Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
308 osób interesuje się tą książką
On ma zagrać Świętego Mikołaja. Najpierw jednak musi polubić święta.
Były rockman i celebryta dostaje szansę na odbudowanie kariery dzięki roli w świątecznej komedii romantycznej. Żeby wypaść przekonująco przed kamerą, musi wprawić się w bożonarodzeniowy nastrój, z którym zdecydowanie nie jest mu po drodze. Delikatnie mówiąc...
Zatrudnia więc Agatę, samozwańczą specjalistkę od przywracania bożonarodzeniowej radości. Dziewczyna wierzy, że nawet największego ponuraka można zarazić miłością do Gwiazdki.
Tyle że świąteczna magia ma własne zasady. Zwłaszcza gdy niewinne próby przywrócenia bożonarodzeniowego ducha zamieniają się w udawany związek, rodzinne święta i uczucia, których żadne z nich nie miało w planach. A im bardziej Agata poznaje prawdziwego Bartosza, tym mocniej przekonuje się, że jego niechęć do świąt ma znacznie głębsze źródło, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Czy Agata sprawi, że Bartosz znów uwierzy nie tylko w magię świąt, lecz także w szczęśliwe zakończenia?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 359
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska Redaktorka prowadząca: Olga Gorczyca-Popławska Redakcja: Jarosław Byczkowski Korekta: Patrycja Klempas Projekt okładki: Ola Monasterska Ilustracje na okładce: Ola Monasterska Grafiki: © Buffstock, © Cool-Hunter, © SunwArt, © slowbuzzstudio / Adobe.Stock.com; © CCpreset, © katrinshine, © Anntua, © AlexArty, © CrafteryCo, © nadispasibenko / envato.com
Copyright © Anna Langner, 2026
Copyright © 2026, Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8466-053-9
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Agata
– Nie, nie wyobrażam sobie świąt bez żenującego świątecznego swetra! – wykrzykuję do telefonu. – Tak, wiem, że mam ten z zeszłego roku, ale chcę nowy! To się nazywa wprowadzanie w świąteczny nastrój, rozumiesz? Rano upiekłam pierniczki, do pełni szczęścia brakuje mi swetra z reniferem, który musi być tak brzydki, że aż ładny! I choćby chcieli mnie stąd wywlec siłą, nie wyjdę, póki go nie kupię! – wykrzykuję na całą galerię handlową.
Jakiś facet patrzy na mnie tak, jak patrzy się na dziewczynkę z horroru, tę, która niespodziewanie wyłazi z telewizora.
– Mam świąteczną gorączkę i jest mi z tym zajebiście! – rzucam w jego kierunku, kiedy jestem już pewna, że mnie nie słyszy.
Pędzę dalej przed siebie. Moja przyjaciółka, z którą gadałam przez telefon, właśnie się rozłączyła, bo – jak powiedziała – musi zrobić kolejne podejście do pieczenia arcytrudnego makowca z przepisu swojej babci.
Ech, ta świąteczna magia… to nieuchwytne coś, obecne tylko w grudniu. U jednych przejawia się maniakalnym sprzątaniem i dekorowaniem domu, u innych podśpiewywaniem hitu Mariah Carey, zapomnianej przez pozostałą część roku.
A moja świąteczna magia? Przed chwilą obeszłam całą galerię handlową w poszukiwaniu idealnego świątecznego swetra, a potem kupiłam ogromną korzenną latte z bitą śmietaną, chociaż biorąc pod uwagę stan mojego konta, nie powinnam robić ani jednego, ani drugiego. Nie wiem, jakie będą tegoroczne święta, ale mam nadzieję, że nie spędzę ich pod mostem.
Jakby tego było mało, korzenna latte nagle zapragnęła opuścić moje ciało i to dokładnie w chwili, w której dzwoni moja siostra. Marta właśnie się rozwiodła i przechodzi kryzys, więc nie mogę jej zbyć. Pędzę więc, mijając sklepowe witryny przyozdobione świątecznymi bibelotami, i rozpaczliwie rozglądam się w poszukiwaniu toalety.
– Nie, nie przeszkadzasz, mów, jak się trzymasz – trajkoczę do telefonu.
Przyspieszam kroku, bo kawa naciska na mój pęcherz z coraz większą mocą. Jak na złość toalety nigdzie nie widać.
I choć galeria handlowa w grudniu jest piękna – pełna błyszczących wystaw, świecących kul majestatycznie zwisających z sufitu, z ustawioną w samym centrum wysoką, idealnie symetryczną choinką – aktualnie mam to gdzieś.
Muszę. Zrobić. Siku.
Spieszę się tak bardzo, że wpadam na jakąś kobietę obładowaną zakupami, która patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi i kręci z niesmakiem głową. Bąkam przeprosiny i biegnę dalej.
– Tak, tak, słucham cię, po prostu jestem w galerii i szukam łazienki – wyjaśniam do telefonu.
Marta przed chwilą zalała się łzami, bo choć jej były mąż jest dupkiem stulecia, to jednak wciąż żal jej tego małżeństwa.
W końcu oddycham z ulgą – widzę drzwi prowadzące do łazienki, więc przyspieszam i jednocześnie wysłuchuję opowieści siostry.
– A to ci sukinkot! – wydzieram się, kiedy otwieram drzwi.
Jakiś mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja stoi przy umywalce i myje ręce. Spogląda na mnie zdumiony.
– Sukinkot do kwadratu! – kontynuuję i rozglądam się w poszukiwaniu wolnej kabiny. – Zdradził cię i jeszcze wybiela się przed waszymi znajomymi?!
– Przepraszam panią… – odzywa się nieznajomy.
– Chwileczkę, to ważna rozmowa – upominam go i dłużej nie zawracam sobie nim głowy.
Gorączkowo zastanawiam się, jak jednocześnie rozmawiać z siostrą i załatwić swoją potrzebę.
– Marta, jesteś tam? Wracając do sukinkota… nie ufaj mu, rozumiesz? Próbuje tobą manipulować. Faceci tacy właśnie są! – wykrzykuję, a stojący przy umywalce mężczyzna ostentacyjnie prycha.
Obdarzam go jednym, bardzo znaczącym spojrzeniem.
– Z całym szacunkiem, pewnie nie wszyscy faceci, ale większość – uściślam, zerkam na niego po raz ostatni, a potem pędzę do kabiny.
Na szczęście moja siostra jest cierpliwa, więc mogę w spokoju zrobić, co trzeba, i obiecuję, że jak tylko wyjdę z łazienki, to do niej oddzwonię.
Kiedy po kilku minutach podchodzę do umywalki, jestem spokojniejsza – z pustym pęcherzem mogę dalej podbijać galerię handlową, chociaż tak właściwie jedyne, na co mnie tutaj stać, to mała kawa.
– Halo? Tak, możemy gadać dalej – mówię do telefonu, bo Marta ponownie zadzwoniła.
Wychodzi na to, że jednak nie jest tak cierpliwa, jak sądziłam.
Zerkam w bok.
Niewiarygodne, on wciąż tu jest…
Facet w stroju Świętego Mikołaja właśnie wyciera dłonie w papierowy ręcznik i robi to nieznośnie powoli, więc dobrze wiem, co się za tym kryje. Skubany, chce podsłuchać moją rozmowę, inaczej już dawno by stąd wyszedł.
Postanawiam go ignorować. To tylko jakiś obcy typ, najwyżej usłyszy kilka niecenzuralnych słów i trochę narzekań na płeć przeciwną.
– A co z ciastem na imprezę rozwodową? – pytam Martę i jednocześnie przeglądam się w lustrze. – Nie, nawet nie próbuj tego odwoływać. Takie imprezy są coraz popularniejsze, powinnaś świętować początek nowego życia, a nie taplać się w smutku.
