramię dubeltówkę o dużym kalibrze. Wreszcie z dwóch specjalnych kieszeni umieszczonych w wygodnym miejscu wysuwały się dwa łańcuszki, na których zawieszone były zegarek i niklowana busola19.

Ubiór i wyposażenie jego towarzysza było dokładnym odwzorowaniem pierwszego. Jednak na tym kończyło się podobieństwo obu mężczyzn, chociaż ten drugi wydawał się być w tym samym wieku, także należał do rasy południowców, a rysy twarzy wskazywały na tę samą narodowość. Pierwszy, poruszający się z najwyższym dostojeństwem eleganta zmienionego w eksploratora, drugi o wyglądzie bardziej pospolitym, co nawet mało uważny obserwator zauważyłby od pierwszego wejrzenia. Zatem, krótko mówiąc i nie wdając się w żadne zawiłe wyjaśnienia, pierwszy był panem, a drugi służącym.

Koniecznie należy jednak przedstawić dwóch zupełnie niekonwencjonalnych Murzynów. Na opis zasługuje szczególnie ich szczątkowy ubiór. To był szczyt dziwaczności. Jeden miał tylko spodnie, drugi koszulę. Można sobie wyobrazić, do jakiego stanu zużycia i jakiego niechlujstwa zostały doprowadzone te dwa łachmany. Ubiór człowieka w koszuli uzupełniał filcowy kapelusz ponad który, z braku denka, wystawały kosmyki rozczochranej wełnistej czupryny, nóż wiszący między nerkami, jak klucz szambelana20, a w uszach miedziane kolczyki, na końcu których huśtały się dwa kawałki obsydianu21 wielkości moreli. Szczęśliwy posiadacz spodni nakrywał głowę dnem koszyka, który ozdobił małą cylindryczną puszką wcześniej zawierającą sardele22, powieszoną na sznurku zamiast pomponu. W dolny płat prawego ucha miał wsadzoną fajkę, a płat lewego ucha obciążała zielona teksturowana gilza23 po pustym naboju, na końcu której skrzyło się miedziane denko.

Obaj osobnicy ubrani w takie stroje wydawali się zachwyceni i z wyniosłym współczuciem spoglądali na czarnych robotników, którym los odmówił podobnego luksusu.

Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że każdy z nich nosił na ramieniu ogromny dwustrzałowy karabin z krótką lufą, według wszelkiego prawdopodobieństwa przeznaczony do polowania na wielkie dzikie zwierzęta afrykańskiego kontynentu.

Dwaj biali szli powoli i rozglądali się na wszystkie strony, jakby kogoś lub czegoś szukali. W końcu zwrócili się do policjanta, który z szacunkiem odpowiedział na pozdrowienie i poprosił ich, by poszli za nim, i powiódł ich do jednego z claimów, w głębi którego pracowało z pół tuzinadiggersów.

– To tutaj, panowie – powiedział policjant i ukłonił się.

Młodzieniec starał się przebić wzrokiem chmurę kurzu, która podnosiła się ze studni i dochodziła do krańcowego brzegu otworu. Osunęło się trochę żwiru i w ten sposób robotnicy, cały czas zajęci pracą, dowiedzieli się o jego obecności. Jeden z nich podniósł głowę i wydał okrzyk, nieco zduszony przez radość i emocje. Uczepił się drabiny wyglądającej jak ostew24, zrobionej z kołków wbitych w ścianę otworu, wspiął się po nich, wynurzył z dziury i mało się troszcząc o gęste błoto pokrywające jego odzież, twarz i ręce, rzucił się w ramiona eleganckiego dżentelmena.

– Albert…! Albert de Villeroge… mój przyjaciel…

– Aleksander… Mój drogi Aleksander! – zawołał wzruszonym głosem podróżnik. – Wreszcie ciebie odnalazłem!

– Ty tutaj… w tym piekle… obok mnie! Cóż za cudowny przypadek cię sprowadza…?

– Nie ma w tym ani przypadku, ani cudu. Odpowiem ci z precyzją nieboszczyka Cezara powracającego po pobiciu synów Mitrydatesa25: „Przybyłem, zobaczyłem, znalazłem…”26.

– Mój dzielny Albert…! Zawsze skory do żartów…!

– A dlaczego nie…?

– Mówisz, że mnie szukałeś?

– Zawzięcie.

– W jakim celu…?

– Naturalnie by się z tobą spotkać, a potem, by zbudować twoją fortunę, a raczej naszą.

– Naszą…? Więc jak ja jesteś…?

– Kompletnie zrujnowany, mój drogi.

– Ale w jaki sposób…?

– Ech, do licha, krach, który zabrał ci ostatniego sou27, mnie także oczyścił do zera.

