Ostatni akt - Mari Jungstedt - ebook
Opis

Erika Malm, kontrowersyjna reporterka jednego z największych dzienników szwedzkich, zostaje znaleziona martwa w pokoju hotelowym w Visby. Jej śmierć budzi dużą sensację, tym bardziej że nastąpiła podczas obchodów Tygodnia Kultury Średniowiecznej. Śledztwo prowadzone jest wielowątkowo z uwagi na list z pogróżkami pod adresem denatki od pewnego neonazisty, jej tajemniczą wizytę w amfiteatrze czy też trop pochodzący od jej cichego wielbiciela. Sprawą śmierci dziennikarki zajmuje się komisarz śledczy Anders Knutasi jego koleżanka Karin Jacobsson. Ale ich głowy zaprząta nie tylko prowadzone przez nich śledztwo. Co mają bowiem począć z miłością, która zaczyna ich łączyć? Przez cały ten czas sprawca kryje się za kulisami. Jest nim ktoś, kto sam postanawia zakończyć Ostatni akt.

Ostatni akt to kolejna powieść bestsellerowej autorki, której książki ukazały się w ponaddwudziestomilionowym nakładzie w kilkudziesięciu językach świata. Na ich podstawie powstał serial w telewizji niemieckiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuDen sista akten

Projekt okładki i stron tytułowych Anna Damasiewicz

Redakcja merytoryczna i korekta Ewa Grabowska

Redaktor prowadzący Zofia Gawryś

Redaktor techniczny Beata Jankowska

Copyright © for the Polish edition and translation by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2015 Copyright © Mari Jungstedt, 2012

Zapraszamy na strony:www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna ul. Bema 87, 01-233 Warszawa Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78 faks: 22 652 27 01 e-mail: [email protected]

ISBN 9788311141063

Miłości czujna, żarłoczna i chyża, Wszystko pomieścisz w sobie jak ocean, A jednak w twoich objęciach rzecz wszelka, Jakkolwiek wzniosła, bezcenna i czysta, Wnet spada w cenie, kurczy się, marnieje. Tyle zna kształtów miłości chimera, Że chimerycznej sama jest natury.

William Shakespeare, Wieczór Trzech Króli

Ruiny średniowiecznego klasztoru położonego na dalekiej gotlandzkiej prowincji spowił mrok. Był ciepły i spokojny wieczór u schyłku lata. W oddali słychać było tylko krakanie wron. Publiczność siedziała w zupełnej ciszy, w pełni skoncentrowana na sztuce. Blada wiązka światła oświetlała grube wapienne łuki, a na szorstkich kamiennych ścianach klasztoru tańczyły cienie postaci Szekspirowskiej tragedii. Makbet zbliżał się ku końcowi. Cienki słup dymu, jaki na scenie wydobywał się z podłogi, powoli rozpływał się w powietrzu i otulał potężne wiązy i gęste zarośla za sceną.

Z kłębów dymu wyłoniła się nagle rosła postać. Ona siedziała pośrodku trzeciego rzędu, a on stanął na wprost niej. Gdy go zobaczyła, wstrzymała oddech. Stał tam zupełnie sam, odziany w długi, czarny skórzany płaszcz, typowo średniowieczny strój, który wyglądał jednak zarazem dość futurystycznie. Plecy miał wyprostowane jak struna, wokół oczu ostry makijaż, a dłonie całe we krwi. Wyciągał ręce do nieba, ale jego wzrok utkwił gdzieś w dali. Poruszał ustami, a ona słyszała wprawdzie jego niski, donośny głos, lecz nie rozumiała żadnego słowa, które wypowiadał. Biały wiersz Szekspira w ogóle do niej nie docierał, a znajdujący się wokół ludzie zginęli gdzieś w otaczającym ją mroku. Jej mąż, który siedział obok na sąsiednim krześle, zaledwie kilka centymetrów od niej, odpłynął nagle w dal, rozpłynął się w powietrzu i stopił w jedną całość z grubymi murami klasztoru. Stał się dla niej tak samo martwy i zupełnie nieważny jak twarde wapienne kamienie.

Podczas trzygodzinnego przedstawienia nie spojrzał na nią ani razu, ale jego urok osobisty sprawił, że wpadł jej w oko, a krew zaczęła jej szybciej krążyć w żyłach. Drżała na samo wspomnienie ich niedawnego spotkania. Pamiętała, jak wpatrywał się w nią zaledwie kilka godzin wcześniej, gdy wchodził w nią całkiem świadomie. Nadal czuła ciepło jego warg, jego język w swoich ustach. Siedząc tam w tłumie widzów, mogła nawet bardzo wyraźnie poczuć, jak on się w niej porusza.

Od tej pory zawsze już tęskniła do tej chwili.

Restauracja w eleganckim hotelu Tott, położonym nad morzem tuż obok północnych murów okalających Visby, teraz, w połowie Tygodnia Polityków w Almedalen, była pełna gości. Wydarzenie to jest bardzo znane, gdyż od wielu lat na początku lipca odbywa się na Gotlandii i przyciąga nie tylko liderów partyjnych, pragnących zaprezentować swoje programy polityczne, lecz także dziennikarzy, lobbystów, pijarowców oraz przedstawicieli różnych organizacji i firm. W ostatnich latach stało się jeszcze bardziej popularne i zgromadziło teraz rekordową liczbę czternastu tysięcy uczestników podczas blisko tysiąca pięciuset różnych seminariów oraz imprez odbywających się w ciągu siedmiu dni. To ważne wydarzenie relacjonowane było przez dziewięciuset akredytowanych dziennikarzy.

