Wydawca: Masterlab Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 564 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni Mohikanin - James Cooper

Ostatni Mohikanin (ang. The Last of the Mohicans) – powieść przygodowo-historyczna autorstwa amerykańskiego pisarza Jamesa Fenimore’a Coopera opublikowana w roku 1826. Stanowi drugi, najbardziej znany tom z cyklu pt. Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka. W Polsce po raz pierwszy powieść została wydana w 1830 roku pod tytułem „Sokole Oko, czyli przyjaciel Delawarów”. Tagi: klasyka, bestseller, indianie, western, przygodowa, powieść

Opinie o ebooku Ostatni Mohikanin - James Cooper

Fragment ebooka Ostatni Mohikanin - James Cooper

Ostatni Mohikanin

James Cooper

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-066-3 Źródło: Polska Biblioteka Internetowa Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2014. Rok pierwszego wydania: 1826. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zgodnie z oryginalnym wydaniem.
MASTERLAB Wydawanie i konwersja ebooków E-mail: biuro.masterlab@gmail.com www.masterlab.pl
Niech cię nie zraża kolor mojej skóry,
Ciemnej odziewy palącego słońca.

Szekspir

„Kupiec wenecki"

WSTĘP

Czytelnik, który weźmie do ręki tą książkę, by szukać w niej barwnego opisu fantastycznych wydarzeń, odłoży ją rozczarowany. Jest ona bowiem tylko tym, co zapowiada karta tytułowa: opowieścią. Często jednak mówi się w niej o rzeczach na ogół mało znanych, zwłaszcza kobietom — czytelniczkom o bujniejszej wyobraźni od mężczyzn. Może się zdarzyć, że panie zechcą czytać tę książkę, błędnie biorąc ją za romans. Autor musi więc, zresztą we własnym interesie, wytłumaczyć pewne historyczne niejasności. Gorzkie doświadczenie skłania go do tego obowiązku. Nieraz bowiem przekonał się, że wystarczy oddać dzieło pod bezwzględny sąd ogółu, a wszyscy i każdy z osobna, nawet najwięksi ignoranci, w jakiś intuicyjny najwidoczniej sposób, wiedzą więcej od samego autora. Trudno jednak zaprzeczyć, że żadnemu twórcy nie wyjdzie na dobre, gdy czytelnik (lub widz) swobodnie puści wodze swej fantazji. Dlatego należy starannie wyjaśnić wszystko, co można. To sprawi tylko przyjemność tym czytelnikom, którzy wolą się cieszyć z książek, a nie z ich zakupu. Po tym wstępnym wyjaśnieniu, czemu na samym progu swego dzieła musiał powiedzieć tyle niezrozumiałych słów, autor przystępuje do rzeczy. Nie powie, bo i nie trzeba mówić, niczego, o czym nie wiedziałby ktoś jako tako obeznany z przeszłością Indian.

Największą trudnością dla tego, kto chce poznać historię Indian, jest zamieszanie w nazwach. Jeśli się jednak pamięta, że Holendrzy, Anglicy i Francuzi jako kolonizatorzy Ameryki Północnej walnie przyczynili się do tego zamieszania, że sami Indianie nie tylko mówią różnymi językami, lecz używają różnych dialektów, które chętnie wzbogacają na swój sposób — można żałować, że takie trudności powstały, lecz nie trzeba się im dziwić. Jeśli więc książka ta nie jest wolna od innych wad, to jej niejasności należy położyć na karb przytoczonych przez nas faktów.

Europejczycy stwierdzili, że olbrzymie przestrzenie między Penobscot a Potomakiem, Atlantykiem a Missisipi należały do plemion wywodzących się z tego samego pnia. Te rozległe granice mogły tu i ówdzie rozszerzyć się lub skurczyć pod naciskiem sąsiednich plemion. W ogólnym jednak zarysie Atlantyk i wspomniane rzeki wyznaczały obszar zamieszkały przez naród powszechnie zwany Wapanachkami. On jednak wolał nazywać się Lenni Lenapami, co oznacza „naród czystej krwi". Autor nie czuje się na siłach, by wyliczyć wszystkie wspólnoty, plemiona i szczepy tego narodu. Każde plemię miało swą nazwę, wodzów, tereny łowieckie i często odrębny dialekt. Jak feudalne księstwa w Starym Świecie, plemiona walczyły ze sobą i korzystały z szeroko pojętej niezależności. Lecz mimo wszystko przyznawały się do wspólnego pochodzenia, mówiły podobnym językiem, miały takie same zwyczaje, wiernie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Jedna gałąź tego licznego narodu osiadła nad piękną rzeką znaną pod nazwą Lenapewihittuck i tu, za ogólną zgodą, powstał „Długi Doim" albo „Ognisko Wielkiej. Rady".

