Napraw mnie - Anna Langner - ebook
NOWOŚĆ

Napraw mnie ebook

Anna Langner

4,2

64 osoby interesują się tą książką

Opis

Żelki i Netflix to zdaniem Amy jedyny sposób na leczenie złamanego serca. Przynajmniej do czasu, aż na horyzoncie pojawia się nowa praca w agencji reklamowej. Pełna wyzwań i okazji, w których można się wykazać, na pewno pozwoli odwrócić uwagę od myśli kotłujących się w głowie.

Jednak osiągnięcie wewnętrznego spokoju nie przychodzi Amy tak łatwo. W Black Library od kilku tygodni pracuje niezwykle uzdolniony programista i spec od social mediów. Przystojny, wytatuowany i z gniewem w oczach. Brzmi znajomo? Ścieżki Amy i Barry’ego znów się splatają, bo jak wiadomo, przeznaczenie nie odpuszcza.

Tajemnice i pytania mnożą się jak ślimaki po deszczu, a napięcie między dwójką bohaterów rośnie z każdą przewracaną kartką tej książki. Czy zniszczoną relację uda się naprawić? A co jeśli komuś bardzo zależy na tym, by ta dwójka nigdy nie była razem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla wszystkich tych, którzy czują się nieidealni i zepsuci. Mam nadzieję, że pewnego dnia traficie na kogoś, kto nie tylko będzie Was naprawiać,

Rozdział 1

Leżymy tak razem od dziesięciu minut. Wpatruję się w niego i wzdycham. Mogłabym tak godzinami. Jest taki gładki. Malutki. I słodki. Jest tylko mój. Wącham go. Czuję tyle emocji.

– Jesteś jedynym, co mi pozostało – szepczę, głaszcząc go delikatnie.

Moje szczęście. Moje wszystko.

To o nim myślę zaraz po przebudzeniu. To dla niego wstaję rano i lecę do sklepu na złamanie karku.

I pomyśleć, że taka mała kruszynka potrafi tak bardzo namieszać w życiu…

Uśmiecham się do niego, a potem robię to co zwykle – odgryzam mu głowę. Powoli.

Jego drobne ciało najpierw rozciąga się tak, jakby było z gumy. Ale ja jestem silniejsza. Odrywam i przeżuwam, spoglądając na mały, tłuściutki, bezgłowy tułów. Brzuszek, ręce i nogi.

Tylko tyle z ciebie pozostało.

Zjadam także i to.

– O nie, to był ostatni! – jęczę do siebie i przewracam się na łóżku, zgniatając w dłoni puste opakowanie.

Moje uzależnienie od żelków przybiera na sile. Szczególnie upodobałam sobie te w kształcie miśków. Nie żebym wcześniej ich nie lubiła. Po prostu teraz są jedynym powodem, dla którego z chęcią wstaję z łóżka. A powód, przez który nie mam ochoty na nic więcej, wyjechał, zostawił mnie i…

Dosyć! Potrzeba mi więcej żelków!

Wrzesień w tym roku jest okrutny – na zewnątrz leje, a drzewa gną się pod naporem wiatru, ale nawet to nie powstrzyma mnie przed wyprawą do sklepu. Wstaję, potykam się o własne kapcie i biorę z fotela pierwszą lepszą parę jeansów. Leży ich tam cała sterta, bo ostatnio nie mam siły na sprzątanie. Wciągam brzuch i próbuję zapiąć guzik.

– Niech to szlag! Jeszcze tydzień temu w nie wchodziłam! – Przeklinam i rzucam spodnie w kąt. Sięgam po legginsy.

Prawda jest jednak okrutna i czas spojrzeć jej w oczy: uzależnienie od żelków poza oczywistym ryzykiem próchnicy sprawia, że nie mieszczę się w swoje dawne ciuchy. Tych kilka nadprogramowych kilogramów nie powinno być dla mnie tragedią, bo moja waga nadal utrzymuje się w normie. Ale robi się coraz mniej komfortowo, a poczucie własnej wartości, które zawsze miałam niskie, jeszcze zmalało.

Wstyd mi, bo nie potrafię poradzić sobie ze złamanym sercem inaczej niż za pomocą cukru. Pocieszam się, że przecież mogło być gorzej: mogłam rzucić się w narkotykowe opary albo spalić sobie gardło mocą captaina morgana. Tymczasem ja wybrałam słodki, cukrowy rausz.

Zmieniłam się. Zaczęłam sporo imprezować i pić więcej niż kiedyś. Wprawdzie nie brałam dragów i nie rozkładałam przed nikim nóg, ale zdarzyło mi się parę flirtów. Wszystko po to, by o NIM zapomnieć. Jak to mówią: cel uświęca środki.

