Opowieści niesamowite 2. Literatura rosyjska - Opracowanie zbiorowe - ebook

Opowieści niesamowite 2. Literatura rosyjska ebook

Opracowanie zbiorowe

4,3

Opis

Tom drugi serii gromadzi to, co najbardziej niesamowite w prozie rosyjskiej. Klasyczni autorzy: Michaił Arcybaszew, Walery Briusow, Anton Czechow, Fiodor Dostojewski, Nikołaj Gogol, Władimir Titow, Michaił Lermontow, Nikołaj Leskow, Aleksandr Puszkin, Aleksy K. Tołstoj, Iwan Turgieniew; znakomici tłumacze: Irena Bajkowska, Natalia Gałczyńska, Paweł Hertz, Maria Leśniewska, Seweryn Pollak, René Śliwowski, Jerzy Wyszomirski. Jak pisze w posłowiu Maciej Płaza: „Rosyjskie opowieści niesamowite jak mało które utwory tego gatunku lubią być właśnie opowieściami; czytamy je, zwłasz­cza te najwcześniejsze, głównie uchem, słyszymy, jak tętni w nich jeszcze żywioł ludowej ględźby. O czym zaś przez wieki ględziło się po futorach w okrutne zimowe noce, przy słabym świetle pieca i łojowej świeczki? […] Dwie były głów­ne pokusy, które wiodły Rusina do złego: chciwość i żądza”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 568

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROJEKT OKŁADKI : Frycz i Wicha
REDAKTOR PROWADZĄCY: Kamil Piwowarski
KOREKTA: Małgorzata Denys, Renata Kuk, Dobrosława Pańkowska
Wstęp, noty: © Copyright by the Estate of René Śliwowski, 2019; Dama pikowa: © Copyright for the Polish translation by the Estate of Seweryn Pollak, 2019; Wij: © Copyright for the Polish translation by the Estate of Jerzy Wyszomirski, 2019; Rodzina wilkołaka, Siostry, Maleńki człowiek, Bajka starego prokuratora: © Copyright for the Polish translation by the Estate of René Śliwowski, 2019; Bobek: © Copyright for the Polish translation by the Estate of Maria Leśniewska, 2019; Pieśń triumfującej miłości: © Copyright for the Polish translation by the Estate of Paweł Hertz, 2019; Czarny mnich: © Copyright for the Polish translation by Natalia Gałczyńska, 2019
Nie udało nam się dotrzeć do spadkobierców Ireny Bajkowskiej. Prosimy o kontakt z sekretariatem: [email protected]
Wydanie drugie
Warszawa, 2019
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019
ISBN 978-83-66272-97-2
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

Michaił Arcybaszew

Walerij Briusow

Anton Czechow

Fiodor Dostojewski

Nikołaj Gogol

Tit Kosmokratow (Władimir Titow)

Michaił Lermontow

Nikołaj Leskow

Władimir Odojewski

Antonij Pogorielski

Aleksandr Puszkin

Fiodor Sołogub

Aleksiej K. Tołstoj

Iwan Turgieniew

René Śliwowski

Wstęp

Nurt fantastyczno-niesamowity nigdy, w żadnym okresie rozwoju literatury rosyjskiej nie zajął w niej miejsca dominującego. Stanowił jedynie margines zainteresowań jej twórców, co jednak nie znaczy, by i w tym gatunku nie powstały tu arcydzieła i po prostu godne uwagi − ze względu na swą formę literacką i zawarte w nich treści − utwory.

O literaturze tego typu znacznie mniej się pisało, jeżeli pominąć rozważania specjalistów na temat roli i wagi tych elementów w twórczości poszczególnych pisarzy. Przy czym z reguły badania nad tą domeną twórczości wiązały się głównie ze sprawą kształtowania prozy realistycznej, o wiele rzadziej bywała ona obiektem studiów sama w sobie.

Jeżeli jednak przyjrzeć się bliżej z tego właśnie punktu widzenia ewolucji prozy rosyjskiej, okaże się, że nie ma prawie − z nielicznymi wyjątkami − żadnego pisarza, który by w jakimś okresie swego życia nie próbował sił również i w tym gatunku. Owe próby, bądź to zwykłe młodzieńcze ćwiczenia stylistyczne, bądź to ważkie enuncjacje artystyczne o wymowie filozoficzno-społecznej, powstają w różnym natężeniu w zależności od „klimatu epoki”, od panujących mód, prądów literackich, które sprzyjają lub nie tego rodzaju wypowiedziom. Tak oto, na przykład, gatunek ten zdradza wyraźnie tendencję do zaniku w burzliwym okresie „odwilży posewastopolskiej”, jaka nastąpiła po panowaniu Mikołaja I, w latach sześćdziesiątych, by znaleźć następnie swych znakomitych odnowicieli w osobie sędziwego Iwana Turgieniewa, a jeszcze później − w gronie rosyjskich symbolistów.

To romantyzm odkrył w Rosji − podobnie jak w innych krajach − uroki fantastyki, puścił wodze niepohamowanej wyobraźni, kazał sięgnąć do skarbnicy ludowych wierzeń, by z nich czerpać natchnienie, niesamowite wątki i motywy. Do skarbnicy ludowej − z jednej strony, i obcych doświadczeń literackich − z drugiej. Już w pierwszym ćwierćwieczu wieku XIX Rosja wykształcona, Rosja literacka odkrywa E.T.A. Hoffmanna. Przekłady jego utworów pojawiają się tutaj od roku 1822, a więc o sześć lat wcześniej niż we Francji. A wkrótce potem odzywają się też pierwsi „rosyjscy hoffmanniści”, przenosząc jego tajemniczy świat na grunt rosyjski. Ten okres bezpośrednich zapożyczeń nie trwa jednak długo, choć jego inspiratorskiej roli nie sposób lekceważyć.

Pierwszą jaskółką tych nowych zainteresowań była właśnie Lafertowska Makownica Antonija Pogorielskiego, który na gruncie rosyjskim odegrał rolę „inicjatora” gatunku opowieści niesamowitych, analogicznie jak we Francji Cazotte i jego Zakochany diabeł.

Oczywiście był przed nim Aleksandr Biestużew-Marliński, a jego „gotyckie opowieści” cieszyły się wśród współczesnych zawrotną wręcz popularnością. Dziś nawet Straszna przepowiednia − poczytywana za „encyklopedię ludowej rosyjskiej demonologii” − nie budzi, jak ongiś, dreszczu grozy, nie fascynuje, raczej nuży. Natomiast debiut Pogorielskiego, który spotkał się także z bardzo życzliwym przyjęciem, zachował nadal świeżość i wdzięk. Opowiadanie urzekło Puszkina. Pod wrażeniem lektury napisze 27 marca 1825 roku do brata Lwa: „Mój drogi, cóż to za urocza rzecz Kot babuni [tak pierwotnie brzmiał tytuł utworu − R.Ś.]. Przeczytałem całą opowieść dwukrotnie, i to jednym tchem, i teraz tylko Murłykin mi chodzi po głowie”.

Zaiste, Arystarch Murłykin − kotopodobny konkurent, dziwny „gość cicho mruczący pod nosem” − to wspaniałe odkrycie literackie. Urzekające po dziś dzień.

Bowiem czyż nie jest w prostej linii potomkiem pomocnika lafertowskiej wiedźmy, „czarnego kota z błyszczącymi oczami i pałąkowato wygiętym grzbietem”, kota w „zielonym surducie”, o ludzkiej twarzy „zamiast dawnej krągłej kociej główki”, uderzającego w konkury do biednej Maszy − nasz współczesny znajomy, Behemot, pomocnik Wolanda z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa? Ależ tak, Behemot − ów „kocur, który nie wiadomo skąd się wziął, wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, czarny jak sadza lub gawron”[1], Behemot − ten „rozwalony w nonszalanckiej pozie przerażających rozmiarów czarny kocur z kieliszkiem wódki w jednej łapie i z widelcem, na który zdążył już nadziać marynowany grzyb − w drugiej”, Behemot − „kotopodobny grubas”, który zjawia się w czapeczce „na okrągłej głowie porośniętej gęstym włosem przypominającym kocią sierść” w moskiewskim Domu Gribojedowa, z całą pewnością wywodzi się z rodu Murłykinów!

Błyskawiczne przemiany Behemota, jego psikusy, ingerowanie w ludzkie sprawy, szaleńcze pomysły (udział w seansie czarnej magii w teatrze Variétés, podpalenie sklepu walutowego, końcowa scena bijatyki itd.) przerastają zapewne imaginację autora Lafertowskiej Makownicy o bagaż naszych współczesnych doświadczeń i lektur − trudno się jednak oprzeć wrażeniu, iż to on był ich prarodzicem. Zwłaszcza kiedy czytamy opis odwiedzin Maszy u lafertowskiej handlarki, a następnie scenę konkurów Arystarcha Murłykina, kiedy to biedne dziewczę rozpoznaje w nim czarnego pomocnika starej wiedźmy: „Na ławce obok ojca siedział mężczyzna średniego wzrostu w zielonym mundurowym surducie − ta sama twarz, te same oczy, które kiedyś dostrzegła u czarnego kota...”.