Krajem, na który składała się południowo-zachodnia część dzisiejszej Nowej Anglii, połać stanu New York na wschód od Hudsonu i szmat ziemi nieco dalej na południe, władało możne plemię zwane Mahicanni albo po prostu — Mohikanie. Anglicy przekręcili tę nazwę na Mohegan.

Plemię Mohikanów, które też dzieliło się na szczepy, uważało się za starsze od sąsiadów — posiadaczy „Długiego Domu". Choć ta pretensja była sporna, chętnie przyznawano im tytuł „najstarszego syna praojców". Mohikanie byli pierwszym plemieniem wyzutym przez białych z ojczystej ziemi. Ich resztki wegetują jeszcze rozsiane wśród innych plemion i nic już im nie pozostało z dawnej potęgi i wielkości prócz smętnych wspomnień.

Plemię, które strzegło świętego obrębu „Długiego Domu", przez wiele lat nosiło zaszczytną nazwę Lenapów. Ale gdy Anglicy zmienili nazwę rzeki na Delawar, nazwa ta stopniowo przeszła i na plemię. Jednakże Indianie między sobą wyczuwają subtelną różnicę tych nazw. Te nieuchwytne dla białych odcienie, których pełno w języku Indian, nadają mu niezwykłego wyrazu, a często patosu i oratorskiej swady.

Na północ od Lenapów, na wiele setek mil wzdłuż ich granicy, żył inny naród, który pochodził z tego samego pnia, mówił tym samym językiem i podobnie się dzielił. Sąsiedzi zwali go Mengwe. Ten północny, dziki naród był jednak słabszy i nie tak zwarty jak Lenapowie; chcąc więc dorównać swym potężnym sąsiadom, pięć najbardziej wojowniczych i najliczniejszych plemion, zamieszkujących w. pobliżu domu narad swych wrogów, zawarło sojusz obronny.Była to więc najstarsza Republika Związkowa, o jakiej wspomina historia Ameryki Północnej. Plemiona te nazywały się: Mohawk, Oneida, Seneka, Kajuga i Onondaga. Później na pełnych prawach przyjęto do tego związku koczownicze, pokrewne plemię, które odeszło „bliżej ku słońcu". To plemię (Tuskarora) tak powiększyło związek, że Anglicy zmienili pierwotną nazwę „Związek Pięciu Narodów" na

„Związek Sześciu Narodów". W toku opowieści czytelnik przekona się, że określenie „naród" czasem stosuje się do plemienia, czasem do narodu w najszerszym pojęciu tego słowa. Indianie sąsiadujący z plemieniem Mengwów nazywali je Makaami, a nieraz obelżywie — Mingami. Francuzi przezwali je Irokezami, przekręciwszy zapewne jedną z indiańskich nazw.

Znana jest niewątpliwie prawdziwa i niesławna historia, jak Holendrom z jednej strony, a Mengwom z drugiej udało się skłonić Lenapów do odłożenia broni i powierzenia obrony swych granic sąsiadom. Po tym czynie Indianie w swym obrazowym języku przezwali Lenapów „babami". Od tego czasu zaczyna się upadek największego i najbardziej cywilizowanego plemienia Indian, mieszkającego w granicach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Rabowane przez białych, mordowane i prześladowane przez dzikich, jakiś czas trwało jeszcze przy ognisku narad, by wreszcie rozpaść się na małe grupki i szukać schronienia w głuchych puszczach zachodu. Sława tego plemienia, jak płomień gasnącej lampy, rozbłysła najjaśniej u jego schyłku.

Dużo jeszcze można by powiedzieć o tym interesującym narodzie, zwłaszcza o jego najnowszych dziejach; ale nie należy to do naszej opowieści. Wraz ze śmiercią wielebnego i czcigodnego Heckweldera zgasło niewyczerpane źródło wiadomości o Indianach. Jest to strata niepowetowana, bo nikt o nich tyle co on nie wiedział. Heckwelder nie szczędził czasu i sił sprawie Indian. Z wielkim zapałem bronił imienia tego narodu i starał się podnieść moralne warunki jego egzystencji.

