Opowieści z tajgi - Mikołaj Bojkow - ebook

Opowieści z tajgi ebook

Mikołaj Bojkow

0,0
37,56 zł

lub
Opis

Książka jest zbiorem barwnych opowieści z dalekiej tajgi – takich, które wędrowcy
i myśliwi lubią snuć przy ognisku podczas długich i mroźnych wieczorów.

Przeczytamy tu między innymi o łowach na tygrysy z hrabią Potockim, o przeprawach przez lasy Mandżurii, o rozbójnikach i kłusownikach grasujących po północnych lasach,
ale i o nieustraszonych badaczach  zgłębiających w tych surowych warunkach życie północnej przyrody.

Autor, uważany za jednego z dwóch najlepszych specjalistów od tygrysów syberyjskich, w barwny i fascynujący sposób opisu je miejsca, które odwiedził podczas swych licznych wypraw, a także nietuzinkowe postacie napotkane na północnych szlakach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 248




PRZEZNACZENIE

Można wierzyć albo nie w przeznaczenie lub los, ale chcę opowiedzieć wam przypadek ze swoich obserwacji, który mimowolnie prowadzi do refleksji.

Miałem znajomego myśliwego, Stefana Żelezniakowa, mieszkającego w rejonie stacji Mulin. Zakończywszy służbę w Straży Ochrony Kolei Wschodniochińskiej, przeszedł do rezerwy i pozostał w Mandżurii. Zdobył jakieś gospodarstwo i zajął się polowaniem przemysłowym, co dawało mu możliwość życia z żoną i dwojgiem dzieci w dostatku.

I fizycznie, i duchowo był to jeden z tych krzepkich ludzi, którzy sami kształtują swój los, budując swoje gniazdo własnymi rękami, bez niczyjej pomocy i udziału. Jako wspaniały strzelec i niezmordowany leśny włóczęga łatwo zdobywał dużą zwierzynę. Wywoził ją na drogę końmi, zimą na saniach, a jesienią powozem z wołami.

Poznałem go przypadkowo na polowaniu, kiedy zmęczony, poszukując noclegu, natknąłem się na jego dom położony na peryferiach gęstego lasu cedrowego, w górnym biegu rzeki Murenii. Było już zupełnie ciemno. Zobaczyłem poprzez dębowe zarośla słabiutko migający ognik w oknie jakiegoś ubogiego leśnego szałasu. Na moje stukanie do drzwi obitych niedźwiedzią skórą z zimowej kryjówki wyszedł wysoki, barczysty brodacz, z nieco surowymi, jasnoszarymi oczami.

— Kto tam? — spytał, próbując dostrzec mnie w ciemności.

Przedstawiłem się, a on z entuzjazmem zaprosił mnie do siebie. Puścił mnie przodem, po czym szczelnie zamknął za sobą drzwi i przekręcił zatrzask.

Wnętrze wiele mówiło o profesji gospodarza. Po części przypominało opisy z życia naszych przodków w epoce niedźwiedzia jaskiniowego i mamuta, ale obecność lampy naftowej, cynowych naczyń oraz broni palnej sygnalizowała dobrodziejstwa współczesności i zdobycze cywilizacji. Kiedy się przedstawiłem i ściągnąłem z siebie wierzchnią odzież — w zimowej chacie było gorąco od ognia palącego się w zakurzonym piecu — wspólnie z gościnnym gospodarzem wziąłem się za pałaszowanie pysznego szaszłyka z dziczyzny. Później nieskończenie długo piliśmy herbatę i siedzieliśmy jeszcze mocno po północy, rozmawiając i przysłuchując się szumowi lasu oraz wyciu rudych wilków niosącemu się z głębi tajgi.

— Dawno już nie było tu wilków. I proszę, znów są — powiedział Żelezniakow, zakrywając komin szmatką do ogrzewania chat. — Najpewniej przyszły też tygrysy, ponieważ wilki zawsze idą za nimi z nadzieją na pożywienie się resztkami ich zdobyczy. Oznacza to, że moje polowanie przepadło i należy się stąd zwijać.

To rzekłszy, myśliwy legł na leśnym posłaniu z niedźwiedzich skór i najwyraźniej zamierzał już zasnąć, ale mu przeszkodziłem. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego polowanie przepadło i powinien się stąd zbierać, skoro najcenniejsza dziczyzna — tygrysy — pojawiła się w jego rejonie.

— Nie rozumiem pana — powiedziałem, przykręcając na jego prośbę lampę. — Dlaczego chce pan wyjechać, jeżeli ma pan szansę zdobyć cennego tygrysa?

Pomilczawszy trochę i okrywszy mnie futrzanym kocem, odpowiedział:

— Rzecz w tym, że tygrysów nie zabijam od czasu, kiedy miał miejsce pewien incydent. Polowałem w okolicy Mulin na bażanty. Mając piętnaście sztuk, zbierałem się już do domu. Gdy zarzuciłem je sobie na plecy, usłyszałem trzask gałęzi w gąszczu i wyszedł stamtąd tygrys. szedł prosto na mnie. Wbiło mnie w ziemię i stałem jak posąg. On także najwyraźniej się mnie nie spodziewał. Zatrzymał się i patrzył na mnie swoimi okrągłymi, żółtymi oczami. Oprzytomniawszy, zrozumiałem grozę swojego położenia. Byłem nieuzbrojony — broń zwisała z drzewa obok tygrysa! Patrząc prosto na niego, zacząłem się cofać z zamiarem ukrycia się za drzewami. Tygrys szedł w ślad za mną w odległości dwudziestu kroków i z jakiegoś powodu nie decydował się na atak.