Erika Malm, dziennikarka i redaktorka prasowa najbardziej poczytnej szwedzkiej gazety wieczornej, przeciskała się przez tłum ludzi tłoczących się wokół bufetu śniadaniowego w gwarnej restauracji hotelowej, szukając wzrokiem jakiegoś wolnego stolika. Była elegancką kobietą po czterdziestce, choć wszyscy z jej otoczenia twierdzili zdecydowanie, że nie wygląda na więcej niż trzydzieści pięć lat. Szczupła, lecz o bujnych kształtach, których nawet nie usiłowała ukrywać pod opiętymi ubraniami. Z pewnością doskonale zdawała sobie sprawę ze swojej atrakcyjności, co mogło drażnić jej koleżanki z pracy. Niewiele było bowiem wśród nich osób mających dobre wykształcenie, ciężko pracujących i uznanych, a zarazem umiejących emanować seksem. W Szwecji, kraju lubującym się w etykietowaniu ludzi, trudno jest połączyć ze sobą te cechy.

Aby nie budzić podejrzeń, niosła pod pachą teczkę na dokumenty i laptop. Poza tym przyszła do restauracji kilka minut przed swoim dużo młodszym kochankiem. Wszystko miało wyglądać profesjonalnie, jak zwykłe spotkanie przy śniadaniu z jakimś dziennikarzem. Jej kochanek miał okulary przeciwsłoneczne i trzymał w ręku papierowy blok, widoczny z daleka. Nauczył się już odgrywać rolę reportera, jaką zawsze grał, gdy pokazywali się razem w miejscach publicznych. Tak na wszelki wypadek, gdyby mieli spotkać jakiegoś znajomego czy też ktoś chciałby ich o coś wypytywać. Twarz Eriki była bowiem na tyle znana z tysiąca notek prasowych oraz z jej wystąpień telewizyjnych, że gdy przebywała pośród ludzi, musiała liczyć się z takimi sytuacjami.

Dostrzegła w końcu wolny stolik na dworze, tuż przy basenie. Miejsce było w miarę zaciszne, z pięknym widokiem na morze. Super, pomyślała zadowolona, kładąc na stole komputer i teczkę na dokumenty. Jej towarzysz zjawił się minutę później. Pocałowali się w policzek, jak gdyby dopiero co się spotkali, choć ona nie ochłonęła jeszcze po nocnych i porannych emocjach, po ich upojnej przygodzie miłosnej. Jego pocałunek zdawał się rozpalać jej policzek.

Obserwowała go ukradkiem, gdy nakładali sobie na talerze jedzenie. Jak zwykle pakował na talerz wszystko, co tylko było: łososia, śledzie, ser, pomidory, jajecznicę na bekonie, naleśniki z dżemem i śmietaną, czarny oraz czerwony kawior. Wszystko to tworzyło mało zachęcającą mieszankę. Na samej górze położył jeszcze jednego croissanta. Uśmiechnęła się sama do siebie. Zachowywał się niczym małe dziecko. Był taki młody! Niedawno skończył trzydzieści jeden lat, więc był o ponad dziesięć lat od niej młodszy. Wyglądał też dziecinnie jak na swój wiek. Miał taką gładką, niezniszczoną jeszcze twarz.

Erika Malm była mężatką i matką trojga dzieci. Jej małżeństwo było burzliwe, więc czasami czuła nieodpartą potrzebę ucieczki i zaszycia się gdzieś w ukryciu. Była już zmęczona wiecznymi kłótniami z mężem, choć jednocześnie darzyła go uczuciem. Pragnęła nieco większego urozmaicenia w zakresie seksu i dlatego chwytała każdą nadarzającą się okazję. Ze swojego obecnego kochanka była nad wyraz zadowolona, więc nie zamierzała rozstawać się z nim tak szybko. Nigdy jej nie zawiódł. Wszystko układało się między nimi wspaniale właśnie dlatego, że jego także nie interesowało w ich związku nic więcej niż sporadyczny seks. Nie było żadnych problemów, bo obojgu pasował taki układ i chcieli tego samego. Erika załatwiała dla nich zawsze piękne pokoje hotelowe, zapraszała go na obiad z szampanem, a on wydawał się równie zadowolony jak ona. Oboje mieli z tego korzyść.

Po nałożeniu sobie jedzenia szybko skierowała się prosto do stolika. Po drodze odpowiadała skinieniem głowy na powitania wielu osób, które znała. Nie miała ochoty przystawać i rozmawiać z nimi, aby nie daj Boże musieć jeszcze wyjaśniać, kim jest jej młody towarzysz.

Dotarła do stolika w tej samej chwili co on. Rzuciła szybko okiem na to, czym zajmowali się jeszcze przed sekundą. Stawiając swój talerz na stole, zorientowała się, że zapomniała noża i widelca. Rozłożyła ręce w geście rozpaczy.

– O cholera, zapomniałam sztućców. Zaraz wracam – bąknęła. – Czy przynieść ci coś jeszcze, skoro już tam idę?

Spojrzał na nią z obojętnym wyrazem twarzy.

– Nie, dziękuję, niczego nie potrzebuję.

