Palo Alto. Historia Kalifornii, mit Doliny Krzemowej i technokapitalizm - Harris Malcolm - ebook

Palo Alto. Historia Kalifornii, mit Doliny Krzemowej i technokapitalizm ebook

Harris Malcolm

0,0
119,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

 Jedna z najważniejszych książek o historii technologii i kapitalizmu. Pokazuje, jak powstała Dolina Krzemowa – i jak zmieniła ona świat

To pierwsza tak przekrojowa historia Doliny Krzemowej – od kolei żelaznych po mikroprocesory – ukazująca, jak pozornie zwykłe kalifornijskie przedmieście wyrosło na centrum światowej potęgi technologicznej i militarnej.

Palo Alto kojarzy się z idealnym klimatem, bogactwem, zdrowiem i innowacyjnością. To serce Doliny Krzemowej, miejsce, gdzie duch kontrkultury połączył się z wielkim kapitałem, tworząc laboratorium idei, które zmieniły świat. Palo Alto ma też drugie oblicze: powstało na zagrabionych ziemiach rdzennych mieszkańców, na toksycznych odpadach i w samym centrum globalnego systemu kapitalistycznego.

Malcolm Harris opisuje 150 lat historii północnej Kalifornii – od kolonialnych ideologii, testów IQ i teorii „tragedii wspólnego pastwiska”, po rasową eugenikę, „teorię rozbitych okien”, komputery i internet. To opowieść o tym, jak małe miasto stało się silnikiem wzrostu gospodarczego, wojny i globalnej dominacji technologicznej, prowadząc świat w pełen niepokojów XXI wiek.

Historia Doliny Krzemowej, która zmienia sposób myślenia o technologii, historii i przyszłości

 

 

Malcolm Harris – amerykański pisarz, eseista i niezależny publicysta, jeden z najważniejszych współczesnych krytyków kultury i kapitalizmu technologicznego. Autor głośnych książek Kids These Days: The Making of Millennials oraz Shit is Fucked Up and Bullshit: History Since the End of History. Urodził się w Santa Cruz w Kalifornii, ukończył University of Maryland. Publikował m.in. w „The New Yorker”, „The Atlantic”, „The New Republic”, „Jacobin”, „The Guardian” i „Wired”. Znany jest z ostrego, błyskotliwego stylu i umiejętności łączenia historii, ekonomii, polityki i kultury w spójną, angażującą narrację. Mieszka w Filadelfii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1096

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginalny: Palo Alto: A History of California, Capitalism, and the World

Przekład: Grzegorz Kuśnierz

Redakcja: Agnieszka Tabor

Korekta: Sebastian Filipowicz

Skład: Amadeusz Targoński | targonski.pl

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |

Projekt okładki: Tomasz Ortyl

Ilustracje na okładce: Tomasz Ortyl; domena publiczna / Wikipedia (komputer Xerox); www.loc.gov (Richard Nixon); Wikipedia CC BY-SA 2.0 / Colin (HP 200A front panel); domena publiczna (Chińczycy); Wikipedia CC-BY-SA-4.0 / Oysterboy9 (garaż HP w Palo Alto, Kalifornia)

Copyright © 2023 by Malcolm Harris

By arrangement with the author.

All rights reserved.

First Edition: February 2023

Wydawca nie ponosi odpowiedzialności za strony internetowe (ani ich zawartość), ponieważ nie są własnością wydawcy.

Copyright © 2026 for this edition by MT Biznes Sp. z o.o.

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish translation by MT Biznes Sp. z o.o.

All rights reserved.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

MT Biznes Sp. z o.o.

wydawnictwoprzeswity.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8231-840-1 (epub)

ISBN 978-83-8231-841-8 (mobi)

Inne książki Malcolma Harrisa:

Kids These Days: Human Capital and the Making of Millennials

Shit Is Fucked Up and Bullshit: History Since the End of History

Mojemu ojcu

Byłbym nader kontent, gdyby raczył Pan wyszukać dla mnie coś treściwego o stosunkach gospodarczych w Kalifornji, na mój koszt rzecz jasna. Kalifornja jest dla mnie niezwykle istotna, albowiem nigdzie indziej skumulowany kapitalizm nie dokonał przewrotu tak szybko i bezczelnie.

Karol Marks, list do Fryderyka Adolfa Sorge,

5 listopada 1880 roku

Wstęp do polskiego wydania

Wydaje się, że ze wszystkich miejsc na planecie akurat o Kalifornii nie można powiedzieć, że czas się tu zatrzymał. Hipisi i Hollywood, Reagan i Steve Jobs, amerykański optymizm, nowe technologie i ocean możliwości. Horyzont Zachodu. Dosłownie i w przenośni. Tu ludzie przyjeżdżają szukać nowych szans i tutaj Ameryka wymyśla siebie na nowo. Malcolm Harris rozwiewa to złudzenie.

To oczywiście prawda, że Dolina Krzemowa i samo tytułowe Palo Alto – z Uniwersytetem Stanforda i siedzibami globalnych spółek technologicznych – promieniują na świat. Tu powstała synteza prywatnego biznesu, nauki (a czasami też pseudonauki), wojska i ideologii, która do dziś jest najważniejszym kalifornijskim wynalazkiem. Możemy nazywać ją kompleksem militarno-przemysłowo-krzemowym, można „ideologią kalifornijską”, można – jak autor tej książki – „systemem Palo Alto”. Jednak ta formuła, która napędza amerykańską dominację i tworzy miliardowe fortuny, nie jest nowa. Przywykliśmy do myślenia, że wszystko, co wychodzi z Doliny Krzemowej, jest nowe i innowacyjne. Palo Alto pokazuje, że nic bardziej mylnego. Nowe są tylko kostiumy, w których od ponad stu lat działają te same mechanizmy. To książka, która je odsłania i opisuje, wyrywa z teraźniejszości i osadza w historii.

Historii zjawisk i procesów, dodajmy od razu, dużo mniej eleganckich i przyjaznych, niż chcieliby nam to pokazać szefowie technologicznych korporacji, filantropowie, politycy i wpatrzona w nich klasa klakierów-dziennikarzy. Od kolonizacji amerykańskiego „dzikiego zachodu” i eksterminacji Indian przez brudną, niewdzięczną i nielegalną pracę migrantów po postęp „naukowych teorii rasowych” i przekonanie o cywilizacyjnej misji białego człowieka.

Kalifornia eksportowała inżynierów i zaawansowane „technologie krytyczne” już w XIX wieku. Tylko wtedy chodziło o górnictwo, geologię i wiedzę o nowych metodach wydobycia (i materiałach wybuchowych!), które lokalny biznes posiadł dzięki gorączce złota. Dzięki m.in. tym fortunom powstał Uniwersytet Stanforda i dzięki nim karierę zrobił jego najsłynniejszy absolwent, późniejszy prezydent Herbert Hoover. Naukowo-biznesowo-polityczny boom w Kalifornii dał światu nie tylko tranzystor, kalkulator i komputer osobisty, ale także testy IQ, eksperymenty na dzieciach i najbardziej wpływowych w USA eugeników. Jedno i drugie to awers i rewers tego samego przekonania, że świat można ulepszyć, redukując trudne operacje do ciągów zer i jedynek, algorytmów i formuł pozwalających odrzucić najgorsze rezultaty. Filantropowie chcący w pojedynkę uratować świat i socjopatyczni geniusze popadający w odmęty coraz bardziej szowinistycznych i skrajnych poglądów – to też już było. To w Dolinie Krzemowej najmocniej na świecie wierzą, że panowanie nad ludźmi jak uporządkowanymi kolumnami w tabelce nie tylko jest możliwe – jest wskazane i dużo wydajniejsze od demokracji.

Echa przeszłości doskonale widać i dziś w deklaracjach „patriotycznych miliarderów” postrzegających rywalizację z Chinami o kluczowe technologie w apokaliptycznych kategoriach. Wielcy przemysłowcy zgłaszający się na ochotnika do walki z komunizmem (w zamian za rządowe kontrakty) są w Kalifornii tak samo u siebie w 2025, jak w 1955 i 1925 roku. Podobne połączenie wielkiego optymizmu dotyczącego technologii z bezgraniczną paranoją na temat wrogów Stanów Zjednoczonych splata losy kolejnych generacji polityków i biznesmenów – od Hoovera, Nixona, Reagana aż po dzisiejszych. Z kolei dawni twórcy karteli rolnych czy baronowie kolei spokojnie dogadaliby się ze swoimi prawnukami żyjącymi w świecie wielkich technologii w temacie państwowych regulacji i praw do strajków. Po drugiej stronie barykady porozumieliby się z kolei studenci sabotujący kalifornijskie laboratoria pracujące na rzecz bombardowań Wietnamu i pracownicy Google’a wzywający do zaprzestania zbrojenia Izraela. W Kalifornii konserwatywny antykomunizm Instytutu Hoovera spotykał się z hipisowską kontrkulturą i tam libertarianizm biznesu mógł podać sobie rękę z wydajnością oraz dyscypliną armii.

Palo Alto to historia, a strony tej książki pełne są fascynujących i odpychających ludzi, którzy stworzyli dzisiejszą Dolinę Krzemową. Ale sylwetki najważniejszych nawet ludzi to w tej historii – jak pisze autor – igraszka w rękach sił potężniejszych niż kalifornijski oligarcha. Te siły stworzyły system łączący naukę, przemysł, wojsko i podbój w całość, w jeden spójny algorytm.

Ten system jest właściwym bohaterem historii opisanej w tej książce. To inna i ambitniejsza niż zazwyczaj propozycja. Ale tylko takie podejście pozwala uchwycić „Kalifornię, kapitalizm i świat” w jednej perspektywie. Palo Alto się to udaje.

Jakub Dymek, dziennikarz, publicysta

współtwórca podcastu Dwie Lewe Ręce

i autor książek Nowi barbarzyńcy oraz Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska

Wprowadzenie

Palo Alto to przyjemne miejsce. Klimat jest umiarkowany, a ludzie są wykształceni, bogaci, zdrowi i wykazują się innowacyjnością. Spuścizna kontrkultury hippisowskiej wtopiła się tu w świat nowoczesnej technologii i wielkich finansów, by w duchowym i materialnym wymiarze tchnąć w Dolinę Krzemową ambitnego na obu tych poziomach ducha. To niewielkie miasto – w chwili pisania tych słów liczące około siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców – w niektórych kręgach zdobyło mityczną reputację postmodernistycznego El Dorado, gdzie od inwestorów z Sand Hill Road płyną miliardy dolarów do setek garaży, w których rozentuzjazmowani programiści zmieniają sposób, w jaki robimy niemalże wszystko – od jazdy samochodem po spożywanie posiłków. W przeliczeniu na mieszkańca Dolina plasuje się u boku najbogatszych punktów na świecie: Kataru, Makau, Luksemburga. Nietrudno znaleźć ludzi wręcz przekonanych, że Palo Alto to faktyczne centrum świata.

Chociaż Leland i Jane Lathrop Stanfordowie nazwali i umieścili miasto na mapie, nie byli pierwszymi kolonizatorami tej ziemi ani nie wymyślili słów palo alto, które po hiszpańsku znaczą „wysokie drzewo”. Tu odnosili się do konkretnej sekwoi El Palo Alto, którą nazwał tak gubernator Kalifornii – czy wówczas raczej Las Californias. Hiszpańska ekspedycja Gaspara de Portolá była pierwszą, która dotarła z Europy do rejonu Zatoki San Francisco, i wiele nadanych przez nią nazw przetrwało do dzisiaj. (Ćwierć tysiąclecia później pobliskie Portola Valley w przeliczeniu na mieszkańca jest najbogatszym miasteczkiem w najbogatszym kraju świata). W listopadzie 1769 roku jego ekspedycja przez pięć dni obozowała pod potężnym drzewem przy dzisiejszym San Francisquito Creek. Liczące ponad tysiąc lat drzewo El Palo Alto wciąż góruje, tuż przy torach kolejowych, nad oddalonym o milę liceum Palo Alto High School.

Obecnych osadników przyciągają raczej szkoły niż drzewa. Dla rodziców pragnących zapewnić dzieciom najlepsze widoki na sukces świetnym wyborem jest pełny szkół rejon Palo Alto Unified School District (PAUSD). W społeczeństwie, w którym umiejętności i edukacja mają być kluczami do lepszego życia, trudno o lepszy i to darmowy start. Nie tyle chłonny rynek pracy czy szanse akcji giełdowych firm z Doliny Krzemowej, lecz właśnie system edukacji winduje teraz medianę cen domów w okolice trzech milionów dolarów.