Kolejne ostentacyjne prychnięcie wytrąca mnie z równowagi.
– Przepraszam, czy ja panu w czymś przeszkadzam?
Facet w stroju Świętego Mikołaja wyrzuca papierowy ręcznik do kosza i powoli kręci głową.
– To dobrze. – Uśmiecham się do niego kwaśno i wracam do Marty. – Nie wiem tylko, co z salą i dekoracjami… Tak, rozumiem, że chcesz skromną imprezę, ale…
– Pfff, chciałbym mieć takie problemy!
– Poczekaj, Marta, mam tu jakiegoś świra… – zwracam się do siostry, a potem piorunuję wzrokiem nieznajomego. – Czy może pan nie komentować mojej rozmowy?!
Bezczelny typ! Kimkolwiek jest, podsłuchuje i wcale się z tym nie kryje!
– Aga, czy ty gadasz z jakimś facetem? – Dociera do mnie głos Marty.
– Taaa… niby myje ręce, ale tak naprawdę podsłuchuje – wypowiadam te słowa z niemałą satysfakcją, patrząc przy tym nieznajomemu w oczy.
– A ty wciąż jesteś w łazience, tak?
– Jestem, a co to ma do rzeczy?
– Bo skoro jest tam jakiś facet, to musiałaś wejść do męskiej.
Mój napędzany korzenną latte mózg powoli przetwarza te słowa.
Chwila, czy to oznacza, że…
Gapię się na stojącego niedaleko mnie faceta, który splata ręce na piersi i głupkowato się uśmiecha, bardzo z siebie zadowolony. Chyba widzi, że dopiero teraz dotarło do mnie, gdzie jestem.
– Oddzwonię do ciebie – bąkam do telefonu i się rozłączam.
– Próbowałem pani powiedzieć, że to męska toaleta, ale nie dała mi pani dojść do słowa – wyjaśnia nieznajomy.
Kręcę zdumiona głową i nie potrafię nic powiedzieć. Dopiero teraz widzę pisuary. Do diabła, jak mogłam ich wcześniej nie zauważyć?!
– Boże, co za kompromitacja… – mamroczę i czuję, że robię się czerwona. – To pewnie przez tę rozmowę, tak się zagadałam, że weszłam nie tam, gdzie trzeba. No i jeszcze brak snu, wczoraj do późnej nocy przeglądałam ogłoszenia o pracę i…
Nie daję rady dokończyć, bo święty mikołaj mi przerywa:
– Proszę się nie przejmować, poza nami chyba nikogo tutaj nie ma.
Poprawia czerwoną czapkę i znów przegląda się w lustrze, ciężko wzdychając. Chyba nie spieszy mu się do wyjścia.
– Potrzebuje pan przerwy, co? Dzieciaki dają w kość? – zagaduję, by jakoś zatrzeć niemiłe pierwsze wrażenie, które pewnie na nim zrobiłam.
– Skąd pani wie, że pracuję z dzieciakami?
– Widziałam, kiedy chodziłam po galerii. Jakiś rozwrzeszczany rudzielec szarpał pana za brodę i krzyczał coś o zestawie Lego za dwa koła. – Uśmiecham się pod nosem.
– Taaa, to nie jest łatwe zajęcie. – Nieznajomy wzdycha i poprawia przed lustrem czapkę. – Ale nie powinienem narzekać, sam się zgłosiłem do tej roboty. Potrzebuję jej.
– Serio? A nie wygląda pan na szczęśliwego… Nie lepiej poszukać czegoś innego?
– O nie, ta robota spadła mi z nieba. Nie chodzi o kasę, muszę grać Świętego Mikołaja, to jak sprawa życia i śmierci.
Unoszę zdziwiona brwi.
– Problem w tym, że nie jestem przekonujący. – Mężczyzna ciężko wzdycha. – No bo co to za Mikołaj, który nie lubi świąt.
Kiedy kończy mówić, spogląda na mnie. Dookoła jego oczu pojawiają się urocze zmarszczki, ale szybko znikają.
– Nie lubi pan świąt? Trudno mi to sobie wyobrazić, bo ja je uwielbiam! – trajkoczę, coraz bardziej podjarana, ponieważ Boże Narodzenie to mój konik. – Moja siostra nazywa mnie świątecznym freakiem, bo kiedy nadchodzi grudzień, zupełnie mi odbija i nie ma w tym przesady. O, weźmy na przykład ten dzień. Powinnam szukać pracy, jestem pod kreską, a co robię? Kupuję drogą kawę, tylko dlatego, że smakuje świętami i jest w świątecznym kubku, a potem marnuję dwie godziny, żeby znaleźć idealny świąteczny sweter. Przecież to szaleństwo, ale za to jakie przyjemne!
– Pani siostra chyba ma rację. – Nieznajomy cicho się śmieje. – Przydałby mi się ktoś taki jak pani, ja chyba jestem beznadziejnym przypadkiem. Jeśli ktoś potrafiłby sprawić, że polubię święta, to byłbym gotów go ozłocić, nie żartuję.
– O, to brzmi jak coś dla mnie! – Jeszcze bardziej się ożywiam.
– To znaczy?
– Sprawienie, że ktoś polubi święta. Brzmi jak wyzwanie. Mogłabym być… hmm… mogłabym być wskrzesicielką świątecznego ducha.
– Wskrzesicielką czego?!
– Moim zdaniem to całkiem chwytliwa nazwa. Jestem pewna, że poradziłabym sobie z każdym gburem. Mogłabym pomóc poczuć magię świąt każdemu, kto ich nie lubi. No wie pan: wspólne dekorowanie domu, przedświąteczne zakupy, pichcenie w rytm świątecznej muzyki…
– Jezu, to brzmi jak pierdolony koszmar…
– Nikt nie powiedział, że droga do polubienia świąt będzie usłana różami. Nie chcę się przechwalać, ale myślę, że dałabym sobie radę z…
Nagle milknę, bo facet przygląda mi się w milczeniu, a po jego twarzy błąka się uśmiech. Robi mi się głupio. Pewnie ma mnie za wariatkę, która plecie trzy po trzy.
– Wbrew pozorom chyba sporo jest takich ludzi jak ja, miałaby pani dużo klientów – odzywa się nagle.
– To znaczy?
– Takich, którzy nie lubią świąt, bo drażnią ich ten cały kicz i przedświąteczna komercja albo święta źle im się kojarzą, bo kiedyś spotkało ich coś…
Nieznajomemu nie jest dane dokończyć, bo nagle rozdzwania się jego telefon.
– Oho, robota wzywa. – Zerka na wyświetlacz, marszcząc brwi. – Właśnie dostałem cynk, że czeka na mnie kolejka dzieciaków. Oby nie były ciężkie, bo mikołaj jest już w takim wieku, że jego kolana nie dają rady.
Uśmiecham się pod nosem. Biała broda dodaje mu powagi, ale sądząc po twarzy i głosie, nie może mieć więcej niż trzydzieści kilka lat.
– No lecę. Dzięki za rady, świąteczny freaku. – Klepie mnie po ramieniu i wychodzi, nim zdążę cokolwiek powiedzieć.
Gapię się na drzwi, wciąż lekko otumaniona, jakby wyrwana z przyjemnego snu.
Po świętym mikołaju pozostaje jedynie zapach wyrafinowanych męskich perfum.
Może i podsłuchiwał, ale jedno trzeba mu przyznać – w kwestii zapachów ma cholernie dobry gust.