Moje weekendy są teraz kolorowe i intensywne, choć rano pozostaje po nich tylko mgliste wspomnienie. Przez tych kilka godzin w klubie udaje mi się nie rozmyślać, tydzień przynosi jednak szarą rzeczywistość, pracę i codzienne problemy. Tylko słodkie pyszczki żelkowych miśków pomagają mi to jakoś przetrwać. Byle do kolejnego weekendu, do kolejnej imprezy z Becky i z niezliczoną liczbą zainteresowanych nami mężczyzn.

Nie znaczą za wiele. Mają tylko spełnić pewną funkcję. Tak jak telefon umożliwia komunikację, a mikrofalówka podgrzewa posiłki. Ich zadaniem jest sprawiać, bym czuła się chciana. Oni plus parę drinków to moje paliwo na kolejny tydzień.

Podsumujmy: jadę na beznadziejnych i płytkich relacjach z nieznajomymi facetami oraz na słodyczach. Równia pochyła. Ale już wkrótce się to zmieni. Dostałam szansę na nowy początek i nie zamierzam jej zmarnować.

Rozglądam się po swoim zabałaganionym pokoju. Na krześle piętrzy się sterta ubrań. Na nocnej szafce walają się puste opakowania po słodyczach. Jest nawet para sztucznych rzęs, która nie przetrwała ostatniej imprezy i wygląda teraz żałośnie.

Zupełnie jak ja.

Zerkam na pomiętą pościel, którą miałam uprać tydzień temu. Skoro nie potrafię ogarnąć swojego pokoju, to jakim cudem mam ogarnąć swoje życie?

Zdaję sobie sprawę, że straciłam nad wszystkim kontrolę. W tym całym chaosie myśli i dobijającej codzienności poczułam się bezpiecznie i wygodnie. Zaczęłam wybierać proste rozwiązania i łatwe przyjemności. Mogłabym pobiegać albo wrócić do rysowania, bo to przecież doskonałe sposoby na stres i złamane serce. Zamiast tego wolę Netflixa i paczkę żelków. Idę po linii najmniejszego oporu.

Moja przyjaciółka Becky widzi, że coś jest nie tak. Może i wierzy w płaską Ziemię, ale ma niesamowity dar wyczuwania problemów u innych. Stara się nie krytykować moich życiowych wyborów, które najczęściej są do dupy. I tyczy się to wyboru zarówno faceta, jak i jedzenia na sklepowej półce. Stwierdziła tylko, że w końcu nabrałam kobiecych kształtów i pora, bym zaczęła ich używać. Od razu jednak dodała, że poziome paski pogrubiają i że mam wrócić do czerni. To mi dało do myślenia. Przez chwilę.

To wszystko brzmi tak, jakbym się nad sobą użalała. Ale co innego mi pozostało? Wakacje się skończyły, codziennie pada, a ja nie mieszczę się w swoje ulubione jeansy.

Czasami zadręczam się jeszcze bardziej. Zastanawiam się, co ON właśnie z NIĄ robi.

Czy oglądają razem Pamiętnik, leżąc wtuleni w siebie na kanapie? Czy on uczy ją jeździć na desce, szukając co chwila pretekstu, by złapać ją za tyłek? Czy rano po namiętnej nocy ona chodzi w jego koszulce?

To boli. To tak, jakby wyobraźnia gasiła niedopałki na moim żywym, choć nieźle poharatanym sercu.

Żeby nie było, próbuję się pozbierać. Nie zmarnuję swojego życia przez jakiegoś frajera, który mnie zostawił. Potrzebuję tylko trochę czasu. I trochę cukru, glutaminianu sodu i kilku nowych odcinków mojego ulubionego serialu.

Na szczęście wszystko zmierza ku dobremu: Eva namówiła mnie na zmianę pracy. To jest właśnie moja szansa. Jej zdaniem w studiu tatuażu marnuję swój potencjał. Pokazała moje szkice jakiemuś znajomemu z agencji reklamowej. Prawie dwa tygodnie męczyła mnie, abym wysłała tam swoje CV. Nie mogłam uwierzyć, gdy okazało się, że są zainteresowani. A gdy w końcu uwierzyłam, byłam pewna, że zaprosili mnie na rozmowę, bo jestem znajomą Evy.

Wiem, że powinnam się cieszyć. Nowy etap. Kolejna faza rozwoju. Lepsza kasa i perspektywy. Tylko że nie lubię zmian. Zmiany niosą za sobą niewiadome, a w moim przypadku to zazwyczaj oznacza więcej złego niż dobrego.