Urodziłem się w Santa Cruz w Kalifornii, lecz moi rodzice poznali się w Palo Alto – on pracował na uniwersytecie, ona dorywczo pisała na maszynie. Wróciliśmy tam w 1996 roku i drugą połowę dzieciństwa spędziłem w cichych ślepych uliczkach tego bardzo przyjemnego miejsca. Moje życie wydawało się typowo amerykańskie, podmiejskie – niemalże takie, jakie oglądałem w telewizji. A jednak od czasu do czasu coś prześwitywało przez metaforyczny żywopłot na granicy miasta. Były to znaki, że jeśli Palo Alto jest normalne, to aż nazbyt normalne, wręcz podejrzanie normalne.

Chodziłem do szkoły podstawowej Ohlone – nazwanej na cześć plemienia, które, jak nam mówiono, niegdyś żyło na naszym półwyspie. Pewnego dnia w czwartej klasie mieliśmy zastępstwo z nauczycielką z innej szkoły. Większość dorosłych w moim otoczeniu wydawała się stabilna (przynajmniej takie miałem wrażenie) i nie byłem przyzwyczajony do nieprzewidywalnych zachowań. Może dlatego tak mnie przestraszyło, gdy tego dnia zamiast prowadzić normalne lekcje, nauczycielka kazała nam usiąść i próbowała powiedzieć coś ważnego. „Żyjecie w bańce – powiedziała napiętym i pospiesznym głosem. – Reszta świata nie wygląda tak, jak tutaj. Wiecie o tym?” Nieco ponad dwadzieścioro dzieci wpatrywało się w nią szeroko otwartymi oczami. Nie wiedzieliśmy.

Nie pamiętam z tamtego okresu wielu konkretnych dni, ale ten utkwił mi w pamięci. Najwyraźniej część dzieciaków opowiedziała rodzicom o niespodziewanym wykładzie o „bańce”, ponieważ gdy wrócił nasz nauczyciel, przeprosił nas za to zdarzenie i zapewnił, że zła nauczycielka już nigdy do nas nie wróci, i że została wpisana na czarną listę naszego okręgu. Jeśli miało to sprawić, byśmy zlekceważyli jej słowa, w moim przypadku skutek był zgoła odwrotny.

W miarę jak dorastałem, Palo Alto stopniowo samo zaczęło wyjaśniać mi, jak się sprawy mają: dlaczego świat wyglądał tu tak, a nie inaczej – dlaczego jedni mają wielkie domy, a inni nie, czemu jedni mieszkają tutaj, a reszta gdzie indziej. Odpowiedź brzmiała: bo sobie na to zasłużyli. Ciężka praca i talent pozwalały niektórym ludziom zmieniać świat własnymi rękami, więc otrzymywali to, co im się należało. Niekiedy przekaz ten był dosłownie wymalowany na ścianach – jak na przykład opowieść o Hewlettcie i Packardzie w budynku inżynierii Uniwersytetu Stanforda, uwieczniona na tablicy informacyjnej obok fontanny, z której piłem wodę jako nastolatek – ale był on także podskórną, obecną tu od samego początku ideologią miasta. Wszyscy go sobie przyswoiliśmy.

Samobójstwa zaczęły się w 2002 roku. Uczeń pierwszej klasy liceum Palo Alto wszedł pod pociąg linii Caltrain – tej samej, przy której Leland Stanford zbudował miasto. Trzynaście miesięcy później rówieśnik tego ucznia zakończył życie w ten sam sposób. Obaj wybrali przejazd przy Churchill Avenue, tuż obok szkoły. W 2009 roku czterech uczniów w wieku od trzynastu do siedemnastu lat odebrało sobie życie przy przejeździe Meadow Drive, w pobliżu swojej szkoły, Gunn High. Kolejna fala samobójstw nastolatków miała miejsce w 2014 i 2015 roku. Śmierci te były szeroko opisywane, szczególnie jako rzadki socjologiczny przykład „podwójnego klastra” zachowań samobójczych, jakby chodziło o coś na kształt niezwykłego zjawiska astrologicznego. Na okładce magazynu „The Atlantic” znalazła się zajawka tekstu o „samobójstwach w Dolinie Krzemowej”, a żadna analiza autoagresji u nastolatków nie mogła już się obejść bez wzmianki o Palo Alto[1]. To, czego zabrakło w tych relacjach, to fakt, że oficjalne statystyki zaniżają liczbę ofiar co najmniej o połowę, ponieważ nie uwzględniają młodych ludzi, którzy odebrali sobie życie już po ukończeniu szkoły, nawet jeśli zdecydowali się popełnić samobójstwo na tych samych torach. W XXI wieku wspólnota nie doświadczyła dwóch klastrów, lecz stałego strumienia tragicznych zgonów. I sytuacja ta trwa nadal: miesiąc przed ukończeniem tego tekstu absolwent Gunn High, dwudziestodwulatek, rzucił się pod pociąg.

Gdy w dzieciństwie rozmawialiśmy o miejscu, w którym żyliśmy, z bratem i siostrą żartowaliśmy z upiornego Sunnydale, fikcyjnego kalifornijskiego miasteczka z serialu Buffy: Postrach wampirów, gdzie idealna pogoda skrywa portal do piekła pod budynkiem szkoły średniej. Z wiekiem zacząłem traktować tę ideę coraz poważniej. Mamy słowo na określenie idyllicznych miasteczek, gdzie wskaźnik samobójstw wśród młodzieży jest trzykrotnie wyższy od oczekiwanego: nawiedzone. Palo Alto jest nawiedzone.

Mówiąc „nawiedzone”, nie mam na myśli duchów, a przynajmniej nie są one tu konieczne. Potocznie często używamy tego słowa, niekoniecznie mając na myśli widma z zaświatów. Nawiedzać nas może traumatyczne wydarzenie z przeszłości albo jakaś głupia rzecz, którą powiedzieliśmy dawno temu – jakieś minione wydarzenie nie chce odejść i pozostać w przeszłości. Zazwyczaj jednak słowo to oznacza relację pomiędzy żywymi a zmarłymi: zaistniała nierównowaga między sferami, coś utknęło tam, gdzie być nie powinno. Nawiedzenie przypomina kradzież w tym sensie, że również polega na obecności rzeczy w miejscu, do którego nie przynależą. Nie chodzi tu jednak o skradziony portfel – aby wzburzyć piekło, potrzeba czegoś więcej. Upiorem Palo Alto są wielkie historyczne zbrodnie, których nigdy tak naprawdę nie da się naprawić.

Na tym właśnie polega brak równowagi między żywymi a zmarłymi: my tu wciąż jesteśmy, a ich już nie ma. W przypadku moich kolegów podział ten wydaje się arbitralny. Niektórzy z tych, którzy odeszli, mieli skłonność do depresji, podczas gdy inni nie – tak samo jak wśród żywych. Cokolwiek można było powiedzieć o nich, można też powiedzieć o nas – z wyjątkiem jednej rzeczy. To klątwa, która mnie nawiedza, i długo zmagałem się z tym, jak w roli autora podejść do tego tematu. Powstała cała masa śledztw dziennikarskich w sprawie samobójstw w Palo Alto, a także obszerny raport amerykańskiego Centrum Kontroli Chorób (Centers for Disease Control), lecz wszystkie uznałem za równie rozczarowujące. Winą za ów brak satysfakcji obarczam raczej ograniczenia samego medium niż ich autorów. Nie mam też ochoty rozpisywać się o tym, jak to udało mi się przeżyć na kalifornijskich przedmieściach, tym bardziej że o sobie zwykle piszę niczym kiepski gracz w kręgle, któremu kula zawsze schodzi na bok, i opisuję kontekst historyczny wydarzeń, zamiast skupić się na kręgach osobistych wglądów.

Jedną z rzeczy, których nauczyłem się w Palo Alto, była koncepcja wyobraźni socjologicznej Charlesa Wrighta Millsa. Opisywał ją jako narzędzie, które pozwala ludziom „zrozumieć to, co dzieje się w nich samych jako maleńkie punkty przecięcia biografii i historii w obrębie społeczeństwa”[2]. Podobnie jak wyobraźnia socjologiczna, nawiedzenie splata biografię i historię na polu społecznym. Nawiedzeni splatają się z niewidzialnymi liniami odpowiedzialności historycznej. Przeklęty obraz zagrabiony podczas Holokaustu, inwestycja budowlana na indiańskim cmentarzu, skażenie środowiska budzące potwora z bagien – to wszystko przykłady społecznych zbrodni, z powodu których jedni cierpią, a inni czerpią zyski. Nawiedzenie działa odwrotnie: sprawia, że cierpieć zaczynają ci, którzy korzystali. W najlepszym wypadku przesądy przypominają nam, by nie wykorzystywać innych, nawet jeśli nikt nigdy nas na tym nie przyłapie. Zło wplata się w tkaninę świata. Coś o nich wie. Jednak zemsta rzadko bywa szybka i precyzyjna. W naszych opowieściach o duchach, gdy klątwa budzi się do życia, najczęściej płacą ci, którzy są najbliżej łupu. To spadkobiercy, niczego nieświadoma para kupująca stary dom, albo potomkowie winowajców – wszyscy ci, którym przyszło oczyścić nieuczciwie zdobyty majątek swoją niewinnością i nieść go w przyszłość – przy czym ich naiwność staje się nieodzownym elementem zbrodni.

„Dzieci Kalifornii będą naszymi dziećmi” – powiedział Leland Stanford do swojej żony Jane, gdy zdecydowali się zbudować Palo Alto. Takie roszczenie brzmi może dość pompatycznie, lecz w moim przypadku nie jest aż tak nietrafione, jak bym sobie tego życzył. Historia nie stoi w miejscu: wbija się pod skórę jak odłamki pocisku, przedostaje się do krwiobiegu niczym infekcja. Jestem produktem własnego środowiska i przesiąkłem jego symptomami. Aby to doświadczenie okazało się użyteczne, zamiast wprowadzać jeszcze więcej pomieszania, przyjmuję je za punkt wyjścia – za zestaw przecięć między biografią a historią.

Przy pomocy odrobiny wyobraźni socjologicznej w kolejnych pięciu częściach spróbuję prześledzić tory historii, skoncentrować się na linii, która – jak ująłby to Mills – przecięła się z moją biografią i nadała kształt mojemu życiu. Nie jestem postacią wartą wymienienia z nazwiska w tej historii, oszczędzę zatem czytelnikowi wspomnień z dzieciństwa. Postrzegam siebie raczej jako produkt czegoś, co założyciele miasta nazwali systemem Palo Alto. To właśnie ten nawiedzony system rozbieram w tej książce na części pierwsze – system, który, gdzie by nie spojrzeć, stał się kluczowy dla obecnej epoki.

Palo Alto jest bańką. Teraz już to wiem, lecz to bańka niezwykle istotna dla historii XX wieku, a pełne rozliczenie z rolą tego miasta może nam wiele powiedzieć o Kalifornii, o Stanach Zjednoczonych i o kapitalistycznym świecie, w którym zostało wyniesione do rangi ziemi obiecanej. To tę opowieść właśnie czytelnik pozna na kolejnych stronach książki.

Część ILata 1850–1900

Rozdział 1.1Dla kogo czas to pieniądz

Bezkrwawy podbój Górnej Kalifornii – Gorączka złota – Ludobójstwo na Zachodnim Wybrzeżu – Kopalnia New Almaden – Imigranckie farmy – Bank of America

Mówienie o Ohlone to opowieść o zerwanej więzi między rdzennymi mieszkańcami zatoki a samą zatoką. To choroby – nie celowa eksterminacja, śmierć z przepracowania czy zniszczenie środowiska – zabiły połowę z około trzystu tysięcy Indian Górnej Kalifornii w okresach hiszpańskim i meksykańskim, począwszy odpowiednio od roku 1769 i 1821. Warto zauważyć, że Indianie w XIX wieku nie byli jakoś szczególnie podatni na choroby, które zabiły przecież miliony ludzi na całym świecie. Wspominam o tym nie po to, by rzucić łagodniejsze światło na okrucieństwa hiszpańskiej kolonizacji, lecz by jasno powiedzieć, że nie było wówczas żadnego odgórnego planu eliminacji kalifornijskich Indian. Kiedy jednak do gry weszły Stany Zjednoczone, zasady się zmieniły.