– Biedny przyjacielu…!

– Dziękuję, jesteś bardzo dobry. Ale nasze spotkanie zaczyna pobudzać uwagę wszystkich tych dżentelmenów, zajętych jak ty poszukiwaniem diamentów. Bardzo nie lubię brać udziału w przedstawieniu. Jeśli mnie rozumiesz, oddalmy się nieco. Posiadasz jakieś dobra, nieprawdaż…? Jakąś budę, jakąś grzędę, jak sądzę.

– Jest tak, jak mówisz: budę i grzędę w jednym. Prawdziwa nora. Chodź.

– Och, jeszcze słówko. Przedstawię ci mego towarzysza. Zresztą znasz go z nazwiska i z reputacji. To Joseph, mój mleczny brat28. Syn mego byłego dzierżawcy w Villeroge29.

– Zatem Poupon?

– Dokładnie, gdyż w katalońskim Poupon znaczy Joseph30.

– A teraz, andiamo31!

Górnik, który odpowiedział w imieniu Aleksandra, stanął na czele grupki, zaczął krążyć po uczęszczanych ścieżkach pomiędzy claimami, kierując się ku namiotom rozbitym w odległości pół kilometra od diggin.

Aleksander Chauny był mężczyzną mającym około trzydziestu dwóch lat, z wyglądu bardzo różniącym się od przybysza. Ze swoimi niebieskimi oczami, jasnymi włosami, długimi żółtymi wąsiskami, wysokim wzrostem, ramionami atlety i silnie rozwiniętym torsem przypominał prawie wymarły typ pierwszych mieszkańców starożytnej Galii32. To podobieństwo jeszcze się potęgowało w aspekcie moralnym, obok bowiem legendarnej werwy naszych przodków posiadał też tę lojalność i męstwo, które stały się przysłowiowe.

– Oto buda – powiedział, odchylając ruchomą połę obozowego namiotu – a oto grzęda – dodał, wskazując dwie wołowe skóry rozpięte na ramach usytuowanych cztery stopy nad ziemią.

– Prosta instalacja, ale niezbyt droga – stwierdził wesoło Albert.

– Mizeria, tysiąc franków gotówką.

– Do diabła! A jak idą interesy?

– Ech! Przez sześć miesięcy ledwie wiązałem koniec z końcem. Na szczęście od około dwóch tygodni, kiedy wkładam rękę do torby, znajduję w niej dziesięć tysięcy franków.

– W sumie to niewiele, ale na szczęście przynoszę ci majątek.

– Możesz to wytłumaczyć?

– Oto pokrótce cała sprawa: Wiesz, że od kilku lat rzadko bywałem w Paryżu. Zżerał mnie demon podróży i chwyciła mnie ostra choroba kosmopolityczna. Nie na darmo jestem rodowitym Katalończykiem. Po tym, jak polowałem razem z Estherazzym na lwy w Abisynii, jak towarzyszyłem Brau de Saint-Pol Lias33 na Sumatrze, jak spotkałem się z Savorgnanem34 w Kongu i przyjąłem zaproszenie na śniadanie w Obock35 u Soleilleta36, w Ismailii37 dostałem list od mego agenta handlowego, który poinformował mnie brutalnie, że cały mój majątek zwalił się w tym gigantycznym bęc, na wieki sławnym w annałach finansjery pod nazwą krachu. Migiem powróciłem do Paryża, sprzedałem swoje ziemie, spłaciłem dług i tak wkrótce zostałem bez grosza przy duszy. Jedynym namacalnym rezultatem tej operacji było dla mnie ocenienie absolutnej obłudy przysłowia, kłamliwego, jak zresztą większość z nich…

– Kto spłaca długi, ten się bogaci…

– Dokładnie tak. Ja spłaciłem i nie mam ani jednego sou, podczas gdy inni, wiesz, o kim mówię, nie wyrównali żadnych rachunków i są bogaci jak pospolici handlarze świńskim mięsem. Ale dość o tym.

– Taka też była moja historia. Musiałem wszystko sprzedać, łącznie z moją małą posiadłością Bel-Air. Z wielkimi kłopotami udało mi się zachować dwa tysiące pięćset franków renty po mojej biednej matce.

– Ja zachowałem swój folwark Villeroge, który regularnie przynosi mi co roku trzysta franków czystego deficytu. Ta prosta ocena pozwala ci prawidłowo osądzić pomyślność moich spraw. Trzeba było jednak dalej żyć. Nie czułem żadnego powołania do pracy w biurokracji. Płace konsula, pobory podprefekta nie miały dla mnie więcej powabu niż zacne, ale słabo wynagradzane funkcje wiejskich szefów policji. Wówczas Annie przyszła do głowy genialna myśl.

– Annie…?

