Wydawca: Bellona Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 343 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czwarta ofiara - Mari Jungstedt

Czwarta ofiara to dziesiąta pozycja w cyklu gotlandzkim Mari Jungstedt, wschodzącej gwiazdy skandynawskiej literatury kryminalnej. Już teraz jej twórczość przyrównuje się do stylu czołowych mistrzów szwedzkich kryminałów – rosnące napięcie, mroczny klimat, towarzyszące bohaterom i akcji groza. Podobnie jak w poprzednich powieściach, komisarz Knutas staje przed trudnym zadaniem. Musi rozwiązać makabryczną zagadkę…

Opinie o ebooku Czwarta ofiara - Mari Jungstedt

Cytaty z ebooka Czwarta ofiara - Mari Jungstedt

się zmienia. Zostawia za sobą pijanych rodziców, całe to gówno i brudne mieszkanie w Bagarmossen. Czy kiedykolwiek było jej domem? Czy kiedykolwiek czuła się tam spokojnie i bezpiecznie? Przypomniała sobie lata wypełnione suto zakrapianymi imprezami i ciągłym niepokojem,

Fragment ebooka Czwarta ofiara - Mari Jungstedt

Okładka

Strona tytułowa

Mari Jungstedt

Czwarta ofiara

Strona redakcyjna

Tytuł oryginałuDET FJÄRDE OFFRET

Projekt okładki i stron tytułowych ANNA DAMASIEWICZ

Redakcja merytoryczna EWA GRABOWSKA

Redaktor prowadzący ZOFIA GAWRYŚ

Redaktor techniczny BEATA JANKOWSKA

Korekta TERESA KĘPA

© Copyright for the Polish edition and translation by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2013 © Copyright Mari Jungstedt 2011 Published in agreement with Stilton Literary Agency

Zapraszamy na strony www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl Dołącz do nas na Facebooku www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

e-mail: biuro@bellona.plwww.bellona.pl

ISBN 9788311127265

Konwersja do formatu EPUB:

Dedykacja

Dla Sebbe z miłością

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Czwarta ofiara

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Na wzgórzu, w pewnym oddaleniu od innych domów, widać było budynek otoczony kamiennym murem. Samochód stał jak zwykle zaparkowany na żwirowym podjeździe koło kontenerów na śmieci. Kamienisty grunt porastały kępy mchu i krzewy borówek. Obok domu rosło kilka wykrzywionych sosen. Ich korony poruszały się niespokojnie na wietrze. Od strony morza znajdował się taras. Przed zimą właściciele domu dokładnie go wysprzątali, usunęli meble ogrodowe i grill. Przy ponurej pogodzie, jaka akurat panowała tego dnia, sprawiał dość smutne wrażenie. Okna na parterze zakrywały okiennice, więc nie można było zajrzeć przez nie do środka. Wszystko wskazywało na to, że właściciele, którzy wrócili do domu poprzedniego wieczoru, od razu poszli spać i nie zdążyli się rozpakować.

Kiedy samochód się zatrzymał, wysiadł z niego chłopiec i, kuląc się przed podmuchami wiatru, pobiegł w stronę wejścia. Niedawno zaczęły się jesienne ferie szkolne, więc razem ze swoimi najlepszymi kolegami postanowił wybrać się na pływalnię. Bardzo się ucieszył, gdy zadzwonili do niego z wiadomością, że wracają z całą rodziną wcześniej, niż zaplanowali.

Gdy znalazł się przed budynkiem, zawahał się i zwolnił. Doszedł do wniosku, że coś jest nie tak. Drzwi wejściowe stały uchylone, na piętrze słychać było uderzenia okiennicy o mur. Na kamiennych schodach przed wejściem zobaczył ciemne plamy.

– Halo! – zawołał ojciec chłopca, który też wysiadł z samochodu i podszedł do drzwi. Rozejrzał się niespokojnie i spytał: – Jest tu kto?

Żadnej odpowiedzi. Słychać było tylko szum sosen i huk morskich fal, które uderzały o rozciągającą się poniżej plażę. W kuchni paliło się światło.

– Może trzeba zadzwonić do drzwi? – spytał chłopiec.

– Poczekaj.

Mężczyzna położył dłoń na ramieniu syna i rozejrzał się. Dał mu znak, żeby nie ruszał się z miejsca, a sam wszedł na schody prowadzące na górę. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumieć, że coś się wydarzyło. Cała podłoga była poplamiona. Na środku leżała rozbita lampa z kolorowej mozaiki. Okruchy szkła iskrzyły się w szarym świetle dnia, które wpadało do środka przez okna.

– Co, do cholery...?

Mężczyzna zawrócił.

– Coś się musiało stać. Idź do samochodu, a ja się rozejrzę. Zamknij drzwi od środka.

– Ale tato...

– Wracaj do samochodu!

Ton, jakim mężczyzna wypowiedział te słowa, sprawił, że chłopiec posłuchał. Przestraszony cofnął się kilka kroków i obserwował ojca niespokojnym wzrokiem.

Mężczyzna stał przez chwilę w słabo oświetlonym przedpokoju i wsłuchiwał się w ciszę panującą w mieszkaniu. Potem ruszył powoli przed siebie i wszedł do salonu. I wtedy ją zobaczył. Najpierw jej gołe, lekko opalone stopy z paznokciami pomalowanymi na różowo. Nogi okrywała cienka nocna koszula z koronkowym wykończeniem. Kobieta leżała na kamiennej podłodze przy schodach prowadzących na górę. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w sufit. Z ust ściekała jej krew, na klatce piersiowej pod szlafrokiem widać było ciemnoczerwoną, prawie czarną plamę. Włosy miała rozrzucone.

Mężczyzna wpatrywał się przerażonym wzrokiem w jej prawie przezroczystą twarz. Chwycił ją za rękę i poczuł, że jest już zimna. Zauważył brak obrączki na palcu. Nie wyczuł pulsu. Dotknął palcami tętnicy szyjnej. Nic.