Kiedy idę przez galerię, wystawy sklepów kuszą mnie sukienkami idealnymi na kolację wigilijną, błyszczącymi bombkami, uroczymi świątecznymi pojemnikami na ciasteczka i girlandami, którymi można przystroić dom. Wzdycham tęsknie w ich stronę i powtarzam sobie, że prawdziwe święta to nie blichtr i blask, tylko coś o wiele ważniejszego i cenniejszego, niewidocznego dla oczu. Brzmi jak banał, ale muszę jakoś się pocieszać, bo moja sytuacja finansowa jest bardzo do dupy.
Staję przed jedną ze sklepowych wystaw i patrzę na nią zamyślona. Szkoda, że facet w stroju Mikołaja zniknął. Tak dobrze się gadało… Nie znam go, ale jestem ciekawa, dlaczego nie lubi świąt, dla mnie to kompletnie niezrozumiałe.
Nagle mnie olśniewa. Nasza rozmowa, jego słowa i moja gadka o wskrzesicielce świątecznego ducha. To niewiarygodne, nieznajomy podsunął mi pomysł na biznes, wprawdzie lekko absurdalny, ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda?
Nim zdążę minąć kolejny sklep, mój telefon się rozdzwania. Kolejny raz Marta.
– I co, wyszłaś już z tej męskiej łazienki, wariatko? – Słyszę jej rozbawiony głos.
– Oj, wielkie mi rzeczy… Poza tym to była bardzo szczęśliwa pomyłka – odpowiadam, wchodzę na ruchome schody, a kiedy zjeżdżam na parter, moim oczom ukazuje się ogromna choinka, obok której stoją majestatyczne złote sanie.
– Jaka znowu szczęśliwa pomyłka? Tylko mi nie mów, że ten facet z łazienki się z tobą umówił.
– Umówił? Nieee! Zrobił coś lepszego: podsunął mi pomysł na pracę – odpowiadam z uśmiechem i zauważam, że przy saniach stoi znajomy święty mikołaj. Właśnie jakaś kobieta robi mu zdjęcie z bardzo ruchliwą kilkulatką.
Mam ochotę podejść tam i mu podziękować, powiedzieć cokolwiek, na przykład że rozmowa z nim mnie zainspirowała albo że cholernie dobrze pachnie, ale nie chcę przerywać mu pracy i wyjść na namolną.
– Aga, nic nie rozumiem… – Głos mojej siostry sprawia, że przytomnieję.
– Opowiem ci później – odpowiadam i nie potrafię powstrzymać uśmiechu. – Teraz muszę pędzić do domu, mikołaj podsunął mi genialny pomysł!
– Mikołaj?! W sensie… Święty Mikołaj? Mówiłaś przecież o facecie z łazienki.
– Tak, tak, ale opowiem ci o tym innym razem, teraz naprawdę muszę kończyć. Mam w głowie plan, który nie może dłużej czekać!
Agata
Tydzień później
Gdybym nagle zwariowała i chciała zepsuć sobie święta, z pewnością zrobiłabym te trzy rzeczy:
• przypaliłabym bigos i włożyła dużo rodzynek do sernika (bleee),
• zapętliłabym film Witaj, Święty Mikołaju (albo cokolwiek innego z Chevym Chase’em),
• zaprosiłabym do siebie Bartosza Radeckiego.
Ostatni punkt jest mocny, bowiem Bartosz Radecki jest najgorszym, co mi się przytrafiło w moim krótkim, dwudziestoośmioletnim życiu (nie licząc swędzącej ospy pięć lat temu, ale Radecki jest chyba nawet gorszy niż ona).
Zarozumiały, zapatrzony w siebie i traktujący innych przedmiotowo. Dupek, któremu się wydaje, że robi ci zaszczyt, bo oddychasz tym samym powietrzem co on. Facet bez samokrytyki, za to z ogromnym ego. Tego typa nie ratuje nawet to, że jest aktorem i eksrockmanem. A, zapomniałabym o wisience na torcie: Bartosz Radecki to mój nowy szef, klient, współpracownik, zwał jak zwał. Sama jestem sobie winna, bo to ja zamieściłam w sieci to felerne ogłoszenie.
Ale wracając do Radeckiego… On jest jak gryzący sweter – niby miły, niby wszystko z nim w porządku, ale kiedy masz go zbyt blisko, zaczyna doprowadzać cię do szału.
Co zrobiłaby każda normalna kobieta na moim miejscu? Pozbyłaby się gryzącego swetra. Okej, okej, „pozbyć się” być może brzmi trochę za mocno, choć nie powiem… kilka razy fantazjowałam o tym, jak zakopuję Radeckiego w ogródku. Powinnam raczej powiedzieć: każda szanująca się kobieta zrezygnowałaby z pracy dla tak aroganckiego, impertynenckiego i snobistycznego dupka. Każda, tylko nie ja.
Czy wystarczającym usprawiedliwieniem jest, że ostatnio jadałam na śniadanie najtańszy chleb z serkiem kanapkowym? Albo że sprzedałam ukochaną kurtkę, bo potrzebowałam pieniędzy? Idą święta, a ja zamiast choinki w mieszkaniu będę mieć raczej pachnące drzewko samochodowe Wunder-Baum, bo tylko na nie mnie stać.
– Aneto, podejdź tu na chwilę!
Oho, o wilku mowa…
Zagryzam wnętrze policzka, odwracam się i z przyklejonym do twarzy uśmiechem ruszam w kierunku mężczyzny siedzącego w fotelu. Z czarnymi jak smoła włosami i arystokratycznymi rysami twarzy wygląda trochę jak Lucyfer, który wzywa mnie na audiencję do wnętrza piekieł.
I pomyśleć, że był całkiem milutki, kiedy przypadkiem wpadliśmy na siebie w męskiej toalecie…
– Agato. Mam na imię Agata – poprawiam go, ale on nawet nie podnosi głowy znad telefonu.
– Co mówiłaś? Nieważne, podejdź bliżej. – Przywołuje mnie niedbałym ruchem dłoni. – W subtelną kratę czy gładki? – Wskazuje wyświetlacz telefonu.
– Krawat to krawat, jak dla mnie oba są okej. – Wzruszam ramionami i staram się ignorować odurzający zapach jego perfum.
– Przypomnij mi, dlaczego zatrudniłem cię jako swoją asystentkę, skoro masz tak lekceważące podejście do krawatów? – Radecki ze zniecierpliwieniem stuka w telefon, a potem zerka na mnie spod zmarszczonych brwi.
– Nie jestem asystentką. Jestem koordynatorką twoich świąt – cedzę przez zęby, a na końcu języka mam: „Ty zarozumiały idioto!”.
Dobrze, że chociaż przeszliśmy na ty. Umarłabym, gdybym miała się przed nim płaszczyć i mówić do niego per pan.
– Racja, ciągle o tym zapominam… To wszystko dlatego, że kiedyś miałem asystentkę, a nawet dwie. Pamiętasz, wspominałem ci o tym. To było w czasach, kiedy nasz zespół święcił triumfy i mieliśmy dziewczynę, która organizowała nam koncerty, a drugą asystentkę zatrudniłem, kiedy…
– Tak, tak, pamiętam, coś wspominałeś – burczę, bo Radecki ma jeszcze jedną denerwującą cechę: uwielbia się przechwalać i czuje się niesamowicie ważny, choć do wielkiej gwiazdy aktorstwa czy muzyki raczej mu daleko.
Swoją drogą, jak ktoś tak sztywny i gburowaty mógł grać w zespole rockowym? To zupełnie do niego nie pasuje.
– Kupię gładki, elegancka prostota zawsze się obroni. – Dociera do mnie jego teatralne westchnienie.
– Coś jeszcze? – pytam, coraz bardziej sfrustrowana.
– To wszystko, możesz wrócić do swoich spraw. – Macha na mnie niedbale dłonią, zupełnie jakby odganiał muchę, a potem znów skupia się na swoim telefonie.