Te słynne teksty w stylu „Wyjdź ze swojej strefy komfortu”, „Bądź najlepszą wersją siebie!” wywierają na mnie wpływ odwrotny od zamierzonego. Kocham moją strefę komfortu. To jedyne, co mi pozostało. Poranna wyprawa do sklepu po paczkę żelków. Szybka kawa przed pracą. Wieczorne czytanie książek w łóżku z paczką chipsów u boku. To moja skorupa, niezmienna i stała, do której zawsze mogę się schować. Zawsze, gdy znów nachodzą mnie wspomnienia.

Byłabym jednak idiotką, gdybym nie spróbowała. Tajemnicza firma okazała się grubą rybą. Black Library to prężnie rozwijająca się agencja reklamowa. Mają filie w kilku stanach, a niedawno jedną z nich otworzyli na naszym zadupiu. To oni są odpowiedzialni za kampanię frytek Ekstradługich & Ekstragrubych. Użyli seksualnego podtekstu, który zniesmaczył opinię publiczną (czy w tej firmie aby na pewno nie pracuje Becky?). W Black Library działają odważnie i niekonwencjonalnie. Ostatnio chodzą plotki, że usidlili znaną markę odzieżową.

Byłam pewna, że jak w każdej korporacji, tak i tam mają swoje procedury i nie przyjmują ludzi bez doświadczenia i studiów. Nie wiem, jakich sztuczek użyła Eva, bo okazało się, że chcą spotkać się właśnie ze mną.

Powoli zaczynam panikować. Rozmowa w sprawie pracy jest jutro, a moja jedyna przyzwoita i elegancka spódnica wchodzi tylko do połowy moich ud. Daję głowę, że jeszcze miesiąc temu się w nią mieściłam.

Gdy w końcu się ogarniam i wychodzę do sklepu, postanawiam sobie, że zamiast żelków wezmę fit chipsy marchewkowe. Wszechświat ma wobec mnie jednak inne plany, bo miły pan za kasą informuje mnie, że mają promocję – druga paczka jest prawie połowę taniej. Paczka żelków, rzecz jasna.

Biorę cztery. Żal nie skorzystać.

***

Jakieś dwadzieścia sześć godzin później siedzę na nowoczesnym, niewygodnym krześle i gapię się na tablicę informującą o zakazie palenia i robienia miliona innych rzeczy. Nerwowo stukam kostkami nóg o siebie.

Taaa… kostki to jedyne, co mam jeszcze szczupłe.

Chciałabym nonszalancko założyć nogę na nogę, ale to niewykonalne, bo ledwie jestem w stanie oddychać w za ciasnej ołówkowej spódnicy, której wysoki stan nieprzyjemnie uwiera mnie w brzuch. Nadal nie mam pojęcia, jak w nią weszłam.

Biorę do ust długopis i gryzę go nerwowo.

Znam podobne sceny. Co prawda główna bohaterka zwykle bierze do ust ołówek, ale mniejsza z tym.

Tak, to ten moment! Jestem zdenerwowana, niedoświadczona i czekam na rozmowę z szefem tej firmy. Zaraz wezwą mnie do jego gabinetu i oto stanie przede mną on – bóg seksu. Boski Christian Grey!

W chwili gdy na moją twarz wjeżdża mina pod tytułem „Myślę o seksie”, otwierają się drzwi i z gabinetu wychodzi mężczyzna. Staje przede mną, wyciąga dłoń i przedstawia się jako prezes filii Black Library. Ma na oko czterdzieści kilka lat, brzuch żyjący własnym życiem i wąs à la Freddie Mercury. W żadnym wypadku nie jest to Christian Grey.

Szlag! A tak niewiele brakowało!

– Ty pewnie jesteś Amy McCallister. Proszę, wejdź do gabinetu. Zaraz zaczynamy. – Uśmiecha się uprzejmie i wskazuje duże drzwi.

Wydaje się miły. Zamiast garnituru ma na sobie różową koszulę w tukany i eleganckie spodnie w kant. Interesujące połączenie. Ciekawe, jak by zareagował, gdybym powiedziała mu, że wygląda jak Freddie. Może lepiej nie ryzykować.

Steve – bo tak ma na imię mój być-może-przyszły szef – okazuje się otwartym na nowości, nieco ekscentrycznym znawcą szeroko rozumianej kultury.

