Pamiętnik znaleziony w wannie - Stanisław Lem - ebook
lub
Opis

Pamiętnik znaleziony w wannie” to opowieść pracownika wywiadu, który błąka się w gmachu swej wywiadowczej centrali, szukając instrukcji działania. Stopniowo orientujemy się, że jego groteskowe przygody to metafora ludzkiego życia, w trakcie którego także na próżno szukamy istoty, sensu świata i własnej działalności. Historia nasycona jest groteskowym komizmem, a jednocześnie ma cechy sennego koszmaru, z którego – tak jak z Gmachu – nie ma wyjścia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 285


„Pa­mięt­nik zna­le­zio­ny w wan­nie”

Sta­ni­sław Lem

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © EAST NEWS/PIOTR JA­SKOW

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-21-7

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Stanisław Lem

PAMIĘTNIK ZNALEZIONY W WANNIE

Spis treści

Wstęp

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

Wstęp

Za­pi­ski czło­wie­ka neo­ge­nu sta­no­wią je­den z naj­cen­niej­szych za­byt­ków za­mierz­chłej prze­szło­ści Zie­mi. Po­cho­dzą ze schył­ko­we­go okre­su kul­tu­ry pre­cha­otyc­kiej, któ­ra po­prze­dzi­ła Wiel­ki Roz­pad. Jest iro­nicz­nym pa­ra­dok­sem dzie­jów, że o cy­wi­li­za­cjach wcze­sne­go neo­ge­nu, o pra­kul­tu­rach Asy­rii, Egip­tu, Gre­cji wie­my da­le­ko wię­cej ani­że­li o cza­sach pra­ato­mi­sty­ki i astro­ga­cji pier­wot­nej. Te ar­cha­icz­ne kul­tu­ry po­zo­sta­wi­ły po so­bie wszak­że trwa­łe po­mni­ki z ko­ści, ka­mie­nia, łup­ku i brą­zu, pod­czas gdy w środ­ko­wym i póź­nym neo­ge­nie do utrwa­la­nia ca­ło­kształ­tu wie­dzy słu­żył tak zwa­ny pa­pyr.

Tę po­chod­ną ce­lu­lo­zy, sub­stan­cję wiot­ką, pra­wie bia­łą, wal­co­wa­no i cię­to na czwo­ro­bocz­ne ar­ku­sze, na któ­rych ciem­ną far­bą tło­czo­no wszel­kie­go ro­dza­ju in­for­ma­cje, po czym skła­da­no je ra­zem i zszy­wa­no w spe­cjal­ny spo­sób.

Aby po­jąć, jak do­szło do Wiel­kie­go Roz­pa­du, owej ka­ta­stro­fy, któ­ra w prze­cią­gu ty­go­dni znisz­czy­ła do­ro­bek wie­ków, trze­ba się cof­nąć o trzy ty­sią­ce lat. W cza­sach tych nie ist­nia­ła me­ta­mne­sty­ka ani tech­ni­ka kry­sta­li­zo­wa­nia in­for­ma­cji. Wszyst­kie funk­cje dzi­siej­szych mne­mo­rów i gno­stro­nów speł­niał pa­pyr. Ist­nia­ły już, co praw­da, pier­wo­ci­ny pa­mię­ci me­cha­nicz­nej, były to jed­nak ma­chi­ny ogrom­ne i kło­po­tli­we w ob­słu­dze, uży­wa­ne zresz­tą do ce­lów spe­cjal­nych i wą­skich. Zwa­no je „elek­trycz­ny­mi mó­zga­mi”, dla tej sa­mej, tyl­ko z dy­stan­su hi­sto­rycz­ne­go zro­zu­mia­łej prze­sa­dy, któ­rą po­wo­do­wa­ni bu­dow­ni­czo­wie Ma­łej Azji mie­li wie­żę świą­ty­ni Baa-Bel za się­ga­ją­cą nie­ba.

Nie wie­my do­kład­nie, kie­dy ani gdzie wy­bu­chła epi­de­mia pa­py­ro­li­zy. Praw­do­po­dob­nie sta­ło się to w po­łu­dnio­wych, pu­styn­nych re­gio­nach ów­cze­sne­go pań­stwa Am­mer-Ku, gdzie bu­do­wa­no pierw­sze przy­sta­nie ko­smicz­ne. Współ­cze­śni nie po­ję­li zra­zu za­gra­ża­ją­ce­go im nie­bez­pie­czeń­stwa. Su­ro­wy osąd ich lek­ko­myśl­no­ści wy­po­wia­da­ny przez wie­lu póź­niej­szych hi­sto­ry­ków trud­no nam po­dzie­lić. Pa­pyr nie od­zna­czał się istot­nie szcze­gól­ną trwa­ło­ścią, nie moż­na jed­nak czy­nić kul­tu­ry pre­cha­otyc­kiej od­po­wie­dzial­ną za to, że nie prze­wi­dzia­ła ist­nie­nia ka­ta­czyn­ni­ka RV, zna­ne­go też jako czyn­nik Har­cju­sza. Zresz­tą rze­czy­wi­stą na­tu­rę tego czyn­ni­ka wy­krył Fol­ses Pro­dok­tor Szó­sty do­pie­ro w okre­sie ga­lak­tyj­skim, usta­liw­szy, iż ko­leb­ką jego jest trze­ci księ­życ Ura­na. Za­wle­czo­ny nie­świa­do­mie na Zie­mię przez jed­ną z wcze­sno­or­bi­tal­nych wy­praw od­kryw­czych (we­dług Pro­gno­sto­ra Phaa-Wa­aka była to ósma eks­pe­dy­cja ma­lal­dyc­ka) wy­wo­łał czyn­nik Har­cju­sza la­wi­no­wy roz­pad pa­py­ru na ca­łym glo­bie.

Szcze­gó­łów ka­ta­kli­zmu nie zna­my. We­dług ust­nych prze­ka­zań skry­sta­li­zo­wa­nych do­pie­ro w czwar­tym ga­lak­tium ogni­ska­mi epi­de­mii były wiel­kie zbior­ni­ce wie­dzo­no­śnych pa­py­rów, tak zwa­ne bao-blyo-the­ki. Re­ak­cja za­cho­dzi­ła pra­wie mo­men­tal­nie. Na miej­scu bez­cen­nych zło­ży spo­łecz­nej pa­mię­ci po­zo­sta­wa­ły sto­sy sza­re­go, lek­kie­go jak po­piół pyłu.

Ucze­ni pre­cha­otyc­cy są­dzi­li, iż mają do czy­nie­nia z ata­ku­ją­cym pa­pyr za­raz­kiem, i wie­le cza­su stra­ci­li na da­rem­nych po­szu­ki­wa­niach. Trud­no od­mó­wić słusz­no­ści gorz­kiej uwa­dze Hi­sto­gno­sto­ra Czwar­te­go Tau­rydz­kie­go, że le­piej przy­słu­ży­li­by się ludz­ko­ści, gdy­by ów zmar­no­wa­ny czas po­świę­ci­li ra­czej prze­ku­wa­niu roz­pa­da­ją­cych się tre­ści w ka­mie­niu.

Póź­ny neo­gen, okres ka­ta­stro­fy, nie znał gra­wi­tro­ni­ki, ky­ber­ko­no­mi­ki ani syn­te­fi­zy­ki. Go­spo­dar­ka po­szcze­gól­nych grup et­nicz­nych, zwa­nych na­cy­ami, no­si­ła cha­rak­ter względ­nie au­to­no­micz­ny. Była ona w bez­względ­ny spo­sób uza­leż­nio­na od krą­że­nia pa­py­ru. Od nie­go też za­le­ża­ła cią­głość do­staw na Mar­sa, gdzie Ty­be­ris Syr­tyj­ska znaj­do­wa­ła się w pierw­szym sta­dium bu­do­wy.

Pa­py­ro­li­za zruj­no­wa­ła nie tyl­ko ży­cie go­spo­dar­cze. Cza­sy owe na­zy­wa się, nie bez słusz­no­ści, epo­ką pa­py­ro­kra­cji. Pa­pyr re­gu­lo­wał i ko­or­dy­no­wał wszel­kie zbio­ro­we czyn­no­ści lu­dzi, a nad­to jesz­cze okre­ślał, w spo­sób trud­no dla nas zro­zu­mia­ły, losy jed­no­stek (jako tak zwa­ny „pa­pyr oso­bi­sty”). Zresz­tą użyt­ko­wych i ry­tu­al­nych zna­czeń pa­py­ru w ów­cze­snym folk­lo­rze (a ka­ta­stro­fa przy­pa­dła na okres naj­wyż­sze­go roz­kwi­tu kul­tu­ry pre­cha­otyc­kie­go neo­ge­nu) do­tąd cał­ko­wi­cie nie ska­ta­lo­go­wa­no. Zna­cze­nie jed­nych jego ro­dza­jów zna­my, z in­nych po­zo­sta­ły tyl­ko pu­ste na­zwy (aphis­se, para-gony, baun-kno­oty, doku-męty i in.). W epo­ce owej nie­po­dob­na się było uro­dzić, wzra­stać, kształ­cić, pra­co­wać, po­dró­żo­wać ani zdo­by­wać środ­ków utrzy­ma­nia bez po­śred­nic­twa pa­py­ru.

W tym świe­tle ob­ja­wia­ją się roz­mia­ry ka­ta­stro­fy, jaka do­tknę­ła Zie­mię. Wszel­kie środ­ki za­rad­cze – kwa­ran­tan­na, izo­la­cja ca­łych miast i kon­ty­nen­tów, bu­do­wa schro­nów her­me­tycz­nych – za­wio­dły. Na­uka ów­cze­sna była bez­sil­na wo­bec sub­a­to­mo­wej struk­tu­ry ka­ta­czyn­ni­ka, któ­ry po­wstał w toku ewo­lu­cji ana­bio­tycz­nej. Po raz pierw­szy w hi­sto­rii wię­ziom spo­łecz­nym za­gro­ził cał­ko­wi­ty roz­pad. Jak gło­si na­pis od­cy­fro­wa­ny na ścia­nie łaź­ni w wy­ko­pa­li­skach Fri-Sco (jed­ne­go z naj­le­piej za­cho­wa­nych miast po­łu­dnio­we­go Am­mer-Ku), wy­ry­ty przez ano­ni­mo­we­go piew­cę ka­ta­kli­zmu, „nie­bo za­ćmi­ło się nad mia­sta­mi od chmur roz­pa­dłe­go pa­py­ru, a po­tem przez czter­dzie­ści dni i nocy pa­dał brud­ny deszcz, a tak z wia­trem i po­to­ka­mi bło­ta spły­nę­ła z ob­li­cza Zie­mi hi­sto­ria ludz­ka”.