Wyprostował się i rozejrzał po pokoju. Od razu zauważył, że ze ścian zniknęły obrazy, a z wnęki między kuchnią a przedpokojem rzeźba z brązu. Wszędzie panował bałagan. Przewrócone krzesło, plamy krwi na podłodze, szeroko otwarte drzwi oszklonej szafy. Na schodach prowadzących na piętro leżały zwłoki mężczyzny. Miał otwartą ranę głowy, wokół której zakrzepła krew.

Wyjrzał przez okno i zobaczył dym. Ktoś palił opadłe liście. Podmuchy wiatru uderzały o dom. Jego syn siedział w samochodzie. Patrząc na niego, przypomniał sobie obu chłopców. Ruszył schodami na górę, ale w połowie drogi gwałtownie się zatrzymał. Ujrzał ramię, zakrwawioną piżamę i młodą, niewinną twarz.

Szedł na górę, jakby zapadł w lunatyczny trans. W głowie miał pustkę. Wiedział, że nic już nie będzie takie, jak dotychczas.

Było bardzo duszno, prawie dwadzieścia pięć stopni ciepła, choć dochodziła dopiero dziewiąta rano. Cały sierpień był bardzo gorący, temperatura sięgała trzydziestu stopni w ciągu dnia i dwudziestu nocą. Szwedzi nazywają je nocami tropikalnymi, chociaż ich kraj leży tysiące kilometrów od stref tropikalnych.

Klintehamn liczy około półtora tysiąca mieszkańców, ale mimo to zaliczane jest do gęsto zaludnionych miast na Gotlandii. To spokojna, prawie idylliczna miejscowość nadmorska położona na zachodnim brzegu wyspy. Znajduje się tu ważny port, z którego na kontynent wywozi się buraki cukrowe, drewno i wióry. Latem z portu kursują promy na wyspę Stora Karlsö. Przewożą do tego ptasiego raju rzesze turystów.

Klintehamn zamieszkuje na tyle liczna grupa ludzi, że działa tu biblioteka, liceum, przychodnia lekarska, stadion sportowy i dom spokojnej starości. Jest jednak zbyt małe na sklep monopolowy i pływalnię. W centrum miasta działa niewiele sklepów, uliczki są proste i wąskie, a w otoczeniu kwitnących ogrodów stoi wiele pięknych willi.

Tamtego ranka, gdy lato zbliżało się do końca, w mieście panowała cisza i spokój. Także wśród domów w ogrodach panował senny nastrój. Jedynymi dźwiękami, które przerywały świergotanie ptaków, było słabe stukanie kubków z kawą, które mieszkańcy stawiali na stolikach w swoich ogrodach, warkot kosiarki do trawy albo muzyka z radia, która słabo przebijała się przez równo przycięte żywo- płoty.

Sezon turystyczny prawie się skończył. Kolejki w domu towarowym Konsum nie były już tak długie, a kramy, w których w centrum miasteczka sprzedawano ryby, zostały zamknięte. Teraz przeniosą się gdzie indziej. Na miejscu została jeszcze niezbyt liczna grupa mieszkańców wyspy, którzy spędzali tu lato, i ostatni robotnicy sezonowi, którym kontrakty kończyły się w sierpniu.

Główna ulica Klintehamn nazywa się Donnersgatan. Latem udawała miejscowy deptak, a teraz świeciła pustkami. W otwartym przed chwilą sklepie spożywczym ICA kilka młodych pracownic prowadziło ożywioną rozmowę. Właśnie wystawiały na chodnik tablice reklamowe zachwalające specjalne cenowe okazje. Przez szyby wystawowe Handelsbanku widać było dwóch urzędników, którzy przygotowywali się do pracy. Salon fryzjerski Maud miał wakacyjną przerwę, a jedyna restauracja przy tej ulicy zaczynała działalność dopiero za dwie godziny. Przy stoliku przed cukiernią siedział samotny mężczyzna zatopiony w lekturze miejscowej gazety porannej. Na stoliku przed nim stała filiżanka kawy.

Ulicą szła starsza kobieta w białym przeciwsłonecznym kapeluszu. Prowadziła na smyczy małego pudla. Jakiś mężczyzna popychał wózek z dzieckiem. Szedł sprężystym krokiem i rozmawiał przez telefon komórkowy. Sześcioletnia dziewczynka zataczała wokół niego kółka na rowerze i bezskutecznie próbowała zwrócić na siebie uwagę ojca. Poza tym ulica była pusta.

Zza rogu wyjechała furgonetka. Z lekkim piskiem opon zatrzymała się przed wejściem do Sparbanken obok sklepu spożywczego ICA. Z samochodu wysiadł umundurowany mężczyzna, podczas gdy kierowca został w środku. Był krótko ostrzyżony i miał około trzydziestu lat. Uważnie się rozejrzał i dopiero wtedy podszedł do wejścia. W rękach niósł czworokątną torbę wypełnioną banknotami przeznaczonymi do bankomatów i kas w banku. Akurat dziś wypadał dzień wypłaty pensji.

Nagle otworzyły się tylne drzwi srebrnoszarego forda zaparkowanego przed salonem fryzjerskim po drugiej stronie ulicy. W stronę konwojenta ruszyli dwaj ubrani na czarno mężczyźni uzbrojeni w broń automatyczną.

Konwojent miał właśnie nacisnąć dzwonek przy drzwiach wejściowych do banku, bo nadal były zamknięte, ale zamiast tego odwrócił się. W tym samym momencie stanął naprzeciwko jednego z dwóch napastników, którego twarz była ukryta pod kominiarką. Bandyta dał konwojentowi znak, żeby oddał mu torbę. Mężczyzna siedzący przed kawiarnią uniósł wzrok znad gazety. Nie ruszył się z miejsca, siedział z rozłożoną gazetą. Drugi z rabusiów podbiegł do kierowcy furgonetki i zmusił go do opuszczenia wozu. Kobieta z pieskiem na smyczy zatrzymała się. Ze zdumioną miną obserwowała wydarzenia rozgrywające się przed bankiem. Początkowo myślała, że to sceny z filmu. Niestety, nigdzie nie zauważyła kamer. W Klintehamn oba banki – jedyne w całym miasteczku – leżą przy tej samej ulicy, naprzeciwko siebie. Pracownicy obu placówek obserwowali to, co działo się na ulicy. Ktoś nacisnął przycisk alarmowy i zaalarmował policję. Urzędnicy bankowi postępowali zgodnie z instrukcją. Żaden z nich nie interweniował.