Przeszedłem tak sto, może dwieście kroków — nie pamiętam. Dopiero wtedy poczułem, że bażanty uciskają moje ramię i przeszkadzają mi iść! Zrzuciłem je na ziemię i schowałem się za pień starego dębu. Tygrys szedł po moich śladach, aż natknął się na porzucone przeze mnie ptaki. Szturchnął je łapą, schwycił jednego w paszczę i zaczął go pożerać.

Kiedy zauważyłem, że się zatrzymał, przyspieszyłem kroku, a w końcu puściłem się pędem. Z początku kryłem się za drzewami, ale później biegłem już całą parą, nie zatrzymując się nigdzie do samej stacji. Tygrys nie poszedł za mną.

To było rano. Po obiedzie, zabrawszy ze sobą psy, wybrałem się z powrotem w to miejsce z dwoma innymi myśliwymi, aby odzyskać pozostawioną tam broń. Z bażantów zostały tylko skrzydła i ogony — tygrys pożarł całą resztę. Ale po nim samym nie było śladu. Dopiero teraz zrozumiałem z całą jasnością, że bażanty uratowały mi życie. Od tamtej pory nie strzeliłem żadnego tygrysa! Gdy tylko przypomnę sobie jego spojrzenie, robi mi się zimno, ręce i nogi mam jak z waty, a serce wysiada. Potem zabiłem mnóstwo zwierzyny, a niedźwiedzi to chyba ze czterdzieści, jednak ani jednego tygrysa, choć mogłem mieć ich co najmniej tuzin! Nic na to nie poradzisz: widocznie tak było mi sądzone! Ale nie jestem tchórzem, nie bez przyczyny otrzymałem za odwagę Krzyż Świętego Jerzego1.

To powiedziawszy, myśliwy zamilkł i zajął się rozpalaniem fajki. Po chwili jego brodata twarz zajaśniała czerwonawym światłem.

Wkrótce zasnąłem, zawinąwszy się razem z głową w futrzany koc. Zasypiając, słyszałem szum gęstego cedrowego lasu i wycie rudych wilków w odległych zakamarkach.

Na następny dzień zajęliśmy się wywozem zabitych zwierząt na stację Mulin, a wieczorem pożegnałem się z moim nowym znajomym i pojechałem do siebie — na stację Handaohezi.

Po dwóch latach, przejeżdżając przy jakiejś okazji przez stację Mulin, przypomniałem sobie o myśliwym Żelezniakowie i spytałem o niego jednego z miejscowych.

— Stefan Żelezniakow? Przepadł bez wieści z jakiś rok temu — odrzekł zagadnięty.

— Jak to się stało? Przecież był z niego dzielny i doświadczony myśliwy! Jeśli ma pan czas, proszę mi o tym opowiedzieć, z chęcią posłucham — poprosiłem mojego rozmówcę.

— A jakże! Pewnie, że tak! Za czas płacić nie muszę! — odpowiedział tubylec, sadowiąc się obok mnie na prętach przeznaczonych do naprawy drogi przy wschodnim semaforze. — W zeszłym roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, pojechał do tajgi na łowy. Wziął ze sobą psy. Kompanii nie lubił, zawsze polował sam. Obiecał wrócić na Nowy Rok. Nie zjawił się do tej pory. Widocznie tak mu było sądzone. Konie i psy wróciły do domu same. Wtedy żona, zabrawszy ze sobą trzech znajomych myśliwych, pojechała do tajgi szukać męża. Ale na próżno! Przepadł jak kamień w wodę! A z nim również karabin.

Przeszukano tajgę na przestrzeni dwudziestu wiorst2, ale niczego nie znaleziono. Ludzie doszli do wniosku, że albo zabili go hunhuzi3, albo napatoczył się na tygrysa. Ta druga możliwość jest bardziej prawdopodobna, ponieważ z psów wróciły tylko dwa, a dwa przepadły. Najpewniej to również sprawka tygrysa. Tajga jest wielka, gdzież tam znaleźć człowieka! W każdym razie przepadł bez śladu. A szkoda go! Dobry był z niego człowiek. Niech mu ziemia lekką będzie! Młodą żonę zostawił. Na początku, biedna, męczyła się sama z dziećmi, a później ponownie wyszła za mąż! Cóż, nic nie zrobisz. Widocznie taki był jego los.

To powiedziawszy, mój rozmówca pożegnał się ze mną i ruszył swoją drogą. A ja długo jeszcze siedziałem na prętach, podziwiając piękną Murenię toczącą swoje czyste wody skalistym korytem.

1 Właśc. Krzyż Zasługi Wojskowego Orderu Świętego Jerzego — rosyjskie odznaczenie wojskowe dla szeregowców i podoficerów za męstwo w bezpośredniej walce, stosowane w latach 1807–1917.

2 Wiorsta — rosyjska miara długości równa 1066,79 m.

3 Hunhuzi lub chunchuzi — bandyci grasujący na wschodnim pograniczu Rosji (Mandżuria, Kraj Nadmorski, Kraj Chabarowski); zwykle byli to chińscy chłopi i żołnierze oraz zesłańcy.

OPOWIEŚĆ KIEROWCY

— We wschodniej Afryce — tak zaczął swoje opowiadanie mój przyjaciel, stary szofer — gdzie znalazłem się zupełnie przez przypadek, z wo- li losu, przypadło mi długo pętać się bez celu. Na koniec w jednej z portowych kawiarenek Mombasy poznałem agenta firmy Cooka i wdaliśmy się w pogawędkę. Kiedy się dowiedział, że jestem kierowcą, i do tego bezrobotnym, zaproponował mi udział w myśliwskiej ekspedycji w głąb Afryki. Propozycję oczywiście przyjąłem. Zawarliśmy umowę na cztery miesiące, podaliśmy sobie ręce i wypiliśmy butelkę whisky.

