Piekielny Wąwóz. Część I. Pomścić ojca - Louis-Henri Boussenard - ebook

Piekielny Wąwóz. Część I. Pomścić ojca ebook

Louis-Henri Boussenard

0,0

Opis

Kanada rok 1885. Podczas powstania Metysów przeciw Anglikom niewielkie Batoche pada na skutek zdrady sklepikarza Toussainta Leboeufa. Z jego ręki ginie Baptiste, jeden z dowódców oblężonych. Umierając, Baptiste nakazuje synom, by odnaleźli Toussainta, pomścili ojca i odzyskali dziesięć tysięcy dolarów powierzonych zdrajcy. Jean, Jacques i François ruszają śladem Toussainta. Koło Hell Gap, amerykańskiego miasteczka blisko granicy z Kanadą, ratują życie człowiekowi powieszonemu przez samozwańczych stróżów prawa. Poznawszy historię braci, ocalony Bob Kennedy, który bywa na bakier z prawem, ale jest honorowy i lojalny, oferuje im pomoc. Metysi i ich nowy przyjaciel dowiadują się, że Toussaint mieszka w Hell Gap pod nazwiskiem mister Jonathana, będąc jednym z organizatorów przemytu na wielką skalę pomiędzy Kanadą i Ameryką. Bob podburza miejscowych przeciw zdrajcy. Dochodzi do szturmu na jego dom, ale Jonathan wymyka się tajemnym przejściem. W Turtle Mountain przebrani za desperados bracia i Bob zatrzymują dyliżans, którym wspólnik Jonathana przewozi dolary zabrane Baptiste’owi. Ów wspólnik to pułkownik Fairfield, główny agent urzędu celnego w Turtle Mountain, który jednocześnie sam ciągnie zyski z przemytu. Metysi odbierają mu pieniądze. Pułkownik z grupą najętych rzezimieszków rusza za nimi w pogoń. Towarzyszy im żądny przygód Francuz Félicien Navarre, handlarz win, który podróżował napadniętym dyliżansem. Bracia i Bob spieszą w miejsce, gdzie zostawili konie. Chcą jechać do Reginy, by przekupić strażników i uwolnić z więzienia bohatera powstania Metysów Louisa Riela.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia  powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Strona przedtytułowa

 

Biblioteka Andrzeja

– Szlakiem przygody

 

Louis-Henri Boussenard

 

Pomścić ojca

Pierwsza część cyklu

„Piekielny Wąwóz”

Louis-Henri Boussenard

 

Louis-Henri Boussenard urodził się w Escrennes 4 października 1847 roku, a zmarł w Orleanie 11 września 1910 roku.

Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).

Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.

Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”.

Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.

Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 tomów.

 

Strona tytułowa

Louis-Henri Boussenard

 

Pomścić ojca

Pierwsza część cyklu „Piekielny Wąwóz”

 

Przełożyła Barbara Supernat

Strona redakcyjna

Trzydziesta ósma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Dziewiąty tom serii:

„Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

 

Tytuły oryginału francuskiego: Pour venger un père

 

© Copyright for the Polish translation by Barbara Supernat, 2017

 

26 ilustracji, w tym 3 kolorowe: Charles Clerice

oraz 1 mapka L. Boussenarda

(zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego: Flammarion 1891)

 

 

Redaktor serii: Andrzej Zydorczak

 

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Projekt okładki: Barbara Linda

Przypisy: Andrzej Zydorczak, Barbara Supernat

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

 

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2017

 

ISSN 2449-9137

ISBN 978-83-64701-94-8 (całość)

ISBN 978-83-64701-95-5 (część pierwsza)

Prolog

Bunt spalonych drewien

Rozdział I

Bohater z obowiązku – Wyłom – Natarcie – Oblężenie – Poświęcenie – Zdrada – Jej konsekwencje – Ofiary – Pochówki – Manewr obchodzący – Rozpaczliwa walka – Wytrzymać kwadrans – A potem…?

 

Rozległ się wibrujący dźwięk kornetu1.

– Zaczynajcie ogień!

Nagle droga prowadząca do wioski, której główna ulica była zabarykadowana, wypełniła się białym dymem, z którego wysuwały się jak błyskawice długie języki płomieni.

Gwałtowne detonacje zdominowały przeraźliwy jazgot kartaczownic2 i wybuchnęły pod drzewami, których liście rozsypały się jak pod naciskiem huraganu.

W tym samym czasie pięćset metrów dalej potężny huragan żelaza zwalił się na barykadę, rozrywając kłody drewna i rozbijając na kawałki kamienie, kalecząc przy tym straszliwie kilku ludzi.

– Słuchaj, Louis – powiedział z niedającym się naśladować beaucerońskim3 akcentem całkiem siwy starzec olbrzymiego wzrostu. – Wygląda na to, że dzisiaj zaszczycono nas armatami. Kundle…! Siedzimy w chłodzie jak jacyś dzikusi!

– Zgubny zaszczyt, mój drogi Baptiste – odpowiedział jowialnie czterdziestoletni mężczyzna o energicznej i sympatycznej twarzy otoczonej gęstymi faworytami. – A my, żeby odpowiedzieć, mamy tylko strzelby.

– Spokojnie…! Z takim dowódcą jak ty, takie zuchy jak my pójdą do diabła, a nawet jeszcze dalej. Ty się nazywasz Louis Riel4, a my jesteśmy Metysami…

Rozległa się nowa salwa, która przerwała Baptiście. W chwilę później barykada zadrżała w swoich posadach; trzech mężczyzn, podciętych przez serię z kartaczownic, poległo, nie wydawszy krzyku.

– Trzymajcie się tutaj mocno – rzucił krótko Louis Riel. – Ja wchodzę na dzwonnicę nadzorować atak.

– A poza tym, wiesz, oszczędzaj się, o ile to możliwe, i staraj się nie wystawiać tak jak wczoraj, bo to cud, że stamtąd powróciłeś.

– Adieu, Baptiste…! – mocny uścisk dłoni – ty dowodzisz tutaj na najbardziej niebezpiecznym stanowisku… ty za wszystko odpowiadasz…

– Dopóki będę stał na nogach, daję słowo honoru!

Ze wspaniałym spokojem bohater niepodległości frankokanadyjskich5 Metysów poszedł drogą, na którą spadały odłamki i pociski, udając się w kierunku kościoła, chronionego z jednej strony blankowanym6 murem cmentarza.