Zamaskowani bandyci skierowali lufy broni w stronę obu konwojentów i w ogóle nie zwracali uwagi na starszą panią z pieskiem. Ekspedientka z ICA wróciła do sklepu, na ulicy nie było też widać mężczyzny z wózkiem.

Napastnicy nadal nie wypowiedzieli ani słowa. Wskazali tylko obu konwojentom, aby otworzyli zamknięty na klucz bagażnik w furgonetce. Obaj posłusznie wykonali rozkaz. Chwilę potem w posiadaniu napastników znalazły się trzy torby z pieniędzmi. Jeden z nich przebiegł przez ulicę i podbiegł do forda. Siedzący w środku trzeci bandyta otworzył bagażnik i trafiła tam cała zdobycz. Kiedy było po wszystkim, napastnicy zmusili konwojentów, aby położyli się twarzą do ziemi. Żaden z nich nie wypowiedział jeszcze ani jednego słowa. Chwilę później wycofali się do swojego samochodu, osłaniając się bronią jak tarczą. Samochód ruszył z piskiem opon i zniknął za rogiem. Cała akcja trwała zaledwie kilka minut.

Chwilę później na ulicy Norra Kustvägen rozległ się pisk hamulców, krzyk i głuchy odgłos. Kiedy obaj konwojenci zerwali się z ziemi, po samochodzie z bandytami nie było już śladu. Za to na ulicy przed biblioteką leżała dziewczynka. Jej ciało było skręcone pod dziwnym kątem. Tuż obok niej leżał rozbity rower. Na chodniku stał wózek z płaczącym dzieckiem. Obok dziewczynki siedział mężczyzna. Wstrząsały nim spazmatyczne drgawki.

Po napastnikach zostały tylko ślady opon na czarnym asfalcie.

Komisarz Anders Knutas usiadł ciężko w swoim starym fotelu obok biurka. Doszedł do wniosku, że brzuch za bardzo zwisa mu nad paskiem. Przez lato przytył przynajmniej ze trzy kilogramy. Wyraźnie teraz to widzi. Letnie wieczory spędzone na grillowaniu i piciu wina pozostawiły po sobie trwały ślad. Prawie każdego wieczoru w domku letniskowym w Lickershamn odwiedzali ich jacyś goście. Nieubłagane skutki tych wizyt widział za każdym razem, gdy wchodził na wagę. Jego pochodząca z Danii żona, Line, jest niezwykle gościnną osobą i lubi towarzystwo innych ludzi. W końcu zaczął się jednak zastanawiać, dlaczego z takim uporem zaprasza ich na kolację. Jakby nie chciała zostać z mężem sama. Na razie jeszcze z nią o tym nie rozmawiał. Nie lubi takich dyskusji. Zdarza się oczywiście, że ich dzieci, które od czasu do czasu spędzają w domku wolny czas, też zapraszają tam swoich przyjaciół. Są już prawie dorosłe i latem mają inne zajęcia niż ich rodzice. Może więc Line uznała, że wieczorami, kiedy są tam tylko we dwoje, robi się zbyt nudno? Od niedawna coraz częściej mówi o Danii. Wspomniała, że za nią tęskni i postanowiła zaprowadzić w ich domku duńskie obyczaje: zaczęła śpiewać duńskie piosenki na przemian ze szwedzkimi pieśniami biesiadnymi, a na stole pojawiły się tradycyjne duńskie kanapki smörrebröd. Zaproponowała też, żeby Boże Narodzenie spędzili w Danii, chociaż każde święta spędzają w posiadłości jego rodziców w Kappelshamn.

Nie potrafił zrozumieć, co ją tak nagle opętało.

Odpędził od siebie złe myśli i z westchnieniem zaczął porządkować biurko zawalone stosem papierów. Leżały na nim wydruki przesłuchań, zeznania świadków, raporty. Sam już nie wiedział, który raz z rzędu próbuje zaprowadzić tu jakiś porządek. W głębi duszy wiedział, że i tak niczego to nie zmieni. Tym razem też nie. Śledztwo utknęło w biurokratycznych trybach i od roku nie posunęło się ani o krok dalej.

Vera Petrov ma czterdzieści pięć lat, rosyjsko-niemieckie pochodzenie i jest zameldowana na Gotlandii. Od dawna posiada szwedzkie obywatelstwo, wyszła za mąż za Szweda. Stefan Norrström jest kapitanem statków i pochodzi z małej miejscowości Kyllaj na Gotlandii. Petrov jest poszukiwana międzynarodowym listem gończym za dwa zabójstwa, których dopuściła się na wyspie przed czterema laty. Jej mąż jest podejrzany o współudział. Policja deptała im po piętach, ale w ostatniej chwili udało im się uciec. Weszli na prom i przedostali się na stały ląd. Podczas podróży promem, jeszcze w trakcie policyjnego pościgu, Petrov urodziła dziecko. Policja dowiedziała się, że teraz małżonkowie przebywają w Republice Dominikany. Jednak do tej pory zawsze udawało im się wymknąć. Dla niego jest to najbardziej nieudane śledztwo w całej karierze.

Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju weszła Karin. Blisko ze sobą współpracują. Jest wczesna godzina, a ona już w pracy. Tak jak on. Tegoroczne lato było słoneczne, Karin więc ma ładną opaleniznę, dzięki czemu mimo wczesnej godziny wygląda świeżo. Nie ma jeszcze siódmej. Przyniosła dwie filiżanki parującej kawy. Na jednej z nich leżała niewielka, płaska paczuszka.

– Nie przeszkadzam?

– Wejdź i usiądź za tym stosem papierów. Chwilowa przerwa od tego bałaganu dobrze nam zrobi.

Knutas uprzątnął biurko i z górnej szuflady wyjął fajkę. Karin postawiła filiżanki na blacie, a paczuszkę położyła przed Knutasem. Uśmiechnęła się szeroko, pokazując szeroką szparę między przednimi zębami.

