Pani McGinty nie żyje - Agata Christie - ebook + książka

Pani McGinty nie żyje ebook

Agata Christie

4,6

Opis

Dlaczego zginęła prosta kobieta sprzątająca ludziom po domach, pani McGinty? Czy rzeczywiście zabił ją jej lokator dla kilku funtów ukrytych pod podłogą?

Do Herkulesa Poirot zgłasza się policjant, który nie wierzy w winę oskarżonego i skazanego Jamesa Bentleya. W Broadhinny, gdzie doszło do tragedii, wszyscy mieszkańcy to prawi ludzie, a na ołtarzu cudzej prawości niejeden już położył głowę – jak trzeźwo zauważa detektyw. Co więcej, tylko jego zastanawia, kogo przedstawiają fotografie ze starej gazety.

Pani McGinty nie żyje. Umarła, ale jak?

Na kolanach, jak ja, o tak”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 267

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (91 ocen)
62
20
8
1
0

Popularność




Tytuł oryginału
Mrs McGinty’s Dead
Redakcja
LUCYNA JACHYM
Korekta
IWONA HUCHLA
Redakcja techniczna
LOREM IPSUM
Mrs McGinty’s Dead Copyright © 1952 Agatha Christie Limited.
All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie
Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited
in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.
The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited.
Used by permission. All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMXIV, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5363-0

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: [email protected]

Rozdział 1

Herkules Poirot wyszedł z restauracji Vieille Grand’mère w Soho. Postawił kołnierz płaszcza z rozsądku raczej niż z konieczności, bo wieczór nie był chłodny. „Lecz w moim wieku unika się ryzyka”, miał w zwyczaju powtarzać Poirot.

W jego rozmarzonych oczach widać było senną rozkosz. Escargots de la Vieille Grand’mère[1] były wyśmienite. Prawdziwe odkrycie ta zaniedbana, niewielka restauracja. W zamyśleniu, jak dobrze najedzony pies, przesunął językiem po ustach. Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i musnął nią bujne wąsy.

Tak, kolacja była dobra... I cóż teraz?

Przejeżdżająca taksówka zwolniła zachęcająco. Poirot zawahał się, lecz nie wykonał żadnego gestu. Po cóż jechać taksówką? I tak dotrze do domu za wcześnie, by pójść spać.

– Niestety – wyszeptał swoim wąsom – jeść można tylko trzy razy dziennie...

Nigdy nie przekonał się do popołudniowej herbatki. „Pokrzepiwszy się o piątej – powtarzał – zasiada się do kolacji bez zniecierpliwionych soków trawiennych odpowiedniej jakości. A pamiętajmy, że kolacja to najważniejszy posiłek dnia!”

Nie dla niego też przedpołudniowa kawa. Czekolada i croissants[2] na śniadanie, déjeuner w miarę możliwości o wpół do pierwszej, lecz w żadnym wypadku nie później niż o pierwszej, i wreszcie ukoronowanie dnia: le dîner[3]!

Oto najjaśniejsze chwile dnia Herkulesa Poirota. Jako osoba zawsze traktująca poważnie swój żołądek, folgował sobie na starość. Jedzenie było teraz nie tylko fizyczną przyjemnością, stało się również intelektualną przygodą, jako że wiele czasu pomiędzy posiłkami poświęcał na wyszukiwanie następnych możliwych źródeł nowych i wspaniałych potraw. La Vieille Grand’mère była wynikiem jednej z tych misji i La Vieille Grand’mère właśnie zasłużyła na najwyższą aprobatę Herkulesa Poirota.

Lecz teraz, niestety, pozostał wieczór, z którym trzeba coś zrobić.

Herkules Poirot westchnął.

Gdybyż ce cher[4]Hastings był na miejscu... – pomyślał.

Z przyjemnością poświęcił chwilę na wspomnienie o starym przyjacielu.