Zanim odeszła od stołu, Erika poprawiła jeszcze obcisłą spódniczkę i znowu zniknęła w restauracji.

Kiedy wzięła sztućce, dostrzegła na stole świeżego ananasa i inne owoce tropikalne. Sięgnęła więc po kolejny talerz, na który nałożyła kilka owoców. Po czym spostrzegła obok dawnego kolegę, dziennikarza radiowego, z którym zamieniła parę słów. Gdy wracała już do stolika, usłyszała dźwięk swojej komórki. Zatrzymała się i wyłowiła ją z torebki. To mógł być Ola. Nie chciała dawać mu powodów do podejrzeń. Na wyświetlaczu ukazał się jednak jakiś nieznany numer. W telefonie usłyszała wysoki, choć zdenerwowany głos nieznajomej kobiety.

– Czy to pani Erika Malm? Z pokoju siedemnaście dwadzieścia dwa?

– Tak, to ja.

– Dzwonię z recepcji. Bardzo mi przykro, że przeszkadzam pani w trakcie śniadania, ale musimy prosić panią o natychmiastowy powrót do apartamentu. Zadzwoniono do nas z działu technicznego, bo natrafiono chyba na poważną usterkę instalacji wodno-kanalizacyjnej, wskutek której mogło dojść do zalania pani apartamentu. Możemy, co prawda, pomóc w ratowaniu pani rzeczy osobistych, ale nie mamy możliwości szybkiego otwarcia sejfu bez pani udziału.

– Co takiego? Zalanie? Jak to?

– Niestety, nic więcej nie potrafię pani powiedzieć. Ale to sprawa niecierpiąca zwłoki. Bardzo proszę panią zatem o jak najszybsze przyjście do apartamentu.

Recepcjonistka rozłączyła się. Erika westchnęła ciężko. Musi koniecznie powiadomić o tym swojego kochanka, bo jego rzeczy także znajdują się przecież w tym pokoju. Pognała więc szybko do stolika, ale jego już tam nie było. Rozejrzała się wokoło, lecz nigdzie go nie dostrzegła. Może poszedł do toalety? No i zostawił jej laptop bez opieki, palant jeden! Nie zdążyła już niczego sprawdzić. Zgarnęła tylko szybko sprzęt, wybiegła z restauracji i pobiegła schodami na górę, na swoje piętro, tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to buty na koturnach.

Gdy znalazła się już na korytarzu wiodącym do apartamentu, nie dostrzegła żywej duszy. Gruba wykładzina hotelowa tłumiła wszystkie dźwięki. Szybko przeszła obok długiego szeregu drzwi – anonimowych, szarych, wręcz odpychających. Dotarła w końcu do drzwi swojego apartamentu. Na pewno ktoś z personelu jest już w środku i próbuje uporać się z awarią. Tylko dlaczego nie słychać żadnego dźwięku?

Otworzyła drzwi kartą magnetyczną i wślizgnęła się do małego przedpokoju. Na antresolę prowadziły stąd pochyłe schody. Erika spojrzała w górę i nasłuchiwała. Sądząc po odgłosach dochodzących z góry, z kranu lała się woda. Ale dlaczego nie było tu nikogo? Skoro hotel wszczął alarm z powodu zalania, to dlaczego nie przysłano tu jakiegoś fachowca, aby coś z tym zrobił? Obróciła się i spojrzała na masywne drzwi pokoju hotelowego, które znów się zamknęły z głośnym kliknięciem. Może wyszli tylko na chwilę po narzędzia. A jednak sama w to nie wierzyła. Coś jej nie pasowało w tej wszechogarniającej ciszy, w której słychać było tylko szum wody.

Zaczęła powoli wchodzić po schodach. Cały czas patrzyła w górę, bo coś było nie tak. Nagle zdało jej się, że słyszy jakieś zgrzytnięcie. Z przerażenia oblał ją zimny pot. Pomyślała szybko o prawicowych radykałach, którzy pojawili się na moderowanej przez nią dzień wcześniej debacie na temat ruchów nacjonalistycznych. Byli agresywni i obrzucali ją wyzwiskami.

– Halo? – krzyknęła. – Jest tam kto?

Zatrzymała się na stopniu i czekała. Drzwi łazienki były zamknięte. Bulgot wody dochodził właśnie stamtąd. Nadal stała na schodach, przyglądając się uważnie całemu apartamentowi. Zlustrowała najpierw salon z dużym telewizorem plazmowym na ścianie, ekskluzywną wieżę, białą trzyosobową kanapę, fotel z owczej skóry i betonowy stolik obok kanapy. Puste kieliszki po szampanie z poprzedniego wieczora i pusta butelka odwrócona do góry dnem we wiaderku do lodu. Kanapa stała nieco krzywo. Doskonale pamiętała dlaczego.

Wiodła wzrokiem po części kuchennej z piekarnikiem i zlewem, w którym nadal leżały ich talerze, nieumyte jeszcze po nocnej kolacji. Stół kuchenny z sześcioma ładnymi krzesłami i wisząca lampa ze szklanym kloszem w kształcie walca. Drzwi na taras były zamknięte, choć była pewna, że zostawiła je otwarte, zanim wyszli z pokoju. Zawsze tak robiła, gdyż chciała, żeby po przyjściu ze śniadania znów mieli w pokoju świeże powietrze.