Czarny kocur − pomocnik czarownic − to charakterystyczna postać bajek ludowych. Jego niepokojące kształty migają w niejednym opowiadaniu niesamowitym (zestawiono przecież niejednokrotnie opis czarnego kota z Lafertowskiej Makownicy z analogicznym opisem w Złotym garnku Hoffmanna). Równie często występuje zresztą motyw wcielania się szatana w postać zwierzęcia, przyjmującego następnie ludzką powłokę. Jednakże u Pogorielskiego, a potem u Bułhakowa urzeka koloryt lokalny owych czarów, ich realne, konkretne tło społeczno-obyczajowe (Petersburg lat dwudziestych ubiegłego stulecia, Moskwa lat dwudziestych–trzydziestych naszego wieku), satyryczne widzenie szatańskich wcieleń, wisielczy humor (kapitalny zielony mundur urzędniczy Arystarcha Murłykina, przekomiczne perypetie Behemota − domniemanego pisarza itd.).

Bo też od samego początku rosyjskie opowieści fantastyczne tkwiły głęboko w rosyjskiej rzeczywistości. To z niej wyrastał ich najciekawszy, najbardziej płodny myślowo i najbardziej oryginalny nurt satyryczno-filozoficzny, Gogolowskie arcydzieła (Nos, Pamiętnik szaleńca) i ich liczni powinowaci.

Przedziwne opowieści o najbardziej fantastycznych zdarzeniach, jakie przytrafiały się bohaterom w stolicy i na głuchej prowincji rozległego imperium Romanowów, stają się świadomie stosowanym chwytem, pozwalającym wypowiedzieć się na temat współczesności, wyrazić prawdy choćby najbardziej gorzkie, których zapewne w innej formie przemycić by się nie udało. Ten zaś, kto gruntownie zapoznał się z epoką, w jakiej powstały omawiane utwory, wie, jak bardzo powiązany z rzeczywistością był ten najbardziej ambitny nurt literatury „niesamowitej”.

Nader charakterystyczne jest w tym sensie zamieszczone w niniejszym tomie opowiadanie Władimira Odojewskiego Bajka o ciele martwym nie wiadomo do kogo przynależącym, najbliższe Gogolowskim tradycjom. To poddańcza Rosja z czasów Mikołaja I zrodziła handlującego „martwymi duszami” Cziczikowa, to z ówczesnego układu stosunków społecznych, ściśle przestrzeganej, zgodnie z obowiązującą tabelą o rangach, hierarchii, wyrastały kompleksy i urojenia radcy kolegialnego Kowalowa, któremu własny nos jawił się jako radca stanu, „zadzierający nosa” wyższy rangą urzędnik! I z niej, a nie z bujnej wyobraźni rosyjskiego hoffmannisty, wywodziły się „ciała martwe nie wiadomo do kogo przynależące”, będące zmorą rosyjskich chłopów na całym obszarze cesarstwa. Sam fakt znalezienia na terenie jakiejś wioski nieboszczyka − a zdarzało się to często − zatem wszczęcia śledztwa w gminie, oznaczał ruinę jej członków. Okupienie się przybyłym urzędnikom sądowym nie było sprawą prostą: łupili wszak ze znawstwem, do ostatniej koszuli. We wspomnieniach Aleksandra Hercena z jego pobytu na zesłaniu w Wiatce, gdzie ślęczał przez lat kilka nad różnymi papierzyskami w kancelarii generała-gubernatora, znajdujemy, można rzec, swoisty komentarz do tego utworu Odojewskiego: „Jeśli isprawnik i naczelnik policji ziemskiej − czytamy tam − natrafią na jakieś zwłoki, korzystając z mrozu, wożą je przez dwa tygodnie po wsiach wotiackich i w każdej wsi oświadczają, że je dopiero co znaleźli i że śledztwo i sąd ma się odbyć w ich wsi. Wotiacy wykupują się”[2]. Wykupywali się nie tylko Wotiacy. Majaki pijanego urzędnika sądu ziemskiego o ciele martwym i jego właścicielu miały więc całkiem realną motywację.

Stąd też wywodzi się we współczesnej literaturze linia kontynuująca stylistykę i satyryczne wizje Nosa i Bajki o ciele martwym, nawiązująca do znanego w literaturze motywu „człowieka bez cienia”, „człowieka bez odbicia w lustrze” (Hoffmann), swoiście przekształconego w twórczej wyobraźni pisarzy rosyjskich. Bezsprzecznie z tradycji Gogola i Odojewskiego wyrósł kapitalny pomysł „pracującego garnituru”, człowieka, który stracił ciało na skutek diabelskich sztuczek Behemota, rozkazawszy nieopatrznie „wyrzucić go stąd natychmiast, niech mnie diabli porwą”! To już nie ciało martwe bez właściciela i nie pozbawiony nosa major Kowalow, lecz wizja współczesnego biurokraty: „Za ogromnym biurkiem, na którym stał masywny kałamarz, siedział pusty garnitur i nieumoczonym w atramencie piórem wodził po papierze. Garnitur był w krawacie, z butonierki sterczało wieczne pióro, ale ponad kołnierzykiem nie było ani szyi, ani głowy, z mankietów nie wychylały się dłonie. Ubranie pogrążone było w pracy i w ogóle nie zauważało panującego wokół zamętu”. Z głową czy bez, wypełniony wewnątrz czy pusty, to nie zmienia istoty rzeczy: „I pisze, pisze, pisze! Zwariować można! Rozmawia przez telefon! Garnitur!” − opowiada o swym szefie zmartwiała z przerażenia sekretarka. Tak oto na innym materiale, w innych celach powracają znowu stare rekwizyty literackie: postacie bez ciała, bez głów, bez myśli, bez życia, tępi biurokraci, oszuści i wydrwigrosze, którzy w każdych warunkach znajdą sposoby, by się przystosować do zmienionych okoliczności i uprawiać swój niecny proceder.

Istotne miejsce w utworach z gatunku niesamowitych zajmowało z reguły studium obłędu. Analiza obłędu jako zjawiska psychicznego bądź psychospołecznego powraca nieustannie w rosyjskiej fantastyce. Pojawia się wraz z narodzinami tego gatunku, pełniąc różne funkcje: bądź jako element wyjaśniający po prostu halucynacje, przywidzenia, a więc sprowadzający całą warstwę fantastyczną do chorobliwych urojeń (Puszkinowska Dama pikowa), bądź jako pretekst do snucia istotnych refleksji natury filozoficznej (Czarny mnich Czechowa). „Sobowtórstwo”, problemy „rozdwojenia jaźni”, halucynacji fascynują wielu rosyjskich pisarzy, stają się pretekstem do głęboko osobistych wynurzeń. Można tu wymienić, nie sięgając daleko, pozostając w kręgu pisarzy szeroko znanych, Gogolowski Pamiętnik szaleńca i Nos, Sobowtóra Dostojewskiego, Sylfidę Odojewskiego, Widma Turgieniewa, Czarnego mnicha Czechowa, Czerwony kwiat Garszyna, Czerwony śmiech, Widma i On Andriejewa, Małego biesa Sołoguba, nowele Briusowa (W zwierciadle) i wiele innych.

Większość tych utworów miała z reguły podwójne dno, podtekst natury socjalnej, traktowała w rzeczy samej o obłędzie społecznym, dając do zrozumienia, że „normalne” są właściwie myśli i czyny „szaleńców”, „nienormalnym” zaś świat, w jakim żyją. I znowu wiedza historyczna przychodzi w sukurs tym, których zafascynowały zagadki zaszyfrowanych opowieści.

Annie Achmatowej, tropiącej Puszkinowskie motywy w Samotnym domku na Wyspie Wasiljewskiej, finał tej opowiedzianej pewnego wieczoru przez poetę i spisanej następnie przez Titowa opowieści kojarzy się nie z tradycyjnym rozwikłaniem charakterystycznym dla tego gatunku, lecz z realnymi faktami epoki mikołajowskiej, mianowicie z „realnym szaleństwem Mateusza Dmitrijewa-Mamonowa”, dekabrysty, który po klęsce powstania na placu Senackim skazał sam siebie na dobrowolne wygnanie w swym majątku rodowym, podpisywał papiery cudzym nazwiskiem, nie pozwalał wspominać w swojej obecności o carze i carskiej rodzinie, a także z Czaadajewem, uznanym − w kilka lat później − za niespełna rozumu za swe nieprawomyślne przekonania. Achmatowa szuka też prototypu w biografii Puszkina i odnajduje tajemniczego blondyna o szarych oczach, który jawi się Pawłowi w obłędnych przywidzeniach, budząc jego nieprzezwyciężony wstręt. Wróżono przecież Puszkinowi, że zginie z rąk blondyna, i to o tej przepowiedni przypomniał sobie poeta, kiedy po raz pierwszy ujrzał Mikołaja I − mężczyznę o stalowym spojrzeniu i blond włosach...

Świetny komentarz Anny Achmatowej (przytoczony szerzej w notce o Titowie) wydaje się istotny nie tylko ze względu na „Puszkinowski” aspekt jego noweli. Stanowi on także głos w dyskusji na temat hoffmannizmu w rosyjskiej literaturze, zwraca uwagę na niebezpieczeństwo jednostronnego odbierania jej nurtu fantastycznego wyłącznie pod kątem widzenia obcych wpływów i zapożyczeń. Można się wszak spierać bez końca, czy trójkąt Wiera−Paweł−hr. I. jest powtórzeniem trójkąta Anselmus−Weronika−Serpentyna ze Złotego garnka Hoffmanna, czy też odzwierciedla fakty z biografii poety.