Tak właściwie nie potrzebuję twojej pieprzonej zgody, nie jestem dziewczyną na posyłki! – odpowiadam mu w myślach i wściekła idę kupić sobie kawę.
– A, jeszcze jedno, jak już idziesz po kawę, kup mi truskawki. – Słyszę za sobą i cała się spinam.
Nie dość, że zarozumiały dupek, to jeszcze czyta w myślach. Skąd wie, dokąd się wybieram?
Nieznacznie kiwam głową i przyspieszam kroku.
Dlaczego zgodziłam się z nim pracować?! Dlaczego w ogóle wrzuciłam do sieci to durne ogłoszenie?! A, już pamiętam… brak oszczędności i rachunki do opłacenia. Tylko desperacja mogła mnie popchnąć do zrobienia czegoś tak lekkomyślnego.
Tamtego dnia, kiedy uświadomiłam sobie, że straciłam pracę, byłam załamana. Zresztą cały grudzień zapowiadał się nieciekawie – najbliższa mi osoba, moja siostra, właśnie się rozwodziła, ja zostałam bez etatu i pieniędzy, a zamiast od razu szukać nowej roboty, postanowiłam odreagować i poszwendać się po galerii handlowej. Bardzo dojrzale, naprawdę. To był błąd, pierwszy przewrócony klocek domino, który pokierował mnie do męskiej łazienki, wprost w szpony tego niepozornie wyglądającego świętego mikołaja.
Byłam pewna, że takie zbiegi okoliczności zdarzają się tylko w filmach, ale nie, w moim życiu stało się właśnie coś takiego – tajemniczy mężczyzna, który chce, bym na nowo zaczarowała dla niego święta, to ten sam facet, którego dzień wcześniej spotkałam w tej felernej łazience. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby po bliższym poznaniu święty mikołaj nie okazał się totalnym dupkiem.
Pamiętam, że kiedy tego pamiętnego dnia pędziłam przez galerię handlową z pełnym pęcherzem, jedynym, co odrobinę poprawiało mi humor, było to, że zorganizuję imprezę rozwodową dla Marty. Właśnie z nią o tym rozmawiałam, kiedy przypadkowo weszłam do męskiej łazienki, w której wydarzyło się coś, co sprawiło, że aktualnie jestem na każde skinienie pewnego zblazowanego idioty.
To ten zblazowany idiota, ubrany wtedy w strój Świętego Mikołaja, sprawił, że wpadłam na pomysł, by spieniężyć mój talent. A ponieważ nie da się spieniężyć nocnego podjadania, oglądania po raz dziesiąty Off Campus ani śpiewania pod prysznicem, nie pozostało mi nic innego, jak tylko wykorzystać umiejętność organizowania i ogarniania świąt Bożego Narodzenia.
Mamy grudzień – najlepszy czas w roku, wypełniony magią, która nie powtórzy się przez kolejne jedenaście miesięcy. To ten krótki moment, kiedy nawet zwykły wieczór potrafi zamienić się w coś wyjątkowego, a zapach pieczonych ciast i światełka w oknach sprawiają, że wszystko wydaje się odrobinę prostsze. Od dziecka kocham blask choinkowych lampek, pakowanie prezentów, lepienie pierniczków… i całą tę przedświąteczną atmosferę, pachnącą pomarańczami i cynamonem. Lubię tę grudniową krzątaninę. Moja siostra mówi, że swoim zapałem do organizowania kolacji wigilijnej mogłabym obdarować kilka osób, a i tak jeszcze by zostało. I to właśnie postanowiłam zrobić, kiedy święty mikołaj z męskiej toalety powiedział, że mój biznes miałby wzięcie i że sam byłby gotów zapłacić za taką usługę.
Ledwo wpadłam na ten szalony pomysł, szybko wcieliłam go w życie i wrzuciłam do internetu ogłoszenie:
NIENAWIDZISZ BOŻEGO NARODZENIA?POMOGĘ CI NA NOWO JE ZACZAROWAĆ!
Jestem mistrzynią bożonarodzeniowego klimatu i właścicielką czarnego pasa w pieczeniu pierniczków. Łączę doświadczenie w organizacji eventów z wyczuciem estetyki i dbałością o klimat.
Umów się ze mną na konsultację, a zostanę wskrzesicielką Twoich świąt i sprawię, że grudzień znów będzie magiczny.
W pakiecie: wspólne tworzenie świątecznej atmosfery, odzyskiwanie dziecięcej radości z ubierania choinki, gotowanie i pieczenie wigilijnych specjałów w duecie, przedświąteczny shopping, przygotowywanie prezentów i wiele, wiele więcej.
Satysfakcja gwarantowana albo zwrot pieniędzy.
Byłam pewna, że nikt nie odpowie na coś tak absurdalnego, a jednak telefon rozdzwonił się już po piętnastu minutach.
– Nie, nie prześlę panu zdjęcia swoich stóp!
– Ile biorę za godzinę? Nie, to nie jest ogłoszenie TEGO TYPU!
– Striptiz w przebraniu świątecznego elfa? Eeee… to pomyłka, nie ten numer.
Po serii tego typu telefonów mój entuzjazm nieco opadł. I kiedy byłam pewna, że nie zadzwoni do mnie nikt poza wielbicielami kobiecych wdzięków, następnego dnia z samego rana odebrałam TO połączenie. Rzeczowy, poważnie brzmiący męski głos, którego niestety wtedy nie rozpoznałam, rozniecił we mnie iskierkę nadziei.
– Bartosz Radecki. Jestem gotów sporo zapłacić, jeśli zrealizuje pani wszystkie obietnice wspomniane w ogłoszeniu.
– A z czym konkretnie ma pan problem? – zapytałam i zaczęłam się stresować, bo poczułam, że to ważna rozmowa i że nie mogę tego spieprzyć.
– Muszę znów cieszyć się świętami. Nie chodzi o wielką euforię, po prostu nie chcę, by ten czas smutno mi się kojarzył.
– A dlaczego przedświąteczny okres smutno się panu kojarzy? Czy wydarzyło się kiedyś coś, co…
– To bez znaczenia – przerwał mi ostrym tonem. – Wchodzi w to pani czy nie?
– Ja… oczywiście, wchodzę – wymamrotałam i poczułam, że praca z tym facetem będzie wyzwaniem.
Liczyłam, że trafi mi się ktoś miły i ugodowy, ktoś, z kim będzie można pożartować i przy okazji dobrze się bawić, odnajdując dziecięcą radość ze świąt. Tymczasem odniosłam wrażenie, że ten tajemniczy mężczyzna po drugiej stronie telefonu traktuje swój problem jak jakiś projekt w pracy – zupełnie bez emocji, jak coś, co trzeba odhaczyć, by szybko mieć to z głowy. Sęk w tym, że nie da się odnaleźć radości w świętach, jeśli nie czuje się ekscytacji na samą myśl o tym procesie.
– Doskonale. Spotkajmy się w galerii przy Nadwarciańskiej jutro o szesnastej, pasuje pani? Podpiszemy umowę.
Umowę?!
Zaczęłam panikować, ale nagle uświadomiłam sobie, że to ważne i że przecież powinnam mieć wszystkie ustalenia na piśmie.
Już kiedy nieznajomy podał adres galerii, powinna zapalić mi się w głowie czerwona lampka, a jednak nic takiego się nie stało.
Wprawdzie, gdy się rozłączył, odrobinę się wahałam, ale szybko pozbyłam się wątpliwości – wystarczyło, że zerknęłam na stan swojego konta. Stać mnie było wyłącznie na jednego Happy Meala, opłatę za czynsz i… nic więcej. Jeśli chciałam przeżyć kolejny miesiąc, musiałam zgodzić się na tę współpracę, nawet jeśli to oznaczało bardzo nieprzewidywalny grudzień.