W przeciwieństwie do ludobójstwa Ormian czy Holokaustu ludobójstwo w Kalifornii było procesem oddolnym, prowadzonym przez osadników. Z drugiej strony, w odróżnieniu od wschodnich terenów Stanów Zjednoczonych, Kalifornia była przedsięwzięciem rządu federalnego. Połączenie działań oddolnych z państwowym planowaniem poszerzyło granice kraju w tempie, jakiego świat dotąd nie widział. Osadnicy kalifornijscy nie negocjowali. „Przedstawiciele rządu najwyraźniej woleli zabijać Indian kalifornijskich, niż zawierać pokój czy honorować traktaty” – pisze Benjamin Madley w An American Genocide: The United States and the California Indian Catastrophe, 1846–1873, szczegółowej rekonstrukcji procesu eliminacji rdzennych mieszkańców z tego stanu[3]. Madley i inni historycy wciąż próbują odtworzyć przebieg masakry: milicje strzegły źródeł wody, co zmuszało Indian do przenoszenia się na ranczerie, gdzie już łatwo było ich zniewolić. Osadnicy mordowali członków rdzennych wspólnot setkami, a rząd federalny oraz nowy stan Kalifornia jeszcze im za to płacił. Ohlone nie byli jednym spójnym plemieniem. Antropolodzy używają tego terminu w odniesieniu do dziesiątek małych, odrębnych grup regionalnych zamieszkujących południowe rejony zatoki San Francisco w momencie, kiedy biali osadnicy przerwali wzajemną więź przynależności łączącą ludzi z resztą ekosystemu. Gdy Kalifornia stawała się Kalifornią, osadnicy zmusili Ohlone, by stali się Ohlone.

Podróżnik John C. Frémont może posłużyć za przykład doskonałej syntezy amerykańskiego „zwykłego człowieka” z rządem Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony był oficerem armii federalnej i zięciem Thomasa Harta Bentona, senatora ze stanu Missouri od początku istnienia tego stanu, z drugiej natomiast – zawodowym topografem, a z powołania awanturnikiem, przyzwyczajonym do podejmowania decyzji z dala od swych przełożonych i bez konsultacji z nimi. Była to sytuacja niezwykle korzystna dla władz federalnych. W 1845 roku ekspansjonistyczny prezydent James K. Polk wysłał Frémonta na wyprawę wojskową. Jej celem była eksploracja dogodnie położonych na słabo bronionym terytorium meksykańskim Gór Skalistych i Sierra Nevady. Frémont dobrze odczytał sugestię zarówno prezydenta Polka, jak i gubernatora Bentona – natchnionych ideą manifestu przeznaczenia Amerykanów (Manifest Destiny[4]) do podbicia całego kontynentu, poprowadził garstkę żołnierzy przez góry aż po Pacyfik. Po drodze Frémont podsycał nacjonalistyczne nastroje wśród anglosaskich osadników w Górnej Kalifornii, sugerując (choć nie deklarując), że jest tam po to, aby pomóc im oderwać to terytorium od Meksyku i przyłączyć je do Stanów Zjednoczonych, tak jak niedawno zrobili to ich rodacy z Republiką Teksasu – co faktycznie było jego celem. Niechętni jakiejkolwiek formie posłuszeństwa wobec nieobecnego rządu meksykańskiego i zaniepokojeni statusem prawnym swych (najrozmaitszych) roszczeń do zajmowanej ziemi, osadnicy byli gotowi do buntu.

Wichrzycielska kampania Frémonta nie poszła na marne i latem 1846 roku kilkudziesięciu Anglosasów ruszyło z doliny Napa na pueblo Sonoma, gdzie bez rozlewu krwi zajęli dawne hiszpańskie fortyfikacje i wzięli pułkownika Mariano Vallejo w niewolę. Z chilijskiego worka po mące i kawałków flaneli mężczyźni uszyli flagę, dodali jedną gwiazdę, nawiązującą do aspiracji nowego tworu do statusu stanu. Nie mając nic więcej do roboty, namalowali na niej sokiem z jagód jeszcze „coś, co nazwali Niedźwiedziem”, i zawiesili sztandar na pustym budynku koszar w Sonomie[5]. Następnie, nie mając z kim walczyć, czekali, pili i rozdawali sobie tytuły. Dziesięć dni później przybył Frémont, przejął dowództwo i ze stu dwudziestoma ludźmi ruszył na południe w poszukiwaniu Meksykanów.

Amerykańska wojskowa banda spędziła wiosnę, ćwicząc na Indianach kalifornijskich, masakrowali ich setkami w kolejnych aktach bezsensownego okrucieństwa. Meksyk nie dawał takich okazji, a oddziały Frémonta (który dowiedział się w końcu, że od kwietnia Stany Zjednoczone i Meksyk formalnie znalazły się w stanie wojny) zajęły stare nadbrzeżne wojskowe fortyfikacje niemal całkowicie bez walki – na szczęście dla nich, bo zaczynało im już brakować prochu strzelniczego. Łączna liczba ochotników i wojskowych pod wodzą Frémonta nigdy nie przekroczyła pięciuset osób, a Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych bez oporu wpłynęła do Los Angeles. Rząd federalny był gotów się wyprzeć Frémonta, gdyby sprawy potoczyły się źle, tak jak wyparł się Williama Walkera po nieudanej mini-inwazji na Kalifornię Dolną i Sonorę w 1853 roku. Jednak w słabiej skolonizowanej Górnej Kalifornii operacja się powiodła, a sąd wojskowy, który odbył się z powodu na wpół samowolnej kampanii Frémonta, nie przeszkodził mu w zdobyciu mandatu pierwszego senatora Stanów Zjednoczonych z Kalifornii.

Efemeryczna Republika Niedźwiedziej Flagi została wcielona w terytorium Stanów Zjednoczonych, lecz w dłuższej perspektywie była to wątpliwa gwarancja. Hiszpanom nie udało się utrzymać kolonizacji Meksyku, lecz niepodległy Meksyk również miał problem z zachowaniem własnych terytoriów. Kraj ten stracił Górną Kalifornię, Nowy Meksyk i Teksas na północy, a na południu, na Jukatanie, przegrywał także wojnę ze zbuntowanymi Majami. Kalifornia była odizolowana od reszty Stanów Zjednoczonych i położona znacznie bliżej Meksyku niż Białego Domu. Frémont bez obaw mordował bezbronnych rdzennych mieszkańców w 1846 roku, ale Anglosasów była tam tylko garstka i sytuacja mogła się szybko odwrócić – nie wspominając już o zagrożeniu ze strony europejskich mocarstw czy nieprzewidywalnych graczy, takich jak Rosja czy Chiny. Na zachodzie Stany Zjednoczone balansowały na cienkiej linie.

Amerykanie potrzebowali, żeby jak najwięcej ludzi przybyło do Kalifornii, osiedliło się tam, zakotwiczyło w tym terytorium i przygotowało je do nadania mu statusu stanu. Problem polegał na tym, że nie było zbyt wielu powodów, by osadnicy chcieli to zrobić. Morskie szlaki wokół Przylądka Dobrej Nadziei albo przez brytyjską Nikaraguę i w górę wybrzeża po przeprawie lądowej były długie, niebezpieczne i kosztowne, a szlak oregoński przez kontynent był jeszcze gorszy. Gdy docierali w końcu do Kalifornii, może i znajdowali niespotykane piękno przyrody i niewiarygodną bioróżnorodność, lecz perspektywy finansowe – czyli jedyne, co mogło przyciągnąć masową imigrację – początkowo nie były zbyt optymistyczne. Ziemi było pod dostatkiem, ale nikt nie pałał szczególnym entuzjazmem, by uprawiać ją za pieniądze. Indianie stanowili ogromną większość siły roboczej (i populacji), ale ich więź z ziemią zawsze dawała im możliwość rzucenia pracy, jeśli wypłata nie była satysfakcjonująca. Płace były raczej wysokie, co pozwalało Indianom pracować wtedy, gdy im to pasowało. Uzupełniali w ten sposób tradycyjny tryb życia sezonową pracą płatną, zachowując niezależność od białych pracodawców. I choć część Anglosasów trzymała pracowników w warunkach, które bez wahania można by nazwać pracą przymusową, a niektórzy anglosascy imigranci na południu nadal mieli czarnych niewolników wbrew, a nawet w ramach protestu przeciwko prawu, Frémont był freesoilerem[6], przez co handel niewolnikami był na tym terytorium zakazany. Stany Zjednoczone nie mogły więc liczyć na to, że handlarze niewolników pozwolą skolonizować Zachodnie Wybrzeże tak, jak miało to miejsce w Teksasie. W Kalifornii było mnóstwo ziemi, ale między zachodnimi stanami a wybrzeżem Pacyfiku rozciągała się ogromna przestrzeń i ambitni osadnicy nie musieli iść aż tak daleko, by zacząć nowe życie. Jeśli Europejczyk czy Anglosas chciał osiedlać się w Kalifornii przed rokiem 1848, znaczyło to, że musi być odrobinę dziwakiem.

Jednym z tych ekscentryków był John Sutter. Tak naprawdę nazywał się Johann i był szwajcarskim kupcem, który porzucił w Europie żonę, dzieci i długi, by szukać szczęścia na Dzikim Zachodzie. Okrężna trasa, jaką dotarł do Górnej Kalifornii, pokazuje odległość tego terytorium od reszty anglosaskich ziem: Sutter dotarł do rejonu zatoki, przemierzywszy Nowy Meksyk, Vancouver i Hawaje. Yerba Buena (obecnie San Francisco) miała być jego ostatnim przystankiem. Zatrzymał się tam i zaczął wypuszczać się w górę rzeki, gdzie założył fort oraz kompleks farm, po tym jak namówił meksykańskiego gubernatora na nadanie mu praw do niemal pięćdziesięciu tysięcy akrów ziemi. Sutter zaprosił amerykańskich osadników, ustanawiając ich jako kastę nadzorców nad Indianami, którzy stanowili większość pracowników na ranczu pszenicznym. Kompleks nazwał Nową Helwecją, a relacje opisują warunki tam panujące pod względem okrucieństw jako porównywalne do tych z południowych plantacji. Na czas żniw Sutter zniewalał setki Indian z plemion Miwok, Nisenan, Maidu oraz Ohlone[7], „nawróconych” przez misjonarzy. Choć szacuje się, że na jednego białego w regionie przypadało stu, a nawet tysiąc pozostałych mieszkańców, Sutter opierał swoją pozycję zarówno na brutalności, jak i podziałach rasowych, które wprowadził, sprowadzając pracowników z Hawajów i Azji Południowej. Wciąż jednak borykał się z tymi samymi problemami, co osadnicy hiszpańscy: Indianie kalifornijscy byli u siebie i potrafili samodzielnie się utrzymać na swojej ziemi. Dla niektórych Indian biali, którzy wystarczająco dobrze nie pilnowali własnych koni, stali się po prostu kolejnym zasobem naturalnym.

Anglosascy osadnicy oczerniali Indian Górnej Kalifornii, a zwłaszcza wspólnoty Ohlone, nazywając ich „kopaczami”, którzy rzekomo nie potrafili uprawiać ziemi. Choć faktycznie używali oni kijów do wykopywania jadalnych bulw, Indianie z okolic zatoki cieszyli się niezwykle zróżnicowaną dietą, opartą na sezonowych migracjach wspólnot. Byli nomadami w tym sensie, że nie posiadali stałych zabudowanych osiedli, lecz przemieszczali się motywowani raczej obfitością w innym miejscu niż niedoborem w aktualnym, a poszczególne wspólnoty utrzymywały niewielkie, stałe terytoria. Naturalne cykle dojrzewania i tarła wyznaczały krótkie cykle intensywnych łowów i zbieractwa, po których następowały dłuższe okresy społecznego dobrobytu. Europejskim osadnikom, którzy nie mieli pojęcia, co się dzieje, tubylcy wydawali się leniwi. Jednak życie Indian kalifornijskich było niezwykle złożone, zakorzenione w cyklach wielu różnych roślin oraz określonych stad i ławic. Owa wielopłaszczyznowość znalazła wyraz jako jedno z najgęstszych skupisk różnorodności językowej i kulturowej, jakie badaczom kiedykolwiek udało się zrekonstruować w dziejach świata. Jeśli życie Indian kalifornijskich wydawało się Europejczykom zbyt łatwe, to dlatego, że ci pierwsi mogli polegać na dziedzictwie tysięcy lat wiedzy o własnym środowisku.

Tymczasem osadnicy – zwłaszcza społecznie odizolowani, tacy jak Johann Sutter, który zasadniczo ukrywał się przed wierzycielami – nie wiedzieli nic o terenie, w którym się znaleźli. By stawić czoła unikalności życia Indian, biali posługiwali się naukową siłą ich ogólności: dzień jak co dzień, korzec pszenicy jak drugi korzec pszenicy, miska papki podobna do miski obok, robotnik to robotnik i (co najważniejsze) dolar to dolar. Historyk Albert L. Hurtado tak opisał wpływ Suttera na region, a zwłaszcza dzwon, którym zwoływał Indian do pracy:

Dzwon Suttera zwiastował nadejście nowoczesnego poczucia czasu w Dolinie Sacramento […] Teraz, przynajmniej przez część swojego życia, niektórzy Indianie zostali związani z koncepcją, która głosiła, że czas jest ograniczony i że ma wartość ekonomiczną. Dźwięk dzwonu Suttera obwieszczał, że czas to pieniądz, że posuwa się naprzód i nie czeka na nikogo, w tym na Indian w latach 40. XIX wieku. Z konieczności nadejście nowoczesnego poczucia czasu zbiegło się z ustanowieniem rolnictwa rynkowego, które z kolei powiązane było z międzynarodową siecią gospodarczą[8].