Równie niewłaściwe byłoby jednak całkowite negowanie owych wpływów i rozpatrywanie tej literatury jedynie pod kątem dochodzących w niej do głosu pierwiastków realistycznych. Realizm rodził się niekoniecznie w zmaganiach z nurtem niesamowitym, bardzo często w sposób wielce oryginalny i spójny splatał się z nim: z owego skrzyżowania wyrastały takie arcydzieła rosyjskiej noweli niesamowito-fantastycznej jak Wij, Nos i Portret Gogola, Bajka o ciele martwym nie wiadomo do kogo przynależącym Odojewskiego, Dama pikowa i Trumniarz Puszkina czy Batalista Lermontowa.

Już przytoczonych przykładów różnorodnej interpretacji „niesamowitych” opowieści rosyjskich klasyków wystarczy, by stwierdzić, że znaczna część tego rodzaju utworów powstała nie gwoli uciechy złaknionych rozrywki czytelników, że jej ambicje częstokroć sięgały wyżej.

Nie zapominajmy jednak, że i takie cele przed tym właśnie nurtem literatury stawiano. Nieprzypadkowo zachowało się tyle relacji o tym, jak ten czy ów autor zabawiał wieczorami zebranych gości zasłyszanymi lub zmyślonymi przez siebie opowieściami. W dzienniku I. Kozłowa pod datą 29 stycznia 1825 roku znajdujemy charakterystyczną wzmiankę: „Byłem wczoraj u Swietłany [tj. Żukowskiego]. Opowiadano mnóstwo historii o upiorach”[3]. Czytał więc u hrabiny Eudokii Rostopczin Lermontow swego Sztossa, w salonie Władimira Sołłoguba Aleksiej K. Tołstoj prezentował swego Wampira, opowiadał w czasie wizyt − i to nie raz − historię „samotnego domku” Puszkin. Niejedną „opowieść niesamowitą” poprzedza klamrowy wstęp opisujący zebranych gości i głównego „opowiadacza” kolejnej opowieści, od której „włos się jeżył na głowie”, jak choćby w Przywidzeniu Odojewskiego („Opowiedziano już po kolei wszystkie znane wypadki w tym rodzaju: o ludziach pojawiających się po śmierci, o twarzach zjaw, które ukazują się w oknach na trzecim piętrze, o tańczących stolikach i o innych podobnych rzeczach...”), czy w opowiastce Po trzystu latach A.K. Tołstoja itp.

Osobną grupę − i to wcale pokaźną − stanowią utwory fantastyczno-niesamowite wyrosłe z autentycznego zainteresowania magią, zjawiskami magnetyzmu, okultyzmu, „wiedzy tajemnej”, problemami „podporządkowania cudzej woli” itd. Ze spirytyzmu, wirujących stolików zadrwił Lew Tołstoj w swych Płodach edukacji, Leskow − w Duchu pani Genlis, a także po części w zaprezentowanym w niniejszym tomie opowiadaniu Zjawa w Zamku Inżynieryjnym. Z całą powagą traktował natomiast te kwestie Aleksiej K. Tołstoj, a także sędziwy Iwan Turgieniew. Niezależnie od naszego stosunku do wszystkich tych spraw „tajemnych”, przykuwających uwagę współczesnych, przyznać trzeba, że zrodziły one prawdziwe perły tego gatunku: historie o wampirach autora Księcia Srebrnego i cykl nastrojowych, pełnych uroku opowieści niesamowitych autora Ojców i dzieci, takich jak Sen, Klara Milicz, Pieśń triumfującej miłości, bez których przecież znacznie uboższa byłaby literatura.

Nic przeto dziwnego, że Guy de Maupassant, snując rozważania na temat fantastyki (artykuł Le Fantastique z roku 1883), jako model godny naśladowania, otwierający przed literaturą nowe perspektywy, wymieni nie prozę Edgara Poego i nie Hoffmanna, lecz właśnie twórczość Turgieniewa fantasty.

W wyborze utworów pisarzy rosyjskich sięgających dorywczo lub przez czas dłuższy do tego gatunku nie mogło zabraknąć przedstawicieli modernizmu, pisarzy dekadentów, którym świat irracjonalny, niewytłumaczalny, zjawiska nadprzyrodzone i ich ingerencje w sprawy ziemskie były szczególnie bliskie i stanowiły temat nieprzerwanie powielany − i w poezji, i w prozie.

Fiodora Sołoguba prezentuje co prawda nie najbardziej może charakterystyczne dla jego puścizny opowiadanie − groteska satyryczno-obyczajowa rodem z Gogola. Pokazuje ono natomiast ciągłość pewnych nurtów w literaturze rosyjskiej. Z kolei opowiadanie Siostry − „zagadka kryminalno-erotyczna” pochodząca z tomu nowel i scen dramatycznych Walerija Briusowa pt. Oś ziemska, który Błok określił jako „dziwną, zdumiewającą, magiczną książkę” – utrzymane jest w tonacji niezmiernie charakterystycznej dla epoki, w jakiej powstało. Czytelnika polskiego może ono zainteresować dodatkowo ze względu na związek z manierą pisarską Stanisława Przybyszewskiego, cieszącego się na początku naszego stulecia również w Rosji nieprawdopodobną wręcz popularnością.

Tak oto już choćby pobieżne zapoznanie się z rosyjską opowieścią niesamowitą przekonuje, jak pasjonujący to fragment dorobku twórczego wielkich Rosjan minionej epoki i ich satelitów literackich, świecących odbitym blaskiem. Jako taka mogłaby ona się stać przedmiotem oddzielnego studium, w którym jej osiągnięcia i potknięcia, arcydzieła i kicz należałoby zważyć na dobrze wyregulowanej wadze, mając cały czas na względzie ich powiązania z kolejnymi prądami literackimi i zmieniającymi się warunkami społeczno-politycznymi, na gruncie których wyrastały. Jakie niosły treści: zachowawcze czy radykalizujące opinię społeczną? Jakie trwałe wartości wniosły do skarbnicy kultury rosyjskiej i światowej? Jakim podlegały fluktuacjom? Co w nich i jakim sposobem wytrzymało próbę czasu? Kiedy były wypowiedzią na temat rzeczywistości, a kiedy tylko − ucieczką od niej? Odpowiedź na te wszystkie pytania − jak i na wiele innych − przerasta, rzecz oczywista, możliwości krótkiego wstępu.

By czytelnik mógł się zorientować, jakie miejsce zajmują w twórczości poszczególnych pisarzy prezentowane mu nowele, tom niniejszy opatrzony został w obszerne noty biograficzne, tym obszerniejsze, im mniej znany jest u nas ich autor, im rzadziej lub dawniej był na język polski przekładany[4]. Tam też znajdzie informacje o publikowanych utworach, okolicznościach ich powstania, najciekawsze wypowiedzi na ich temat (najobszerniej omówione zostało pasjonujące studium Anny Achmatowej poświęcone opowieści Titowa−Puszkina, a to zarówno ze względu na osobę autora, jak i na nieoczekiwane światło, jakie komentarz poetki rzuca na ten, zda się, drugorzędny utwór literacki). Zrezygnowaliśmy natomiast z podawania danych dostępnych w każdej encyklopedii, a dotyczących pisarzy dobrze w Polsce znanych i wielokrotnie tłumaczonych. W takich wypadkach nota koncentruje się przede wszystkim na interesującym nas temacie.

Antonij Pogorielski

Lafertowska Makownica

przełożyła

Irena Bajkowska

.

ANTONIJ POGORIELSKI (1787−1836)

Mało kto dziś pamięta, że w roku 1828 Pogorielski pierwszy w literaturze rosyjskiej wprowadził pojęcie sobowtóra i nadał mu nazwę („dwojnik”). Nie tylko w tym sensie był Pogorielski prekursorem. Dziś mało znany i czytany − poza wąskim kręgiem specjalistów − był pisarzem torującym drogi, wydeptującym nieprzetarte ścieżki, zapładniającym innych, bardziej utalentowanych. To on pierwszy – przed Gogolem – sięgnie do ukraińskiej fantastyki ludowej, pierwszy trawestować będzie Hoffmannowskie wątki. Już jego debiut zwrócił uwagę krytyki i czytelników: ogłoszona w roku 1825 w czasopiśmie „Nowosti Litieratury” nowela Lafertowska Makownica, przełożona w roku 1833 na język francuski. Z całego dorobku twórczego Antonija Pogorielskiego to ona i klasyczna bajka dla dzieci Czarna kura wytrzymały próbę czasu. Niektórzy skłonni są oceniać te właśnie utwory Pogorielskiego jako „najwybitniejsze osiągnięcia rosyjskiej prozy lat dwudziestych”. Oba są wznawiane i czytane po dzień dzisiejszy.

.

Chyba z piętnaście lat przed spaleniem Moskwy w pobliżu rogatki Przełomnej stał nieduży drewniany dom z pięcioma oknami od frontu, z niedużym pokoikiem nad oknem środkowym. Pośrodku małego podwórka, otoczonego starym płotem, widać było studnię. W dwóch rogach stały na pół rozwalone szopy, jedna z nich służyła za schronisko kilku indykom i kurom, które w niezwykłej zgodzie dzieliły grzędę umocowaną w poprzek szopy. Przed domem zza niskiego ogrodzenia wyglądało kilka jarzębin, które zdawały się pogardliwie spoglądać na krzaki czarnych porzeczek i malin rosnące u ich stóp. Przy samym ganku wykopana była nieduża piwnica do przechowywania żywności.