Słucham oniemiała, jak rozpływa się nad moim rysunkiem, który dostał od Evy. Miałam nadzieję, że pokazała mu stworzone przeze mnie portrety, tymczasem w dłoni Steve’a tkwi rysunek przedstawiający ślimaka. Jest bardzo realistyczny, wykonany ołówkiem, z uwzględnieniem wszelkich szczegółów – fałd, śluzu i całej reszty. Ale to nadal tylko rysunek ślimaka.

Nic na to nie poradzę – jestem dziewczyną, która uwielbia ślimaki. Gdy nieświadome zagrożenia wychodzą w deszczowe dni na chodniki, ja je ratuję. I czasami z nimi rozmawiam. W przeciwieństwie do ludzi nie oceniają, tylko ze zrozumieniem ruszają czułkami.

– Właśnie tego potrzebujemy! – Steve macha kartką przed moimi oczami. – Mamy filię w Bostonie, ale tam są sami starzy wyjadacze. Jak to się mówi: konserwy. Zwolennicy klasyki. Tutaj stawiamy na innowacje, na świeżość. Szukamy młodych ludzi z niebanalnymi pomysłami. Kogoś takiego jak ty, Amy!

Obserwuję, jak Steve, wyraźnie podekscytowany, podwija rękawy swojej barwnej koszuli. Ten kawałek bawełny ma w sobie coś fascynującego, bo ciągle się na niego gapię.

– Reklama ma ogromną moc! A my mamy świetnych grafików, webmasterów, doskonałą stronę internetową! Klient może u nas liczyć na pełny zakres usług. Dzisiaj produkt bez reklamy jest zaledwie półproduktem. Ludzie nie kupują tylko książki, nowego kubka czy kolejnej koszulki. Kupują całą otoczkę, obietnicę atrakcyjnego stylu życia. – Steve patrzy na mnie z entuzjazmem i chyba liczy, że wywoła u mnie podobną reakcję.

Niestety jestem zbyt oszołomiona. Staram się policzyć tukany na jego koszuli, ale to nie pomaga. Nadal jestem kłębkiem nerwów.

Słucham tego potoku słów i układam sobie wszystko w głowie. Ten mężczyzna albo jest bezkrytyczny i naprawdę jara go mój ślimak wykonany ołówkiem, albo ma nóż na gardle i pilnie potrzebuje ludzi do pracy, inaczej sam wyleci. Stawiam na to drugie, bo zachowuje się jak szaleniec.

– Okres próbny jest nie do przeskoczenia, ale wierzę, że sobie poradzisz. Nie martw się formalnym strojem – dodaje, widząc, jak nerwowo poprawiam spódnicę. – Mamy tutaj luźne czwartki i piątki, wtedy możesz się ubierać, jak chcesz. W pozostałe dni niestety obowiązuje określony dress code. Walczę z tym w centrali, jak na razie bez skutku. Jesteśmy grupą twórczych jednostek, a nie bandą robotów! Oczywiście ja jako szef mogę trochę nagiąć zasady. – Wskazuje na swoją koszulę i porozumiewawczo się uśmiecha.

Założę się, że te tukany przyśnią mi się w nocy…

– To jak? Jesteś gotowa podjąć wyzwanie? Nie ma lekko, będzie ostry zapieprz, ale kasa i satysfakcja gwarantowane.

Kiwam głową na znak aprobaty.

– W takim razie chodź, przedstawię ci resztę ekipy, a potem będziesz mogła wrócić do domu i świętować ze znajomymi początek wielkiej kariery!

Jasne. Cztery paczki gumowych znajomych o smaku wieloowocowym czekają na mnie w domu. Będzie niezła impreza.

Steve prowadzi mnie szerokim korytarzem. Budynek jest stary, ale w środku wygląda jak typowy, nijaki, ultranowoczesny biurowiec. Mijamy dział techniczny i sekretariat, w którym miałam już przyjemność poznać Natalie – nieśmiałą, rudowłosą dziewczynę.

Przechodzący korytarzem pracownicy ukradkiem mi się przyglądają i zaczynam się czuć coraz bardziej nieswojo. Wszyscy wydają się tacy poważni, profesjonalni i dorośli. To zupełnie inny klimat niż w Lizard Tattoo.

Mój prawie-szef pomiędzy okrzykami ekscytacji pokazuje mi kuchnię, stołówkę i salę konferencyjną. W końcu docieramy do ostatniego pomieszczenia. Wchodzimy do środka i momentalnie skupiamy na sobie całą uwagę znajdujących się w nim osób. Kilka par oczu wpatruje się w nas z zaciekawieniem.