Kiedy Sutter nie potrafił przyciągnąć wystarczającej liczby robotników odpowiednimi płacami czy pożyczkami, uciekał się do siły. Żniwa trwały jednak tylko jeden sezon, bardziej opłacało się więc pozwolić większości robotników żywić się samodzielnie przez resztę roku. Białych było stanowczo za mało (a popyt na całoroczną pracę najemną zbyt niewielki), by w pełni podporządkować wszystkich rządom dzwonu. Wszystko zmieniło się, gdy nad rzeką American Sutter zbudował tartak – zapowiedź miasta, które chciał wznieść na swojej ziemi. W 1848 roku zatrudniony przez Suttera cieśla James Marshall przyniósł mu kilka kamieni, które znalazł w rowie melioracyjnym. Marshall był przekonany, że to złoto, i chociaż obaj bardzo chcieli, nie byli w stanie temu zaprzeczyć. Kiedy wieść się rozniosła, robotnicy Suttera rzucili pracę i zaczęli szukać samorodków. A gdy dotarła do San Francisco, rzeka wkrótce zaroiła się od tak zwanych forty-niners[9].

Odkrycie złota nad rzeką American nie było pierwszym sygnałem, że w regionie znajdują się cenne złoża. Na przykład meksykański żołnierz Andrés Castillero w 1846 roku uzyskał nadanie ziemi z dawną kopalnią cynobru (rudy rtęci) w South Bay, choć wkrótce potem prawo to trudno było mu wyegzekwować. Jednak samorodki złota, które można było zbierać prosto z ziemi, to już zupełnie inna sprawa. Złoto to pieniądz, jego uniwersalny ekwiwalent, który pozwala kupić praktycznie wszystko wszędzie tam, gdzie można coś kupić, a takich miejsc z każdym dniem przybywało wówczas coraz więcej na świecie. Pokusa dla osadników była nieodparta: pieniądze leżały na ziemi. Mężczyźni (populacja osadników była niemal w całości męska) rzucali swe zajęcia i ruszali w złotonośne pola. W porcie piętrzyły się porzucane łodzie, których załogi ulatniały się w górę rzeki. Osadnicy schodzili także z północy, z Oregonu. We wczesnych dniach gorączki złota żaden pracodawca nie był w stanie mierzyć się z ofertą kalifornijskich rzek. Przy pomocy sit z rowkami wzorowanymi na indiańskich koszach górnicy filtrowali rzeki i strumienie, przesiewając złocisty osad przez palce. Okazało się, że światowe centrum różnorodności kulturowej i biologicznej kryło w sobie również zwykłe złoto – którego białym nigdy nie było dosyć.

Forty-niners zniszczyli świat życia Indian Górnej Kalifornii w sposób inny i o wiele bardziej wszechogarniający niż dotychczasowi hiszpańscy i meksykańscy osadnicy. W przeciwieństwie do ranczeros poszukiwacze złota potrzebowali niewielkiego kapitału na start i mieli motywację, by szybko się rozprzestrzeniać. Indianie żyli z ziemi wydajnie, wytworzyli złożone społeczeństwa, które przez niezliczone pokolenia dostatnio żyły na niewielkich terytoriach. Poszukiwacze złota byli ich przeciwieństwem: bezpardonowo eksploatowali dany obszar, by jak najszybciej przenieść się dalej, wydobywać i gromadzić nieodnawialne samorodki i pył, dopóki nie dochodzili do wniosku, że łatwiej będzie zdobyć je gdzieś indziej. W odróżnieniu od cykli sezonowych, wydobycie złota rozwijało się liniowo, wykładniczo, kumulatywnie. Nie ma czegoś takiego jak „wystarczająco dużo złota”. Forty-niners lekceważyli meksykańskie nadania ziemi, które Stany Zjednoczone obiecały respektować na mocy traktatu między oboma krajami, i wypierali potomków hiszpańskich kolonistów z najlepszych terenów. Przejmowanie cudzych miejsc było normą dla górników eksploatujących złoża okruchowe w korytach rzek. Gdy biali brutalnie wypierali pierwszych właścicieli, Indian, z ich ziemi, ci mieszkańcy Kalifornii tracili fundament, na którym opierało się ich współistnienie z naturą. Zastąpili ich biali mężczyźni, którzy znaleźli właśnie źródło swojego utrzymania.

Gorączka złota nie uczyniła z poszukiwaczy złota prawdziwych osadników, a przynajmniej większość z nich wcale tak o sobie nie myślała. Przybyli, by obłowić się złotem i wrócić do domu, ewentualnie pójść dalej, ale już jako bogacze. Nawet po uchwaleniu konstytucji stanu – co samo w sobie było dość awanturniczym zagraniem – i szybkim włączeniu Kalifornii jako stanu „wolnego”, by zrównoważyć jakoś Teksas w Kompromisie z 1850 roku[10], ludzie nie przybywali, by osiąść w Kalifornii na stałe, co odzwierciedlało zresztą ich zachowanie. O ile chciwość i oportunizm były niestabilną podstawą całego społeczeństwa, to jednak wojna wszystkich ze wszystkimi również nie sprzyjała interesom. Jeśli człowiek cały swój czas poświęcał na walkę o ziemię, nie miał czasu na poszukiwanie złota. W obozach granicznych poszukiwacze złota tworzyli więc prowizoryczne zasady współżycia. Tymczasowe stowarzyszenia wolnych ludzi rozstrzygały spory o dobytek i powstrzymywały działania odwetowe między poszukiwaczami złota – przeczytać o nich można w relacji Charlesa Howarda Shinna z 1885 roku Mining Camps: A Study in American Frontier Government. Była to jednak samoorganizacja typowa dla Anglosasów czy Kalifornijczyków, którzy stanowili mniejszość w ciżbie poszukiwaczy złota. Złoto było cenionym kruszcem niemal na całym świecie i przyciągało ludzi ze wszystkich jego krańców: francuskich awanturników, chińskich poszukiwaczy fortuny, doświadczonych poszukiwaczy złota z Chile i północnomeksykańskiej Sonory. „Trudności z takimi cudzoziemcami były nieuniknione – pisał Shinn – i pomogły zjednoczyć Amerykanów we wspólny front”[11]. Pozbawianie cudzoziemców i Indian praw do złota stało się racją bytu lokalnych rad poszukiwaczy złota, a z czasem rządu Złotego Stanu.

Kalifornia od początku była więc kartelem białych, a przynależność narodowa definiowała prawo dostępu do ziemi. W 1850 roku uchwalono ustawę Foreign Miners’ Tax Act, która nakładała na cudzoziemców miesięczną opłatę za korzystanie z ziemi. Nie było to złe rozwiązanie dla, powiedzmy, francuskich poszukiwaczy złota, którzy (za opłatą) mogli teraz zabezpieczyć swoje prawa do ziem, gdzie poszukiwali złota, skąd dawniej Anglosasi mogliby ich po prostu przepędzić siłą. Ochrona ta jednak nie obejmowała wszystkich. Stanowe kodeksy cywilne i karne nie brały pod uwagę zeznań Indian i czarnoskórych w sprawach przeciwko białym. Jako że niebiali nie mogli zeznawać w sądzie, nie mogli też się tam bronić przed białymi łupieżcami – nie mieli do ziemi praw, które biały człowiek byłby zobowiązany uszanować. W 1853 roku George Hall odwołał się do Sądu Najwyższego Kalifornii od wyroku skazującego go za morderstwo poszukiwacza złota Ling Sanga, a sędziowie przyznali mu rację, zgadzając się w orzeczeniu popartym osobliwą „naukową” teorią rasową, że Chińczycy również nie mogą zeznawać przeciwko białym, gdyż otworzyłoby to drogę do pełnej równości obywateli wobec prawa[12]. W wyniku tego biali w Kalifornii mogli zgodnie z prawem swobodnie zabijać niebiałych, o ile tylko nie protestowali przeciwko temu inni biali. Rządy poszukiwaczy złota i państwo, które z czasem zbudowali, nie powstrzymały przemocy, lecz jedynie ją podsycały, ukierunkowywały i organizowały według linii podziałów rasowych.

Skoro państwo prawnie sankcjonowało supremację białych, amerykańscy poszukiwacze złota uczynili z ataków na Indian swą narodową misję. Przez kilkadziesiąt lat od początku gorączki złota osadnicy w imię swojego kraju mordowali i plądrowali, organizując się w oddziały łowieckie na Indian, które domagały się zapłaty za swą działalność od władz stanowych, a te z kolei od rządu federalnego. Kooperacja władzy państwowej z oddolną przypominała tę, która napędzała bunt Flagi Niedźwiedzia i kampanię Frémonta, teraz jednak z dodatkowym wsparciem ze strony państwa. Pierwszy cywilny gubernator Kalifornii, Peter Burnett, tłumaczył w swoim orędziu o stanie państwa z 1851 roku, że „biały człowiek, dla którego czas to pieniądz, i który ciężko pracuje cały dzień, by tworzyć wygody życia, nie może czuwać całą noc nad swoim mieniem. Po kilku kradzieżach w desperacji decyduje się wejść na wojenną ścieżkę eksterminacji”[13]. Za sprawą ustawy z 1855 roku zapewnił bezpośrednie wsparcie dla kampanii ludobójstwa, nakładając coroczny podatek w wysokości dwudziestu pięciu centów na wszystkich białych mężczyzn w wieku poborowym, którzy nie wstąpili do zwalczających Indian milicji, a rok później ustawodawca podwoił tę kwotę. Największa zachęta pochodziła jednak ze strony rządu federalnego: ustawa Bounty Land Act z 1855 roku oferowała sto sześćdziesiąt akrów ziemi każdemu żołnierzowi lub członkowi milicji, który walczył przez co najmniej dwa tygodnie. Jak można się było spodziewać, kalifornijskie milicje ruszały na pseudokampanie przeciwko bezbronnym Indianom, zabijały po kilku naraz i konfiskowały ich ziemię. Dzięki tym nadaniom osadnicy zobaczyli dla siebie w Kalifornii przyszłość i posuwali się w głąb lądu oraz na północ, wypierając coraz większą liczbę społeczności plemiennych z ich terytoriów, które milicjanci otrzymywali w ramach zapłaty. Bounty Land Act był zapowiedzią Homestead Act z 1862 roku, oferującego tak samo sto sześćdziesiąt akrów osadnikom, którzy spędzili pięć lat na ulepszaniu ziemi, zrównując tę pracę z dwutygodniowym wypadem na Indian. Natomiast dzięki poparciu senatora z Luizjany (i przyszłego sekretarza stanu Konfederacji) Judaha P. Benjamina rząd federalny słał setki tysięcy dolarów do stanu na spłatę „długu wojennego” Kalifornii. Był to pod każdym względem amerykański sposób podboju – w świetle prawa, działka po działce.

Na skradzionej ziemi poszukiwacze złota zasiewali pszenicę, jęczmień i owies – mniej cenne niż ten kruszec, choć równie klasyczne – społeczeństwo jednak nie było gotowe na gospodarkę plantacyjną. Aby zostać dystyngowanymi posiadaczami ziemskimi, osadnicy potrzebowali siły roboczej, a ludzi skorych do pracy było niewielu. W rezultacie nawet wysiedleni Indianie (stanowiący większość potencjalnych pracowników najemnych) otrzymywali wysokie płace. Anglosasi wpadli na ten sam pomysł co szwajcarski psychopata Johann Sutter: praca przymusowa, zniewolenie. Podczas gdy wolni robotnicy zarabiali co najmniej dolara dziennie, farmerzy mogli kupić od handlarzy indiańskich jeńców za niewiele więcej niż miesięczne wynagrodzenie. Czarni niewolnicy na Południu kosztowali powyżej tysiąca dolarów za osobę, lecz plantatorzy mogli dostać porwanych Indian kalifornijskich za mniej niż sto dolarów. Na wybrzeżu praktycznie nie było żadnych białych kobiet, biali mężczyźni zniewalali więc indiańskie kobiety i dzieci do pracy domowej, w tym seksualnej. Kampanie milicji wypędzały Indian z ich ziem do anglosaskich domów i pól. Niewolnictwo było nielegalne, ale zeznania Indian również, toteż na początku lat 60. XIX wieku w Kalifornii nasiliły się wypady po niewolników, które – wraz z postępem technologicznym w wydobyciu złota i rolnictwie zbożowym – ostatecznie obniżyły ceny indiańskiej pracy najemnej. Do 1870 roku, ledwie dwadzieścia lat od początków gorączki złota, kalifornijscy osadnicy wymordowali 80% indiańskiej ludności, redukując ją ze stu pięćdziesięciu tysięcy do trzydziestu tysięcy osób podczas „być może najbardziej ekstremalnej katastrofy demograficznej wszech czasów”[14], jak ujęła to historyczka Roxanne Dunbar-Ortiz. Komentując publiczne znęcanie się nad młodym indiańskim robotnikiem rolnym, którego w 1865 roku ciągnięto za koniem w hrabstwie Mendocino, reporter z Sacramento szydził z rzekomego zakazu pracy przymusowej: „Tyle w temacie niewolnictwa w Kalifornii”[15].