– Do licha, mojej żonie…! Ożeniłem się, ale ty tego jeszcze nie wiesz. To już historia. Poznaliśmy się osiemnaście miesięcy temu, niedaleko stąd, w Transwalu38. To córka kaznodziei metodystów39. Anioł, perła, mój drogi. Pan Van der… nie wiem jak się nazywał, jakiś Bur40, jakiś nieokrzesany biały, posiadający sto francuskich mil kwadratowych ziemi w tej krainie, pożądał jej ręki. Anna strasznie się go bała. Więc biliśmy się. Na pistolety. Mój przyszły teść służył mu za świadka. Protestancki kaznodzieja…! Mój wzburzony Bur strzelił w bok i jego kula urwała wielebnemu mały kawałek ucha…! Niezręczność ta tak zaszkodziła jego małżeńskim zamiarom, że zostałem szczęśliwym małżonkiem miss Anny Smithson.

– Wspaniale! – przerwał Aleksander, śmiejąc się na cały głos, jak to potrafi Galijczyk. – Powróćmy jednak do genialnej myśli madame de Villeroge.

– To całkiem proste. Ty wiesz, a być może nie wiesz, mniejsza z tym, że od 1750 roku, kiedy Griqualand należał do Holendrów, mapa misjonarzy wskazywała, że w tych ziemiach, mało jeszcze znanych białym, znajdują się diamenty. Faktycznie ustalono, że Koronnasi, Kafrowie i Buszmeni41 używali diamentów jeśli nie jako ozdób, to przynajmniej jako narzędzi mechanicznych. Dzicy wspominali swoich ojców udających się do Griqualandu na poszukiwanie diamentów, których używali do przecinania żaren.

– Jaka studnia wiedzy…!

– Och, cały honor należy się Annie, która w ciągu godziny więcej nauczyła mnie o diamentach niż ojciec Dasains, nasz wspólny profesor chemii w Liceum Napoleona, w ciągu trzech lat! Wszystko, co zapamiętałem z lekcji tego wspaniałego człowieka, wbrew jego dogłębnej nauce, to fakt, że diament jest czystym węglem, nad czym jeszcze się dyskutuje, i że krystalizuje w formie sześcianu, ośmiościanu, dwunastościanu romboidalnego itd., co z ufnością przyjmuję. Mówię dalej. Anna, która urodziła się na dray (wóz na Przylądku), w czasie gdy jej ojciec szerzył ewangelię pośród dobrych dzikusów, jest prawdziwą córą tej krainy. Mówi czterema czy pięcioma narzeczami tych nieokrzesańców i wierz mi, jeśli chcesz, że te twarde dziwaczne zgłoski stają się w jej ustach harmonijne jak śpiew słowika.

– Do licha…! – zawołał Aleksander z podziwem.

– W ciągu swego pełnego ryzyka życia zdołała ochronić od straszliwej śmierci Kafra o imieniu Lackmi. Zapewne wiesz, że wdzięczność jest cnotą czarnych, jak mówi przysłowie.

– Przysłowia kłamią.

– To jest niekiedy prawdziwe, a wyjątek służy tylko do potwierdzania reguły. Lackmi stał się dzieckiem domu… Jeździł tam, gdzie udawał się protestancki kaznodzieja i jego rodzina. Kilka miesięcy przed naszym ślubem biedak umarł, zabrany przez gruźlicę. Chociaż nie było na nią lekarstwa, nie brakowało mu najlepszej opieki i wielkiego poświęcenia. Chcąc okazać wdzięczność swemu dobremu aniołowi, Lackmi, który był potomkiem bardzo potężnego wodza, w rodzaju współczesnego Cetshwayo42, podarował swojej dobrodziejce ogromną ilość diamentów, których był jedynym i prawowitym właścicielem. Jednym słowem był to ogromny zasób kamyków do przecinania żaren. Jak się wydaje, było tego ze dwa dekalitry, schowane w miejscu, do którego bez żadnego ociągania się zaraz wyruszymy. Dowiedziałem się od francuskiego konsula w Kolonii Przylądkowej o twoim pobycie w Kopje Nelson’s Fountain. Pomyślałem, że chciałbym podzielić się z tobą moją wielką fortuną. Byłeś i jesteś zawsze moim najlepszym przyjacielem, i jest całkiem naturalne, że jeśli doznaliśmy takiej samej klęski, to masz mieć udziały w takim samym szczęściu. Oto, mój drogi Aleksandrze, przyczyna mej tutaj bytności. Powiedziałem już wszystko.

Aleksander pozostał zamyślony.