Nieprzyjacielska bateria, strzelająca partiami, grzmiała bez wytchnienia, a pociski spadały nieprzerwanie w to samo miejsce.

Za barykadą, która po każdej salwie powoli się rozsypywała, kryła się setka ludzi o opalonych twarzach; ściągnięte rysy i błyszczące oczy zdradzały pozorną niewzruszoność.

Praktycznie jednakowo ubrani w bluzy myśliwskie i spodnie z jeleniej skóry, garbowanej na sposób indiański, przeważnie nosili winchestery7, straszliwą broń w zręcznych dłoniach tych twardych mieszkańców północnego zachodu.

Nie mieli żadnych śladów dystynkcji wojskowych na tych ubraniach, tak zdatnych do awanturniczego życia. Ani kit, ani epoletów, ani oznaczeń stopni. Nic! Wszyscy byli żołnierzami, z rewolwerami, siekierami, karabinami. Wodzów się znało, wiadomo było, ile są warci, i okazywało się im gorliwe posłuszeństwo.

Ta gorliwość nie odpowiadała jednak za bardzo gorącemu zapałowi. Otrzymywanie uderzeń i nieodpowiadanie na nie wystawiało ich odwagę na ciężkie próby.

Ciężkie do tego stopnia, że jeden z nich, nagabując szefa, krzyknął:

– Posłuchaj, ojcze Baptiście, czy pozwolisz nas tak niszczyć…?! Działa tych angielskich pogan są zaledwie sześćset metrów stąd… Moglibyśmy się postarać, aby im nakazać milczenie.

– Jest to możliwe! Lecz potrzebni są ochotnicy, do tego sprytni strzelcy, aby wejść czy to na domy czy na barykadę… Ale do licha! Tam, w górze, będzie gorąco.

Pięćdziesięciu Metysów stawiło się pośród odłamków, które padały ze wszystkich stron.

– Chwileczkę! – ciągnął niewzruszony Baptiste. – Większość z was jest ojcami rodzin… ma ludzi na utrzymaniu… potrzeba młodych… w sumie sześciu zuchowatych chłopców… po jednym na działo, to będzie sprawiedliwie. Po pierwsze, wybiorę swoich trzech chłopaków, ponieważ jestem pewny ich wzroku. Hej…! Jean…! Jacques…! François…!

Trzech pięknych młodzieńców, prawie dzieci, ale zbudowanych potężnie jak ich ojciec, wyszło z grupy i odpowiedziało po wojskowemu:

– Obecni!

François miał nie więcej niż szesnaście lat, Jacques około siedemnastu, a Jean prawie osiemnaście.

– Wiecie, co trzeba robić, prawda? Niech każdy weźmie towarzysza. Ulokujcie się na domach i wystrzelajcie mi co do jednego tych nieszczęsnych artylerzystów. Do roboty, moje szczeniaczki, trzeba się spieszyć!

Na to małe przyjazne słowo, zamykające w sobie jakby najwyższą czułość starego, który być może poświęcał ich w interesie wszystkich, młodzi ludzie rzucili się, wydając jeden z tych okrzyków, których używali na wojennej ścieżce ich indiańscy przodkowie.

Niestety! Nagła, zupełnie nieprzewidziana katastrofa uczyniła ich poświęcenie bezużytecznym i naraziła poważnie obronę wioski.

Zaledwie zdrowi i cali cudem osiągnęli szczyt barykady, gdy ta, jakby podniesiona z dołu do góry, zakołysała się, rozpadła pod nieodpartym wybuchem miny i zwaliła się, pociągając ich za sobą w tym upadku.

– Zdrada!– wykrzyknął stary Baptiste, widząc poprzez następującą po straszliwym wybuchu chmurę dymu biedne dzieci obijające się i wpadające między odłamki.

– Zdrada…! Do mnie, Metysi…! Ratujmy ich, jeśli jeszcze czas; jeśli jest za późno, pomścijmy ich…!

Gdy tylko dym się rozwiał, okazało się, że w barykadzie powstał wyłom – ściśle biorąc wyrwa w miarę dostępna dla śmiałego, zdyscyplinowanego i dobrze uzbrojonego napastnika.

Kanonada trwała bez wytchnienia, zasypując pociskami tę lukę zarówno po to, by ją poszerzyć, jak i by przeszkodzić Metysom w jej zapchaniu.

Kolumny atakujących rozciągały się w dali na prawo i lewo w kwitnących sadach; kornety obwieściły ładowanie. Metysi rzucili się do domów, podczas gdy Baptiste i kilku jego przyjaciół, nie zważając na wybuchające wokół nich pociski, wyrywało zakrwawionymi palcami szczątki, pod którymi pogrzebani byli młodzi ludzie.

„Zdrada…!”. To słowo starego Baptiste’a biegło z ust do ust.

To jasne, że trzeba było ręki zdrajcy, aby wydrążyć przekop pod minę, długi na pięć metrów, dochodzący pod ulicą do środka barykady. Ta kiszka brała swój początek w położonym po prawej stronie domu na rogu. Pod deskami pokrytymi materacem z liści kukurydzy znajdowało się tam tajne wejście. Można się było tam wsunąć na czworakach, aby wnieść proch i urządzić komorę minową.

Oto co można było powiedzieć w urywanych zdaniach, akcentowanych i przerywanych okrzykami wściekłości.

Barykada aż do nocy opierała się działom generała Middletona8, a Batoche9, skromne miasteczko, która posiadało pięć tysięcy ludzi regularnej armii, ten szaniec niepodległości Metysów, tak wczoraj, jak i przedwczoraj, odpierało zwycięsko ataki.

Pod osłoną ciemności można było łatwo naprawić tę prymitywną, lecz solidną, zaledwie naruszoną przez artylerię fortyfikację, której karabinierzy z Winnipeg i grenadierzy z Toronto nie mogli usunąć mimo trzech szalonych ataków.

Teraz jednak z powodu wyłomu trzeba się było bić bez zabezpieczenia, jeden przeciwko trzem, i to przy jeszcze bardziej niekorzystnych proporcjach uzbrojenia i dyscypliny.

Ale ten zdrajca…! Kim był nędznik, któremu należało wymierzyć hojną i właściwą karę?