Po tym krótkim wstępie autor oddaje książkę czytelnikowi. Rzetelność, a przynajmniej szczerość każe mu jednak radzić młodym damom, których życie zamyka się w czterech ścianach ich wygodnych salonów, wrażliwym kawalerom w podeszłym wieku i wreszcie duchownym, którzy zechcą czytać tę książkę, by poniechali tego zamiaru. Młode damy opowieść ta zgorszy, kawalerom spędzi sen z powiek, a wielebni księża mogą z pożytkiem zająć się czym innym.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Uszy i serce gotowe na wszystko:
Najgorsza strata doczesna, więc mów,
Czylim utracił królestwo?

Szekspir

Trudy i niebezpieczeństwa pochodu przez puszczę — z którymi wojska obu stron musiały się uporać, zanim nareszcie stanęły naprzeciw siebie — stanowiły szczególną cechę wojen toczonych w koloniach północno-amerykańskich. Rozległe i niemal nieprzebyte lasy dzieliły posiadłości wrogich sobie prowincji Francji i Anglii. Mężny kolonista i najemny żołnierz europejski walczący u jego boku tracili nieraz całe miesiące na pokonywanie bystrego nurtu rzeki i dzikich przesmyków górskich, zanim -mogli okazać swe męstwo na polu bitwy. Jednakże to współzawodnictwo w cierpliwości i ofiarności z wytrawnymi wojownikami indiańskimi nauczyło ich przezwyciężać wszelkie przeszkody. Wydawało się nawet, że z czasem nie będzie tak mrocznego leśnego zakątka czy utajonego zacisza, które by nie zaznało najazdu ludzi, gotowych poświęcić życie dla zaspokojenia chęci zemsty lub dla dogodzenia bezdusznej i samolubnej polityce monarchów dalekiej Europy.

W szerokim pasie granicznym dzielącym skłócone prowincje chyba żaden okręg nie był wówczas widownią bardziej jaskrawych okrucieństw i zacieklej szych walk niż okolice leżące między źródłami Hudsonu i pobliskimi jeziorami,

Teren tak tutaj sprzyjał ruchom wojsk, że tej dogodności Ofiarowanej przez samą przyrodę walczący nie mogli lekceważyć. Wydłużona powierzchnia jeziora Champlain , sięgającego od granic Kanady w głąb sąsiedniego stanu New York, tworzyła naturalny szlak poprzez połowę tej przestrzeni, którą Francuzi musieli przebyć, by uderzyć na nieprzyjaciela. Jezioro to w pobliżu swego południowego krańca pobiera wody z innego jeziora, o toni tak przejrzystej, że jezuici-misjonarze wybrali je do obrządku symbolicznego obmywania przy sakramencie chrztu, co zjednało mu nazwę Du Saint Sacrement. Anglicy pod tym względem mniej gorliwi, uznali, że dostatecznie zaszczycą przejrzyste wody jeziora nazywając je imieniem swego panującego króla, drugiego z dynastii hanowerskiej. W ten sposób oba narody połączyły swe wysiłki, by obrabować niecywilizowanych właścicieli tego lesistego kraju z ich naturalnego prawa nazywania jeziora pierwotnym mianem Horican.

Otoczone górami wody tego Świętego Jeziora wijąc się obmywają niezliczone wysepki i ciągną się jeszcze ze trzy tuziny mil na południe. Dalszą drogę przegrodził im płaskowyż, wędrowiec musi więc przenieść czółno około dwunastu mil, by dostać się nad brzeg Hudsonu, skąd — mimo zwykłych przeszkód w postaci progów lub „wybojów", jak się to wówczas nazywało w miejscowym narzeczu — rzeka jest już żeglowna aż do ujścia.