Po godzinie oglądałem już samochód myśliwski, którym miałem wyruszyć jako kierowca w dżunglę „czarnego kontynentu”. Było to duże, mocne auto wyposażone we wszystko, co niezbędne do wypadów na pustkowia, w góry i lasy Afryki oraz do przeprowadzania polowań na grubą zwierzynę, włącznie ze słoniami.

Ekspedycja składała się z czterech lekkich pojazdów dla pasażerów oraz czterech ciężarówek. Brało w niej udział niemal trzydzieści osób, nie licząc czterech amerykańskich myśliwych, dla których to polowanie zostało zorganizowane.

Dowieziono nas do stacji kolejowej w Nairobi, skąd wyruszyliśmy w stronę południowo-zachodnich zakątków Jeziora Wiktorii, Niasa i Tanganika. Nie będę opisywał całego przebiegu wędrówki po sawannach oraz pustkowiach centralnej Afryki, która trwała dwa i pół miesiąca, a opowiem tylko niektóre epizody licznych polowań na grubego zwierza. W moim samochodzie siedział amerykański gentleman, pan Reed, od stóp do głów typowy jankes — wysoki, chudy, ogolony i okrutny.

Szczególnie zapadło mi w pamięć polowanie na antylopy na sawannie Serengeti, w którym pozyskano4 niewiarygodną ilość zwierzyny.

Gdy tylko wzeszło ostre afrykańskie słońce, wyjechaliśmy z obozu na sawannę. Przed nami rozciągała się bezkresna trawiasta równina z rzadkimi roślinami. Pan Reed, nie odrywając wzroku od lornetki, patrzył na horyzont pogrążony w porannej mgle.

— Stop! — usłyszałem krótkie polecenie.

Zatrzymawszy auto, spojrzałem naprzód, ale prócz białawej mgły niczego nie widziałem.

— Antylopy i zebry! — zakrzyknął myśliwy i dodał, wskazując kierunek: — Do przodu! Po cichu!

Auto pomknęło po trawie cicho niczym kot. Suche łodygi szeleściły, a dźwięk łamanych gałęzi był tłumiony przez grube opony.

Kształtne mimozy coraz wyraźniej wyłaniały się z siwej mgły i wkrótce zobaczyłem na żółtozielonym tle równiny jasne sylwetki antylop i pasiaste zebr. Było ich bardzo dużo, prawdopodobnie kilka tysięcy, ponieważ cały horyzont jaśniał od masy zwierząt.

Zauważyły nasze zbliżające się bezszelestnie auto i wydawały się mocno zdezorientowane. Ich głowy z postawionymi łyżkami5 były zwrócone ku nam. Stały nieruchomo niczym rzeźby, nie przeczuwając żadnego niebezpieczeństwa. Przypuszczalnie uważały auto za jakieś zwierzę. Odległość między nami zmniejszała się i stopniowo między zwierzętami zapanowało zamieszanie. Jednak dopiero kiedy znaleźliśmy się bardzo blisko — czyli na mniej więcej sto kroków — zdały sobie sprawę z grozy sytuacji i zaczęły uciekać. Ale było już za późno. Kilka szybkich wystrzałów z samopowtarzalnej broni myśliwego i zwierzęta, zabite lub zranione, padały jedno po drugim, zaścielając równinę martwymi tuszami.

Pędziliśmy po sawannie od jednego stada do drugiego, strzelając do nich z bliska, dobijając ranne sztuki i naganiając uciekające. W powietrzu rozbrzmiewało głuche dudnienie kopyt po suchym gruncie, które zlewało się z hukiem wystrzałów ze sztucera. Po upływie jakichś dziesięciu minut po stadzie nie został nawet ślad — pomknęło w głąb sawanny szybciej niż wiatr.

— Pełny gaz! — słyszę nad uchem krzyk myśliwego.

Samochód, zerwawszy się do przodu niczym wściekłe zwierzę, pognał w ślad za uciekającą masą. Stado nie zdołało jednak uciec — wkrótce dogoniliśmy galopujące zwierzęta i wjechaliśmy w sam środek kotłowaniny. Znów rozległ się huk wystrzałów sztucera i rozpoczęła się dalsza rzeź bezbronnych, pięknych stworzeń.

To był jakiś koszmar! Kierując autem, funkcjonowałem jak we śnie, jakbym nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje. Za nami podążała ciężarówka. Jadący nią ludzie zbierali tusze i dobijali ranne sztuki.

W taki oto sposób jeszcze kilka razy doganialiśmy antylopy i wybijaliśmy je dziesiątkami. W końcu znudzony pan Reed zrezygnował. Zatrzymaliśmy się, a stado pognało dalej, szukając ocalenia w ucieczce.

Zawróciliśmy i skierowaliśmy się w stronę obozu. Pan Reed był bardzo zadowolony z rezultatów polowania i zacierał ręce. Ciężarówka załadowana tuszami upolowanych zwierząt dotarła po dwóch godzinach. Przy podliczaniu wyszło, że położył w sumie sto osiemdziesiąt sześć antylop i trzydzieści dwie zebry. Pozostali myśliwi mieli podobne sukcesy. I tę rzeźnię szanowni gentlemani nazywali polowaniem!

Jednak nie zawsze te wyprawy kończyły się pomyślnie. Pamiętam przypadek, kiedy ranny lew uśmiercił kierowcę i o mały włos nie rozszarpał myśliwego. A było to tak.