– Jak to?! Dlaczego milczysz?! – zawołał żywo jego rozmówca. – Dlaczego nie mówisz: „Jedźmy jak najszybciej”? Dlaczego nie sprzedajesz tego claimu, w którym babrzesz się jak jakiś czyściciel kanałów, tego namiotu, który przecieka i w którym harcują wszystkie rodzaje małych, nieprzyjemnych zwierzątek?! Nie ufasz mi…?

– Tak… ale…

– Ale co? Mam mapę, a raczej, co prawda, dość prymitywny szkic, ale wystarczający takim śmiałkom jak my. To ojciec Smithson wyrysował go pudrem rozrzedzonym wodą na chustce do nosa według wskazówek Lackmiego. Dzięki temu przewodnikowi znajdziemy skarb. Podpowiada mi to moje tajemne przeczucie. Uwierz mi, odkupisz całą swoją ziemię Bel-Air, a ja zbuduję w Villeroge zamek z czerwonego granitu, z ośmioma wieżami saraceńskimi43 i tarasem nad przepaścią. Ejże! Co ty robisz?

Aleksander skoczył jak pchnięty sprężyną. Chwycił rewolwer zawieszony na kołku w namiocie i nagle wyszedł.

– Sza! – powiedział cichym głosem. – Ktoś nas podsłuchuje.

 

Dostrzegł człowieka potężnej postury, który niewątpliwie mocno podchmielony, odchodził, zataczając się jak ranny bizon.

– Nic się nie stało – powiedział, wróciwszy. – To pijak, który zatoczył się na nasz namiot.

– Masz rację, że jesteś ostrożny. Takie tajemnice nie powinny krążyć po równinie, zwłaszcza że będziemy musieli prawdopodobnie liczyć się z moim wcześniejszym rywalem, odrzuconym Burem, który ze swymi dwoma braćmi zaklinał się, że mnie wykończy.

– Zatem wchodzę w to! – przerwał nagle Aleksander. – Och! Do licha! W chwili gdy będziemy mieć walkę, w której memu najlepszemu, memu jedynemu przyjacielowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, byłoby tchórzostwem pozostawać tutaj jak dzik w swoim legowisku.

– Doskonale! Odnajduję mego starego Galijczyka. Zresztą nie sądzę, żebym długo cię trzymał. Wystarczą trzy miesiące, by skończyć naszą wyprawę i będziemy wiedzieli, czy zdobyliśmy fortunę, czy też musimy wszystko zaczynać od nowa. Wtedy będą to po prostu trzy stracone miesiące i pogrzebane złudzenia. Jako że ten ostatni towar na digginsach nie ma zbyt wielkiej wartości, zapiszemy te dziewięćdziesiąt dni do rubryki zysków i strat, a potem zespolimy siły i będziemy eksploatować nowy claim.

– Zatem postanowione. Jutro sprzedam moją koncesję, narzędzia, rzeczy z obozowiska, diamenty i ruszamy.

– Dlaczego nie zlikwidujesz tego natychmiast?

– Należałoby znaleźć nabywcę.

– Załatwię ci tę sprawę. Idąc tutaj, mimowolnie dostrzegłem zarys wozu jakiegoś handlarza sprzedającego górnikom konserwy i cape brandy. Wszędzie, gdzie znajdzie się taki człowiek, znajduje się okazję do załatwienia interesu. Rozumie się samo przez się, że będzie to lichwiarska transakcja, ale wszystkiego się pozbędziesz.

– To z pewnością właściciel tego ogromnego wozu zaprzężonego w dwadzieścia wołów, który pojawił się wczoraj. To będzie pijawka przyssana do boków digging. Nie minie rok, a do niego będą należeć wszystkie claimy.

– Mało to nas obchodzi. Jak najszybciej załatwiaj sprawę.

Stary handlarz, natychmiast powiadomiony, przybył na miejsce. Mówił nosowym głosem, a jego żwawe oczka latały jak u człowieka, który zwąchał dobry interes. Zbiór diamentów został dokładnie zważony, obejrzany, spisany i w końcu kupiony trochę poniżej jego wartości. Kamienie szlachetne, podobnie jak szlachetne metale, mogą mieć nieograniczoną wartość, więc kupiec musiał miarkować swoje żądania. Jeśli chodzi o rzeczy z obozowiska, narzędzia, urządzenia eksploatacyjne i koncesję, drapieżny nędznik wspaniałomyślnie zaoferował za nie trzecią część ich wartości. Ponadto dostarczył Aleksandrowi konia dość krzepkiego, jeszcze młodego, lecz straszliwie narowistego. Francuz mało się tym przejmował, gdyż będąc doskonałym jeźdźcem, liczył na to, że poskromi wybryki swego przyszłego wierzchowca.