Był to, w sa­mej rze­czy, okrut­ny cios za­da­ny du­mie czło­wie­ka póź­ne­go neo­ge­nu, któ­ry w swym mnie­ma­niu się­gał już do gwiazd. Kosz­mar pa­py­ro­li­zy wchła­niał w sie­bie wszyst­kie dzie­dzi­ny ży­cia. W mia­stach wy­bu­cha­ła pa­ni­ka, po­zba­wie­ni in­dy­wi­du­al­no­ści lu­dzie tra­ci­li roz­są­dek, za­ła­my­wa­ły się do­sta­wy dóbr, do­cho­dzi­ło do ak­tów prze­mo­cy, tech­ni­ka, roz­wój nauk, szkol­nic­two – roz­pa­da­ły się i gi­nę­ły. Gdy cen­tra­le ener­ge­tycz­ne sta­wa­ły, nie moż­na ich było dla bra­ku pla­nów na­pra­wić. Ga­sły świa­tła elek­trycz­ne, a na­sta­łą ciem­ność roz­wid­nia­ły pło­mie­nie po­ża­rów.

Tak wkro­czył neo­gen w cza­sy cha­otyc­kie. Trwać mia­ły one dwie­ście z górą lat. Pierw­sze ćwierć­wie­cze Wiel­kie­go Roz­pa­du nie po­zo­sta­wi­ło żad­nych pi­sa­nych kro­nik, z aż nad­to do­brze zro­zu­mia­łych wzglę­dów. Tak więc do­my­ślać się tyl­ko mo­że­my, w ja­kich wa­run­kach usi­ło­wał rząd przed pół­wie­czem po­wsta­łej Fe­de­ra­cji Ziem­skiej za­po­biec roz­pa­do­wi spo­łe­czeń­stwa.

Im wyż­sza cy­wi­li­za­cja, tym ży­wot­niej­sze sta­je się dla niej pod­trzy­ma­nie krą­że­nia in­for­ma­cji, tym wraż­liw­sza jest na każ­de tego krą­że­nia za­kłó­ce­nie. Ów krwio­bieg spo­łecz­ny usta­wał. Je­dy­ną skarb­ni­cą wie­dzy była pa­mięć ży­ją­cych fa­chow­ców, ją więc trze­ba było utrwa­lić przede wszyst­kim. Pro­blem, z po­zo­ru względ­nie pro­sty, oka­zał się nie do roz­wią­za­nia. Wie­dza póź­ne­go neo­ge­nu była tak roz­człon­ko­wa­na, że ża­den spe­cja­li­sta nie ogar­niał ca­ło­ści swej dzie­dzi­ny. Od­two­rze­nie wy­ma­ga­ło więc żmud­nej, dłu­go­trwa­łej współ­pra­cy grup spe­cja­li­stycz­nych. Gdy­by pod­ję­to ją na­tych­miast – twier­dzi Laa Bar Po­li­gno­stor Ósmy z Ber­mandz­kiej Szko­ły Hi­sto­rycz­nej – cy­wi­li­za­cja neo­ge­nu zo­sta­ła­by ry­chło zre­kon­stru­owa­na. Zna­ko­mi­te­mu twór­cy sys­te­ma­ty­ki chro­no­lo­gicz­nej neo­ge­nu trze­ba od­po­wie­dzieć, że być może po­stu­lo­wa­ne prze­zeń dzia­ła­nie do­pro­wa­dzi­ło­by do na­gro­ma­dze­nia gór wie­dzy, ale – po speł­nie­niu za­da­nia – nie miał­by z nich kto ko­rzy­stać. Nie by­ły­by do tego zdol­ne hor­dy ko­czow­ni­ków opusz­cza­ją­ce ru­iny zde­wa­sto­wa­nych miast, a zdzi­cza­łe ich dzie­ci nie zna­ły­by już wca­le sztu­ki czy­ta­nia ani pi­sa­nia. Cy­wi­li­za­cję przy­cho­dzi­ło ra­to­wać w chwi­li, gdy roz­przę­gał się prze­mysł, usta­wa­ło bu­dow­nic­two, za­sty­gał trans­port, kie­dy o po­moc wo­ła­ły gło­du­ją­ce rze­sze kon­ty­nen­tów i po­zba­wio­ne do­staw, za­gro­żo­ne w swym by­cie ko­lo­nie Mar­sa. Spe­cja­li­ści nie mo­gli po­zo­sta­wić ludz­ko­ści jej lo­so­wi, aby w od­osob­nie­niu two­rzyć nowe tech­ni­ki za­pi­sów.

Po­dej­mo­wa­no wy­sił­ki roz­pacz­li­we. Całą pro­duk­cję nie­któ­rych ga­łę­zi prze­my­słu roz­ryw­ko­we­go, np. tak zwa­nych fil­mów, ob­ró­co­no na do­raź­ne no­to­wa­nie na­pły­wa­ją­cej in­for­ma­cji o ru­chu stat­ków i ra­kiet, bo mno­ży­ły się ich ka­ta­stro­fy. Z pa­mię­ci od­twa­rza­ne pla­ny sie­ci ener­ge­tycz­nych od­ci­ska­no na tka­ni­nach odzie­żo­wych. Wszyst­kie za­pa­sy zdat­nych do pi­sa­nia sztucz­nych two­rzyw roz­pro­wa­dza­no wśród szkół. Ucze­ni fi­zy­cy do­glą­da­li gro­żą­cych wy­bu­chem sto­sów ato­mo­wych. Ra­tow­ni­cze eki­py fa­chow­ców mknę­ły z jed­ne­go punk­tu glo­bu w dru­gi. Wszyst­ko to było jed­nak okru­cha­mi ładu, ato­ma­mi or­ga­ni­za­cji top­nie­ją­cy­mi w oce­anie roz­prze­strze­nia­ją­ce­go się cha­osu. Mio­ta­ną nie­ustan­ny­mi wstrzą­sa­mi, w cią­głej wal­ce z za­le­wem anal­fa­be­ty­zmu, igno­ran­cji, uwstecz­nie­nia, sto­ją­cą kul­tu­rę cha­otyc­ką osą­dzać na­le­ży nie we­dług tego, co uro­ni­ła z do­rob­ku dzie­jów, ale we­dług tego, co mimo wszyst­ko umia­ła oca­lić.

Po­wstrzy­ma­nie pierw­szej fali Wiel­kie­go Roz­pa­du wy­ma­ga­ło ofiar naj­więk­szych. Ura­to­wa­no przy­czół­ki ziem­skie Mar­sa i zre­kon­stru­owa­no tech­no­lo­gię – ten krę­go­słup cy­wi­li­za­cji. Ta­śmo­te­ki i mi­kro­fo­ny za­stą­pi­ły zbior­ni­ce znisz­czo­ne­go pa­py­ru. Nie­ste­ty, w in­nych dzie­dzi­nach stra­ty po­nie­sio­no okrut­ne.

Po­nie­waż pro­duk­cja no­wych środ­ków za­pi­su nie za­spo­ka­ja­ła po­trzeb naj­pil­niej­szych, po­świę­ca­no – aby oca­lić zrę­by kul­tu­ry – wszyst­ko, co im bez­po­śred­nio nie słu­ży­ło. Naj­więk­szą klę­skę po­nio­sły na­uki hu­ma­ni­stycz­ne. Wie­dzę prze­ka­zy­wa­no ust­nie – pod po­sta­cią wy­kła­dów, a słu­cha­cze ich sta­li się po­tem wy­cho­waw­ca­mi na­stęp­ne­go po­ko­le­nia. Był to je­den ze zdu­mie­wa­ją­cych pry­mi­ty­wów kul­tu­ry cha­otyc­kiej, któ­ry spra­wił, że Zie­mia wy­chy­nę­ła z ka­ta­stro­fy, po­nió­sł­szy nie­po­we­to­wa­ne stra­ty w za­kre­sie hi­sto­rii, hi­sto­rio­gra­fii, pa­le­olo­gii i pa­le­oeste­ty­ki. Oca­lo­no le­d­wie drob­ny uła­mek pu­ści­zny li­te­rac­kiej. W proch ob­ró­ci­ły się mi­lio­ny wo­lu­mi­nów kro­nik hi­sto­rycz­nych, bez­cen­ne re­lik­ty środ­ko­we­go i póź­ne­go neo­ge­nu.

Przy­szło wresz­cie – u schył­ku okre­su cha­otyc­kie­go – do jed­ne­go z naj­pa­ra­dok­sal­niej­szych sta­nów, kie­dy to, przy względ­nie roz­wi­nię­tej tech­ni­ce, wo­bec dzia­ła­ją­cych pier­wo­cin gra­wi­tro­ni­ki i tech­no­bio­ty­ki, po suk­ce­sach ma­so­we­go trans­por­tu cis­ga­lak­tycz­ne­go – ludz­kość nic albo pra­wie nic nie wie­dzia­ła o wła­snej prze­szło­ści. To, co do na­szych dni prze­trwa­ło z ol­brzy­mie­go do­rob­ku neo­ge­nicz­ne­go, sta­no­wi le­d­wo po­roz­rzu­ca­ne luź­no szcząt­ki, re­la­cje o fak­tach po­zmie­nia­ne do nie­zro­zu­mia­ło­ści, po­prze­krę­ca­ne wsku­tek wie­lo­krot­ne­go prze­ka­zy­wa­nia w tra­dy­cji ust­nej. I taka wła­śnie hi­sto­ria, z nie­pew­ną po dziś dzień chro­no­lo­gią naj­waż­niej­szych wy­da­rzeń, peł­na luk, bia­łych plam w krysz­ta­łach po­zna­nia, sta­ła się na­szym dzie­dzic­twem.