Tropiciele — Murzyni — oświadczyli, że w odległości dziesięciu kilometrów w krzewiastym buszu zaległy lwy w liczbie dziesięciu sztuk. Z obozu wyruszyły dwa auta. W jednym z nich byłem ja z panem Reedem.

Na skraju gąszczu czekała na nas grupa Murzynów uzbrojonych w dzidy i tarcze. Według ich słów lwy pokładły się w samym środku gąszczu rzecznych zarośli. Postanowiono ruszyć w gęstwinę z dwóch przeciwległych kierunków.

Na początku busz był rzadki i auto poruszało się swobodnie, ale już po chwili tubylcy musieli zacząć oczyszczać drogę, wyrąbując drzewa i krzewy. Oczywiście szum zatrwożył drapieżniki, które wstały z zamiarem opuszczenia matecznika, lecz znalazły się w bezpośrednim sąsiedztwie pracujących Murzynów. Widząc beznadziejność położenia, zwierzęta poszły na całość i rzuciły się na bezbronnych czarnych. Rezultatem byli dwaj zabici i czterej ranni.

W tym czasie auta podjeżdżały już do gąszczu. Lwy, trzymając się w stadzie, okrążyły jedno z nich. Zasiadał w nim znany afrykański sportowiec pan Brown, który wystrzelił w stronę zwierząt.

Dwa młode lwy położono na miejscu i raniono lwicę. Stary samiec rzucił się w tym czasie na auto od tyłu, uderzeniem łapy powalił pana Browna, a następnie dopadł kierowcy i przegryzł mu kręgi szyjne. Tu należy podziwiać odwagę Murzynów! Widząc, że stary lew rozprawia się z kierowcą, podbiegli do samochodu i zakłuli drapieżnika dzidami.

Drugi z samców wyszedł na nasze auto. Zobaczyłem go dopiero wtedy, kiedy przywarował, szykując się do skoku. Muszę przyznać, że stchórzyłem — lew zdawał się przebijać mnie wzrokiem. Zamierzałem właśnie się pochylić, żeby udaremnić pierwsze uderzenie strasznego drapieżnika, lecz w tym momencie nad moim uchem rozległ się huk. Lew, otrzymawszy śmiertelny strzał w głowę, zwalił się na bok i wkrótce znieruchomiał.

Tak zakończyło się nasze polowanie na lwy. Pan Brown wywinął się stosunkowo niewielkim kosztem: miał zwichniętą łopatkę i zerwaną skórę z lewego ramienia. Jego kierowca natomiast przypłacił to życiem. Rosyjski emigrant, mój towarzysz w wędrówkach po Afryce, I.P. Kostrow, 25 lat. Służył wcześniej w Białej Armii6 na południu Rosji i razem ze mną został ewakuowany do Egiptu. Szkoda młodzieńca! Był poczciwym człowiekiem. W Aleksandrii została jego żona i małoletni syn, których utrzymywał, wysyłając im prawie całe swoje zarobki.

Należy jednak oddać sprawiedliwość amerykańskim gentlemanom! Po powrocie do Nairobi wysłali wdowie o cztery tysiące dolarów amerykańskich więcej, niż opiewało wynagrodzenie, a ponadto zaproponowali jej dobrą pracę w Ameryce.

Następnego dnia pochowaliśmy biednego Kostrowa na sawannie, na wysokim brzegu rzeczki Udżidżi, wpadającej do jeziora Tanganika.

Nad grobem postawiliśmy duży, ciężki głaz, żeby kości nieszczęśnika nie kusiły hien i szakali. Kiedy spuszczaliśmy go do grobu, oddaliśmy salwę honorową z dwunastu strzelb, naruszając dziewiczą ciszę tego pustkowia. Mnie jako jedynemu rosyjskiemu prawosławnemu przypadło zmówić modlitwę. Ze smutkiem rozstawałem się z tym grobem, ukrytym w afrykańskich zaroślach.

Pamiętam jeszcze jeden ciekawy przypadek — na moje auto rzucił się ranny nosorożec i prawie je przewrócił. To było już pod koniec wyprawy, kiedy zmierzaliśmy już z powrotem w stronę Nairobi. Mój samochód jechał z przodu kolumny. Daleko na równinie majaczyły pojedyncze sylwetki antylop gnu, jednak one nas nie interesowały. Podążaliśmy według kompasu, kierując się na północny wschód. Pan Reed palił swoje nieodłączne cygaro, z rzadka spoglądając przez lornetkę.

Zmierzchało. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając na sawannę czerwonawe, ukośne promienie. Zauważywszy niedaleko kępę mimoz, skręciliśmy ku nim z zamiarem zatrzymania się tam na nocleg. Po drodze dostrzegliśmy wśród krzewów dwa nosorożce. Były pochłonięte żerowaniem i nie zauważyły naszego samochodu.

Pierwszy wypatrzył je pan Reed. Wyskoczywszy z auta, rozpoczął podchód do najbliższego zwierzęcia. Nosorożec zaczął nasłuchiwać, podniósłszy głowę uzbrojoną w długi, krzywy róg. Rozległ się wystrzał, po którym poczułem mocne uderzenie w bok samochodu. Pojazd uniósł się, zachwiał i opadł. Wyobraziłem sobie, że ranny olbrzym zaszarżował na myśliwego, który odskoczył na bok, a bezwładny nosorożec zwalił się na auto i uderzył w nie z taką siłą, że wgniótł jego bok, miażdżąc okoliczne krzewy. Na szczęście kolejny strzał któregoś z myśliwych zatrzymał zwierzę, które mogło wyrządzić nam wiele szkód. Cały następny dzień upłynął nam na naprawie samochodu oraz preparowaniu głowy i skóry nosorożca.