– Wszystkiego najlepszego! – powiedziała.

Knutas patrzył na nią zmieszany. Karin miała na sobie dżinsy i bluzę z kapturem z nadrukiem przedstawiającym gitarę elektryczną. Wyglądała o dziesięć lat młodziej, na pewno nie dałby jej czterdziestu sześciu lat. Zauważył też, że Karin ma nowe uczesanie. Ostatnio nie podcinała włosów i teraz sięgały jej aż do ramion. Pomyślał, że dzięki temu jej twarz zyskała łagodniejszy kształt.

– Masz ładną fryzurę – powiedział uprzejmie.

– Dzięki – odparła Karin. Sięgnęła ręką do czoła i pociągnęła za kilka kosmyków. – Dorobiłam się grzywki. To dla mnie dość nietypowe.

– A to z jakiej okazji? – spytał Knutas, sięgając po paczuszkę.

– To Janne miał taki pomysł. Od dawna marudził, że powinnam sobie zapuścić ładną grzywkę.

– Rozumiem – mruknął obojętnym tonem Knutas. – Ale nie pytałem o twoją fryzurę.

Przecież nie interesuje go, co jakiś facet mówi o jej wyglądzie. Podniósł paczuszkę i potrząsnął nią.

– Ostrożnie – powiedziała Karin. – Może się potłuc. Zapomniałeś, że masz dzisiaj imieniny?

– Naprawdę? – roześmiał się Knutas. – Znowu jakieś święto?

W jego rodzinie nie obchodzi się imienin. Tym bardziej że rodzice dali mu na drugie imię Bartolomeus, o którym jak najszybciej chciał zapomnieć. To dlatego Karin co roku pamięta o tym dniu.

– Nie musiałaś mi nic kupować – zaprotestował kokieteryjnym tonem Knutas, próbując szybko rozwiązać wstążki.

W paczuszce znalazł dwa bilety przewiązane czarno-żółtą kokardką.

– Co to za bilety? – spytał.

– To na mecz, AIK gra za trzy tygodnie na stadionie Råsunda przeciwko Djurgården. Bilety są dla dwóch osób. Pod warunkiem, że pójdziesz ze mną.

– Ale przecież mecz odbędzie się w Sztokholmie?

– A zapomniałeś, że jedziemy tam w weekend na kurs? W Wyższej Szkole Policyjnej? Jedenastego i dwunastego września. Zamiast wrócić do domu, pójdziemy wieczorem na mecz. Zostaniemy na jeszcze jedną noc.

Karin przymknęła oczy, aż przybrały kształt dwóch wąskich szparek, i uśmiechnęła się szeroko. Jest zapalonym kibicem piłki nożnej. W piłkę grała przez całe życie, a w Visby trenuje kobiecą drużynę piłkarską juniorek. Wszyscy wiedzieli, że Knutas kibicuje drużynie AIK.

– Świetny prezent. Bardzo dziękuję. Nie zasłużyłem na to.

Knutas wstał z krzesła i objął Karin. Już od dawna nikt nie okazał mu tyle ciepła.

– Zrobiłam to z czysto egoistycznych pobudek – odparła Karin. – Możesz być pewien.

Spojrzała na stos papierów zalegających biurko.

– Co masz na tapecie? – spytała.

– Sprawę Petrovów. Próbuję znaleźć jakiś nowy wątek.

– Rozumiem.

Nazwisko Petrov zawsze wywoływało u niej niemiłe wspomnienia. To ona wyśledziła ich w domku, w którym się ukrywali, pomogła pani Petrov urodzić dziecko i umożliwiła im ucieczkę. Później w tajemnicy przyznała się Knutasowi, że zrobiła to tylko dlatego, iż w pewnym sensie rozumiała powód, dla którego Petrov zabiła tamtego mężczyznę: pomściła w ten sposób swoją siostrę, która została przez niego zgwałcona i zamordowana. Poza tym ogromne wrażenie zrobił na niej poród. Kiedyś, przed laty, sama została zgwałcona i zaszła w ciążę, urodziła córkę i od razu oddała ją do adopcji, czego później żałowała przez całe życie.

Knutas był jedyną osobą, której powierzyła swoje dwie tajemnice. Dlatego bardzo długo zmagał się z dylematem, jak powinien postąpić w tej sytuacji. W końcu postanowił zachować całą wiedzę dla siebie. Bardzo go to bolało, bo sprawa Petrovów nadal pozostaje nierozwiązana. Dopóki Vera Petrov pozostaje na wolności, będzie odczuwał wyrzuty sumienia.

Karin szybko dopiła kawę i wstała z krzesła.

– Okej. Jeśli będziesz potrzebował pomocy, daj znać.

Po tych słowach wyszła z pokoju. Jej zapach jeszcze przez jakiś czas unosił się w powietrzu.

Poranne światło wciskało się do środka przez cienkie bawełniane zasłony ze wzorem w niebieską kratkę. Dzięki nim wnętrze nabrało morskiej barwy. W rzeczywistości miejsce to było położone dość daleko od morza, nawet jak na odległości panujące na Gotlandii. Emma miała fioła na punkcie stylu obowiązującego w Nowej Anglii, bo kojarzył jej się z dużymi, białymi domami na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Kiedy miała kilkanaście lat, spędziła z rodzicami parę letnich tygodni na wyspie Martha’s Vineyard. Pobyt wywarł na niej ogromne wrażenie. To były piękne wakacje i świetnie się wtedy bawiła.

Rozglądała się po zatopionym w ciszy pokoju. Pomalowana na biało podłoga z sosnowych desek, brązowy skórzany fotel w rogu, stojąca lampa na drewnianej nodze, mosiężne detale wyposażenia i matowe szkło. Szare poduszki i koce ze wzorkiem w czerwono-niebieskie gwiazdki, co było oczywistym nawiązaniem do amerykańskiej flagi. Nie wynikało to z faktu, że jest w jakiś szczególny sposób przyjaźnie nastawiona do tego kraju. Po prostu podoba jej się ten styl. Razem z Johanem starannie dobierali każdy szczegół. Wymienili całe wyposażenie domu, żeby zatrzeć pamięć o jej byłym mężu. Zrobili to głównie ze względu na Johana. Zależało jej, żeby od tej pory był to jego dom. Jednak ciągle się zastanawiała, czy ten plan się powiódł. Znowu spojrzała na zasłony. Przypomniał jej się rodzinny dom na wyspie Fårö. Czasem za nim tęskni.