– Wszyscy są? – Steve nie czeka na odpowiedź, tylko kontynuuje: – W takim razie poznajcie nową członkinię załogi. To Amy, utalentowana rysowniczka, a po małym przeszkoleniu zapewne świetna graficzka! Kreatywna i inteligentna. Przyjmijcie ją dobrze.

Mam wrażenie, że Steve jest podekscytowany bardziej niż my wszyscy razem wzięci. Rozgląda się po pomieszczeniu wzrokiem szaleńca i dziwnie się uśmiecha. Musieli obiecać mu tam, w Bostonie, dużą premię, inaczej nie byłby tak optymistycznie nastawiony. Choć „optymizm” to zbyt łagodne określenie. „Paranoiczna euforia” brzmi znacznie lepiej.

Wszyscy zgromadzeni w pokoju uśmiechają się do mnie przyjaźnie. Albo są w porządku, albo tylko takich udają przed swoim szefem.

– Ten osiłek z długimi lokami to Ollie. – Steve wskazuje na postawnego blondyna, który z trudem wciska się w obrotowe krzesło.

Chłopak posyła mi śnieżnobiały uśmiech. Jest przystojny i wygląda jak seksowny wiking z tą swoją kwadratową szczęką, długimi włosami i zarostem.

– Jest grafikiem. Wystarczy, że masz pomysł, a on zrobi z tego świetny banner i wiele więcej. – Steve prawie pęka z dumy. – Obok siedzi Yasminne. Zazwyczaj zajmuje się tworzeniem tekstów dla naszych klientów. Większość chwytliwych sloganów w naszych reklamach to jej dzieło. Ale jest wszechstronnie uzdolniona, więc liczę, że wkrótce będzie nadzorować całe kampanie. Poza tym nie mogła wytrzymać w dziale PR. Praca z samymi kobietami to nie dla ciebie, prawda, Yas?

– Tam siedzą same pustaki. Ile można gadać o lakierach do paznokci?! – Ładna dziewczyna z burzą rudych loków uśmiecha się do mnie życzliwie.

Wysoki chłopak wyglądający jak chudsza wersja Elvisa Presleya zagląda do pokoju i prosi Olliego na słowo. Szwedzkie mięsko, jak pewnie nazwałaby go Becky, przeprasza nas i wychodzi, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wygląda na to, że ta za ciasna spódnica działa cuda, choć nadal czuję się w niej jak parówka.

– Mamy jeszcze Dave’a, ale pewnie wyszedł po kawę. Jest fizykiem z wykształcenia i programistą z zamiłowania. To geniusz, choć czasami trudno się z nim dogadać. Właściwie powinien siedzieć w dziale technicznym, ale jest też niesamowicie kreatywny, więc wzięliśmy go tutaj. Słyszałaś może slogan Ekstradługich & Ekstragrubych? Ten z erotycznym podtekstem? Dave go wymyślił. – Steve mruga do mnie porozumiewawczo.

Trudno wybić sobie z głowy tę reklamę i obrzydliwe porównanie frytek do męskich penisów. Nie do wiary, że ta kampania okazała się sukcesem. Nie muszę chyba dodawać, że to ulubiona reklama Becky.

– Znów padły serwery! Nie zrobię newslettera dla klientów, jeśli wszystko się sypie! Niech ktoś pogada z ważniakami z technicznego, bo moje słowa do nich nie docierają, a muszę jeszcze… – Za swoimi plecami słyszę znajomy męski głos.

– A, kolejna zguba! – przerywa nowo przybyłemu Steve.

Zamieram. Pewnie wyglądam jak wystraszone leśne zwierzątko, które widzi światła nadjeżdżającego samochodu, ale z przejęcia nie może się ruszyć. Nie muszę się odwracać, bo doskonale wiem, kto za mną stoi.

Wszechświat to dziwka, która się na mnie mści. Zdarzają się niewiarygodne zbiegi okoliczności, ale to już przesada! To nie jest jakiś mdły romans, na którego kartach bohaterowie co rusz na siebie wpadają! To jest życie! Takie rzeczy nie mają prawa się dziać!

– Barry! – Steve wymawia to imię tak pompatycznym tonem, jakby miał przed sobą co najmniej Buddę. – Świeża krew! Jest z nami od kilku tygodni i szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie do tej pory ukrywał się z takim talentem. To mój najlepszy programista i spec od promocji w social mediach. No i całkiem nieźle radzi sobie z grafiką, ale nie mów tego Olliemu, bo będzie czuł się strącony z piedestału.

Milczę. Czekam, aż to wszystko rozpłynie się w powietrzu i okaże sennym koszmarem.