Do licha! To mógł być tylko właściciel domu – znajomek Toussaint… Toussaint Leboeuf… Kramarz prowadzący mały sklepik, w którym każdy w Batoche się zaopatrywał. Być może nie bardzo mający skrupuły, zajmujący się trochę lichwą i – jak mówiono po cichu – przemytem… ale taki dobry człowiek! Taki wesoły towarzysz! Tak chętnie ofiarujący fajkę tytoniu czy kieliszek wódki…! Któż by w to uwierzył…? Trzeba się jednak było wystrzegać ostrego spojrzenia jego szarych oczu, jego zagadkowego uśmiechu, jego tajemniczych nieobecności, tak długich i tak częstych!

Stawił się jednak na wezwanie wodzów i wydawał się patriotą.

Spójrzcie, jego żona i dzieci sypiali tam… Na tej wielkiej słomiance, która ukrywała dziurę. Najmłodsze było chore; bez wątpienia po to, żeby nie ruszać słomy, pod którą ojciec wślizgiwał się nocą, aby wykonywać swoją krecią robotę.

Wczoraj, podczas wyjścia, usunął swoich bliskich w obawie o matkę i małych… oraz bez wątpienia o swój uciułany grosz, który jego żona musiała zabrać… koszt artykułów sprzedanych za sumę piętnaście razy większą od ich początkowej wartości, owoc jego lichwiarstwa i zapłata za zdradę.

Przy pierwszych wystrzałach z dział zapalił ładunek wybuchowy z wystarczająco długim lontem… dzięki czemu wioska będzie zdobyta.

Och! nędzny judasz…! Ale gdzie on się schował? Był tutaj zaledwie kwadrans przed eksplozją…

Wszystkie te spostrzeżenia, długie, gdy chcieć je opisać, trwały kilka sekund, bo każdy mówił jednocześnie pośród narastającego hałasu.

Staremu Baptiście, który wspomagany przez przyjaciół grzebał w walących się ruinach, wyrwał się okrzyk radości. Spostrzegł w końcu swoich trzech synów: przykucniętych, stłoczonych i ściśniętych pod pochyloną belką, która tworzyła nad nimi daszek. Żyli i słabymi głosami wołali o pomoc!

Obojętni na pociski, które świstały nad nimi, robotnicy zawzięcie uprzątali miejsce. Z szalonym wysiłkiem chwytali rękami gruz, dotarli do belki, wyrywali wszystko, co stanowiło przeszkodę, i wyciągnęli z jamy ledwie żywych Jeana, Jacques’a i François – zakrwawionych, potłuczonych, prawie bez tchu, niezdolnych utrzymać się na nogach.

– Już dobrze, szczeniaki, spokojnie! – rzekł ojciec Baptiste, otwierając swoją myśliwską manierkę. – To nie czas na słabość… kieliszek wódki, co…?!

U takich ludzi osłabienie nie trwa długo. Ich naturalna energia i żywotność, a do tego jeszcze pełny kieliszek stawiają ich na nogi.

– A tamci trzej…?

– Nie żyją!

Mając mniej szczęścia niż Jean i jego bracia, ich towarzysze zostali wyrzuceni do przodu i zmiażdżeni salwą kartaczownicy.

– Za to wszystko policzę się dokładnie z judaszem – mruczał przez zaciśnięte zęby Baptiste.

Dziesięć minut upłynęło od eksplozji. Dziesięć minut, podczas których nie przestawano walić w wyłom pociskami i kulami z kartaczownic, aby przeszkodzić Metysom w stawieniu czoła atakującym kolumnom i jednocześnie ułatwić tamtym dostęp do rozwalonej reduty.

Nagle kanonada ucichła. Oddziały maszerujące czterema ścieżkami równoległymi do drogi połączyły się w przodzie i rzuciły się razem do ataku, poprzedzane dźwiękami nieustannie grających kornetów.

Ludzie krzyczeli „hurra!” i wdrapywali się na zwalone ruiny, zdziwieni głuchą ciszą, która przyjęła ich nagłe wtargnięcie.

Bardzo dzielni w obliczu niebezpieczeństwa, gotowi rzucić się na linię najeżonych bagnetów, Anglicy wykazywali pewne wahanie, zresztą bardzo krótkie, wobec zbyt łatwego sukcesu, który wydawał się zapowiadać zasadzkę.

Pierwsze szeregi, trochę zbite, rozdzieliły się w biegu, aby podążać wzdłuż domów, gdzie pociski nie mogły ich tak łatwo dosięgnąć.

– Ognia…! Ognia! Na całego…! – rozległ się wibrujący głos. Rozkaz zaakcentowano strzałem z karabinu.

Oficer, który biegł na czele pierwszego plutonu, zwalił się ciężko z dziurą w skroni.

Nagle z blankowanych domów, na wysokości człowieka, wytrysnęły podwójnym językiem płomienie i dym. Rozbrzmiała seria suchych, przenikliwych detonacji, a po niej huk nie do opisania. Potem pośród białych kłębów dymu, z których wysuwały się języki ognia, zaczęli wirować ludzie w szarych wojskowych bluzach, kręcąc się, padając, biegając z gestami szaleńców i wyginając się jak potępieńcy.

W mgnieniu oka pięćdziesięciu milicjantów zostało zmasakrowanych z bliska przez winchestery.

Baptiste, jego trzej synowie oraz pięciu czy sześciu Metysów, zasadziwszy się w domu Toussainta, otworzyło piekielny ogień.

– Śmiało, dzieci! – zachęcał stary. – Walcie z całej siły… rozstrzelać mi tych pogańskich Engliszów.

 

– Śmiało…! Śmiało…! Śmierć tym psom-heretykom!

„Pogańscy Englisze” byli dumnymi żołnierzami, którzy padają, ale się nie cofają. Nieprzerwanie przybywały nowe kontyngenty, i to w takiej liczbie, że Metysi wyczerpali naboje umieszczone w magazynkach powtarzalnych karabinów; poza tym broń była tak gorąca, że zaledwie dało się ją utrzymać w dłoniach.

Ich sytuacja zaczynała się stawać krytyczna, ponieważ potrzebowali przynajmniej czasu, by ponownie naładować karabiny.