Nasz człowiek zapłacił dwadzieścia tysięcy franków w złocie i odjechał, zaklinając się na Boga Abrahama, że zrobił fatalny interes, który doprowadzi go do pewnej ruiny, a okazał się tak rozrzutny jedynie dlatego, że chciał dostojnych panom wyświadczyć przysługę.

Wkrótce nadeszła noc i trzej Europejczycy w towarzystwie dwóch tubylców, wszyscy na koniach, po cichu opuścili diggin, kierując się ku północy, to znaczy do kraju Beczuanów44 Zachodnich, który od granicy kopalni Nelson’s Fountain dzieliło zaledwie kilka kilometrów.

Poranne słońce zaledwie zaczęło rzucać swe promienie na diamentonośne tereny, gdy osobliwa nowina obiegła nagle całe kopje. Emocje, które były obce eksploratorom pebbles45, wstrząsnęły wszystkimi pracownikami. Rozprawiano o popełnionym w nocy morderstwie i każdy, opuszczając swój claim, spieszył ku namiotom. Wokół ogromnego dray zamieszkanego przez handlarza utworzyło się hałaśliwe zbiegowisko, a górnicy wszystkich kolorów skóry wydawali ogłuszające okrzyki. Dwaj policjanci przebili się przez ludzki mur i weszli do wozu. Na wpół otwarte drzwi blokował trup starca leżącego w kałuży krwi. Jego głowa o szeroko otwartych oczach i ustach wykrzywionych wskutek wyszczerzenia zębów w chwili agonii zwisała ponad ziemią. W kościstej piersi nadal tkwił wbity aż po samą rękojeść długi nóż. Widać było, kropla po kropli, długi ślad krwi mieszający się z krwią molosa46, psa obronnego, któremu prawie całkowicie ucięto łeb. Wóz przekopywano w wielkim pośpiechu, gdyż wszędzie znajdowały się ślady zakrwawionych dłoni. Rozbita ogniotrwała kasa leżała na podłodze, a między deskami skrzyły się diamenty, które uszły uwadze pożądliwych morderców.

Uwagę funkcjonariuszy policji zwróciły głuche jęki dochodzące z przegródki znajdującej się w głębi dray, oddzielonej od reszty ciężką kotarą. Weszli do tego zakątka i znaleźli mocno zakneblowane, prawie uduszone dwie kobiety: białą i starą Murzynkę.

Pierwsza, zachwycająco piękna dziewczyna, miała wszystkie cechy rasy izraelickiej. Oczami rozszerzonymi przerażeniem spoglądała na ciało, którego jeszcze nie usunięto.

– Mój ojciec…! – krzyknęła rozdzierającym głosem.

Następnie wstała i potykając się, zrobiła kilka kroków, przez chwilę biła powietrze ramionami, a później ciężko upadła na zwłoki.

 

 

 

 

1Kopje – holenderskie słowo oznaczające „małą głowę”, w języku afrykanerskim: koppie, w języku polskim twardzielec; forma ukształtowania powierzchni Ziemi, odosobnione wzgórze zbudowane ze skał twardszych (tzn. odporniejszych na procesy niszczące powierzchnię Ziemi) niż skały je otaczające; tu w znaczeniu kopalni diamentów istniejącej na takim wzgórzu.

2Placer – złoże okruchowe, termin stosowany zwłaszcza do bogatych złóż okruchowych złota, ale także diamentów, granatów, żelaza, rubinów czy szafirów.

3Fountain (ang.) – właściwie używana jest nazwa fontein, pochodząca z holenderskiego fontein – fontanna, źródło.

4Digger (ang.) – kopacz, poszukiwacz, badacz.

5Karat – jednostka masy stosowana w obrocie kamieniami szlachetnymi i perłami, równa 0,2 grama.

6Funt szterling – jednostka monetarna w Wielkiej Brytanii; dawniej dzielił się na 20 szylingów i 240 pensów; obecnie na 100 pensów.

7Języki celtyckie – grupa językowa w obrębie języków indoeuropejskich; wiele języków z tej grupy wymarło; współcześnie grupa ta jest reprezentowana przez języki: iryjski (irlandzki), szkocki (gaelicki), walijski i bretoński; również te języki zagrożone są wymarciem, dlatego prowadzone są działania na rzecz ich zachowania; posługuje się nimi około 1,3 mln ludzi.

8Arrah (irl.) – słowo wyrażające zaskoczenie lub emocje.

9Bowie knife (ang.) – nóż o szerokim ostrzu, który zaprojektował ponoć James Bowie (ok. 1796-1836), bohater wojny o niepodległość Teksasu.

10Corpus delicti (łac.) – dowód rzeczowy będący podstawą do przedstawienia wniosków na temat sprawcy i jego czynu

11Diggin (właściwie digging, ang.) – kopalnia złota, wkop; tutaj ogólnie: kopalnia.