Moż­na tyl­ko po­wtó­rzyć za Sub­gno­sto­rem Nap­pro Le­isem, że pa­py­ro­li­za oka­za­ła się w skut­kach hi­sto­rio­li­zą. Na ta­kim tle do­pie­ro we wła­ści­wych pro­por­cjach uka­zu­je się dzie­ło Pro­gno­sto­ra Wid-Wis­sa, któ­ry, w sa­mot­nej pra­cy, skłó­co­ny z hi­sto­rio­gra­fią ofi­cjal­ną, od­krył Za­pi­ski czło­wie­ka neo­ge­nu – po­przez ot­chłań wie­ków prze­ma­wia­ją­cy do nas głos jed­ne­go z ostat­nich miesz­kań­ców za­gi­nio­ne­go pań­stwa Am­mer-Ku. Za­by­tek to wagi tym więk­szej, że nie ma so­bie rów­nych, al­bo­wiem nie da się go ze­sta­wić z pa­py­ran­to­wy­mi zna­le­zi­ska­mi, któ­re eks­pe­dy­cja ar­che­olo­gicz­na Pa­le­ogno­sto­ra Mne­mo­ni­ty Bra­dra­ha Syr­tyj­skie­go wy­do­by­ła z mar­glo­wych iłów dol­ne­go pre­ne­oge­nu. Od­no­szą się one do wie­rzeń pa­nu­ją­cych w Am­mer-Ku za cza­sów VIII Dy­na­stii, a mowa w nich o róż­ne­go ro­dza­ju Nie­bez­pie­czeń­stwach, jak Czar­ne, Czer­wo­ne, Żół­te – są to praw­do­po­dob­nie za­klę­cia ów­cze­snej ka­ba­li­sty­ki zwią­za­ne z za­gad­ko­wym bó­stwem Ras-Sa, któ­re­mu skła­da­no rze­ko­mo ofia­ry z lu­dzi. Ale in­ter­pre­ta­cja ta po­zo­sta­je spra­wą spo­ru mię­dzy szko­ła­mi Trans­adeń­ską, Wiel­ko­syr­tyj­ską i gru­pą uczniów zna­ko­mi­te­go God-Wa­ada.

Prze­wa­ża­ją­ca część hi­sto­rii neo­ge­nu po­zo­sta­nie – na­le­ży się oba­wiać – na za­wsze okry­ta ta­jem­ni­cą, gdyż naj­istot­niej­szych szcze­gó­łów o ży­ciu spo­łecz­nym nie mogą do­star­czyć na­wet me­to­dy chro­no­trak­cji. Przed­sta­wie­nie tego od­cin­ka dzie­jów, któ­ry uda­ło się cząst­ko­wo od­two­rzyć, wy­kra­cza poza ramy ni­niej­sze­go wstę­pu. Ogra­ni­czy­my się je­dy­nie do gar­ści uwag wpro­wa­dza­ją­cych w isto­tę Za­pi­sków. Ewo­lu­cja wie­rzeń sta­ro­żyt­nych prze­bie­ga­ła dwu­czło­no­wo. W okre­sie pierw­szym (ar­che­ocre­don) ist­nia­ły roz­ma­ite re­li­gie za­sa­dza­ją­ce się na uzna­wa­niu pier­wiast­ka nad­na­tu­ral­ne­go, nie­ma­te­rial­ne­go, spraw­cze­go w sto­sun­ku do wszyst­kie­go, co ist­nie­je. Z ar­che­ocre­do­nu po­zo­sta­ły, jako trwa­łe po­mni­ki, pi­ra­mi­dy (wy­dał je neo­gen wcze­sny) oraz wy­ko­pa­li­ska me­zo­ge­nicz­ne (koń­czy­ste chra­my go­tic­kie La­fran­sji).

W okre­sie dru­gim, neo­cre­do­nie, wia­ra przy­bra­ła cha­rak­ter od­mien­ny. Pier­wia­stek me­ta­fi­zycz­ny wcie­lił się nie­ja­ko w świat ma­te­rial­ny, ziem­ski. Do­mi­no­wał wów­czas, jako je­den z głów­nych, kult bó­stwa Kap-Eh-Tha­alu (albo Kap­pi-Thaa w trans­kryp­cji pa­limp­se­stycz­nych no­to­wań kre­moń­skich). Bó­stwo to czczo­ne było na ca­łym ob­sza­rze Am­mer-Ku, nad­to kult jego ogar­niał Au­stra­lo­in­dię i część Pół­wy­spu Eu­ro­pej­skie­go. Zwią­zek znaj­do­wa­nych na te­re­nie Am­mer-Ku po­do­bizn sło­nia i osła z kul­tem Kap-Eh-Tha­alu wy­da­je się wąt­pli­wy. Sa­me­go imie­nia Kap-Eh-Tha­alu nie wol­no było wy­ma­wiać (za­kaz ana­lo­gicz­ny do Iz-Ra­el­skich); w Am­mer-Ku na­zy­wa­no to bó­stwo głów­nie Thoo-Llar. Mia­ło zresz­tą bar­dzo wie­le in­nych nazw li­tur­gicz­nych, któ­rych bie­żą­cym war­to­ścio­wa­niem zaj­mo­wa­ły się spe­cjal­ne za­ko­ny (np. Makk-Le­rów). Fluk­tu­acja ryn­ko­wej war­to­ści po­szcze­gól­nych imion (czy też przy­mio­tów?) bó­stwa Kap-Eh-Tha­alu po­zo­sta­je do­tąd za­gad­ką. Trud­ność zro­zu­mie­nia isto­ty tej ostat­niej z pre­cha­otyc­kich re­li­gii po­le­ga na tym, że Kap-Eh-Tha­alo­wi od­ma­wia­no bytu po­nadna­tu­ral­ne­go, nie był więc du­chem, nie uwa­ża­no go też w ogó­le za isto­tę (świad­czy­ło­by to o to­te­micz­nych ry­sach tego kul­tu, nie­zwy­kłych w erze roz­wi­nię­tych nauk ści­słych) i utoż­sa­mia­no go, przy­naj­mniej w dzia­łal­no­ści prak­tycz­nej, z ru­cho­my­mi i nie­ru­cho­my­mi do­bra­mi ma­te­rial­ny­mi. Poza nimi bytu nie po­sia­dał. Jed­nak­że udo­wod­nio­no, że skła­da­no mu ofia­ry ze zbio­rów trzci­ny cu­kro­wej, kawy i zbo­ża, i to w okre­sach upad­ku go­spo­dar­cze­go, jak gdy­by dla prze­bła­ga­nia tego okrut­ne­go bó­stwa. Sprzecz­ność po­wyż­szą po­głę­bia jesz­cze fakt ist­nie­nia w kul­cie Kap-Eh-Tha­alu ele­men­tów ob­ja­wie­nia: zgod­nie z nim świat wspie­rał się na tak zwa­nej „wła­sno­ści śtej”. Pró­by na­ru­sze­nia tego do­gma­tu pod­le­ga­ły su­ro­wym ka­rom.

Jak wia­do­mo, epo­kę ky­ber­ko­no­mi­ki glo­bal­nej po­prze­dzi­ły, u schył­ku neo­ge­nu, pier­wo­ci­ny so­cjo­sta­zy; w mia­rę jak zor­ga­ni­zo­wa­ny w za­wi­łe ry­tu­ały kor­po­ra­cyj­ne i ob­rzę­dy in­sty­tu­cjo­nal­ne kult Kap-Eh-Tha­alu tra­cił z bie­giem cza­su jed­no ziem­skie te­ry­to­rium po dru­gim na rzecz zwo­len­ni­ków świec­kiej go­spo­dar­ki so­cjo­sta­tycz­nej, na­ra­stał kon­flikt mię­dzy ob­sza­rem pa­no­wa­nia tej za­mierz­chłej wia­ry a świa­tem po­zo­sta­łym.

Ośrod­kiem wia­ry naj­bar­dziej fa­na­tycz­nej po­zo­sta­ło do koń­ca, tj. do po­wsta­nia Ziem­skiej Fe­de­ra­cji, pań­stwo Am­mer-Ku rzą­dzo­ne przez ko­lej­no po so­bie na­stę­pu­ją­ce dy­na­stie Pre­sy­ni­dów. Nie byli to w ści­słym tego sło­wa zna­cze­niu ka­pła­ni Kap-Eh-Tha­alu. Pre­sy­ni­dzi (albo Press-Denn-Thy­dzi, wg słow­nic­twa szko­ły tyr­ryj­skiej) zbu­do­wa­li w cza­sach XIX Dy­na­stii Pen­ta­gon. Czym była ta pierw­sza z sze­re­gu ka­mien­nych gi­gan­tów bu­dow­la schył­ko­we­go neo­ge­nu? Pre­hi­sto­ry­cy szko­ły akwi­liń­skiej uwa­ża­li je zra­zu za gro­bow­ce Pre­sy­ni­dów, przez ana­lo­gię do pi­ra­mid egip­skich. Hi­po­te­za ta jed­nak upa­dła w świe­tle dal­szych od­kryć. Pa­da­ły przy­pusz­cze­nia, że były to świą­ty­nie Kap-Eh-Tha­alu, w któ­rych pla­no­wa­no kru­cja­ty prze­ciw lu­dom nie­wier­nym i stra­te­gie sku­tecz­ne­go ich na­wra­ca­nia.

Przy bra­ku źró­dło­wych fak­tów, któ­re po­zwo­li­ły­by roz­strzy­gnąć ten pro­blem, nie­wąt­pli­wie klu­czo­wy dla zro­zu­mie­nia ostat­niej fazy rzą­dów XXIV i XXV Dy­na­stii, hi­sto­ry­cy zwró­ci­li się o po­moc do In­sty­tu­tu Tem­po­ry­sty­ki. Wo­bec życz­li­wej po­sta­wy in­sty­tu­tu oka­za­ło się moż­li­we wy­ko­rzy­sta­nie naj­now­szych od­kryć tech­nicz­nych z za­kre­su chro­no­trak­cji w celu wy­ja­śnie­nia za­gad­ki Pen­ta­go­nów. In­sty­tut do­ko­nał dwu­stu dzie­więć­dzie­się­ciu son­do­wań w głąb cza­su prze­szłe­go, zu­ży­wa­jąc 17 try­lio­nów er­gów mocy zma­ga­zy­no­wa­nej w cza­so­chło­nach sa­te­li­tar­nych Księ­ży­ca.