„Mój pierwszy przyjaciel w tym kraju – i wciąż najdroższy przyjaciel, jakiego mam. Wprawdzie często, jakże często doprowadzał mnie do irytacji, ale czyż ja to pamiętam? Nie. Pamiętam tylko jego pełne niedowierzania zdziwienie, jego usta otwarte w zachwycie nad moimi talentami – łatwość, z jaką wprowadziłem go w błąd, nie wypowiadając choćby jednego słowa nieprawdy, jego konsternację, niewiarygodne zdumienie, gdy raz już dostrzegł prawdę, która była dla mnie oczywista od samego początku. Ce cher, cher ami![5] Oto moja słabostka, od zawsze, owo pragnienie, aby się popisać. Tej to słabostki Hastings nigdy nie mógł zrozumieć. Lecz w rzeczy samej komuś o moich talentach niezbędny jest podziw dla siebie samego – a do tego konieczny jest impuls z zewnątrz. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię siedzieć cały dzień w fotelu, rozmyślając, jak bardzo jestem godny podziwu. Konieczny tu jest czynnik ludzki. Konieczny jest – jak to się teraz mówi –  a d m i r a t o r”.

Herkules Poirot westchnął. Skręcił w Shaftsbury Avenue.

Czy powinien przejść przez ulicę, podążyć na Leicester Square i spędzić wieczór w kinie? Lekko marszcząc brwi, pokręcił głową. Filmy zwykle go irytowały brakiem spójności wątków – nawet obraz przez niektórych przyjmowany z wielkim entuzjazmem zazwyczaj nie wydawał się Herkulesowi Poirotowi niczym więcej jak pokazaniem sytuacji i przedmiotów w taki sposób, aby wyglądały zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.

Herkules Poirot doszedł do wniosku, że wszystko jest teraz zbyt artystyczne. Nie było już miejsca na zamiłowanie do porządku i metodyczności, które sam cenił tak bardzo. A rzadko kto doceniał subtelność. W modzie były brutalność i prymitywna przemoc, a dla Poirota – byłego funkcjonariusza policji – przemoc była nudna. W przeszłości napatrzył się na prymitywną przemoc, która była raczej regułą niż wyjątkiem. Dla niego była nużąca i pozbawiona inteligencji.

Bo tak naprawdę – pomyślał, kierując swe kroki w stronę domu – nie pasuję do współczesnego świata. I jestem, jakkolwiek w ponadprzeciętny sposób, takim samym niewolnikiem jak inni. Moja praca zniewoliła mnie tak, jak praca zniewala ich. Gdy nadchodzi pora wypoczynku, nie mają czym jej wypełnić. Emerytowany finansista zaczyna grać w golfa, sklepikarz sadzi kwiaty w ogrodzie, a ja? Ja jem. I znowu dochodzimy do tego samego.  J e ś ć   m o ż n a   t y l k o   t r z y   r a z y   d z i e n n i e. A co zrobić z czasem pomiędzy posiłkami?

Minął gazeciarza i rzucił okiem na plakat.

Koniec procesu w sprawie McGinty. Jest wyrok.

Nie wywołało to jego zainteresowania. Przypomniał sobie niewyraźnie krótkie artykuły w gazetach. Nie było to interesujące morderstwo. Jakaś nieszczęsna stara kobieta zabita ciosem w głowę dla kilku funtów. Jeszcze jeden przykład bezsensownej, prymitywnej przemocy typowej dla naszych czasów.

Poirot skręcił w dziedziniec kamienicy. Jak zawsze, serce wezbrało zadowoleniem. Był dumny ze swego domu. Wspaniały, symetryczny budynek. Winda zawiozła go na trzecie piętro, gdzie miał wielkie, luksusowe mieszkanie błyszczące chromem, z kanciastymi fotelami i bezlitośnie prostokątnymi ozdobami. Z czystym sumieniem mógł powiedzieć, że w całym mieszkaniu nie ma ani jednej falistej linii.

Gdy otworzył drzwi i wszedł do kwadratowego białego holu, cicho wyszedł mu naprzeciw służący, George.

– Dobry wieczór. Czeka jakiś... pan.

Zręcznie odebrał płaszcz od Poirota.

– Ach tak. – Poirot usłyszał krótkie wahanie przed słowem  p a n. Trudno było o większego snoba niż George.

– Jak się nazywa?

– Niejaki pan Spence.