Do tego ubogiego domu wprowadził się emerytowany pocztylion, Onufrycz, z żoną Iwanowną i córką Marią. Za młodu pocztylion odbył dwudziestoletnią służbę wojskową, dosłużywszy się stopnia podoficera. Potem tyleż lat nader gorliwie pracował w moskiewskim urzędzie pocztowym; nigdy za żadną przewinę nie był karany i wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę, na inwalidzkie bytowanie. Był to jego własny dom, który odziedziczył po niedawno zmarłej, bardzo starej ciotce. Owa staruszka za życia swego w całej Lafertowskiej dzielnicy znana była pod przezwiskiem Lafertowskiej Makownicy, jako że rzemiosło, którym się trudniła, polegało na sprzedawaniu miodowo-makowych placuszków, które umiała wypiekać ze szczególnym mistrzostwem. Dzień w dzień, niezależnie od pogody, staruszka wychodziła wczesnym rankiem z domku w kierunku rogatki Przełomnej, niosąc na głowie kosz pełen tych makowników. Przyszedłszy na rogatkę, rozścielała czysty ręcznik, wywracała kosz do góry dnem i bardzo porządnie rozkładała swoje makowniki. I tak siedziała do wieczora, nie proponując nikomu swego towaru, sprzedawała go w głębokim milczeniu. Skoro tylko zapadał zmierzch, staruszka składała swój towar do kosza i wolnym krokiem wracała do domu. Żołnierze stojący na warcie lubili ją, jako że czasami raczyła ich za darmo słodkimi specjałami.

Zajęcie to jednak było dla staruszki tylko maską ukrywającą całkiem inne rzemiosło. Późnym wieczorem, kiedy w różnych dzielnicach miasta zapalano już latarnie, a w pobliżu jej domu panowały nocne ciemności, ludzie różnego stanu i majątku ostrożnie zbliżali się do jej chatki i cicho stukali w furtkę. Duży podwórzowy pies Sułtan głośnym szczekaniem zapowiadał zjawienie się przybyłych. Staruszka otwierała drzwi, długimi koślawymi palcami ujmowała interesanta za rękę i wiodła go do swych niskich pokoi. Tam przy migotliwym świetle lampki na chwiejnym dębowym stole leżała talia kart, w której od częstego używania trudno było odróżnić karo od kiera. Na przypiecku stał dzbanek do kawy z czerwonawej miedzi, a na ścianie wisiało rzeszoto. Gospodyni, pobrawszy uprzednio od gości dobrowolny datek − zależny od okoliczności, zabierała się do kart albo też posługiwała się dzbankiem do kawy i rzeszotem. Z wymownych jej ust płynęły potokiem proroctwa o przyszłych pomyślnościach i goście upojeni słodką nadzieją na odchodnym obdarowywali ją nieraz dwakroć hojniej niż przy wejściu.

I tak pogodnie płynęło jej życie przy tych spokojnych zajęciach. Co prawda zawistni sąsiedzi za plecami nazywali ją czarownicą i wiedźmą, ale przy spotkaniu kłaniali się nisko, przymilnie się uśmiechając, i tytułowali babcią. Taki szacunek dla niej zrodził się wskutek tego, że kiedyś jeden z sąsiadów wpadł na pomysł, żeby donieść policji, jakoby Makownica trudniła się zakazanym procederem wróżenia z kart i z fusów, a nawet utrzymywała znajomości z podejrzanymi ludźmi. Nazajutrz zjawił się policjant, wszedł do domu, długo przeprowadzał szczegółową rewizję, aż wreszcie odchodząc, oznajmił, że nie znalazł nic. Nie wiadomo, jakich środków użyła szanowna staruszka dla udowodnienia swej niewinności, ale nie o to przecież chodzi. Najważniejsze, że stwierdzono bezpodstawność donosu. Wydawało się, że sam los ujął się za biedną Makownicą, bowiem wkrótce syn donosiciela, żwawy chłopaczek, biegając po podwórzu, upadł na gwóźdź i wykłuł sobie oko, potem żona nagle się pośliznęła i zwichnęła nogę, a wreszcie jakby dla ukoronowania tych wszystkich nieszczęść − nagle padła najlepsza jego krowa, chociaż przedtem wcale nie chorowała. Zrozpaczony sąsiad z trudem udobruchał staruszkę płaczem i podarkami i od tej chwili wszyscy sąsiedzi traktowali ją z należnym szacunkiem. Jedynie ci, co zmienili mieszkanie, wynosząc się daleko od Lafertowskiej dzielnicy − na przykład na Preśnieńskie Stawy, do Chamówki albo na Piatnichę − jedynie oni ośmielali się głośno nazywać Makownicę wiedźmą. Twierdzili przy tym, że widzieli na własne oczy, jak ciemną nocą krąży nad chatą staruszki ogromny kruk z oczami błyszczącymi jak płonące węgle, a poniektórzy nawet się zaklinali, że jej ulubiony czarny kot, który co ranka odprowadza starą do furtki, a co wieczór wychodzi na jej spotkanie, to nikt inny, tylko zły duch we własnej osobie.

Słuchy te dotarły wreszcie do Onufrycza, który w związku ze swą pracą miał dostęp do wielu domów. Onufrycz był człowiekiem pobożnym, więc myśl, że rodzona ciotka nawiązała bliskie stosunki z nieczystą siłą, głęboko poruszyła jego duszę. Długo nie wiedział, jaką powziąć decyzję.

− Iwanowna − powiedział wreszcie pewnego wieczoru, układając się już na małżeńskim łożu − Iwanowna, już się zdecydowałem! Jutro rano idę do ciotki i postaram się ją namówić, żeby zerwała ze swą przeklętą praktyką. Przecież, chwalić Boga, dobiega już dziewięćdziesiątki; w takim wieku czas już na skruchę − czas pomyśleć o duszy.

Ten zamiar Onufrycza nader nie przypadł do gustu jego żonie. Lafertowską Makownicę wszyscy uważali za bogatą, a Onufrycz był jej jedynym spadkobiercą.

− Kochanie! − odpowiedziała, głaszcząc go po zmarszczonym czole − z łaski swojej nie wtrącaj się w cudze sprawy. Mamy dosyć własnych zmartwień; oto Masza już dorasta, przyjdzie czas na wydanie jej za mąż, a skąd weźmiesz narzeczonego, kiedy nie ma posagu? Wiesz, że ciotka kocha naszą córkę, jest jej chrzestną matką, a kiedy dojdzie do wesela, to przecież od nikogo, tylko właśnie od niej możemy oczekiwać łaskawej pomocy. Tak więc jeśli żal ci Maszy, jeśli mnie kochasz choć trochę, zostaw w spokoju dobrą staruszkę. Wiesz przecież, duszko...

Żona miała zamiar ciągnąć dalej, ale zauważyła, że mąż chrapie. Spojrzała na niego ze smutkiem, przypominając sobie, że za dawnych lat nie tak obojętnie słuchał jej słów, po czym odwróciła się na drugi bok i sama zaczęła chrapać.

Następnego ranka, kiedy żona spoczywała jeszcze w objęciach głębokiego snu, Onufrycz cichutko wstał z łóżka, spokojnie pomodlił się przed ikoną Mikołaja Cudotwórcy, przetarł suknem połyskującego na czapce orła i oznakę listonosza i włożył mundur. Potem, pokrzepiwszy ducha dużym kielichem domowej nalewki, wyszedł do sieni. Tam przypiął swoją ciężką szablę, przeżegnał się jeszcze raz i ruszył ku Przełomnej rogatce.

Ciotka przyjęła go łaskawie.

− Ej, kochany siostrzeńcze − zawołała − jakaż to troska wygnała cię z domu o tak wczesnej porze, w dodatku tak daleko? No, no, bardzo proszę, siadaj.

Siostrzeniec usiadł obok ciotki na ławie i zaczął pokaszliwać, nie wiedząc, od czego zacząć. W tej chwili zgrzybiała staruszka wydała mu się straszniejsza niż przed trzydziestu laty tureckie baterie. Wreszcie zebrał się na odwagę.

− Cioteczko − zaczął twardym głosem − przyszedłem, żeby porozmawiać w ważnej sprawie.

− Więc mów, kochany, a ja posłucham.

− Cioteczko, niedługo już zostało ci żyć na tym świecie, czas już okazać skruchę, czas wyrzec się szatana i jego czarów.

Ciotka nie pozwoliła mu dokończyć. Usta jej zsiniały, oczy nabiegły krwią, nos opadł na brodę.

− Precz z mego domu! − wrzasnęła, aż dławiąc się ze złości. − Precz, przeklętniku!... Żeby twoje przeklęte nogi na wieki ci pokręciło, kiedy znowu stąpisz na mój próg!

Stara uniosła chudą rękę... Onufrycz przeraził się śmiertelnie; młodzieńcza, dawno już utracona sprężystość nagle wstąpiła w jego nogi − jednym susem zeskoczył ze schodów i pobiegł do domu, nie obejrzawszy się ani razu.

Od tego czasu urwały się wszelkie stosunki między ciotką i rodziną pocztyliona. I tak minęło kilka lat. Masza dorosła i stała się piękna jak majowy poranek. Młodzi ludzie uganiali się za nią, starzy, patrząc na nią z żalem, wspominali minioną młodość. Masza jednak była biedna i konkurenci jakoś się nie zjawiali. Iwanowna zaczęła więc coraz częściej wspominać o starej ciotce i ciągle była niepocieszona.