Zgod­nie z teo­rią chro­no­trak­cji po­ru­szać się wstecz w cza­sie moż­na prak­tycz­nie tyl­ko z dala od wiel­kich mas ma­te­rial­nych, każ­de bo­wiem zbli­że­nie do nich po­chła­nia nie­sa­mo­wi­te ilo­ści ener­gii. Dla­te­go ob­ser­wa­cje cza­su prze­szłe­go do­ko­ny­wa­ne były przez son­dy za­wie­szo­ne wy­so­ko w stra­tos­fe­rze. Ich na­głe po­ja­wia­nie się na nie­bie i rów­nie na­głe zni­ka­nie mu­sia­ło sta­no­wić nie lada jaką za­gad­kę dla lu­dzi neo­ge­nu. Jak twier­dzi Pro­dok­tor Sturl­prans Dru­gi, wy­lot re­tro­chro­nal­nej son­dy wy­ła­nia się w prze­szło­ści jako obiekt po­dob­ny do wy­pu­kłe­go dys­ku przy­po­mi­na­ją­ce­go dwa zło­żo­ne, swo­bod­nie uno­szą­ce się w prze­strze­ni ta­le­rze.

Chro­no­son­dy wstecz­ne dały ob­fi­ty ma­te­riał, mię­dzy in­ny­mi zdo­by­li­śmy za ich po­mo­cą au­ten­tycz­ne fo­to­gra­fie Pierw­sze­go Pen­ta­go­nu z okre­su jego bu­do­wy. Gmach ów, o kształ­cie re­gu­lar­ne­go pię­cio­ką­ta, któ­re­go je­den bok dłu­gi był na 460 in­fów, był ist­nym la­bi­ryn­tem z ka­mie­nia i be­to­nu. Dłu­gość jego ko­ry­ta­rzy ob­li­cza Hi­sto­gno­stor Ser Een na 17 do 18 ów­cze­snych mil. Wejść do gma­chu strze­gło dzień i noc dwu­stu niż­szych ka­pła­nów. Kro­ni­ki od­ko­pa­ne w ru­inach Was-En-Tonu po­zwo­li­ły dzię­ki za­sto­so­wa­niu dal­szych cza­so­wier­ceń od­kryć Pen­ta­gon Dru­gi, mniej oka­za­ły od Pierw­sze­go, gdyż znacz­na jego część wpusz­czo­na była w zie­mię. Pew­ne ustę­py wspo­mnia­nych wy­żej kro­nik wska­zy­wa­ły na ist­nie­nie na­stęp­ne­go, Trze­cie­go z ko­lei Pen­ta­go­nu, któ­ry miał sta­no­wić obiekt cał­ko­wi­cie sa­mo­dziel­ny, nie­ja­ko pań­stwo w pań­stwie, dzię­ki spe­cjal­ne­mu ka­mu­fla­żo­wi i ogrom­nym za­pa­som żyw­no­ści, wody i sprę­żo­ne­go po­wie­trza. Gdy jed­nak sys­te­ma­tycz­ne son­do­wa­nia chro­nak­sjal­ne nad ca­łym te­ry­to­rium XX-wiecz­ne­go Am­mer-Ku nie od­kry­ły żad­nych śla­dów tej bu­dow­li, więk­szość hi­sto­ry­ków prze­chy­li­ła się na rzecz tezy, że w od­ko­pa­nych kro­ni­kach mowa jest o Pen­ta­go­nie Trze­cim w sen­sie tyl­ko prze­no­śnym, że gmach ten zo­stał zbu­do­wa­ny – jako twór wia­ry, ima­gi­na­cji – w umy­słach wy­znaw­ców, a roz­prze­strze­nia­nie słu­chów o jego ist­nie­niu słu­żyć mia­ło po­krze­pie­niu serc ma­le­ją­cej licz­by wy­znaw­ców bó­stwa Kap-Eh-Tha­alu.

Taka była ofi­cjal­na wer­sja hi­sto­rio­gra­fii ziem­skiej, kie­dy mło­dy pod­ów­czas Pro­gno­stor Wid-Wiss roz­po­czął dzia­łal­ność ar­che­olo­gicz­ną.

Po prze­stu­dio­wa­niu wła­sną me­to­dą wszyst­kich do­stęp­nych ma­te­ria­łów opu­bli­ko­wał on pra­cę, w któ­rej utrzy­my­wał, iż w mia­rę jak zmierz­cha­ła po­tę­ga Pre­sy­ni­dów i kur­czy­ło się opa­no­wa­ne przez nich te­ry­to­rium, pod­ję­li oni bu­do­wę no­we­go ośrod­ka wła­dzy z dala od sie­dzib ludz­kich, w któ­rymś z gór­skich pust­ko­wi Am­mer-Ku, i to głę­bo­ko pod ska­ła­mi, aby uczy­nić tę ostat­nią przy­stań bó­stwa nie­do­stęp­ną dla nie­wta­jem­ni­czo­nych. Wid-Wiss uwa­żał, że hi­po­te­tycz­ny Pen­ta­gon Ostat­niej Dy­na­stii sta­no­wił ro­dzaj zbio­ro­we­go mó­zgu wo­jen­ne­go, a za­da­niem jego było za­rów­no czu­wać nad czy­sto­ścią wia­ry w Kap-Eh-Tha­alu, jak i na­wra­cać na­ro­dy, któ­re tę wia­rę po­rzu­ci­ły.

Hi­po­te­zę Wid-Wis­sa przy­ję­ły koła fa­cho­we chłod­no, gdyż sprzecz­na była z więk­szo­ścią zna­nych fak­tów. W szcze­gól­no­ści kry­ty­cy, w oso­bach Su­per­gno­sto­rów Yoo Na Waka, Qu­irl­sto i Pi­su­ovo z mar­sjań­skiej szko­ły pa­le­ogra­fii po­rów­naw­czej, wy­ka­za­li sprzecz­no­ści we­wnętrz­ne w po­stu­lo­wa­nym przez Wid-Wis­sa chro­no­lo­gicz­nym ukła­dzie wy­da­rzeń.

Rzecz w tym, że we­dług ana­li­zy Wid-Wis­sa Ostat­ni Pen­ta­gon zbu­do­wa­ny zo­stał na kil­ka­dzie­siąt le­d­wo lat przed ka­ta­stro­fą pa­py­ro­wą. Gdy­by – pod­no­si­ła kry­ty­ka – Pen­ta­gon Trze­ci ist­niał rze­czy­wi­ście, ukry­ci w nim Pre­sy­ni­dzi usi­ło­wa­li­by bez wąt­pie­nia sko­rzy­stać z wa­run­ków anar­chii, jaka za­pa­no­wa­ła po ka­ta­stro­fie, i się­gnę­li­by, na sa­mym za­ra­niu cza­sów cha­otyc­kich, po wła­dzę nad Zie­mią. Je­śli­by na­wet taki za­mach na wła­dzę Fe­de­ra­cji zo­stał zdła­wio­ny, po­zo­stał­by po nim cho­ciaż ślad w ust­nych po­da­niach. Hi­sto­rio­gra­fia ni­cze­go po­dob­ne­go jed­nak nie za­no­to­wa­ła.

Wid-Wiss bro­nił swej hi­po­te­zy twier­dze­niem, iż pod­czas kie­dy lud­ność pań­stwa Am­mer-Ku prze­szła na stro­nę „nie­wier­nych” i zla­ła się z resz­tą Fe­de­ra­cji, wład­cy Ostat­nie­go Pen­ta­go­nu na­ka­za­li cał­ko­wi­te jego za­mknię­cie. Pod­ziem­ny mo­loch, od­ciąw­szy się w ten spo­sób od ca­łej ludz­ko­ści, do­trwał do ka­ta­stro­fy pa­py­ro­wej i cza­sów cha­otyc­kich, nie po­sia­da­jąc żad­ne­go kon­tak­tu z tym, co dzia­ło się na po­wierzch­ni glo­bu.

Wid-Wiss przy­zna­wał, że tak do­sko­na­łe, her­me­tycz­ne od­cię­cie się hi­po­te­tycz­nej spo­łecz­no­ści ka­pła­nów i wo­jen­nych sług Kap-Eh-Tha­alu od świa­ta ze­wnętrz­ne­go wy­da­je się nie­praw­do­po­dob­ne. Po­su­nął się do twier­dze­nia, że Pen­ta­gon Ostat­ni po­sia­dał ja­kieś spo­so­by pod­pa­try­wa­nia tego, co za­cho­dzi­ło na Zie­mi, uwa­żał jed­nak, że ów wo­jen­ny mózg zbio­ro­wy Ostat­niej Dy­na­stii nie był już zdol­ny do żad­nych na­past­ni­czych czy choć­by dy­wer­syj­nych tyl­ko po­czy­nań. Nie po­tra­fił pod­jąć ata­ku ani za­ma­chu na Fe­de­ra­cję, al­bo­wiem, raz za­ko­paw­szy się we wnę­trzu skał, ode­rwa­ny od dal­sze­go toku hi­sto­rii, za­mknął się nie tyl­ko mu­ra­mi, ale ukła­dem sto­sun­ków we­wnętrz­nych, ży­jąc sa­mym mi­tem, samą le­gen­dą o za­mierz­chłej po­tę­dze Kap-Eh-Tha­alu, i ba­dał, kon­tro­lo­wał, zwal­czał he­re­zję sam w so­bie.