Działaj szybko i psuj rzeczy

Jak zauważa Albert Hurtado, w drugiej połowie XIX wieku nie tylko kalifornijscy Indianie zostali wyparci ze swych ziem w nową, surową epokę historyczną. Koloniści-osadnicy przejmowali i grodzili ziemie rolne na całym świecie, zmuszając wspólnoty chłopskie i rdzenne do pracy w ramach kapitalistycznego systemu – jako płatni robotnicy, niewolnicy czy (najczęściej) w desperackim położeniu gdzieś pomiędzy. „Epoka imperiów umarła, nastała epoka wolnych handlarzy, ekonomistów i spekulatorów” – pisał ekonomista Eric Williams o upadku plantacyjnego niewolnictwa atlantyckiego. Począwszy od lat 40. XIX wieku „cały świat […] stał się kolonią brytyjską”[16]. Londyńskie centrum imperialne optymalizowało swoje zamorskie posiadłości pod kątem standaryzacji i eksportu, podkopując tamtejsze samowystarczalne systemy, w rezultacie czego od Irlandii po Indie miliony ludzi umierały z głodu. Głodzenie chłopów, by docierali do fabryk, to klasyczna opowieść o proletaryzacji, historia stworzenia klasy robotniczej. W Kalifornii nie było fabryk na miarę Manchesteru w Anglii, Lyonu we Francji czy Lowell w Massachusetts, ale stan ten niczym fabryka zaczął pracować z tym, co posiadał: złotem i ziemią. W przeciwieństwie do wielu części świata w Kalifornii ekonomia kapitalistyczna nie wyłaniała się krok po kroku ze stosunków własności feudalnej. Kapitał uderzył w Kalifornię niczym meteoryt, a macki obcych rozeszły się od miejsca katastrofy.

Nie upłynęło dużo czasu, nim forty-niners wyczerpali złoża złota aluwialnego. Bez idei gospodarki akumulacyjnej złoto nie miało zbyt wiele do zaoferowania Indianom kalifornijskim – niektóre wspólnoty niszczyły dobra zmarłych podczas ceremonii pogrzebowych, ponieważ uważano, że rzeczy te umierają duchowo wraz ze swoimi właścicielami. Duża część kultury materialnej Ohlone, jak trzcinowe chaty czy canoe, była celowo nietrwała i odnawiana co roku. Tymczasem poszukiwacze złota byli włączeni w rozrastający się globalny system finansowy i zaspokajali jego nienasycony popyt tak szybko, jak tylko potrafili. Wkrótce jednak system rozproszonych, niezależnych poszukiwaczy złota z żelaznymi miskami, małymi działkami i morderczymi milicjami nie był już w stanie wydobywać złota w tym samym, budzącym podziw tempie. Nadszedł czas, by przejęli go kapitaliści. Początkowy model kalifornijskiego wydobycia złota miał niewiele wspólnego z wysadzaniem skał w powietrze – poszukiwacze złota używali wody do płukania osadów, pozwalając wyjątkowo ciężkiemu złotu opaść na dno ich misek. Genialni inżynierowie standaryzacji odkryli jednak, że aby zwiększyć wydajność, mogą zrobić dwie rzeczy: przerabiać więcej i szybciej.

Najpierw górnicy przeszli od misek do rockersów, czyli dużych, wąskich koryt zbudowanych z drewna, z sitem na górze zatrzymującym większe kamienie. Ustawiali skrzynie pod kątem, sypali osad do sita i spłukiwali go w dół koryta wiadrem wody, kołysząc ramą sita, by woda obmywała kamienie i ziemię do filtra, potem do drewnianego kanału, a następnie przez serię przegród, które zatrzymywały złoto.

Poszukiwacz złota mógł obsługiwać kołyskę samodzielnie, nawet bez stałego dopływu wody. Long Tom był kolejnym krokiem – gigantyczną kołyską długości od trzech do sześciu metrów, wymagającą pracy kilku ludzi naraz oraz stałego, naturalnego przepływu wody. Chińczycy mogli znaleźć w takich pracach bezpieczne zatrudnienie, jeśli tylko byli gotowi zrezygnować z potencjalnych korzyści niezależności, a rasistowskie prawa czyniły ich pracownikami tańszymi od Anglosasów. Od tego punktu inwestorzy zaczęli skalować model, łącząc skrzynie w długie na setki metrów kanały i przekierowując naturalne cieki wodne do swoich płuczek. Odrobina rtęci na dnie pomagała zebrać złoty „pył”. Im efektywniejszy stawał się model, tym więcej potrzeba było kapitału inwestycyjnego – na procesowanie się o prawa do ziemi, inżynierów i budowę, kosztowne zaopatrzenie w terenie oraz pracowników (więcej kapitału oznaczało też więcej rtęci spuszczanej do lokalnego systemu wodnego). Wspólnota wolnych, białych górników mających tylko ubrania na grzbiecie szybko się rozpadła, gdy wyspecjalizowani inżynierowie i menedżerowie przejęli operacje w imieniu inwestorów, którzy nie kalali swych rąk pracą.

Kanały płuczek były napędzane wodą, ale wydobycie hydrauliczne, zwane hydrolicking, używało tego żywiołu inaczej: zamiast wykopywać osad do płukania, hydrolikerzy stosowali sprężoną wodę, aby robiła to za nich, wielokrotnie zwiększając intensywność pracy. Za pomocą metalowych rur, a później węży płóciennych (następnie skórzanych, gumowych i hybrydowych) inżynierowie kalifornijscy zmywali całe zbocza w poszukiwaniu złotonośnych żył. Była to zupełnie nowa technologia, oparta na hutnictwie zdolnym wykuwać dysze i łączniki wysokociśnieniowe, przy czym niewiarygodnie destrukcyjna. Taki był zamiar – przepuścić jak najwięcej materiału przez filtry, jak najszybciej przekopać jak największe połacie ziemi. Hydrolikerzy zmywali całe osady, podmywając własne geologiczne fundamenty. Nieważne, zawsze mogli przecież przenieść się dalej. Byli jednak zagrożeniem dla wszystkich, którzy chcieli osiąść w Kalifornii na stałe, w tym rolników i innych właścicieli ziemskich, którym nie podobało się zasypywanie ich pól osadami. Skargi narastały, aż w 1884 roku federalny sędzia okręgowy Kalifornii Lorenzo Sawyer – miłośnik kolei – zakazał hydrolickingu jako działania o wysokiej uciążliwości publicznej[17]. W Kalifornii nadal można było znaleźć złoto, teraz zwłaszcza w górnictwie skalnym, ale wodna gorączka złota z roku 1849 zdecydowanie dobiegła końca. Przynajmniej w Kalifornii.

Gorączka ta powołała jednak do życia nową postać: inżyniera kalifornijskiego, mistrza wody, kamienia i pracy. Owi uczeni z Dzikiego Zachodu byli wyższą, bardziej rozwiniętą wersją płukacza złota: przedsiębiorczy (często motywowani udziałami w projektach zamiast pensją), ale także rzetelni i nierzadko z wyższym wykształceniem. Kalifornia eksportowała tych ludzi do anglojęzycznych kolonii – od Wysp Hawajskich po okupowane przez Brytyjczyków Indie i Palestynę, do Afryki Południowej i Australii, a także do kopalń w nieanglojęzycznej Ameryce Południowej i Azji Wschodniej. Tam powielali swoje doświadczenia ze Złotego Stanu, kierowali wodę przeciw ziemi, a rdzenne populacje zmieniali w pracowników. Kalifornijscy „kowboje-naukowcy” pomagali przekształcać kolonie w producentów płodów rolnych, a ich społeczeństwa podporządkować białym kapitalistom, zwiększając rentowność, a przez to wykonalność projektów kolonialnych. Jak zauważa Jessica Teisch w książce Engineering Nature: Water, Development, and the Global Spread of American Environmental Expertise, „model kalifornijski” był tak łatwy do adaptacji, ponieważ przeformatowywał relacje między kapitałem, pracą i środowiskiem według uniwersalnego wzorca: Anglosasi rządzą, wszyscy tubylcy to Indianie, a cała ziemia i woda to po prostu złoto czekające na wydobycie. Geopolityka nabrała charakteru gorączki złota, a europejskie mocarstwa kolonialne wystartowały w wyścigu o terytoria kolonialne w Afryce Subsaharyjskiej i Chinach.

Inżynierowie kalifornijscy stali się zwiastunami proletaryzacji na całym świecie, oddziałami szturmowymi globalnej ekspansji, wytyczającymi ścieżki, którymi tak wielu innych było zmuszonych podążać. Wdrażali konkretne pomysły wyniesione ze Złotego Stanu na temat tego, jak powinno być zorganizowane społeczeństwo. „Inżynierowie odegrali centralną rolę w wymyślaniu i implementacji rasistowskich schematów pracy w koloniach brytyjskich, podobnych do praktyk, które rozwinęły się, aby zapewnić supremację białym na wieloetnicznym amerykańskim Zachodzie” – pisze Jeffrey Michael Bartos w swoim studium światowego wydobycia złota na przełomie XIX i XX wieku. Do tych praktyk należały „różne stawki płac i przydziały prac w zależności od rasy, bezduszna obojętność wobec zdrowia niebiałych pracowników, sprowadzanie łamistrajków oraz wykorzystywanie rzekomych różnic rasowych do obniżania płac wszystkim górnikom wydobywającym kruszec”[18]. Dziki Zachód stał się wzorem dla nowego świata – zintegrowanej sfery przepływów wartości i pracy, zorganizowanej według logiki białej władzy i generycznej akumulacji. Jeśli europejscy przywódcy zaczęli postrzegać resztę ziemi jako swój prywatny kartonik z sokiem, to inżynierowie kalifornijscy wbijali dla nich w odpowiednim miejscu słomkę do picia.

Choć był to ogólnoświatowy fenomen, być może nie ma lepszego przykładu proletaryzacji niż rozwijające się hrabstwo Santa Clara, powstające wokół dawnej misji Santa Clara, a w szczególności pueblo San Jose. W samym środku terytorium South Bay hiszpańska misja rozbiła tradycyjne „plemiona” Ohlone i ich dotychczasowy świat życia. Jednak aż do początków lat 50. XIX wieku w hrabstwie Santa Clara pozostawała liczna mniejszość Indian Ohlone. Wraz z większością meksykańską koncentrowała się wokół starożytnej kopalni rtęci w San Jose, którą koloniści nazwali imieniem najbogatszej hiszpańskiej kopalni rud rtęci – jak gdyby wyczuwali, jak bardzo dochodowa okaże się Nowa Almadena. Meksykański właściciel terenu, nie mogąc dochodzić swych praw do niej w czasie wojny, wydzierżawił kopalnię brytyjskiej firmie handlowej Barron, Forbes & Company, która z powodzeniem eksploatowała złoża. W latach powojennych „żadne inne miejsce w Kalifornii o porównywalnym znaczeniu dla Meksykanów nie doświadczyło tak natychmiastowej zmiany” jak San Jose i dolina Santa Clara – pisze historyk Stephen Pitti[19]. Do 1860 roku populacja imigrantów sprzed wojny wzrosła niemal dwudziestopięciokrotnie – z około stu pięćdziesięciu do ponad trzech i pół tysiąca osób – równocześnie z zapierającym dech w piersiach upadkiem demograficznym Indian hrabstwa Santa Clara: z czterystu pięćdziesięciu osób w 1852 roku do zaledwie dwudziestu dziewięciu. Dla niemal wszystkich Meksykanów stawanie się Amerykaninem oznaczało utratę ziemi, ponieważ władze Stanów Zjednoczonych wbrew postanowieniom traktatu z Guadalupe Hidalgo[20] unieważniały meksykańskie roszczenia ziemskie. Pod koniec dekady jedynie dwudziestu sześciu Amerykanów pochodzenia meksykańskiego mogło w Kalifornii wciąż uważać się za posiadaczy ziemskich. Proces tej rasowej ekspropriacji sięgnął szczytu w 1863 roku, kiedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych unieważnił roszczenie Andrésa Castillero do kopalni New Almaden i przekazał ją nowojorskiej firmie Quicksilver Mining Company[21].