– Spence. – W owej chwili nazwisko to nic nie mówiło Poirotowi, choć wiedział, że powinno.

Zatrzymał się na chwilę przed lustrem, aby doprowadzić wąsy do stanu doskonałości, po czym otworzył drzwi do salonu i wszedł. Mężczyzna siedzący w jednym z kanciastych foteli wstał.

– Dobry wieczór, panie Poirot, mam nadzieję, że mnie pan pamięta. To było dawno... Komisarz Spence.

– Ależ naturalnie. – Poirot wymienił z nim serdeczny uścisk dłoni.

Komisarz Spence z Kilchester. Bardzo interesujący przypadek, który... Dawno temu, jak powiedział Spence.

Poirot zaproponował gościowi coś do picia. Grenadine[6]? Crème de menthe[7]? Benedictine[8]? Crème de cacao[9]?...

W tym momencie do pokoju wszedł George z tacą, na której były butelka whisky i syfon.

– Chyba że wolałby pan piwo? – spytał gościa ściszonym głosem.

Duża czerwona twarz komisarza Spence’a się rozjaśniła.

– Poproszę o piwo – powiedział.

George po raz kolejny zadziwił Poirota swymi umiejętnościami. On sam nie miał pojęcia, że w domu jest piwo, i nie mógł zrozumieć, że ktoś przedkładałby je nad słodki likier.

Gdy Spence otrzymał już kufel ze spienioną zawartością, Poirot nalał sobie kieliszeczek błyszczącego zielenią crème de menthe.

– Naprawdę czarujące, że mnie pan odnalazł – rzekł. – Czarujące. Przybył pan z?...

– Z Kilchester. Za pół roku przechodzę na emeryturę. Prawdę mówiąc, miałem przejść na emeryturę już półtora roku temu, ale prosili mnie, żebym został, to zostałem.

– To rozsądne – rzekł Poirot z naciskiem. – Bardzo rozsądne.

– Czyżby? Sam nie wiem. Być może.

– Tak, tak, postąpił pan rozsądnie – powtórzył Poirot. – Długie godziny ennui[10]. Nie ma pan pojęcia.

– Ależ skąd, czeka mnie mnóstwo roboty na emeryturze. Przeprowadziliśmy się w zeszłym roku. Duży ogród, karygodnie zaniedbany. Jeszcze nie miałem czasu porządnie się nim zająć.

– Ach tak, jest pan jednym z tych, którzy zajmują się ogrodem. Co do mnie, kiedyś przeniosłem się na wieś i postanowiłem hodować cukinie. Nie udało się, nie mam do tego dyspozycji.

– Szkoda, że nie widział pan moich cukinii w zeszłym roku – ożywił się Spence. – Kolosalne! A róże. Uwielbiam róże. Chcę...

Zamilkł.

– Nie o tym chciałem porozmawiać.

– Ależ nie, przyszedł pan, aby spotkać się ze starym znajomym. To bardzo miłe, jestem wdzięczny.

– Niestety, chodzi o coś więcej, panie Poirot. Będę z panem szczery. Chcę pana o coś prosić.

Poirot wyszeptał ostrożnie:

– Zapewne kredyt hipoteczny? Chciałby pan prosić o pożyczkę...

Spence przerwał mu głosem przejętym grozą:

– Wielki Boże, nie chodzi o  p i e n i ą d z e! Nic w tym rodzaju.

Poirot z gracją wykonał dłonią elegancki gest przeprosin.

– Proszę o wybaczenie.

– Powiem panu od razu – przyszedłem z bardzo zuchwałą prośbą. Nie będę zdziwiony, jeżeli udzieli mi pan surowej reprymendy, zanim mnie stąd wyrzuci.

– Nie będzie żadnej reprymendy – rzekł Poirot. – Proszę dalej.

– Chodzi o sprawę McGinty. Czytał pan może o tym?

Poirot pokręcił głową.

– Tylko powierzchownie. Pani McGinty – stara kobieta w sklepie czy też w domu. Nie żyje, to wiem. Jak umarła?

Spence wbił w niego wzrok.

– Boże! – powiedział. – To mi coś przypomina. Nadzwyczajne. Aż do tej chwili nie przyszło mi to do głowy.