12Griqualand West – obszar w centralnej części Afryki Południowej, w 1873 roku uznany za brytyjską kolonię, a w 1880 roku przyłączony do brytyjskiej Kolonii Przylądkowej.

13Oranje (Orange, ang. Orange River, Rzeka Pomarańczowa) – rzeka w Afryce, płynąca przez terytorium Lesotho, Republiki Południowej Afryki i Namibii, o długości 1860 km; źródła w Górach Smoczych; uchodzi do Oceanu Atlantyckiego.

14Kolonia Przylądkowa – brytyjska kolonia (wcześniej holenderska o nazwie Cap, Przylądek – i takiej nazwy używa L. Boussenard) w południowej Afryce, istniejąca z przerwą w latach 1806-1910; po czym zmieniono jej nazwę na Kraj Przylądkowy, gdy utworzono brytyjskie dominium – Związek Południowej Afryki.

15Molton – rodzaj bawełnianej tkaniny podobnej do flaneli, dwustronnie drapanej, o splocie skośnym bądź płóciennym.

16Kordelas – długi, prosty lub zakrzywiony, jedno- lub dwusieczny nóż myśliwski, wcześniej używany jako broń, szczególnie przez artylerzystów i marynarzy.

17Maczeta – długi nóż o wygiętym ostrzu używany do cięcia trzciny cukrowej i wyrąbywania ścieżek w gęstych tropikalnych lasach.

18Ładownica – skórzana torba z pasem na ramię, przeznaczona na naboje lub ładunki (patrony), wyposażona we wkładkę z drewna z otworami lub przegródkami – gniazdami na ładunki, chroniąca papierowe ładunki przed uszkodzeniem i wilgocią, oraz miejsce na inne akcesoria.

19Busola (kompas) – przyrząd wskazujący strony świata.

20Szambelan – wysoki urzędnik na dworach europejskich pełniący dyżury przy królu i wprowadzający gości na pokoje; z czasem godność tytularna; też: osoba nosząca ten tytuł; dawniej: starszy służący w bogatych domach.

21Obsydian – odmiana zbitego szkliwa wulkanicznego o barwie od czarnej do pomarańczowej i szklistym połysku, używana do wyrobu przedmiotów ozdobnych, w czasach prehistorycznych także broni i narzędzi; zawiera do 1% wody.

22Sardela (Engraulis encrasicholus) – nieduża ryba z rodziny śledziowatych (Clupeidae), występująca głównie w Morzu Śródziemnym, Czarnym oraz w Atlantyku; ma duże znaczenie gospodarcze.

23Gilza – tu: łuska naboju.

24Ostew – tyczka z odgałęzieniami służąca do suszenia siana, głównie w rejonach górskich; w różnych rejonach Polski różnie nazywana.

25Mitrydates VI Eupator (132-63 p.n.e.) – król Pontu z dynastii Mitrydatydów, panował w latach 120-63 p.n.e., władca Bosporu od około 107 do 63 roku p.n.e.

26Trawestacja powiedzenia: Veni, vidi, vici (łac. „Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”) – według Plutarcha i Swetoniusza tymi słowami Gajusz Juliusz Cezar przekazał (47 p.n.e.) senatowi wiadomość o swym zwycięstwie nad Farnakesem II, królem Pontu, w bitwie pod Zelą; podkreślały one nie tyle sam wynik wojny, ile jej błyskawiczne zakończenie.

27Sou (solid, sol) – drobna moneta francuska równa 5 centymom lub 1/20 liwra.

28Brat mleczny – chłopiec powiązany z innym niespokrewnionym z nim dzieckiem przez fakt, że oboje wykarmiła piersią ta sama kobieta.

29Villeroge – osada we Francji, w departamencie Pireneje Wschodnie; hiszp. nazwa: Vilaroja.

30Poupon (fr.) – niemowlak.

31Andiamo (wł.) – chodźmy.

32Galia – w starożytności nazwa nadana przez Rzymian obszarowi zamieszkanemu przez plemiona celtyckie.

33XavierBrau de Saint-Pol Lias (1840-1914) – francuski podróżnik i dyplomata; prowadził trzy kolejne ekspedycje badające Daleki Wschód, w tym Jawę i Sumatrę.

34Pietro Paolo Savorgnan di Brazzà, znany później jako Pierre Paul François Camille Savorgnan de Brazza (1852-1905) – włoski badacz i odkrywca Afryki Centralnej (w późniejszym czasie naturalizowany jako Francuz); na jego cześć stolica Konga (dawniej Konga Francuskiego) nosi nazwę Brazzaville.

35Obock – miasto portowe w północno-zachodnim Dżibuti, położone nad Zatoką Tadżura w pobliżu miejsca, gdzie ta otwiera się na Zatokę Adeńską; w latach 1894-1896 stolica Somali Francuskiego; w 2003 roku miasto miało około 8300 mieszkańców.