Łatwo pojąć, że Francuzi, których niezmordowana przedsiębiorczość i śmiałe plany atakowania wroga przywiodły nawet w odległe i niedostępne góry Alleghany, ze swą przysłowiową bystrością umysłu musieli ocenić naturalne dogodności opisanego przez nas terenu, sprzyjającego działaniom wojennym. Toteż stał się on krwawą areną wielu bitew, jakie stoczono o władanie koloniami. W różnych miejscach panujących nad dogodnymi przejściami wznoszono forty, które zdobywano i oddawano, równano z ziemią i odbudowywano, zależnie od zmiennych kolei wojny. Spokojni osadnicy uchodzili wówczas z tych niebezpiecznych szlaków i chronili się w dawniej założonych siedzibach, a armie liczniejsze od tych, które w ich ojczystych krajach często decydowały o losach tronów, zagłębiały się w puszczach. Wracały zaś najczęściej zdziesiątkowane, wynędzniałe lub przybite klęską gromady szkieletów ludzkich. Tak więc, choć ten nieszczęsny kraj nie znał błogosławieństwa pokoju, jego lasy ożywiała obecność ludzi, cieniste zakątki i górskie polany rozbrzmiewały wojskową muzyką, a góry — echem śmiechu lub swawolnego okrzyku niejednego dzielnego i beztroskiego młodzieńca, który przebiegał je pełen wigoru, by wkrótce zapaść w wieczysty sen zapomnienia.

Na tej arenie krwawych zapasów w trzecim roku ostatniej wojny między Anglią i Francją o władanie krajem, którego żadnemu z tych państw nie było sądzone utrzymać, zaszły wypadki, opisane w naszej powieści.

Nieudolność dowódców wojsk zamorskich i zgubny brak energii sfer rządzących Anglią osłabiły jej dumną, dominującą pozycję w świecie, do której wzniosła się dzięki talentom i przedsiębiorczości dawnych swych wodzów i mężów stanu. Słudzy tego państwa, którzy przestali budzić strach w jego wrogach, niebawem stracili zaufanie do samych siebie. Koloniści zaś, choć nie byli winni słabości Wielkiej Brytanii i choć zbyt mało znaczyli, by mogli przyczynić się do jej błędów, stali się naturalnymi ofiarami tego bolesnego poniżenia.

Właśnie niedawno widzieli, jak wyborowa armia kraju, który czcili niby matkę i ślepo uważali za niezwyciężony, prowadzona przez wodza wybranego dla swych wyjątkowych zdolności militarnych spośród wielu wytrawnych i doświadczonych wojskowych, została sromotnie pobita przez garstkę Francuzów i Indian. Od zupełnej zagłady ocaliła ją tylko zimna krew i przytomność umysłu pewnego młodzieńca z Wirginii, którego sława dojrzewała z biegiem lat i dzięki jego cnotom rozszerzyła się aż po najodleglejsze zakątki chrześcijańskiego świata.

Po owym niespodziewanym nieszczęściu rozległa granica leżała otworem i zanim nadeszły dalsze, rzeczywiste klęski, poprzedziły je fantastyczne pogłoski o tysiącu urojonych niebezpieczeństw. Przerażonym kolonistom wydawało się, że każdemu gwałtownemu podmuchowi wiatru z bezkresnych lasów na zachodzie towarzyszą przenikliwe wrzaski Indian. Bezlitosny charakter tego nieubłaganego wroga białych osadników znacznie powiększał naturalne okropności wojny. W pamięci kolonistów żyły jeszcze niedawne liczne rzezie.

W całym kraju chciwie słuchano wstrząsających opowieści o okropnych nocnych morderstwach, w których dzicy odgrywali główną i najbardziej barbarzyńską rolę. Kiedy łatwowierni podróżnicy z przejęciem opowiadali o najeżonych niebezpieczeństwami gąszczach leśnych, ludziom lękliwym krew zastygała w żyłach, a matki spoglądały z obawą na dzieci, spokojnie śpiące w bezpiecznym ukryciu największych miast. Słowem, strach wyolbrzymiający niebezpieczeństwa brał górę nad głosem rozsądku i ludzi, którzy winni byli pamiętać o swej godności, zamieniał w niewolników najniższych instynktów. Nawet najbardziej ufne i śmiałe serca zwątpiły w pomyślny wynik wojny, toteż z godziny na godzinę rosła godna pogardy grupa ludzi, którym wydawało się, że widzą już, jak ich chrześcijańscy wrogowie panują nad wszystkimi posiadłościami korony angielskiej w Ameryce i jak pustoszy je bezlitosny sojusznik tych wrogów.