Jeśli nie nadejdzie pomoc, zostaną odrzuceni, następnie okrążeni w domach, z których część zaczynała już płonąć.

Nie wszyscy atakujący padli martwi. Ci, którzy przeżyli, nie mając nadziei na usunięcie takich przeciwników, postanowili uwędzić ich, upiec, jeśli będą się upierali przy oporze.

A co robił tymczasem Louis Riel, który z kościoła obserwował przebieg walki i powinien wysłać pomoc?

Wódz Metysów miał ze swojej strony coś bardzo ważnego do uczynienia.

Szykował się do uwolnienia setki ludzi, drżących na zgiełk batalii, w której nie mogli do tej pory wziąć udziału, kiedy usłyszał krzyk „Do broni!” na drugim końcu wioski.

Przeczucie mówiło mu, że stamtąd grozi niebezpieczeństwo.

Generał Middleton, stary wyga, przygotował fałszywy atak, któremu towarzyszył piekielny hałas, aby zorganizować dywersję. Teraz okrążył wioskę i kierował swoje oddziały w inną stronę, tam, gdzie nie był oczekiwany, ponieważ znajdował się tam cmentarz, cudownie blankowany.

W tym samym czasie człowiek wysłany przez Baptiste’a poinformował wodza powstania o zdradzie Toussainta, eksplozji barykady, zagrożonej pozycji grupy zobowiązanej jej bronić, i usilnie prosił o pomoc.

Louis Riel zrozumiał w końcu plan generała. Przez nikczemność tego łotra Toussainta przeszkoda, na której łamały się od trzech dni wysiłki nieprzyjaciela, już nie istniała. Regularne grupy zajmą wcześniej czy później domy, w których walczył Baptiste i jego ludzie. Od tej chwili dostęp do wioski będzie z tej strony wolny, a Metysi zajmujący kościół, plac publiczny i drugą barykadę zostaną wzięci w dwa ognie dzięki manewrowi okrążającemu wykonanemu przez generała.

Przebieg wydarzeń zdawał się niestety potwierdzać, że wódz Metysów się nie mylił. Batoche będzie wzięte za sprawą faktu bez precedensu – zdrady franko-indiańskiego Metysa!

 

 

 

 

1Kornet – instrument dęty blaszany ustnikowy z rodziny rogów, o kształcie zbliżonym do trąbki.

2Kartaczownica – początkowo działo strzelające kartaczami (rozpryskowy pocisk artyleryjski wypełniony metalowymi siekańcami, a później kulkami, stosowany od XVI do końca XIX wieku); od drugiej połowy XIX wieku także wielolufowa broń karabinowa.

3Beauceroński – wywodzący się z Beauce, historycznego i tradycyjnego regionu Kanady, położonego na południe od Quebecu.

4Louis Riel (1844-1885) – przywódca Metysów na kanadyjskich preriach; w latach 1869-1870 kierował powstaniem w prowincji Manitoba, a w roku 1885 w prowincji Saskatchewan; uczestnicy powstań bronili swoich praw do ziemi i występowali przeciwko imigrantom; w roku 1885 schwytany i stracony.

5Frankokanadyjczycy – ludność zamieszkująca wschodnie prowincje Kanady, dla której językiem ojczystym jest francuski; Frankokanadyjczycy są częścią narodu kanadyjskiego, lecz zachowują przynależność do określonej części kraju i różnych kręgów kulturowych (romańskiego i germańskiego); mają głównie korzenie francuskie, belgijskie i szwajcarskie; są katolikami.

6Blankowany – zwieńczony blankami, to jest zakończeniami murów obronnych i baszt, w kształcie szeregu prostokątnych zębów z prześwitami, stanowiącymi osłonę dla strzelających.

7Winchester (winczester) – karabin powtarzalny z gwintowaną lufą.

8Sir Frederick Dobson Middleton (1825-1898) – brytyjski generał, brał udział w tłumieniu powstania w Indiach z 1857 roku, dowodził milicją kanadyjską podczas Rebelii Północno-Zachodniej i doprowadził do kapitulacji Metysów, za co został nagrodzony tytułem szlacheckim, który odebrał z rąk królowej Wiktorii.

9Batoche – miejscowość w Kanadzie, 88 km na północ od Saskatoon, na prawym brzegu rzeki Saskatchewan Południowy, w której w dniach 9-12 maja 1885 roku doszło do decydującej bitwy Rebelii Północno-Zachodniej, wygranej przez wojska rządowe.

Rozdział II

Wojna domowa – Biała flaga ozdobiona liliami burbońskimi godłem rewolucji – Bois Brûlés – Louis Riel – Oblężenie Batoche – Oryginalny pomysł François – Przysięga zemsty – Wycofywanie się – Jak „dzikusy” traktują swoich więźniów – Straszliwe nieszczęście

 

Długa i surowa kanadyjska zima skończyła się dwa tygodnie temu. Okropne zimno, które mrozi do głębi rzeki, rozbija skały, łamie drzewa, ustąpiło bez okresu przejściowego przedwczesnej wiośnie, której temperatura zapowiadała nadejście w krótkim czasie upalnego lata.

Piątego lutego 1885 roku w Winnipeg, stolicy prowincji Manitoba, słupek termometru opadł do trzydziestu stopni poniżej zera. Czwartego maja podniósł się do dwudziestu stopni powyżej.

Wystarczył tydzień, aby przekształcić zimową pustynię, której oślepiająca i monotonna biel rozciągała się nieubłaganie niczym całun bez końca na wszystko, co teraz żyło.

Ziemia zmiękła i się ogrzała. Wody ruszyły. Wieloletnie rośliny wyprostowały gałęzie, drzewa zaczęły wytwarzać szlachetne soki i wkrótce budząca się natura pokazała w mgnieniu oka swoje bogactwo ozdób pod gorącą i pobudzającą pieszczotą słońca.

Jeszcze tydzień i zakwitną sady. Gałązki białe od szronu pokryją się pachnącym śniegiem koron kwiatów; trawy przybiorą odcienie błękitu, różu i żółci; pączki będą pękały pod naporem liści.

Jaskółki krążyły ze swoim słabym, uszczypliwym szczebiotem, sroki i sójki bezustannie skrzeczały, a kolibry z czerwonymi podgardlami, przybyłe już z Meksyku, ukazywały się jak rozżarzone węgielki wśród jabłoni, grusz, moreli, których kwiaty upajają je swoim uderzającym do głowy i subtelnym nektarem.