Po upływie trzech dni znaleźliśmy się w Nairobi. Zawaliwszy auto sprzętem oraz różnorodnymi trofeami w postaci skór i rogów afrykańskich zwierząt, wyruszyliśmy do Mombasy, gdzie czekał na nas liniowiec oceaniczny kursujący między Marsylią i Afryką.

Po otrzymaniu należności od firmy Cooka w walucie amerykańskiej pożegnałem Afrykę i skierowałem się w inne bajkowe miejsce — do Indii.

Przypominając sobie pobyt na afrykańskiej sawannie i łowieckie wyprawy bogatych Europejczyków, zorganizowane z przepychem i komfortem, wyposażone w zdobycze współczesnej techniki i nauki, odruchowo robię porównanie z łowami naszych myśliwych polujących na ussuryjskie i mandżurskie tygrysy z nieskomplikowanej „berdany”7 lub — w najlepszym wypadku — z państwowej trzyrzędówki8. Ludzie ci idą samotnie w lasy tajgi, tropią drapieżnika i pozyskują go tak spokojnie jak każde inne zwierzę — ani trochę nie wątpiąc w celność swojego strzału i nie rozmyślając o niebezpieczeństwach takiego polowania.

W Turkiestanie, Kraju Nadmorskim i Mandżurii jest niemało myśliwych, którzy w młodym wieku zostali zawodowcami i mają na rozkładzie kilkadziesiąt tygrysów. W Indii na takiego zwierza polują ze słoniami, przy udziale setek psów myśliwskich. Strzelec siedzi na grzbiecie słonia i strzela do nagonionego tygrysa bez żadnego ryzyka dla siebie. Może na tym polega kulturalne polowanie, stanowiące sport i rozrywkę, ale ja patrzę na tę sprawę inaczej. Wydaje mi się, że w polowaniu ujawnia się charakter narodu i jego cechy. W łowach na niedźwiedzia i tygrysa rosyjski myśliwy musi wykazać się męstwem, dziarskością i miłością do natury. A ussuryjscy łapacze tygrysów, którzy chwytają zwierzę gołymi rękami bez żadnych podstępnych zabiegów czy sztuczek? Czyż nie są cudownymi bohaterami narodowych bajek?

Nie! Europejscy panowie i amerykańscy sportowcy, daleko wam do tych, na pierwszy rzut oka niepozornych, bohaterów pełnych ducha! Wy nie pójdziecie na niedźwiedzia z dzidą ani na ussuryjskiego tygrysa z „berdaną”! Wy zabijacie tygrysy i lwy, nie kładąc na szalę swojego drogocennego życia i nie narażając się na niebezpieczeństwo! Macie zupełnie inne charaktery i psychikę. Dla was te bodźce i motywacja, które zmuszają rosyjskiego człowieka stawać samotnie do pojedynku z niedźwiedziem i tygrysem, są zupełnie niezrozumiałe.

O ludziach słabych duchem Rusini mawiają, że mają „cienką żyłę”. Tak więc, panowie gentlemani, okazuje się, że wy też macie „cienką żyłę”. I nic się już na to nie poradzi.

Tymi słowami mój przyjaciel zakończył swoją opowieść.

4 Pozyskać — łow. upolować.

5 Łyżki — uszy zwierzyny płowej.

6 Biała Armia — inaczej: Biała Gwardia, Biały Ruch lub po prostu biali; ogół ruchów politycznych i zbrojnych z czasów wojny domowej w Rosji (1917–1923) zwalczających komunistów (bolszewików). Kolor biały w nazwie podkreśla opozycję wobec komunistów posługujących się symboliką koloru czerwonego.

7 Chodzi o karabin Berdana — jednostrzałowy karabin o prostej i dość niepewnej konstrukcji stanowiący podstawową broń armii rosyjskiej pod koniec XIX wieku.

8 Mowa o karabinie Mosin — broni powtarzalnej, która zastąpiła karabin Berdana i funkcjonowała jako podstawowe uzbrojenie wojska rosyjskiego do połowy XX wieku.

NOC PRZY OGNISKU

Tętniąca życiem, dziewicza przyroda, wywierając na cywilizowanego człowieka ożywczy i dobroczynny wpływ, nieodparcie przyciąga go do siebie pomimo wszelkich przeszkód i barier wnoszących się między człowiekiem a jego matką — naturą.

Dusząc się, w dosłownym i przenośnym znaczeniu, w kulturowych warunkach wielkiego miasta, człowiek szuka powietrza oraz światła. Jak ryba wyrzucona z wody otwiera usta, zachłannie łapiąc powietrze przesycone pyłem, zarazkami i wszelkimi odpadami nowoczesnej aglomeracji.

A jednak wielu mieszkańców miasta, dawno oderwanych od dziewiczej przyrody i zepsutych cywilizowanym miejskim życiem, trafiając na łono tej przyrody, doświadcza skrajnej bezsilności i klęski. Nierzadko znajdują się w położeniu bez wyjścia, a nawet giną, zupełnie nieprzygotowani do dzikiej i prymitywnej walki o przetrwanie.

Opisuję tu charakterystyczny przypadek obcowania z przyrodą człowieka niezwykle kulturalnego, ale „głupiego” i „nierozwiniętego” z perspektywy „mądrości tajgi”.