− Twój ojciec − powtarzała często Maszy − całkiem wtedy zgłupiał! Po co wsuwał nos tam, gdzie go nie proszą! Teraz zostaniesz starą panną!

Dwadzieścia lat temu, kiedy Iwanowna była młoda i ładna, na pewno odważyłaby się namówić męża, żeby przeprosił ciotkę i z nią się pogodził. Od chwili jednak kiedy na jej różanych licach zaczęły się pojawiać zmarszczki, Onufrycz oświadczył, że mąż to głowa żony, i biedna Iwanowna z goryczą musiała się wyrzec dawnej swej władzy. Mąż nie tylko sam nigdy nie wspominał o ciotce, ale też surowo zabronił żonie i córce o niej wspominać. Ale pomimo to Iwanowna postanowiła odnowić stosunki z ciotką. Nie mając odwagi działać jawnie, zdecydowała się potajemnie odwiedzić staruszkę i zapewnić ją, że ani ona, ani córka nie miały nic wspólnego z tymi głupstwami jej siostrzeńca.

Wreszcie okoliczności zaczęły sprzyjać jej planowi: Onufrycza wysłano służbowo na miejsce chorego kontrolera pocztowego i Iwanowna przy pożegnaniu z trudem zdołała ukryć swoją radość. Zaledwie zdążyła odprowadzić kochanego męża do rogatki, otrzeć z łez oczy, a już chwyciła pod rękę Maszę, śpiesząc do domu.

− Maszeńko! − powiedziała − prędzej się ubierz jak najładniej, pójdziemy w gościnę.

− Do kogo, mateńko? − zapytała Masza ze zdziwieniem.

− Do dobrych ludzi − odpowiedziała matka. − Prędzej, prędzej, Maszeńko, nie trać czasu, już zaczyna się ściemniać, a przed nami daleka droga.

Masza stanęła przed wiszącym na ścianie lustrem w tekturowej ramce, gładko uczesała włosy, ciemnoblond warkocz przypięła rogowym grzebieniem, potem włożyła czerwoną perkalikową sukienkę i jedwabną chusteczkę na szyję. Ze dwa razy okręciła się przed lustrem i oświadczyła matce, że jest gotowa.

Po drodze Iwanowna wyjawiła córce, że idą do ciotki.

− Zanim dojdziemy do jej domu − powiedziała − zapadnie już zmierzch i na pewno ją zastaniemy. Pamiętaj, Maszo, żebyś pocałowała ją w rękę i powiedziała, że stęskniłaś się do niej, nie widząc jej tak długo. Ciotka na pewno z początku się rozzłości, ale ja ją ułagodzę; przecież nie jesteśmy winne, że mój stary zgłupiał.

Tak rozumując, zbliżały się do domu ciotki. Przez zamknięte okiennice przebłyskiwało światło.

− Pamiętaj, żebyś nie zapomniała pocałować w rękę − powtórzyła Iwanowna, podchodząc do drzwi.

Sułtan głośno zaszczekał. Furtka się otworzyła, stara wyciągnęła rękę i wprowadziła je do pokoju. Myślała, że to zwykli wieczorni goście.

− Czcigodna nasza ciotuniu! − zaczęła Iwanowna.

− Wynoście się do diab... − wrzasnęła stara, poznawszy krewniaczkę. − Po coś tu przyszła? Nie znam was i nie chcę znać.

Iwanowna zaczęła opowiadać, oskarżać męża i prosić o przebaczenie, ale ciotka była nieubłagana.

− Słyszycie, wynoście się! − krzyczała − bo jak nie, to!... − Podniosła rękę.

Masza przeraziła się i przypomniawszy sobie rady matki, z głośnym płaczem zaczęła całować jej ręce.

− Babuniu czcigodna! − wołała − nie gniewaj się na mnie, tak się cieszę, że znowu cię widzę!

Łzy Maszy wreszcie wzruszyły Makownicę.

− Przestań płakać, na ciebie się nie gniewam, wiem, że ty nie jesteś winna, dziecino! Nie płacz już, Maszeńko! Jak ty wyrosłaś, jak wypiękniałaś! − Stara poklepała Maszę po twarzy. − Usiądź koło mnie − mówiła dalej. − Proszę bardzo, Marfo Iwanowno. Jakim cudem przypomniałyście sobie o mnie po tak długim czasie?

Iwanownę ucieszyło to pytanie i zaczęła opowiadać, jak przekonywała męża, jak on jej nie słuchał i zabronił im chodzić do ciotki, jak one martwiły się z tego powodu i jak wreszcie, korzystając z jego nieobecności, wybrały się, żeby złożyć ciotce najniższe uszanowanie. Makownica z niecierpliwością wysłuchała wyjaśnień Iwanowny.

− Niech tak będzie − powiedziała do niej. − Nie jestem pamiętliwa, ale jeżeli szczerze pragniecie, żebym zapomniała o tym, co było, to musicie obiecać, że będziecie mi we wszystkim posłuszne! Pod tym warunkiem będę was znowu traktowała łaskawie i uczynię Maszę szczęśliwą.

Iwanowna przysięgła, że wszystkie jej polecenia będą ściśle wypełniane.

− Dobrze − ciągnęła staruszka − teraz idźcie z Bogiem, a jutro wieczorem niech Masza przyjdzie do mnie sama, nie wcześniej jednak niż pół do dwunastej. Słyszysz, Maszo?! Przyjdź sama.

Iwanowna chciała coś powiedzieć, ale stara nie dała. Wstała, wyprowadziła je z domu i zatrzasnęła za nimi drzwi.

Noc była ciemna. Masza i matka długo szły, trzymając się za ręce, nie mówiąc ani słowa. Wreszcie, kiedy zbliżyły się do płonących latarni, Masza nieśmiało obejrzała się i przerwała milczenie.

− Mateńko − powiedziała półgłosem − czyż ja jutro naprawdę pójdę do babuni sama, w nocy, koło dwunastej?...

− Słyszałaś, że kazała ci przyjść samej! Zresztą odprowadzę cię do pół drogi.

Masza umilkła, pogrążona w rozmyślaniach. Kiedy ojciec jej pokłócił się z ciotką, Masza miała najwyżej trzynaście lat; wtedy nie rozumiała powodów tej kłótni i żałowała tylko, że nie chodzą z nią teraz do dobrej staruszki, która zawsze ją pieściła i częstowała makiem z miodem. Potem, kiedy już dorosła, ojciec nigdy nawet nie zająknął się na ten temat; matka zawsze mówiła o staruszce dobrze i całą winę składała na ojca. Dlatego też tego wieczoru z przyjemnością podążała za matką. Kiedy jednak babka przyjęła je przekleństwami, kiedy Masza przy drżącym świetle lampy spojrzała na jej zsiniałą ze złości twarz − serce jej zadrżało ze strachu. W ciągu długiego opowiadania matki w wyobraźni jak przez gęstą mgłę ożyło wszystko, co w dzieciństwie słyszała o babce... i gdyby babka wtedy nie trzymała jej za rękę, to może nawet próbowałaby uciec z tego domu. Tak więc można sobie wyobrazić, z jakimi uczuciami myślała o jutrzejszym dniu.

Wróciwszy do domu, Masza ze łzami w oczach prosiła matkę, żeby nie posyłała jej do babki, ale daremne to były prośby.

− Jakaż jesteś głupia − mówiła matka − czego masz się bać? Ja cichutko podprowadzę cię prawie do domu, w drodze także nikt cię nie tknie, a bezzębna babka takoż nie zje!

Nazajutrz Masza płakała calutki dzień. Kiedy zaczęło się ściemniać, przerażenie jej spotęgowało się, ale matka zdawała się niczego nie dostrzegać, niemal gwałtem wystroiła córkę.

− Im więcej będziesz płakać, tym gorzej dla ciebie − upominała Maszę. − Co powie babka, kiedy zobaczy twoje zaczerwienione oczy?

Tymczasem kukułka na ściennym zegarze wykukała jedenaście razy. Matka nabrała do ust zimnej wody, bryznęła Maszy w twarz i pociągnęła za sobą.

Masza szła za matką jak ofiara prowadzona na ścięcie. Serce biło jej gwałtownie, nogi ledwie się posuwały i tak dobrnęły do Lafertowskiej dzielnicy. Kilka chwil jeszcze szły razem, ale zaledwie matka dostrzegła z daleka światło migocące przez okiennice, natychmiast puściła rękę Maszy.

− Teraz idź już sama, dalej nie wolno mi cię odprowadzać.

Masza w rozpaczy rzuciła się do jej stóp.

− Dosyć tej głupoty! − krzyknęła matka surowym głosem. − Nic ci się nie stanie! Bądź posłuszna i nie wyprowadzaj mnie z równowagi.

Biedna Masza zdobyła się na ostateczny wysiłek i wolnym krokiem zaczęła się oddalać od matki. Dobiegała właśnie północ, nikogo nie spotkała i poza domem babki nigdzie nie dostrzegła światełka. Wydawało się, że w tej części miasta wymarli wszyscy mieszkańcy − wszędzie panowała ponura cisza, tylko głuchy odgłos własnych kroków docierał do uszu Maszy. Wreszcie zbliżyła się do domku i drżącą ręką dotknęła furtki... W oddali, na dzwonnicy męczennika Nikity zegar wydzwaniał północ. W ciszy czarnej, nieprzeniknionej nocy głos dzwonu drżał donośnie i rozpływając się w powietrzu, dolatywał do uszu dziewczyny. Wewnątrz domku kot miauknął głośno dwanaście razy... Masza wzdrygnęła się gwałtownie i chciała uciekać... ale nagle rozległo się głośne szczekanie podwórzowego psa, zaskrzypiała furtka − i długie palce babki schwyciły ją za rękę. Masza nie wiedziała nawet, że weszła na ganek i znajduje się już w pokoju babki... Kiedy trochę oprzytomniała, zobaczyła, że siedzi na ławie, a przed nią stoi stara Makownica i naciera jej skronie mrówczanym spirytusem.