Jeśli jednak natura świętowała w Manitobie, tej młodej i już kwitnącej prowincji Kanady, lub – jak tam mówią – „Mocarstwa”, nie można było tego powiedzieć o człowieku.

Bolesny kontrast; człowiek, jak to mogliśmy zobaczyć, od trzech dni bił się z oddaniem pośród tych wiosennych wspaniałości. Rzecz jeszcze bardziej rozdzierająca serce niż ten kontrast: walka nieubłagana, która zakończy się bezlitosną masakrą, toczy się między braćmi…!

To jest wojna domowa, najbardziej przerażająca ze wszystkich klęsk, które w tej chwili dotykały ten spokojny dystrykt.

Piękna rzeka, szeroka na sto dwadzieścia metrów, niesie z południowego zachodu na północny wschód swoje głębokie wody zakłócane przez kry. Na sto szóstym stopniu na zachód od południka Greenwich10 wygina się nieco ku północy i na 52° 30’ szerokości północnej napotyka ładną wioskę, cudownie blankowaną i zabarykadowaną.

Rzeką tą jest Saskatchewan Południowy11, jeden z głównych dopływów jeziora Winnipeg. Wioska zamieszkana przez potomków byłych frankokanadyjskich osadników nazywała się Batoche.

Dzisiaj był dwunasty maja 1885 roku12 – okrutna data dla tych wciąż ukochanych synów starej Francji.

Wioska częściowo zbudowana była z kamieni, częściowo z nieociosanych pni drzew połączonych usztywniającymi poprzecznicami, dającymi konstrukcjom solidną trwałość. Na zachodzie opierała się o rzekę, która z tej strony chroniła ją od wszelkich niespodzianek. Ulice, przegrodzone do wysokości dachów barykadami, budowanymi regularnie według zasad strategii, były strzeżone przez olbrzymów o czarnych włosach i brązowych twarzach.

Widzieliśmy w działaniu tych dzielnych Metysów, którzy zmęczeni poddawaniem się brytyjskiej niesprawiedliwości, powstali masowo, aby bronić pod dowództwem współziomka Louisa Riela swoich złośliwie nieuznanych praw.

Powstanie było totalne, absolutne do tego stopnia, że usunięto barwy państwowe. W istocie, to nie angielska flaga łopotała na dzwonnicy Batoche. Aby uczynić protest jeszcze bardziej wymownym, o ile to było jeszcze możliwe, ludzie tworzący grupę zakwaterowaną we wsi zatknęli białą flagę ozdobioną złotymi kwiatami lilii, starym godłem monarchii francuskiej. Był to stary sztandar, szlachetny sztandar Champlaina13 oraz Montcalma14, kolonizatora i męczennika kanadyjskiej niepodległości, sztandar bohaterów, których pamięć jest święta dla amerykańskich Francuzów.

Wzruszająca myśl podyktowała wybór tego godła prawnukom traktowanym jak dzikusy, lżonym, wywłaszczonym przez bezczelnego najeźdźcę; cofała ich do czasów, kiedy przodkowie walczyli do ostatniego tchu i w chwale padali za wolność.

Na wschód od Batoche, gdzie w imię prawa i sprawiedliwości sprawował władzę Louis Riel, w odległości jakiegoś tysiąca metrów znajdował się okopany obóz zajęty przez regularne oddziały: piechotę, artylerię oraz kilka szwadronów lekkiej kawalerii, dostarczonych przez konną policję.

Głęboka fosa oraz wysokie i masywne palisady otaczały ten rejon z bramami bronionymi przez działa, obok których zawsze stali ładowniczy.

Posterunki były podwojone, wartownicy ukryci.

Patrole zwiadowców nieustannie przeszukiwały okolice, dokładnie przemierzane przez oddziały kawalerii. Ciężką tę pracę czynili niebezpieczną powstańcy skupieni w głębi rifle pits15, dziur, gdzie się ukrywali, aby strzelać, dziesiątkując okrutnie wielkie wojsko. Połowa mężczyzn zdolnych do pracy – w obozie znajdowało się wielu rannych – odpoczywała, podczas kiedy inni czuwali.

 

Pięć tysięcy żołnierzy generała Middletona, głównego dowódcy armii kanadyjskiej, czując zbliżanie się decydującej akcji, przygotowywało się do niej z zapałem zmieszanym z gniewem. Istotnie, mieli do pomszczenia kilka poważnych porażek zadanych przez nieprzyjaciół, mniejszych liczebnie, ze słabszym uzbrojeniem, dyscypliną, pogardliwie nazywanych dzikusami przez Anglików i oddane im dzienniki.

Jeszcze przedwczoraj dzikusi wspaniale odpychali regularnych żołnierzy rzucających się do ataku na Batoche, którzy wyobrażali sobie, że zdobędą ją bez oddania strzału.

Aby dokonać ataku z całej siły, generał Middleton posiadał, prócz przewagi liczebnej, uzbrojony wojenny okręt parowy „Northcote”, który płynąc Saskatchewanem, pokrył Batoche pociskami i w ten sposób dokonał groźnej dywersji.

Ani brawura milicjantów, ani ich liczebność, ani działa parowca, ani artyleria wojska regularnego nie mogły złamać bohaterskiego oporu Metysów. Co więcej, ci ostatni, opuszczając w odpowiednim momencie swoje okopy i rifle pits, zaatakowali wojska regularne i kanonierkę. „Northcote”, zaskoczony przez piekielny ogień, uległ w połowie zniszczeniu, a jego załoga została zmasakrowana z wysokości brzegów Saskatchewanu przez niezawodnych strzelców rebeliantów. Generał musiał się wycofać z dala od teatru działań wojennych, podczas kiedy powstańcy odpychali aż do obozu grenadierów z Toronto i karabinierów z Winnipeg. Dwa działa i kartaczownica Gatlinga16 mogły same zatrzymać ich okrutny zapał i uratować generała Middletona od całkowitej klęski.

Słowo wyjaśnienia, jeśli nie dla usprawiedliwienia bratobójczej walki, która z tak straszną zajadłością wybuchła na nowo dwunastego maja.