Te ostat­nie tezy Wid-Wis­sa po­mi­nę­ła hi­sto­rio­gra­fia mil­cze­niem. Ba­dacz nie dał jed­nak za wy­gra­ną. Przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat wraz z gar­ścią wier­nych współ­pra­cow­ni­ków do­ko­ny­wał sys­te­ma­tycz­nych po­szu­ki­wań wzdłuż ca­łe­go łań­cu­cha Gór Ska­li­stych. Upór jego za­trium­fo­wał wresz­cie, kie­dy pra­wie o nim za­po­mnia­no. 28 Maa 3146 roku gru­pa czo­ło­wa ar­che­olo­gów, od­wa­liw­szy wie­le­set ton skal­ne­go osy­pi­ska u stóp góry Haar-Vur­da, sta­nę­ła przed za­ma­sko­wa­ną ochron­nym ko­lo­rem, do­sko­na­le za­cho­wa­ną, wy­pu­kłą tar­czą me­ta­lo­wą – wej­ściem do Ostat­nie­go Pen­ta­go­nu…

Ba­da­nia pod­ziem­ne­go gma­chu oka­za­ły się przed­się­wzię­ciem wy­ma­ga­ją­cym nad­zwy­czaj­nych sił i środ­ków, al­bo­wiem w sie­dem­dzie­sią­tym dru­gim roku od­cię­cia od świa­ta na­wie­dził Pen­ta­gon Ostat­niej Dy­na­stii na­tu­ral­ny ka­ta­klizm. Wsku­tek nie­znacz­ne­go prze­su­nię­cia w gra­ni­to­wym trzo­nie głów­ne­go ma­sy­wu gór­skie­go do­szło do pęk­nię­cia war­stwy den­nej i po­wsta­ło bez­po­śred­nie po­łą­cze­nie z głę­bo­kim po­kła­dem mag­my. Wpar­ta w głąb wy­ku­tych skał be­to­no­wa sko­ru­pa ochron­na nie wy­trzy­ma­ła na­po­ru. Płyn­na lawa wtar­gnę­ła do bu­dow­li, wy­peł­nia­jąc ją od spodu po szczy­ty; tak owo mro­wi­sko pod­ziem­nej, za­gad­ko­wej dzia­łal­no­ści ostat­nich Pre­sy­ni­dów ob­ró­ci­ło się w mar­twą ska­mie­li­nę, któ­ra przez ty­siąc sześć­set osiem­dzie­siąt lat cze­ka­ła swo­je­go od­kryw­cy.

Nie jest na­szą rze­czą przed­sta­wie­nie bez­mier­ne­go bo­gac­twa wy­ko­pa­lisk Trze­cie­go Pen­ta­go­nu. W tym przed­mio­cie od­sy­ła­my czy­tel­ni­ka do prac spe­cjal­nych. Na­le­ży tyl­ko do­rzu­cić kil­ka uwag dla wpro­wa­dze­nia w lek­tu­rę Za­pi­sków.

Od­kry­to je w trze­cim roku prac wy­ko­pa­li­sko­wych na czwar­to­rzę­do­wej kon­dy­gna­cji, w sys­te­mie ko­ry­ta­rzy we­wnętrz­nych, gdzie znaj­du­ją się po­miesz­cze­nia ła­zieb­ne. W jed­nym z nich, wy­peł­nio­nym, jak wszyst­kie, ska­mie­nia­łą lawą od­na­le­zio­no czę­ści dwu ludz­kich szkie­le­tów, a pod nimi – zwój pa­py­ru sta­no­wią­cy ory­gi­nał Za­pi­sków.

Jak prze­ko­na się czy­tel­nik, śmia­łe przy­pusz­cze­nia Hi­sto­gno­sto­ra Wid-Wis­sa oka­za­ły się w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze praw­dzi­we. Za­pi­ski przed­sta­wia­ją los za­mknię­tej w pod­zie­miu zbio­ro­wo­ści, któ­ra, nie do­pusz­cza­jąc do sie­bie wie­dzy o rze­czy­wi­stych wy­pad­kach, uda­wa­ła, iż sta­no­wi mózg i sztab mo­car­stwa roz­cią­ga­ją­ce­go się po naj­dal­sze ga­lak­ty­ki – aż uda­nie to sta­ło się wia­rą, a wia­ra – pew­no­ścią. Czy­tel­nik bę­dzie świad­kiem tego, jak fa­na­tycz­ni słu­dzy Kap-Eh-Tha­alu stwo­rzy­li mit tak zwa­ne­go An­tyg­ma­chu, jak tra­wi­li ży­cie na wza­jem­nym pod­pa­try­wa­niu, na ba­da­niach pra­wo­wier­no­ści i od­da­nia le­gen­dar­nej „Mi­sji”, na­wet wów­czas, kie­dy ostat­ni cień re­al­no­ści owej „Mi­sji” zdą­żył się już ulot­nić z ich umy­słów, tak że po­zo­sta­ło im je­dy­nie co­raz głęb­sze po­grą­ża­nie się w ot­chła­ni zbio­ro­we­go opę­ta­nia.

Na­uka hi­sto­rycz­na nie wy­po­wie­dzia­ła jesz­cze ostat­nie­go sło­wa o Za­pi­skach, na­zy­wa­nych też, dla miej­sca, w któ­rym je od­kry­to, Pa­mięt­ni­kiem zna­le­zio­nym w wan­nie. Nie ma też zgo­dy co do cza­su po­wsta­nia po­szcze­gól­nych czę­ści ma­nu­skryp­tu – pierw­szych je­de­na­ście stron mają Gno­sto­ro­wie Hy­be­riadz­cy za apo­kryf lat póź­niej­szych – dla czy­tel­ni­ka jed­nak te spe­cja­li­stycz­ne spo­ry nie są istot­ne i pora nam za­milk­nąć, aby prze­mó­wił wła­snym gło­sem ten ostat­ni, jaki do­tarł do na­szych cza­sów, prze­kaz neo­ge­nicz­nej epo­ki pa­py­ro­wej.

I

…po­ko­ju o nu­me­rze, na któ­ry opie­wa­ła prze­pust­ka, nie mo­głem zna­leźć. Tra­fi­łem naj­pierw do Wy­dzia­łu We­ry­stycz­ne­go, po­tem do Wy­dzia­łu Dez­in­for­ma­cji, gdzie ja­kiś urzęd­nik z Sek­cji Ci­śnień po­le­cił mi udać się na ósme pię­tro, lecz tam nikt nie chciał na­wet ze mną mó­wić; błą­dzi­łem po­śród mnó­stwa szarż, każ­dy ko­ry­tarz pe­łen był ener­gicz­ne­go stą­pa­nia, strze­la­nia drzwia­mi i ob­ca­sa­mi, a w te mar­so­we od­gło­sy wni­ka­ły szkla­ną mu­zy­ką da­le­kie dzwo­necz­ki, jak­by san­ko­wych jan­cza­rów. Od cza­su do cza­su woź­ni prze­no­si­li pa­ru­ją­ce im­bry­ki, wcho­dzi­łem omył­ko­wo do to­a­let, w któ­rych ma­lo­wa­ły się śpiesz­nie se­kre­tar­ki, prze­bra­ni za win­dzia­rzy agen­ci uci­na­li ze mną po­ga­węd­ki – je­den ze sztucz­ną pro­te­zą in­wa­lidz­ką wo­ził mnie tyle razy z pię­tra na pię­tro, że ki­wał mi już z da­le­ka, a na­wet prze­stał mnie fo­to­gra­fo­wać apa­ra­tem za­tknię­tym w kla­pę jako goź­dzik. Koło po­łu­dnia za­czął mnie już ty­kać i po­ka­zał swo­ją sła­bost­kę – scho­wa­ny pod pod­ło­gą win­dy ma­gne­to­fon – ale, w co­raz gor­szym hu­mo­rze, nie mia­łem do tego gło­wy.

Cho­dzi­łem upar­cie od po­ko­ju do po­ko­ju i jak na­ję­ty za­da­wa­łem py­ta­nia, na któ­re udzie­la­no mi fał­szy­wych od­po­wie­dzi; znaj­do­wa­łem się wciąż na ze­wnątrz oży­wia­ją­cej Gmach nie­ustan­nej cyr­ku­la­cji taj­no­ści, ale mu­sia­łem prze­cież, u li­cha, wnik­nąć w nią w któ­rymś miej­scu – dwa razy do­sta­łem się mimo woli do pod­ziem­ne­go skarb­ca i prze­rzu­ci­łem le­żą­ce na wierz­chu taj­ne akta, ale i w nich nie od­na­la­złem naj­mniej­szej dla sie­bie wska­zów­ki. Po kil­ku go­dzi­nach, po­rząd­nie już roz­draż­nio­ny i głod­ny, bo mi­nę­ła pora obia­do­wa, a nie uda­ło mi się zna­leźć na­wet kan­ty­ny, po­sta­no­wi­łem za­sto­so­wać tak­ty­kę od­mien­ną.

Pa­mię­ta­łem, że naj­wię­cej wy­so­kich, si­wych szarż prze­by­wa­ło na czwar­tym pię­trze, po­je­cha­łem więc tam, przez drzwi z na­pi­sem TYL­KO PO ZA­MEL­DO­WA­NIU do­sta­łem się do pod­se­kre­ta­ria­tu, chwi­lo­wo pu­ste­go, z nie­go – przez bocz­ne wyj­ście, opa­trzo­ne ha­słem PU­KAĆ – do sali peł­nej schną­cych pla­nów mo­bi­li­za­cyj­nych, i tu sta­ną­łem wo­bec pro­ble­mu, bo wio­dło z niej dwo­je drzwi – jed­ne z ta­blicz­ką WY­ŁĄCZ­NIE DLA BA­LAN­SJE­RÓW, na dru­gich wid­niał na­pis NIE MA PRZEJ­ŚCIA. Po na­my­śle otwar­łem te dru­gie i oka­za­ło się, że do­brze zro­bi­łem, zna­la­złem się bo­wiem w se­kre­ta­ria­cie głów­no­do­wo­dzą­ce­go, ko­men­de­ra­ła Ka­shen­bla­de. Po­nie­waż wsze­dłem owy­mi drzwia­mi, ofi­cer dy­żur­ny, o nic nie py­ta­jąc, za­pro­wa­dził mnie pro­sto do do­wód­cy.

I tu drgał w po­wie­trzu szkla­ny, ła­god­ny dźwięk. Ka­shen­bla­de mie­szał her­ba­tę. Był to po­tęż­ny, łysy sta­rzec. Twarz ob­wi­sły­mi jak far­tuch po­licz­ka­mi i fał­dzi­stą skó­rą spod bro­dy spo­czy­wa­ła na wy­ło­gach mun­du­ru o na­szyw­kach w kształ­cie ga­lak­tyk. Na biur­ku sta­ły przed nim dwo­ma sze­re­ga­mi te­le­fo­ny, po ich bo­kach – apa­ra­ty zwia­dow­cze, po­środ­ku zaś – sło­je no­szą­ce ety­kie­ty roz­ma­itych oka­zów, wsze­la­ko oprócz spi­ry­tu­su ni­cze­go w nich nie do­strze­głem. Z na­brzmia­łą ży­ła­mi ły­si­ną za­ję­ty był na­ci­ska­niem gu­zi­ków, któ­re po­wo­do­wa­ły za­milk­nię­cie roz­dzwa­nia­ją­ce­go się aku­rat te­le­fo­nu. Gdy od­zy­wa­ły się po kil­ka na­raz, ude­rzał pię­ścią w całą kla­wia­tu­rę. Na mój wi­dok pal­nął we wszyst­kie. Na­sta­ła ci­sza, w któ­rej czas ja­kiś po­dźwię­ki­wał ły­żecz­ką.