Tuż przed Bożym Narodzeniem przyjechał do mnie z Warszawy jeden z najbogatszych polskich magnatów, pan P.9, w celu zapolowania na grubego zwierza. Mieszkałem wtedy pośród lasów Szuchaja, na stacji Shitouchezi, i miałem wszelkie środki i możliwości do organizacji polowań na każdą skalę.

Pan P. przywiózł ze sobą doświadczonego i oddanego sługę — lokaja, w którego rękach znajdował się cały dobytek magnata, tj.: ubrania, bielizna, obuwie, amunicja, broń, a nawet pieniądze. Pod każdym względem typowy Leporello10 lub Sancho Pansa z Don Kichota.

Wygląd zewnętrzny hrabiego był równie typowy co jego sługi. Wysokiego wzrostu, zgrabny blondyn z urodą polskiego dworzanina wywierał wspaniałe wrażenie nie tylko imponującą powierzchownością, ale i wyszukanymi manierami, wychowaniem, charakterem oraz delikatnością.

Po wysłaniu telegramu spotkałem go na dworcu i przedstawiliśmy się sobie. Kiedy dowiedział się, że mieszkam sam, w dużym urzędowym mieszkaniu, zgodził się zatrzymać u mnie. Do dyspozycji miał dwa pokoje, w których rozlokował się ze wszystkimi swoimi rzeczami i ze swoim „Leporellem”, jak sam zwykł go nazywać. Po kąpieli założył swój miękki, jedwabny szlafrok, po czym uczesany, ogolony i wyperfumowany przyszedł do mnie do salonu, gdzie oczekiwałem na niego z kolacją. Zaspokoiwszy głód, przeszliśmy do gabinetu, w którym mój gość mógł podziwiać moje myśliwskie trofea — różnorakie skóry zwierzyny łownej, medaliony, wieńce i wypchane ptaki wiszące na ścianach całego pomieszczenia. Hrabiemu oczywiście najbardziej spodobał się tygrys — zawieszona nad biurkiem gigantyczna skóra z głową, otwartą paszczą i niebezpiecznymi kłami, która jak żywa patrzyła z kąta, błyskając żółtymi szklany- mi ślepiami.

Europejski gość przyglądał się tej głowie długo, z żywym zainteresowaniem. Patrząc na jej szerokie czoło, zaciągnął się drogim hawajskim cygarem i powiedział:

— Takie trofeum z radością zabrałbym ze sobą do Warszawy! Nasi nemrodzi, podobnie jak ja przebywający w Afryce, pękliby z zazdrości i rozdrażnienia! A mam również lwie skóry wywiezione z Abisynii!

— Nie widzę przeszkód, hrabio! — odpowiedziałem swojemu szlachetnemu gościowi. — Od pana zależy, czy zdobędzie pan takie trofeum w naszej tajdze. Jeśli pan sobie życzy, wybierzemy się pojutrze razem na polowanie. Właśnie trwa sezon łowiecki i jestem przekonany, że odniesie pan sukces!

— Z ogromną radością! — pospieszył z odpowiedzią. — Ale nie zgłębiłem jeszcze wszystkich tajników polowania w tajdze i pragnąłbym wiedzieć, jak praktykuje się u was łowy z podchodu.

Kiedy jednak się dowiedział, że przyjdzie nam iść na piechotę, robiąc do trzydziestu wiorst na dobę, nieść ze sobą zapasy i broń, nocować na śniegu pod gołym niebem i strzelać do zwierzyny z niewielkiej odległości, nierzadko sam na sam z drapieżnikiem, wyraźnie zmarkotniał, a jego zapał przygasł. Zamyślił się, puszczając kółka z aromatycznego dymu. Musiał podjąć ważną decyzję — rozważyć, czy zgodzić się na moją propozycję, czy nie. Rozumiałem go i nie przeszkadzałem mu w myśleniu.

Po kilku minutach rozmyślania hrabia odłożył swoje niedokończone cygaro do popielniczki i, wpatrując się we mnie jasnymi niebieskimi oczami, powiedział:

— Przyznaję, że czegoś takiego się nie spodziewałem. Myślałem, że tutaj poluje się tak samo jak w innych krajach — z psami gończymi, obławą, nagonką — czy też jak w Indiach: z fadrami i naganiaczami, którzy zaganiają zwierzynę prosto na strzał! Nie po to przyjechałem tu z Europy, żeby wracać osiem tysięcy kilometrów z pustymi rękami! Przyjmuję pana propozycję. Gotów jestem iść z panem nie tylko na tygrysa, ale i na samego czorta! Chcę spróbować łowów z podchodu w śniegach mroźnej tajgi! Poza tym co powiedzieliby moi koledzy w Warszawie, gdybym wrócił z pustymi rękami? To byłaby straszliwa hańba zarówno dla mnie, jak i dla całego mojego rodu!

Dzień później, o świcie, hrabia i ja pojechaliśmy koleją wąskotorową trzydzieści pięć wiorst w głąb tajgi. Stamtąd, w jasny mroźny poranek, doszliśmy leśną ścieżką do przełęczy Lanzalin i zaczęliśmy się wspinać. Obrazy ciemnego, gęstego lasu cedrowego odkrywające się przed nami porażały swoim majestatem i pięknem nawet takiego bywalca i podróżnika jak hrabia P., który widział wszystkie cuda.

— Tak, oto ona, mandżurska tajga! — mówił mój gość. — Teraz widzę, że ma pan rację, wysławiając ją w swoich poetyckich opowiadaniach i esejach! Dużo podróżowałem i widziałem piękne kraje we wszystkich częściach świata, ale ten pierwotny las wywiera szczególne wrażenie. Te kolosalne cedry i modrzewie, oplecione winoroślą i lianami, aż proszą się o obraz! Szkoda, że nie przebywali tu Szyszkin11 i Klewer12, dla nich byłoby to niewyczerpane źródło tematów! A te oto granitowe skały z cedrami i świerkami czyż nie zasługują na pędzel artysty?