W 1867 roku, zaraz po konfederacji Górnej i Dolnej Kanady, Nowej Szkocji, Nowego Brunszwiku w Dominium Kanady17, ministrowie młodego państwa odkupili od Kompanii Zatoki Hudsona18 przywilej na terytorium rozciągające się na siedmiu milionach kilometrów kwadratowych. Na tej olbrzymiej powierzchni mieszkało w 1870 roku dwa tysiące białych, piętnaście tysięcy Metysów i w sumie siedemdziesiąt tysięcy Indian.

Metysi ci, wywodzący się ze związków dawnych francuskich traperów i indiańskich kobiet, żyli jak u siebie na terenach zajmowanych z ojca na syna i poświęcali się rolnictwu lub hodowli.

Naturalnie, Kompania nigdy nie zamierzała sporządzić katastru19 tych ziem, na których każdy czuł się bardziej niż zadowolony i nie miał najmniejszej ochoty uzurpować sobie prawa do ziemi sąsiada.

Ale wszystko zmieniło się w dniu, w którym ludzie ci, przestając być dzierżawcami kompanii, weszli bezpośrednio pod kompetencję rządu „Mocarstwa”.

Wiadomo, że w Kanadzie istnieje odwieczny antagonizm między Anglikami i Francuzami z pochodzenia, podbitymi i zaanektowanymi. Antagonizm ten jest tym bardziej żywy, że wiąże się z kwestią religii.

Metysi albo Spalone Drewna z północnego zachodu są zagorzałymi katolikami, którzy wraz z religią ojców starannie zachowali wyjątkową znajomość języka francuskiego z ubiegłego wieku, z jego naiwnymi zwrotami i uroczymi archaizmami.

Nie byli to zatem dzikusi, jak lubili o nich mawiać protestanccy fanatycy ze wschodu, ale zdolni rolnicy, dzielni ojcowie rodzin wychowujący liczne potomstwo w miłości do Boga, umiłowaniu pracy, w kulcie starych wspomnień.

Mimo tego nie chciano w nich widzieć lojalnych i wiernych obywateli, posiadaczy ziemi z racji praw ustalonych poprzez zasiedzenie, lecz dzikusów, których zaczęto usuwać bez większych formalności.

Była to doskonała okazja dla oranżystów20, dysponujących większością w rządzie, dla usatysfakcjonowania ich narodowych i religijnych urazów i uczynienia operacji bardzo popłatną.

Angielscy mierniczy na swój sposób i byle jak sporządzili fantazyjny kataster, a kiedy pierwsi osadnicy zaczęli mówić o swoich prawach, odpowiedziano im z irytującą angielską arogancją, że każde prawo bez tytułu jest prawem bez wartości.

Tymczasem osadnicy, oranżyści ze wschodu, przybyli z prowincji Ontario i urządzili się na ich miejscu!

Zmęczeni bezowocnymi reklamacjami, Metysi rozpoczęli powstanie pod dowództwem Louisa Riela, dwudziestosześcioletniego Metysa, ucznia college’u w Montrealu. Zostali jednak pokonani przez pułkownika Wolseleya21, ale ich zbrojny protest nie poszedł na marne, ponieważ proces rozstrzygnięto na ich korzyść i zostali uniewinnieni, niesprawiedliwość bowiem aż tak rzucała się w oczy22.

 

Wszystko szło dobrze przez kilka lat, do czasu, kiedy urodzajność północno-zachodnich prowincji sprowokowała nowy i bardziej intensywny ruch emigracyjny, który doprowadził do nowych i poważniejszych konfliktów dotyczących własności.

Po raz drugi osadnicy odmówili praw Metysom, usiłując ich wywłaszczyć i traktować jak koczowniczych Indian, czyli inaczej mówiąc, odepchnąć ich od cywilizacji, zamknąć w rezerwatach i zająć ich miejsce.

Metysi po raz kolejny zwrócili się do Louisa Riela, swojego naturalnego protektora, a Louis Riel odpowiedział na ich apel. Zebrał ich reklamacje, przedstawił je rządowi, a następnie rozpoczął z nim denerwujące i niekończące się negocjacje.

Wydawało się, że tą drogą przedstawiciele rządu kanadyjskiego chcieli doprowadzić do ostateczności Metysów, cierpliwość bowiem nie była ich dominującą cnotą, i zmusić do kolejnego wybuchu.

Był on nieunikniony. Zmęczeni wieloletnim lekceważeniem, powstali w styczniu 1885 roku, aresztując członków rządu prowincji. Oderwany od swoich negocjacji poprzez godny pożałowania pośpiech, Louis Riel podążył stanąć na czele powstańców, których liczba rosła, a którzy entuzjastycznie i jednogłośnie okrzyknęli go wodzem.

Imponujący oddział pod wodzą Gabriela Dumonta23 zmusił już generała Crozata do ewakuacji z Fort Carlton i zaczął oblężenie Battleford, głównego miasta dystryktu Saskatchewan.

Louis Riel, główny dowódca, umocnił się w Batoche w sposób umożliwiający planowanie z Dumontem decydującej akcji.

Wkrótce rząd i ministerstwa ogarnął strach. Natychmiast przyznano kredyty na obronę zagrożonych regionów. Generał Middleton pospiesznie zebrał pięć tysięcy ludzi i ruszył w drogę, aby zdobyć Batoche i odblokować Battleford.

Srogość straszliwej zimy zatrzymała jego marsz, który stawał się zbyt utrudniony przez grupy partyzantów, bezustannie organizujących potyczki i dziesiątkujących jego małą armię.

Generał musiał zimować w Fish Creek i mógł zacząć kampanię dopiero pod koniec kwietnia. Natychmiast obległ Batoche, przed którym z przezorności postawił obwarowany obóz.

Zaatakował zdecydowanie dziewiątego maja i został odparty. Dziesiątego maja nastąpił drugi atak, tak samo nieskuteczny. Rankiem dwunastego maja zaczęło się trzecie natarcie.

Louis Riel zelektryzował swoich ludzi jednym zdaniem godnym bohaterów Tacyta24:

– Dzieci starej Francji, walczycie pod sztandarem waszych ojców… bądźcie ich godni i czyńcie swój obowiązek.

