Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Pamiętnik rogatych dusz” dedykowany jest wszystkim tym, którzy szukają balansu życiowego, właśnie stoją na rozdrożu i brakuje im sił oraz odwagi, by o siebie walczyć. Ale może warto otworzyć drzwi przyszłości? Bo jeszcze wiele może nas zaskoczyć.
Katarzyna to rozwiedziona, spełniona zawodowo czterdziestodwuletnia kobieta, która w wieku trzydziestu trzech lat została matką. Zaczyna zupełnie nowy rozdział życia. Tadeusz natomiast jest mężczyzną z dwudziestoczteroletnim stażem małżeńskim, ma wybudowany dom, posadzone drzewa i trzech synów, ale doprowadzony przez żonę do skraju wytrzymałości zostawia wszystko, choć nie ma zupełnie wizji dalszej przyszłości. Znaki przeszłości łączą się z teraźniejszością, a wydarzenia wplątują bohaterów w burzliwy romans. Rumieńców i odrobiny pikanterii tej opowieści dodają intymne okoliczności potajemnych schadzek i nieoczekiwane zwroty akcji.
Ta historia zdarzyła się naprawdę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 358
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie ilustracje w książce są autorstwa Joanny Rubin.
Wszystkie cytaty stanowiące motta rozdziałów pochodzą z wierszy autorstwa Joanny Rubin.
projekt okładki:
RED Monika Brankiewicz
redakcja:
Magdalena Mieczkowska
korekta:
Monika Turała
projekt graficzny środka, skład:
RED Monika Brankiewicz
© copyright by Joanna Rubin 2025© copyright by Pan Wydawca 2025
ISBN 978-83-68622-35-5
wydanie 1Gdańsk 2026
Pan Wydawca sp. z o.o.ul. Wały Piastowskie 1/150880-855 GdańskPanWydawca.pl
Tytułem wstępu
1. Stary nowy dom
2. Domek z kart
3. Czas to pieniądz
4. Cztery pory roku
5. Znajomy-nieznajomy
6. Rewers
7. Po burzy zawsze świeci słońce
8. Po nitce do kłębka – ostatnia rozgrywka
9. Coś się kończy, coś się zaczyna
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Miałem napisać wstęp – wprowadzenie do książki, którą napisała najbliższa mi osoba i które miałoby zachęcić czytelników do jej przeczytania. Szczerze? Nie wiedziałem, co napisać, więc napisałem to, co czuję. Po prostu…
Ponad dziesięć lat temu, w dwa tysiące piętnastym roku, ustaliliśmy, że musimy podzielić się ze światem naszą historią, zdarzeniami, które towarzyszyły „naszemu początkowi”, a przede wszystkim niespotykanymi i niebywałymi zbiegami okoliczności, jakie nas spotkały. Może będzie to dobra lekcja dla tych, którzy dopiero zaczynają swoje życie i podejmują decyzje dotyczące przyszłości lub zrezygnowali z walki o siebie? Książkę tę zaczęliśmy razem, lecz z uwagi na emocje towarzyszące jej pisaniu ustaliliśmy – lub jak kto woli – stwierdziliśmy, że pisać może tylko jedna osoba i osobą tą została Katarzyna mająca już „doświadczenie” w tworzeniu opowiadań, wierszy itp.
Zacznę od tego, że nasze drogi zeszły się w czasie i w okolicznościach, których nie można było przewidzieć. Gdybyśmy się spotkali wcześniej, na przykład w latach, kiedy każdy z nas zawierał związek małżeński (jednakże z innymi osobami, niż byśmy chcieli), nasz związek by nie przetrwał – nasze niedoświadczone dusze nie pasowałyby do siebie. A gdyby nasze drogi zeszły się w czasie, gdy faktycznie się poznaliśmy – również nic z tego by nie było, gdyż każdy z nas był jeszcze na „dorobku” z odmiennymi realiami życia. Gdybyśmy natomiast mieli się spotkać nieco później, każdy z nas byłby w innej rzeczywistości, bylibyśmy daleko od siebie, bez szans na spotkanie się i przeżycie tego, co wspólnie przeszliśmy.