A może to jej kochanek zamknął te drzwi? Raczej nie. Popatrzyła na klamkę. Ale z pewnością mogli je zamknąć ludzie, którzy zauważyli zalanie. Ta myśl ją uspokoiła. Nie, nie może dać się zwariować. Niebawem drzwi na dole na pewno się otworzą i rozlegnie się głos hydraulika. Ale po co ratować moje rzeczy? – pomyślała zaraz potem. Na podłodze nie było przecież widać nawet najmniejszego śladu wody. I skąd ta kobieta, która do niej dzwoniła, wiedziała w ogóle, że ona akurat jadła śniadanie? Czy widziała ją, dzwoniąc do niej?

Erika poczuła pot pod pachami. Będzie musiała się przebrać. To cholerne bulgotanie w łazience denerwowało ją. Teraz woda zaczęła wydostawać się spod zamkniętych drzwi. Zwariować można! Paraliż minął, ale ogarnęła ją za to wściekłość.

– Jest tu kto? – krzyknęła ze złością. – Kim jesteś, do cholery, i o co ci, do diabła, chodzi?

Bała się, więc zrobiła tylko mały krok do przodu, trzymając się wciąż jedną ręką poręczy. Można było wyraźnie usłyszeć, jak jej głos zadrżał na końcu pytania. Nie była widać aż tak odważna.

Drzwi sypialni były otwarte, ale mogła przez nie zobaczyć jedynie kawałek okna. Gdy nagle załopotała firanka, zesztywniała. Zaraz potem przekonała się, że jej obawy nie były bezpodstawne. Ciemny cień przesłonił promienie słońca, które padały przez okno na podłogę w sypialni. Z całą pewnością ktoś tam był.

Na skrzyżowaniu ulic Donnersgatan i Tage Cervins gata, tuż obok cichego skrawka zieleni, stał namiot redakcji gazety „Kvällsbladet” obok wszystkich innych namiotów, które wypełniały całymi rzędami ulice otaczające Donners plats. Ten namiot był jaskrawożółty, więc widać go było z pewnością z daleka, podobnie zresztą jak plakaty z pierwszymi stronami najnowszych numerów.

Przed namiotem znajdowała się scena z dwudziestoma miejscami do siedzenia, a przy długim stole w namiocie siedziało wielu najbardziej znanych pracowników redakcji, którzy zamieszczali informacje na swoich blogach i twitterach albo rozmawiali z przechodniami, zatrzymującymi się koło namiotu, aby podyskutować o najświeższych wydarzeniach dnia, o programie na dalsze dni Tygodnia Polityków, o opalonych gościach na imprezie lub też o jakimś aktualnym temacie prezentowanym na łamach „Kvällsbladet”.

Bodil Jonsson, jedna z dwóch redaktorek tej gazety, spoglądała ukradkiem na zegarek. Był kwadrans po piętnastej. Wyjęła komórkę, aby już chyba co najmniej po raz dziesiąty zadzwonić do Eriki. Gdzie ona się, do cholery, podziewa? No i dlaczego nie odbiera telefonu? Już dawno miała się tu pojawić, a jednak nie ma jej do tej pory. To nie było w jej stylu. Erika nie spóźniała się i zawsze zostawiała wiadomość, gdy jej coś wypadło. Bodil zaczęła się niepokoić.

Wokół namiotu tłoczyli się ludzie. Zainteresowanie gazetą „Kvällsbladet” wzrosło szczególnie po wczorajszej burzliwej awanturze, kiedy to kilku rasistów zakłóciło debatę na temat nacjonalizmu do tego stopnia, że organizatorzy zmuszeni byli przerwać dyskusję i wezwać policję.

Erika prowadziła tę debatę i była narażona na różnego rodzaju ataki ze strony rasistów, także słowne. Pewnie zatrzymali ją i udziela wywiadów na ten temat – próbowała zgadnąć Bodil. Media zainteresowały się bardzo tym problemem, ponieważ w debacie wzięło udział wielu liderów partyjnych, a sama awantura stała się tematem numer jeden pierwszych stron dzienników. Redaktor naczelny zdecydował się odpowiadać na poranne pytania na temat zajścia i wystąpić w programach różnych stacji telewizyjnych. Wszystkie szanujące się stacje relacjonowały oczywiście na żywo wydarzenia z Almedalen, więc Bodil podziwiała swojego szefa, który chodził od stacji do stacji, by po kolei udzielać wywiadu.

Erika wzięła sobie wolne przedpołudnie, aby odpocząć nieco przed ważnym wieczornym spotkaniem z politykami, które na dodatek miało być transmitowane w telewizji na żywo.

Minęło kolejne pół godziny, a Eriki nadal nie było. Bodil straciła więc cierpliwość. Dzwoniła już kilka razy do hotelu, aby odszukali koleżankę w pokoju, ale nikt nie odbierał telefonu. Poinformowała swoich najbliższych współpracowników, że nie będzie jej przez jakiś czas, a następnie szybko poszła na najbliższą ulicę udostępnioną dla ruchu kołowego, by złapać taksówkę. Dziesięć minut później razem z młodym recepcjonistą pukała już do drzwi apartamentu Eriki. Na klamce wisiała tabliczka „Nie przeszkadzać”.

Ponieważ nikt nie reagował na pukanie, recepcjonista w końcu sam otworzył drzwi swoją kartą magnetyczną. Metaliczne kliknięcie oznaczało, że drzwi są otwarte. Znaleźli się w małym, nieumeblowanym przedpokoju koło stromych schodów wiodących na antresolę.