Gdy. więc do fortu leżącego na południowym krańcu płaskowzgórza, które rozciąga się między rzeką Hudson a jeziorami, dotarła wiadomość, że do jeziora Champlain zbliża się generał Montcalm na czele armii tak licznej jak „liście na drzewach", załoga fortu przyjęła tę wieść nie z dumną radością, jaką winien odczuwać żołnierz w obliczu wroga, lecz tchórzliwie i niechętnie. W połowie lata, pod wieczór pewnego dnia, przybiegł z tą wiadomością goniec. Indianin przynosząc jednocześnie naglącą prośbę pułkownika Munro, komendanta jednego z fortów nad brzegami Świętego Jeziora, o szybkie nadesłanie mu znacznych posiłków. Jak już wspomnieliśmy, forty te dzieliła odległość około dwunastu mil. Początkowo łączyła je trudna do przebycia ścieżka, poszerzona później dla przejazdu wozów, tak że przestrzeń, którą syn puszczy przebył w dwie godziny, oddział wojskowy z całym taborem mógł łatwo przejść w lecie w ciągu jednego dnia. Wierni słudzy brytyjskiego tronu nazwali jeden z tych leśnych fortów William Henry, drugi zaś Edward, od imion ulubionych książąt z panującego domu. Wspomniany już weteran, Szkot, komendant pierwszego z tych fortów, miał pod sobą pułk wojsk regularnych i garstkę miejscowych oddziałów składających się z kolonistów, co było stanowczo za mało, by stawić czoło wielkim siłom, które Montcalm. wiódł ku szańcom usypanym z ziemi. W drugim forcie natomiast, na czele garnizonu liczącego ponad piąć tysięcy ludzi, stał generał Webb, dowodzący wojskami króla w północnych stanach. Gdyby generał połączył podlegające mu oddziały, mógłby niemal podwoić swe siły i przeciwstawić je śmiałemu Francuzowi, który odważył się tak znacznie oddalić od swych odwodów, i to z niewiele liczniejszą armią.

Jednakże przygnębieni niepowodzeniami dowódcy i ich żołnierze woleli czekać na groźnego przeciwnika za wałami fortów zamiast śmiało powtórzyć udany wypad Francuzów z fortu du Quesn i powstrzymać pochód nieprzyjaciela zadając mu cios w czasie marszu.

Gdy osłabło już pierwsze wrażenie wywołane wspomnianą wiadomością, po umocnionym obozie, który leżał wzdłuż brzegu Hudsonu i tworzył zewnętrzny pas obwarowań właściwego fortu, rozeszła się pogłoska, że półtoratysięczny oddział wyborowych żołnierzy ma o świcie wyruszyć do fortu William Henry, leżącego na północnym krańcu płaskowzgórza. Pogłoska wkrótce przerodziła się w pewność, gdyż z kwatery dowódcy wydano paru oddziałom rozkaz przygotowania się do szybkiego wymarszu. . Teraz plany Webba były już jasne. Przez następną godzinę lub dwie w obozie, panował rozgardiasz i wszędzie widziało się zatroskane twarze. Nowicjusze w sztuce wojennej niespokojnie biegali po całym obozie, przesadną gorliwością sami sobie przeszkadzali w przygotowaniach do wymarszu, natomiast doświadczeni żołnierze czynili je z namysłem, pogardliwie traktując nawet najmniejszy pozór pośpiechu. Jednakże ich obojętne twarze i niespokojne spojrzenia wyraźnie zdradzały brak żołnierskiego zapału do — jak dotąd — nie znanej im i strasznej wojny w puszczy. Wreszcie słońce w złocistej aureoli zaszło za odległe wzgórza na zachodzie, a w miarę jak zmrok osnuwał swym welonem samotne obozowisko, cichły odgłosy przygotowań do wymarszu. Niebawem zgasły ostatnie światła w drewnianych chatkach oficerów, drzewa rzuciły gęsty cień na wały i szumiącą rzekę i w całym obozie zapanowała cisza równie głęboka jak w rozległych, otaczających go lasach.