Historia zawarta w tej książce to tak naprawdę opowieść o wszystkim, co człowiek może zrobić niewłaściwie, o tym, jakie może popełnić błędy i jakie wnioski może wyciągnąć z tych doświadczeń.
Małomiasteczkowa społeczność i poszczególne osoby wysnuły ciekawe teorie spiskowe. Zarzucano nam, że tak się umówiliśmy, że wszystko zaplanowaliśmy, że realizowaliśmy z góry założony scenariusz zdarzeń. Nikt nie przypuszczał, w jakich okolicznościach i z jakimi przeszkodami przyjdzie nam się zmierzyć oraz czy będzie nam dane przetrwać.
Każde z nas w tym czasie było na etapie podejmowania życiowej decyzji, co dalej. Każde z nas wiedziało, że musi coś zmienić, bo szliśmy w złym kierunku… no i każde samodzielnie podjęło swoją „ostateczną” decyzję.
Czy ktoś nami sterował? Czy ktoś napisał nam scenariusz? Jak byśmy skończyli, gdybyśmy nie zaczęli się wspierać?
I najciekawsze: co było tą iskrą, która zapaliła ognisko naszego życia?
Odpowiem.
Tą iskrą było pytanie do Kasi o to, czy pójdzie ze mną do łóżka – i zadałem je w czasie, kiedy moje dwie przygody z innymi kobietami wciąż trwały. Ciekawe? Tak…
I w ten właśnie sposób wszystko się zaczęło. A jak się skończy?
Tadeusz
Ze wszystkich podróży po świecie
pewna jest tylko ta ostatnia –
do wiecznego życia.
Joanna Rubin
Kawiarnia Kombajn przy basenie miejskim w Libiążu
Jesteś cząstką mnie, co w duszy tkwi,
jesteś prawdą mych wszystkich dni…
Jak co dzień człowiek się budzi i zaczyna nowy dzień. Niezależnie od tego, gdzie jest, kim jest. Każdy ma swój czas dojrzewania niezwiązany z datą urodzenia. Chęć uporządkowania otaczającej rzeczywistości spowodowała tworzenie norm, ustaw, praw itp., co nijak się ma do praw natury. Nieważne, ile masz lat, ważne, czy dojrzałeś i masz szczęście, otwartą delikatną aurę współczucia, uskrzydloną, wrażliwą duszę.
Większość młodych ludzi ma swoje ideały podbudowane marzeniami o pięknej przyszłości i sukcesach w życiu. Czy dojrzewanie jest połączone z utratą tych ideałów? Czy to łamanie zbudowanej zasady? Czy utrudnia borykanie się z trudnymi sprawami i rzeczywistością?
Myślę czasami o tym, jak moja babcia mówiła, że życie uczyło ją pokory i że wraz z biegiem lat łagodniała i wszystko stawało się proste, bo już nie była taka uparta, lecz stawała się zwyklejsza, taka po prostu do zrozumienia. Jakoś ja nie mogę sobie poradzić z tą myślą, że mam ustępować, poddawać się… Do dziś nie żałuję, że jestem uparta. Chcę wytrwać w tym, bo wiem, że kieruję się sercem i dobrem osób, które są ze mną i we mnie wierzą. Całe moje doświadczenie czterdziestoparoletniej kobiety jest – pisząc nieskromnie – olbrzymie.
To, czy dojrzejemy we właściwym momencie, nie zależy tak naprawdę tylko od nas samych. Jest wiele rzeczy, które są wokół nas, a my nie mamy na nie wpływu. Dorastająca młoda istota pozostaje w rękach swoich najbliższych – a tych się nie wybiera. Jesteśmy dziećmi swoich rodziców. Teoria równowagi, że jesteś kowalem własnego losu, tyczy się już dorosłego życia, z tym że wchodzisz w nie z bagażem doświadczeń z dzieciństwa i młodości.