– Halo? – zawołała Bodil. – Erika?

Nikt nie odpowiedział. Szybko wbiegli na schody.

– Co tu, do diabła …? – wyrwało się recepcjoniście.

Po sekundzie Bodil wiedziała już, dlaczego tak powiedział.

Ujrzała Erikę leżącą na kamiennej posadzce z rozwichrzonymi grubymi, czarnymi włosami, szeroko otwartymi oczami i wzrokiem wlepionym w sufit, z ramionami nad głową niczym skrzydła anioła. Miała na sobie elegancką garsonkę, na nogach sandały na koturnach, kołnierz jej bluzki był rozerwany. Jej twarz zastygła, a usta jak zwykle były pomalowane na czerwono. Bez wątpienia wyszykowała się do pracy. I wtedy coś musiało się jej przydarzyć.

Recepcjonista schylił się, sprawdził puls, a następnie odwrócił się w kierunku Bodil, która stała jak porażona i wpatrywała się w leżącą na podłodze kobietę.

– Obawiam się, że… pani koleżanka nie żyje.

Bodil odruchowo krzyknęła. Nie miała pojęcia, czy ktoś to usłyszał.

Sierpień, jedenaście miesięcy wcześniej

Pewnego dnia wybrałam się na przejażdżkę rowerem. Pedałowałam szeroką drogą, mijając po drodze zamkniętą cukrownię, aż wyjechałam poza zabudowany teren i powoli skręciłam w aleję wiodącą do pałacu. Odstawiłam rower przed restauracją i powędrowałam wzdłuż sklepików z pamiątkami do starych ruin klasztornych znajdujących się w pobliżu. Urzekają grubymi murami i średniowiecznymi sklepieniami oraz spokojem, jaki panuje w tym miejscu. Latem wystawiane są tutaj sztuki teatralne. Teraz w programie był akurat Makbet Szekspira. Za dnia ruiny udostępniane są zwiedzającym, więc można pospacerować wokół nich bez żadnego ryzyka.

Kiedy tak stałam, podziwiając stylową scenografię, podszedł do mnie młody mężczyzna ze szczeniakiem.

– Dzień dobry – powiedział i uśmiechnął się do mnie.

Odpowiedziałam na pozdrowienie i schyliłam się, by pogłaskać szczeniaka, który skakał wokół moich nóg. Jestem z natury raczej nieśmiała i nie przywykłam do zaczepek obcych ludzi, ale nie sposób było nie zareagować na radość psiaka, tym bardziej że uwielbiam zwierzęta. Zapytałam, jak się wabi i ile ma lat. Mężczyzna odparł, że to nie jest jego pies, lecz jego kolegi, a on tylko wyszedł z nim na spacer.

– Mam na imię Felix. A pani? – zapytał.

– Sonja.

Poczułam, jak rumieniec oblewa mi policzki. Nawet nie podniosłam głowy i nie spojrzałam na niego, tylko, kucając, nadal bawiłam się z psem, który lizał mnie po twarzy.

– Jesteś tu na wakacjach?

– Nie, mieszkam tu, w Roma, i właśnie wybrałam się na rower.

– A ja gram tu w sztuce. Widziałaś już ją?

– Rzadko chodzę do teatru.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, szukałam odpowiednich słów. Tak czy inaczej, przeszliśmy razem kawałek. Powiedział, że pochodzi ze Sztokholmu, a latem wynajmuje kwaterę u Nilssonów. Znam tę rodzinę, bo zawsze wynajmują pokoje aktorom, którzy tu występują gościnnie. Szliśmy obok siebie, a ja dziwiłam się, że tak się zapalił do rozmowy ze mną. Nie zwykłam przebywać w towarzystwie innego mężczyzny oprócz mojego męża, więc niewiele mówiłam, a raczej go obserwowałam. Był wysoki, miał prawie dwa metry wzrostu. Farbowany szatyn z usztywnionymi dużą ilością żelu włosami zaczesanymi w różne strony wokół twarzy. Typowa fryzura, którą nosiło teraz wielu młodych mężczyzn. Był bardzo przystojny. Twarz miał wprawdzie zwyczajną, a jednak miała w sobie coś. Jego oczy były chyba niebieskie. A może zielone? Nie jestem pewna. Po jakimś czasie byłam już tak zdenerwowana, że nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Niezręcznie było mi iść tak obok niego, jakbyśmy się już znali od wieków. Przecież w ogóle go nie znałam! Poza tym był dużo młodszy ode mnie, przypuszczam, że miał tak koło trzydziestki.

Kiedy się z nim pożegnałam, odwróciłam się i chciałam już odejść, chwycił mnie pod pachy i stanął naprzeciwko. Zagrodził mi drogę i po prostu nie chciał mnie przepuścić. Jak gdyby zamierzał mnie zatrzymać. Spojrzał mi prosto w oczy. Był tak wysoki, że musiałam podnieść głowę, żeby na niego popatrzeć. Uśmiechnął się, ścisnął mnie trochę swoimi ramionami i powiedział, że ma nadzieję, iż wkrótce znowu się zobaczymy.

Już podczas naszego pierwszego spotkania poczułam, że połączyła nas jakaś niezwykła więź. I choć jeszcze tego nie rozumiałam, już wtedy wdarłeś się do mojego wnętrza. Gdybym tylko wówczas to wiedziała, zrezygnowałabym z dalszych spotkań z tobą.