Nowa Almadena przyciągała sproletaryzowanych Meksykanów niczym rtęć na dnie złotodajnej miski, gromadząc największą hiszpańskojęzyczną populację Kalifornii w San Jose. Kopalnia oferowała więcej miejsc pracy przemysłowej niż jakiekolwiek inne przedsięwzięcie w stanie, a setki Chicanos[22] znalazło zatrudnienie pod ziemią, tworząc nową, opartą na podziałach rasowych, nisko opłacaną siłę roboczą. Do 1860 roku 55% meksykańsko-amerykańskich mężczyzn w San Jose pracowało jako robotnicy. „W latach 1860–1900 żaden Californio ani żaden Mexicano[23] nie dostał pracy wymagającej kwalifikacji w hrabstwie Santa Clara” – pisze Pitti w The Devil in Silicon Valley: Northern California, Race, and Mexican Americans[24]. Pod koniec lat 50. XIX wieku w hrabstwie Santa Clara pozostało mniej niż sześćdziesiąt osób z wcześniejszym niż anglosaskie roszczeniem do ziemi, czyli Indian Ohlone (którzy posiadali pierwotne prawo do ziemi, zanim nie została rozparcelowana na działki) czy Meksykanów. Reszta musiała iść do pracy.

Gdy Quicksilver Mining Company przejęła kopalnię w New Almaden, robotnicy szybko się zorientowali, że znaleźli się w nowej, gorszej sytuacji. Amerykańscy właściciele przyjęli kompleksowe podejście do pracowników kopalni, roztaczając kontrolę nad całym ich życiem. Quicksilver wprowadziła sklep firmowy i zmonopolizowała handel w „Spanishtown”, po czym wywindowała ceny nowych, gorszych towarów. Właściciele rościli sobie prawo do wszystkiego na terenie kopalni, w tym domów zbudowanych przez samych robotników, a nawet drewna opałowego, które ci zwykli pozyskiwać na własne potrzeby i na sprzedaż[25]. Quicksilver zakazała działalności niezależnym kramarzom, kupcom i dostawcom wody, a także meksykańskim tawernom i restauracjom. W ich miejsce pojawiła się firmowa speluna serwująca drogą berbeluchę. Nowi właściciele kopalni zmienili sposób naliczania należności na taki, który mogli lepiej kontrolować, i zaczęli robić wypłaty co miesiąc zamiast co dwa tygodnie, jak robili to do tej pory Brytyjczycy. Realne zarobki spadły, a robotnicy nieustannie popadali w długi, zapożyczali się nawet na podstawowe potrzeby, takie jak żywność czy pogrzeby. Do 1865 roku meksykańscy robotnicy w New Almaden mieli już dość amerykańskiego kapitalizmu i co najmniej sześciuset z nich (wraz z częścią białych współpracowników) przerwało pracę i zażądało szeregu reform. Quicksilver zwróciła się do ludobójczej milicji stanowej, ta zaś do północnokalifornijskiego pułku armii Unii, który – po niedawnym zwycięstwie w wojnie secesyjnej przeciwko niewolnictwu – przybył do San Jose, by zastraszyć największą meksykańsko-amerykańską społeczność w stanie i zmusić ją do powrotu do kopalni. To, co w czasie wojny i gorączki złota było względnie spokojną przystanią dla hiszpańskojęzycznej ludności stanu, teraz stało się dla niej pułapką. To tutaj, jak nigdzie indziej, narodził się meksykański proletariat – ukształtowany w kontrze do nowych białych właścicieli Kalifornii.

Kopalnia rtęci w San Jose stała się scenerią dla stulecia opowieści o życiu pionierów posecesyjnej Kalifornii[26]. W połowie lat 70. XIX wieku superintendent New Almaden, Arthur Foote, sprowadził z Nowego Jorku swoją utalentowaną i wykształconą żonę do rejonu zatoki, skąd wspólnie podejmowali się serii zadań inżynierskich na całym Zachodzie. Mary Hallock Foote była artystką władającą słowem pisanym i jako że w społeczności pozbawionej żon białych osadników niewiele było wobec niej oczekiwań, została korespondentką, pisała i ilustrowała opowieści z New Almaden dla „Scribner’s”. Jej pierwszy artykuł, A California Mining Camp, opublikowany w 1878 roku, przedstawiał egzotyczną krainę z obozem energicznych białych robotników mieszkających osobno i wyżej geograficznie niż wieś Meksykanów, z ich „ciemnookimi kobietami” patrzącymi „poważnym spojrzeniem dziecka” i mężczyznami upitymi whiskey, którzy powtarzali Foote jedno zdanie: No possible, Señora![27]. Kiedy zastanawiała się, dlaczego nie widzi żadnych starszych Meksykanów, wysnuła wniosek, że muszą to być „ludzie słabi”, co wyjaśniało, dlaczego wydawali się istnieć jedynie po to, by jej służyć (w relacji Foote nie ma Indian – są tylko meksykańscy proletariusze o brązowej skórze i ciemnych włosach). Chińczycy również byli jej zdaniem sługami z natury („Meksykanin przyniósł nam drewno – oczywiście, że to Chińczyk je rąbał”), a ona sama zanotowała ich „wulgarne i zgrubiałe gaworzenie”. Foote przedstawiała się jako biała dama, rozbitek w krainie zaludnionej przez rasy dziecinnych służących, a czytelnicy magazynu w kraju chłonęli to z zachwytem. Foote’owie posłużyli również jako pierwowzór dla Susan i Olivera Wardów w powieści historycznej Wallace’a Stegnera Angle of Repose z 1971 roku, która uczyniła z meksykańskich i chińskich robotników New Almaden tło dla romansu osadniczego, opartego na autentycznych listach Mary. Książka przyniosła Stegnerowi nagrodę Pulitzera i przekazała kolonialny, osadniczy punkt widzenia Foote nowym pokoleniom czytelników.

W New Almaden możemy zobaczyć kolejne kroki w tańcu proletaryzacji: wywłaszczenie ludności rdzennej i chłopskiej z ziemi, formalne ustanowienie białych rządów rasowych, naukowe zarządzanie bezustannie optymalizowane pod kątem maksymalizacji zysków, a wszystko to z wojskiem w tle. Rachunek płaciła klasa pracująca, która nie miała innego legalnego sposobu na życie poza sprzedawaniem się godzina po godzinie pracodawcy, na jego warunkach[28]. Osadnicy angloamerykańscy znajdowali się w analogicznej sytuacji uprzywilejowania – nielegalnie zajmowali ziemię, dopóki rząd nie uznał ich roszczeń lub otrzymywali ją w pełni legalnie, wstępując do band milicyjnych i mordując Indian w imieniu państwa. Rolnictwo w Kalifornii miało charakter ranczerski, z falującymi łanami zbóż i wielkimi stadami bydła, nie wykształciła się więc tu znacząca tradycja wolnych chłopów (yeomanów). Zamiast tego drobni właściciele ziemscy w Kalifornii traktowali swoje działki jako inwestycje spekulacyjne, które mogli sprzedać lub wydzierżawić plantatorom i innym kapitalistom – nie tyle jako ziemię, a bardziej jako coraz cenniejszy wpis w rosnącym rejestrze własności Stanów Zjednoczonych. Po uchwaleniu Homestead Act na przykład właściciele tartaków zachęcali swoich pracowników do rejestrowania roszczeń do terenów leśnych, a następnie wydzierżawiania ich przedsiębiorstwu. Nie zawsze kończyło się to dobrze dla drobnych spekulantów, jak wyjaśnię w następnym rozdziale, ale nie mylili się co do potencjalnej wartości ziemi. Wkrótce przyćmiła ona nawet blask złota.

Prosto do banku

Po wypłaceniu udziałów wschodnioamerykańskim i europejskim inwestorom, którzy pomogli sfinansować gorączkę złota z 1849 roku, stosunkowo biedni kalifornijscy kapitaliści zaczęli szukać nowych okazji do zarobku. W 1859 roku znaleźli ją w Nevadzie w postaci żył srebra w Comstock, co zapoczątkowało falę odkryć srebrnych bonanz. Złoża były na tyle bogate, że wszystkie inne bonanzy przestały się opłacać, a prosperita ukształtowała „arystokrację” Zachodniego Wybrzeża oraz jego ważne instytucje. Nieliczne farmy hodowlane, które ostały się po okresie meksykańskim w latach 60. XIX wieku, często upadały w obliczu klęsk żywiołowych i spadających cen, co sprzyjało osadnikom na dziko zajmującym ich pozostałości oraz rządowi Stanów Zjednoczonych wytrwale nadającemu prawa do ziemi Anglosasom. Rozkwitła hodowla pszenicy oraz owsa dla koni i innych zwierząt pociągowych wykorzystywanych na roli. Rolnicy z Doliny Santa Clara mogli polegać na naturalnych warstwach wodonośnych, przez co nie musieli inwestować w kosztowne systemy nawadniające, zwykle niezbędne w pozostałej części stanu. Na szczęście dla reszty kalifornijskich plantatorów na Zachodnim Wybrzeżu wciąż krążyły pieniądze – w końcu stan opierał się na przemyśle wydobywania pieniędzy z ziemi. W 1864 roku otwarto Bank of California, pierwszy komercyjny bank w kraju, który z powodzeniem inwestował depozyty w prawa do srebrnej żyły Comstock i reinwestował w kalifornijskie rolnictwo. Stan zyskał teraz – obok nowej klasy robotniczej – nową klasę kapitalistyczną, a ta nie szczędziła wysiłku w rozwijaniu rolnictwa eksportowego, inwestując pieniądze z kopalni w monokultury uprawne (głównie zboża, ale także winogrona), co wywołało cykle boomów i załamań cen. Pod koniec lat 60. XIX wieku rolnictwo Kalifornii przegoniło złoto zarówno pod względem zatrudnienia, jak i wartości produkcji. W ciągu zaledwie dwudziestu lat gorączka złota rozpoczęła się, zakończyła i przekształciła gospodarczą podstawę stanu.

Jeśli chodzi o rolnictwo, Kalifornia miała przewagę konkurencyjną nad resztą kraju – pieniądze, które finansowały jego skalę i mechanizację, umożliwiały wdrażanie efektywnych rozwiązań przemysłowych na polach. Stan miał dwukrotnie więcej maszyn i sprzętu (licząc według wartości) na farmę niż średnia krajowa oraz trzykrotnie więcej zwierząt pociągowych[29]. W rezultacie gospodarstwa były ponad trzykrotnie większe. To było pionierskie rolnictwo przemysłowe, nowość na świecie, a zarazem jedyny rodzaj rolnictwa, jaki znali anglosascy kapitaliści Kalifornii. Plantatorzy i inżynierowie stanu zrzucili meksykańskie więzy feudalne – nigdy zresztą nazbyt silne w Górnej Kalifornii – i podeszli do uprawy roli w sposób stricte technokratyczny. Było to to samo podejście, które w kilka krótkich lat zamieniło ręcznego poszukiwacza złota w miażdżącego góry hydrolikera. Wywołało też podobny efekt w czasach rozkwitu rolnictwa, sprzyjając spekulacjom gruntowym, przejmowaniu ziemi i przekierowywaniu wody dla krótkoterminowego zysku.

Tak jak w czasie gorączki złota, zaawansowani inżynierowie stanu szukali wynalazków i nowych technologii jako części swojego planu zwiększania wydajności. „Ponieważ od samego początku panował tu porządek kapitalistyczno-agrarny, kalifornijscy rolnicy mogli szybko nadążyć za gwałtownie rosnącym popytem na rynku stanowym oraz eksportować do reszty kraju – podsumowuje Richard A. Walker w The Conquest of Bread: 150 Years of Agribusiness in California – do tego impetu dodawały im niezwykłe innowacje inżynierów irygacji, mechaników i badaczy roślin”[30]. Wśród tych innowacji Walker wymienia nowe i ulepszone odmiany roślin i zwierząt; lokalnie produkowane maszyny rolnicze, takie jak nowe pługi, żniwiarki, a z czasem traktor gąsienicowy; instalacje nawadniające, jak betonowe tamy i pompy wodne; oraz pierwsze zamknięte kurniki i zagrody dla bydła opasowego. Lokalni producenci mieli przewagę w swoim stanie, przynajmniej do czasu ukończenia kolei transkontynentalnej w 1869 roku, a kalifornijskie odlewnie żelaza przejmowały część kapitału rolnego.