Ze swoich dziecięcych lat wyniosłam raczej miłe wspomnienia. Miałam dobrą opiekę i dobre wzorce – nie narzekam. Oczywiście jest pewne „ale” – rodzice ciągle pracowali, zwłaszcza ojciec, a mama wracała z pracy późno. Relacje moich rodziców z dziadkami były złe. Babcia i dziadek mieszkali na parterze. Z perspektywy czasu myślę, że moja mama i babcia były bardzo uparte i zaborcze. Nie potrafiły ustąpić czy iść na kompromis. Mojej mamie zostało to do dzisiaj. Babcia (świętej pamięci) była bardzo zaradną kobietą i silnym człowiekiem. To też odziedziczyła moja mama. Jednak w połączeniu z wykształceniem i osiągniętą przez siebie pozycją społeczną stała się mieszanką wybuchową. Charakter mojego ojca diametralnie różnił się od charakteru mamy – tato był ugodowy. Jego duże wady natomiast to chęć zadowolenia wszystkich i swoisty upór. Nie zawsze prostą drogą podążał do celu. Łagodził i prostował zawiłość sytuacji. Manipulował nią i tłumaczył swoją chęć niesienia dobra wszystkim. Wszyscy jednak wiemy, że nie da się tego tak zrobić, zawsze ktoś jest pokrzywdzony lub wykorzystany.
I tak właśnie było ze mną i z moim bratem. Miał on większy wpływ na matkę. Gdyby obiektywnie ocenić moją pozycję w rodzinie, nie miałam forów, wymagania wobec mnie były większe, a oceny – nieadekwatne do wyników. Faktem jest, że nie byłam tak zdolna jak brat, uważano mnie za krnąbrną i niezależną. Już jako nastolatka czułam się odpowiedzialna za wszystko wokół mnie. Teraz mogę to stwierdzić. Przypominam sobie czasy, kiedy mama i tato przeżyli wypadek samochodowy. On miał bark i całą rękę w gipsie, a ona leżała w łóżku przez sześć tygodni ze zmiażdżonym kręgiem piersiowym. Jako przyszła gospodyni opiekowałam się (można tak powiedzieć) całym domem. Miałam wtedy trzynaście czy czternaście lat. Wykonywałam czynności higieniczno-pielęgnacyjne przy mamie. Kiedy wspominam ten czas, odczuwam pełną satysfakcję i jestem dumna. Patrząc na dzisiejszą młodzież, to wiele do życzenia pozostawia ich podejście do życia i do otoczenia, młodzi często nie radzą sobie z podstawowymi sprawami związanymi z egzystencją. Nie mają poczucia obowiązku ani odpowiedzialności. Jestem naocznym świadkiem zmian społeczno-naukowych dziejących się na przełomie dwóch wieków. Świat zmienił się diametralnie – niekoniecznie w dobrą stronę. Nie da się zatrzymać postępu i tych przemian. Wiem o tym, ale kręci się łezka w oku na myśl o dawnych czasach.
Dorastałam w poczuciu odpowiedzialności. Mimo że mój brat był starszy o trzy i pół roku, nie nadążał za moim rozwojem. On zamykał się w świecie nauki i swojej wyobraźni. Nie miał zbyt dużo kolegów. Ja natomiast miałam więcej kolegów niż koleżanek. Uwielbiałam sport, chodziłam na SKS (szkolny klub sportowy), mimo że mama tego nie chciała. Moje początkowe plany życiowe kręciły się wokół zawodów typowych dla chłopców, takich jak policjant, kierowca karetki, sportowiec czy… pilot samolotu. Moja szkoła podstawowa kładła nacisk na sport. Miałam super nauczycieli. I tak dotarłam do końca podstawówki. W tym czasie pamiętnym dla mnie niemiłym wydarzeniem była przeprowadzka z Libiąża do Rabki – taka przymusowa, rodzaj zesłania politycznego mojego ojca.