W pokoju słychać było jedynie miarowy oddech Johana. Leżał obok niej owinięty kołdrą.

Wstała z łóżka, rozsunęła zasłony i otworzyła drzwi na taras, dzięki czemu do pokoju wpadło jeszcze więcej światła. Johan mruknął coś i szczelniej okrył się kołdrą. Emma spojrzała na budzik stojący na nocnej szafce. Nie ma jeszcze szóstej. Dość często budzi się wcześniej, jeszcze zanim budzik zadzwoni. To nawyk, od wielu lat jest nauczycielką. Wróciła do łóżka, położyła się na boku i zaczęła obserwować Johana. Spod kołdry wystawały mu tylko ciemne, kręcone włosy i fragment czoła. Jak zwykle tak zakopał się w pościeli, że go prawie nie widać.

Wyciągnęła rękę i wsunęła ją powoli pod kołdrę. Delikatnie przesuwała palcami po jego nagich ramionach i plecach. Łaskotała go, wiedząc, że to lubi. Żadnej reakcji. Wyjęła rękę spod kołdry i położyła ją na wierzchu. Za chwilę podjęła kolejną próbę. Pieściła jego ramię, biodra i wewnętrzną stronę uda. W końcu usłyszała wyraźne westchnienie.

– Nie śpisz? – spytała szeptem.

Cisza.

– Johan?

Znowu cisza.

Zrezygnowała. Cofnęła rękę. Nie ma sensu.

Na krętej drodze miejsca wystarczało tylko dla jednego samochodu. Mimo to nie przejmował się tym. Ryzyko, że na tym odludziu mógłby się natknąć na inny pojazd, było naprawdę niewielkie. Prawie nikt tędy nie jeździ. Dom stoi z dala od innych zabudowań, wśród pól i łąk. Kiedy był już prawie na miejscu, zwolnił. Domyślił się, że ruina od wielu lat jest niezamieszkana. Takie opuszczone gospodarstwa nadal można spotkać na całej Gotlandii. Stoją puste i niszczeją, bo ich właściciele, którzy osiedlili się gdzieś poza Gotlandią, wmawiają sobie, że ich dzieci kiedyś się tu sprowadzą albo będą chciały zachować posiadłość na wypadek, gdyby w dalekiej przyszłości ktoś chciał kupić zabudowania i przeprowadzić w nich remont. W takich opuszczonych domach prawie zawsze brakuje kanalizacji i bieżącej wody.

Minął posiadłość i zaparkował samochód na skraju lasu, w pewnej odległości od domu. Miejsce wybrał dokładnie. Wcześniej kilka razy już tu był i wszystko dokładnie obejrzał. Samochodu z drogi nie widać. Żar lał się z nieba, ale mimo to nie zdjął żółtej kurt ki z nadrukiem „Gmina Gotlandia”. To na wypadek, gdyby niespodziewanie na kogoś się natknął. Jeśli ktoś zobaczy człowieka ubranego w służbowy strój i czapkę z daszkiem, weźmie go najwyżej za jednego z robotników, którzy kilka kilometrów dalej wykonują roboty drogowe. Do podupadłej posiadłości prowadziła zwykła żwirowa droga. Dziko rosnące dęby zasłaniały widok z zewnątrz. Przez kilkadziesiąt lat gęste krzewy rozpleniły się na całym terenie, osiągając znaczną wysokość. Wiedział, że może się tu poruszać swobodnie, bo z domu nikt go nie zauważy. Budynek był kiedyś pomalowany na biało, ale w wielu miejscach odpadł tynk. Klamka przy prostych drewnianych drzwiach była tak przerdzewiała, że prawie nie nadawała się do użytku. Żeby wejść do środka, trzeba było lekko unieść drzwi i pchnąć je w określony sposób.

Dom był zapuszczony, komin dawno się rozpadł, a w większości okien brakowało szyb. Na podwórzu stał stary sedes i lodówka. Zbutwiała stodoła z zawalonym dachem była tak pochylona, że w każdej chwili groziła zawaleniem. Na końcu podwórza znajdował się wychodek. Z daleka widać było łuszczący się rysunek przedstawiający serce. Ktoś namalował je kiedyś na drzwiach.

Wszystko wskazywało na to, że ludzka stopa nie postała tu od kilkudziesięciu lat. Tymczasem z tyłu zabudowań dostrzegł zaparkowane trzy błyszczące motocykle. W oknie w kuchni paliło się światło. W środku słychać było rozgorączkowane głosy.

Mężczyzna zatrzymał się na chwilę przy ścianie domu. Ekscytowało go, że stoi tak blisko. Wiedział, o czym rozmawiają ludzie wewnątrz budynku. Szybkim krokiem skierował się do stodoły. Łatwo się w niej ukryć. Musi poczekać na właściwą porę.

Berg zaparkował przed siedzibą radia i telewizji w Visby. Kiedy wysiadł z samochodu, poczuł, że zanosi się na burzę. Spojrzał na ciemniejące niebo. Powietrze było wilgotne i duszne. Powstrzymał ziewanie i przez oszklone drzwi wszedł do budynku. Czuł się zmęczony, bolała go głowa. Elin kaszlała i kilka razy go obudziła, natomiast Anton miał nocne koszmary. Nic dziwnego, że ciągle jest przemęczony. Nawet nie pamięta, kiedy ostatnio przespał spokojnie całą noc. Rano okazało się, że Elin ma gorączkę. Z początku chciał zostać w domu, żeby zająć się dziećmi, ale Emma zadzwoniła do rodziców, a oni zaproponowali, że wezmą dzieci do siebie, na Fårö i zaopiekują się nimi do czasu, aż Elin wyzdrowieje. Dla nich to prawdziwe błogosławieństwo. Oboje wiedzą, że Emma wolałaby nie brać zwolnienia lekarskiego i opuszczać zajęć w szkole już na samym początku roku szkolnego. Z kolei on jest jedynym dziennikarzem na wyspie. Wprawdzie jego koleżanka z pracy, Pia Lilja, mogłaby sama przeprowadzić każdy wywiad, ale jest tylko fotoreporterem. Jednoczesne filmowanie, prowadzenie rozmowy i montaż przekraczają nawet jej zdolności.