Czynili po prostu swoją powinność bohatersko, aż do zdrady, która oddała ich bezbronnych wrogowi przewyższającemu ich liczebnością, uzbrojeniem i dyscypliną…

Zdrada…! Na to słowo, które rezonowało posępnie w jego uszach, Louis Riel oceniał sytuację z zimną krwią i rzutem oka doświadczonego stratega. Instynktownie czuł, że wszelki opór stanie się niemożliwy. Przeciągać go ponad miarę, to doprowadzić do nieodwracalnej klęski.

Jego ludzie dadzą się zabić aż do ostatniego, jeśli wymusi na nich najwyższe poświęcenie. Ale co później…? Gdyby przynajmniej ich śmierć zapewniała triumf idei, dla której walczyli!

Z wściekłością w sercu, łzami w oczach mruczał przyduszonym głosem, podczas kiedy posłaniec Baptiste w napięciu czekał na rozkaz.

– No cóż, to koniec…! Trzeba się wycofywać, póki jest jeszcze czas wyciągnąć tych nieszczęśników z zasadzki… Jestem odpowiedzialny za ich życie i drżę, myśląc o wdowach i sierotach. Och! niech na zawsze przeklęci będą zdrajcy! Ty – zwrócił się do mężczyzny – wracaj tam i powiedz Baptiście, żeby wytrzymał jeszcze kwadrans, a później niech się schroni w kościele.

Pięć minut później łącznik dotarł do szczątków barykady, gdzie z dziką zawziętością trwała walka.

– Żegnaj, Baptiste…! – powiedział po przekazaniu rozkazu Louisa Riela.

– Żegnaj…! Co to znaczy…?!

– Wracam… stamtąd… z kulą w piersi… Jeśli się uratujesz… przysięgnij mi… śledzić… nawet na dnie piekła… Toussainta… który nas zdradził… i aby zapłacił nam za to…

– Przysięgam ci!

– Dziękuję! – wybełkotał ranny, po czym osunął się na ziemię, wymiotując strumieniem krwi.

– Do pioruna! Jeszcze jednego dobrego mniej… Ej, uważaj na siebie, mały! – dodał, powalając na ziemię swojego najmłodszego syna, zagrożonego przez karabin z osadzonym na nim ociekającym krwią bagnetem.

– Ty już nikogo nie zabijesz! – wrzasnął głuchym głosem drugi syn, Jacques, rozbijając uderzeniem siekiery głowę milicjanta.

Teraz nadeszła kolej Jeana, który, aby zaoszczędzić swoje ostatnie naboje, również chwycił za siekierę.

Stary Baptiste, przygwożdżony do płonącego domu, został otoczony przez czterech żołnierzy w szarych bluzach.

– Poddaj się! – krzyknął do niego sierżant.

– Gadasz głupoty! – odpowiedział Metys.

– Ach, chcesz zabić ojca… – krzyknął Jean i odciął mu ramię.

François podniósł się ze zręcznością tygrysa pomiędzy dwoma żołnierzami, którzy uważali go za martwego.

Ci, widząc jego wyjątkową młodość, myśleli, że będą mieli łatwe zadanie i chcieli go schwytać. Wyrostek wyciągnął swoje ramiona atlety i bez widocznego wysiłku przyszpilił ich do dymiącego muru, mówiąc:

– Nie ruszać się!

– Więźniowie…? – zapytał ojciec. – Co chcesz z nimi zrobić?

– Mam pomysł, tatku… zuchwały pomysł… Jean i ty, Jacques, spróbujcie złapać każdy szarą bluzę… pospieszcie się, bracia…

Zamęt był wielki, ale strzelanina mało intensywna, tak że zdarzała się walka wręcz między bardzo podekscytowanymi przeciwnikami.

Przez przypadek graniczący z cudem ani Baptiste, ani jego synowie, którzy się w ogóle nie oszczędzali, nie odnieśli poważniejszych ran. Zadrapania, kontuzje, kilka lekkich cięć, to było wszystko.

Jacques wyciągnął rękę po karabin, którym wywijał czwarty żołnierz, odebrał go, odwrócił i nagle do niego strzelił. Milicjant, poddając się tej nieodpartej sile, padał na twarz, złapany w locie przez młodego Metysa, który nieco kpiarski z natury, pokazał go bratu, mówiąc:

– Oto żądany obiekt.

– Dobrze! Wystarczy trzech – odparł François ze swoim cudownym spokojem. – Tato, słuchaj… minął kwadrans obiecany Louisowi Rielowi.

– Zgadza się, ale trzeba wziąć poprawkę…

– Twoja sprawa, tato… ale inni się wycofują… spójrz, zostaliśmy prawie sami. Jean, bierz żołnierza i połóż go sobie na plecach, Jacques drugiego… a dla mnie trzeci… Ty, tato… ale to nie jest rozkaz, idź przodem… my będziemy szli za tobą na sposób Indian…

Stary Baptiste ruszył szybkim krokiem. Dzięki oryginalnemu pomysłowi jego młodego syna cała czwórka uniknęła ognia plutonu wysłanego przez grupę, którą zorganizował oficer.

Nikt nie odważył się strzelać z obawy trafienia żołnierzy przekształconych w tarcze, bardzo efektywne, chociaż nieco kłopotliwe.

Młodzi Metysi przeszli do szybkiego truchtu, jeden za drugim, poprzedzani przez swojego ojca, w żaden sposób nie zostając z tyłu z powodu dodatkowego ciężaru milicjantów dźwiganych na plecach ze zwieszonymi nogami i z żołnierskim ekwipunkiem.

Dotarli wreszcie cali i zdrowi przed kościół. Louis Riel wykorzystał te minuty, aby zacząć odwrót, który odbywał się z niesamowitą szybkością, ale we wspaniałym porządku, w stronę rzeki. Ciągle trwała pozorowana walka obronna, aby ukryć ten ruch. Był on zresztą tak zuchwały i pozornie tak rozpaczliwy, że generał go nie spostrzegł.

Domy z kamienia są same w sobie takimi fortecami, że trzeba zdobywać jeden po drugim, a te z drzewa płonęły wszystkie naraz, wytwarzając gęsty dym, który wystarczająco krył poczynania Metysów.

Prawie trzy czwarte ludzi przekroczyło już rzekę w momencie, kiedy Baptiste z synami wyszli na plac ze swoimi więźniami.