Po wprowadzeniu stanu wojennego w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, trzynastego grudnia, sytuacja polityczna stała się trudna. Bezwzględne w zasadzie posłuszeństwo obywateli wymagane było przez elitę rządową – czyli przedstawicieli partyjnych PZPR. Na nieszczęście – lub raczej na nasze szczęście – mój ojciec nie miał takiego poczucia i jako kierownik miejskiej przychodni zdrowia zarządzał tą placówką wedle własnego uznania, również w sferze finansowej. Rozdzielał premie pieniężne podług zaangażowania pracowników. Stanowisko rejestratorki w przychodni zajmowała żona pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w mieście. Nie lubiła się przepracowywać, więc jej premia była znikoma. Nie była z tego zadowolona, więc „poskarżyła się” mężowi. I tak rozkręciła się nasza mała wojna. Ojciec był stanowczy i trwał przy swoim zdaniu, dlatego, z powodu niesubordynacji, zostaliśmy mieszkańcami Rabki. Niedużej, malowniczej miejscowości położonej w Kotlinie Rabczańskiej.
Okres spędzony w rodzinnym mieście – Libiążu – bardzo mi pomógł. Jako ciekawa życia i ruchliwa, nabierałam doświadczenia poprzez poznawanie innych osób ze środowisk innych niż moje. Miałam kolegów i koleżanki, których rodzice byli z klas robotniczo-górniczych. Niektórzy z moich przyjaciół pochodzili z rozbitych rodzin i domów zastępczych. Nie przeszkadzało mi to, że jestem z tak zwanego dobrego domu, że rodzice dbają o mnie i o moje wykształcenie. Od zawsze miałam trudny charakter, ale i nie stroniłam od doświadczeń życiowych. Rodzice nie rozpieszczali mnie, ale stawiali mi wymagania i obserwowali, szczególnie ojciec. Widząc, że nie ma powodów, aby mnie ograniczać i spowalniać, pozwalał mi na nawiązywanie różnych przyjaźni. Czasami rozmawiał ze mną o moich rozterkach czy problemach – mama nigdy nie chciała tego robić. Jedyna rozmowa, którą z tego okresu zapamiętałam, była o tym, że już niedługo stanę się kobietą i zacznę miesiączkować, ponieważ jestem na etapie dojrzewania. Rozmowa była bardzo rzeczowa, ale i surowa w swojej formie. Mnie to w sumie wystarczyło.
Moją najbliższą przyjaciółką z tych czasów była Ela. Od zawsze chciała wyjechać za granicę, do Stanów Zjednoczonych czy do Anglii. Pragnęła być lekarzem, a konkretnie – stomatologiem. Powtarzała, że dążenie do celu jest podstawą bycia szczęśliwym, ale tak do końca nie wiem, czy Ela znalazła swoje miejsce w życiu. Po naszym rozstaniu – gdy poszłyśmy do szkół średnich: ja w Rabce, a ona w Krakowie – nie znalazłam już drugiej takiej bratniej duszy. Pisała listy, które były nostalgiczne. Ela wspominała, jak miło było kiedyś, wtedy gdy chodziłyśmy razem do szkoły. Była rozczarowana otoczeniem i ludźmi, z którymi miała kontakt. Osiągnęła jednak zamierzony cel – została lekarzem i mieszka w Anglii. Nie mam jednak z nią takiego kontaktu, żeby wiedzieć, czy jest szczęśliwa i czy znalazła to, czego szukała. Dawno temu, kiedy była już kilka lat za granicą, zadzwoniła do mnie i chwilę rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się wtedy, że wychowuje córkę, ale jest samotną matką. Swój czas dzieli między nią a pracę z innym lekarzem, któremu pomaga w praktyce lekarskiej. Nie wiem, co wydarzyło się w jej życiu później, ale zawsze miło ją wspominam. Potem już nigdy nie miałam takiej szalonej i ciekawej koleżanki. Ela miała marzenia i je realizowała.