Tak rozprawiając i zachwycając się, szedł w ślad za mną, nieustannie potykając się o skryte w śniegu kamienie i pnie drzew.

Wszystko układało się pomyślnie, kiedy trzymaliśmy się szlaku, lecz gdy skręciliśmy w bok i poszliśmy po tropie jelenia, który przecinał nam drogę, sprawy przybrały nieciekawy obrót. Mój kompan poruszał się powoli, często się zatrzymywał i zalewał potem mimo silnego mrozu, a w końcu oświadczył, że dalej iść nie zdoła.

Co było robić? Powrót na bocznicę nie miał sensu, ponieważ przeszliśmy już około dziesięciu wiorst. Należało więc iść przed siebie, a pokonawszy grzbiet, zejść w dół, gdzie znajdowała się myśliwska fanza13, w której mogliśmy odetchnąć i nabrać sił.

Dotarliśmy tam dopiero pod wieczór. Słońce było już nisko i zbliżała się noc. Wolałem nie ryzykować spania w fanzie, więc należało zatroszczyć się o nocleg. Mój towarzysz ze stoickim spokojem znosił cierpienia.

— To nic, to nic, proszę się nie martwić! — mówił z dobrodusznym uśmiechem. — Tak należy! Nie znasz wody, to do niej nie wchodź! Mimo wszystko jestem szczęśliwy! Byłem w dzikiej tajdze i doświadczyłem trudów zimowego polowania z podchodu. Nie każdemu europejskiemu sportsmenowi jest to dane!

Po przygotowaniu opału na noc i naszykowaniu przy ognisku posłania z jodłowych gałęzi poradziłem podupadłemu na duchu hrabiemu, by nie myślał o niczym oprócz odpoczynku. W międzyczasie nadeszła noc i tajgę okrył nieprzenikniony mrok. Siedząc przy wesoło strzelającym ognisku i popijając gorącą herbatę z rumem, nieszczęśliwy myśliwy jak gdyby się ożywił i nabrał ducha. Żartował i śmiał się z siebie, wspominając swoją komiczną sylwetkę, obciążoną bagażem, w walce ze śnieżnymi zaspami, wiatrochronem i zaroślami tajgi.

Pohukiwanie sowy dolatujące z głębi wąwozu zmusiło go do wytężenia słuchu.

— Co to takiego? — spytał, chwytając za swój wspaniały ekspres i wbijając przestraszony wzrok w ciemność.

— Proszę się nie denerwować! — odpowiedziałem. — To sowa! W tym miejscu nic i nikt nam nie zagraża. Lepiej niech się pan położy i zaśnie. Ja będę stał na straży do północy, później się zmienimy i w taki oto sposób przenocujemy. Rano skierujemy się na zachód, do wieczora przejdziemy jakieś trzydzieści wiorst i wrócimy do domu samochodem.

Posłuchawszy mojej rady, hrabia zaległ na miękkiej, leśnej pościeli i wkrótce spał jak zabity. Pilnując, by ognisko nie zagasło, także się położyłem po jego drugiej stronie i przysłuchiwałem się monotonnemu szumowi tajgi, który potęgował wrażenie ciszy i spokoju panujących pod leśnym sklepieniem.

Gdy nadeszła północ, żal mi było zrywać głęboko śpiącego hrabiego, więc dałem mu możliwość pospać jeszcze około godziny. Kiedy w końcu go obudziłem, skoczył na równe nogi.

— Co się stało? — wykrzyknął znowu, chwytając za broń.

— Nic, nic! — uspokoiłem go. — Teraz pana kolej trzymać straż, a ja się prześpię. Proszę nie zapominać o podtrzymywaniu ognia. Proszę też słuchać uważnie wszystkiego wokół i przy najmniejszym podejrzanym dźwięku natychmiast mnie obudzić. Z nudów może pan pić herbatę, ale w żadnym wypadku niech pan nie zaśnie, ponieważ nie jest pan w Europie, a w Azji, i do tego w gęstej tajdze!

Dawszy mu jeszcze kilka przydatnych praktycznych instrukcji, ległem na świerkowej pościeli i w mgnieniu oka zasnąłem.

Jak długo spałem, nie wiem, ale w nocy obudził mnie hrabia P., potrząsając moim ramieniem.

— Proszę szybko wstawać! — szeptał zdenerwowany, ściskając w rękach swój ekspres. — Pośród drzew ktoś chodzi, słychać trzaski i szepty! Już od dawna przysłuchuję się tym odgłosom i w końcu postanowiłem pana obudzić.

Wstałem i przetarłem oczy. Było zimno. Ogień ledwo migotał w ciemności. Nadstawiłem uszu, ale niczego szczególnego nie wychwyciłem. Tajga szumiała tak samo jak zawsze, gdzieś w oddali wyły czerwone wilki14, w górskim potoku dudniła woda uwięziona pod lodem, a drzewa pękały od mrozu z dźwiękiem przypominającym odległe, stłumione wystrzały.

— Proszę się uspokoić, panie hrabio! — oświadczyłem swojemu niedoświadczonemu w sprawach tajgi kompanowi. — To tajga szumi i wilki wyją z głodu! A nasze ognisko wygasa! Proszę szybko dołożyć drewna, inaczej zamarzniemy!