Ledwie na wschodzie, na pogodnym, czystym niebie poczęły występować w brzasku wstającego dnia niewyraźne kształty paru najbliższych wysokich sosen, ciężki sen wojska — zgodnie z rozkazami wydanymi poprzedniego dnia — przerwało donośne warczenie bębnów. W świeżym rannym powietrzu jego echo odezwało się w każdym zakątku lasów. W jednej chwili cały obóz zawrzał życiem. Nawet ostatni ciura obozowy zerwał się ze swego posłania, by -przyjrzeć się wyjściu żołnierzy, podzielić ogólne podniecenie i uczestniczyć w wydarzeniach tego ranka. Niebawem wyznaczony oddział był już gotów do wymarszu. Wyćwiczeni najemnicy króla z oddziałów regularnych stanęli ' z dumnymi minami na prawym skrzydle, a skromniejsi od nich koloniści, od dawna przywykli do uległości, zajęli pośledniejsze miejsce po lewej stronie. Pierwsi wyruszyli zwiadowcy. Silny konwój otoczył ciężkie wozy taborowe i zanim promienie słońca rozproszyły szare światło ranka, główne siły oddziału w zwartej kolumnie opuściły obóz. Tęgie miny maszerujących i ich bojowa postawa uspokoiły nieco obawy drzemiące w niejednym nowicjuszu, który jeszcze nie wąchał prochu. Żołnierze odchodzącego oddziału zachowywali dumną postawę i przepisowy szyk dopóty, dopóki maszerowali przed podziwiającymi ich towarzyszami. Wreszcie dźwięk piszczałek zaczął zamierać w oddali i puszcza wchłonęła tę żywą masę ludzi, powoli wkraczających w jej gęstwinę.

Poranny wietrzyk nie niósł już nadsłuchującym ludziom odgłosów oddalającej się, niewidocznej kolumny, a ostatni maruder zniknął z oczu kolegów pozostałych w obozie. Przed największą i najwygodniejszą chatą, wokół której przechadzali się wartownicy strzegący angielskiego generała, wciąż trwały przygotowania do odjazdu. Przywiedziono tu z pół tuzina koni. Przynajmniej dwa z nich, jak można było wnosić z siodeł, przeznaczone były dla kobiet z wyższej sfery, której przedstawicielki rzadko widywało się w głębi puszczy. Pod siodłem trzeciego konia widać było ozdobny czaprak z inicjałami oficera sztabu, pozostałych zaś, okrytych prostymi derkami i objuczonych sakwami, najwidoczniej miała dosiąść służba, gotowa już do odjazdu i czekająca na rozkazy państwa. W należytej odległości od miejsca tego niezwykłego widowiska stało kilka grup gapiów. Jedni rozkoszowali się widokiem wojskowego rumaka pełnej krwi, inni ciekawie, z tępym, prostackim podziwem przyglądali się przygotowaniom do odjazdu. Był jednak między nimi człowiek, który swym zachowaniem i wyrazem twarzy różnił się od reszty gapiów, nie wyglądał bowiem ani na próżniaka, ani na nieuka.

Chociaż wcale nieułomny, był nadzwyczaj niezgrabny. Ciało i kości miał takie jak każdy normalny człowiek, ale brak im było właściwych proporcji. Gdy stał, przewyższał otoczenie, gdy siedział — malał do normalnych rozmiarów. Ta sama dysproporcja członków cechowała całą jego postać. Głowę miał dużą, ramiona wąskie, ręce długie i obwisłe, a dłonie małe, prawie delikatne, nogi i biodra szczupłe, niemal wychudłe, ale za to niezwykłej długości. Kolana można by uważać za potwornie wielkie, gdyby nie jeszcze większy fundament, na którym tak nieumiejętnie wzniesiono ten wadliwy gmach, powstały z pomieszania stylów budowy ludzkiego ciała. Źle dobrany i bezsensowny strój jeszcze bardziej uwydatniał niezgrabność tego człowieka. Jasnobłękitny surdut z szerokimi, krótkimi połami i niskim, obszernym kołnierzem ukazywał długą, cienką szyję oraz znacznie dłuższe i cieńsze nogi, co ludziom złośliwym dawało powód do kąśliwych uwag krytycznych. Wąskie, opinające ciało spodnie z żółtego nankinu zaciśnięte były pod guzłami kolan białymi, dobrze wysłużonymi i brudnymi wstążkami, zawiązanymi na szerokie kokardy. Ciemne bawełniane pończochy oraz trzewiki, z których tylko jeden zdobiła posrebrzana ostroga, uzupełniały dolną część ubioru tego człowieka, który, czy to przez naiwność, czy też przez próżność, nawet najmniejszym szczegółem nie złagodził kanciastych linii swej postaci, lecz raczej je podkreślił. Spod klapy olbrzymiej kieszeni przybrudzonego brokatowego surduta, suto ozdobionego wyblakłym srebrnym galonem, wystawał jakiś przedmiot, który w tak marsowym zestawieniu łacno wziąłbyś za niebezpieczny i nieznany oręż. Wprawdzie ten niezwykły przedmiot był bardzo mały, budził jednak ciekawość tych żołnierzy w obozie, którzy przybyli z Europy, natomiast koloniści posługiwali się nim nie tylko bez obawy, ale i z największą wprawą. Całość stroju nieznajomego wieńczył ogromny miejski kapelusz, jakie od trzydziestu lat nosili pastorzy, dodając powagi dobrodusznej i nieco bezmyślnej twarzy, której właściciel widocznie potrzebował takiej pomocy, aby nadać sobie wygląd osoby piastującej wysoki i niezwykły urząd. .