– Barry, a to jest nasz nowy nabytek! Nasz skarb! Prawdziwa puszka Pandory! Wydaje się niepozorna, ale gdy ją otworzysz… Wtedy bum! Kumulacja kreatywności, świeżości, świetna kreska, doskonały zmysł obserwatorki! Gdybyś widział, jak realistycznie rysuje!

Steve na pewno coś bierze. Nikt normalny nie gada bez przerwy takich rzeczy.

Odwracam się w końcu, bo głupio stać do nich tyłem. Palę się ze wstydu, słuchając pseudokomplementów pod moim adresem. Steve marketing i wciskanie kitu ma we krwi. Potrafi zareklamować wszystko – od ociekających olejem frytek po umiejętności osoby, którą zna od kilkunastu minut.

Gdy podnoszę głowę, Barry’ego już nie ma, a mój szef przeklina pod nosem i wybiega za nim z pokoju. Yasminne patrzy na mnie zaskoczona, więc uśmiecham się z przymusem, żegnam się ze wszystkimi i także wychodzę.

– Co w niego wstąpiło?! – mamrocze do siebie Steve i obserwuje Barry’ego, który stoi po drugiej stronie korytarza i zapala papierosa. Dokładnie nad jego głową wisi tabliczka informująca o zakazie palenia.

Zatrzymuję się obok swojego nowego szefa i w myślach błagam o to, by jak najszybciej odesłał mnie do domu. Byleby jak najdalej od…

– Mniejsza o niego. Później sobie z nim pogadam. – Steve nagle mnie zauważa i od razu wraca mu dobry humor. – To jak, młoda damo? Z taką ekipą jeszcze o nas usłyszą tam, w Bostonie! Posypią się premie!

– Niebędęznimpracowaćrezygnuję.

– Zawsze się ze mnie śmiali, że dostałem biuro na zadupiu i nikt nie będzie nam dawał zleceń. No to teraz im pokażemy! Co mówiłaś? – Steve wynurza się z chmury euforii i patrzy na mnie zdezorientowany.

– Nie będę z nim pracować. Rezygnuję.

Jego twarz blednie i zaczynam się zastanawiać, czy nie ma czasem problemów z sercem. Nie chcę, by przeze mnie umarł. Polubiłam go mimo tej jego szalonej osobowości. Kupił mnie tą koszulą w tukany.

– Jesteś dobra w rezygnowaniu, prawda? – zwraca się do mnie Barry, który nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się obok mnie i Steve’a.

–To ty z nas zrezygnowałeś… – odpowiadam najspokojniej, jak potrafię.

Patrzę na niego spod grzywki, jakbym obawiała się, że jego jedno spojrzenie mnie zabije. Jest na mnie wściekły. Zaciąga się mocno papierosem, a jego oczy ciskają gromy. Znam go wystarczająco dobrze, by zauważyć, że coś jest nie tak.

W mojej głowie mnożą się pytania: Co on tu robi? Praca?! A co z jego studiami?! Wrócił do miasta z NIĄ czy może bez NIEJ?

Kompletnie nie rozumiem jego zachowania. To nie ja zawiniłam. Ja jestem ofiarą. Dlaczego więc patrzy na mnie tak, jakbym była przyczyną wszystkich jego nieszczęść?

Wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak to będzie, gdy kiedyś przypadkiem gdzieś się spotkamy. Spodziewałam się, że prędzej czy później wróci do miasta. W końcu ma tutaj swój dom i rodziców.

Okazało się, że moje wyobrażenia nijak się miały do rzeczywistości. Nie żebym oczekiwała padania do moich stóp, ale odrobina skruchy z jego strony by nie zaszkodziła. Zamiast tego Barry patrzy na mnie tak, jakbym zabiła mu matkę, wypaliła ostatniego skręta i pobiła rekord na jego konsoli.

Czuję, jak w mojej piersi serce wybija szalony rytm. Mam wrażenie, że pozostali je słyszą. Ponownie spoglądam ukradkiem na Barry’ego i, cholera, wydaje mi się jeszcze przystojniejszy niż wtedy, gdy widziałam go po raz ostatni.

– Chwila, chwila! Czy ktoś może mi powiedzieć, co się tutaj dzieje?!

Zarówno ja, jak i Barry milczymy, więc szef wydaje z siebie zniecierpliwione westchnienie, po czym zwraca się do mnie:

– Dałem ci właśnie robotę, chociaż nie masz studiów i doświadczenia, a ty mi mówisz, że odchodzisz?! I to ze względu na niego, dobrze zrozumiałem?! Wy się znacie?!

Zastanawiam się, co mu odpowiedzieć. Postanawiam zaszaleć i nie mówię nic.