Mimo to monokultura rolna na potrzeby rynku światowego była chwiejną podstawą gospodarczą, a finansjalizacja okazała się mieczem obosiecznym. Panika bankowa z 1875 roku pozbawiła Bank of California depozytów, a założyciel firmy, William C. Ralston, jeden z najznamienitszych biznesmenów San Francisco, wypłynął na swą ostatnią kąpiel w zatoce. Boom pszeniczny zainspirował plantatorów na Środkowym Zachodzie, w Kanadzie, a także w Indiach, Rosji i Australii, które podążyły kalifornijską ścieżką mechanizacji. Wkrótce potem zalały one swoimi płodami rolnymi całą planetę i zmieniły dietę ludzkości. Pszenica okazała się na tyle udanym towarem, że kalifornijscy farmerzy padli ofiarą własnego sukcesu, gdy ich model produkcji skolonizował ziemię rolną na całym świecie. Zamiana gleby, która w zrównoważony sposób dostarczała pożywienia dla lokalnej społeczności, w rodzącą pieniądze ziemię była oczywistym wyborem dla kapitalistycznych właścicieli ziemskich. Była jednak dość niestabilnym systemem żywienia ludzi. W obliczu alienacji od własnych ziem – jak Indianie kalifornijscy przed nimi – rdzenne ludy i chłopi głodowali, kiedy cudzoziemscy właściciele ziemscy wysyłali uprawianą przez nich pszenicę do głodnej Europy. W ostatnich dekadach XIX stulecia „nowy, globalnie zintegrowany handel zbożem […] sprawiał, że wstrząsy klimatyczne i odpowiadające im niedobory plonów przekładały się na szoki cenowe, które przemierzały kontynenty z prędkością telegrafu – pisze historyk Mike Davis. – Spekulacja futures w Chicago albo susza w Pendżabie mogły teraz zagłodzić (lub wzbogacić) ludzi tysiące mil dalej”[31]. Pszenica osłabiała strukturę gleby, Kalifornia stawała się coraz podatniejsza na powodzie i wrażliwsza na susze. Nieprzewidywalność zysków odbiła się na małych anglosaskich osadnikach Zachodniego Wybrzeża. Na szczęście Kalifornia jako taka nie była monokulturą i wciąż pozostawała jednym z najbardziej zróżnicowanych miejsc na świecie.

Poza zbożami i zwierzętami karmionymi zbożem największymi uprawami rolnymi ery gorączki złota w Kalifornii były winogrona i jabłka, częściowo dlatego, że najlepszym sposobem na nakłonienie poszukiwaczy złota do spożywania owoców było przerobienie ich na alkohol. Po wielkiej zarazie winnej we Francji wywołanej przypadkowym przywiezieniem tam mszycy filoksery winoroślowca z Ameryki Północnej globalny popyt na wino w latach 60. XIX wieku gwałtownie wzrósł. Po 1860 roku przyspieszył handel międzykontynentalny, a kapitaliści górniczy reinwestowali kapitał w aktualnie rentowne rośliny towarowe. W rezultacie nawet jeśli francuskim naukowcom udało się naprawić ogromne szkody wyrządzone przez mszyce, kolonie górnicze z XIX wieku – Republika Południowej Afryki, Australia, Chile, Argentyna i oczywiście Kalifornia – po dziś dzień produkują jedne z najlepszych win świata.

Na miejscu popyt na wino i cydr był wyższy niż na świeże owoce i warzywa, zwłaszcza wśród przyzwyczajonych do diet bogatych w zboża i mięso Amerykanów pochodzenia brytyjskiego i meksykańskiego. Farmerzy anglosascy na własny użytek uprawiali warzywa i kapustę, ale wśród górników tylko Chińczycy przywykli do diety opartej na świeżych produktach, a społeczności chińskich imigrantów szczególnie ceniły sobie znajome potrawy – rozsądny wybór, biorąc pod uwagę niedobory żywieniowe endemiczne dla kolonialnych sposobów odżywiania. Chińscy handlarze sprowadzali statkami całe ładunki konserwowanej żywności dla stosunkowo dobrze zarabiającej emigracyjnej społeczności Złotej Góry, a niektórzy z nich porzucali nawet kopalnie, by zacząć uprawiać warzywa na lokalny (a potem regionalny) rynek. Biali poszukiwacze złota nie walczyli z Chińczykami o ziemię rolną z takim zawzięciem, z jakim wypędzali ich ze złotonośnych działek. Osamotnieni w niszy kulinarnego rynku pracy, kalifornijscy Chińczycy znajdowali zatrudnienie jako kucharze – zarówno w okręgach górniczych, jak i w szybko rosnących miastach.

Do pracy przy budowie kolei w latach 60. XIX wieku (jak wyjaśnię w następnym rozdziale) potrzebnych było więcej chińskich robotników, niż Kalifornia była w stanie zaoferować, co było wiatrem w żagle transpacyficznych pośredników pracy. Zwiększenie podaży chińskich pracowników wpłynęło na wzrost zapotrzebowania na chińską żywność, a nowa grupa kalifornijskich ogrodników-sprzedawców mogła przyzwoicie i stabilnie zarabiać dzięki pracy na swych stosunkowo małych działkach, bez ryzyka i kłopotów związanych z poszukiwaniem złota. Praca w ogrodnictwie była znacznie bardziej pracochłonna niż przemysłowa uprawa pszenicy, ale produkty sprzedawały się dużo drożej, a sami hodowcy mogli handlować nimi lokalnie lub regionalnie, integrując pionowo swoją działalność i eliminując pośredników oraz spekulantów. Do czasu wprowadzenia chłodzonych wagonów kolejowych pod koniec lat 80. XIX wieku ich nietrwałe produkty żywiły głównie Kalifornię, a nie Europę czy inne rynki światowe. Warto też zauważyć, że małe, wewnętrznie zróżnicowane działki zapewniały znacznie silniejszy system żywnościowy i stabilniejszy dochód dla hodowców. Z czasem zaczęto je nazywać truck farms – jeśli czytelnik wybierze się wcześnie rano na targ rolny, zrozumie, dlaczego przyjęła się ta nazwa – choć dziś badacze stosują ten termin retrospektywnie do tego, co dokładniej wypadałoby nazwać farmami furmankowymi lub wręcz koszykowymi. Ku zaskoczeniu i niezadowoleniu niektórych białych klientów Amerykanie anglosascy nie chcieli konkurować z Chińczykami, którzy dysponowali głębszą wiedzą rolniczą. W rezultacie kalifornijscy Chińczycy uprawiali także warzywa dla odrębnego rynku anglosaskiego.

W hrabstwie Santa Clara, stolicy rtęci Zachodniego Wybrzeża i epicentrum boomu pszenicznego, plantatorzy zaczęli rozumieć, że najefektywniejszym sposobem wykorzystania ich ziemi jest po prostu wydzierżawienie jej chińskim rolnikom, sfinansowanie potrzebnego sprzętu i zostawienie ich samym sobie. W 1860 roku spis ludności hrabstwa odnotował dwudziestu dwóch stałych mieszkańców pochodzenia chińskiego, w 1870 roku było ich już ponad pięciuset, plus kolejnych pięciuset pomagających przy zbiorach, z czego połowa przy truskawkach[32]. Gdy w innych regionach Chińczycy szukali ziemi do wynajmu na stałe, to w hrabstwie Santa Clara właściciele ziemscy „najwyraźniej sami sprowadzili Chińczyków do tego obszaru”, podsumowuje Sucheng Chan w książce This Bittersweet Soil: The Chinese in California Agriculture, 1860–1910, w której bada rolę Chińczyków w rolnictwie Kalifornii po gorączce złota[33]. Dzierżawili ziemię na zasadzie partnerstwa biznesowego lub podziału plonów, w zależności od interpretacji tych umów. Oznaczało to, że właściciele zapewniali finansowanie operacyjne i dzielili się dochodami z rolnikami, a później również z chińskimi pośrednikami pracy, którzy stanowili bufor między nimi. Owoce – głównie truskawki, ale także maliny, jeżyny i agrest – stały się specjalnością hrabstwa Santa Clara, a (od wprowadzenia upraw w latach 60. XIX wieku aż do spisu w 1880 roku) niemal sto procent pracowników tej branży stanowili Chińczycy. Jak czytelnik przekona się w następnym rozdziale, był to tymczasowy szczyt populacji chińskiej w Kalifornii, po którym biały kapitał i siła robocza połączyły się, by zakazać dalszej konkurencji.

Wszyscy pracownicy byli Chińczykami, właściciele ziemscy byli biali i umowy między nimi stawały się coraz bardziej zagmatwane. Właściciele ziemscy decydowali, co i gdzie miało rosnąć, o ile wręcz nie jak, oraz jakiego rodzaju osoby zatrudniać, a raczej kogo konkretnie nie najmować (zawsze mogli zwolnić tych „kłótliwych, leniwych lub niekompetentnych”). Był to skomplikowany taniec między kapitałem a pracą, który rzadko przybierał prostą formę pracy najemnej, przynajmniej na początku. „Chińscy rolnicy w Kalifornii podążali odwrotną ścieżką – pisze Chan. – Dopiero jakieś dwie dekady po tym, jak zaczęli uprawiać ziemię w charakterze właścicieli czy najemców, wielu z nich zostało pracownikami rolnymi”[34]. Badaczka opisuje tę „ścieżkę odwróconej mobilności” jako rodzaj proletaryzacji, w której Anglosasi w latach 60. XIX wieku namówili chińskich rolników do zarządzania ziemią, by ratować stan zniszczony przez pszenicę, a następnie im tę kontrolę odebrali wraz ze zwrotem stopy zysku, jaki uzyskali z upraw Chińczycy. Stopy procentowe spadły po odkryciu złóż metali w Comstock, przez co więcej właścicieli ziemskich skłonnych było zachowywać się jak inwestorzy, a nie jedynie dzierżawcy. A po ukończeniu połączenia Centralnej Kolei Pacyficznej ze Środkowym Zachodem w 1869 roku przybywało coraz więcej białych – nawet jeśli nie byli jeszcze „pełnoprawnymi białymi” w kalifornijskim ujęciu.

Połączenie ze Środkowym Zachodem oznaczało połączenie ze Wschodem Stanów Zjednoczonych, a co równie ważne – z Europą. Gdy tylko szlaki zostały skomunikowane, europejscy imigranci zaczęli szybko docierać na zachód – z głodnej, skolonizowanej Irlandii, z proletaryzowanej Francji i szwajcarskich kantonów, z portugalskich Wysp Azorskich oraz z nowo zjednoczonych państw takich jak Niemcy i Włochy. Amerykańscy WASP[35] patrzyli na przybyszów z góry, podczas gdy przybywający, szczególnie znad Morza Śródziemnego, nie byli zachwyceni klimatem atlantyckiego wybrzeża Ameryki Północnej. Wielu wyruszyło na Zachód, gdzie starych anglosaskich Amerykanów było mniej i byli rozproszeni, a pogoda bardziej przypominała warunki w ojczyźnie. Napotkali tam zgoła inną ścieżkę mobilności społecznej niż ta narzucona Indianom, Chicanos, chińskim Kalifornijczykom oraz przybyszom z Japonii, Filipin, Pendżabu, jak również nielicznym czarnym przyjezdnym z amerykańskiego Południa. Ta nierówność – produkt dyskryminacji na poziomie indywidualnym, społecznym i prawnym – pod kalifornijskim słońcem gęstniała w tzw. whiteness na dekady przed tym, zanim rząd federalny Stanów Zjednoczonych skodyfikował ją w prawie imigracyjnym.

Kiedy ta fala europejskich imigrantów dotarła do Złotego Stanu, większość złota miała już właścicieli. Zamiast szarpać się z anglosaskimi hydrolickerami czy meksykańskimi górnikami rtęci, zabrali się za intensywny model rolnictwa zapoczątkowany przez kalifornijskich Chińczyków. Podobnie jak ci ostatni, a w przeciwieństwie do anglosaskich forty-niners, Europejczycy znali się na uprawie owoców i warzyw. Portugalczycy z Azorów na przykład osiedlili się niemal wyłącznie w rejonie zatoki San Francisco, gdzie zajęli się truck farmingiem owoców i warzyw, a także prowadzeniem małych ferm kurzych i mleczarni. „Pracowali przez pewien czas za wynagrodzenie, potem wynajmowali ziemię, a w końcu ją kupowali”, jak pisze historyk przedstawiający popularną narrację mobilności białych imigrantów, jaka cechowała Azorczyków w rejonie zatoki San Francisco[36]. Był to wykonalny plan i tysiące Azorczyków przeniosło się do tego regionu w latach 60. i 70. XIX wieku, zmuszając część chińskich truck farmers do przejścia na sezonową pracę najemną[37].