Kiedy wszedł do redakcji lokalnych wiadomości, Pia siedziała w pokoju z telefonem przy uchu. Swoje długie nogi położyła na biurku. Włosy miała jeszcze bardziej zmierzwione niż zwykle. Turkusowa perełka w nosie błyszczała tak samo jak jej kolorowe paznokcie. Johan zdjął kurtkę, rzucił ją na oparcie krzesła i poszedł do automatu po pierwszy tego dnia kubek kawy. Pia dała mu znak, żeby jej też przyniósł i kontynuowała rozmowę przez telefon. Johan domyślił się, że rozmawia z policjantem.

Usiadł na krześle obok niej i zaczął się jej przyglądać. W końcu odłożyła słuchawkę. Wypiła łyk kawy i dopiero wtedy powiedziała, co się stało.

– Rano w Klintehamn doszło do zbrojnego napadu na konwój bankowy. W lasach koło Sandy płonie samochód. Musimy jechać.

Kiedy dotarli do Klintehamn, ujrzeli na niebie gęste, czarne kłęby dymu. Od razu było widać, że to nie jest mały pożar.

– Wygląda na to, że pali się gdzieś w okolicy Hejdehållet – powiedziała Pia. – Zastanawiam się, którą drogą tam dojechać. Najlepiej przez Klinte, a potem na Stenkumlę. Stamtąd dostaniemy się na miejsce lokalnymi drogami.

Kiedy tam dotarli, zatrzymała ich policja. Prowadzącą przez las asfaltową drogę zagradzały barierki, a po obu stronach stały wozy strażackie i policyjne radiowozy. Wysiedli z samochodu, a Pia wzięła kamerę i ułożyła ją sobie na ramieniu. Johan podszedł do jednego z policjantów.

– Nazywam się Johan Berg, jestem dziennikarzem i pracuję dla telewizyjnych wiadomości lokalnych. Co tu się stało?

– Jak widać, mamy tu pożar. Szybko się rozprzestrzenia.

– Jak doszło do pożaru?

– Wszystko zaczęło się od płonącego samochodu.

– W jaki sposób?

– Sami jeszcze nie wiemy.

– Czy policja łączy ten pożar z napadem w Klintehamn?

– Nie mogę się na ten temat wypowiadać.

– Kiedy wybuchł pożar?

– Zostaliśmy powiadomieni około wpół do dziesiątej.

– A do napadu na konwój bankowy doszło tuż po dziewiątej?

– Zgadza się.

– W takim razie słuszne wydaje się przypuszczenie, że samochodem posługiwali się napastnicy, którzy go potem podpalili?

– Jak już mówiłem, nie wolno mi się w tej sprawie wypowiadać.

– Czy napastnicy zostawili jakieś inne ślady?

– Ślady? – powtórzył policjant. Rozłożył ramiona i wskazał głową za siebie. – Chyba pan widzi, jak to wygląda?

Rzeczywiście, ogień szalał na całego. W suchej trawie i wśród krzewów bardzo szybko się rozprzestrzeniał. Co jakiś czas na jego drodze stawało któreś z rosnących tam drzew, a wtedy płomienie biły wysoko w niebo. Pia włączyła kamerę i zaczęła nagrywać. Przeprowadzili krótką rozmowę z kierującym akcją ratowniczą i ruszyli w drogę powrotną do redakcji.

W Klintehamn wszyscy od razu zauważyli, że na głównej ulicy coś się stało. Ludzie stali w grupach i z ożywieniem o tym rozmawiali. Teren przylegający do banku był odgrodzony policyjną taśmą. Żaden z policjantów nie chciał się wypowiedzieć w sprawie napadu, więc Johan poszedł w stronę biblioteki, gdzie bandyci potrącili dziewczynkę. Okazało się, że jej stan jest krytyczny. Pia nakręciła tam krótki materiał, a gdy skończyła, zauważyła starszą kobietę z pudlem na kolanach. Siedziała w parku na ławce nieopodal miejsca, gdzie doszło do wypadku. Kobieta wycierała głośno nos. Zachowywała się tak, jakby jej zależało, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Johan też ją zauważył.

– Podejdę do niej – powiedziała Pia. – Poczekaj tutaj.

Johan z pewnym sceptycyzmem obserwował, jak Pia przechodzi przez ulicę i kieruje się w stronę starszej pani. Czego ona tam szuka? Czeka ich jeszcze mnóstwo pracy, a czasu jak zwykle mają niewiele. Przed chwilą dostał SMS-a od szefa redakcji informacyjnej, że szykuje krótką wstawkę w południowych wiadomościach i oczekuje od niego informacji lub materiału filmowego. Pia usiadła na ławce, pogłaskała zachwyconego jej pieszczotami pudla i podała starszej pani paczkę papierowych chusteczek do nosa. Chwilę później kobieta oparła głowę na jej ramieniu. Był to naprawdę niezwykły widok: ubrana w dżinsy dziennikarka z gęstymi, czarnymi włosami, kolczykiem w nosie i mocnym, ciemnym makijażem na oczach siedzi obok starszej kobiety o zaokrąglonych kształtach, w kwiecistej sukience i przeciwsłonecznym kapeluszu. Johan postanowił zostać na miejscu. Uznał, że Pia sama sobie poradzi.

Po chwili Pia wstała z ławki i podeszła do niego.

– Ta kobieta tu była, gdy doszło do napadu. Jest naocznym świadkiem.

– Naprawdę? Czy jest w odpowiednim stanie, żeby z nią porozmawiać?