36Jean-Joseph-Marie-Michel-PaulSoleillet (1842-1896) – francuski badacz XIX-wiecznej Afryki; w 1871 roku zlecono mu zbadanie rejonu Sahary, w który nie zapuścił się żaden Europejczyk; w latach 1878-1880 przebywał w Senegalu, w roku 1881 spółka handlowa wysłała go do Obock; w roku 1882 zwiedził Kaffę (prowincję Etiopii), następnie znalazł się w Adenie.

37Ismailia – miasto portowe nad Kanałem Sueskim oraz nad Jeziorem Krokodyli i nad Kanałem Ismailijskim w północno-wschodnim Egipcie.

38Transwal (Transvaal Republiek; dosłownie „Republika za rzeką Vaal”) – potoczna nazwa Republiki Południowoafrykańskiej, historycznego państwa burskiego na terenie obecnej Republiki Południowej Afryki, istniejącego z przerwami w latach 1852-1902; terytorium przyszłego Transwalu zostało skolonizowane w latach 1830-1840 przez burskich osadników, podczas wielkiego treku; opuścili oni zdominowaną przez Brytyjczyków Kolonię Przylądkową, łatwo pokonali miejscową ludność i ustanowili kilka republik niepoddanych brytyjskiej kontroli; z końcem lat 50. XIX wieku Brytyjczycy doszli do porozumienia z burskimi republikami, w następstwie czego powstał Transwal; Brytyjczycy dokonali jego aneksji w 1877 roku pod pretekstem konieczności rozwiązania sporów granicznych pomiędzy Burami a Zulusami; Transwal odzyskał niepodległość w 1881 roku po zakończeniu pierwszej wojny burskiej; rosnące napięcia na tle narodowościowym doprowadziły do wybuchu drugiej wojny burskiej, a w jej następstwie inkorporacji Transwalu do Imperium Brytyjskiego w 1900; dziesięć lat później w wyniku połączenia republik burskich z Kolonią Przylądkową powstał Związek Południowej Afryki.

39Metodyści – chrześcijanie skupieni w ruchu religijno-społecznym wokół doktryny metodyzmu, zrodzonej na gruncie anglikanizmu w XVIII wieku; jej twórcami byli John Wesley i George Whitefield; istotne dla metodystów jest wprowadzenie czterech stopni prowadzących do zbawienia: usprawiedliwienia, odrodzenia, przeświadczenia Ducha, uświęcenia.

40Burowie (także Boerowie; w języku niderlandzkim boer oznacza chłopa, rolnika) – potomkowie głównie holenderskich, flamandzkich i fryzyjskich kalwinistów, niemieckich luteranów i francuskich hugenotów, którzy osiedlali się w Afryce Południowej w XVII i XVIII wieku; niewielka ich liczba miała także korzenie skandynawskie, polskie czy też portugalskie.

41Kafrowie – nazwa nadana południowym i wschodnim ludom Bantu przez Arabów (arab. kafir – niewierny) w czasie wojen kolonialnych (zwanych wojnami kafrskimi) prowadzonych przez Burów i Brytyjczyków z Zulusami i Khosa w XVIII-XIX wieku; nazwa została rozpowszechniona przez zachodnią literaturę i historiografię, obecnie nie jest używana; Buszmeni (afrykaner. ludzie z buszu), zwani też San – rdzenny lud z południowej Afryki zamieszkujący głównie Botswanę, Namibię oraz północno-zachodnie rejony RPA; Buszmeni zostali stopniowo wyparci na obrzeża Kalahari, a proces ich wypierania od XVI wieku pogłębiła europejska kolonizacja Afryki Południowej.

42Cetshwayo kaMpande (1826-1884) – ostatni władca niepodległego państwa Zulusów w latach 1872-1879, syn Mpande.

43Saraceński – tu w znaczeniu: w stylu arabskim, muzułmańskim; w starożytności Saracenami nazwali Grecy i Rzymianie koczownicze plemiona arabskie żyjące w północno-zachodniej Arabii i na półwyspie Synaj; w średniowieczu określenie „Saraceni” obejmowało wszystkich Arabów, później wszystkich wyznawców islamu, zwłaszcza tych, którzy walczyli z krzyżowcami, oraz muzułmańskich piratów pływających po Morzu Śródziemnym, napadających na wybrzeża włoskie i francuskie.

44Beczuanie (Czuanie, Tswana) – grupa plemion murzyńskich zamieszkująca Botswanę i północną część Republiki Południowej Afryki; należy do ludów Bantu.

45Pebble (ang.) – kamyk, otoczak.