− Ależ jesteś wystraszona, gołąbeczko moja! − mówiła starucha. − Na dworze wprawdzie panują najpiękniejsze ciemności, ale ty, dziecino, nie znasz jeszcze ich ceny i dlatego się boisz. Odpocznij trochę, bo czas już zabrać się do roboty.

Masza nie odpowiedziała nawet słowem; jej oczy umęczone płaczem śledziły każdy ruch babki. Stara przysunęła stół na środek pokoju, z szafy wyjęła ogromną ciemnopurpurową świecę, zapaliła ją i przytwierdziła do blatu, a lampkę zgasiła. Pokój zalało różowe światło. Całą przestrzeń od podłogi do sufitu jakby wypełniły długie krwawe nici, które chwiały się w powietrzu w różnych kierunkach − to zwijając się w kłęby, to znów rozwijając niczym węże...

− Wspaniale − powiedziała babka i ujęła Maszę za rękę. − Teraz chodź za mną.

Drżenie przebiegało po całym ciele Maszy; bała się iść za babką, ale jeszcze bardziej obawiała się ją rozgniewać. Z trudem się podniosła.

−Trzymaj się mocno mojej spódnicy i chodź za mną... niczego się nie bój.

Babka zaczęła chodzić dookoła stołu i zaciągając śpiewnie, wypowiadała jakieś niezrozumiałe słowa; przed nią posuwał się płynnie czarny kot z błyszczącymi oczami i pałąkowato wygiętym grzbietem. Masza mocno mrużyła oczy i drżącym krokiem posuwała się za babką. Trzy razy po trzy przeszła staruszka wokół stołu wciąż z tym tajemniczym przyśpiewem, któremu towarzyszyło mruczenie kota. Nagle stanęła i umilkła... Masza mimo woli otworzyła oczy − te same krwawe nici wciąż jeszcze chwiały się w powietrzu. Ale kiedy przypadkiem spojrzenie jej padło na czarnego kota, zauważyła, że ma on na sobie zielony mundurowy surdut, zamiast dawnej krągłej kociej główki dostrzegła ludzką twarz z wytrzeszczonymi oczami skierowanymi wprost na nią... Masza głośno krzyknęła i padła zemdlona...

Kiedy oprzytomniała, dębowy stół stał na dawnym miejscu, ciemnopurpurowej świecy już nie było − na stole znowu paliła się lampka; babka siedziała przy niej, patrząc jej w oczy, i uśmiechała się wesoło.

− Ależ tchórz z ciebie, Maszo! − mówiła do niej. − I to bez żadnego powodu; wszystko bez ciebie zrobiłam. Winszuję ci, kochanie − winszuję ci z okazji narzeczonego! To człowiek, którego znam, i powinien ci się podobać. Czuję, Maszo, że niedługo zostało mi żyć na tym świecie; krew krąży już zbyt wolno w moich żyłach, a czasami przestaje bić serce... Mój wierny przyjaciel − ciągnęła dalej, spojrzawszy na kota − dawno już wzywa mnie tam, gdzie moja ostygła krew znowu się rozgrzeje. Chciałabym jeszcze trochę pożyć pod jasnym słonkiem, chciałabym się nacieszyć złotymi pieniążkami... ale wkrótce już wybije moja ostatnia godzina. Trudna rada! Co ma być, to się stanie.

− Jesteś moja, Maszo − mówiła dalej i zwiędłymi ustami pocałowała ją w czoło − ty po mnie zawładniesz moimi skarbami, ciebie zawsze kochałam i chętnie ustąpię ci miejsca! Ale wysłuchaj mnie uważnie: zjawi się oblubieniec wyznaczony ci przez te siły, które rządzą większością małżeństw... Wyprosiłam go dla ciebie. Bądź posłuszna i wyjdź za niego za mąż... on cię nauczy tych sposobów, które pomogły mi zgromadzić moje skarby. Wspólnymi siłami podwoicie je i prochy moje spoczną w spokoju. Masz oto klucz i strzeż go pilniej niż źrenicy oka. Nie mam prawa wyjawiać ci, gdzie są schowane moje pieniądze, ale skoro tylko go poślubisz, wszystko ci się odsłoni.

Babka sama powiesiła jej na szyi mały klucz na czarnym sznureczku. W tym momencie kot miauknął dwa razy.

− Oto zaczyna się już trzecia godzina poranna − powiedziała babka. − Idź do domu, droga dziecino! Żegnaj! Może się już nie zobaczymy.

Po czym starucha wyprowadziła Maszę na ulicę i wróciła do domu, zamykając za sobą furtkę.

Przy mdłym księżycowym świetle Masza szybkim krokiem zdążała do domu. Cieszyła się, że skończyło się już nocne spotkanie z babką, cieszyła się na myśl o swym przyszłym bogactwie. Matka wyczekiwała na nią z niecierpliwością.

− Chwała Bogu! − powiedziała na jej widok. − Bałam się już, czy nie stało ci się coś złego. Opowiadaj prędzej, co u babki robiłaś.

Masza miała już zamiar spełnić jej życzenie, ale nie mogła mówić z powodu okropnego zmęczenia. Matka dostrzegła, że oczy jej mimo woli się zamykają, i odłożyła do następnego ranka zaspokojenie swej ciekawości. Sama rozebrała ukochaną córkę i ułożyła na łóżku, gdzie Masza zapadła w głęboki sen.

Po obudzeniu się nazajutrz z wielkim trudem zebrała myśli. Wydawało się jej, że wczorajsze przeżycia to tylko straszny sen. Przypadkiem jednak spojrzała na zawieszony na szyi kluczyk i przekonała się, że wszystko, co widziała, było prawdą, i szczegółowo opowiedziała o wszystkim matce. Matka nie posiadała się z radości.

− Teraz widzisz, jak dobrze postąpiłam, nie zwracając uwagi na twoje łzy.

Cały dzień matka z córką spędziły na słodkich marzeniach o przyszłym dobrobycie. Iwanowna surowo zabroniła córce wspominać ojcu o wizycie u babki.

− To człowiek uparty i niedorzeczny − stwierdziła − gotów wszystko zepsuć.

Wbrew wszelkim oczekiwaniom ojciec wrócił następnego dnia późnym wieczorem. Kontroler stacji pocztowej, którego miał zastępować, niespodziewanie wyzdrowiał i Onufrycz skorzystał z pierwszej jadącej do Moskwy poczty, żeby wrócić do domu.

Nie zdążył jednak jeszcze opowiedzieć żonie i córce, dlaczego wrócił tak wcześnie, a już zjawił się u nich dawny jego towarzysz, który pełnił teraz służbę wartownika w Lafertowskiej dzielnicy, niedaleko domku ciotki.

− Ciotka twoja wyzionęła ducha − powiedział z miejsca, nawet się nie przywitawszy.

− Niech spoczywa w pokoju! − zawołał Onufrycz, pobożnie składając ręce. − Pomódlmy się za nieboszczkę − ona potrzebuje naszych modłów.

I zaczął odmawiać modlitwy. Iwanowna z córką żegnały się i wybijały niskie pokłony, ale myślały tylko o oczekujących je bogactwach. Nagle obie wzdrygnęły się równocześnie... Wydało się im, że zmarła zagląda z ulicy do pokoju i kłania się. Onufrycz i wartownik, modlący się szczerze, nie dostrzegli niczego.

Pomimo spóźnionej pory Onufrycz wybrał się do domu nieboszczki ciotki. Po drodze dawny jego towarzysz opowiedział mu wszystko, co mu było wiadome o tej śmierci.

− Wczoraj − powiadał − ciotka twoja o zwykłej porze wróciła do domu i sąsiedzi widzieli palące się światło. Ale dzisiaj nie zjawiła się już przy Przełomnej, więc doszli do wniosku, że niedomaga. Wreszcie wieczorem postanowili wejść do jej mieszkania, ale nie zastali już jej przy życiu − tak o jej śmierci powiadają jedni. Drudzy jednak twierdzili, że poprzedniej nocy coś niezwykłego działo się w tym domu. Straszna burza szalała wokół chatki, chociaż wszędzie dokoła było pogodnie i spokojnie. Psy z całej okolicy zbiegły się przed jej oknem i wyły, miauczenie kota słychać było z daleka... O ile o mnie chodzi, to noc dzisiejszą przespałem spokojnie, ale mój towarzysz stojący na warcie zapewnia, że widział, jak z Cmentarza Wagańkowskiego całymi rzędami pomykały do jej domku skaczące ogniki i zbliżając się do furtki, ponoć przeskakiwały przez nią i znikały. Powiadają, że niezwykłe hałasy, świsty, chichoty i krzyki dolatywały z jej domu do samego świtu. Dziwne, ale dotąd nie znaleziono tego czarnego kota.