Steve wygląda, jakby miał eksplodować ze złości, ale ostatecznie to desperacja bierze górę i robi się trochę milszy. Naprawdę musi mu zależeć na nowych pracownikach.

– Jezu, dziewczyno! Potrzebuję cię! Gonią nas terminy! Czy ty wiesz, ile mamy rozpoczętych projektów?! W tym jedna wielka kampania, która jest na razie tajemnicą. A czy widzisz, ilu nas tutaj jest?! To będzie cud, jeśli doprowadzimy wszystko do końca, nie mówiąc już o jakimkolwiek sukcesie! – Nagle milknie i zerka na mnie spłoszony, jakby właśnie zrozumiał, że za dużo papla. – Okej, nie mówię ci tego wszystkiego, żeby cię przestraszyć, ale mamy nóż na gardle, więc albo wykonamy cały plan i Boston spuści się ze szczęścia, albo będzie pozamiatane!

Ten człowiek to chodząca sinusoida euforii i dramatyzmu. Zupełnie jak ja, gdy mam ochotę na coś słodkiego, a jakiś cichy głosik w mojej głowie przypomina mi, że nie mieszczę się w żadne spodnie.

Zawisa między nami złowroga cisza. Wszyscy troje mierzymy się wzrokiem jak w jakimś tanim westernie. Marzę o teleportacji i wannie pełnej miśków Haribo, w której mogłabym się schować i utonąć.

– Mówię do was! Jezusie, daj mi siłę! Widzę, że dopóki sobie czegoś nie wyjaśnicie, to nie będziecie w stanie razem pracować. O co poszło? – Steve zerka raz na mnie, raz na Barry’ego i wygląda tak, jakby miał ochotę nas pozabijać.

– Przykro mi. Nie będę z nim pracować – mamroczę w stronę swoich butów i błagam uciekającą pewność siebie, aby wróciła do mnie choć na chwilę.

– Nie. To ja nie będę pracować z nią. – Słyszę kpiarski ton Barry’ego, ale nie odpowiadam na zaczepkę, tylko wbijam paznokcie we wnętrza swoich dłoni.

– Nie wiem, o co wam poszło, ale macie czas do jutra, by sobie wszystko wyjaśnić. Potrzebuję zespołu, a nie dwóch obrażonych cipek, które skaczą sobie do gardeł! Inaczej ja za to wszystko beknę, a wy możecie zapomnieć o kasie, premii i zajebiście czyściutkim CV, już ja się o to postaram!

O, jednak Steve wcale nie jest taki milutki.

– Pokój ze starą kserokopiarką jest tam. Mówią, że seks na zgodę jest najlepszy, a ja już przyłapałem tam połowę naszego biura… Tak że ten… jeśli to miałoby oczyścić atmosferę między wami…

Steve znacząco porusza brwiami i wskazuje na drzwi znajdujące się niedaleko automatu z kawą.

Czy on mówi poważnie?! Przecież się nienawidzimy.

– Punkt ksero? – Patrzę na niego z powątpiewaniem.

– No co? W biurach zawsze uprawia się seks na kopiarce. Tydzień temu widziałem, jak Ollie… Zresztą nieważne. W razie czego nie wiecie tego ode mnie.

– Daruj sobie, Steve. Nie zamierzam przebywać z nią w jednym budynku, a co dopiero jej dotykać. – Głos Barry’ego jest przesiąknięty odrazą, aż się wzdrygam. Mówi tak, jakby mnie tutaj nie było.

– Wyczuwam między wami erotyczne napięcie, które trzeba rozładować. – Steve patrzy na nas podejrzliwie. – Ale okej, skoro chcecie się męczyć, to proszę bardzo. Dałem wam szansę na oczyszczenie atmosfery i udostępniłem ustronne miejsce na wyjaśnienia, na bzykanko, na cokolwiek. Od jutra zero darcia kotów i powłóczystych spojrzeń. To drugie tyczy się ciebie, młoda damo. – Celuje we mnie palcem.

Ja i powłóczyste spojrzenia?! Że niby ja w jego stronę…?! Że może niby patrzę na jego tatuaże i przypominam sobie, jak wygląda bez koszulki?! Że niby Barry… ja na niego… Nieeee. Nonsens. Ledwo co zerkam.

– Od jutra stosunki między wami mają być koleżeńskie i formalne. A co robicie po pracy, to już nie moja sprawa. Czy to jasne?!

– Eeee… ale powiedziałem, że rezygnuję. – Barry trzyma ręce w kieszeniach i brzmi tak, jakby wcale nie przejął się nerwową reakcją szefa.