– Czuje się dobrze. I może nam sporo opowiedzieć. Policja jeszcze jej nie przesłuchiwała. Pominęli ją, chociaż stała zaledwie kilka metrów od bandytów.

– Jak to możliwe? Nie zgłosiła się na policję?

– Nie. Wróciła do domu, żeby nakarmić psa. Przeżyła szok. Obiecałam jej, że po rozmowie z nami pomożemy jej skontaktować się z policją.

Pia ściągnęła lekko usta. W jej ciemnych oczach pojawił się wesoły błysk. Kocha takie sytuacje: materiał reporterski, który jest do ich wyłącznej dyspozycji.

– Naprawdę chcesz, żebyśmy...? – zaczął Johan.

– Daj spokój – odparła niecierpliwym tonem Pia, zbierając sprzęt. – Jeśli staruszka chce się wygadać, powinniśmy jej to umożliwić. Do cholery, przecież ona widziała cały ten bajzel.

Bardzo często im się zdarza, że różnią się w ocenie tego, z kim należy porozmawiać. Pia jest młoda i spragniona sukcesu. Zależy jej, aby redakcja dostawała od niej pasjonujący materiał. Natomiast on zawsze uwzględnia delikatną sytuację, w której znajdują się ofiary przestępstw, ich rodziny i świadkowie.

Czasem zdarza się, że takie osoby same proszą, aby z nimi porozmawiać, choć nie zawsze zdają sobie sprawę z konsekwencji. Zwłaszcza gdy są w szoku, co wcale nie jest aż tak rzadkim zjawiskiem.

Johan i Pia ponownie podeszli do kobiety, która zdążyła trochę się uspokoić. Johan przedstawił się i kucnął przed nią.

– Czy zechce nam pani opowiedzieć, co tu się stało?

– Tak. Około dziewiątej razem z moim Romeo przyszłam na ulicę Donnersgatan – zaczęła kobieta. Odwróciła się i wskazała kierunek, z którego przyszła. – Szliśmy do kiosku, bo zachciało mi się lodów. Wiem, może to zabrzmieć dziwnie, że chciałam sobie kupić lody tak wcześnie rano, ale w moim wieku wolno mi zachowywać się trochę inaczej niż wszyscy. Zapewniam was, że w tamtym kiosku mają najlepsze lody na świecie. – Kobieta uniosła głowę i wpatrzyła się w dal. – Nagle zauważyłam na ulicy dwóch mężczyzn. Trzymali w rękach coś, co przypominało karabiny. Byli ubrani na czarno i mieli na głowach kominiarki, żeby nikt ich nie rozpoznał. Najpierw pomyślałam, że kręcą tu jakiś film. Ale nie zauważyłam ani kamer, ani żadnego innego sprzętu, więc domyśliłam się, że naprawdę jest to napad. Wszystko działo się tuż koło banku, ale nie chodziło o napad na bank. Ci bandyci zaatakowali strażników, którzy przywieźli pieniądze. To się chyba nazywa konwój.

– Co zrobili ci bandyci?

– Machnęli bronią i zmusili strażników, żeby otworzyli tylne drzwi w furgonetce. Potem zabrali stamtąd kilka worków. Wtedy zjawił się trzeci zamaskowany napastnik i pomógł im zapakować worki do ich samochodu. Ten trzeci bandyta... hm... coś było z nim nie tak.

– Co pani ma na myśli?

– To chyba była kobieta.

Johan drgnął. To całkiem nowa wiadomość. Radio i agencje prasowe informowały, że w napadzie na konwój z pieniędzmi w Klintehamn wzięło udział trzech zamaskowanych mężczyzn. I tylko tyle.

– Dlaczego pani tak uważa? – spytał.

– Bo poruszała się jak kobieta. Ale nie tylko to. Otworzyła tylne drzwi ich samochodu i wtedy podszedł jeden z bandytów z workami. Kiedy kobieta pochyliła się, żeby włożyć worki do bagażnika, wyszła jej na wierzch bielizna. To były czerwone kobiece majtki. Wyraźnie to widziałam. Były podciągnięte wysoko na biodra, tak jak teraz kobiety je noszą.

– I jest pani pewna, że to nie były męskie majtki?

– Absolutnie. To były takie cienkie majtki, jakie dzisiaj noszą kobiety. Przypominają tasiemki. Nie pojmuję, jak można coś takiego włożyć. Muszą być bardzo niewygodne. Nazywają się tak jak regały na książki, które były takie popularne w latach pięćdziesiątych. Od niedawna wróciła na nie moda. Jak to było... String! Tak jest, stringi. A przecież mężczyźni nie noszą stringów, prawda?

Po blaszanym dachu bębniły krople deszczu. Był to pierwszy deszcz na Gotlandii od wielu tygodni. Co jakiś czas zachmurzone, szare niebo przecinała jasna błyskawica. Terese Larsson zapaliła kolejnego papierosa i powoli wypuściła dym w stronę jarzeniówki wiszącej nad stołem. Rozkołysała się na krześle, odchyliła głowę i przymknęła oczy. Poczuła, jak ogarnia ją coraz większa ulga. Spiker czytający wiadomości w lokalnej rozgłośni radiowej poinformował przed chwilą, że stan dziewczynki ustabilizował się i jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Mieli cholerne szczęście.

Akcja przebiegła wzorowo i bez komplikacji, z wyjątkiem tego pechowego wypadku z dziewczynką. Kiedy odjeżdżali spod banku, pojawiła się na ich drodze dosłownie znikąd. Nie mieli szans, żeby ją ominąć. Z prawdziwym przerażeniem wspomina tamte ułamki sekund: jej zdumioną twarz, szeroko otwarte oczy, czapkę z daszkiem spadającą na ziemię, chude ręce machające rozpaczliwie w powietrzu i głuche uderzenie o zderzak. Huk, jaki się wtedy rozległ, przestraszył ją. Kątem oka zauważyła, że ojciec dziewczynki zostawia wózek z dzieckiem i biegnie w jej stronę. Widząc, co się dzieje, instynktownie wcisnęła pedał gazu i szybko stamtąd odjechała. Postępowała według dokładnie przemyślanego planu. Skierowała się na główną drogę prowadzącą w stronę Visby, ale przejechała tylko kilkaset metrów i skręciła w stronę miejscowości Sanda. To, czy zauważą ich mieszkańcy okolicznych domów nie miało znaczenia, bo chwilę później mieli się przesiąść do samochodu, który Jocke ukradł kilka dni wcześniej. Kiedy jakiś czas potem zjechali z drogi, znaleźli się na błotnistej ścieżce dla traktorów biegnącej między skrajem lasu a polami uprawnymi. Gałęzie wysokich krzaków uderzały o szyby ich samochodu. Jechała po wyboistym podłożu na zbyt wysokim biegu.