Z tymi słowami zacząłem rzucać na tlące się szczapy suche konary i gałęzie świerków. Po chwili nad ogniskiem rozbłysnął jasny płomień i ku niebu wzniósł się snop iskier, które stopniowo gasły w ciemnej głębi pośród olbrzymich cedrów.

— A ja już myślałem Bóg wie co! — przemówił mój towarzysz skonfundowany i wyciągnął z papierośnicy cygaro. — Wydawało mi się, że ze wszystkich stron otaczają nas wrogowie gotujący nam zagładę! Najwyraźniej nigdy nie przywyknę do waszej tajgi. Nic ze mnie nie będzie! Nigdy nie stanę się łowcą zwierząt! Do tego są potrzebne żelazne nerwy, wyjątkowo silna psychika i naturalne predyspozycje! Proszę się kłaść spać! Będę dalej czuwał, ale już nie będę pana niepokoić!

To powiedziawszy, hrabia P. zapalił cygaro i usiadł na kawałku drewna w pobliżu jasno palącego się ogniska. A ja znowu ułożyłem się na swoim miękkim, pachnącym posłaniu i zasnąłem jak dziecko. Do świtu było jeszcze daleko. Zasypiając, słyszałem głębokie westchnienia i nerwowe pokasływanie swojego znamienitego towarzysza.

Pomimo obietnicy hrabia ponownie mnie obudził — szczękaniem zwalnianego zamka sztucera i rozmową z samym sobą.

— Proszę spojrzeć! — Wskazywał w ciemności drżącą ręką. — Tam coś się świeci, jak gdyby para oczu! To się pokazują, to znikają! Czy to aby nie tygrysy? Wydaje mi się, że słyszałem ich warczenie!

Wpatrując się w głąb ciemnych zarośli, ja również zauważyłem w dali parę okrągłych, połyskujących oczu. Kiedy patrzyły w naszą stronę, odbijał się w nich ogień naszego ogniska. Czasami kierowały się w bok, a czasem gasły. Były ich może ze trzy pary — jedna ogromna jak reflektory, pozostałe nieco mniejsze. Wiedziałem, że to nie wilki, ale nie miałem też pewności, że to tygrysy. Jednak kiedy do moich uszu dobiegło głuche mruczenie, wszystkie moje wątpliwości się rozwiały. To rzeczywiście były tygrysy! Najprawdopodobniej tygrysica z młodymi. Chodziły wokół naszego obozowiska z pełnym szacunku dystansem. Ich zamiary nie były jasne. W każdym razie należało zastosować wszelkie środki ostrożności.

— Wie pan, hrabio — zagadnąłem swojego towarzysza, dokładając drew do ogniska. — Ma pan całkowitą rację. Okrążają nas tygrysy i powstrzymuje je tylko blask ogniska. Musimy podtrzymywać ogień i obserwować ruchy zwierząt! Raczej nie mają zamiaru na nas napadać, lecz warto być czujnym i nie oddalać się zbytnio od ogniska! Najgorsze jest to, że nie starczy nam drewna na całą noc. Jeśli wkrótce nie odejdą, będziemy zmuszeni pójść po drzewo dalej w las, a to już ryzykowne! Ale co ma być, to będzie!

Z tymi słowami wyjąłem z ogniska płonące polano i z toporkiem w ręce udałem się po opał. Hrabia wodził za mną wzrokiem, w lewej ręce trzymając pogrzebacz, a w prawej naładowany sztucer. Wetknąwszy płonące polano w śnieg, zacząłem rąbać posusz, szybko machając toporem. Starałem się nie patrzeć w głąb tajgi, gdzie połyskiwały — to pojawiając się, to znikając — ślepia drapieżników. Mój towarzysz stał obok mnie, wymachiwał bronią i obrzucał osaczające nas zwierzęta niewybrednymi epitetami w języku polskim, przy czym najczęściej padało ulubione polskie przekleństwo: „Psiakrew!”.

Żeby mieć więcej zapasów, odbyliśmy wycieczkę po opał trzy razy. Za każdym razem tygrysy nieco się oddalały i wyrażały swój gniew niezadowolonym pomrukiwaniem. Nad ranem odeszły na dobre. Jeszcze przez pewien czas dało się słyszeć ich ryk daleko za przełęczą, a wkrótce zamilkły zupełnie.

Kiedy zrobiło się jasno i nocne cienie w tajdze zniknęły, poszliśmy po tropie tygrysów. Zwierzęta oddaliły się od głównego grzbietu i z powodu masy poprzewracanych pni, zasp i nieprzeniknionych zarośli trudno było je tropić. Zarzuciliśmy więc trop i pod wieczór wyszliśmy na trzydziestą wiorstę koncesji, a stamtąd kolejką wąskotorową powróciliśmy na stację.

Hrabia P. polował ze mną jeszcze przez jakiś miesiąc. Następnie, zabrawszy niektóre trofea ze skór i medalionów, wyjechał do Władywostoku, a stamtąd do Indii, gdzie zamierzał polować na tygrysy w komfortowych warunkach, czyli z udziałem słoni i setek psów myśliwskich. Nie chciał wracać do Warszawy bez tygrysiej skóry, którą obiecał swojej narzeczonej.

— Wasze mandżurskie tygrysy to psia krew! — mówił, żegnając się ze mną i mocno potrząsając moją ręką. — Nie da się ich podejść w żaden inny sposób, jak tylko skradając się ku nim ostrożnie w czasie polowania z podchodu. Ale jeśli człowiek odrobinę się zapomni, sam skończy jako ich śniadanie! Nie, nie jestem stworzony do łowów na wasze tygrysy! Psiakrew!

Jestem