46Molosy – nazwa dużych psów z ras o ciężkiej, zwartej budowie, silnie umięśnionych, zwykle o krótkim pysku, wywodzących się prawdopodobnie od jednego przodka; współczesne rasy psów molosowatych są użytkowane głównie jako psy pasterskie i stróżujące.

Rozdział II

Naród „mający szczęście w interesach” – Złotonośne ziemie i diamentowe pola – Historia angielskiej Kolonii Przylądkowej – Wojna między Burami a Anglikami – Wolne Państwo Orania47 i Republika Transwalu – Pierwsze znalezione diamenty – Przeznaczenie, jakie niegdyś Kafrowie przypisywali diamentom – „Gwiazda Południowej Afryki” – Kopalnie suche i kopalnie rzeczne – Polityka aneksji – Utrapienia pana du Toita – Policjant-artysta – Master Will – Marzenie funkcjonariusza policji – Nóż i jego futerał – Trop

 

W niedawno wydanym utworze, którego akcja toczy się w Australii48, autor, konstatując niezrównaną pomyślność angielskich kolonii, pokusił się o następującą uwagę: „Z majątkiem państw jest tak samo jak z majątkiem zwykłych ludzi. Nie wystarczy założyć jakąś firmę przemysłową i zręcznie ją prowadzić, by uzyskać najbardziej zadowalające wyniki. Czysto przypadkowy zbieg okoliczności często wytwarza dobrobyt, do którego nie doprowadzą ani najlepiej wymyślone kombinacje, ani nawet najlepiej wykonywana praca. To jest ten przypadek, który nazywa się »szczęściem w interesach«”. Niezależnie od geniuszu kolonizacyjnego, który popycha ich do rozszerzania posiadłości kolonialnych i stosowania prawa najlepiej zorganizowanych państw, Anglicy są narodem „mającym szczęście w interesach”, ponieważ wydaje się, że wszędzie, gdzie obywatel Zjednoczonego Królestwa zasadzi Union Jack49, przypadek spieszy się, by jak na jakieś wypowiedziane życzenie obsypać to miejsce wszelkimi łaskami. Nie wystarczy, że klimat i płody Australii niezmiernie sprzyjające hodowli bydła stworzyły źródło bogactwa dla szczęśliwych osadników pochodzących z terenów po drugiej stronie kanału La Manche50, to jeszcze okazało się konieczne odkrycie złotodajnych terenów, doprowadzające do wysokiego pułapu to bezprzykładne bogactwo. To samo szczęście, że tak powiem, rozjątrzyło osadników na Przylądku Dobrej Nadziei. W chwili, gdy po przebiciu Kanału Sueskiego widać było blednącą gwiazdę wielkiej kolonii w Afryce Południowej, cudowny przypadek dodał temu ciału niebieskiemu nieoczekiwanego blasku w postaci niesamowitej ilości diamentów.

Po złotonośnych placerach Australii pojawiły się diamentonośne diggins Kolonii Przylądkowej.

Ponieważ wydarzenia tego dramatu wkrótce pociągną nas poprzez kraje, które chociaż już od dawna domagały się ucywilizowania, są jeszcze słabo poznane, czytelnik będzie odczuwał potrzebę szybkiego, acz precyzyjnego rysu historycznego i geograficznego tych rejonów, absolutnie niezbędnego przy śledzeniu opowieści.

Jak twierdzi Herodot51, w 610 roku przed Jezusem Chrystusem zobaczony z daleka przez fenickich żeglarzy, a w 1291 roku naszej ery przez Vivaldich52, genueńskich braci, Przylądek Dobrej Nadziei53 został odkryty w 1486 roku przez Bartolomeu Diaza. Dwudziestego listopada 1497 roku opłynął go Vasco da Gama54. Podejmowane w latach 1497-1648 przez Portugalczyków i Holendrów próby kolonizacji kończyły się niepowodzeniem. Dopiero w roku 1652 Jan van Riebeeck55, chirurg z holenderskiej floty, założył osadę, zbudował cytadelę i wzmocnił zalążek miasta, które nazywało się Cap, czyli Przylądek56. Osada rozkwitała aż do czasu wojny o niepodległość Ameryki57, osiągając niemającą sobie równej pomyślność, wbrew nieustannym nieprzyjacielskim działaniom tubylców. Zdobyta po zawziętej walce przez admirała Elphistone’a58 i generała Clarke’a59, w chwili gdy Ameryka uzyskiwała swoją autonomię, zwrócona w 1803 roku Holandii, ostatecznie w 1814 roku stała się angielską kolonią.

Rząd brytyjski zdecydowanie narzucił system kolonialny, zupełnie przeciwny holenderskiemu. Usunął stare przywileje osadników, wyzwolił Hotentotów60