Zaparkowali na polanie. Kiedyś wykarczowano tu las, żeby zrobić miejsce pod słupy energetyczne. Teraz wznosiły się wysoko ponad roślinnością. Szybko zdjęli kurtki, spodnie i kominiarki, wrzucili wszystko do samochodu, a z bagażnika wyjęli torby z pieniędzmi i broń. Degen oblał samochód benzyną i podpalił. Pożar pojazdu mógł doprowadzić do eksplozji, więc szybko pobiegli z łupem do motocykli zaparkowanych kilkaset metrów dalej, prawie tuż przy głównej drodze.

Później usłyszeli w radiu, że ogień się rozprzestrzenił i wywołał pożar lasu. Lato było bezdeszczowe, ściółka wyschnięta na wiór. Wiedzieli, że ogień zatrze wszystkie ślady po ich bytności w tym miejscu.

Minutę po tym, jak samochód zajął się ogniem, wjechali na główną drogę. Mieli do przejechania krótki odcinek. Potem znajdą bezpieczne schronienie w pewnej opuszczonej posiadłości. Stare zabudowania znakomicie nadawały się na kryjówkę. Przyczają się tam przez kilka dni, aż sytuacja trochę się uspokoi, a potem spokojnie opuszczą wyspę.

Dom stoi na odludziu i jest dobrze zabezpieczony przed postronnymi osobami. To doskonała kryjówka. Przyjechali tu na długo przed napadem i zrobili dokładne rozeznanie. Przywieźli ze sobą tyle jedzenia i picia, żeby wystarczyło nawet na cały tydzień. Degen skombinował nawet jakąś starą lodówkę. Najdziwniejsze było to, że zakład energetyczny nie wyłączył prądu, chociaż dom stał opuszczony już od dłuższego czasu. Dwa pokoje nadal nadawały się do zamieszkania. Kuchnię oddzielała od sypialni zasłona. W domu zostało trochę starych mebli: kiwający się stół, kilka składanych krzeseł i wąskie łóżko. Wystarczy na ich skromne potrzeby. Jocke przywiózł kilka materaców, śpiworów i poduszek. Dom stoi na pustkowiu, więc nikt nie zauważył, że coś się w nim dzieje. W czasie napadu udało im się ukraść trzy worki, które, jak się spodziewali, były pełne pieniędzy. Mieli szczęście. Telewizja podała, że ich samochód doszczętnie się spalił, a stan dziewczynki uległ poprawie.

Terese sięgnęła po plastikowy kubek i upiła z niego duży łyk wódki. Poczuła, jak alkohol rozgrzewa jej żołądek. Spojrzała na swoich wspólników siedzących przy stole. Degen uśmiechnął się do niej szeroko.

– To zbyt piękne, żeby było prawdziwe – zarechotał Jocke. Uniósł brudny kubek z wódką i wzniósł toast: – Na zdrowie!

Drugi z mężczyzn i Terese też wznieśli kubki i wypili. Worki z pieniędzmi zanieśli do ziemnej piwniczki, w której dawniej przechowywano zapasy. To na wypadek, gdyby w workach znajdowały się nadajniki. W piwniczce nie ma zasięgu.

Na terenie całej posiadłości jest słaby zasięg, więc policji i tak nie uda się zlokalizować worków. Jednak lepiej być ostrożnym. Nie będą nawet próbowali ich opróżnić na własną rękę, bo się na tym nie znają. Jest prawie niemożliwe, aby zrabować worki z konwoju i wydobyć z nich pieniądze, bo automatycznie uruchamia się specjalny mechanizm, powodujący wybuch naboju wypełnionego farbą i pieniądze ulegają zniszczeniu. Na szczęście Degen zna kogoś w Sztokholmie, kto twierdzi, że wie, jak bezpiecznie wydostać pieniądze. Jest mu winien przysługę i obiecał pomoc.

Słyszeli, że w każdym worku może być nawet kilkaset tysięcy koron. Jeśli tak, to ich finansowe problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Cała ich trójka pilnie potrzebuje gotówki. Najgorszą sytuację ma Jocke, który jak zwykle jest winien sporo pieniędzy swojemu dilerowi. Przez cały rok próbował zerwać z nałogiem, ale bez powodzenia. A przecież diler nie będzie czekał na pieniądze za dostarczony towar. Nie interesują go jego wymówki.

Ona potrzebuje pieniędzy na dość trywialne rzeczy, takie jak jedzenie, ubranie, fryzjer i zakup mebli do nowego mieszkania. Wbrew przeciwnościom losu udało jej się podpisać umowę na wynajem lokalu we Fruängen. To jej pierwsze miejsce stałego zamieszkania od wielu lat. Za nic w świecie nie chciałaby znowu znaleźć się na ulicy. Ma trzydzieści dwa lata i już dłużej nie może tak żyć. Tęskni za spokojnym, normalnym życiem. Całym sercem pragnie, żeby dzisiejszy napad zakończył jej ciągłe problemy finansowe. Chce w końcu uporządkować swoje życie. Mając mieszkanie, może nawet znajdzie pracę. Na dodatek przydzielono jej w końcu kuratora. Nawet go polubiła i w pełni mu ufa. Ma po dziurki w nosie podejrzanych dzielnic, w których kwitnie handel narkotykami, pijaństwa i odsiadek za kratami.

Już i tak wiele przeszła. Zapaliła kolejnego papierosa i pomyślała o workach. Być może ich zawartość pomoże jej zacząć nowe życie.