Kiedy przeprowadzałam się do Rabki, zostałam wyrwana ze swego środowiska z lat dzieciństwa i dorastania. Może ktoś inny by się tym nie przejął, ja jednak miałam wielki żal do rodziców, że musimy się przeprowadzić. Nie rozumiałam tych powodów. Do końca ich też wtedy nie poznałam, ale po latach już odbierałam to inaczej. W latach osiemdziesiątych nie było tak jak teraz, z wyjątkiem zazdrości, złośliwości czy innych przywar ludzkich. Od tamtych czasów do teraźniejszości zmieniło się prawie wszystko w każdej z dziedzin życia. Jedynie zdrada pozostała na swoim miejscu i w swoim wymiarze. To były bardzo trudne lata dla dorosłych, a dla nas, dzieci i młodzieży, kolorowy czas zmian w muzyce, kulturze i literaturze. Odgrywaliśmy muzykę z Zachodu, puszczaliśmy pirackie taśmy wideo z filmami, które mówiły o wolności myśli i spełnianiu marzeń, osiąganiu sukcesów i byciu pięknym i młodym. W dziedzinie mody było trudniej. Sklepy z ubraniami oferowały standardowe ciuchy – takie same dla wszystkich. Jeżeli chciało się być oryginalnym, trzeba było coś wykombinować. Przerobić jakąś bluzkę czy zwęzić spodnie. Każdy chciał więc mieć dżinsowe ciuchy, spodnie i kurtkę, Adidasy i koszulki z kolorowymi napisami. Wśród rówieśników liczyło się, czy jestem rezolutna, czy mam jakieś umiejętności, czy gram na gitarze, czy mam talent do nauki… Trzeba było być kimś wyjątkowym, nietuzinkowym, żeby zostać zaakceptowanym i docenionym. Jednocześnie każdy znajdował swoje miejsce i nie był wykluczony ze środowiska. Hejt wyglądał zupełnie inaczej i miał swoje granice.
Pojawiłam się w ósmej klasie jako nowa uczennica w Szkole Podstawowej nr 1 w Rabce. Klasa była liczna – chodziły do niej, o ile dobrze pamiętam, trzydzieści cztery osoby. Wszyscy już mieli swoich kolegów i swoje koleżanki. Nikt nie chciał ze mną siedzieć w ławce. Nie znałam zwyczajów panujących w klasie ani nie miałam możliwości wcześniejszego nawiązania kontaktu z innymi rówieśnikami, bo moi rodzice zadecydowali o przeprowadzce tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Ja miałam iść do ostatniej klasy szkoły podstawowej, a mój brat – do czwartej klasy liceum. Poziomy naszych poprzednich szkół były wysokie, więc nauka nie sprawiała nam problemu. Ja miałam dużą przewagę, jeżeli chodziło o WF, język polski czy chemię. Byłam dobra i startowałam we wszystkich zawodach międzyszkolnych. Mój brat też dawał sobie świetnie radę z nauką, ale z nawiązywaniem przyjaźni – znacznie słabiej. Od tamtego czasu było z tym u niego już tylko gorzej. Długi czas byliśmy tymi nowymi ze Śląska.
Zmiana środowiska, kiedy mieliśmy po tyle lat, odbiła się bardzo mocno na psychice mojej i jego. Zadecydowało to o tym, że przestaliśmy się przywiązywać do ludzi i do rzeczy. Przez długi czas nie chciałam mieć również zwierzątek. Mój ukochany pies został z babcią w rodzinnym mieście i po latach zdechł, a ja poczułam, że go porzuciłam i zdechł w samotności. Zabolało mnie to bardziej niż wyprowadzka, zostawienie kolegów i koleżanek, a nawet babci, z którą byłam bardzo blisko. Sięgam pamięcią wstecz i nie mam typowych wspomnień z dzieciństwa. Mimo to było bardzo ciekawie. Wielu przeżyć dostarczały mi wakacyjne wyprawy z rodzicami. Starali się, żeby były one atrakcyjne i pouczające. Tak jak widać, wiele spraw kręciło się u nas wokół nauki i procesów poznawczych. Tego, czego mi brakowało, to możliwości rozwijania uczuć wyższych. Byłam trochę zamknięta w sobie, ale nie tak bardzo jak mój brat, on już całkowicie się odizolował.