– A, to wy! – rzu­cił. Głos miał po­tęż­ny.

– Tak jest, to ja – od­par­łem.

– Cze­kaj­cie, nie mó­wić, już ja mam pa­mięć – mruk­nął, przy­pa­tru­jąc mi się spod krza­cza­sto na­wi­słych brwi. – X-27 re­trans­pul­sja kon­tra­stel­lar­na Cy­gni Eps, hę?

– Nie – po­wie­dzia­łem.

– Nie? A! No! Ba!! Mor­bi­la­trynx B-KuK osiem­dzie­siąt je­den, koma, ope­ra­cja Gwóz­dek? Bi jak Bi­pro­po­da?

– Nie – po­wie­dzia­łem, pró­bu­jąc pod­su­nąć mu przed oczy moje we­zwa­nie, lecz od­trą­cił je nie­chęt­nie.

– Nnnie?… – mruk­nął. Wy­glą­dał na ura­żo­ne­go w swej du­mie. Za­my­ślił się. Za­mie­szał her­ba­tę. Te­le­fon dźwięk­nął. Zdła­wił go lwim ru­chem.

– Pla­sty­ko­wy? – rzu­cił mi na­gle w twarz.

– Niby ja? – spy­ta­łem. – Nie, ra­czej nie – zwy­czaj­ny…

Ka­shen­bla­de jed­nym ude­rze­niem zdu­sił ha­ła­su­ją­ce od chwi­li te­le­fo­ny i przyj­rzał mi się raz jesz­cze.

– Ope­ra­cja Hy­per­bóg… Mam­ma­cy­klo­ga­stro­zaur… enta-ma, pen­ta-kla… – pró­bo­wał jesz­cze, nie chcąc po­go­dzić się z nie­spo­dzia­ną luką w swej nie­omyl­no­ści, a gdy nie od­po­wia­da­łem, oparł się po­tęż­ny­mi dłoń­mi o kla­wi­sze i huk­nął:

– Jaz­da!!!

Wy­glą­da­ło na to, że i on wy­rzu­ca mnie za drzwi, ale by­łem zbyt zde­ter­mi­no­wa­ny – a tak­że zbyt cy­wil­ny – aby usłu­chać bez sprze­ci­wu. Sta­łem da­lej z wy­cią­gnię­tą przed sie­bie ręką, w któ­rej trzy­ma­łem we­zwa­nie. Ka­shen­bla­de wziął je wresz­cie, nie pa­trząc, niby nie­chcą­cy wrzu­cił do szcze­li­ny sto­ją­ce­go przy nim apa­ra­tu, ten za­szu­miał i za­czął doń szep­tać. Ka­shen­bla­de słu­chał, słu­chał, chmu­ry szły mu przez twarz, bły­ski mi­go­ta­ły w źre­ni­cach. Zer­k­nął na mnie spode łba i jął na­ci­skać gu­zi­ki. Naj­pierw roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny w ta­kiej licz­bie, że po­wsta­ła z tego kon­kret­na mu­zy­ka; wy­ci­szył ją i da­lej na­ci­skał. Oka­la­ją­ca go bry­ga­da apa­ra­tów na wy­ści­gi prze­krzy­ki­wa­ła się cy­fra­mi i kryp­to­ni­ma­mi. Trwał, na­sę­pio­ny, wsłu­cha­ny, z drga­ją­cą po­wie­ką, ale wi­dzia­łem już, że bu­rza po­szła bo­kiem. Ze­su­płał brwi i wark­nął:

– Da­waj­cie ten wasz świ­stek!

– Da­łem już…

– Komu?

– Wam.

– Nam?

– Panu ko­men­de­ra­ło­wi.

– Kie­dy, gdzie?!

– Przed se­kun­dą, tu go pan wrzu… – za­czą­łem, ale ugry­złem się w ję­zyk.

Ko­men­de­rał łyp­nął na mnie i wy­szarp­nął spodnią szu­flad­kę apa­ra­tu. Była pu­sta. Bóg ra­czy wie­dzieć, do­kąd za­wę­dro­wał już mój do­ku­ment; oczy­wi­ście ani mi w gło­wie po­sta­ło, że wrzu­cił go tam nie­opatrz­nie. Już od pew­ne­go cza­su po­dej­rze­wa­łem, że Do­wódz­two Okrę­gu Ko­smicz­ne­go, naj­wi­docz­niej zbyt roz­ro­słe, aby pi­lo­to­wać in­dy­wi­du­al­nie każ­dą z try­lio­na pro­wa­dzo­nych spraw, prze­szło na sys­tem dzia­łań lo­so­wych, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, iż krą­żąc mię­dzy mi­ria­da­mi jego biu­rek, każ­dy akt musi wresz­cie tra­fić na wła­ści­we. Po­dob­ną me­to­dą, cza­so­chłon­ną, ale i nie­za­wod­ną, dzia­ła sam Ko­smos; dla in­sty­tu­cji rów­nie jak on nie­prze­mi­jal­nej – a taką był prze­cież Gmach – tem­po owych ob­ro­tów i per­tur­ba­cji nie mo­gło się na­tu­ral­nie li­czyć.

Jak­kol­wiek mia­ły się rze­czy, we­zwa­nie zni­kło. Ka­shen­bla­de, za­trza­snąw­szy z im­pe­tem szu­flad­kę, pa­trzał na mnie czas ja­kiś, mru­ga­jąc. Sta­łem bez ru­chu, z opusz­czo­ny­mi rę­ka­mi, nie­przy­jem­nie od­czu­wa­jąc ich pust­kę. Mru­gał co­raz na­tar­czy­wiej – ja nic; za­mru­gał z pa­sją – od­mru­gną­łem wów­czas, i to go jak­by uspo­ko­iło.

– Nna… – za­mru­czał. Za­czął na­ci­skać gu­zi­ki. W apa­ra­tach się za­ko­tło­wa­ło. Róż­no­ko­lo­ro­we ta­śmy jęły wy­peł­zać z nich na biur­ko. Od­dzie­rał z nich po ka­wał­ku, od­czy­ty­wał, a cza­sem nie pa­trząc, ci­skał do in­nych apa­ra­tów, któ­re ro­bi­ły ko­pie, ory­gi­na­ły zaś szły do au­to­ma­tycz­ne­go ko­sza. Na­resz­cie z jed­ne­go wy­la­zła bia­ła fo­lia z na­dru­kiem DO IN­STRUK­TA­ŻU B – 66 – PA­PRA – ŁEBŁ – zło­żo­nym tak wiel­ki­mi li­te­ra­mi, że od­czy­ta­łem je po­przez biur­ko.

– Bę­dzie­cie… de­le­go­wa­ni… w Mi­sji… Spe­cjal­nej – rzu­cał mia­ro­wo ko­men­de­rał. – Głę­bo­ka pe­ne­tra­cja, spra­wa o ro­bo­tę wy­wro­to­wą; by­li­ście tam już? – spy­tał i mru­gnął.

– Gdzie?

– Tam.

Pod­niósł gło­wę i raz jesz­cze za­trze­po­tał po­wie­ka­mi. Nie od­zy­wa­łem się.

Po­pa­trzał na mnie z po­gar­dą.

– Ajent – po­wie­dział wresz­cie. – Ajent, co?… Ajent… dzi­siej­szy ajent…

Z wol­na za­sę­piał się. Prze­cią­gał to sło­wo tak i owak, szy­dził nim, po­świ­sty­wał, prze­pusz­czał przez dziu­rę w zę­bie, znę­cał się nad zgło­ska­mi, na­raz zdła­wił ner­wo­wo te­le­fo­ny i wy­buch­nął:

– Wszyst­ko trze­ba wam tłu­ma­czyć! Ga­zet nie czy­ta­cie?! Gwiaz­dy! No! Co gwiaz­dy? Co ro­bią? No?!

– Świe­cą – rze­kłem nie­pew­nie.

– I to ma być ajent!!! Świe­cą! Ba! Jak?! Jak świe­cą? Co? No?!

Da­wał mi zna­ki po­wie­ka­mi.

– M… mru­ga­ją – rze­kłem, zni­ża­jąc mimo woli głos.

– Jaki do­myśl­ny! Na­resz­cie! Mru­ga­ją! Tak! Pod­mru­gu­ją! A kie­dy? Co?! Nie wie­cie?! Na­tu­ral­nie!!! Taki ma­te­riał mi tu przy­sy­ła­ją! Nocą! Nocą!!! Mru­ga­ją, trzę­są się, po ciem­ku! Co to jest? Kto mru­ga?! Kto nocą?! Kto się trzę­sie?!

Ry­czał jak lew. Sta­łem bla­dy, wy­pro­sto­wa­ny jak stru­na, cze­ka­jąc, aż bu­rza przej­dzie, ale nie prze­cho­dzi­ła. Ka­shen­bla­de, po­si­nia­ły, obrzę­kły, z na­pu­czo­ną ły­si­ną, grzmiał na cały ga­bi­net, na cały gmach:

– A uciecz­ka mgła­wic?! Co?! Nie sły­sze­li­ście?! Uciecz­ka!!! Co to jest?! Kto ucie­ka?! To jest po­dej­rza­ne, wię­cej – to jest przy­zna­nie się do winy!!!

Zdru­zgo­tał mnie wzro­kiem, bez tchu, na­resz­cie opu­ścił cięż­ko po­wie­ki i ci­snął zde­cy­do­wa­nie sta­lo­wym gło­sem:

– Bał­wan!

– Pan się za­po­mi­na, pa­nie ko­men­de­ra­le! – wy­pa­li­łem.

– Co? Co?! Pan się… a? Pan się zapo… Co to jest? A! Ha­sło! Ha­sło, do­brze. Tak – to co in­ne­go. Ha­sło to ha­sło…

Po­czął gwał­tow­nie wbi­jać pal­ce w kla­wia­tu­rę. Apa­ra­ty za­szu­mia­ły jak deszcz na bla­sza­nym da­chu. Wy­la­ty­wa­ły z nich wstę­gi zie­lo­ne i zło­te, drżąc, skrę­ca­ły się w zwo­je na biur­ku. Sta­rzec czy­tał je za­chłan­nie.