Na widok szarych bluz kilku podekscytowanych obrońców, wściekłych z powodu porażki, chciało się rzucić na milicjantów, ci zaś, widząc się w rękach ludzi, którym przypisywano okrucieństwo, czekali na straszliwą śmierć.

Ale Baptysta stanął przed nimi i powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Słuchajcie, towarzysze, czyż jesteśmy dzikusami, aby zabijać jeńców? Przede wszystkim to my ich pojmaliśmy… Należą do nas… nie do innych, i wolno nam z nimi zrobić, co zechcemy. Czy jest tu ktoś, żeby mi zaprzeczyć?

– Tak, tak, masz rację, ojcze Baptiste.

– Poza tym ci ludzie przeszkodzili w zabiciu nas… Zrobili to być może trochę mimo woli, nie zaprzeczam, ale w końcu taka jest prawda. A ja, Baptiste, uważam, że to zasługuje na rekompensatę. Toteż zamierzam puścić ich wolno. Czy komuś z was to przeszkadza…?

– Nie…! nie! Zrób, co zamierzasz, Baptiste.

– Słyszycie, panowie żołnierze? Wszyscy się zgadzają. A więc – kontynuował stary Metys tonem pełnym godności – jesteście wolni. Idźcie dołączyć do waszych towarzyszy i powiedzcie im, jak dzicy traktują swoich wrogów.

– A ja, panie – przerwał po francusku jeden z milicjantów, salutując po wojskowemu – dziękuję panu w imieniu moich towarzyszy i własnym. Jest pan dżentelmenem!

– Teraz, moi drodzy – dodał dzielny Metys, zwracając do tych, którzy go otaczali – chodzi o to, żeby nie zapleśnieć na tym placu. Idźcie cicho dalej w stronę rzeki… ja zostaję tutaj z moimi chłopcami, aby zapewnić odwrót. Opuścimy plac jako ostatni.

Milicjanci, szczęśliwi z tak łatwego uwolnienia, wykonali pół obrotu i skierowali się ku swoim towarzyszom, którzy zbliżali się tyralierą.

Baptiste usiadł spokojnie na wpół spalonej belce, nabił swoją fajkę i schylił się, żeby zebrać głowienkę. Wystrzał, bardziej suchy, bardziej przenikliwy niż huk winchesterów, doleciał z odwrotnego kierunku, krańcowo różnego od dwóch postaci milicjantów.

Metys podniósł się konwulsyjnie, wydał chrapliwy okrzyk i upadł na twarz, trafiony kulą w pierś.

Szybko niczym myśl synowie podbiegli i go podnieśli.

– Jezus…! Boże mój…! Moje biedne drogie dzieci… Umieram…! – powiedział głuchym głosem.

 

 

 

 

10Greenwich – dzielnica Londynu, przez którą przechodzi południk zerowy, od którego od 1883 roku liczy się długość geograficzna; wcześniej liczono długość także od południka Paryża lub Waszyngtonu.

11Saskatchewan – rzeka w Kanadzie, w prowincjach Saskatchewan i Manitoba, powstaje z połączenia rzek Saskatchewan Południowy i Saskatchewan Północny; długość rzeki od połączenia wynosi 550 km, a licząc od źródeł Saskatchewanu Południowego – 1928 km; uchodzi do jeziora Winnipeg (wcześniej przepływając przez jezioro Cedar) i tym samym należy do dorzecza rzeki Nelson i zlewiska Zatoki Hudsona.

121885 roku – u L. Boussenarda: 1883 roku.

13Samuel de Champlain (ok. 1567-1635) – francuski podróżnik, odkrywca, kolonizator Kanady, pierwszy gubernator, zwany „ojcem Nowej Francji”; kontynuował odkrywcze dzieło Jacques’a Cartiera, jednocześnie prowadząc intensywną akcję kolonizacyjną i tworząc podstawy francuskiej dominacji w Ameryce Północnej.

14Louis-Joseph de Montcalm-Gozon (1712-1759) – markiz de Saint-Véran, francuski generał, uczestnik wojny w koloniach amerykańskich (brytyjska wojna z Indianami i Francuzami); poległ, broniąc Quebecu przed Anglikami.

15Rifle pit (ang. strzelecki dół) – jeden z typów pozycji obronnej, zastosowany podczas wojny secesyjnej w Ameryce: osłonięta dziura lub krótki wykop, będące stanowiskiem strzelców wyborowych.

16Kartaczownica Gatlinga – jeden z prekursorów broni maszynowej; w odróżnieniu od poprzednich karabinów tego typu, wielolufowy karabin Gatlinga zapewniał dużą szybkostrzelność i łatwość ponownego ładowania; z technicznego punktu widzenia nie był karabinem maszynowym, gdyż ogień z niego prowadzony był ręcznie, a nie automatycznie; skonstruowany w roku 1861 przez Richarda Gatlinga (1818-1903), wyparł wcześniejszą kartaczownicę Agera.

17W wyniku kilku konferencji konstytucyjnych Ustawa o Brytyjskiej Ameryce Północnej (ang. British North America Act, fr. Actes de l’Amérique du Nord britannique) z 1867 roku ustanowiła konfederację, tworząc 1 lipca 1867 roku „jedno dominium pod nazwą Kanada”, obejmujące cztery prowincje: Ontario, Quebec, Nową Szkocję i Nowy Brunszwik; Kanada objęła kontrolę nad Ziemią Ruperta i Terytorium Północno-Zachodnim, tworząc Terytoria Północno-Zachodnie; w lipcu 1870 roku skargi Metysów doprowadziły do rebelii nad Czerwoną Rzeką i powstania prowincji Manitoba; Kolumbia Brytyjska i wyspa Vancouver (które zjednoczyły się w roku 1866 roku) oraz kolonia na Wyspie Księcia Edwarda dołączyły do Konfederacji odpowiednio w 1871 i 1873 roku.

18Kompania Zatoki Hudsona – brytyjska kompania handlowa działająca w latach 1670-1869 w Ameryce Północnej; początkowo miała monopol na handel na terenach nad Zatoką Hudsona, od 1821 roku na obszarach dzisiejszej zachodniej i środkowej Kanady; w 1869 roku sprzedała swoje ziemie Dominium Kanady; przekształcona w towarzystwo handlowe.

19Kataster – urzędowy rejestr nieruchomości z oszacowaniem ich wartości i wykazem dochodów.

20Oranżyści