Agata
Na spotkanie z moim tajemniczym klientem szłam podenerwowana i podekscytowana jednocześnie. Wizja łatwych pieniędzy i przyjemnej pracy, bo przecież miałam robić coś, co uwielbiam, działała na mnie uskrzydlająco. Niestety spadłam boleśnie na ziemię, gdy tylko zobaczyłam, kto czeka na mnie w kawiarni.
Nie rozpoznałam go od razu, wtedy w łazience miał na sobie przebranie, czerwoną czapkę i brodę. Dopiero kiedy powiedział „Dzień dobry”, jego głos wydał mi się dziwnie znajomy. Potem pojawił się ten intrygujący zapach, który już kiedyś czułam, i jeszcze te oczy… Tak, znałam je, chociaż widziałam je wcześniej zaledwie raz.
– Święty mikołaj?! Ten z męskiego kibla?! – wydarłam się na cały lokal i oczywiście zwróciłam na siebie uwagę wszystkich gości.
– Taaa, to ja. I błagam, trochę ciszej. – Siedzący przy stoliku mężczyzna nerwowo rozejrzał się na boki.
– Nie wygląda pan na zaskoczonego – mruknęłam i podeszłam do niego sztywna niczym struna. – Skąd pan wiedział, że przyjdę akurat ja?
– Domyśliłem się. Nie znam nikogo innego, kto nazwałby się wskrzesicielką świątecznego ducha. – Facet przewrócił oczami, a potem wstał z krzesła i podał mi dłoń. – Bartosz Radecki.
Uścisnęłam jego rękę mechanicznie i zastanawiałam się, co jest z nim nie tak. Chociaż pachniał tak samo nieziemsko jak wtedy, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, teraz sprawiał wrażenie bardziej zdystansowanego i wyniosłego.
Przeszło mi przez myśl, że może to jakiś świr albo stalker, skoro domyślił się, że ja to ja, i celowo zadzwonił pod numer z ogłoszenia, by znów się ze mną spotkać. Wystarczyła jednak chwila, bym zmieniła zdanie.
– Proszę się nie obawiać, zadzwoniłem do pani w celach czysto zawodowych – wyjaśnił oschłym tonem. – Już wczoraj, w łazience, przekonała mnie pani, że tego potrzebuję, a potem zupełnie przypadkiem trafiłem na to ogłoszenie i pomyślałem, że to szczęśliwy zbieg okoliczności. Co prawda brzmiało absurdalnie, ale ja naprawdę muszę polubić święta w trybie pilnym, a pani ma umiejętności, które mogą mi w tym pomóc.
Słuchałam tego wszystkiego w dziwnym napięciu. Głos Radeckiego brzmiał rzeczowo, chłodno i zdecydowanie nie miał nic wspólnego z obsesją na moim punkcie czy choćby zauroczeniem.
– Dlaczego musi pan polubić święta i to w trybie pilnym? – zapytałam, bo zdziwiła mnie jego determinacja.
Może i trzymał mnie na dystans, ale było widać, że mu zależy.
– Chodzi o moją pracę.
– A dokładnie?
– Ale pani wścibska… Nic więcej nie mogę powiedzieć. – Westchnął i już wiedziałam, że powoli ma mnie dosyć.
– Muszę wiedzieć jak najwięcej, skoro mam panu pomóc – odpowiedziałam i starałam się trzymać nerwy na wodzy. – Chodzi o pracę świętego mikołaja w galerii, tak? Nie rozumiem, dlaczego pan się tutaj zatrudnił, skoro pan nie lubi świąt.
– To skomplikowane, nie rozmawiajmy o tym teraz.
– Ale…
– Po prostu mi zależy, jasne? Wchodzi pani ze mną we współpracę czy nie? – Zabębnił palcami w stolik.
Wiedziałam, że muszę szybko zdecydować. Zależało mi na pieniądzach i chociaż mężczyzna sprawiał wrażenie antypatycznego, nie mogłam kręcić nosem, nie kiedy moje konto bankowe świeciło pustkami.
– Tak, wchodzę – wymamrotałam i drżącymi dłońmi wyjęłam z torebki przygotowaną wcześniej umowę.
Jakimś cudem Radecki przystał na moje warunki, nawet na kwotę, którą zaproponowałam, choć wydała mi się dość wysoka jak za usługę tego typu. Zgodził się również na zaliczkę płatną z góry.
Obserwowałam go, kiedy czytałam listę aktywności proponowanych w ramach współpracy. Byłam podenerwowana, bo całą noc myślałam o tym, co można zaproponować komuś, kto nie lubi świąt.
– Wspólne zakupy, dekorowanie mieszkania, gotowanie i pieczenie świątecznych potraw… – czytałam z przygotowanych wcześniej notatek.
Nawet nie drgnęła mu przy tym powieka, a jego twarz wyglądała jak wykuta z kamienia. Zero emocji.
– Nie wiem, czy cokolwiek z tego poskutkuje, ale skoro nie ma pani nic innego do zaproponowania, to się zgadzam. – Westchnął znużony.
– Zrobię wszystko, żeby wywiązać się z umowy – zapewniłam, coraz bardziej poirytowana jego nonszalanckim sposobem bycia. – Możemy wybrać się na świąteczne warsztaty, teraz jest modne robienie ceramiki. O, albo świąteczne wieńce, co pan myśli? Poza tym mogę zaproponować odtwarzanie ulubionych bożonarodzeniowych aktywności z pana dzieciństwa, przygotowywanie personalizowanych prezentów dla rodziny, trening kolędowania, tworzenie świątecznej playlisty i oglądanie świątecznych filmów oraz… wiele, wiele więcej.
– Brzmi jak lista tortur, ale zgadzam się na wszystko – powiedział zbolałym głosem, a ja miałam ochotę na niego nawrzeszczeć.
Jeśli chciał polubić święta, musiał wykazać choć odrobinę dobrej woli, a on siedział przede mną, jakby był tu za karę.
– A jeśli już o świątecznych filmach mowa, to proszę wybrać takie, w których głównym bohaterem jest Święty Mikołaj. Może coś mnie zainspiruje do odgrywania tej roli – dodał.
– Roli? – Podchwyciłam temat.
– Ech, chyba jednak muszę pani co nieco zdradzić na swój temat… bez tego nasza współpraca nie wypali. – Radecki spojrzał na mnie z cierpkim uśmiechem, a potem pochylił się, wlepił we mnie te swoje hipnotyzujące ciemne oczy i dodał konspiracyjnym szeptem: – Jestem aktorem. Muszę wypaść przekonująco w roli Świętego Mikołaja, bo będę grał w filmie o Bożym Narodzeniu.
Rozdziawiłam usta i powoli pokiwałam głową.
Jak, do diabła, ktoś zimny jak ryba w galarecie może być aktorem?! A nie, przepraszam, wtedy w łazience ten facet potrafił się uśmiechać, więc chyba jednak ma w sobie jakieś emocje.
– Może mnie pani kojarzyć z Kamienicy pod kasztanem. Taki tasiemiec, grałem tam jedną z głównych ról.
Pokręciłam głową.
– Albo serial kryminalny Nocny pościg. Wprawdzie miałem tam rolę drugoplanową, ale…
– Nie oglądam telewizji i niestety nie kojarzę – wyznałam szczerze i zrobiło mi się głupio.
– Od czasu do czasu grywam w teatrze, ale tam pewnie też mnie pani nie widziała… A i jeszcze byłem basistą rockowego zespołu, Sleeping Dragons, mówi coś pani ta nazwa?
– Niestety, przykro mi…
– No tak, lata świetności już dawno mamy za sobą. – Odchrząknął zmieszany. – Cóż, nie jestem jeszcze bardzo rozpoznawalny, ale rola w tym świątecznym filmie to zmieni. W końcu pojawię się na srebrnym ekranie, to moja wielka szansa.