– Do­brze! – za­kon­klu­do­wał, mnąc wszyst­kie. – Wa­sza mi­sja: zba­dać na miej­scu, spraw­dzić, prze­szu­kać, ewen­tu­al­nie spro­wo­ko­wać, do­nieść. Krop­ka. W dniu N o go­dzi­nie en­tej, w en­tym sek­to­rze en­te­go re­jo­nu zo­sta­nie­cie wy­en­to­wa­ni z po­kła­du jed­nost­ki N. Krop­ka. Gru­pa upo­sa­że­nio­wa kryp­to­nim Ber­beć, die­ty pla­ne­tar­ne z cu­la­gą tle­no­wą, roz­ra­chu­nek spo­ra­dycz­ny, w za­leż­no­ści od wagi do­nie­sień. Mel­do­wać bie­żą­co. Łącz­ność en-lu-me­nicz­na, ma­skow­nik for­ma­tu Lyra-PiP, je­śli po­le­gnie­cie w ak­cji – po­śmiert­ne od­zna­cze­nie Or­de­rem Taj­ne­go Stop­nia, peł­ne ho­no­ry, sa­lut, pły­ta ku czci, z wcią­gnię­ciem po­chwal­nym do akt… Bę­dzie?! – ci­snął ostat­nie sło­wo.

– A je­śli nie po­le­gnę?… – spy­ta­łem.

Sze­ro­ki, po­błaż­li­wy uśmiech roz­ja­śnił twarz ko­men­de­ra­ła.

– Re­zo­ner – po­wie­dział. – Re­zo­ner, co? He, he… re­zo­ner… je­śli tego, to ten… Dość! U mnie nie ma „je­śli”! Mi­sję do­sta­łeś? Do­sta­łeś! Ba­sta! A wiesz ty, co to jest? Hę?! – wy­rzu­cił z sze­ro­kiej pier­si. Po­licz­ki za­fa­lo­wa­ły mu ła­god­nie, blask prze­szedł przez zło­te czwo­ro­bo­ki or­de­rów. – Mi­sja to wiel­ka rzecz! No, a Spe­cjal­na – ba! Spe­cjal­na! No! W do­brej en­tej go­dzi­nie! Ru­szaj, chłop­cze, a nie daj się zgno­ić!

– Będę się sta­rał – od­par­łem – a moje za­da­nie?

Na­ci­snął kil­ka gu­zi­ków, za­słu­chał się w dzwon­ki te­le­fo­nów, wy­ga­sił je. Po­ciem­nia­ła przed­tem ły­si­na ró­żo­wia­ła po­wo­li. Pa­trzał na mnie do­bro­tli­wie jak oj­ciec.

– Na­der! – rzekł. – Na­der nie­bez­piecz­ne! Ale nic to! Nie dla sie­bie! Nie ja wy­sy­łam! Ogół! Do­bro! Oj, ty, ty… enty… trud­na spra­wa… trud­ne cia­ło do­sta­łeś! Zo­ba­czysz! Trud­ne, ale trze­ba, bo, bo ten…

– Służ­ba – pod­da­łem szyb­ko.

Roz­pro­mie­nił się. Wstał. Za­ko­ły­sa­ły się u pier­si or­de­ry, za­dzwo­ni­ły, apa­ra­ty i te­le­fo­ny umil­kły, świa­teł­ka zga­sły. Cią­gnąc za sobą splą­ta­ne róż­no­ko­lo­ro­we ka­bel­ki, pod­szedł do mnie i po­dał mi po­tęż­ną, owło­sio­ną, star­czą dłoń stra­te­ga. Na­wier­cał mnie ocza­mi, pró­bo­wał, brwi ze­su­nę­ły mu się, two­rząc wy­pu­kłe wzgór­ki, pod­par­te fał­da­mi mniej­szy­mi nie­co, i tak sta­li­śmy spo­je­ni uści­skiem – głów­no­do­wo­dzą­cy i taj­ny ku­rier.

– Służ­ba! – rzekł. – Twar­da. Służ­ba, mój chłop­cze! Służ­ba… by­waj!!!

Za­sa­lu­to­wa­łem, zro­bi­łem zwrot w tył i wy­sze­dłem, sły­sząc jesz­cze u drzwi, jak pije wy­zię­błą her­ba­tę. Po­tęż­ny to był sta­rzec – Ka­shen­bla­de…

II

Jesz­cze pod wra­że­niem roz­mo­wy z głów­no­do­wo­dzą­cym wsze­dłem do se­kre­ta­ria­tu. Se­kre­tar­ki ma­lo­wa­ły się i mie­sza­ły her­ba­tę. Z rury pneu­ma­tycz­nej pocz­ty wy­padł plik pa­pie­rów z moją no­mi­na­cją pod­pi­sa­ną zna­kiem ko­men­de­ra­ła. Jed­na z urzęd­ni­czek przy­bi­ła na nich ko­lej­no pie­częć  ś c i ś l e  t a j n e  i prze­ka­za­ła je dru­giej, któ­ra wcią­gnę­ła cały fa­scy­kuł do kar­to­te­ki, po czym kar­to­te­ka zo­sta­ła za­szy­fro­wa­na na pod­ręcz­nej ma­szy­nie, klucz szy­fru ko­mi­syj­nie znisz­czo­ny, wszyst­kie ory­gi­na­ły zaś spa­lo­ne; po­piół po prze­sia­niu i za­re­je­stro­wa­niu za­mknię­to w za­la­ko­wa­nej ko­per­cie z moją cy­frą. Prze­sła­no ją wy­cią­giem do pod­ziem­ne­go skarb­ca. Wszyst­ko to, choć dzia­ło się tuż przy mnie, ob­ser­wo­wa­łem z dy­stan­su oszo­ło­mie­nia, wy­wo­ła­ne­go tak nie­spo­dzia­nym ob­ro­tem losu. Za­gad­ko­we uwa­gi ko­men­de­ra­ła od­no­si­ły się nie­chyb­nie do spraw tak taj­nych, że do­pusz­czal­ne były wo­bec nich tyl­ko alu­zje. Prę­dzej czy póź­niej mu­sia­no mnie wpro­wa­dzić w ich treść, bo ina­czej nie mógł­bym wy­peł­nić Mi­sji. Nie wie­dzia­łem na­wet, czy ma ona coś wspól­ne­go z za­gu­bio­nym we­zwa­niem, ale rzecz ta bla­dła wo­bec mej, jak­że na­głej, ka­rie­ry.

Roz­my­śla­nia te prze­rwa­ło zja­wie­nie się mło­de­go bru­ne­ta w mun­du­rze i przy sza­bli; przed­sta­wił się jako taj­ny ad­iu­tant ko­men­de­ra­ła, po­rucz­nik Blan­der­dash, i uści­snąw­szy mi zna­czą­co rękę, po­wie­dział, że jest przy­dzie­lo­ny do mej oso­by. Po­pro­sił mnie do ga­bi­ne­tu miesz­czą­ce­go się po prze­ciw­nej stro­nie ko­ry­ta­rza, po­czę­sto­wał her­ba­tą i jął uno­sić się nad mymi zdol­no­ścia­mi, nie­co­dzien­ny­mi, w jego mnie­ma­niu, sko­ro Ka­shen­bla­de po­wie­rzył mi taki orzech do zgry­zie­nia. Za­chwy­cał się też na­tu­ral­no­ścią mo­jej twa­rzy, szcze­gól­nie nosa, aż zo­rien­to­wa­łem się, że jed­no i dru­gie ma za przy­pra­wio­ne. Mie­sza­łem w mil­cze­niu her­ba­tę, uwa­ża­jąc, że jak naj­bar­dziej na miej­scu bę­dzie po­wścią­gli­wość. Ja­koż po kwa­dran­sie po­rucz­nik prze­pro­wa­dził mnie ofi­cer­skim przej­ściem do służ­bo­wej win­dy, któ­rą od­pie­czę­to­wa­li­śmy wspól­nie i po­je­cha­li na dół.

– Ale, ale – rzu­cił, kie­dy sta­wia­łem już nogę na ko­ry­ta­rzu – czy pan skłon­ny jest do po­zie­wa­nia?

– Nie za­uwa­ży­łem… a co?

– Ach, nic… zie­wa­ją­ce­mu moż­na po pro­stu zaj­rzeć do środ­ka, wie pan… a nie chra­pie pan aby?

– Nie.

– O, to do­brze. Przez chra­pa­nie koń­czy się tylu na­szych lu­dzi…

– Co się z nimi sta­ło? – rzu­ci­łem nie­po­trzeb­nie.

Uśmiech­nął się, do­ty­ka­jąc fu­te­ra­łu, któ­ry okry­wał mun­du­ro­we na­szyw­ki.

– Je­że­li to pana in­te­re­su­je, może obej­rzy pan na­sze ko­lek­cje? Aku­rat na tym pię­trze… gdzie te ko­lum­ny… to jest Wy­dział Zbio­rów…

– Jak naj­chęt­niej – od­par­łem – ale nie wiem, czy mo­że­my dys­po­no­wać tak swo­bod­nie cza­sem?