Onufrycz z goryczą słuchał opowiadań wartownika i nie powiedział ni słowa. Tak przyszli do domu zmarłej. Usłużne sąsiadki, zapominając o strachu, którym napawała je starucha za życia, zdążyły ją umyć i ubrać w odświętną suknię. Kiedy siostrzeniec wszedł do chaty, ciotka leżała już na stole. U wezgłowia jej siedział diaczek, czytając psałterz. Onufrycz podziękował sąsiadkom i posłał po woskowe świece, obstalował trumnę, polecił, żeby pomyślano o jadle i napoju dla tych, którzy zechcą spędzić noc przy zmarłej. Wychodząc z izby, ani rusz nie mógł zdobyć się na ucałowanie ciotczynej ręki.

Następnego dnia miał się odbyć pogrzeb. Iwanowna sobie i córce kupiła na kredyt czarne suknie i obie zjawiły się w głębokiej żałobie. Z początku wszystko przebiegało zwykłą koleją rzeczy. Tylko Iwanowna, żegnając się z ciotką, nagle odskoczyła, zbladła i mocno zadrżała. Wprawdzie zapewniała wszystkich, że zrobiło się jej słabo, ale potem po cichu przyznała się Maszy, że wydało się jej, jakby nieboszczka otworzyła usta i chciała ją ugryźć w nos. Kiedy zaś zaczęto podnosić trumnę, to okazało się, że jest tak ciężka, jakby była wypełniona ołowiem, i sześciu barczystych pocztylionów z trudem zdołało ją wynieść i postawić na karawanie. Konie straszliwie chrapały i ledwo udało się je zmusić do ruszenia.

Okoliczności te i własne spostrzeżenia pobudziły Maszę do rozmyślań. Przypomniała sobie, w jaki sposób zostały nagromadzone skarby zmarłej, i dziedzictwo ich nie wydało się jej czymś zbyt chwalebnym. Zdarzały się chwile, że klucz wiszący na jej szyi uciskał jej pierś niczym ciężki kamień, i nieraz już miała zamiar wyjawić wszystko ojcu i prosić go o radę. Matka jednak nieustępliwie pilnowała jej i wciąż powtarzała, że sprowadzi na wszystkich nieszczęście, nie stosując się do poleceń babki. Demon chciwości całkowicie zawładnął duszą Iwanowny, nie mogła się doczekać, kiedy zjawi się przeznaczony córce oblubieniec i ujawni sposób zawładnięcia skarbami. I chociaż bała się myśleć o nieboszczce, chociaż na myśl o niej oblewał ją zimny pot, jednakże chciwość była silniejsza od strachu, więc bezustannie dokuczała mężowi, żeby przeniósł się do dzielnicy Lafertowskiej, zapewniając, że każdy będzie mu miał za złe, że mieszka w czynszowym domu, mając własny.

Tymczasem Onufrycz, przepracowawszy swoje lata, przeszedł na emeryturę i zaczął myśleć o spokojnym życiu. Myśl o domu wywierała na nim przykre wrażenie, kiedy pomyślał o tej, po której go odziedziczył. A kiedy zdarzyło się, że wstępował do izby, w której dawniej mieszkała ciotka, za każdym razem mimo woli się wzdrygał. Ale jako człowiek pobożny i prawowierny wierzył, że żadne nieczyste siły nie mają władzy nad czystym sumieniem, dlatego też, doszedłszy do wniosku, że korzystniej jest mieszkać we własnym domu, niż wynajmować mieszkanie, postanowił przemóc swoją niechęć i przeprowadzić się.

Żona bardzo się ucieszyła, kiedy polecił przenieść się do lafertowskiego domu.

− Zobaczysz, Maszo − powiedziała do córki − że teraz wkrótce zjawi się oblubieniec. Ależ zaczniemy żyć, kiedy będziemy mieli pełną komorę złota! To się dopiero zdziwią dawni sąsiedzi, kiedy przyjedziemy na ich podwórze w twojej karecie, a może nawet czwórką koni!

Masza patrzyła na nią w milczeniu i smutno się uśmiechała. Od pewnego czasu całkiem co innego zajmowało jej myśli.

Kilka dni przed tą rozmową (były jeszcze w starym mieszkaniu) pewnego ranka Masza siedziała zamyślona przy oknie. Pod jej oknem przeszedł młody, dobrze ubrany mężczyzna i spojrzawszy na nią, uprzejmie uchylił kapelusza. Masza odkłoniła mu się i nie wiadomo czemu nagle się zaczerwieniła. Niedługo potem ten sam młodzieniec przeszedł znowu, potem zawrócił, przeszedł jeszcze raz i zawrócił znowu. Za każdym razem patrzył na Maszę i za każdym razem mocno tłukło się jej serce. Skończyła już siedemnaście lat, ale dotychczas nigdy się nie zdarzyło, żeby tak biło jej serce, kiedy ktoś przechodził pod oknami. Wydało się jej to dziwne i po obiedzie znowu usiadła przy oknie tylko dlatego, żeby się przekonać, czy znowu zacznie bić serce, kiedy przejdzie ten młodzian... I tak przesiedziała do wieczora, jednakże nikt się nie zjawił. Wreszcie, kiedy zapalono światła, Masza odeszła od okna i cały wieczór była smutna i zadumana − było jej przykro, że nie udało się powtórzyć doświadczenia z sercem.

Nazajutrz Masza, zaraz po obudzeniu, zerwała się z łóżka, pośpiesznie się umyła i ubrała, pomodliła się i zasiadła przy oknie. Spojrzenie jej utkwione było w kierunku, skąd wczoraj nadszedł nieznajomy. Wreszcie dostrzegła go − oczy jego szukały jej już z daleka, a kiedy się zbliżył, spojrzenia ich jakby niechcący zetknęły się. Masza nieświadomie przyłożyła rękę do serca, żeby się przekonać, czy znowu tak bije... Młodzieniec dostrzegł ten ruch i zapewne nie wiedząc, co to oznacza, również przyłożył rękę do serca... Masza oprzytomniała, zaczerwieniła się i cofnęła. Po tym zdarzeniu cały dzień nie podchodziła już do okna, obawiając się spotkania z młodzieńcem. Ale pomimo to wciąż o nim myślała i chociaż usiłowała myśleć o innych rzeczach, wysiłki jej były próżne.

Żeby oderwać się od tych myśli, postanowiła wieczorem odwiedzić pewną wdowę z sąsiedztwa. Wchodząc do pokoju sąsiadki, ku najwyższemu swemu zdumieniu spostrzegła właśnie tego nieznajomego, o którym tak usilnie starała się zapomnieć. Masza przeraziła się, zaczerwieniła, potem zbladła i nie wiedziała, co powiedzieć. Łzy zabłysły w jej oczach. Nieznajomy znowu jej nie zrozumiał... Skłonił się jej ze smutkiem, westchnął i − odszedł. Masza jeszcze bardziej się skonfundowała i ze zmartwienia rozpłakała. Zaniepokojona sąsiadka usadowiła ją przy sobie i ze współczuciem zapytała o powód zmartwienia. Ale Masza sama nie rozumiała dobrze, dlaczego płacze, i nie mogła jej nic wyjaśnić. W głębi serca powzięła niezłomne postanowienie, żeby w miarę możności unikać nieznajomego, który doprowadził ją do łez. Myśl ta uspokoiła ją. Zaczęła rozmawiać z sąsiadką, opowiadać o swych sprawach domowych, o tym, że może wkrótce przeniosą się do Lafertowskiej dzielnicy.

− Żałuję − powiedziała wdowa − żałuję bardzo, że stracę dobrych sąsiadów. Ale nie tylko ja będę żałować. Znam pewnego młodzieńca, który bardzo się zmartwi, kiedy się dowie o tej nowinie.

Masza znowu się zaczerwieniła, chciała zapytać, kto to jest, ale nie mogła wymówić ani słowa. Życzliwa sąsiadka pewnie odgadła jej myśli, bo ciągnęła tak:

− Pani nie zna młodzieńca, który przed chwilą wyszedł z pokoju? Może nawet nie zauważyła pani, że wczoraj i dzisiaj specjalnie chodził koło waszego domu. On jednak widział panią i specjalnie wstąpił do mnie, żeby zapytać o panią. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że pani mocno zraniła jego biedne serce! Nie ma powodu, żeby się czerwienić − dodała, spostrzegłszy płonące policzki Maszy. − To człowiek młody, urodziwy, a jeżeli się Maszeńce spodoba, to może nawet prędko sprawa się skończy weselem.

Przy tych słowach Maszeńka mimo woli przypomniała sobie babkę. „Ach! − powiedziała sama do siebie − może to ten przeznaczony mi oblubieniec?” Ale szybko myśl ta ustąpiła innej, nie tak przyjemnej. „To niemożliwe, żeby taki urodziwy młodzieniec miał coś wspólnego z nieboszczką babką. Jest taki miły, ubrany tak pięknie, że na pewno nie umiałby podwoić skarbów babki”.

Tymczasem sąsiadka opowiadała jej dalej, że chociaż jest mieszczańskiego stanu, ale zachowuje się przystojnie, nie pije, pracuje jako subiekt w sklepie z tekstyliami. Kapitału dużego nie ma, ale pensję ma przyzwoitą, a kto wie, może z czasem właściciel weźmie go na wspólnika!

− Tak więc − dodała − posłuchaj dobrej rady: nie odmawiaj kawalerowi. Pieniądze to jeszcze nie szczęście! Oto babka twoja − Panie odpuść mnie grzesznej! − pieniędzy miała Bóg wie ile, a teraz gdzie się to wszystko podziało?... I czarny kot, powiadają, jakby się zapadł pod ziemię, i pieniądze chyba także.