– To stąd ta praca w galerii? Chce pan w ten sposób trenować do roli? – dopytywałam zaintrygowana.
– Tak, w filmie mam się wcielić w amanta i jednocześnie faceta, który uszczęśliwia innych, udając Mikołaja. Tylko ta moja niechęć do świąt… Na ostatnim spotkaniu reżyser dał mi do zrozumienia, że wypadłem kiepsko podczas próby. Jak on to powiedział? „Święta to nie twoja bajka, Bartoszu, widać, że ich nie znosisz”.
Zagryzłam usta, bo Radecki wyraźnie posmutniał.
– To jakim cudem dostał pan tę rolę? Przecież był jakiś casting, prawda? – zapytałam.
– Na castingu wypadłem dobrze, bo akurat trafiła mi się do odegrania kwestia niezwiązana ze świętami. Na kolejnym spotkaniu z ekipą filmową czar prysł. Muszę zagrać przekonująco, rozumie pani?
Pokiwałam skwapliwie głową, bo znów zauważyłam w jego spojrzeniu determinację.
Cóż, przynajmniej okazuje uczucia, to już jakiś początek.
Widziałam, że zależy mu jak cholera, a ja byłam jego ostatnią szansą, tak przynajmniej czułam. I pewnie właśnie dlatego podpisałam umowę, którą teraz najchętniej bym spaliła.
– Czy możemy przejść na ty? To ułatwi nam współpracę – zaproponował na koniec spotkania.
Pokiwałam głową, choć ten typ wydawał mi się tak wyniosły i oschły, że prędzej spodziewałabym się tekstu w stylu: „Proszę zwracać się do mnie: Wasza Zajebistość”.
Mimo wszystko byłam pewna, że to po prostu trudny klient, którego jakoś ogarnę, w końcu nie z takimi ludźmi już sobie radziłam w życiu. Radecki wydał mi się nieco zarozumiałym, zapatrzonym w siebie trzecioligowym aktorem, któremu bardzo zależy na karierze. Nieszkodliwym typkiem, którego da się okiełznać. Ech, gdybym tylko wtedy wiedziała, w jakim jestem błędzie…
Moją czujność uśpiły jego miły ton i uprzejmy uśmiech, kiedy następnego dnia spotkaliśmy się w tej samej galerii handlowej. No i jeszcze strój Świętego Mikołaja, bo umówiliśmy się w czasie jego pracy. Znów wydawał się tym nieszkodliwym facetem, na którego wpadłam wcześniej w łazience.
– Podsumujmy: musisz polubić święta, żeby wypaść wiarygodnie przed kamerami. Czy jest coś jeszcze? Jakiś dodatkowy powód? – dopytywałam i jednocześnie robiłam notatki, gdy usiedliśmy przy stoliku.
Radecki miał przerwę, w dodatku było przedpołudnie, a o tej porze raczej niewiele dzieciaków przychodzi strzelić sobie fotkę z tutejszym świętym mikołajem.
– Nie, to jedyny powód – odpowiedział, a jego twarz znów wyglądała jak wykuta z kamienia.
– Ale skądś musiała się wziąć ta twoja niechęć do świąt – zastanawiałam się głośno. – Może coś stało się w przeszłości? Sam wtedy w łazience powiedziałeś, że…
– Nie będziemy o tym teraz rozmawiać – uciął temat, obrzucając mnie lodowatym spojrzeniem.
Nie ma co, rozmowny typ, w dodatku optymizm aż się z niego wylewa… To będzie naprawdę trudna współpraca – pomyślałam.
– Mogłabyś zatrudnić się tutaj ze mną, akurat szukają kogoś do roli świątecznego elfa – zmienił temat i poprawił białą brodę, która ciągle zsuwała mu się z twarzy. – I tak nigdzie aktualnie nie pracujesz, prawda?
Pokręciłam głową.
– No to wpadłoby ci trochę grosza, a przy okazji mogłabyś realizować punkty z naszej umowy. Mamy mało czasu, w styczniu zaczynają się zdjęcia do filmu. A tutaj nieźle płacą, robota jedynie w weekendy. Musisz się tylko uśmiechać, pocieszać zapłakane maluchy, rozdawać cukierki… Łatwizna.
Poczułam presję, a jednocześnie chęć dodatkowego zarobku przysłoniła mi zdolność logicznego myślenia. Tak, kolejny raz. Zgodziłam się, a szefostwo galerii przyjęło mnie z otwartymi ramionami. Znów zrobiłam coś, czego wkrótce miałam pożałować.
Radecki pokazał swoje prawdziwe oblicze już następnego dnia, kiedy spotkaliśmy się w tym samym miejscu – ja po raz pierwszy w roli elfki, on jako Święty Mikołaj.
Byłam pewna, że tacy ludzie jak on istnieją tylko w filmach, ewentualnie w tych wyssanych z palca historiach o zblazowanych gwiazdach, które mają dziwaczne wymagania. Niestety, bardzo się myliłam. Pomysł, żebym zatrudniła się u jego boku, brzmiał świetnie, dopóki nie zrozumiałam, że w języku Radeckiego to oznacza: „Będziesz wykonywać fuchę elfa i jeszcze mi usługiwać”.
Gdy zaczęliśmy pracę, napomknął coś, że mogłabym ogarniać mu social media i skrzynkę mailową, na którą dostaje propozycje wywiadów i inne wiadomości związane z pracą, bo okazało się, że poza aktorstwem zainwestował w nieruchomości i wynajmuje dwa mieszkania. Zgodziłam się w zamian za dodatkową premię. To był kolejny błąd, bo poza bieganiem po kawę i truskawki oraz udawaniem elfa muszę jeszcze odpisywać w jego imieniu na maile i czytać hejterskie komentarze, które od czasu do czasu pojawiają się o nim w internecie. I najgorsze: znosić jego humory, bo Radeckiemu zawsze coś się nie podoba.
A teraz nastał kolejny dzień, a ja znów tutaj jestem, wciśnięta w za mały strój elfki, kilka dni po podpisaniu cyrografu… tfu, to znaczy umowy z tym facetem.
Jestem na siebie zła, że znów wracam do tego myślami. Powinnam raczej rozkoszować się dopiero co kupioną kawą i chwilą ciszy bez tego zarozumiałego bufona. Wystarczająco dużo czasu spędziłam z nim dzisiaj, kiedy banda rozwrzeszczanych dzieciaków ładowała mu się na kolana, bo przecież każdy chce mieć fotkę z ikoną świąt. Oczywiście ja, jak na elfkę przystało, musiałam być czarująca i uśmiechać się tak szeroko, że aż rozbolały mnie policzki.
Nie powiem, Radecki wypada przekonująco w swojej roli, zupełnie jakby z chwilą, w której wkłada na siebie czerwone wdzianko, zamieniał się w kogoś innego. Ten antypatyczny typ jakimś cudem w towarzystwie dzieci staje się miły, rozmowny i uśmiechnięty. Oczywiście nie wierzę w jego dobre serce. To przecież tylko gra, w końcu jest aktorem.
Nim zdążę wziąć kolejny łyk kawy, dostaję esemesa.
Radecki
Co z tymi truskawkami?
No tak… truskawki. W grudniu. Daję słowo, jeszcze jeden rozkaz tego typu, a wsadzę mu naszą umowę w tyłek. Niech sam sobie za jej pomocą wywołuje magię świąt!
Staram się nie nazywać go w myślach Radeckim, tylko po prostu Bartoszem, w końcu jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku i mamy współpracować. A jednak to trudne, biorąc pod uwagę, że ten facet przez większość czasu zachowuje się jak robot bez krzty emocji. „Radecki” bardziej do niego pasuje – brzmi zimno i bezosobowo.