– Ależ na­tu­ral­nie – od­parł, wska­zu­jąc mi z lek­kim ukło­nem wła­ści­wy kie­ru­nek – to nie bę­dzie zresz­tą pro­ste za­spo­ko­je­nie cie­ka­wo­ści… Im wię­cej się w na­szym fa­chu wie, tym le­piej…

Otwo­rzył przede mną zwy­kłe, bia­ło la­kie­ro­wa­ne drzwi. Za nimi lśni­ły pan­cer­ne. Po usta­wie­niu cy­fro­we­go zam­ka roz­su­nę­ły się i taj­ny ad­iu­tant prze­pu­ścił mnie pierw­sze­go. Zna­leź­li­śmy się w wiel­kiej, suto oświe­tlo­nej, po­zba­wio­nej okien sali. Ka­se­to­no­wy strop wspie­rał się na ko­lum­nach, ścia­ny po­kry­te były pysz­ny­mi go­be­li­na­mi i ma­ka­ta­mi utrzy­ma­ny­mi głów­nie w to­nach czer­ni, zło­ta i sre­bra. Po­dob­nych jesz­cze nie wi­dzia­łem; ma­te­riał, z ja­kie­go je wy­ko­na­no, przy­po­mi­nał fu­tro. Po­mię­dzy ko­lum­na­mi sta­ły na wy­wo­sko­wa­nej po­sadz­ce oszklo­ne ga­blo­ty, wi­try­ny na smu­kłych nóż­kach i za­mczy­ste, z unie­sio­ny­mi wie­ka­mi skrzy­nie. Naj­bliż­szą wy­peł­nia­ły przed­mio­ci­ki po­ły­sku­ją­ce jak klej­no­ty; po­zna­łem w nich spin­ki od ko­szul. Były ich chy­ba mi­lio­ny. Z dru­giej skrzy­ni wzno­sił się ko­piec po­dłu­go­wa­tych pe­reł. Po­rucz­nik po­pro­wa­dził mię ku wi­try­nom; za szkla­ny­mi pły­ta­mi spo­czy­wa­ły po­ręcz­nie oświe­tlo­ne, na ak­sa­mit­nej wy­ściół­ce sztucz­ne uszy, most­ki, nosy, imi­ta­cje pa­znok­ci, bro­da­wek, rzęs, fał­szy­we fluk­sje i gar­by, nie­któ­re uka­za­ne po­glą­do­wo w prze­kro­ju, aby wi­docz­na była ich we­wnętrz­na struk­tu­ra; spo­ty­ka­ło się na­dy­ma­ne, do­mi­no­wał wszak­że wło­sień. Co­fa­jąc się, po­trą­ci­łem skrzy­nię z per­ła­mi i za­drża­łem. To były zęby – ro­so­cha­te i małe jak pe­reł­ki, ło­pat­ko­wa­te, z dziur­ką i bez, mlecz­ne, trzo­no­we, mą­dro­ści.

Pod­nio­słem oczy na mego prze­wod­ni­ka, któ­ry z po­wścią­gli­wym uśmie­chem wska­zał mi naj­bliż­szy go­be­lin. Przyj­rza­łem mu się z bli­ska. Uszy­ty był z sąż­ni­stych bród, fa­wo­ry­tów, pe­ruk, na­ni­za­nych na ny­lo­no­wą osno­wę z ta­kim za­my­słem, iż zło­to­wło­se two­rzy­ły na tle ca­ło­ści wiel­ki herb pań­stwa. Prze­szli­śmy do na­stęp­nej sali. Była jesz­cze więk­sza. Pod ni­klo­wy­mi re­flek­to­ra­mi sta­ły wi­try­ny, wy­peł­nio­ne sztucz­ny­mi po­dar­ka­mi, ta­lia­mi kart, se­rem, z ka­se­to­nów mo­drze­wio­we­go stro­pu zwie­sza­ły się fał­szy­we pro­te­zy, gor­se­ty, ubra­nia, nie brak było i pod­ra­bia­nych owa­dów – te ostat­nie, wy­ko­na­ne z pre­cy­zją, na jaką zdo­być się może tyl­ko po­tęż­ny, dys­po­nu­ją­cy wszel­ki­mi środ­ka­mi wy­wiad, zaj­mo­wa­ły po­czwór­ny rząd szkla­nych szaf. Ad­iu­tant nie na­rzu­cał się z ob­ja­śnie­nia­mi, jak­by w prze­ko­na­niu, że zgro­ma­dzo­ne cor­po­ra de­lic­ti mó­wią już same za sie­bie, cza­sem tyl­ko, kie­dy go­tów by­łem po­śród mno­go­ści eks­po­na­tów prze­oczyć któ­ryś god­ny obej­rze­nia, czy­nił w jego kie­run­ku dys­kret­ny ruch ręką. W ten spo­sób skie­ro­wał moją uwa­gę na znacz­ną ilość maku umiesz­czo­ne­go na bia­łym je­dwa­biu pod szkłem oszli­fo­wa­nym tak sztucz­nie, iż bez­po­śred­nio nad kop­czy­kiem ma­ko­wych zia­ren prze­zro­czy­sta ta­fla prze­cho­dzi­ła zgru­bie­niem w moc­ną so­czew­kę, dzię­ki któ­rej uj­rza­łem, że mak był, zia­ren­ko po zia­ren­ku, wy­drą­żo­ny. Zdu­mio­ny, zwró­ci­łem się z nie­mym za­py­ta­niem do po­rucz­ni­ka, któ­ry uśmiech­nął się tyl­ko ubo­le­wa­ją­co i roz­ło­żył ręce na znak, że nic nie może mi po­wie­dzieć, a jego ocie­nio­ne wą­si­kiem peł­ne war­gi zło­ży­ły się, bez wy­da­nia gło­su, w sło­wo  t a j n e. Do­pie­ro przy na­stęp­nych drzwiach, otwie­ra­jąc je przede mną, rzu­cił:

– Cie­ka­we mamy tro­fea… praw­da?

Echo na­szych kro­ków wy­peł­ni­ło salę jesz­cze świet­niej­szą. Pod­nio­słem gło­wę. Całą ścia­nę na wprost zaj­mo­wał go­be­lin; mi­ster­na kom­po­zy­cja utrzy­ma­na w bar­wach ru­dych i kru­czych przed­sta­wia­ła akt pań­stwo­wo­twór­czy. Ad­iu­tant, nie bez pew­ne­go ocią­ga­nia, po­ka­zał mi przy­strzy­żo­ne czar­ne bacz­ki, któ­re two­rzy­ły część de­lii jed­ne­go z do­stoj­ni­ków, da­jąc do zro­zu­mie­nia, iż po­cho­dzą ze zde­ma­sko­wa­ne­go prze­zeń agen­ta.

Cią­gną­cy zza ko­lumn chłod­ny po­wiew zwia­sto­wał bli­skość sze­ro­kiej am­fi­la­dy. Nie przy­pa­try­wa­łem się już eks­po­na­tom; za­gu­bio­ny, osłu­pia­ły, kro­czy­łem w ślad za mym prze­wod­ni­kiem przez ich skrzą­ce się od lamp ro­jo­wi­ska, mi­ja­łem dzia­ły otwie­ra­nia kas, ku­sze­nia, wier­ce­nia mu­rów, prze­bi­ja­nia gór i osu­sza­nia mórz, po­dzi­wia­łem wie­lo­pię­tro­we ma­chi­ny do zdal­ne­go ko­pio­wa­nia pla­nów mo­bi­li­za­cyj­nych, do zmie­nia­nia nocy w sztucz­ny dzień lub na od­wrót; pod ol­brzy­mią krysz­ta­ło­wą ko­pu­łą prze­szli­śmy przez aulę fał­szo­wa­nia plam sło­necz­nych i pla­ne­tar­nych to­rów; wpra­wio­ne w pły­ty dro­go­cen­ne­go ja­kie­goś ma­te­ria­łu lśni­ły, opa­trzo­ne ety­kie­ta­mi z ob­ja­śnia­ją­cym szy­frem, imi­ta­cje gwiaz­do­zbio­rów i fal­sy­fi­ka­ty ga­lak­tyk; pod ścia­na­mi pra­co­wa­ły bez­sze­lest­nie po­tęż­ne pom­py próż­nio­we, utrzy­mu­jąc wy­so­kie roz­rze­dze­nie i wła­ści­wą moc pro­mie­nio­wa­nia, w któ­rych je­dy­nie trwać mo­gły pod­ro­bio­ne ato­my i elek­tro­ny. W gło­wie wi­ro­wa­ło mi od nad­mia­ru wra­żeń, Blan­der­dash orien­to­wał się nie­wąt­pli­wie w mym sta­nie, bo po­pro­sił, bym udał się z nim ku wyj­ściu. Przed drzwia­mi opa­trzo­ny­mi ze­ga­ro­wym za­trza­skiem od­pie­czę­to­wa­li­śmy gór­ną kie­szeń jego mun­du­ru, z któ­rej do­był ko­per­tę z ha­słem, i od­czy­ta­li­śmy je.

Gdzieś mniej wię­cej w po­ło­wie dro­gi przez Wy­dział Zbio­rów po­czą­łem ukła­dać so­bie w gło­wie kom­ple­men­ty, ja­kie wy­po­wiem po oglę­dzi­nach ca­łej ko­lek­cji, te­raz jed­nak nie by­łem zdol­ny wy­krztu­sić sło­wa. Blan­der­dash ro­zu­miał wi­dać i moje mil­cze­nie, nie prze­ry­wał go bo­wiem; tak do­szli­śmy do win­dy, przy któ­rej zbli­ży­ło się do nas dwóch mło­dych, jak on, taj­nych ofi­ce­rów. Za­sa­lu­to­waw­szy, prze­pro­si­li mię uprzej­mie i od­wo­ła­li ad­iu­tan­ta na stro­nę. Na­stą­pi­ła krót­ka wy­mia­na zdań, któ­rą ob­ser­wo­wa­łem, do­ty­ka­jąc ra­mie­niem fra­mu­gi. Blan­der­dash wy­da­wał się z lek­ka za­sko­czo­ny – z unie­sio­ny­mi brwia­mi mó­wił coś do star­sze­go ofi­ce­ra, ale ten wy­ko­nał za­ka­zu­ją­cy gest, kie­ru­jąc nie­znacz­nie ło­kieć w moją stro­nę. Na tym sce­na się za­koń­czy­ła. Ad­iu­tant, nie po­że­gnaw­szy się ze mną, od­szedł ze star­szym ofi­ce­rem, młod­szy zaś zbli­żył się do mnie i wy­ja­śnił z uprze­dza­ją­co grzecz­nym uśmie­chem, iż ma mnie za­pro­wa­dzić do Wy­dzia­łu N.

Nie do­strze­głem przy­czy­ny, dla któ­rej miał­bym mu się sprze­ci­wić. Wsia­da­li­śmy już do od­pie­czę­to­wa­nej win­dy, kie­dy spy­ta­łem go o mego do­tych­cza­so­we­go ci­ce­ro­ne.

– Jak pro­szę? – spy­tał ofi­cer, zbli­ża­jąc ucho do mych ust. Za­ra­zem przy­ci­snął rękę do pier­si, jak­by go za­bo­la­ło ser­ce.

– No, Blan­der­dash… od­wo­ła­ła go za­pew­ne służ­ba? Wiem, że nie po­wi­nie­nem wła­ści­wie py­tać… – do­da­łem.