Ale gdy prości żołnierze- z należytym szacunkiem trzymali się z dala od kwatery Webba, opisany przez nas osobnik śmiało wkroczył w sam środek służby i bez żenady począł ganić lub chwalić konie, zależnie od tego, czy mu się podobały, czy też nie.

— To zwierzę, jak wnoszę, mój przyjacielu, nie jest tutejszego chowu i pochodzi z obcych krajów, a być może, z owej małej wyspy za błękitną wodą — mówił głosem w tym samym stopniu budzącym uwagę łagodnym miękkim brzmieniem, co jego postać niezwykłymi proporcjami członków. — Mogę mówić o tych rzeczach bez przechwałek, ponieważ byłem w obu portach: w tym, który leży przy ujściu Tamizy i nosi nazwę stolicy Starej Anglii, oraz w tym, co zwie się „Portem" z dodatkiem słowa „Nowy". Widziałem tam szniawy i brygantyny, które uzupełniały swe tabuny — podobnie jak Noe, gdy zbierał zwierzęta do arki — i udawały się na wyspę Jamajkę, aby kupczyć czworonożnymi zwierzętami, lecz nigdy przedtem nie widziałem stworzenia, które by tak bardzo usprawiedliwiało biblijny opis bojowego rumaka: „Kopie dół, a weseli się w mocy swej i bieży przeciwko zbrojnym. Śmieje się z postrachu, a ani się lęka, ani nazad ustępuje przed ostrzem miecza, choć na nim chrzęści sajdak i błyszczy się oszczep i drzewce. Z grzmotem i gniewem kopie ziemię, a nie stoi spokojnie na głos trąby. Między trąbami poryza, a z daleka czuje bitwę, krzyki książąt i wołanie". Wydaje się więc, że rasa izraelskiego konia dochowała się aż do naszych czasów, czyż nie tak, przyjacielu?

Nie otrzymawszy odpowiedzi na swą niezwykłą przemowę, prawdę mówiąc godną odrobiny Uwagi dla żywości stylu, człowiek śpiewnie mówiący językiem Pisma świętego odwrócił się do milczącej postaci, do której kierował swe słowa, i gdy spojrzał na nią, odkrył nowy i jeszcze bardziej niezwykły przedmiot podziwu. Jego wzrok bowiem padł na nieruchomą, wyprostowaną postać Indianina, gońca, który poprzedniego wieczoru przybiegł do obozu z niepokojącymi wiadomościami. Mimo iż dziki rozkoszował się wypoczynkiem, z właściwą Indianom obojętnością i pogardą nie zwracając uwagi na ogólne podniecenie i obozową krzątaninę, przez jego spokój przezierała ponura zaciekłość, zdolna przyciągnąć uwagę oczu bardziej doświadczonych od tych, które teraz bacznie i z nie ukrywanym zdziwieniem spoglądały na niego. Indianin był wprawdzie uzbrojony zarówno w tomahawk, jak i nóż swego plemienia, jednakowoż nie bardzo wyglądał na wojownika. Znać na nim było jakieś zaniedbanie, być może na skutek niedawnego wielkiego wysiłku, po którym nie zdążył jeszcze przyjść do siebie. Farby wojennego malowidła zamazały się na jego srogiej twarzy i nadały smagłym rysom wyraz bardziej dziki i odpychający, niż gdyby sztuka miała wyrazić to, co sprawił przypadek. Jedynie oko, błyszczące jak gwiazda wśród nisko nawisłych chmur, zachowało naturalną dzikość. Na krótką chwilę badawcze, chociaż ostrożne spojrzenie' Indianina spotkało się ze zdziwionym wzrokiem nieznajomego, potem zmieniło kierunek i częściowo z przebiegłości, a częściowo z pogardy znieruchomiało, jakby chciało przeniknąć horyzont.

Nie można przewidzieć, jaką nieoczekiwaną uwagę, białego wywołałoby to krótkie i milczące zetknięcie się spojrzeń, gdyby jego nienasycona ciekawość nie zwróciła się w innym kierunku. Ogólne poruszenie wśród służby oraz delikatne kobiece głosy zapowiedziały zbliżanie się osób, na które czekano, by ruszyć w drogę. Prostoduszny wielbiciel bojowego rumaka natychmiast podszedł do niskiej, chuderlawej kobyły z wyleniałym ogonem, która o parę kroków dalej skubała zwiędłą trawę obozowiska. Oparłszy się łokciem o derkę, która najwidoczniej pełniła rolę siodła, przyglądał się odjazdowi kawalkady, a tymczasem po drugiej stronie kobyły jej źrebię spokojnie spożywało pierwsze śniadanie.

Młody mężczyzna w mundurze oficera prowadził ku wierzchowcom dwie niewiasty, które, wnosząc ze stroju, starannie przygotowały się do trudów podróży przez puszczę. Jedna z nich, z postaci młodsza, aczkolwiek obie były młode, przelotnie ukazała ciekawym spojrzeniom olśniewającą białość cery, jasnozłote włosy i błękitne oczy, albowiem beztrosko pozwoliła rannemu wietrzykowi odsunąć na bok zielony długi szal, zwisający z jej filcowego kapelusza. Różowy odblask, wciąż jeszcze widoczny na zachodzie nieba tuż nad wierzchołkami sosen, nie był ani jaśniejszy, ani delikatniejszy od rumieńców na jej policzkach, a wstający dzień nie był piękniejszy od radosnego uśmiechu, którym obdarzyła młodego mężczyznę, gdy dopomógł jej usadowić się w siodle. Druga niewiasta, którą młody oficer darzył niemniejszą uwagą, ukrywała swą urodę przed spojrzeniami żołnierzy ze starannością zrozumiałą u osoby starszej od swej towarzyszki o cztery czy pięć lat. Jednakże można było zauważyć, że jej kształty, których wdzięku nie przysłonił podróżny strój, były pełniejsze i dojrzalsze, choć nie mniej piękne od kształtów jej towarzyszki.

Gdy obie kobiety dosiadły koni, ich towarzysz lekko wskoczył w siodło swego wierzchowca i cała trójka skłoniła się Webbowi, który, stojąc na progu swego domku, uprzejmie czekał na ich odjazd. Następnie odjeżdżający zawrócili i lekkim truchtem skierowali się na czele swego orszaku ku północnej bramie obozu. W czasie tej krótkiej drogi nikt z nich nie odezwał się słówkiem, jedynie młodszej z niewiast wyrwał się lekki okrzyk, gdy goniec indiański niespodziewanie prześliznął się obok niej i stanął na czele kawalkady, właśnie wjeżdżającej na drogę wojskową. Na ten gwałtowny i niepokojący ruch Indianina druga z niewiast wprawdzie nie krzyknęła, ale tak ją to zaskoczyło, że pozwoliła rozchylić się fałdom swego szala, co zdradziło trudne do opisania spojrzenie jej ciemnych oczu: wyrażały one na przemian litość, podziw i strach, w miarę jak biegły za zwinnymi ruchami dzikiego. Warkocze tej kobiety były lśniące i czarne jak pióra kruka. Jej cera wprawdzie nie była śniada, a jednak wydawało się, że lada chwila krew tryśnie z rumieńców na jej policzkach. W tej wyjątkowo pięknej twarzy o rysach niezwykle regularnych i szlachetnych nie było nic pospolitego ani rażącego. Uśmiechnęła się, jakby żałując swej chwilowej słabości, i ukazała rząd zębów, które mogłyby rywalizować z najpiękniejszą kością słoniową, a później, poprawiwszy szal, opuściła głowę i jechała w milczeniu, jak ktoś, kto myślami błądzi daleko.

KONIEC WERSJI DEMO