Komisarz Anders Knutas siedział za biurkiem w swoim pokoju służbowym na komisariacie policji i poirytowany czuł, jak powieki pieką go od łez. Próbując się jakoś zebrać, nabił fajkę. Właśnie skończył rozmawiać przez telefon ze swoją żoną Line. A raczej byłą żoną, w najbliższej przyszłości. Czasami się załamywał, gdy na krótką chwilę docierało do jego świadomości, że za moment nie będą już małżeństwem. Często wracał myślami do tego wszystkiego, co przez długie lata razem budowali. Byli ze sobą przez lwią część dorosłego życia.

Szczęście, jakie było ich udziałem w ciągu tych wszystkich lat małżeństwa, odcisnęło się w jego pamięci. Nadal potrafił przywołać wspomnienie tego uczucia wyczekiwania, z którym obudzili się owego słonecznego, czerwcowego poranka dwadzieścia dwa lata temu. Był początek lata, a na nich czekało całe życie. Line była taka piękna z tymi swoimi rudymi włosami i w białej sukni. Jak on ją wtedy kochał! I chyba nadal jeszcze kocha.

Spojrzał na zdjęcie w ramce, które latami stało na jego biurku, zawsze w tym samym miejscu. Line obejmująca ramionami dzieci, wszyscy troje uśmiechnięci w promieniach słońca na plaży w Tofta. Doskonale pamiętał dzień, w którym zrobił to zdjęcie. Była niedziela, kąpali się i opalali, a potem urządzili sobie piknik. Po południu Nils nadepnął na jakiś zardzewiały haczyk wędkarski, więc musieli pojechać z nim do szpitala.

Otarł łzę, która wypłynęła mu z kącika oka. Te wszystkie zdarzenia, które przeżyli razem w ciągu tylu lat. Kolejne urodziny i uroczystości, oszczędzanie i harowanie, lata dziecięce i burzliwe lata młodzieńcze ich dzieci, remonty i zakup domku letniskowego, wakacyjne podróże, codzienne śniadania, choroby, chwile obaw i radości. To było właśnie to, co ich łączyło, co czyniło z nich rodzinę. A co z tego teraz pozostało? Nadal miał przed oczami obraz żony rodzącej ich dzieci. Ich wspólna historia była niczym drzewo życia. Czy ona nie miała już żadnego znaczenia?

Czasami zastanawiał się nad tym, co tworzy fundament rodziny, nad tym, że przysięgali sobie i podjęli decyzję, że będą ze sobą przez całe życie. Czy ta przysięga straciła swą moc? Trwanie przy sobie, niemyślenie tylko o własnych potrzebach w danej chwili, przypadkowe i mało znaczące zauroczenia lub okresy rutyny i smutku. On i jego duńska żona wytrwali ze sobą przez ponad dwadzieścia lat. To długi czas. On miał pięćdziesiąt osiem lat, a żona była od niego trzy lata młodsza. Świadomość, że się razem zestarzeją, dawała mu poczucie bezpieczeństwa.

To Line chciała separacji. Dostała propozycję pracy na zastępstwie jako położna w szpitalu Rigshospitalet w Kopenhadze, a że tęskno jej było do ojczyzny, zdecydowała się przyjąć tę ofertę. Wynajęła mieszkanie, do którego wprowadziła się na próbę na pół roku. Ale teraz przekształciło się to w stan permanentny. Line oświadczyła, że nie jest zadowolona z życia, jakie wiodą. Twierdziła, że on nie zaspokaja dostatecznie jej potrzeb i życzeń. Czyżby rzeczywiście tylko o to jej chodziło? Wielokrotnie zadawał sobie to pytanie.

Przerwał te ponure rozważania, gdy zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszał podekscytowany głos technika kryminalnego Erika Sohlmana.

– Słuchaj, jestem w hotelu Tott. Znaleźliśmy denatkę w jednym z apartamentów. To dziennikarka Erika Malm.

– Erika Malm? – powtórzył Knutas. – Czy to ta Erika Malm z gazety „Kvällsbladet”?

– W rzeczy samej. Początkowo nie mogłem stwierdzić, czy zmarła śmiercią naturalną, czy też nie. Ale w pokoju panuje nieład, co wskazywałoby na jakąś kłótnię czy bójkę. Poza tym odkryłem na jej ciele rany, które budzą pewne wątpliwości. Podejrzewam, że Erika Malm została zamordowana.

Cześć – powiedział Sohlman, gdy Knutas wszedł do apartamentu w hotelu Tott razem ze swoją policyjną partnerką Karin Jacobsson. – Mamy małe zamieszanie, ale zaraz ją zabierzemy, bo żaden lekarz sądowy nie ma czasu, by tu przyjechać. Musimy przetransportować zwłoki do laboratorium kryminalistycznego, co jednak nastąpi dopiero jutro. Pomyślałem, że chcielibyście zobaczyć denatkę na miejscu znalezienia zwłok.

– Bardzo ci dziękujemy – wymamrotał Knutas.

Gdy spojrzał na kobietę leżącą na podłodze, od razu ją rozpoznał. Widział ją wiele razy w telewizji przy różnych okazjach. Znał ją także bardzo dobrze z notek prasowych w gazecie „Kvällsbladet”. Widok tej pięknej, energicznej kobiety teraz martwej wydawał mu się nieprawdopodobny. To takie smutne, pomyślał. Była jeszcze taka młoda!