Gdy ma się naście lat, napotykane problemy mogą mieć wymiar realny albo urosnąć do gigantycznych rozmiarów i być zasadniczo nie do rozwiązania. U mnie wiązały się one ze zmianą środowiska i tym, że rodzice zbytnio nie zwracali na mnie uwagi. Ich reakcja pojawiała się wtedy, gdy problem osiągał wymiar maksymalny. Może to i dobrze, bo dzięki temu byłam zahartowana w bojach. Jednak teraz odczuwam braki związane z umiejętnością rozwiązywania konfliktów partnerskich. Długo nikomu nie ufałam, ale byłam osobą, na którą inni mogli liczyć.
Po zmianie miejsca zamieszkania znalazłam się w nowym środowisku. Kiedy w nie wchodziłam, nie zostałam do końca zaakceptowana, ponieważ dołączyłam do klasy w ostatnim roku, a inni uczyli się już ze sobą kilka lat. Ponieważ nie miałam nowych koleżanek ani kolegów, kolejne wakacje spędziłam w swoim rodzinnym mieście. Utrzymywałam nadal dawne znajomości, ale równocześnie nawiązywałam nowe, na „starych śmieciach”. Po skończeniu drugiej klasy liceum odnowiłam w Libiążu znajomość z Krzysztofem (ponieważ już miałam z nim kontakt). Było to podczas wakacji na jakiejś dyskotece. Był ode mnie starszy o dobrych kilka lat. Trudno mi jest przypomnieć sobie dokładnie, jakie były okoliczności naszego poznania się, ale zauważyłam, że mnie wypatrzył i obserwował. Zagadnął i zaczął mnie adorować oraz prawić komplementy – dostrzegał we mnie kobietę mimo tego, że miałam siedemnaście lat. Traktował mnie poważnie. Jego zachowanie nie było nacechowane natręctwem czy chęcią przygody – a przynajmniej tego wówczas tak nie odczuwałam. Imponowało mi to, że był starszy i jego towarzystwo było z kręgów osób już „poważnych”. Miło się z nim rozmawiało i przebywało w jego towarzystwie. Ja byłam wówczas osobą dość szaloną, nie bałam się wyzwań, szokowałam czasami swoim zachowaniem i ubiorem. Rodzice nie mieli nade mną kontroli, ponieważ mi ustępowali, a ja się im sprzeciwiałam. Słuchałam muzyki rockowej, alternatywnej itp., szukałam swojego miejsca w życiu. Krzysztof zainteresował mnie sobą i z takim pozytywnym wrażeniem o nim wróciłam do Rabki.
Później, gdy jeździłam do Libiąża, w każdej wolnej chwili, czy to w ferie, wakacje czy święta, spotykałam się z Krzysztofem i utrzymywałam z nim relacje przyjacielsko-koleżeńskie. Jak to bywa w życiu, tak i też było tym razem, podczas naszych spotkań zaczęły się przytulanki, niby głaskania, niewinne pocałunki. A ja, zaciekawiona własnym ciałem znajdującym się w okresie dojrzewania, poddawałam się tym „niewinnym” flirtom serwowanym mi przez Krzysztofa. Robił to bardzo umiejętnie, nie narzucał się ze swoim zachowaniem, inteligentnie i z wyczuciem pokonywał każdy następny krok zmierzający, jak się później okazało, do erotycznych doznań. W sumie był mężczyzną, z którym straciłam dziewictwo, ale zanim to nastąpiło, wprowadził mnie w świat erotyki poprzez powolny spacer po ogrodach mojego ciała i doznań z nim związanych.