Największy sukces pośród proto-białych katolickich imigrantów z Europy wczesnej epoki Alta California odnieśli Irlandczycy, których okrutna klęska głodu i kolejne z nieudanych powstań zbiegły się w czasie z gorączką złota. Ponieważ dokładna struktura porządku rasowego na Zachodnim Wybrzeżu wciąż nie była jeszcze scementowana, Irlandczycy napotykali tam mniej barier na drodze do awansu społecznego niż w innych miejscach Ameryki. Szczególnie w San Francisco od początku rządów Anglosasów irlandzcy imigranci odgrywali ważną rolę w administracji miejskiej. Tuż za nimi plasowali się szwajcarscy Włosi, którzy dobrze odnaleźli się w ciepłym klimacie, a za ich sprawą region został stolicą krajowego przemysłu winiarskiego, po czym rozszerzyli działalność na inne gałęzie rolnictwa intensywnego. Jednym z tych szwajcarskich Włochów był Theo Medici, który na dwóch wielkich szyldach należącego do niego dwudziestodwupokojowego Swiss Hotelu przy Market Street w San Jose umieścił własne nazwisko obok wielkiej flagi Szwajcarii. Klienci kojarzyli ją już dzięki popularnym wojskowym scyzorykom z takim logo. W 1869 roku Medici wynajął hotel innemu włoskojęzycznemu imigrantowi, poszukiwaczowi złota z 1849 roku, Luigiemu Gianniniemu, którego Kalifornia na tyle sowicie obsypała złotem, że mógł wrócić do Włoch, znaleźć sobie tam żonę i namówić ją, by wróciła z nim do Stanów Zjednoczonych[38]. Hotel prosperował tak dobrze, że Giannini mógł wykarmić trójkę dzieci, a sam podążył ścieżką awansu klasowego i kupił czterdziestoakrową farmę, co nie skończyło się jednak dla niego najlepiej. Relacje różnią się co do tego, kto zabił Luigiego – czy był to rozgniewany robotnik, któremu winien był dolara, czy może ekscentryczny sąsiad, który tego dolara miał oddać jemu – w każdym razie ktoś zasztyletował go z powodu błahostki, a najstarszy syn Luigiego, Amadeo, był świadkiem, jak ojciec wykrwawiał się na śmierć. Jednak nawet jego śmierć nie zatrzymała postępów rodziny Giannini.

Virginia Giannini została dwudziestodwuletnią wdową z trójką synów, co w Alta California czyniło ją atrakcyjną partią na włoskim rynku matrymonialnym. Wyszła za mąż za Lorenza Scatenę, znacznie młodszego od pierwszego męża, ale pnącego się podobną drogą wzwyż po drabinie społecznej. Wydaje się, że był przyzwoitym człowiekiem i dobrze traktował synów Virginii. W odróżnieniu od Luigiego, Scatena nie był właścicielem ziemskim, lecz pośrednikiem w handlu płodami rolnymi – codziennie rano ładował na wóz owoce i warzywa z nabrzeża i rozwoził je do drobnych sklepikarzy w San Jose. Pasierb Amadeo dołączył do Lorenza w tej pracy i wykazał się talentem do interesów. Jako nastolatek Amadeo poszedł nawet na studia ekonomiczne (spędził tam okres, który w Kalifornii uchodził wówczas za semestr), po czym dołączył do rozwijającego się przedsiębiorstwa ojczyma. Wysoki i postawny, najpierw jak na swój wiek, a potem już tak po prostu, Amadeo nawiązywał kontakty z farmerami w całym stanie, w ciemno wysyłał im listy ze swoją ofertą. Zachęcał Lorenza, aby udzielał drobnych pożyczek farmerom, z którymi współpracowali, oraz wykorzystywał wiedzę o miejskim rynku, by podszeptywać im opłacalne pomysły dotyczące upraw. Im bardziej zachowywali się jak inwestorzy, tym intensywniej przekształcali drobnych truck farmerów w wyspecjalizowanych dostawców, którym pozwalało to powiększać areały. W wieku dziewiętnastu lat Amadeo został wspólnikiem w firmie, a w wieku dwudziestu jeden posiadał już na własne nazwisko połowę udziałów. Przechadzając się po włoskiej dzielnicy portowej North Beach w San Francisco, młody, przystojny i coraz zamożniejszy przedsiębiorca zwrócił uwagę Clorindy Cuneo, spadkobierczyni licznych nieruchomości w North Beach i udziałów w małym, lecz jedynym banku w dzielnicy. Pobrali się (oboje w wieku dwudziestu dwóch lat) i w niespełna dziesięć lat Amadeo rozwinął firmę Scatena do tego stopnia, że mógł sprzedać swoją połowę pracownikom za sto tysięcy dolarów (w roku 2022 wartą kilka milionów dolarów) i przejść na emeryturę. Kiedy rok później zmarł jego teść, Amadeo zasiadł w radzie dyrektorów banku.

Amadeo Giannini od samego początku organizował swój biznes zgodnie z kapitalistycznym podejściem, zawsze łączył siły z nowymi wspólnikami i wymyślał opłacalne sposoby zaspokajania ich potrzeb. Pomagał centralizować intensywną produkcję owoców i warzyw, a stawiając siebie i rodzinę w centrum obiegu, nauczył się, jak zarabiać wielkie pieniądze na finansowaniu podmiejskiego archipelagu drobnych gospodarstw. Teraz jako dynamiczny młody bankier przeniósł swoją energię do nowej dziedziny. Amadeo chciał udzielać pożyczek włoskim mieszkańcom North Beach tak, jak lokalne banki irlandzkie i niemieckie kredytowały własne wspólnoty. Chciał przekształcić bank w instytucję miejską, która blok po bloku finansowałaby rozwój San Francisco i całej zatoki, a nie tylko spekulowała na wielkich projektach górniczych i odległych polach pszenicy. Dla Amadeo całe miasto roiło się od tryskających energią „małych Amadeo” i wiedział, że to dobra inwestycja. Większość zarządu banku nie podzielała jednak jego opinii, dlatego odszedł i zadzwonił do swojego przyjaciela Jamesa „Giacomo” Fagana – bankiera obsługującego firmę Scatena – i zapytał go, jak założyć bank. Z grupą ambitnych Włochów (i irlandzkim doradcą Faganem) stworzyli Bank of Italy. Ich organizację wyróżniała determinacja Gianniniego. Gdy w 1906 roku trzęsienie ziemi i pożar zniszczyły centrum finansowe San Francisco, Amadeo wziął worek złota i kawałek deski, by otworzyć na nabrzeżu „okienko kasowe”. Nie miało znaczenia, że wykazywał rezerwy w wysokości zaledwie 10% depozytów zapisanych w księgach – tak jak zazdrosny mąż uspokaja się na widok samochodu żony przed domem, klienci banku widzieli worek złota u jego boku i zamiast wycofywać pieniądze, wpłacali kolejne[39]. Eksponowanie złota w okienku kasowym tak, by klienci mogli je zobaczyć, stało się standardowym trikiem Gianniniego, którym uspokajał ich w czasie kryzysu.

Wspomnienie widoku ojca mordowanego za dolara – jedyny szczegół, co do którego wszystkie relacje są zgodne, to fakt, że chłopiec widział całe zajście – nie powstrzymało młodego człowieka przed wejściem na ścieżkę zawodowego pożyczkodawstwa; działały tu o wiele większe siły. Bankowość uchodzi za nudną pracę, ale Giannini nie był nudziarzem, podobnie jak młodzi przedsiębiorczy Włosi, których zatrudniał. Gdy dotychczasowi gracze siedzieli w biurach i czekali, aż pieniądze same do nich przyjdą, Bank of Italy gonił za każdym włoskim dolarem w stanie Kalifornia. Zachęcali klientów nie tylko do składania depozytów, lecz również do wykupywania udziałów w banku, rezerwując akcje na sprzedaż dla depozytariuszy z klasy pracującej. Giannini zniósł minimalne wymogi dotyczące wpłat, kupował reklamy, gdzie tylko mógł, i sponsorował wydarzenia społeczne. Dzięki niemu kalifornijska bankowość zyskała obsługę klienta, a w 1909 roku, gdy stan oficjalnie zezwolił bankom na posiadanie wielu oddziałów, w całym stanie satelity Bank of Italy zamieniły włoskie społeczności w placówki finansowe. Wkrótce mieli już prawdopodobnie większość depozytów kalifornijskich Włochów, a niektóre oddziały (w tym ten w San Diego) chwaliły się, że dzierżą wręcz sto procent lokalnych depozytów. Przyjmując pieniądze zwykłych ludzi i pożyczając je dalej, Giannini według własnego uznania udostępniał oszczędności włoskiej klasy pracującej kapitalistom, przyspieszał rozwój stanu i wiązał jego losy z bankiem. Zamienił Bank of Italy w największego farmera w stanie, gromadząc hipoteki na około 10% kalifornijskich gospodarstw. Giannini oczekiwał od rolników, że będą zachowywali się jak przedsiębiorcy, wymagał od pożyczkobiorców ustandaryzowanej księgowości. Jeśli chcieli uzyskać pożyczkę na dobry procent, musieli się unowocześnić. A ponieważ zracjonalizowane rolnictwo było wydajniejsze, gospodarstwa, które nie brały kredytu u Gianniniego, i tak musiały się przekształcać, by dotrzymać kroku tym, które je brały.

Giannini był wyjątkowo utalentowanym bankierem. Maksymalizującą perspektywę, w której hrabstwo Santa Clara tak się wyspecjalizowało, skierował na same pieniądze. Częścią jego sukcesu były lepsze informacje: wędrowny zespół bankowych detektywów spisywał na maszynie w centrali San Francisco kartotekę każdego włoskiego mieszkańca Kalifornii – karta rozmiarów trzy na pięć cali zawierała podstawowe dane oraz subiektywne oceny wiarygodności kredytowej. Udzielanie dobrych pożyczek oznaczało, że Bank of Italy mógł rozdysponować kolejne na lepszych warunkach niż konkurencja, a niemal wszystkie środki banku Giannini wprawiał w obieg. Inwestował oczywiście w gospodarstwa rolne, ale także w osiedla mieszkaniowe i w same początki przemysłu filmowego. W 1909 roku zainwestował pięćset dolarów w niewielki kinoteatr, a dziesięć lat później ćwierć miliona dolarów w debiut Charliego Chaplina w filmie Brzdąc[40]. Co ważne, Giannini wykupywał też inne banki, które w tamtej epoce często upadały, i przekształcał je we własne oddziały. Był to sposób na obejście nadzorców stanowych, którzy – zaniepokojeni tym, co przewodniczący nazwał „dziwną mozaiką” placówek bankowych – przestali wydawać mu nowe licencje[41].

Sukcesy Amadeo zainspirowały też powołanie California League of Independent Bankers – ligi niezależnych bankierów Kalifornii – której członkowie zaprzysięgli sobie, że nie sprzedadzą się temu finansowemu cudotwórcy. Prezes grupy zeznał przed komisją Kongresu badającą bankowość oddziałową, że Bank of Italy próbował doprowadzić do upadku mały kalifornijski bank – który odmówił sprzedaży – wykupując depozyty warte dziesiątki tysięcy dolarów, a potem wycofał je, gdy uznał, że rezerwy instytucji są na najniższym poziomie[42]. Nikt jednak nie mógł dyskutować z liczbami: Bank of Italy pożyczał pieniądze taniej niż inne banki. Kto chciałby to regulować? Jedno retrospektywne badanie wykazało, że agresywna ekspansja Gianniniego wzmocniła system bankowy Kalifornii, ponieważ zmusił on do większej efektywności nie tylko własne filie, ale i konkurencję – tak jak wcześniej pobudzał do racjonalizacji przemysł ogrodniczy, najpierw jako dystrybutor z Lorenzo Scateną, a potem pożyczkodawca hipoteczny[43]. Bank of Italy działał na konkurencję niczym bezustanny test warunków skrajnych, stąd częściowo dzięki Gianniniemu banki w tym stanie lepiej niż przeciętnie poradziły sobie w czasie wielkiego kryzysu.

W latach 20. Bank of Italy wprowadził świadomą strategię etnicznej dywersyfikacji, zatrudniając wielojęzycznych bankierów do pracy z innymi (nie-włoskimi) społecznościami imigranckimi w regionie i zabiegając o ich klientów z podobną gorliwością. Pod koniec dekady uzyskał już największe depozyty kalifornijskich Chińczyków spośród wszystkich banków w San Francisco. Amadeo Pietro używał wytwornego monogramu A.P., a swojego pierwszego syna nazwał imieniem dobrego i hojnego ojczyma Lorenzo, lecz dla wyróżnienia nowej ojczyzny zanglicyzował je na Lawrence. Amadeo wybrał też nowe imię dla swojego banku, odpowiednie do jego nowej roli w społeczeństwie: Bank of America.