Wymienił znaczące spojrzenie z Karin, zanim ukucnął i zaczął przyglądać się baczniej ciału denatki. Jego policyjna partnerka była mniej więcej w tym samym wieku co dziennikarka.

Twarz Eriki Malm była zaczerwieniona, a jej oczy szeroko otwarte i bez wyrazu. Wargi miała pomalowane na czerwono, choć szminka wyschła już i nieco popękała. W jednym z kącików ust widać było bladoróżową pianę. Denatka była ubrana w elegancką spódnicę przed kolana i dopasowany do niej kolorystycznie cienki żakiet. Biała bluzka była rozerwana pod szyją, a włosy potargane.

– Przyczyna śmierci? – zapytał Knutas, nie odrywając oczu od leżącej na podłodze kobiety. Ostrożnie dotknął ręką jej czoła. Było zimne.

– Najpierw podejrzewałem, że ktoś ją powiesił, ale teraz skłaniam się raczej ku hipotezie, że została uduszona – powiedział Sohlman. – Spójrz no tylko tutaj!

Schylił się i włożył palce między wargi denatki. Karin odwróciła się i wyszła na taras. Widok ciał ofiar przyprawiał ją o mdłości, a tym bardziej gdy ofiarą była jej rówieśniczka.

– Widzisz tę krwistą pianę w ustach i dziurkach od nosa? Ale nie widać żadnych obrażeń na szyi. Na skórze są natomiast ślady zadrapań w okolicy uszu i nosa. Mogłoby to wskazywać, że została uduszona, na przykład poduszką. Sprawca musiał zapewne przyciskać ją mocno, a ofiara prawdopodobnie usiłowała się bronić. – Sohlman spojrzał w górę, wskazał głową w kierunku pokoju i ciągnął dalej: – Widać wyraźnie, że doszło do jakiejś bójki, zanim ją zamordowano.

Knutas popatrzył na sufit. Dopiero teraz dostrzegł lampę, która spadła na podłogę, przewrócone krzesło i rozbite kawałki szkła.

– Od ilu mniej więcej godzin nie żyje? – zapytał.

Technik kryminalny uniósł rękę denatki.

– Jak widzisz, ręka jest sztywna. Ciało zaczęło już sztywnieć, choć jeszcze nie jest sztywne całkowicie. Powiedziałbym, że nie żyje od trzech do ośmiu godzin. Trudno mi to tutaj określić bardziej precyzyjnie.

– To znaczy, że zmarła między godziną siódmą rano a mniej więcej jedenastą, dwunastą w południe, tak?

– Najprawdopodobniej tak – odparł Sohlman. – Widzisz to? Ma siniaki na rękach, co również mogłoby świadczyć o tym, że usiłowała się bronić. Oprócz tego ma kilka złamanych paznokci, a pod nimi resztki naskórka.

– A skąd wzięła się tutaj woda? – zapytała Karin, stojąc na tarasie i wciskając głowę przez drzwi.

Na podłodze widać było spore kałuże wody. Sohlman wstał i poszedł w stronę łazienki.

– Spójrzcie tutaj.

Knutas i Karin stanęli koło niego. Wanna była pełna wody, która też częściowo wylała się na podłogę.

– Czyżby chciała wziąć kąpiel, ale zmieniła zdanie? – zastanawiał się Knutas. – Przecież jest ubrana i ma makijaż.

– Bóg jeden wie – odparł Sohlman i podrapał się po głowie. – Nie mam pojęcia. Sprawdzę to później.

– Czy mamy jeszcze jakieś inne ślady? – spytała Karin.

– Wiecie, jak to jest z pokojami hotelowymi. Wręcz się w nich roi od śladów bardzo różnych osób. Ale mamy tu na przykład kieliszki po winie i talerze, które były w użyciu. Na łóżku są włosy, które z całą pewnością nie należą do denatki, a także ślady spermy. Nie ulega więc wątpliwości, że nie była tu sama.

– Musimy jak najszybciej przesłuchać świadków – zarządził Knutas. Spojrzał na zegarek. – Za godzinę mamy odprawę na komisariacie. Postaraj się przyjść, jeśli uda ci się wyrwać stąd na chwilę.

Knutas spojrzał po raz ostatni na ofiarę i szybko zszedł na dół.

Sierpień, jedenaście miesięcy wcześniej

Wczoraj znowu wybrałam się na rower. Cóż to za ulga, że można wyjść wreszcie na świeże powietrze! W ten weekend zmuszona byłam zostać wyjątkowo dłużej w pracy. Lubię swoją pracę w Roma Makadam. Bynajmniej nie dlatego, że interesuje mnie żwir, lecz dlatego, że lubię zajmować się rachunkami, ewidencją klientów i opracowywaniem faktur. Umiem zaprowadzać ład i porządek, więc nikt nie wtrąca się do tego, co robię. Mój mąż pracuje w tej samej firmie jako kierowca ciężarówki, ale mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo i tak całymi dniami prawie się nie widujemy. Wywozi żwir i piasek do klientów i najczęściej pracuje w terenie, przy budowie dróg.

Zaletą pracy na pół etatu jest to, że kilka razy w tygodniu mam czas na jeżdżenie na moim ukochanym koniu. Pracuję na ogół od siódmej do jedenastej, ale wczoraj zostałam w pracy dłużej, bo aż do szesnastej. Byłam więc już zbyt zmęczona, by jeszcze jeździć konno. Wzięłam prysznic i wybrałam się jak zwykle na rower.