Moja znajomość z Krzysztofem trwała mniej więcej dwa lata. Mimo że była na odległość, a spotykaliśmy się co dwa, trzy tygodnie, to miałam do niego duże zaufanie i czułam, że mnie szanuje. Nie musiałam go napominać z powodu jego zachowania wobec mnie. Kiedy wprowadzał mnie w świat doznań seksualnych, zawsze pytał, czy mi to odpowiada, jakie są moje odczucia, czy coś mi przeszkadza lub czy coś chcę wiedzieć. Proponował urozmaicenie seksu, ale bez dziwactw czy perwersji, zawsze omawiał ze mną kolejne kroki. Wzbudzał we mnie w tym względzie – i innych także – duże zaufanie. Mój pierwszy raz z nim też nie był wymuszony – nawet nie odbył się wtedy, kiedy to ustaliliśmy, bo ja się przestraszyłam. Krzysztof nie nalegał, był cierpliwy. Sądzę, że gdyby postąpił inaczej, zraziłby mnie do siebie. Z perspektywy czasu uważam, że był wyrachowany. Wiedział, co robić, aby mógł czerpać ze mnie przyjemność. Nie sądzę, żeby wiązał ze mną plany na przyszłość, ale w pewien sposób nauczył mnie dużego zaufania w takich sytuacjach – w życiu i współżyciu na odległość. To miało wpływ zarówno na moje decyzje, jak i na brak reakcji, które miały miejsce w moim późniejszym małżeństwie. Zaufałam jemu i zaufałam też później mężowi, dając mu dużo swobody. Oddałam to, co kiedyś otrzymałam od Krzysztofa. A Krzysztof, biorąc pod uwagę na nasze relacje, brnął coraz dalej. Kiedy dostrzegł mój wiek i moją niedojrzałość, sprowokował mnie w końcu do odejścia. Pod koniec naszych spotkań seks nie był już tak zapierający dech w piersiach jak na początku, co wcześniej wynikało z mojego młodego wieku. Potem nie było tylu nowości, a zaczęły się rozmowy o prozaicznym rodzinnym życiu, spokojnej żonie, gromadce dzieci i o rodzinnych spotkaniach w niedziele – rzekomo widział mnie w roli gospodyni domowej zajmującej się domem. Doskonale wiedział, że mnie taka perspektywa nie odpowiadała. Chciałam się uczyć, studiować. Krzysztof doprowadził do tego, że kiedy ze mną zerwał, myślałam, że to ja zerwałam z nim.
Nie uważam jednak, że ten związek był zły, ponieważ Krzysztof przekazał mi dużo wiedzy o życiu intymnym w relacjach damsko-męskich i pokazał, że można z tego czerpać przyjemność, że zbliża to do siebie ludzi i dzięki temu wspólnie mogą tworzyć wzajemne zobowiązania i zaufanie. Dużą przeszkodą dla nas była różnica wieku i w związku z tym priorytety, którymi się kierowaliśmy. On potrzebował już stabilizacji życiowej, a ja dopiero startowałam w życie. Może gdybym była w jego wieku, inaczej bym na to spojrzała, ale tak się nie stało. Ta „przygoda” w jakiś sposób przygotowała mnie do życia, jednak ja źle zinterpretowałam niektóre aspekty tego przygotowania – tego, do czego przygotował mnie Krzysztof, użyłam wobec niewłaściwego człowieka.
Pewnie dlatego, że Krzysztof chciał stabilizacji i chciał mnie widzieć w roli kury domowej. Kiedy poznałam Wojciecha – który miał diametralnie inne podejście do związku i do życia rodzinnego – porwał mnie on strumieniem „pewnego szaleństwa” i luzu w swojej postawie wobec otoczenia. Trafił we mnie, ponieważ w pewien sposób miałam na tym etapie podobne podejście do życia. Nie takie samo, ale zbliżone. Chciałam swobody, żadnych zobowiązań, chciałam się uczyć i jemu to nie przeszkadzało. Zainteresował się mną, a ja nim.