Szybko dopijam kawę, a potem – podminowana – ściskając pusty papierowy kubek w dłoni, wracam do miejsca, w którym ja i mój szef z piekła rodem paradujemy w przebraniach.
Przynajmniej mamy ładną scenografię. Nasze miejsce pracy to sam środek galerii handlowej z ogromną choinką i złotymi saniami, wyściełanymi czerwonym pluszem. Dookoła stoją sztuczne świerki, a przy każdym z nich ustawiono prezenty. Podłogę zdobi sztuczny śnieg, a w tle rozbrzmiewa nastrojowa muzyka. Jednym słowem sceneria jest bajkowa i atmosfera w tej pracy mogłaby być całkiem miła, gdyby nie pewien bałwan, który uwielbia mi rozkazywać.
– No, w końcu jesteś!
Podchodzę do niego, starając się zachować resztki cierpliwości.
– Gdzie moje truskawki?
– Trudno będzie dostać jakieś dobrej jakości, mamy grudzień – tłumaczę najbardziej opanowanym tonem, na jaki mnie stać.
– Coś wymyślisz. No idź już, umieram z głodu. – Wypowiada te słowa, rzucając mi jedno znudzone spojrzenie.
Uśmiecham się do niego uprzejmie i jednocześnie układam sobie w głowie plan jego unicestwienia. W wersji dla dzieci po prostu zamieniam go w żabę, w wersji dla dorosłych… Cóż, przeczytałam mnóstwo thrillerów i mam naprawdę wiele możliwości.
Swoją drogą powinnam zapytać, jakiego używa szamponu, że ma tak świetne włosy, ale czuję, że to może być krew dziewic wymieszana ze łzami noworodków.
Radecki jest okropnym facetem, przystojnym, ale okropnym. I pomyśleć, że gdyby nie jego odpychający charakter byłby jak Pepco, Zara i Rossmann w jednym – wszystkim, czego pragnie kobieta. Wydatne kości policzkowe? Są. Przeszywające spojrzenie? Obecne. Idealnie wykrojone usta? Tak! Gęste ciemne włosy, w które można wplątać palce, podczas gdy… Ech, co z tego, skoro ten typ traci przy bliższym poznaniu. Jest jak Grinch w przebraniu Toma Hardy’ego, jak koperek w pudełku po lodach, jak e-book od tego znanego influencera… Jest jednym wielkim rozczarowaniem.
Nagle przypominam sobie o jego fanaberii, czyli truskawkach. Muszę się pospieszyć, zaraz zamykają. Tak właściwie to nie wiem, dlaczego tkwimy tutaj do późnych godzin, o tej porze i tak nie przyjdzie już do nas żadne dziecko.
Kiedy wchodzę do sklepu, ekspedientka zabija mnie wzrokiem, bo właśnie kończy myć podłogę.
– Nie ma truskawek. Jak już są, to rano i to takie z Maroka. Bez smaku, sama chemia – oznajmia, kiedy mówię jej, po co przyszłam.
– Muszę kupić coś do jedzenia. – Wzdycham i nagle zauważam kanapki.
– Z rana są… nie pierwszej świeżości, ale chyba da się zjeść.
– A macie jakieś po terminie? – pytam, bo nagle nabieram ochoty na małą zemstę.
– Co pani?! Karę byśmy zapłacili! Te są ważne do jutra, ale jak mam być szczera, to niech lepiej wybierze pani coś innego. Po tym to pani z toalety nie wyjdzie do rana.
– To ja wezmę dwie. – Uśmiecham się szeroko do sprzedawczyni, a ona patrzy na mnie jak na kosmitkę.
– Proszę. – Po kilku minutach wręczam Radeckiemu zakupy. – Truskawek nie było – mówię, kiedy patrzy na mnie zdziwiony. – Ale kanapki są świeże, dwie godziny temu przywieźli – kłamię i zastanawiam się, czy jestem bardzo złym człowiekiem, skoro robię mu coś takiego.
– To może chcesz jedną? Dwóch i tak nie zjem – proponuje, ale na jego twarzy nie pojawia się nawet cień uśmiechu.
– A nie, nie, nie jestem głodna, zostaw sobie na kolację – mówię szybko i modlę się, by dał mi już święty spokój.
– Wy, młodzi, ruszać tyłki do domu! Zaraz fajrant! – wykrzykuje w naszym kierunku Robert, ochroniarz, który w przeciwieństwie do mojego szefa ma coś takiego jak poczucie humoru.
– Ma rację, siedzenie tutaj aż do zamknięcia nie ma sensu – stwierdzam i patrzę, jak Radecki zsuwa z twarzy sztuczną białą brodę.
Przez chwilę gapię się na jego idealnie wykrojoną kwadratową szczękę, ale szybko przywołuję się do porządku.
– Nie moja wina. Takie godziny pracy mam w umowie z galerią, ty zresztą też – wzdycha.
– Naprawdę nie rozumiem, po co ci ta fucha… Ja jestem pod kreską, więc biorę wszystko, ale ty? Jesteś aktorem, pewnie śpisz na kasie.
– Kasa to nie wszystko. – Patrzy na mnie z powagą. – Może po prostu mam dobre serce i chcę rozweselić dzieciaki znudzone podczas zakupów.
– Taaa, ty i dobre serce… Niezły żart.
O dziwo Radecki… to znaczy Bartosz nie wścieka się na mój komentarz. Przeciwnie. Uśmiecha się pod nosem, tylko jakoś tak inaczej niż zwykle, jakby smutno, z nutką nostalgii.
– Mam was tu zamknąć na noc?! – dociera do nas głos lekko zniecierpliwionego Roberta.
– Już idziemy! Jeszcze tylko skorzystam z łazienki! – wykrzykuję, a on z rozbawieniem macha na mnie ręką.
Że też musiałam wypić dużą kawę…
Pędzę do toalety i robię, co trzeba, z prędkością błyskawicy, a potem wracam do głównej alejki. Cała galeria aż kipi od świątecznego klimatu i przepychu – ogromne świecące gwiazdy zwisają z przeszklonego sufitu, a balustrady na każdym z pięter są ozdobione zielonymi girlandami i złotymi kokardami. Teraz jest cicho, ale jeszcze godzinę temu panował tutaj gwar, a z głośników sączyły się świąteczne melodie.
Nagle zauważam jakąś postać stojącą obok sklepu z zabawkami. Może to zbłąkany klient? Kiedy podchodzę bliżej, widzę, że ten tajemniczy ktoś to starszy mężczyzna.
– Przepraszam, czy potrzebuje pan pomocy? Lada moment zamykają – mówię niepewnie i dopiero teraz zauważam, że nieznajomy ma na sobie znoszoną kurtkę i wypłowiałe, dziurawe spodnie.
– Pomocy? Nieee, nie trzeba – odpowiada, a jego duży siwy wąs zabawnie przy tym podryguje.
Przyglądam się mu uważnie. Trudno powiedzieć, ile ma lat. Zarost i siateczka zmarszczek na jego twarzy sprawiają, że wygląda poważnie i dostojnie.
– Może nie powinnam o to pytać, ale… ma pan gdzie się podziać? – próbuję ponownie.
– O mnie niech się pani nie martwi, lepiej pomyśleć o Stefanie.
– O Stefanie? To jakiś pana znajomy?
– Tak, znajomy. Znajomy gołąb.
– Gołąb?!
– Kręci się ich tutaj sporo przy galerii, bo ludzie często wyrzucają jedzenie. Ze wszystkich to Stefan jest najwierniejszy… zawsze na mnie czeka – tłumaczy z powagą. – Bo widzi pani, gołębie nie są lubiane, nazywają je latającymi szczurami, ale one… one potrafią być wierniejsze od ludzi. A ja dla Stefana mam zawsze specjalne ziarno, bo musi pani wiedzieć, że ptaków nie wolno dokarmiać chlebem, to im szkodzi.