Nawet się nie spostrzegłam, kiedy znów znalazłam się w alei wiodącej do ruin klasztoru. Zrobiło się już dość późno, gdy tam wreszcie dotarłam. A ponieważ chciało mi się i jeść, i pić, więc postanowiłam wejść do restauracji. Kupiłam tam sałatkę i butelkę wody, a do tego zafundowałam sobie jeszcze lampkę białego wina. W końcu był piątek i zaczynał się weekend. Tymczasem wybiła już szósta, więc jak się domyślałam, aktorzy powinni lada chwila pojawić się na scenie. Usiadłam w ogródku przy jedynym stoliku, który stał na samym jego skraju. Ciągle rozglądałam się za tym młodym mężczyzną, którego spotkałam kilka dni wcześniej. Było to dla mnie tak niesamowite spotkanie, że nie mogłam o nim zapomnieć. Jego imię powtarzałam sobie po cichu w myślach: Felix. Felix Sanner.

I oto nagle rzeczywiście się pojawił. Szedł powoli po żwirze z komórką przy uchu. Byłam tak zmieszana, że sama nie wiedziałam już, gdzie mam patrzeć. Zaczęłam więc udawać, że jestem zajęta gorączkowym szukaniem czegoś w torebce. Wtem usłyszałam jego głos tuż obok mnie.

– Mogę się dosiąść?

– Ależ oczywiście – odrzekłam zaszokowana i zła na siebie, bo zorientowałam się właśnie, że się zaczerwieniłam.

Wziął krzesło i postawił je tak, aby usiąść jak najbliżej mnie.

Poczułam, jak pod stołem jego długie nogi ocierają się o moje. Najpierw pogadaliśmy chwilkę, a potem ja zabrałam się do mojej sałatki. Przyglądał mi się, jakby był mną zauroczony. Było to dla mnie tak krępujące, że nie wiedziałam, jak mam się zachować. Ale podobało mi się to. Nie doświadczałam tego już do wielu, wielu lat. Prawie nie pamiętałam, jakie to może być wspaniałe. Było mi tak dobrze, że chciałam, aby ta chwila nigdy się nie skończyła. To było jak jakieś magiczne zauroczenie, niczym pole elektryczne otaczające nasz stolik. Zaczarował mnie od pierwszego wejrzenia.

Wodził wzrokiem po całej mojej twarzy. Najpierw patrzył na czoło i oczy, a potem na nos i usta. I jeszcze raz. Przez chwilę milczeliśmy oboje i tylko przypatrywaliśmy się sobie nawzajem.

Wreszcie podniósł w górę palec i lekko dotknął nim mojego ramienia.

Nagle zapytał:

– Czy chciałabyś obejrzeć nasze dzisiejsze przedstawienie? A potem moglibyśmy jeszcze się spotkać.

– O tak, bardzo chętnie – wyszeptałam, nie zastanawiając się nad tym, co mówię.

Oczekiwanie, zauroczenie. Coś, co można porównać z rodzącą się miłością. Zaciekawienie drugim człowiekiem, wzajemna fascynacja. Te wszystkie uczucia były stłumione gdzieś głęboko w moim sercu przez dwadzieścia lat.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Dziękuję Cennethowi, Belli i Sebbe za całą ich miłość i wsparcie, jakie mi okazali.

Dziękuję też moim przyjaciołom: Marii Ernestam, Katarinie Wennstam, Katerinie Janouch, Mian Lodalen, Lilian Andersson, Ulrice Hall. Dzięki za to, że jesteście.

Serdeczne podziękowania składam także następującym osobom:

Thomasowi Segerströmowi, reżyserowi i dyrektorowi artystycznemu teatru w Roma,

Christianowi Hillborgowi, aktorowi,

Sannie Ingermaa Nilsson, aktorce,

Magnusowi Frankowi, komisarzowi policji kryminalnej w Visby,

Johanowi Gardeliusowi, technikowi kryminalnemu policji w Visby,

Martinowi Csatlos z Zakładu Medycyny Sądowej w Solna,

Lenie Allerstam, dziennikarce,

Ulfowi Åsgårdowi, lekarzowi psychiatrze oraz ekspertowi w zakresie profilu psychologicznego sprawców,

Tanji i Irmie Hallviden ze stadniny Hallvide gård na Gotlandii,

Ulfowi Nyholmowi z firmy Roma Grus AB,

Pepie Trujillo z policji w Mogán.

Ogromnie dziękuję wszystkim pracownikom wydawnictwa Albert Bonniers Förlag, przede wszystkim wydawcom moich książek, Lotcie Aquilonius i Jonasowi Axelssonowi, oraz redaktorce Ulrice Åkerlund.

Fantastycznej graficzce Sofii Scheutz.

Agentce prasowej Linie Wijk i specjalistce od pijaru Charlotcie Wågert.

Fotografce Annie Lenie Ahlström.

Agentom ze Stilton Literary Agency: Ninie Tolstoy, Poi Broström i Emmie Tibblin.

Dziękuję też Annie Karin Eldensjö z ATN.

I wreszcie wszystkim moim wspaniałym kolegom pisarzom za wszelkie wsparcie, inspirację i za każdą dzieloną ze mną radość.

Mari Jungstedt  Sztokholm, marzec 2012