– Nie. To ja mówiłam, że rezygnuję – rzucam opryskliwie i patrzę na niego tylko przez chwilę, żeby Steve nie uznał mojego spojrzenia za powłóczyste.

Jeszcze ktoś by sobie pomyślał, że patrzę na pokryte tatuażami, umięśnione ręce Barry’ego, które aż się proszą, by ich dotknąć…

Po chwili nie wytrzymuję i spoglądam na niego ponownie. Podwinął rękawy koszuli, poluzował kołnierzyk, odpiąwszy parę guzików od góry. Jego włosy sterczą na wszystkie strony i ma kilkudniowy zarost. Nie wygląda jak nudny pracownik korporacji. Raczej jakby właśnie uprawiał seks albo wyszedł z kampanii Guessa. No wiecie, tej w czerni i bieli, gdzie pozują przystojni, niegrzeczni modele.

Jezusie! Barry i biała koszula to idealne połączenie! Coś jak Big Mac i sekretny sos albo mleko i oreo.

– Panie, daj mi siłę, albowiem nie wiedzą, co czynią! – Steve wznosi oczy ku niebu, a ja analizuję ten bardzo oryginalny lament w biblijnym stylu. – Po pierwsze: TY. – Wskazuje na Barry’ego. – Masz podpisaną umowę i obowiązuje cię okres wypowiedzenia. Nie możesz sobie wyjść ot tak. Po drugie: TY. – Wskazuje na mnie. – Nie zrobisz tego Evie, która wyświadczyła ci przysługę i przyniosła twoje CV, a wcześniej dała ci robotę w salonie tatuażu. A gdybyście jednak okazali się bezdusznymi gnojkami i chcieli jutro nie stawić się w pracy, to patrzcie na to!

Steve wyciąga z kieszeni ołówek, kartkę papieru i coś gryzmoli. Po chwili wskazuje na długi rząd cyferek, wymachując świstkiem przed naszymi oczami.

– Tyle! Tyle dostanie każde z was, jeśli ogarniemy na czas wszystkie projekty. Nie wierzycie? Okej, zrobimy aneksy do umów, jeśli chcecie mieć to na papierze. Dla centrali pieniądze nie grają roli. To dla nich kwestia prestiżu. Wyłożyli kupę kasy na nową filię. Musimy zacząć zarabiać, zrobić kilka dobrych kampanii, żeby w środowisku gadali, że Black Library idzie naprzód, a nie stoi w miejscu. Jeśli nam się uda, kolejne zlecenia będą spadać jak manna z nieba.

Ani ja, ani Barry nie odpowiadamy, więc Steve kontynuuje. Jest marketingowcem i wizja, którą przed nami roztacza, jest znacznie podkoloryzowana, ale brzmi bardzo przekonująco.

– Wiem, że potrzebujecie kasy. Za taką kwotę możecie kupić samochód, zainwestować. Albo wyjechać do Nevady, kupić starą farmę i uprawiać zielsko. Romantyczne, prawda? Jeśli to was nie przekonuje, to jesteście naiwni. Ja w waszym wieku nawet nie śniłem o takich pieniądzach! Prześpijcie się z tym i widzimy się jutro rano.

Po raz ostatni rzuca nam spojrzenie wkurwionego szefa i wraca do swojego gabinetu, ostentacyjnie trzaskając drzwiami.

Zostajemy z Barrym na korytarzu sami, a mnie ogarnia panika. W głowie mam miliony możliwych scenariuszy, tych dobrych i tych złych, które mogą się zaraz wydarzyć.

Oczywiście on nie przeprasza. Nie proponuje schadzki w punkcie ksero.

Nie żebym tego chciała po tym, co mi zrobił…

Odwraca się na pięcie i odchodzi bez słowa. Stoję na środku korytarza jak kretynka i patrzę na jego szerokie plecy, które oddalają się z każdym krokiem.

Piętnaście minut później opuszczam budynek z mocnym postanowieniem, że moja noga więcej w nim nie postanie. Nie zrobię tego, chociaż kwota, którą zaoferował Steve, przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Mam tylko jedno marzenie. Chcę szybko wrócić do domu i zanurzyć zęby w moich miękkich, pachnących chemicznymi truskawkami przyjaciołach.

No i jeszcze jedno – chcę w końcu ściągnąć tę przeklętą spódnicę!

Rozdział 2

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Barry
Rozdział 7
Amy
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Barry
Rozdział 17
Amy
Rozdział 18
Rozdział 19

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Roman Samborskyi/Shutterstock.com

Copyright © 2020 by Anna Langner

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-31-0

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek