Ostatni kontrakt Isako - Fonda Lee - ebook + książka

Ostatni kontrakt Isako ebook

Fonda Lee

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

ŻYJ W ZGODZIE Z KODEKSEM, ZGIŃ OD NOŻA

Isako jest legendarną mistrzynią walki, ale każda legenda kiedyś dobiega końca. Gdy jej wieloletni klient niespodziewanie odchodzi, Isako postanawia podążyć za nim na mroźne pustkowia odległej planety. Będzie mogła odejść z honorem, a jej rodzina wzbogaci się dzięki świadczeniu wypłaconemu po jej śmierci.

Kiedy jednak otrzymuje propozycję ostatniego kontraktu, nie potrafi odmówić – zwłaszcza gdy odkrywa, że w sprawę zamieszany jest Martim, jej dawny i zarazem najgorszy uczeń, który w niewytłumaczalny sposób wspiął się na sam szczyt. Isako wkracza w świat korporacyjnego szpiegostwa i mrocznych tajemnic, a to, co odkryje, może na zawsze odmienić los ludzkości wśród gwiazd.

Ostatni kontrakt Isako to powieść science fiction, jaką mogła napisać jedynie Fonda Lee. Jej akcja rozgrywa się w świecie, w którym pieniądze znaczą więcej niż lojalność, przedstawiciele elit mogą przedłużać życie albo je odbierać, a kobieta stojąca u kresu swojej kariery musi zdecydować, w imię czego naprawdę warto żyć. Albo umrzeć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 618

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Last Con­tract of Isako

Copy­ri­ght © 2026 by Fonda Lee

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda

Ilu­stra­cja na okładce: Tho­mas Wal­ker

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68919-73-8

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10 www.dres­sler.com.pl

Dla mojej młod­szej wer­sji.Pora­dzisz sobie, dziecko.

Schemat hierarchii Korporacji

Kalendarz akwiloński

Na Akwi­lo­nie doba ma dwa­dzie­ścia sześć godzin.

W skład tygo­dnia wcho­dzi sześć dni: dzień Sefy, dzień słońca, dzień księ­życa, dzień Bore­asza, dzień Terry i dzień bez pracy.

Akwi­lon nie ma księ­ży­ców, ale kalen­darz zacho­wał tra­dy­cję mie­sięcy. Mie­siąc składa się z trzy­dzie­stu dni.

Rok na Akwi­lo­nie ma trzy­sta sześć­dzie­siąt dni i dzieli się na sześć­dzie­siąt tygo­dni.

Stan­dar­dowa kon­wen­cja zapi­sy­wa­nia dat wygląda nastę­pu­jąco: rok.tydzień.dzień. Na przy­kład zapis 498.46.3 (krótka forma) ozna­cza dzień księ­życa, tydzień 46, rok 498 o.Z. (od Zało­że­nia).

Mentorka

Jeden

„Jebać Zie­mię”.

Ostat­nie słowa kapi­tana Janusa Brady’ego, rok 44 o.Z.

Dzień księżyca wieczorem, 4. tydzień, rok 500 o.Z.

Na liście eta­tow­ców, któ­rym Prze­smyk Isako ma wrę­czyć wypo­wie­dze­nie z pracy, są jesz­cze dwa nazwi­ska.

Tylko dwa, dzięki wszyst­kim bogom ze Sta­rej Ziemi, w któ­rych nie wie­rzy. Ma już ser­decz­nie dość prze­ka­zy­wa­nia zawia­do­mień i peł­nie­nia funk­cji czar­nego cha­rak­teru, mimo że to wcho­dzi w jej zakres obo­wiąz­ków, a ludzie o tym wie­dzą i nie­na­wi­dzą jej z tego powodu. Na tym eta­pie kariery powinna grać wygodną rolę mądrej i doświad­czo­nej kobiety, oto­czo­nej nie­kwe­stio­no­wa­nym sza­cun­kiem, lecz jed­no­cze­śnie przy­jem­nie ano­ni­mo­wej.

Ale tak się nie dzieje.

Znaj­duje obu męż­czyzn w spe­lunce poło­żo­nej na pół­noc­nym końcu Miej­skiego Habi­tatu Wytrwa­łość, gdzie nie odszuka ich żaden z byłych współ­pra­cow­ni­ków z Astro­ko­mu­ni­ka­cji. Piją razem, pogrą­żeni w mil­czą­cym stra­chu. Gdy tylko wcho­dzi do baru Oxygn, jej noz­drza ata­kuje odór stę­chłego piwa i liścio­wego dymu. Odru­chowo roz­gląda się w poszu­ki­wa­niu zagro­żeń, ale nie czeka tu na nią zasadzka. Tylko kil­ku­dzie­się­ciu eta­tow­ców, któ­rzy zbili się w małe grupki. Piją grzane piwo, roz­ma­wia­jąc ze sobą cicho. Kie­rują ku niej twa­rze, pozba­wione zain­te­re­so­wa­nia do chwili, gdy ujrzą wyzwa­lacz przy­pięty do jej uda.

Kon­trak­torka.

Nie musi usły­szeć wypo­wie­dzia­nego szep­tem słowa, by wyczuć ich ner­wową wro­gość. W lep­szych cza­sach poki­wa­liby gło­wami na znak sza­cunku. Gdyby znaj­do­wała się w oko­li­cach Astro­komu, gdyby to był czas pokoju i eks­pan­sji, zawo­ła­liby ją po imie­niu, zro­bili dla niej miej­sce przy barze i ktoś zapro­po­no­wałby, że postawi jej kolejkę, pró­bu­jąc się wku­pić w jej łaski, być może nawet skło­nić ją, by pochwa­liła go przed sze­fem.

Ale teraz odwra­cają wzrok. Wojna się skoń­czyła. Wszy­scy wie­dzą, po co tu przy­szła.

Rosa Loren i Wilk Wyatt sie­dzą przy okrą­głym sto­liku z tyłu. Poznaje ich dzięki zdję­ciom zamiesz­czo­nym w aktach. Zresztą pra­cują w dziale od wielu lat. Przy­ciąga krze­sło do sto­lika, nie za bli­sko, i siada na jego brzegu, mocno opie­ra­jąc obie nogi na pod­ło­dze.

– Woli­cie to zro­bić tutaj czy w jakimś bar­dziej pry­wat­nym miej­scu? – pyta pro­fe­sjo­nal­nym, lecz peł­nym zro­zu­mie­nia tonem. Cichym, ale sta­now­czym. To, co ich spo­tyka, nie jest ich winą, ale muszą zro­zu­mieć, że nie da się tego odwró­cić.

Loren, star­szy męż­czy­zna o kędzie­rza­wych wło­sach, spo­gląda na nią. Ma znu­żony wzrok i prze­krwione oczy, ale nie widać w nich zasko­cze­nia.

– Rów­nie dobrze możemy zro­bić to tutaj – odpo­wiada, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Co to ma za zna­cze­nie?

Nawet nie pró­buje ści­szać głosu. Sie­dzący w pobliżu goście spo­glą­dają z lito­ścią na ich sto­lik, ale Loren ich igno­ruje. Zawsze taki był. Bez­po­średni. Nie­ustę­pliwy. Nie bał się nazy­wać syfu po imie­niu. Isako lubi go z tego powodu.

O Wilku Wyat­cie nie wie zbyt wiele. Ma trzy­dzie­ści sześć lat, jest kawa­le­rem i nie ma dzieci. Niski, ale musku­larny. Pod­nosi cię­żary, łyka biał­kowe suple­menty i nosi obci­słe koszule, żeby to uwy­dat­nić. Ponoć jest naj­lep­szym fut­sa­li­stą w całym dziale. Nawet grał kie­dyś w Gwiaz­dach Astro­komu, w cza­sach, gdy ta dru­żyna była jesz­cze coś warta. Isako sły­szała, że jest świet­nym współ­pra­cow­ni­kiem, jeśli ktoś potrafi się z nim doga­dać, ale w prze­ciw­nym razie potrafi być wredny.

Wyatt opiera się o blat i prze­szywa Isako spoj­rze­niem gwał­tow­nym jak nazwa jego gniazdka.

Nie rób tego, myśli kobieta. Nawet nie pró­buj.

Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że to się wyda­rzy. Nie możemy zro­bić nic poza zacho­wa­niem god­no­ści.

Potrafi zauwa­żyć, kiedy eta­to­wiec dociera do gra­nicy wytrzy­ma­ło­ści, i jest bli­ski zro­bie­nia cze­goś głu­piego. Podobne prze­czu­cia mają ci, któ­rzy pra­cują poza tar­czą ochronną i potra­fią wyczuć, że nad­ciąga sucha burza.

Zdej­muje kape­lusz i ręka­wiczki, po czym kła­dzie je na stole. Gdy wypusz­cza powie­trze z płuc, nie widzi pary. Wio­sna, nowy rok po sied­miu mie­sią­cach zimy. Wresz­cie zro­biło się na tyle cie­pło, że czuje wszyst­kie palce u rąk i nóg, nawet w tych rejo­nach miej­skiego habi­tatu, gdzie przy­dział cie­pła jest niski. Wyciąga ekran z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i roz­wija go na stole.

Naj­pierw przy­wo­łuje zawia­do­mie­nie dla Lorena.

– Rosa Loren… – zaczyna, nie zmie­nia­jąc tonu głosu ani wyrazu twa­rzy – …z żalem infor­muję cię, że twoja posada star­szego…

Wyatt rzuca się do ataku.

Wybiera chwilę, gdy jej ręce są zajęte, a uwaga kie­ruje się na ekran i na dru­giego męż­czy­znę. Zakłada, że Isako nie zdoła zare­ago­wać wystar­cza­jąco szybko i zdąży wbić w nią kosę, którą wycią­gnął z rękawa.

Kobieta pod­rywa się bły­ska­wicz­nie. Jej krze­sło prze­wraca się na opar­cie. Pamięć mię­śniowa w jed­nej chwili prze­nosi ją z pasyw­nej pozy­cji sie­dzą­cej do dyna­micz­nej pozy­cji czwar­tej, zwa­nej Przy­wi­ta­niem Burzy. Pięta wysu­nię­tej do tyłu nogi spo­czywa pew­nie na pod­ło­dze. Isako pochyla się nisko, scho­dząc z drogi ata­ku­ją­cego. Ma sto­sun­kowo wiele czasu na reak­cję – całą sekundę, a do tego dzieli ich sto­lik.

Kłę­bem lewej dłoni prze­suwa do przodu blo­kadę wyzwa­la­cza. To odru­chowa reak­cja, szyb­sza niż myśl. Śmier­cio­no­śny długi nóż wska­kuje bez­gło­śnie w jej cze­ka­jącą prawą dłoń. Czter­dzie­ści osiem cen­ty­me­trów wyso­ko­wę­glo­wej akwi­loń­skiej stali prze­suwa się po wewnętrz­nej powierzchni przed­ra­mie­nia prze­ciw­nika, prze­ci­na­jąc ścię­gna. Pro­wi­zo­ryczna broń wypada mu z pal­ców. Potem Isako unosi swoje ostrze, kie­ru­jąc ją poni­żej żeber eta­towca.

Wła­ści­wie nie musi pchać. Pomaga jej impet męż­czy­zny. Klinga prze­bija mu serce. Isako dostrzega w jego twa­rzy strach i ból, a zara­zem pełną dziw­nego zaufa­nia ulgę. Unosi dło­nie i pró­buje zła­pać kobietę za ramiona, gdy ona wal­czy z jego cię­ża­rem. Jest niż­szy od niej i musi unieść głowę, by spoj­rzeć jej pro­sto w oczy.

– Prze­pra­szam – szep­cze.

Osuwa się na nią. Isako kła­dzie go deli­kat­nie na pod­łogę i zamyka mu powieki. Wyciąga długi nóż i wyciera go czarną szmatką z mikrow­łókna, którą zawsze nosi w wewnętrz­nej kie­szeni czer­wo­nego dwu­rzę­do­wego płasz­cza. Następ­nie chowa broń, nawet na nią nie patrząc. Prze­suwa klingą po blo­ka­dzie wyzwa­la­cza i wsuwa nóż do środka, aż roz­le­gnie się klik­nię­cie.

Wszy­scy w knaj­pie wpa­trują się z nie­na­wi­ścią w jej plecy.

Przed chwilą ktoś pró­bo­wał ją prze­szyć zaostrzo­nym kawał­kiem żelaza, ale to ją uwa­żają za mor­der­czy­nię. Ma ochotę odwró­cić się i nazwać ich cho­ler­nymi hipo­kry­tami. Wszy­scy cie­szą się, że padło na Wyatta, a nie na nich. Wybrał godne tchó­rza samo­bój­stwo przez kon­trak­tora i zmu­sił ją do prze­la­nia krwi, zamiast postą­pić, jak trzeba, i pogo­dzić się z losem. W końcu to, co go spo­tkało, nie było niczyją winą.

Nie­mniej zaj­muje się tym od dawna i świet­nie wie, że opie­prza­nie eta­tow­ców nie zda się na nic. Z pew­no­ścią nie prze­staną nią gar­dzić. Jest tylko posłań­cem, ale tra­dy­cja zabi­ja­nia posłań­ców jest bar­dzo stara.

Sta­wia koł­nierz i wzywa Służby Habi­ta­towe.

Lokal zaczyna się opróż­niać. Nic nie psuje nastroju bar­dziej niż trup na pod­ło­dze.

Rosa Loren robi się blady jak let­nie niebo, a na jego czole lśnią kro­pelki potu. Mimo to nie rusza się z miej­sca. Spo­gląda na ciało towa­rzy­sza i ze smut­kiem dopija resztkę piwa.

– Pró­bo­wa­łem go prze­ko­nać, żeby tego nie robił.

– Jestem ci wdzięczna. – Isako sta­wia prze­wró­cone krze­sło i siada na nim w sta­nie zan­shin, tak samo jak przed­tem, na przed­nim brzegu sie­dze­nia, mocno wsparta na obu nogach, z wypro­sto­wa­nym krę­go­słu­pem, wystar­cza­jąco daleko od sto­lika, żeby jej nie prze­szka­dzał, gdy będzie zmu­szona szybko zare­ago­wać. Nie sądzi, by Loren miał cze­goś spró­bo­wać, ale jest dłu­go­no­żow­niczką i zawsze tak siada w miej­scach publicz­nych. Gniazd­ko­oj­ciec nauczył ją tego, kiedy była małą dziew­czynką. – Wola­ła­bym, by cię posłu­chał, ale to nie twoja wina, że tego nie zro­bił.

– Czy wielu źle to przy­jęło?

– Tylko garstka.

Jede­na­stu z dwu­stu, wli­cza­jąc Wyatta. Nie tak źle. W końcu nikt nie był wstrzą­śnięty wypo­wie­dze­niami. Zawsze tak się dzieje, gdy dział prze­grywa wojnę i przej­muje go kon­ku­ren­cja. Każdy, kto mógł zała­twić sobie prze­nie­sie­nie z Astro­komu, zro­bił to już dawno. Ale Loren jest jak ona. Zbyt wiele czasu spę­dził w jed­nym miej­scu, by szu­kać dla sie­bie nowego.

– Do rze­czy – mówi, wska­zu­jąc nie­cier­pli­wie na ekran.

Isako wyciąga rękę i prze­suwa go ku męż­czyź­nie. Zaczyna od nowa, chcąc wszystko zro­bić tak, jak trzeba.

– Rosa Loren, z żalem infor­muję cię, że twoja posada star­szego tech­nika łącz­no­ści została zli­kwi­do­wana. Możesz być pewien, że tę decy­zję pod­jęto po grun­tow­nej ana­li­zie dłu­go­ter­mi­no­wych inte­re­sów Grupy Poszu­ki­wań Gwiezd­nego Domu oraz przy­szło­ści ludz­kiej kolo­nii na Akwi­lo­nie. Nie­stety, w tej chwili Kor­po­ra­cja nie może ci ofia­ro­wać żad­nej posady zgod­nej z twoim doświad­cze­niem i kwa­li­fi­ka­cjami.

Loren nie odpo­wiada. Gapi się tylko na nią, słu­cha­jąc jej słów. Isako czuje się paskud­nie z tego powodu.

– W nagrodę za wiele lat cięż­kiej pracy i służby Kor­po­ra­cja jest gotowa zaofe­ro­wać tobie i two­jej rodzi­nie pakiet rezy­gna­cyjny obej­mu­jący rów­no­war­tość trzy­let­niego wyna­gro­dze­nia z dodat­ko­wymi pre­miami za dłu­go­let­nią pracę i zasługi dla działu. Umowa zawiera wszyst­kie szcze­góły. Jeśli ją zaak­cep­tu­jesz, będziesz miał sie­dem­dzie­siąt osiem godzin na opusz­cze­nie miesz­ka­nia w Kor­po­ra­cji. Jeśli posta­no­wisz odmó­wić, twoje zatrud­nie­nie zakoń­czy się ze skut­kiem natych­mia­sto­wym i wszel­kie prawne zobo­wią­za­nia mię­dzy tobą a Kor­po­ra­cją utracą waż­ność. W imie­niu pre­zesa oraz Rady Dyrek­to­rów Grupy Poszu­ki­wań Gwiezd­nego Domu wyra­żam uzna­nie za wyko­naną przez cie­bie pracę oraz wie­lo­let­nie poświę­ce­nie dla naszej wspól­nej wizji bar­dziej dostat­niej i bez­piecz­nej przy­szło­ści całego gatunku ludz­kiego.

W tym punk­cie koń­czy się jej tekst. Wygła­szała ofi­cjalne fra­zesy Kor­po­ra­cji tak wiele razy, że jest pewna, że zna je lepiej niż pra­cow­nik Działu Zaso­bów Ludz­kich, który je napi­sał.

Być może spo­wo­do­wał to wyraz spo­koj­nego cier­pie­nia widoczny na twa­rzy Lorena albo fakt, że jego córka i Maya cho­dziły na ten sam kurs tańca, gdy były małymi dziew­czyn­kami, i Isako pamięta, jak pod­czas reci­talu na zakoń­cze­nie roku szkol­nego śmiała się razem z nim w teatral­nym foyer, z tego, jak mar­nują pie­nią­dze. Nie­wy­klu­czone też, że cho­dzi o leżą­cego na pod­ło­dze trupa Wyatta. Tak czy ina­czej, Isako posta­na­wia dodać coś od sie­bie.

– Przy­kro mi, Loren. Naprawdę nie chcia­łam zoba­czyć two­jego nazwi­ska na tej liście.

Dla­tego zosta­wiła go na sam koniec. Powta­rzała sobie, że chce mu dać wię­cej czasu, ale w rze­czy­wi­sto­ści po pro­stu prze­cią­gała sprawę. Cze­kał na jej poja­wie­nie się dobre kilka dni i zapewne było to raczej okru­cień­stwo niż przy­sługa.

O tym jed­nak nie wspo­mniała. I tak już powie­działa za dużo.

Kąciki jego ust opusz­czają się niczym chleb opa­da­jący pod­czas pie­cze­nia. Ma deli­katną, kre­mową cerę eta­towca wyso­kiej rangi, który spę­dził całe życie pod tar­czą ochronną i nie ucier­piał z powodu gwał­tow­nych wichrów i wia­tru sło­necz­nego. Jego głos jest jed­nak szorstki jak papier ścierny.

– No wiesz, liczy­łem na to, że Gre­ves oso­bi­ście prze­każe mi tę wia­do­mość. Myśla­łem, że zasłu­ży­łem na to po trzy­dzie­stu ośmiu latach pracy w dziale. – Pry­cha, pełen pogardy dla samego sie­bie. – Byłem głupi, myśląc, że nie wyśle pier­do­lo­nej kon­trak­torki, jak wszy­scy.

– Na tym polega moja praca, Loren.

– Na pewno masz mnó­stwo roboty – odpo­wiada z drwią­cym uśmiesz­kiem.

– To już nie potrwa długo.

Te słowa przy­po­mi­nają Isako, że jej rów­nież grozi czystka.

Z twa­rzy Lorena znika część gniewu. Przy­ciąga do sie­bie na wpół opróż­niony przez Wyatta kufel. Czemu by nie? On już go nie dopije. Isako czuje nagłą ochotę zamó­wie­nia piwa dla sie­bie, ale nie sądzi, by jedyny pozo­stały w lokalu bar­man chciał ją obsłu­żyć. Mógłby nawet dodać do kufla tru­ci­znę.

Loren chi­cho­cze ponuro.

– Ile masz lat, Isako?

– Pięć­dzie­siąt.

Ter­rań­skich pięć­dzie­siąt trzy, ale kto w dzi­siej­szych cza­sach używa nie­zbyt pochleb­nego kalen­da­rza ojczy­stej pla­nety?

– Ja mam sześć­dzie­siąt trzy – odpo­wiada pozba­wio­nym wyrazu gło­sem. Zostały mu tylko dwa lata do spon­so­ro­wa­nej przez Kor­po­ra­cję eme­ry­tury. – Całe życie prze­pra­co­wa­łem w Astro­ko­mu­ni­ka­cji. Mój ojciec żył tak samo. Moi przod­ko­wie byli tech­ni­kami Astro­komu na Wiel­kich Stat­kach. Nie mam żad­nych umie­jęt­no­ści, jakich mogłyby potrze­bo­wać inne działy, i jestem sta­now­czo za stary, żeby opa­no­wać nowe. Jakie miał­bym szanse jako fre­elan­cer? Nie prze­trwał­bym nawet roku.

Isako nie spiera się z nim.

– Swoją drogą, Wyatt nie miał do cie­bie pre­ten­sji – kon­ty­nu­uje Loren. – Mówił, że jesteś starą twar­dzielką, i zdzi­wiłby się, gdyby udało mu się cię zasko­czyć. Ale i tak miał zamiar spró­bo­wać. Bo w końcu co miał do stra­ce­nia? Wolał zgi­nąć w walce, a gdyby udało mu się cię zała­twić, to przy­naj­mniej byłoby jed­nego krwio­żer­czego traka mniej. Tak na to patrzył.

To smutna, pokrętna logika. Eta­towcy woleli nie pamię­tać, że kon­trak­to­rów można szybko zastą­pić. Gdyby Isako zgi­nęła, Wyatt i tak otrzy­małby wypo­wie­dze­nie. Po pro­stu dostar­czyłby mu je ktoś inny.

– Ale ty jesteś innego zda­nia – zauwa­żyła.

– Muszę myśleć o rodzi­nie – odparł. Wcze­śniej prze­szy­wał Isako peł­nym zło­ści spoj­rze­niem, ale teraz tylko mruga i odwraca wzrok. Jego głos przy­biera ochry­pły ton, jakby ści­snęło go w gar­dle. – Moja mała Tessa pod koniec roku uro­dzi dziecko. To będzie mój pierw­szy wnu­czek. No wiesz, czas szybko leci. Wydaje się, że jesz­cze wczo­raj bie­gała w pie­luszce. Ty też masz córkę, prawda?

– Tak. Przez rok cho­dziła z Tessą na kurs tańca.

– To prawda. Teraz sobie przy­po­mi­nam. – Jego twarz przy­biera wesel­szy wyraz. – Minęło już tyle czasu. Tessa szybko prze­stała się inte­re­so­wać tań­cem.

– Maya rów­nież.

– Prze­rzu­ciła się na bie­ga­nie. Była w tym naprawdę dobra. Mistrzyni trzech dzia­łów na czte­ry­sta i osiem­set metrów. Mówi, że dziecko kopie tak mocno, że z pew­no­ścią rów­nież będzie bie­gało. – Jego spoj­rze­nie wyraź­nie łagod­nieje. Loren spra­wia wra­że­nie, że chciałby się jesz­cze tro­chę pochwa­lić, być może nawet zapy­tać Isako o córkę, ale potem przy­po­mina sobie, gdzie jest i dla­czego się tu spo­tkali.

Siada pro­sto i znowu mruga, by odgo­nić wspo­mnie­nia. Zamyka usta, jakby zatrza­snął cięż­kie drzwi.

– Widzę, że Tessa wyro­sła na nad­zwy­czajną kobietę – mówi Isako.

To rów­nież jest część jej pracy. Cza­sami musi użyć dłu­giego noża, a w innych przy­pad­kach sie­dzieć i słu­chać. Uży­wać odpo­wied­nich słów, by pomóc roz­mów­com wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Sztuka WWE – wypo­wie­dze­nia, wyre­je­stro­wa­nia i eks­mi­sji – jest tylko jedną z wielu, jakie musi opa­no­wać dobry kon­trak­tor, ale ma wiel­kie zna­cze­nie, ponie­waż tak się pechowo składa, że to pierw­sze, co przy­cho­dzi do głowy wielu eta­tow­com, gdy myślą o tra­kach.

– Chcę postą­pić, jak trzeba – kon­ty­nu­uje Loren. – Nie stanę się jed­nym z tych żało­snych wyrzut­ków, któ­rzy kradną albo żebrzą o kwity. Nie będę zuży­wał tlenu i wody, które już mi się nie należą. Chcę, żeby dzieci Tessy miały tabliczkę upa­mięt­nia­jącą, którą będą mogły odwie­dzać i z któ­rej będą dumne. – Unosi głowę i patrzy Isako pro­sto w oczy. – Wybie­ram rezy­gna­cję.

Isako pochyla głowę w geście uzna­nia.

– Dzię­kuję za dar, jaki nam ofia­ru­jesz.

Loren prze­wija obraz na ekra­nie aż do samego końca i unosi palec nad miej­scem na bio­sy­gna­turę.

– Nie muszę czy­tać wszyst­kiego, prawda? To stan­dar­dowe wypo­wie­dze­nie? Powie­dzia­ła­byś mi, gdyby było ina­czej?

– Zga­dza się – zapew­nia. – Wszystko dosta­nie Tessa i jej rodzina.

Odwraca wzrok, by dać Lore­nowi choć tro­chę pry­wat­no­ści w chwili, gdy dotknie pal­cem ekranu.

– To chyba wystar­czy. – W jego gło­sie sły­szy się cię­żar osta­tecz­no­ści, ale poza tym brzmi dziar­sko, nie­mal nie­cier­pli­wie. – Kiedy odejdą wszy­scy?

Isako chowa ekran do kie­szeni.

– W dzień bez pracy przy Luku Wschod­nim zbie­rze się około dwu­na­stu osób. Nie­któ­rzy chcą odejść razem, a inni wolą być sami.

– Przyj­dziesz tam?

Zaska­kuje ją jego płacz­liwy ton. Nie cho­dzi o to, że Loren ukrywa strach pod maską sto­icy­zmu. Wszy­scy to robią. Ale on przy­naj­mniej jej nie nie­na­wi­dzi. Dziwi ją, jak wiele to dla niej zna­czy.

Po raz pierw­szy uśmie­cha się do Lorena. Mówiono jej, że kiedy to robi, wygląda mło­dziej. Szkoda, bo w dwóch ostat­nich tygo­dniach miała bar­dzo nie­wiele powo­dów do uśmie­chu. Wresz­cie może przez moment odpo­cząć. Zachwyca ją ta per­spek­tywa.

– Przyjdę – zapew­nia. Może zro­bić przy­naj­mniej tyle.

Zawsze lubiła Rosę Lorena. Teraz rów­nież go sza­nuje i mu zazdro­ści. On przy­naj­mniej wie. Wresz­cie może się uspo­koić. Pozo­stały mu jedy­nie przy­go­to­wa­nia. Isako nie może tego powie­dzieć o sobie.

Podob­nie jak Loren, ona rów­nież zapu­ściła korze­nie w orga­ni­za­cji Gre­vesa. Jeśli jej klient zosta­nie prze­nie­siony na inne miej­sce w Kor­po­ra­cji, Isako podąży za nim. Jeśli nie, wkrótce znaj­dzie się w tej samej sytu­acji, co Loren. Ale jej nikt nie wrę­czy wypo­wie­dze­nia. Kon­trak­to­rom nie przy­słu­gują pakiety poże­gnalne. Otrzyma tylko bez­oso­bową wia­do­mość, że jej usługi nie są już potrzebne i kon­trakt unie­waż­niono.

Do Oxygn wcho­dzi dwóch pra­cow­ni­ków Służb Habi­ta­to­wych, noszą­cych poma­rań­czowe parki. Zaczy­nają wkła­dać do worka ciało Wilka Wyatta. Isako nie ma ochoty się temu przy­glą­dać. Sięga po kape­lusz i wciąga ręka­wiczki. Palce znowu jej zmar­zły. Gdy wstaje, jej zesztyw­niałe kolana prze­szywa ukłu­cie bólu.

Loren wyciąga rękę, ale powstrzy­muje się przed zła­pa­niem za rękaw jej płasz­cza.

– W sumie cie­szę się, że to byłaś ty. – Jego zaczer­wie­nione oczy spo­glą­dają na nią przez żół­tawe chmury liścio­wego dymu. – Jesteś kon­trak­torką, ale na­dal masz serce, Isako. No wiesz, to rzad­kość.

Isako nie odpo­wiada. Wycho­dzi z lokalu i zatrzy­muje się na chod­niku. Twarz boli ją od suchego powie­trza. Łączy się z klien­tem.

– Zro­bione. Gdzie jesteś?

Przez moment panuje cisza.

– W Obser­wa­to­rium – odpo­wiada wresz­cie Gre­ves.

Dwa

Kopuła na szczy­cie kwa­tery głów­nej Astro­komu jest naj­star­szym obser­wa­to­rium na pla­ne­cie. Z prak­tycz­nego punktu widze­nia stało się ono bez­u­ży­teczne z uwagi na zanie­czysz­cze­nie świetlne miej­skiego habi­tatu, znie­kształ­ce­nia wywo­łane przez tar­czę ochronną oraz fakt, że w wysoko poło­żo­nych punk­tach na obu kon­ty­nen­tach Akwi­lona wybu­do­wano już kil­ka­na­ście now­szych, więk­szych tele­sko­pów. Obser­wa­to­rium ma jed­nak zna­cze­nie histo­ryczne. Zbu­do­wali je Zało­ży­ciele i jego potężne oko jest skie­ro­wane ku gwieź­dzie, wokół któ­rej krąży Zie­mia. W tam­tych cza­sach ludzi obcho­dziło jesz­cze, skąd przy­byli ich przod­ko­wie.

Muzeum na­dal odwie­dzają szkolne wycieczki, ale w tej chwili świeci pust­kami. Jest tu tylko samotny męż­czy­zna w czar­nej budry­sówce. Wspiera się o barierę ota­cza­jącą antyczny tele­skop i gapi się w zamy­śle­niu na pas czar­nego nieba widoczny za na wpół otwartą kopułą.

– To ja powi­nie­nem był to zro­bić.

Jego głos nie­sie się echem w pustce.

– W żad­nym wypadku.

Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby Wyatt spró­bo­wał zabić Gre­vesa, a nie ją. Eta­towcy czę­sto źle przyj­mują wypo­wie­dze­nie. Dla­tego wszy­scy dyrek­to­rzy wynaj­mują kon­trak­to­rów do WWE.

Ale Gre­ves nie przy­po­mina innych dyrek­to­rów. Mógłby naprawdę spró­bo­wać wła­sno­ręcz­nie dostar­czyć wypo­wie­dze­nia, gdyby Isako natych­miast nie wybiła mu tego z głowy. Sku­tecz­nie bro­niła swego klienta pod­czas trzy­let­niej, męczą­cej wojny mię­dzy dzia­łami i nie zamie­rzała pozwo­lić, by zabił go roz­gnie­wany eta­to­wiec, tylko dla­tego, że Gre­ves zapra­gnął w chwili porażki potrak­to­wać po ludzku swych pra­cow­ni­ków.

Wła­śnie takie odru­chy czy­nią go przy­wódcą, dla któ­rego chce się pra­co­wać.

– Słusz­nie czują się skrzyw­dzeni. Obie­ca­łem im nową erę badań kosmosu przez Kor­po­ra­cję i wzrost Astro­komu. Moja klę­ska nie mogłaby być bar­dziej spek­ta­ku­larna.

Isako staje przy nim, ale nie patrzy na pełne gwiazd niebo.

– Wie­rzy­łeś w swe obiet­nice i wielu ludzi w Kor­po­ra­cji rów­nież w nie uwie­rzyło. Fakt, że pre­zes i Rada Dyrek­to­rów nie udzie­lili nam popar­cia, niczego tu nie zmie­nia. Zro­bi­li­śmy wszystko, co leżało w naszej mocy.

– To prawda.

Odsuwa się od barierki. Nawet gdy wypro­stuje się na pełną wyso­kość, jest od niej o głowę niż­szy. Dziw­nie wyglą­dają razem. Kon­trast mię­dzy nimi jest ude­rza­jący, nie tylko pod wzglę­dem fizycz­nym. Gre­ves jest krępy, przy­stojny i ma jasne włosy. Nie­do­sta­tek wzro­stu nad­ra­bia dyna­miczną cha­ry­zmą, efek­ciar­stwem, spry­tem oraz ambit­nymi marze­niami. Być może to kom­pleks Napo­le­ona. W jego przy­padku oka­zuje się sku­teczny. Gdy tylko zaczyna mówić o jakiejś wiel­kiej idei, nie­malże zrywa się z krze­sła i wyma­chuje rękami, zara­ża­jąc wszyst­kich sza­lo­nym entu­zja­zmem. Ma pięć­dzie­siąt sie­dem lat i jest jed­nym z naj­młod­szych dyrek­to­rów w Kor­po­ra­cji.

Sie­dem lat od niego młod­sza Isako jest bar­dzo stara jak na kon­trak­torkę.

Gre­ves uśmie­cha się do niej blado.

– Nie mie­li­by­śmy nawet naj­mniej­szych szans, gdyby nie naj­lep­sza super­kon­trak­torka na pla­ne­cie. Jesteś praw­dziwą pro­fe­sjo­na­listką, Isako. Nie mógł­bym cię pro­sić o wię­cej.

Nie jest na tyle skromna, by temu zaprze­czyć.

Są kon­trak­to­rzy i są superkon­trak­to­rzy.

To naj­lepsi z naj­lep­szych. Elita czar­nych odznak. Na stu sze­re­go­wych kon­trak­to­rów przy­pada dzie­się­ciu wykwa­li­fi­ko­wa­nych. Na stu wykwa­li­fi­ko­wa­nych jeden super­kon­trak­tor.

Naj­lepsi z nich potra­fią roz­wią­zy­wać rów­na­nia w gło­wie, udzie­lać się na ele­ganc­kich galach i zabi­jać ludzi na kil­ka­na­ście róż­nych spo­so­bów. Mogą być stra­te­gami, sze­fami sztabu, straż­ni­kami oso­bi­stymi albo spe­cja­li­stami od dyplo­ma­cji – cokol­wiek okaże się potrzebne. Mózg i mię­śnie w jed­nym. Ich usługi są dro­gie. Agen­cja przy­znaje tylko ogra­ni­czoną liczbę licen­cji. Wybiera ich i szkoli już od szes­na­stego roku życia. Daje im dłu­gie noże, uczy wszyst­kich sekre­tów biz­nesu i wpaja nie­za­chwianą odwagę.

Klien­tów, któ­rzy drogo płacą za ich usługi, trudno zado­wo­lić. Są wśród nich naj­bo­gatsi i naj­po­tęż­niejsi dyrek­to­rzy oraz naj­lepsi wicedyrek­to­rzy, któ­rzy zro­bi­liby wszystko, żeby zdo­być prze­wagę. To super­kon­trak­to­rzy im ją zapew­niają. Tylko jeden może słu­żyć danemu klien­towi. Tak mówią zasady Kor­po­ra­cji.

Kiedy wybu­chła wojna mię­dzy Astro­ko­mu­ni­ka­cją a Ope­ra­cjami Sate­li­tar­nymi, Isako zro­biła wszystko, co tylko mogła, by zapew­nić zwy­cię­stwo Gre­ve­sowi. Sta­rała się prze­ko­nać do jego wizji Słod­kie Morze, ślę­czała się nad rapor­tami i pre­zen­ta­cjami, urzą­dzała spo­tka­nia. Orga­ni­zo­wała ataki obna­ża­jące słabe punkty sys­te­mów i zakła­dów OpSatu. Bro­niła Astro­komu przed kontr­ata­kami. Umiesz­czała agen­tów i sabo­ta­ży­stów w nie­przy­ja­ciel­skich sze­re­gach. Wykryła trzech tech­ni­ków Astro­komu, szpie­gu­ją­cych na rzecz OpSatu. Wynaj­mo­wała ludzi, któ­rzy mieli prze­ku­py­wać, szan­ta­żo­wać albo znie­sła­wiać kie­row­nic­two prze­ciw­nika, a jed­no­cze­śnie bro­niła wewnętrz­nego kręgu Gre­vesa i zabie­gała o wspar­cie oraz sojusz­ni­ków w innych dzia­łach. Wysy­łała swego klienta na wizyty mające wzmoc­nić morale działu i zain­spi­ro­wać eta­tow­ców. Pod­czas trzech lat wojny dwu­krot­nie omal jej nie zabito.

Ale w końcu wszystko to zdało się na nic.

– Naj­bar­dziej wku­rza mnie fakt, że wal­czy­li­śmy z innymi zwo­len­ni­kami reu­ni­fi­ka­cji – oznaj­mia z gory­czą Gre­ves. – Pre­zes pra­gnął jed­no­ści, a my nie mogli­śmy osią­gnąć jej drogą poko­jową, więc roz­dar­li­śmy się na strzępy. Ter­ra­for­mi­ści musieli tylko cze­kać, przy­glą­dać się i rosnąć w siłę. Sły­sza­łaś, kogo mają przy­jąć do Rady Dyrek­to­rów?

– Kto o tym nie sły­szał?

Wie­ści roze­szły się już po całej kor­po­sieci, zaćmie­wa­jąc nawet roz­strzy­gnię­cie wojny mię­dzy Astro­ko­mem a OpSa­tem.

– Ławicę Uchiego, oczy­wi­ście. – Gre­ves wywar­kuje to nazwi­sko, jakby było prze­kleń­stwem.

Nie jest zasko­cze­niem, że ele­gancki, sie­dem­dzie­się­cio­letni złoty chło­pak z ruchu ter­ra­for­mi­stów szybko tra­fił do kie­row­nic­twa Kor­po­ra­cji. Był jedną z dwóch naj­gło­śniej­szych wscho­dzą­cych gwiazd kon­fliktu mię­dzy „Zie­mią” a „zie­mią”. Nazwi­ska Pusz­czy Gre­vesa i Ławicy Uchiego czę­sto wypo­wia­dało się jed­nym tchem.

Przy­naj­mniej do tej pory.

– Kor­po­ra­cja rze­czy­wi­ście zeszła na manowce i wpa­dła w ręce małych zetek. – Gre­ves mocno zaci­ska dło­nie na barierce. – Oba­wiam się, że cze­kają nas cięż­kie czasy, Isa.

– Poli­tyczny wiatr zawsze jest zmienny – zauważa Isako. – Ter­ra­for­mi­ści są w tej chwili na fali, ale możemy nad­ro­bić straty, jeśli dobrze to roze­gramy i zadbamy o to, żebyś zdo­był odpo­wied­nią pozy­cję.

– A jak zamie­rzasz to osią­gnąć, moja super­kon­trak­torko?

– Poproś o sta­no­wi­sko wice­dy­rek­tora w OpSa­cie. Całuj tyłki i zacho­wuj się uni­że­nie, jeśli okaże się to nie­zbędne. Sawanna Minto jest stara. Za dwa­dzie­ścia lat będzie na wylo­cie, a to otwo­rzy przed tobą szansę zosta­nia dyrek­to­rem.

Na twa­rzy Gre­vesa poja­wia się drwiący uśmie­szek.

– Musiał­bym zacząć od degra­da­cji i pracy dla tej, która mnie poko­nała.

– Tylko tym­cza­sowo. W końcu wró­cił­byś na szczyt. O ile zacho­wasz cier­pli­wość.

– A ty nie mia­ła­byś nic prze­ciwko temu? Nie uma­wia­łaś się na pracę dla poko­na­nego wice­dy­rek­tora. Cho­lera, na takim sta­no­wi­sku zapewne nie byłoby mnie stać na usługi super­kon­trak­tora.

– Nie­ważne. Kon­trakt wyłączny to kon­trakt wyłączny. Pójdę za tobą wszę­dzie.

Mówi szcze­rze. Gre­ves to naj­lep­szy klient, jakiego kie­dy­kol­wiek miała. Po trzech latach współ­pracy zapro­po­no­wał jej doży­wotni kon­trakt. Popro­siła o dwa­dzie­ścia sześć godzin na zasta­no­wie­nie. Odpo­wie­dział, że da jej cały tydzień.

Wró­ciła do domu, prze­spała się z tym, a rano oznaj­miła mu, że się zga­dza. To było dzie­więć lat temu. Nie miała wtedy trud­no­ści z doży­wot­nim zwią­za­niem się z jed­nym klien­tem. Bar­dzo wielu super­kon­trak­to­rów marzy o kontr­ak­cie wyłącz­nym, ale tylko nie­licz­nym udaje się zawrzeć taką umowę z klien­tem, któ­rego lubią i sza­nują, a tym bar­dziej z kimś, przed kim otwie­rała się ścieżka kariery w Kor­po­ra­cji.

Oka­zało się jed­nak, że ta ongiś obie­cu­jąca droga pro­wa­dzi w dół. Nie­mniej Kodeks Świad­cze­nia Usług Klien­tom rów­nie dobrze mógłby być przy­sięgą mał­żeń­ską. Słu­żyć zna­czy żyć. A żyć zna­czy umrzeć. Innymi słowy na dobre i na złe, przez triumfy i klę­ski, dopóki śmierć nas nie roz­łą­czy.

Isako umrze znacz­nie wcze­śniej niż on. Gre­ves znaj­dzie sobie nowego super­kon­trak­tora. Jest jed­nak prze­ko­nana, że ma przed sobą jesz­cze kilka dobrych lat. Przy­naj­mniej do chwili, gdy kolana odmó­wią jej posłu­szeń­stwa.

Gre­ves raz jesz­cze spo­gląda na niebo, a potem naci­ska guzik zamy­ka­jący kopułę obser­wa­to­rium. Szcze­lina zasuwa się powoli, zasła­nia­jąc gwiazdy.

– Zasta­no­wię się nad twoją radą.

– Masz jakieś infor­ma­cje od Słod­kiego Morza? Coś, co suge­ro­wa­łoby, jak postą­pią?

Ist­nieje nawet moż­li­wość, że Gre­ves nie zosta­nie zde­gra­do­wany, ale po pro­stu zwol­niony, jak dwu­stu pra­cow­ni­ków Astro­komu, któ­rym Isako prze­ka­zała zawia­do­mie­nia. Uważa, że to mało praw­do­po­dobne. Jest za młody, ma wielki poten­cjał i sporo waż­nych osób go lubi. Nie­mniej nie można tego wyklu­czyć.

W takim przy­padku oboje będą mieli prze­srane.

Gdyby miało do tego dojść, wola­łaby otrzy­mać ostrze­że­nie.

Gre­ves kręci głową.

– Powi­nie­nem był wyna­jąć cię i dać ci białą odznakę, kiedy jesz­cze mia­łem taką moż­li­wość. Wybacz, Isa.

– Nie musisz mnie prze­pra­szać.

Nie przy­ję­łaby takiej pro­po­zy­cji, nawet gdyby Rada Dyrek­to­rów nie zaka­zała Astro­ko­mowi i OpSa­towi wynaj­mo­wa­nia nowych pra­cow­ni­ków na czas wojny. Eta­tow­com nie pozwa­lano nosić broni, a tym bar­dziej wyko­ny­wać nie­ofi­cjal­nych zadań. Od tego byli kon­trak­to­rzy.

– Byłam ci potrzebna jako super­kon­trak­torka – przy­po­mina mu.

– Na­dal cię potrze­buję. Prze­ka­za­nie tych zawia­do­mień ludziom, któ­rych zna­łaś od lat, musiało być kurew­sko nie­przy­jemne, ale ty się nawet nie skar­ży­łaś.

Co by mi dały skargi? – zasta­na­wia się.

Zmar­no­wa­łaby tylko ener­gię, tak jak eta­towcy w Oxygn, oskar­ża­jący ją o śmierć Wyatta. Z pew­no­ścią nie pomoże klien­towi, uża­la­jąc się nad sobą. Zawsze żyła w zgo­dzie z Kodek­sem. Nie ma żad­nego wpływu na decy­zje podej­mo­wane na górze, ale może przy­naj­mniej do końca zacho­wać pro­fe­sjo­na­lizm.

– Ostatni, któ­rzy zaak­cep­to­wali rezy­gna­cję, zro­bią to w dzień bez pracy przy Luku Wschod­nim – oznaj­mia. – Mówię to na wypa­dek, gdy­byś zechciał przyjść.

Gre­ves się krzywi.

– Nie sądzę, bym tym razem to zro­bił.

Nie może mieć do niego pre­ten­sji. Pra­co­wali razem dwa­na­ście lat i ni­gdy dotąd nie widziała, by porażka tak go przy­gnę­biła i by ogar­nął go rów­nie głę­boki pesy­mizm. Liczyła na bar­dziej pozy­tywną reak­cję na jej suge­stię akcep­ta­cji pod­rzęd­nej roli, która z cza­sem pozwo­li­łaby mu wspiąć się z powro­tem na szczyt. Być może jed­nak pro­siła o zbyt wiele. Może było za wcze­śnie. Musi dać mu czas na żałobę po znisz­cze­niu jego działu i klę­sce marzeń.

– Zasta­nów się nad tym – nalega. – Praca w OpSa­cie może być dla cie­bie szansą.

Nad ich gło­wami znika ostat­nia gwiazda.

– Weź sobie kilka dni wol­nego, Isa – suge­ruje Gre­ves. – Jeśli kto­kol­wiek na to zasłu­guje, to z pew­no­ścią ty.

Trzy

Choć nad nami panuje zima, nie popa­daj­cie w roz­pacz, albo­wiem Matka na dole obie­cuje wio­snę. Ci, któ­rzy ode­szli z tego życia, cze­kają spo­koj­nie w jej współ­czu­ją­cych obję­ciach. Wiedz­cie, że gdy nasza wiara skru­szy jej łań­cu­chy, wszy­scy wrócą do życia i będzie to rado­sna chwila, wszy­scy bowiem będą pili nie­biań­ską wodę i kro­czyli po zie­lo­nych polach.

Święta księga Sefy

Dzień bez pracy rano, 4. tydzień, rok 500 o.Z.

Jest dzień bez pracy. Świt wstaje chłodny i rześki. Niebo ma blady, nie­bie­sko­szary odcień, koja­rzący się z twar­dówką oka ane­mika.

Isako stoi na plat­for­mie dla widzów na wieży straż­ni­czej Luku Wschod­niego. Towa­rzy­szy jej około stu osób, które przy­szły zoba­czyć, jak ich przy­ja­ciele i bli­scy opusz­czają Wytrwa­łość. Panuje tu tłok. Pora­nek w dzień bez pracy to naj­lep­szy czas na rezy­gna­cję. Wszy­scy będą mieli cały dzień na to, żeby upo­rać się ze swo­imi uczu­ciami, nim zacznie się nowy tydzień. Isako poznaje wielu ludzi tło­czą­cych się przy barie­rze, ale wokół niej jest pusto. Nikt nie chce się zbli­żać do tej, która przy­nosi śmierć.

Nie ma nic prze­ciwko temu. Nawet jeśli zna się eta­tow­ców, lepiej trzy­mać się od nich na dystans. To uła­twia wszyst­kim sprawę w chwi­lach takich jak ta.

Poznaje córkę Lorena po kędzie­rza­wych wło­sach i cią­żo­wym brzu­chu. Za nią i po obu jej stro­nach zebrała się grupka ludzi. Trzy­mają ją za ręce. Isako zasta­na­wia się, czy nie podejść do niej, by zamie­nić kilka słów, ale posta­na­wia, że tego nie zrobi. To jest publiczne miej­sce, ale chwila prze­zna­czona wyłącz­nie dla nich. Nie ma prawa uczest­ni­czyć w ich żalu ani dumie.

Jej zda­niem Luk Wschodni jest naj­przy­jem­niej­szą ze wszyst­kich bram miej­skiego habi­tatu. W Luku Połu­dnio­wym prze­szkodę sta­nowi inten­sywny ruch auto­bu­sów dowo­żą­cych do pracy eta­tow­ców. Kapłani czyść­cow­ców przy Luku Pół­noc­nym są bar­dzo natar­czywi i napa­stują wszyst­kich prze­chod­niów, doma­ga­jąc się od nich wyzna­nia grze­chów. Luk Zachodni jest budzą­cym podziw zabyt­kiem. Na pomniku z czar­nego bazaltu wyryto nazwi­ska wszyst­kich Zało­ży­cieli kolo­nii. Obok umiesz­czono skalną płytę upa­mięt­nia­jącą zagładę Dobro­bytu. Wspa­niałe miej­sce, ale zimne.

Luk Wschodni jest pogodny. Bie­gnąca przez krąg publicz­nego parku droga pro­wa­dzi do sze­ro­kiego, wyło­żo­nego kamien­nymi pły­tami bul­waru obsa­dzo­nego cen­nymi brzo­zami bia­łymi. Zaczy­nają się już na nich poja­wiać blade pączki liści. Mil­czący piel­grzymi zamia­tają każdy frag­ment drogi, a na pie­de­stale u jej końca stoi mar­mu­rowy posąg Matki w Łań­cu­chach. Bogini obda­rza wszyst­kich prze­chod­niów bło­gim uśmie­chem, zapra­sza­jąc ich do Ocze­ki­wa­nia. Isako nie zali­cza się do wyznaw­ców Sefy, ale lubi ota­cza­jącą sta­tuę aurę łagod­no­ści. Gdy dla niej nadej­dzie chwila rezy­gna­cji, wybie­rze to wyj­ście.

Zza hory­zontu na zacho­dzie wyła­nia się słońce. Isako zwraca się w jego stronę, by nacie­szyć się łagod­nym świa­tłem pada­ją­cym na twarz. Zgod­nie z suge­stią Gre­vesa wzięła sobie tro­chę wol­nego. Z pew­no­ścią potrze­bo­wała odpo­czynku. Dwa dni poświę­ciła na nad­ro­bie­nie braku snu, sprzą­ta­nie miesz­ka­nia oraz fizjo­ćwi­cze­nia poma­ga­jące na kolana. Chciała odwie­dzić dom, ale Maya będzie miała wolne dopiero jutro po połu­dniu.

Prę­dzej czy póź­niej prze­kona się, jakie decy­zje pod­jęto na górze w spra­wie pozo­sta­ło­ści po Astro­ko­mie. Na ofi­cjal­nych kana­łach kor­po­sieci nie zna­la­zła żad­nych nowych infor­ma­cji. Domi­nu­ją­cym tema­tem na­dal jest zgło­sze­nie kan­dy­da­tury Ławicy Uchiego na członka Rady Dyrek­to­rów.

Isako zna super­kon­trak­tora, który służy Uchiemu. Cał­kiem nie­dawno był jej uczniem. Sto­jąc na wieży straż­ni­czej, wysyła mu wia­do­mość.

Mar­tim, nie widzie­li­śmy się już od dawna, ale chcia­łam ci pogra­tu­lo­wać. Twój klient wkrótce zosta­nie człon­kiem rady. To wiel­kie osią­gnię­cie. Zasłu­ży­łeś na to. Mam nadzieję, że ćwi­czysz wła­da­nie dłu­gim nożem. Wiem, że jestem ci winna spo­tka­nie. Zawia­dom mnie, gdy będziesz miał wolną chwilę.

Nie spo­dziewa się szyb­kiej odpo­wie­dzi. Przed Mar­ti­mem otwiera się długa, pro­mienna przy­szłość, a przed nią jest teraz tylko coraz węż­szy tunel. Wyszko­leni przez nią męż­czyźni i kobiety już ją prze­ści­gnęli. Musiało się tak stać. To była wyłącz­nie kwe­stia czasu. Po pro­stu nie spo­dziewała się, że to wyda­rzy się tak szybko.

Z powro­tem zwraca się w stronę bramy. Za dro­go­cenną tar­czą ochronną, utrzy­mu­jącą powie­trze i cie­pło wewnątrz miej­skiego habi­tatu, tak daleko, jak okiem się­gnąć cią­gną się Pust­ko­wia, odstrę­cza­jący kra­jo­braz ubi­tego żwiru pokry­wa­ją­cego wieczną zmar­z­linę. W miej­scach, gdzie mię­dzy kamie­niami zebrała się odro­bina wil­goci, lśni war­stewka lodu. Choć w uboż­szych czę­ściach Wytrwa­ło­ści bywa bar­dzo zimno, nie spo­sób tego porów­ny­wać z warun­kami panu­ją­cymi na zewnątrz, gdzie prze­ciętna tem­pe­ra­tura wynosi minus czter­dzie­ści stopni Cel­sju­sza. Zimą suche burze sma­gają zie­mię wia­trami dmą­cymi z pręd­ko­ścią ponad stu kilo­me­trów na godzinę.

Gdy przed pię­ciu­set laty przy­byli tu Zało­ży­ciele w Wiel­kich Stat­kach, nadali bez­li­to­śnie zim­nej i jało­wej ska­li­stej pla­ne­cie nazwę Akwi­lon, na cześć rzym­skiego boga zimy.

Z wyso­kiej wieży straż­ni­czej można jed­nak zauwa­żyć, że ota­cza­jąca ich tun­dra nie jest cał­ko­wi­cie pozba­wiona życia. Z nadej­ściem wio­sny poja­wiają się tam pustynne poro­sty, pokry­wa­jące jałowy teren brą­zo­wo­zie­lo­nymi pla­mami, które z każ­dym rokiem stają się coraz więk­sze. Pod­czas krót­kich tygo­dni lata zakwi­tają skal­nice i karm­nik ości­sty, pstrząc powierzch­nię sku­pi­skami fio­letu, żółci i bieli. W ostat­nich latach dostrzega się też odporne turzyce oraz trawy. W ślad za mesz­kami i ryj­kow­cami, pierw­szymi owa­dzimi kolo­ni­stami, poja­wiają się muchy i chrząsz­cze. Stary ojciec Akwi­lon, uparty i bez­li­to­sny, ustę­puje powoli, ale nie­po­wstrzy­ma­nie, przed naci­skiem Kor­po­ra­cji obie­cu­ją­cej ster­ra­for­mo­wany świat.

Tu i ówdzie pośród poro­stów i skał dostrzega się plamy jaskra­wego błę­kitu.

Na dachu biu­rowca naprze­ciwko wieży straż­ni­czej wyświe­tla się klu­czowy wskaź­nik efek­tyw­no­ści Kor­po­ra­cji, a także naj­now­sze wia­do­mo­ści oraz komu­ni­katy.

Poziom tlenu w atmos­fe­rze: 12,576% +0,11… Ciśnie­nie atmos­fe­ryczne: 55,6 kPa +0,003… Śred­nia glo­balna tem­pe­ra­tura powierzch­niowa: -38,2°C +0,09… Wpro­wa­dzone gatunki: 152 +7… Ceny wody wzro­sną o 2%, poczy­na­jąc od 500.6.1.0800… Lód Kon­ty­nentu Pół­noc­nego awan­suje do finału Pucharu Wszyst­kich Dzia­łów… Przy­czyń się do ocie­ple­nia pla­nety, przejdź na napęd spa­li­nowy!

– Z każdą chwilą zbli­żamy się do celu.

Pre­zes zawsze to powta­rza pod­czas nowo­rocz­nych prze­mó­wień. Isako widziała kie­dyś serię kolejno wyświe­tla­nych zdjęć, poka­zu­ją­cych oko­lice Wytrwa­ło­ści od cza­sów Zało­ży­cieli aż do dziś. Przy­po­mina to mikro­sko­powy obraz roz­ro­stu grzyba – z pozoru coś pry­mi­tyw­nego, lecz w rze­czy­wi­sto­ści nie­zmier­nie skom­pli­ko­wa­nego. Życie nie­ustę­pli­wie sze­rzy się w nie­przy­ja­znym śro­do­wi­sku. To widoczny dowód roz­ro­stu. W ciągu pię­ciu­set lat zaszły spek­ta­ku­larne zmiany, lecz każdy krok wymaga strasz­li­wego wysiłku.

Isako przez wiele lat wspie­rała cele dużych zetek. Wie­rzyła w wizję powrotu do gwiazd gło­szoną przez Gre­vesa, czy raczej w samego jej gło­si­ciela. Rozu­miała jed­nak, dla­czego dla nie­któ­rych, zwłasz­cza dla gor­li­wych wyznaw­ców Sefy, jakimi są małe zetki, obiet­nica ter­ra­for­mo­wa­nia jest świę­to­ścią. Moż­li­wość, że Maya i przy­szłe poko­le­nia będą żyły w cie­plej­szym, lep­szym świe­cie, spra­wia, że nie­do­stępne Pust­ko­wia zdają się raczej począt­kiem niż nie­unik­nio­nym koń­cem.

Wśród cze­ka­ją­cych na plat­for­mie świad­ków zaczyna się poru­sze­nie. Czter­na­stu pra­cow­ni­ków Astro­komu przy­bywa razem windą, po wyką­pa­niu i ubra­niu przez straż­ni­ków bramy. Witają ich pełne sza­cunku brawa. Isako poznaje twa­rze męż­czyzn i kobiet, któ­rym nie­dawno wrę­czyła wypo­wie­dze­nia. Świeże wspo­mnie­nia ner­wo­wych, smut­nych roz­mów łączą się w zama­zaną całość niczym listewki skła­da­nego wachla­rza.

Kie­ruje spoj­rze­nie na Rosę Lorena, ponie­waż z nim roz­ma­wiała na końcu. Męż­czy­zna kro­czy z mia­rową deter­mi­na­cją bli­sko początku grupy, pro­wa­dząc pro­ce­sję eta­tow­ców odzia­nych w nie­bie­skie szaty o bar­wie zbyt jaskra­wej, by można ją było zna­leźć w natu­rze. Ich poże­gnalna parada jest kolo­rową plamą na tle bia­łego bul­waru i sza­rych Pust­kowi.

Isako czuje nagły ucisk w gar­dle, gdy rezy­gnu­jący zatrzy­mują się przed tar­czą i odwra­cają, by poma­chać na poże­gna­nie obser­wu­ją­cym ich przy­ja­cio­łom oraz rodzi­nom. Tessa macha do nich inten­syw­niej niż kto­kol­wiek inny i prze­syła ojcu całusy. Jej oczy lśnią, a po policz­kach spły­wają łzy.

Isako widziała już bar­dzo wiele rezy­gna­cji. Wszyst­kie przy­po­mi­nały jej o pierw­szej, któ­rej świad­kiem była w wieku trzy­na­stu lat. Gniazd­ko­oj­ciec nie obej­rzał się na nią. Nawet nie rezy­gno­wał w gru­pie. Odszedł sam, po połu­dniu w zwy­kły, robo­czy dzień księ­życa, gdy więk­szość ludzi była w pracy. Przy­szło tylko sześć osób, łącz­nie z Isako. Prze­smyk Akio był naj­lep­szym dłu­go­no­żow­ni­kiem w całej Kor­po­ra­cji i gdy jego ostatni kon­trakt się skoń­czył, a artre­tyzm nie pozwa­lał mu już wła­dać bro­nią, doszedł do wnio­sku, że pora z tym koń­czyć.

– Wprawa uła­twia wszystko – wyja­śnił jej. – Super­kon­trak­to­rzy ćwi­czą umie­ra­nie, tak samo jak sie­dze­nie w sta­nie zan­shin i wycią­ga­nie noża z wyzwa­la­cza. Rezy­gna­cji nie trzeba się bać. Koniec życia to po pro­stu jeden z jego ele­men­tów.

Na ścia­nie pokoju jej gniazd­ko­ojca nama­lo­wano mural przed­sta­wia­jący Zało­ży­cieli Dobro­bytu i Wytrwa­ło­ści. Zawsze powta­rzał, że to byli wielcy ludzie o sil­nych prze­ko­na­niach. Gdy los kolo­nii wisiał na cie­niut­kim wło­sku, dali wszyst­kim przy­kład altru­izmu. To oni zapo­cząt­ko­wali tra­dy­cję odcho­dze­nia z god­no­ścią, by nie mar­no­wać zaso­bów, mają­cych klu­czowe zna­cze­nie dla prze­trwa­nia spo­łecz­no­ści.

– To, co zro­bili, wyma­gało odwagi, ponie­waż byli pierwsi – wytłu­ma­czył gniazd­ko­córce Akio. – Nie było wtedy takiego zwy­czaju. My tylko podą­żamy ich śla­dem. To dla nas przy­wi­lej.

W pobliżu tar­czy dzieje się coś nie­ocze­ki­wa­nego. Widzo­wie wychy­lają się przez barierki plat­formy. Mija krótka chwila, nim Isako z nie­do­wie­rza­niem roz­po­znaje samotną postać, która zbliża się bul­wa­rem i dołą­cza do Lorena oraz pozo­sta­łych.

To Pusz­cza Gre­ves.

Isako cofa się gwał­tow­nie. Co, do cho­lery, robi tu jej klient?

Powie­dział, że nie przyj­dzie obej­rzeć rezy­gna­cji. W prze­ciw­nym razie z pew­no­ścią byliby tu ochro­nia­rze i elek­tro­niczne urzą­dze­nia moni­to­ru­jące. Isako cały czas trzy­ma­łaby się bli­sko niego, uzbro­jona w długi nóż. Gre­ves, z któ­rego winy dwu­stu ludzi stra­ciło pracę. Zde­spe­ro­wani fre­elan­ce­rzy, roz­gnie­wani krewni, sko­rzy do prze­mocy anty­kor­po­ra­cyjni agi­ta­to­rzy, każdy z nich mógłby doko­nać zama­chu na niego. Isako czuje się odpo­wie­dzialna za bez­pie­czeń­stwo klienta, ale teraz stoi na szczy­cie wieży, za daleko, by mogła cokol­wiek zro­bić.

– Niech to szlag – syczy pod nosem. – Co ten skur­czy­byk wypra­wia?

Gre­ves dociera do grupki ludzi. Ści­ska wszyst­kim dło­nie i zaczyna z nimi roz­ma­wiać. Wspiera dłoń na ramie­niu Lorena, a innego męż­czy­znę kle­pie po ple­cach. Uśmie­cha się i mówi coś do jakiejś sta­rej kobiety. Jego ciemny strój mocno kon­tra­stuje z jaskra­wo­nie­bie­skimi sza­tami.

Isako prze­py­cha się przez tłum i bie­gnie ku scho­dom, lecz nagle sły­szy głos Gre­vesa i staje jak wryta.

– Oby­wa­tele Wytrwa­ło­ści.

Jego wzmoc­nione słowa niosą się echem po oko­licy.

Isako odwraca się bły­ska­wicz­nie. Jak udało mu się wejść do sieci audio-wideo? Czy sły­chać go w całym miej­skim habi­ta­cie? I nawet jej o tym nie zawia­do­mił?

– Od chwili, gdy nasi przod­ko­wie dotarli tu w Wiel­kich Stat­kach, Astro­ko­mu­ni­ka­cja była gło­sem łączą­cym nas z nie­bem.

Dyrek­tor odsuwa się od eta­tow­ców i stoi sam przed bramą tar­czy ochron­nej, by kamery miej­skiego habi­tatu mogły go łatwiej uchwy­cić.

– Nie ma zna­cze­nia, że kosmos mil­czy. Nie ma zna­cze­nia, że nasze sygnały pozo­stają bez odpo­wie­dzi. Wielka Cisza jest testem wiary naszej spo­łecz­no­ści. Pew­nego dnia się skoń­czy, a gdy to się sta­nie, nasi potom­ko­wie nas osą­dzą. Zapy­tają: „Czy cały czas pró­bo­wa­li­śmy nawią­zać kon­takt? Czy raczej pogrą­ży­li­śmy się w izo­la­cji zro­dzo­nej ze stra­chu? Byli­śmy śmia­łymi marzy­cie­lami, czy cynicz­nymi tchó­rzami?”.

Gre­ves zawsze umiał przy­cią­gać uwagę. Teraz rów­nież szło mu świet­nie.

– Astro­ko­mu­ni­ka­cja nie jest dużym dzia­łem, ale zawsze byli­śmy świętą wię­zią łączącą nas z począt­kami. Repre­zen­tu­jemy nadzieję na przy­szłość, w któ­rej nie będziemy sami. Odcię­cie działu od środ­ków i wyeli­mi­no­wa­nie go ozna­cza odwró­ce­nie się ple­cami do tej nadziei. Nie mogę udzie­lić popar­cia tak krót­ko­wzrocz­nej decy­zji pre­zesa oraz Rady Dyrek­to­rów i nie zro­bię tego. Jako dyrek­tor Astro­ko­mu­ni­ka­cji rezy­gnuję na znak pro­te­stu.

Gre­ves odwraca się na pię­cie i rusza ku słu­pom bramy. Czter­na­stu byłych pra­cow­ni­ków Astro­komu rusza za nim, pędząc ku koń­cowi Bul­waru Luku Wschod­niego, jakby nie mogli się docze­kać, aż się tam znajdą.

Matka w Łań­cu­chach spo­gląda na nich z góry.

Nie­wi­doczni war­tow­nicy otwie­rają pierw­sze drzwi. Cała grupa wcho­dzi do śluzy o prze­zro­czy­stych ścia­nach, wystar­cza­jąco wiel­kiej, by pomie­ścić kur­su­jące w obie strony auto­busy, a także pojazdy tere­nowe i ciężki sprzęt. Wydają się w niej maleńcy, jak dzieci idące przez olbrzymi, pusty sta­dion. Gre­ves nie zatrzy­muje się ani nie waha. Idzie naprzód, pro­wa­dząc swych ludzi.

Isako czuje się jak uwię­ziona w pier­do­lo­nym śnie.

Kodeks wymaga, by prze­ko­nała klienta, by tego nie robił, albo dołą­czyła do niego. I choć przez nie­mal trzy­dzie­ści lat zali­czała się do czo­łówki super­kon­trak­to­rów, w tej chwili ponosi spek­ta­ku­larną klę­skę na oczach wszyst­kich.

Tar­cza ochronna znika przed rezy­gnu­ją­cymi. Widzo­wie dostrze­gają jedy­nie chwi­lowe migo­ta­nie, widoczne zakłó­ce­nia w nie­wi­dzial­nej barie­rze bro­nią­cej życia ludzi przed nie­sprzy­ja­ją­cymi warun­kami panu­ją­cymi na pla­ne­cie.

Dla tych, któ­rzy są wewnątrz śluzy, tem­pe­ra­tura i poziom tlenu spa­dają gwał­tow­nie. Kilku chwieje się na nogach i pada. Towa­rzy­sze poma­gają im się pod­nieść. Z wysił­kiem odda­lają się od cie­pła i życia, odcho­dzą na okrutne Pust­ko­wia. Nie­bie­skie szaty łopo­czą na mroź­nym wie­trze niczym skrzy­dła barw­nych pta­ków z jakiejś mitycz­nej, tro­pi­kal­nej kra­iny.

Pusz­cza Gre­ves pro­wa­dzi ich naprzód.

Pierw­szy z rezy­gnu­ją­cych pada w odle­gło­ści około sze­ściu­set metrów od tar­czy. Potyka się, zaci­ska zesztyw­niałe palce na piersi i pró­buje wcią­gnąć w płuca ubo­gie w tlen powie­trze, poru­sza­jąc bar­kami. Potem nie­ru­cho­mieje. Jego towa­rzy­sze zatrzy­mują się tylko na moment, by pobło­go­sła­wić go zna­kiem Matki. Potem ruszają przed sie­bie po czar­nym żwi­rze.

– Dzię­ku­jemy za dar – roz­lega się chór szep­tów.

Isako powta­rza odru­chowo te słowa, ale jej umysł wypeł­nia chaos nie­zro­zu­mie­nia i wstydu.

Rezy­gnu­jący mijają kości tych, któ­rzy szli tędy przed nimi. Wybla­kłe kawałki wytar­tej nie­bie­skiej tka­niny przy­le­gają do wyschnię­tych tru­pów, zna­cząc na pewien czas miej­sce ich spo­czynku. Jakaś kobieta pada i pozo­stali zosta­wiają ją za sobą.

– Dzię­ku­jemy za dar.

Nie wypada odcho­dzić przed koń­cem cere­mo­nii, nawet jeśli osoba, którą przy­szło się poże­gnać, zakoń­czyła już swą podróż. Zebrani cze­kają dwa­dzie­ścia sześć minut, aż wszystko się skoń­czy. Gdy pięć na­dal żyją­cych osób mija ostatni widoczny w tun­drze skra­wek nie­bie­skiej tka­niny, roz­le­gają się okla­ski. Dotarli dalej niż kto­kol­wiek przed nimi. Śro­do­wi­sko za tar­czą jest wro­gie życiu, ale w mniej­szym stop­niu niż przed rokiem, przed dzie­się­cioma laty, stoma albo trzy­stoma. Z każ­dym rokiem chłód nieco łagod­nieje, a poziom tlenu się pod­nosi. Każdy, kto wyru­sza na ostatni spa­cer, jest nama­cal­nym dowo­dem postępu.

Trudno jest roz­po­znać trzy­ma­jące się na nogach posta­cie, ale Isako na­dal świet­nie widzi z daleka. Rosa Loren wytrzy­mał dłu­żej niż nie­mal wszy­scy młodsi eta­towcy. Stary skur­czy­byk jest twardy. Być może zawdzię­cza to genom spor­towca albo sil­nym płu­com. A może po pro­stu żela­znej woli. Wresz­cie jed­nak siada wyczer­pany, wyciąga nogi przed sie­bie, kła­dzie się i wpa­truje w niebo, jakby wybrał się na pik­nik w sło­neczny dzień.

– Jebać Zie­mię! – krzy­czy Tessa.

– Jebać Zie­mię! – popie­rają ją inni.

Gre­ves robi dwa­na­ście kolej­nych kro­ków. To impo­nu­jące. Gdy już nie może iść dalej, odwraca się w stronę Wytrwa­ło­ści i w dra­ma­tycz­nym geście, z któ­rych sły­nął przez całą karierę, unosi trium­fal­nie ręce. Potem klęka, pada na twarz, dotyka ziemi czo­łem i umiera. Wygląda, jakby bił pokłony. Być może po raz ostatni oka­zuje sza­cu­nek kolo­nii, przed którą pra­gnął otwo­rzyć drogę do gwiazd. A może po pro­stu kapi­tu­luje przed losem.

Pew­nego dnia nazwą jego imie­niem jakiś ważny budy­nek.

Gdy gra­nice miej­skiego habi­tatu dotrą do miej­sca, w któ­rym padł, jego zmu­mi­fi­ko­wane szczątki pochowa się i umie­ści w tym miej­scu tabliczkę upa­mięt­nia­jącą. Zwy­czajni eta­towcy, tacy jak Rosa Loren, mogą liczyć na to, że nazwie się na ich cześć jakąś ulicę, firmę albo nawet szkołę. Dyrek­to­rzy czę­sto dostają szpi­tal, uni­wer­sy­tet albo wielki park publiczny. Gre­ves nie dbał o takie rze­czy, myśli przy­gnę­biona Isako. Wolałby, żeby pocho­wano go pod dwor­cem kole­jo­wym albo wieżą łącz­no­ści sate­li­tar­nej – czymś efek­tow­nym i zaawan­so­wa­nym tech­no­lo­gicz­nie – gdy już jego szczątki znajdą się w zasięgu tar­czy.

Z bil­bordu po dru­giej stro­nie bul­waru zni­kają wskaź­nik efek­tyw­no­ści oraz nagłówki, ustę­pu­jąc miej­sca zdję­ciom uśmiech­nię­tych rezy­gnu­ją­cych oraz ich nazwi­skom.

Z dumą żegnamy naszych sza­now­nych współ­o­by­wa­teli, któ­rzy ustą­pili miej­sca innym: Aloes Aditi, Kanion Tru­ong, Żuraw Otto, Rosa Loren…

Świad­ko­wie się odda­lają. Scho­dzą na dół, by udać się na pry­watne spo­tka­nia, na któ­rych uczczą pamięć bli­skich. Isako wpa­truje się w odle­gły punkt, w któ­rym spo­czywa ciało kła­nia­ją­cego się Pust­ko­wiom Gre­vesa. Nie potrafi pogo­dzić się z myślą o jego odej­ściu. Przed zale­d­wie kil­koma dniami roz­ma­wiała z nim o przy­szło­ści. Był przy­gnę­biony roz­wią­za­niem Astro­komu i prze­ra­żał go kie­ru­nek, w któ­rym zmie­rza Kor­po­ra­cja, ale był dyrek­to­rem. Zali­czał się do elity. Mógł żyć dwu­krot­nie dłu­żej niż zwy­czajni ludzie. Nie wyobra­żała sobie, że mógłby pod­jąć tak dra­styczną decy­zję.

Była zdru­zgo­tana.

Słu­żyła mu dwa­na­ście lat, a oka­zało się, że w ogóle go nie znała.

Minęło wiele czasu, odkąd ostat­nio któ­ryś z dyrek­to­rów zre­zy­gno­wał na znak pro­te­stu. Ta szo­ku­jąca wia­do­mość wkrótce dotrze do pre­zesa w Słod­kim Morzu. Podej­mie się próby zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia reper­ku­sji, wygłosi publiczne oświad­cze­nia. Doj­dzie do prze­su­nięć na naj­wyż­szych szcze­blach wła­dzy. Komen­ta­to­rzy będą się wypo­wia­dali w kor­po­sieci. Oznaj­mią, że to potężny cios dla zwo­len­ni­ków reu­ni­fi­ka­cji i wiel­kie zwy­cię­stwo ter­ra­for­mi­stów. Nic z tego nie obcho­dziło już jed­nak Isako. Jej klient wybrał śmierć. Stała się kon­trak­torką bez kon­traktu. Roninką.

I co teraz zrobi, niech to szlag?

Cztery

Napły­wają wciąż nowe wia­do­mo­ści.

Dawni współ­pra­cow­nicy z Astro­komu, towa­rzy­sze z gniazdka, z któ­rymi nie­mal nie utrzy­muje już kon­taktu, repor­te­rzy z kor­po­sieci i inni super­kon­trak­to­rzy, któ­rzy nie kon­tak­to­wali się z nią od lat.

O kurwa, wła­śnie zoba­czy­łem, co się wyda­rzyło. Wie­dzia­łaś, że to zrobi?

Jeśli jesz­cze nie zre­zy­gno­wa­łaś, odpo­wiedz mi, pro­szę. Bar­dzo bym chciała się z tobą zoba­czyć, zanim to zro­bisz.

Ty i twój klient to boha­te­ro­wie dla wszyst­kich, któ­rzy popie­rają bada­nia kosmosu. Będziemy wal­czyć dalej!

[Infor­ma­cja od sys­temu: prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści do Ważki Mar­tima zakoń­czyło się nie­po­wo­dze­niem].

Nie jestem pewna, czy mnie pamię­tasz, ale bar­dzo dobrze pra­co­wało mi się z tobą przy kontr­ak­cie doty­czą­cym odzy­ski­wa­nia wody. Nauczy­łam się od cie­bie bar­dzo wiele i zawsze będziesz dla mnie inspi­ra­cją.

Piszę dla Głosu Wytrwa­ło­ści i chcia­ła­bym zadać kilka pytań.

Mam nadzieję, że wkrótce pod­pi­szesz kolejny kon­trakt, ale zawia­dom mnie, jeśli tak się nie sta­nie. Czuł­bym się zaszczy­cony, będąc świad­kiem two­jej rezy­gna­cji.

Wzdryga się na myśl o odpo­wie­dzi na któ­rą­kol­wiek z tych wia­do­mo­ści. Nie jest w sta­nie nikogo zapew­nić, że wszystko z nią w porządku albo że ma jakiś plan. Na myśl o zało­że­niu maski pew­no­ści sie­bie i opty­mi­zmu łapią ją mdło­ści. Wszy­scy ci ludzie, któ­rzy nagle zapra­gnęli się z nią skon­tak­to­wać, zna­jomi czu­jący się winni z powodu swej nie­obec­no­ści, cie­kaw­scy pod­glą­da­cze przy­wa­bieni nie­szczę­ściem, wszy­scy, któ­rzy zapra­gnęli odro­biny jej uwagi, nowej atrak­cji dla kolek­cjo­ne­rów – gdzie byli przez trzy ostat­nie lata, gdy wal­czyła o prze­trwa­nie swego działu? Wtedy nie chciała z nimi roz­ma­wiać. Czemu teraz mia­łoby się to zmie­nić?

Jedyną szczerą wia­do­mość przy­słał jej stary przy­ja­ciel Deszcz Kob.

Kurwa, przy­kro mi, Isa.

Już od dawna z nim nie roz­ma­wiała. Sły­szała sza­lone plotki, mówiące, że nie ma już kon­traktu. Jest doświad­czo­nym super­kon­trak­to­rem, tak samo jak ona, i wie, jak fatal­nie wygląda jej sytu­acja.

Jej klient prze­grał wojnę i publicz­nie ode­brał sobie życie. Nikt nie zapro­po­nuje nowego kon­traktu komuś, kto poniósł tak spek­ta­ku­larną porażkę. Isako ma pięć­dzie­siąt lat i przy­słu­gują jej bar­dzo wyso­kie stawki. Wystar­czy mniej, by wyna­jąć młod­szego, peł­nego ener­gii super­kon­trak­tora albo całą ekipę kwal­tra­ków. Agen­cja prę­dzej pozwoli Isako umrzeć z głodu, niż zgo­dzi się na szko­dzący inte­re­som pre­ce­dens zani­ża­nia sta­wek.

Co gor­sza, przed odej­ściem na Pust­ko­wia Gre­ves potę­pił pre­zesa i Radę Dyrek­to­rów na oczach całego miej­skiego habi­tatu. To rów­nież jej nie pomaga. Stała się poli­tycz­nie tru­jąca.

Prze­suwa wzro­kiem po mdłych wyra­zach wspar­cia od byłego męża.

Mam nadzieję, że wszystko z tobą w porządku. Skon­tak­tuj się ze mną, jeśli cze­goś potrze­bu­jesz.

Nie potrze­buje.

Jedyną osobą, któ­rej odpo­wiada, jest Maya. Wia­do­mość od niej przy­cho­dzi póź­niej od pozo­sta­łych.

Mamo, pra­cu­jesz dla Astro­komu, prawda? Czy to twój klient wła­śnie zre­zy­gno­wał? Co to ozna­cza?

Nie przej­muj się, poroz­ma­wiamy o tym jutro. Na­dal możesz zna­leźć czas na obiad, prawda?

Nad­cho­dzi kolejna wia­do­mość, pilna i o wyso­kim prio­ry­te­cie.

Pocho­dzi z biura Sawanny Minto, dyrek­torki Ope­ra­cji Sate­li­tar­nych, tej, która poko­nała Pusz­czę Gre­vesa i prze­jęła kon­trolę nad pozo­sta­ło­ściami Astro­komu.

Isako została wezwana na spo­tka­nie z kobietą, która wygrała wojnę.

***

OpSat ma sie­dzibę we wspa­nia­łym wie­żowcu ze szkła i stali. Jego trzy iglice się­gają ku roz­gwież­dżo­nemu niebu, któ­rego obser­wa­cja przez długi czas była zada­niem budynku. Gdy Isako wcho­dzi do środka pod masyw­nym łukiem z czar­nego, upstrzo­nego plam­kami kwarcu mar­muru, przy­po­mi­na­ją­cym orbitę księ­życa, widzi wyryte na niej hasło prze­wod­nie działu.

Oczy wszyst­kich zwra­cają się ku przy­szło­ści.

Isako przy­po­mina sobie hasło prze­wod­nie Astro­komu. Głos prze­ma­wia­jący do nieba.

Oczy i głos powinny ze sobą współ­pra­co­wać. Astro­ko­mu­ni­ka­cja i Ope­ra­cje Sate­li­tarne były sta­rymi dzia­łami, powsta­łymi jesz­cze w cza­sach Wiel­kich Stat­ków. Przez stu­le­cia łączyły je wspólne prio­ry­tety i inte­resy, umie­jęt­no­ści eta­tow­ców oraz mał­żeń­stwa i trans­fery mię­dzy naj­waż­niej­szymi gniazd­kami obu stron. Trzy­dzie­ści lat temu nikt sobie nawet nie wyobra­żał, że mogłoby dojść do wojny mię­dzy nimi. Astro­kom był sil­niej­szym dzia­łem i jego pozy­cja stra­te­giczna była lep­sza. OpSat był wła­ści­wie pod­po­rząd­ko­waną mu gałę­zią.

Jakże czasy się zmie­niają.

Gdy Isako wycho­dzi z olbrzy­miej bramy ska­nu­ją­cej, zatrzy­muje ją dwóch war­tow­ni­ków. Spo­dzie­wała się typo­wych wykwa­li­fi­ko­wa­nych tra­ków, uzbro­jo­nych w pałki rażące i para­li­za­tory dzia­ła­jące na odle­głość. Z zasko­cze­niem zauważa, że dwaj mło­dzi męż­czyźni mają wyzwa­la­cze noszone przez nowi­cju­szy uczą­cych się na super­kon­trak­to­rów.

– Zapro­szono mnie na spo­tka­nie z dyrek­tor Minto – oznaj­mia im.

Jeden z uczniów zerka na ekran bramy ska­nu­ją­cej, by potwier­dzić toż­sa­mość Isako i upew­nić się, że nie ma przy sobie mate­ria­łów wybu­cho­wych, broni bali­stycz­nej, broni bia­łej o klin­dze dłuż­szej niż czter­dzie­ści osiem cen­ty­me­trów, urzą­dzeń nagry­wa­ją­cych ani innych zabro­nio­nych przed­mio­tów. Odwraca się i omiata ją spoj­rze­niem. W jego oczach maluje się ostrożny podziw.

– Naprawdę jesteś Prze­smyk Isako – mówi. – Myśla­łem, że jesteś wyż­sza.

Isako powstrzy­muje pra­gnie­nie prze­wró­ce­nia oczami. Opo­wia­dają, że jest olbrzymką, bo może patrzeć więk­szo­ści męż­czyzn pro­sto w oczy.

– Nie wierz we wszystko, co ci mówią.

Drugi war­tow­nik zacho­wuje nieco więk­szy dystans. Jest tro­chę star­szy od towa­rzy­sza. Wygląda na dwa­dzie­ścia parę lat. Isako podoba się jego zacho­wa­nie, fakt, że jest oszczędny w ruchach. Ma czujny wyraz twa­rzy, a jego ręce zwi­sają luźno u boków.

– Czy rze­czy­wi­ście jesteś taka szybka, jak mówią?

– Szyb­sza – odpo­wiada bez cie­nia uśmie­chu.

Nie jest już tego tak pewna, jak kie­dyś. Gdyby musiała się zmie­rzyć ze swą dawną wer­sją, nie­wąt­pli­wie by prze­grała. Musi jed­nak pod­trzy­my­wać swą renomę tak długo, jak to tylko moż­liwe.

Ucznio­wie pro­wa­dzą ją przez hol. Sły­chać tu echa kro­ków eta­tow­ców zmie­rza­ją­cych w obu kie­run­kach. Więk­szość dzia­łów ofi­cjal­nie uznaje dzień bez pracy, ale sate­lity ni­gdy się nie zatrzy­mują i OpSat musi funk­cjo­no­wać. Na górze wisi ogromny glo­bus Akwi­lona. Tysiące sym­bo­licz­nych bia­łych świa­te­łek krążą wokół niego niczym rój osła­nia­ją­cych pla­netę owa­dów.

Oszklona winda bły­ska­wicz­nie prze­nosi całą trójkę na szczyt wie­żowca, gdzie rezy­duje dyrek­tor Minto. Isako czuje nie­przy­jemne skur­cze w żołądku. Ręce ma zimne i wil­gotne od potu.

Nie boi się, ale nie znosi świa­do­mo­ści, że nie wie, co ją czeka.

Winda się zatrzy­muje i otwiera. Isako widzi długi kory­tarz, koń­czący się dwu­skrzy­dło­wymi drzwiami. Sekre­tarz sie­dzący za naroż­nym biur­kiem wyświe­tla potwier­dze­nie na szybce infor­ma­cyj­nej zasła­nia­ją­cej mu oczy.

– Możesz wejść. Dyrek­tor jest gotowa cię przy­jąć.

Dwaj męż­czyźni zatrzy­mują się po obu stro­nach wej­ścia i Isako wcho­dzi do środka sama. Zatrzy­muje się ośle­piona jasno­ścią. Dwie ściany zaj­mują okna. Roz­po­ściera się za nimi zdu­mie­wa­jący widok na Wytrwa­łość, ską­paną w bia­łym bla­sku słońca. Jest połu­dnie. Z lamp wiszą­cych nad dłu­gimi pojem­ni­kami pły­nie cie­plej­sze, żółte świa­tło. W pojem­ni­kach krzewi się mnó­stwo roślin o sze­ro­kich, zie­lo­nych liściach.

Są wśród nich takie, któ­rych Isako ni­gdy nie widziała, a nawet nie wyobra­żała sobie, że mogą ist­nieć. Rośliny o bia­łych, słodko pach­ną­cych kwia­tach, wiel­kich jak jej roz­po­starta dłoń. Rośliny w kształ­cie tykw. Rośliny z pie­rza­stymi liśćmi albo cią­gną­cymi się po ziemi wit­kami.

Oddy­cha głę­boko. Wonne, wil­gotne powie­trze roz­grzewa jej płuca.

Ma ochotę gapić się na rośliny, doty­kać ich, zachwy­cać się życiem wypeł­nia­ją­cym pen­tho­use, przy­po­mina sobie jed­nak, po co tu przy­szła, i idzie dalej. Z ulo­ko­wa­nej pod ścianą fon­tanny wypływa woda, roz­le­wa­jąca się po pod­ło­dze i two­rząca nie­ru­chomą kałużę po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia. Dostrzega w prze­zro­czy­stej cie­czy jakieś ruchy. Są tu ryby. Praw­dziwe ryby o róż­nych kolo­rach. Złote, poma­rań­czowe i białe. Wyglą­dają zbyt real­nie, by mogły być pro­jek­cjami albo symu­la­cjami.

Zamiera na moment w bez­ru­chu na widok wiszą­cej klatki z dwoma czer­wo­nymi, żywymi, skrze­czą­cymi ptasz­kami.

Gre­ves lubił luk­sus, podob­nie jak wszy­scy bogaci ludzie z Kor­po­ra­cji. Ze wszyst­kiego, co posia­dał, naj­wy­żej cenił antyczny tele­skop w obser­wa­to­rium. Jego gabi­net w kwa­te­rze głów­nej Astro­komu wyglą­dał ele­gancko. Były tam piękne meble, dro­gie dzieła sztuki, opra­wione w ramy mapy gwiezdne, regały pełne rzad­kich ksią­żek i arte­fakty o histo­rycz­nej war­to­ści.

Ale w porów­na­niu z Minto był skąp­cem.

Gabi­net dyrek­torki OpSatu jest jej pry­watną szklar­nią.

Nie. Nie był czymś tak prak­tycz­nym i zor­ga­ni­zo­wa­nym. Nie szklar­nią. Ogro­dem.

Ogro­dem przy­po­mi­na­ją­cym utra­cony raj Ziemi, świata, na któ­rym ludzka cywi­li­za­cja się­gnęła szczytu. Czyść­cowcy wie­rzyli, że ci, któ­rzy okażą skru­chę i staną się tego godni, naro­dzą się tam na nowo. Na Ziemi rośliny i zwie­rzęta naj­roz­ma­it­szych gatun­ków – tych, które zacho­wano w Banku Genów, a także wielu innych, które ist­niały jedy­nie w opo­wie­ściach skła­da­ją­cych się na pamięć zbio­rową – byto­wały swo­bod­nie pod otwar­tym nie­bem, cie­płym i łagod­nym. Tlen i woda były tam tak łatwo dostępne, że nikt ich nie mie­rzył ani nie żądał za nie zapłaty. Nie­zli­czone miliardy żywych istot mogły do woli zuży­wać te zasoby, wie­dząc, że ni­gdy ich nie zabrak­nie.

Dyrek­tor Minto two­rzy w swym gabi­ne­cie kopię nieba.

Skoro bogaci mogą posia­dać takie rze­czy, nic dziw­nego, że pra­gną żyć tak długo, jak tylko się da.

Minto sie­dzi na krze­śle z wyso­kim opar­ciem za biur­kiem z praw­dzi­wego drewna. Mebel liczy sobie kilka dobrych stu­leci. Pocho­dzi z Wiel­kiego Statku Dobro­byt. Powi­nien znaj­do­wać się w muzeum, ale Minto trzyma się go upar­cie, ponie­waż od stu­leci był wła­sno­ścią Grupy Zapew­nia­ją­cej Dzie­ciom Kolek­tywną Opiekę Sawanna. Sawanny twier­dzą, że biurko nale­żało kie­dyś do Zało­ży­ciela San­giolo, ale to może być jedy­nie legenda. Ma czy­sto cere­mo­nialne zna­cze­nie. Jego war­tość jest zbyt wielka, by można go było uży­wać do codzien­nych zadań. Z pew­no­ścią przy­nosi się je tu tylko na spe­cjalne oka­zje i roz­mowy z waż­nymi gośćmi.

Isako czuje się zaszczy­cona. To Pusz­cza Gre­ves powi­nien być teraz w gabi­ne­cie Minto, by ofi­cjal­nie uznać prze­ję­cie Astro­komu i zaak­cep­to­wać warunki połą­cze­nia. Ponie­waż Gre­ves jest teraz zamar­z­nię­tym tru­pem, Isako przy­pusz­cza, że jako jego zaufana super­kon­trak­torka ma go tutaj repre­zen­to­wać. Więk­szość eta­tow­ców z Astro­komu prze­nio­sła się w inne miej­sca, została wchło­nięta przez OpSat, otrzy­mała wypo­wie­dze­nie albo zre­zy­gno­wała. Minto została na gło­wie tylko jedna osoba. Zwy­kłych kon­trak­to­rów zazwy­czaj nie zaszczy­cano taka roz­mową.

Za wspa­nia­łym biur­kiem, nieco z boku, stoi ciem­no­skóra, musku­larna kobieta, nie­po­zorna, ale czujna. Isako nie dziwi się, widząc ją tutaj. Chmura She­rae jest super­kon­trak­torką Minto. Dwaj mło­dzi męż­czyźni cze­ka­jący na zewnątrz to jej ucznio­wie.

A sama She­rae była kie­dyś uczen­nicą Isako.

Jedną z jej pierw­szych. Minęło już pra­wie dwa­dzie­ścia lat, o ile dobrze to sobie przy­po­mina. W tam­tych cza­sach Astro­kom i OpSat były sobie bli­skie, jakby pocho­dziły z tego samego gniazdka, i żadna z nich nie podej­rze­wała, że może któ­re­goś dnia być zmu­szona zabić drugą.

She­rae była wtedy młoda jak Maya teraz. Pełna prze­sad­nego zapału i odro­binę za miękka. Była też wyjąt­kowo bystra, ale nauka spra­wiała jej trud­no­ści, ponie­waż nie wie­rzyła w sie­bie i źle zno­siła kry­tykę. Isako trudno jest w to uwie­rzyć, gdy patrzy teraz na zapra­wioną w walce super­kon­trak­torkę w kwie­cie wieku. Zatrzy­muje się za tra­dy­cyjną czer­woną linią bez­pie­czeń­stwa, sześć metrów od biurka, i kła­nia się z sza­cun­kiem.

– Przy­by­łaś tro­chę za wcze­śnie – mówi z apro­batą Minto. – Punk­tu­al­ność to cecha dobrych kon­trak­to­rów.

Jej wargi poru­szają się zgod­nie ze sło­wami, ale nio­sący się echem głos dobiega spod pod­bródka, a nie bez­po­śred­nio z ust. Isako pro­stuje się i spo­gląda w szklane oczy Minto, o bar­wie zdu­mie­wa­jąco jaskra­wej zie­leni.

– Mam nadzieję, że wyro­bi­łam sobie dobrą opi­nię jako super­kon­trak­torka, dyrek­torko.

Minto przy­gląda się nie­ska­zi­tel­nemu płasz­czowi Isako, jej butom oraz wyzwa­la­czowi, wyczysz­czo­nym na wysoki połysk.

– To zawsze miła nie­spo­dzianka, kiedy widzi się, że ktoś zasłu­guje na swą renomę.

Isako w trak­cie kariery spo­tkała wielu boga­tych oraz wpły­wo­wych ludzi i widok synt­ciała nie jest dla niej niczym nowym. Mimo to za każ­dym razem ma ochotę odwró­cić się z drże­niem.

Sawanna Minto wygląda jak kobieta nieco młod­sza od niej, doj­rzała, ale szczu­pła i musku­larna, jakby poświę­cała nie­liczne wolne chwile na jazdę na rowe­rze bądź ćwi­cze­nia jogi. Ma deli­katną twarz i srebrne, bar­dzo krótko ostrzy­żone włosy. Ktoś bar­dziej prężny wybrałby młod­szą wer­sję. Isako spo­tkała kie­dyś dzie­więć­dzie­się­cio­let­nią kobietę, która wybrała sobie na drugą fazę życia ciało przy­po­mi­na­jące nie­mal nasto­latkę. Musi przy­znać, że obu­dowa Minto wygląda jak jej pierw­sza wer­sja z cza­sów, gdy została dyrek­torką działu.

Z pew­no­ścią jej synt­ciało uwa­żano za super­no­wo­cze­sne przed trzy­dzie­stu laty, gdy pod­dała się rekor­po­ra­li­za­cji, czy „pro­ce­sowi”, jak zwano to potocz­nie, ale teraz jest już prze­sta­rzałe. Uważny obser­wa­tor mógłby z łatwo­ścią dostrzec szcze­góły świad­czące, że nie ma do czy­nie­nia z czło­wie­kiem – nie­na­tu­ral­nie gładka, pozba­wiona porów skóra, włosy o nieco zbyt jed­no­li­tej bar­wie i wyglą­dzie, nazbyt regu­larne mru­ga­nie. Ruchy warg są o uła­mek sekundy spóź­nione w sto­sunku do wypo­wia­da­nych słów.

Ale to jej ruchy przy­pra­wiają Isako o naj­sil­niej­sze ciarki. Czy raczej brak ruchów. Praw­dziwe ciała zawsze się poru­szają – oddy­chają, mru­gają, prze­ły­kają ślinę, wiercą się. Synt­ciała są zbyt nie­ru­chome. Now­sze modele wypo­saża się w opro­gra­mo­wa­nie mające symu­lo­wać natu­ralne, sub­telne, ludz­kie zacho­wa­nie, ale nie udało się im jesz­cze wyjść z doliny nie­sa­mo­wi­to­ści. Podobno naj­now­sze modele ósmej gene­ra­cji przy­nio­sły praw­dziwy prze­łom, ale nie widziała jesz­cze żad­nego z nich i nie spo­tkała nikogo, kto mógłby sobie na nie pozwo­lić.

Bar­dzo wiele osób czuje podobny nie­smak na widok ludzi w dru­giej fazie życia. Bez względu na to, jak bar­dzo synt­ciała upo­dab­niają się do ory­gi­na­łów, drobne, nie­po­ko­jące róż­nice trudno prze­oczyć, zwłasz­cza tym, któ­rzy nie są przy­zwy­cza­jeni do towa­rzy­stwa dru­go­fa­zow­ców. To kolejny powód, dla któ­rego naj­bo­gatsi i naj­po­tęż­niejsi wolą izo­la­cję od reszty.

Super­kon­trak­to­rzy muszą się jed­nak przy­zwy­czaić do ich widoku. Isako miała szczę­ście, słu­żąc mło­demu klien­towi, takiemu jak Gre­ves. Może pra­co­wać dla dru­go­fa­zow­ców i zda­rzało się jej to, ale nie jest w sta­nie zapo­mnieć, kim są. Sawanna Minto cie­szy się wyso­kim sta­tu­sem, bogac­twem i wpły­wami, ale ma sto sześć lat i pod­łą­czono ją do sprzętu prze­dłu­ża­ją­cego życie, zastęp­czego ciała zbu­do­wa­nego z zaawan­so­wa­nych tech­no­lo­gicz­nie pro­tez oraz sklo­no­wa­nych tka­nek. Pozwoli jej ono prze­żyć jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat.

Mózg w kosz­tow­nym sło­iku.

– Gre­ves był o tobie bar­dzo dobrego zda­nia. – Pomimo dziw­nych ech głos Minto brzmi tak samo jak daw­niej. Zapro­gra­mo­wano go na pod­sta­wie zapi­sów jej ory­gi­nal­nego głosu, reje­stro­wa­nych przez dzie­się­cio­le­cia. – I moja super­kon­trak­torka rów­nież.

Isako zerka na dawną uczen­nicę.

– She­rae.

Na ustach kobiety poja­wia się blady uśmie­szek.

– Cie­szę się, że cię widzę, Isa, nawet w takiej sytu­acji. Wybacz, jeśli moi tępo­głowi ucznio­wie oka­zali prze­sadny zapał albo wścib­stwo. Bar­dzo ich eks­cy­to­wała myśl o spo­tka­niu Szyb­kiego Ostrza, choć w życiu by się do tego nie przy­znali.

– Star­szy spra­wia wra­że­nie obie­cu­ją­cego. Czy to nie nazbyt ambitne, wziąć sobie dwóch uczniów jed­no­cze­śnie?

– Ty jakoś sobie pora­dzi­łaś.

To prawda, ale miała wtedy znacz­nie wię­cej ener­gii. Isako znowu spo­gląda na Minto.

– Pochle­bia mi, że ludzie na­dal mnie sza­nują, ale wiem, że prze­gra­łam w uczci­wej walce. Gra­tu­luję awansu. Zasłu­ży­łaś na niego.

Minto nie odrywa od niej spoj­rze­nia zie­lo­nych, nie­mru­ga­ją­cych oczu.

– Twój klient był innego zda­nia.

Isako z tru­dem udaje się zacho­wać spo­kojny wyraz twa­rzy.

– Dyrek­tor Gre­ves nie kon­sul­to­wał ze mną swej decy­zji w spra­wie rezy­gna­cji. Byłam wstrzą­śnięta jego posta­no­wie­niem, tak samo jak wszy­scy.

Wypo­wie­dziane przed chwilą słowa dzia­łają na nią jak sól sypana na świeżą ranę. Nie może uwie­rzyć, że to zro­bił. I nie ma poję­cia, dla­czego jej o tym nie powie­dział. Czy po tych wszyst­kich latach nie zasłu­żyła przy­naj­mniej na tyle?

– Zawsze lubił dra­ma­ty­zo­wać – mówi z nostal­gią Minto. – Pamię­tam, jak był sta­ży­stą w insty­tu­cie badań mecha­niki orbi­tal­nej, któ­rym kie­ro­wa­łam po sie­dem­dzie­siątce. Jako młody czło­wiek miał mnó­stwo zapału i odwagi. Wię­cej odwagi niż rozumu, szcze­rze mówiąc. Łatwo fascy­no­wał się nowymi pomy­słami, nie prze­my­ślaw­szy ich do końca. Uwiel­biał wywo­ły­wać zamie­sza­nie i patrzeć, jak wszy­scy roz­pacz­li­wie pró­bują za nim nadą­żyć.

Ktoś słu­cha­jący wspo­mnień Minto ni­gdy by nie pomy­ślał, że to z jej powodu „młody czło­wiek”, o któ­rym mówiła, zmie­nia się teraz w pył w tun­drze pozba­wio­nej nada­ją­cej się do oddy­cha­nia atmos­fery. Trudno byłoby nie dostrzec zawar­tej w tym iro­nii. Pięt­na­ście osób wychwa­lano za wyrze­cze­nie się nie­licz­nych lat, jakie im pozo­stały, ale odpo­wie­dzialna za to kobieta miała żyć nawet dłu­żej niż przod­ko­wie na Ziemi.

Nie­mniej Minto ma rację. „Nie­sza­blo­nowe myśle­nie” z pew­no­ścią było naj­czę­ściej powta­rza­nym przez Pusz­czę Gre­vesa fra­ze­sem kor­po­mowy. Ni­gdy też nie uchy­lał się przed wyzwa­niem.

Gdy został dyrek­to­rem Astro­komu, dział już od ponad stu­le­cia opa­dał coraz niżej na liście prio­ry­te­tów Kor­po­ra­cji. Rada Dyrek­to­rów oraz miesz­kańcy Wytrwa­ło­ści prze­stali wie­rzyć, że wysy­ła­nie sygna­łów w mil­czącą pustkę jest uży­teczne. Połą­cze­nie z OpSa­tem wyda­wało się natu­ral­nym, nie­unik­nio­nym roz­wią­za­niem, lecz pra­wie wszy­scy, w tym rów­nież Isako, byli prze­ko­nani, że odbę­dzie się ono stop­niowo i w spo­sób poko­jowy.

Ale Gre­ves był ambit­nym wizjo­ne­rem i nie miał zamiaru zaak­cep­to­wać nie­unik­nio­nego losu. Pra­gnął zmie­nić prze­sta­rzały, pogrą­żony w sta­gna­cji dział w przed­się­wzię­cie sku­pione na eks­pan­sji. Zabie­gał, by Kor­po­ra­cja zain­we­sto­wała w tech­no­lo­gię badań kosmosu, zbu­do­wała i wystrze­liła całe floty bez­za­ło­go­wych sond, które opu­ści­łyby układ pla­ne­tarny Akwi­lona, by zbie­rać infor­ma­cje i poszu­ki­wać zagi­nio­nych sio­strza­nych kolo­nii. Pra­gnął odna­leźć wię­cej gościn­nych pla­net i na nowo nawią­zać kon­takt z innymi zamiesz­ka­nymi przez ludzi świa­tami. Być może nawet z samą Zie­mią.

Spo­glą­da­jąc wstecz, skutki wyda­wały się łatwe do prze­wi­dze­nia. Podej­mo­wane przez Gre­vesa próby posze­rze­nia zakresu zadań tra­dy­cyj­nie wyko­ny­wa­nych przez Astro­kom przy­cią­gnęły uwagę. Naro­bił sobie wro­gów. Ter­ra­for­mi­ści twier­dzili, że jego dzia­łal­ność to nie­bez­pieczne mar­no­traw­stwo środ­ków. Twier­dzili, że jest nie­zrów­no­wa­żony, samo­lubny i żądny wła­dzy. Że przed­kłada pogoń za fan­ta­zją nad codzienne potrzeby o klu­czo­wym zna­cze­niu. Wielu młod­szych, ide­ali­stycz­nych reu­ni­fi­ka­cjo­ni­stów akcep­to­wało jego plany, ale przy­wódcy oba­wiali się nara­sta­ją­cej popu­lar­no­ści Gre­vesa i popie­rali bar­dziej umiar­ko­waną Minto.

– Cza­sami wiatr jest tak silny, że nawet naj­lep­szy pilot nie zdoła mu się prze­ciw­sta­wić – stwier­dziła łagod­nym tonem Minto, jakby śle­dziła bieg myśli Isako. – To była odpo­wied­nia chwila, by połą­czyć nasze działy. Pre­zes zgo­dził się z tą opi­nią i powie­rzył mi sta­no­wi­sko dyrek­tora.

Isako na­dal czuje się zdu­miona szyb­ko­ścią, z jaką to się wyda­rzyło.

– Sta­ra­łam się prze­ko­nać klienta, by przy­jął niż­sze sta­no­wi­sko w twoim dziale – przy­znaje. – Ale on naj­wy­raź­niej prze­stał już słu­chać moich rad. Zwa­żyw­szy na to, nie powin­nam mieć do niego o to pre­ten­sji.

Nie­mniej ją ma. Opła­kuje śmierć Gre­vesa, ale obo­jęt­ność, z jaką ją potrak­to­wał, jest do niego nie­po­dobna, i to ją wku­rza.

Minto wyko­nuje lek­ce­wa­żący gest smu­kłymi pal­cami.

– Nie sądzę, by uwa­żał, że to twoje błędy są przy­czyną nie­unik­nio­nej porażki. Udało ci się utrzy­mać Astro­kom przy życiu dłu­żej, niż kto­kol­wiek się tego spo­dzie­wał.

Zapewne była to prawda, ale w tej chwili Isako z pew­no­ścią nie potrze­bo­wała tego, by przy­po­mi­nano jej, że tak długo słu­żyła prze­gra­nej spra­wie. Można było obcią­żyć ją winą za upa­dek Astro­komu, ponie­waż nie potra­fiła odpo­wied­nio pokie­ro­wać swym klien­tem, ale każ­dego super­kon­trak­tora, który by ją oskar­żył, zapy­ta­łaby, czy umiałby zro­bić to lepiej. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku każdy dyrek­tor sam kopie sobie grób.

– Zosta­wił list dla mnie – kon­ty­nu­uje Minto. – Bar­dzo uprzejmy. Pochwa­lił mnie za wspa­niałą walkę i życzył szczę­ścia przy połą­cze­niu dzia­łów. Zde­cy­do­wa­nie dora­dzał, by Ope­ra­cje Sate­li­tarne nie rezy­gno­wały w spra­wie reu­ni­fi­ka­cyj­nych ide­ałów. Mimo że abso­lut­nie nie zga­dzał się z wer­dyk­tem pre­zesa, przy­zna­wał, że w osta­tecz­nym roz­ra­chunku kon­so­li­da­cja zaso­bów wzmocni spo­łe­czeń­stwo. Bez względu na swe liczne wady, Pusz­cza Gre­ves dbał o dobro Kor­po­ra­cji.

To bar­dzo miło z jego strony. Poże­gnał się ze swą rywalką, ale nie z osobą, która słu­żyła mu nie­stru­dze­nie przez dwa­na­ście lat.

Isako kła­nia się raz jesz­cze, mocno zaci­ska­jąc zęby.

– Było dla mnie zaszczy­tem słu­żyć klien­towi aż do końca. Uwa­żam też za przy­wi­lej fakt, że zosta­wiam naszą orga­ni­za­cję w dobrych rękach, dyrek­tor Minto. – Nie może się docze­kać chwili, gdy ta poże­gnalna uro­czy­stość wresz­cie się skoń­czy. Obca dla niej wil­goć panu­jąca w pomiesz­cze­niu w pierw­szej chwili wyda­wała się przy­jemna, ale teraz zaczyna jej doku­czać. Isako czuje pot zbie­ra­jący się pod biu­sto­no­szem. – Plan prze­bu­dowy spraw­nie postę­puje. Jestem prze­ko­nana, że zosta­wiam wszystko w dobrym sta­nie. Dziś mój kon­trakt się koń­czy, więc jeśli masz jesz­cze jakieś pyta­nia albo pole­ce­nia…

– Tak, pra­gnę od cie­bie cze­goś waż­nego.

Minto pod­nosi się chwiej­nie z krze­sła i prze­suwa dłoń nad ekra­nem wmon­to­wa­nym zręcz­nie w oto­cze­nie tak, by wyglą­dał jak małe okienko w ścia­nie ogrodu, za któ­rym roz­po­ście­rało się ilu­zo­ryczne zie­lone pole pełne kwia­tów.

Obraz pola znika, ustę­pu­jąc miej­sca doku­men­towi. Mija dłuż­sza chwila, nim Isako roz­po­znaje swój kon­trakt, spi­sany dzie­więć lat temu przez Agen­cję. Przy­znaje on dyrek­to­rowi Pusz­czy Gre­ve­sowi prawa do jej doży­wot­nich usług.

Zauważa doda­tek, któ­rego przed­tem tam nie było, opa­trzony wczo­raj­szą datą.

Isako czuje, że krew odpływa jej z głowy.

– Jak widzisz, Gre­ves prze­ka­zał mi twój kon­trakt – mówi Minto.

Sądząc po minie She­rae, dla niej to rów­nież nowość.

– To nie może być prawda. – Głos Isako brzmi słabo i bez­barw­nie.

Trans­fery kon­trak­tów mię­dzy dyrek­to­rami cza­sami się zda­rzają, ale bar­dzo rzadko. Agen­cja żąda za nie zapo­ro­wych cen, nie chcąc, by klienci odstę­po­wali komuś war­to­ścio­wych pomoc­ni­ków, zdo­by­wali ich bądź tra­cili jako łupy wojenne, czy­nili noszą­cych czarne odznaki zakład­ni­kami bądź sprze­da­wali ich kon­trakty, jeśli zabrak­nie im pie­nię­dzy.

Gre­ves musiał poświę­cić znaczną część swego majątku, by osią­gnąć coś takiego.

Dla­czego to zro­bił, do licha?

To nie ma sensu. Minto już ma super­kon­trak­torkę. Nie może mieć dwóch. To sprzeczne z zasa­dami. She­rae rów­nież zdaje sobie z tego sprawę i otwiera sze­roko oczy.

Isako uświa­da­mia sobie z prze­ra­że­niem, że wła­śnie z tego powodu wezwano ją tak nagle. Sawanna Minto musi natych­miast zde­cy­do­wać, którą super­kon­trak­torkę sobie zostawi, a któ­rej się pozbę­dzie.

She­rae pod­cho­dzi bli­żej.

– Dyrek­torko, jeśli nie jesteś zado­wo­lona z mojej służby, pro­szę, natych­miast unie­waż­nij mój kon­trakt. – Spo­gląda na Isako, trzy­ma­jąc dłoń na wyzwa­la­czu. – W prze­ciw­nym razie pozwól mi rzu­cić wyzwa­nie i udo­wod­nić, że zasłu­guję na tę pozy­cję.

Pięć

Isako odru­chowo prze­suwa dłoń ku broni, którą nosi na udzie, nie wyciąga jej jed­nak.

– Dla­czego to zro­bił? – pyta, ale w tej samej chwili uświa­da­mia sobie, że zna odpo­wiedź.

Minto miała rację. Gre­ves lubił nie­kon­wen­cjo­nalne zacho­wa­nia, pod­wa­ża­nie zało­żeń i łama­nie norm. Nie­ocze­ki­wane posu­nię­cia spra­wiały mu radość. Ran­kiem doko­nał dra­ma­tycz­nego gestu na oczach całej Kor­po­ra­cji, a teraz uczy­nił to samo zza grobu.

– Myślę, że po pro­stu nie chciał cię ska­zać na los roninki – odpo­wiada Minto.

Czyżby uległ ata­kowi sen­ty­men­tal­nego obłędu? Nie­wąt­pli­wie zra­niła go myśl o dwu­stu pra­cow­ni­kach Astro­komu, któ­rych trzeba było zwol­nić. Być może doszedł do wnio­sku, że powi­nien przy­naj­mniej dać wier­nej super­kon­trak­torce szansę zacho­wa­nia pozy­cji. Słusz­nie uwa­żał, że Isako wygra każdą walkę na dłu­gie noże.

Ale nie wie­dział, że jej prze­ciw­niczką będzie była uczen­nica.

She­rae zaci­ska zęby. Zbliża się o krok do daw­nej men­torki. W jej oczach lśnią obu­rze­nie i deter­mi­na­cja. Już drugi raz prze­dłu­żono jej kon­trakt główny i z pew­no­ścią liczyła na to, że wkrótce otrzyma pro­po­zy­cję zawar­cia wyłącz­nego. Nie mogła się spo­dzie­wać, że straci pracę na rzecz rywalki, którą nie­dawno poko­nała w woj­nie mię­dzy dzia­łami i która teraz miała słu­żyć jej klientce. Było w tym pełno nie­wy­tłu­ma­czal­nej, cho­rej iro­nii. Isako też by się wku­rzyła.

Zauważa jed­nak lek­kie, zna­czące drże­nie dłoni młod­szej kon­trak­torki. She­rae się boi. Nie jest pewna, czy zdoła poko­nać Szyb­kie Ostrze, która nauczyła ją wszyst­kiego, co wie­działa o walce na dłu­gie noże.

Powinna wię­cej pra­co­wać nad wiarą w sie­bie.

Dyrek­tor Minto prze­nosi spoj­rze­nie mię­dzy dwiema wojow­nicz­kami. Z jej gład­kiej, nie­ru­cho­mej twa­rzy nie spo­sób niczego wyczy­tać. Synt­ciała wypo­sa­żono w dzie­siątki tysięcy łącz kie­ru­ją­cych ruchami, ale sub­tel­ność małych mię­śni twa­rzy wykra­cza poza ich moż­li­wo­ści.

– Dyrek­tor Gre­ves ofia­ro­wał mi szczo­dry, nie­spo­dzie­wany dar. Moja super­kon­trak­torka jest mniej doświad­czona i pod­czas służby zda­rzały się jej błędy. Uzna­łam, że warto roz­wa­żyć inne opcje.

Twarz She­rae ciem­nieje jesz­cze bar­dziej. Wystar­czy lekki ruch jej ręki, by ogród spla­miła krew.

Pomimo sytu­acji Isako czuje ukłu­cie dumy. She­rae docho­wuje wier­no­ści sta­rej szkole, tak samo jak ona. W dzi­siej­szych cza­sach nie­któ­rzy super­kon­trak­to­rzy uwa­żają, że dłu­gie noże są tylko na pokaz. Dobrze ją wyszko­lono, o ile Isako może tak powie­dzieć.

Cofa dłoń od wyzwa­la­cza.

– She­rae już dowio­dła swej war­to­ści. Nie ma zna­cze­nia, czy potrafi mnie poko­nać w walce na dłu­gie noże. Popro­wa­dziła OpSat do zwy­cię­stwa i ma przed sobą jesz­cze wiele lat służby. Nie będę się ubie­gała o jej miej­sce.

Dla pod­kre­śle­nia tych słów krzy­żuje ręce na pier­siach, co unie­moż­li­wia jej szyb­kie się­gnię­cie po broń.

Na twa­rzy She­rae poja­wia się nie­pew­ność. Kobieta spo­gląda na swoją klientkę.

– Wybór nie należy do cie­bie – odpo­wiada Minto z lek­kim wzru­sze­niem ramion. – Z powodu zakłó­ceń w pro­wa­dze­niu dzia­łal­no­ści wywo­ła­nych połą­cze­niem dzia­łów popro­si­łam part­ne­rów o trzy­dzie­ści dni na roz­strzy­gnię­cie tej sprawy. Mam prawo wyko­rzy­stać ten czas na okre­śle­nie war­to­ści obu kan­dy­da­tek, zanim podejmę decy­zję.

– W takim razie pro­szę o pozwo­le­nie na rezy­gna­cję.

She­rae roz­dzia­wia usta i cofa dłoń od wyzwa­la­cza.

– Isa…

Isako cie­szy się, że te słowa wyszły z jej ust tak łatwo. W tej chwili nie czuje wąt­pli­wo­ści ani stra­chu, a jedy­nie ulgę, jakby usia­dła po dłu­gim sta­niu albo wresz­cie się wysi­kała po nie­koń­czą­cym się wstrzy­my­wa­niu moczu.

Nie wspo­mi­nała o tym na głos, ani nie przy­zna­wała przed samą sobą, ale ta decy­zja wisiała nad nią od chwili, gdy skre­śliła ostat­nie nazwi­ska z listy WWE i wyszła z Oxygn. Wszystko bez śladu sub­tel­no­ści wska­zy­wało na to, że zbliża się koniec jej legen­dar­nej kariery. Maya już dora­stała, a Isako roz­wio­dła się z Taiem, prze­grała wojnę, sygnały pły­nące od ciała nie­ustan­nie przy­po­mi­nały jej, że się sta­rzeje, a dziś rano otrzy­mała osta­teczny, nie­pod­wa­żalny dowód. Gre­ves wyru­szył na ostatni spa­cer, nie pro­sząc, by mu towa­rzy­szyła.

Rezy­gna­cja jest po pro­stu czę­ścią życia, jak mawiał jej gniazd­ko­oj­ciec.

Żyć zna­czy umrzeć.