– Słucham pana?

– Nic takiego. Niewinna zabawa. Bawiliśmy się w to w dzieciństwie. Ustawialiśmy się w rzędzie, po kolei odpowiadaliśmy na pytanie: Pani McGinty nie żyje! Umarła? A jak? Klęcząc na kolanie, o, właśnie tak. A potem następne pytanie: Pani McGinty nie żyje! Umarła? A jak? Z wyciągniętą ręką, o, właśnie tak. I tak każde z nas klęczało ze sztywno wyciągniętą ręką. A potem było to! Pani McGinty nie żyje! Umarła? A jak? O, właśnie tak! I łup, ten na początku rzędu padał na bok i wszyscy przewracaliśmy się jak kostki domina! – na to wspomnienie Spence roześmiał się na całe gardło. – Tak było, teraz to sobie przypomniałem!

Poirot czekał cierpliwie. Była to jedna z tych chwil, kiedy zdawał sobie sprawę, że nawet spędziwszy połowę życia w tym kraju, nie potrafi zrozumieć Anglików. W dzieciństwie sam bawił się w cache-cache[11], ale nie czuł potrzeby, żeby o tym mówić ani nawet żeby o tym myśleć.

Gdy minęło rozbawienie Spence’a, Poirot powtórzył lekko znużonym tonem:

– Więc, jak umarła?

Rozbawienie zniknęło z twarzy komisarza. Nagle na powrót był sobą.

– Ktoś ją uderzył w tył głowy ostrym, ciężkim narzędziem. Jej oszczędności, około trzydziestu funtów, zniknęły, a pokój został splądrowany. Mieszkała sama w małym domu, nie licząc sublokatora, mężczyzny o nazwisku Bentley. James Bentley.

– Rozumiem, Bentley.

– Nie było włamania. Żadnych śladów majstrowania przy oknach czy zamkach. Bentley był w trudnej sytuacji, stracił pracę i od dwóch miesięcy zalegał z czynszem. Pieniądze znaleziono pod kamieniem za domem. Na rękawie płaszcza Bentleya były ślady krwi i włos – ta sama grupa krwi i pasujący włos. Zeznał, że nie zbliżał się do ciała, więc nie mogły się tam znaleźć przez przypadek.

– Kto ją znalazł?

– Piekarz przywiózł chleb. Tego dnia miał dostać pieniądze. Otworzył mu James Bentley i powiedział, że pukał do drzwi sypialni pani McGinty, ale nie odpowiedziała. Piekarzowi przyszło do głowy, że mogło jej się stać coś złego. Sprowadzili sąsiadkę, żeby poszła na górę i sprawdziła. Pani McGinty nie było w sypialni, łóżko było zasłane, ale pokój był splądrowany, nawet wyrwano deski w podłodze. Wtedy wpadli na pomysł, żeby zajrzeć do saloniku. Była tam, leżała na podłodze, a sąsiadka narobiła strasznego krzyku. Wtedy oczywiście zadzwonili na policję.

– I ostatecznie Bentley został aresztowany i postawiony przed sądem?

– Tak. Rozprawa odbyła się wczoraj. Czysta formalność. Dziś rano ława obradowała tylko dwadzieścia minut. Werdykt: winny. Skazany na śmierć.

Poirot pokiwał głową.

– I wtedy, po ogłoszeniu wyroku, wsiadł pan do pociągu, przyjechał do Londynu i przyszedł do mnie. Dlaczego?

Komisarz Spence wpatrywał się w kufel. Powoli przesuwał palec kolistym ruchem po jego krawędzi.

– Bo uważam, że on tego nie zrobił... – rzekł.

[...]

Przypisy
[1]fr. Ślimaki, specjalność kuchni.
[2]fr. Rogaliki.
[3]fr. Lunch.
[4]fr. Ten drogi.
[5]fr. Ten drogi, drogi przyjaciel!
[6]fr. Syrop z owoców granatu.
[7]fr. Likier miętowy.
[8]fr. Likier ziołowy.
[9]fr. Likier kakaowy.
[10]fr. Nuda.
[11]fr. Gra w chowanego.