– Ma pan rację, żadnego chleba – odpowiadam zakłopotana, bo ostatnie, czego się spodziewałam, to rozmowa o gołębiach.
Byłam pewna, że ten facet nazwie mnie kierowniczką, szefową, ewentualnie „madmłazel” i poprosi o drobne. Kiedy go zobaczyłam, od razu pomyślałam, że to bezdomny, który chce się tu nielegalnie przekimać. Cóż, kimkolwiek jest ten człowiek, nie powinnam była oceniać go pochopnie.
– No nic, będę się zbierał… – Mężczyzna zerka na wystawę sklepu z zabawkami, a na jego twarzy pojawia się nostalgiczny uśmiech.
– Niech pan poczeka, dam panu trochę grosza na ziarno dla Stefana. I może niech pan kupi sobie coś ciepłego na kolację, dobrze? – mówię szybko i zaczynam szukać w torebce portfela.
– To miłe, bo dobre ziarno sporo kosztuje, a nie warto oszczędzać na Stefanie. No bo kto to widział oszczędzać na przyjacielu, prawda?
– Tak, tak, ma pan rację – mamroczę i w końcu znajduję portfel.
Kiedy jednak podnoszę głowę i wyciągam w kierunku nieznajomego banknot… napotykam pustkę. Rozglądam się oszołomiona, ale mężczyzny nigdzie nie ma, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu.
Gdy docieram do drzwi wyjściowych, prowadzących na podziemny parking, Radecki już tam jest – ostentacyjnie spogląda na zegarek, który pewnie kosztował więcej niż roczny czynsz za moje mieszkanie.
– Długo ci tam zeszło – rzuca zniecierpliwionym tonem.
– Przepraszam, spotkałam starszego pana, myślałam, że może się zgubił.
– Słucham?
– Spotkałam faceta… Wyglądał jak bezdomny, ale był bardzo miły.
– Jesteś pewna? W tej galerii nie ma bezdomnych, ochrona dba o to, żeby nie zaczepiali klientów. Zresztą o tej porze nie ma tu nikogo poza nami i Robertem.
– Ale ja z nim rozmawiałam! – Unoszę się i czuję, że moje policzki zaczynają płonąć. – Mam dbać o gołębia Stefana, którym on się opiekuje.
– O gołębia Stefana?! – Radecki unosi brwi. – Rozumiem, że praca elfa bywa monotonna, ale narkotyki to nie jest sposób, żeby ją sobie umilić.
– To nie narkotyki! Jestem trzeźwa i wiem, że koło sklepu z zabawkami stał facet! – zapewniam go i mam ochotę tupnąć nogą.
– Masz omamy. To pewnie ta za ciasna sukienka blokuje ci dopływ krwi do mózgu. – Radecki mówi to wszystko denerwująco spokojnym głosem.
– Bardzo zabawne… To był jedyny strój elfa, w który się zmieściłam, poza tym to nie ja wpadłam na pomysł, żeby się tutaj zatrudnić!
– Hej, wczuwam się w rolę, pamiętasz? A każdy porządny mikołaj ma do pomocy elfa.
– Bzdura. Znam mnóstwo takich, którzy radzą sobie dobrze w pojedynkę. – Prycham i wychodzę na podziemny parking.
– Widocznie ja potrzebuję wsparcia. – Radecki zrównuje się ze mną i znów patrzy na mnie jakoś tak inaczej niż zwykle, jakby chciał powiedzieć coś, co jednak nie przechodzi mu przez gardło. – A wracając do twoich omamów… – Wyciąga z kieszeni płaszcza papierosa. – Pogadaj jutro z Robertem, sprawdzi monitoring. Chociaż mogę się założyć, że nic tam nie znajdzie.
Zaciskam pięści ze złości, ale milczę. Nie chcę się kłócić z tym przekonanym o własnej zajebistości bufonem. Spędziłam z nim kilka godzin i mam dość. A jednak zamiast ruszyć się z miejsca i pomaszerować na przystanek tramwajowy, tkwię w miejscu i wdycham mroźne powietrze. A przy okazji patrzę… no dobra, nie patrzę, ja się gapię, ale trudno nie gapić się na kogoś, kto wygląda jak jakieś pieprzone dzieło sztuki. Daję słowo, gdyby Michał Anioł wciąż był wśród nas, właśnie pędziłby po dłuto i kawał skały, bo tuż obok mnie stoi doskonały materiał na pierwszorzędnie wyrzeźbionego adonisa.
Mogę udawać ślepą, ale fakty są takie, że Radecki jest przystojny, a kiedy pali papierosa, robi to w tak hipnotyzujący sposób, że trudno oderwać od niego wzrok. Obserwuję, jak się zaciąga, a potem lekko odchyla głowę, przymyka na moment oczy i powoli wydmuchuje z ust obłoczek dymu. Przez jeden głupi moment moje ciało pragnie być tym obłoczkiem.
Czy w taki sam sposób pali po seksie? Pewnie tak, z tą różnicą, że jest wtedy nagi i…
Stop!
Zaciskam powieki i szybko przywołuję się do porządku. Ten facet myli moje imię, a do tego wydaje mi rozkazy znacznie częściej niż moja rodzona siostra podczas przedświątecznych porządków. Musiałabym być naprawdę szalona, żeby chcieć od niego czegoś więcej niż tylko sowitej zapłaty za dobrze wykonaną pracę.
– Tutaj nie wolno palić – rzucam, złośliwie się uśmiechając, bo chcę mu dopiec.
– Powiedziała dziewczyna, która załatwia się w męskiej toalecie. Zasady są po to, żeby je łamać – odpowiada z powagą, patrząc mi przy tym wyzywająco w oczy.
Momentalnie robię się czerwona.
– Założę się, że mnie nie znosisz i w myślach zwracasz się do mnie po nazwisku – dodaje niespodziewanie i uśmiecha inaczej niż zwykle, jakoś tak chłopięco i łobuzersko, czym kompletnie zbija mnie z tropu.
– Eeee, słucham?
– No powiedz szczerze, wkurzam cię. Jestem dla ciebie Radeckim, bufonem z kijem w tyłku.
– O, to bardzo trafne określenie – odpowiadam z rozbrajającą szczerością i wciąż zahipnotyzowana patrzę, jak gasi niedopałek czubkiem buta.
– Ale nie uciekłaś. Coś tak czułem, że nasza współpraca będzie się układać – rzuca tonem tak beztroskim, jakby mówił o pogodzie.
– Jak to nie uciekłam? – Patrzę na niego osłupiała.
– Moje dwie poprzednie asystentki uciekły. Nie wytrzymały ze mną.
– Nie jestem twoją asystentką.
– Nieważne – odpowiada z typową dla siebie nonszalancją, a kiedy już mam zamiar się pożegnać i odejść, dodaje: – Jeśli będziesz dobrze wykonywać swoją robotę, wyjmę kij z tyłka i zrobię wszystko, żebyś jakoś ze mną wytrzymała.
– Brzmi obiecująco – wyduszam, bo nie wiedzieć czemu, mam ściśnięte gardło.
– Może tego nie widać, ale naprawdę zależy mi na tych świętach. – Patrzy na mnie z wypisaną na twarzy determinacją, a potem tak po prostu odwraca się na pięcie. – Do jutra, świąteczny freaku – rzuca, nie oglądając się za siebie, i rusza na parking.
A ja zostaję sama, wciąż osłupiała, przed drzwiami galerii.
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
Bartosz
Dostępne w wersji pełnej
Agata
Dostępne w wersji pełnej