Masza w głębi duszy zgadzała się z sąsiadką: ona też sądziła, że lepiej być biedną i żyć z tym miłym nieznajomym, aniżeli opływać w bogactwie i należeć do Bóg wie kogo! O mało się z tym nie zdradziła, ale przypomniała sobie surowe zakazy matki i obawiając się własnej słabości, pośpiesznie wstała i pożegnała się. Wychodząc już z pokoju, jednakże nie wytrzymała i zapytała o imię nieznajomego.

− Nazywa się Ulian − odpowiedziała sąsiadka.

Od tego czasu Masza nieustannie myślała o Ulianie. Podobało się jej w nim wszystko, nawet imię. Ale żeby należeć do niego, trzeba się było wyrzec babcinych skarbów. Ulian nie był bogaty i na pewno ani ojciec, ani matka nie zgodzą się wydać córki za takiego. I to przekonanie utwierdzało się w niej, tym bardziej że matka bez ustanku mówiła o ich przyszłym bogactwie, o szczęśliwym życiu, które się wtedy zacznie. Tak więc, bojąc się gniewu matki, Masza postanowiła nie myśleć więcej o Ulianie − unikała podchodzenia do okna, unikała wszelkich rozmów z sąsiadką i starała się być wesoła, ale oblicze młodzieńca mocno utkwiło w jej sercu.

Tymczasem zbliżał się dzień przeprowadzki do lafertowskiego domu. Ojciec wcześniej już tam się wybrał, polecając żonie i córce wyruszyć za nim z dobytkiem spakowanym poprzedniego dnia. Podjechały dwie platformy, woźnice z pomocą sąsiadów załadowali kufry i meble. Iwanowna i Masza dźwignęły ciężkie węzły i mały pochód wolnym krokiem ruszył ku Przełomnej rogatce. Przechodząc obok mieszkania sąsiadki-wdowy, Masza mimo woli podniosła oczy: przy otwartym oknie stał Ulian z pochyloną głową: głęboki smutek malował się na jego twarzy. Masza zdawała się go nie dostrzegać i odwróciła głowę, ale gorzkie łzy niczym grad potoczyły się po jej bladej twarzy.

W domu od dawna oczekiwał ich Onufrycz. Powiedział im, jak chce rozstawić meble, wyjaśniał, jak zamierza urządzić się w nowym domu.

− W tym alkierzu będzie nasza sypialnia − powiedział do żony − obok niej, w małym pokoiku, ustawi się obrazy, a tu będzie bawialnia i równocześnie pokój stołowy. Masza może spać na górze, w świetlicy. Nigdy − mówił dalej − nie zdarzyło mi się mieszkać tak przestronnie, ale nie wiem dlaczego, czuję się jakoś nieswojo. Daj Boże, żebyśmy tutaj żyli tak szczęśliwie jak w dawnych ciasnych pokoikach.

Iwanowna uśmiechnęła się mimo woli. „Poczekaj tylko − pomyślała − nie w takich jeszcze będziemy mieszkać pokojach”.

Radość jej jednak tegoż dnia znacznie przygasła: skoro tylko zapadł wieczór, przenikliwy świst rozległ się w całym mieszkaniu, zaczęły postukiwać okiennice.

− Cóż to takiego? − zawołała Iwanowna.

− To wiatr − obojętnie odpowiedział Onufrycz − widać okiennice nieszczelnie się zamykają; jutro trzeba będzie naprawić.

Iwanowna zamilkła i znacząco spojrzała na córkę, jako że świst wiatru przypominał jej głos ciotki.

W tym czasie Masza spokojnie siedziała w kącie i nie słyszała ani poświstów wiatru, ani postukiwania okiennic − myślała o Ulianie. Iwanownie wydawało się straszne, że tylko ona usłyszała głos starej. Po kolacji wyszła do sieni, żeby schować resztki ich skromnego posiłku, zbliżyła się do szafy, postawiła koło siebie na podłodze świecę i zaczęła ustawiać na półce półmiski i talerze. Nagle usłyszała obok siebie szelest i coś lekko uderzyło ją po ramieniu... Obejrzała się... za nią stała nieboszczka w sukni, w której ją pogrzebano. Twarz miała gniewną, podniosła rękę i groziła palcem. Okropnie przerażona Iwanowna głośno krzyknęła. Mąż i Masza pobiegli do sieni.

− Co się z tobą dzieje? − zawołał Onufrycz, widząc, że jest blada jak płótno i cała drżąca.

− Ciotka! − powiedziała rozdygotanym głosem. Chciała mówić dalej, ale ciotka znowu się jej ukazała... twarz miała jeszcze bardziej gniewną i jeszcze surowiej jej groziła. Słowa zamarły na ustach Iwanowny.

− Zostaw zmarłych w pokoju − odpowiedział mąż, wziął ją za rękę i wprowadził do izby. − Pomódl się i majaki cię opuszczą. Chodźmy, kładź się do łóżka, czas już spać!

Iwanowna położyła się, ale nieboszczka wciąż stała przed jej oczyma, wciąż w takiej tchnącej gniewem postaci. Onufrycz spokojnie się rozebrał i zaczął głośno się modlić, a Iwanowna zauważyła, że w miarę wsłuchiwania się w modlitwy postać ciotki stawała się coraz bledsza, a wreszcie całkiem znikła.

Masza również miała niespokojną noc. Kiedy wchodziła do świetlicy, wydawało się jej, jakby cień babki mignął przed nią, ale nie w tak groźnej postaci jak przed matką. Twarz babki była raczej wesoła, przyjaźnie uśmiechnięta. Wnuczka przeżegnała się i cień znikł. Z początku wydawało się jej, że to gra wyobraźni, i myśli o Ulianie pomogły jej odegnać wspomnienie babki. Położyła się więc spokojnie i wkrótce zasnęła. Koło północy nagle coś ją obudziło. Miała wrażenie, że zimna ręka głaska ją po twarzy... Dziewczyna zerwała się... Przed obrazem płonęła lampka oliwna, w pokoju nie widać było nic nadzwyczajnego, ale serce Maszy łomotało ze strachu. Słyszała wyraźnie, że ktoś chodzi po pokoju i ciężko wzdycha... Potem jakby otworzyły się i zaskrzypiały drzwi... i ktoś zszedł po schodach.

Masza drżała niczym liść na wietrze. Próżno starała się zasnąć znowu. Wstała więc z łóżka, poprawiła knot w lampce przed obrazem i podeszła do okna. Noc była ciemna. Z początku Masza nie widziała nic, potem wydawało się jej, jakby na podwórzu tuż przy studni zapaliły się dwa małe światełka. Światełka to gasły, to zapalały się na przemian, potem jakby zapłonęły jaskrawiej i Masza zobaczyła wyraźnie, że koło studni stoi nieboszczka babka i przywołuje ją ręką... Za nią na tylnych łapach siedzi czarny kot, a oczy jego w nieprzeniknionym mroku świecą jak płomyki. Masza odeszła od okna, osunęła się na łóżko i mocno otuliła głowę kołdrą. Długo wydawało się jej, że babka chodzi po pokoju, szpera po kątach i z cicha woła ją po imieniu. Raz miała nawet wrażenie, że stara chciała z niej zerwać kołdrę. Wreszcie wszystko ucichło, ale Masza już przez całą noc nawet nie zmrużyła oczu.

Następnego dnia postanowiła oświadczyć matce, że powie o wszystkim ojcu i odda mu klucz, który dostała od babki. W czasie wieczornych strachów matka sama była gotowa wyrzec się wszelkich skarbów, ale kiedy z rana wzeszło purpurowe słoneczko i jaskrawymi promieniami oświeciło pokój, strachy ulotniły się, jakby ich w ogóle nie było. Natomiast radosne obrazy przyszłego szczęśliwego życia znowu wypełniały jej wyobraźnię. „Przecież zmarła nie będzie mnie straszyć wiecznie” − myślała. „Masza wyjdzie za mąż i strachy się uspokoją. Zresztą czego ona chce? A może o to się gniewa, że ja wcale nie mam zamiaru szczędzić jej skarbów? Nie, cioteńko, gniewaj się ile wlezie, a my jednak przehulamy twoje rubelki!”

Na próżno Masza błagała matkę, żeby pozwoliła wyjawić ojcu tajemnicę.

− Ty gwałtem odtrącasz od siebie szczęście − odpowiadała matka. − Zaczekaj jeszcze chociaż dwa dni, wkrótce pewnie zjawi się twój oblubieniec, a wtedy wszystko się jakoś ułoży.

− Dwa dni − powtórzyła Masza. − Ja nie przeżyję ani jednej takiej nocy, jak ta wczorajsza.

− Nie pleć − zaoponowała matka − może nawet dziś to wszystko się skończy.

Masza nie wiedziała, co robić. Z jednej strony czuła, że powinna wyznać wszystko ojcu, z drugiej zaś − bała się, że wywoła gniew matki, która nigdy by jej tego nie darowała. Dręczona straszną rozterką wyszła z podwórza i w zamyśleniu błądziła długo po najbardziej odludnych ulicach Lafertowskiej dzielnicy. Wreszcie, nic nie wymyśliwszy, wróciła do domu. Matka spotkała ją w sieni.

− Maszo! Prędko idź na górę i przebierz się, już przeszło godzinę siedzi z ojcem twój oblubieniec, oczekując na ciebie.

Maszy zaczęło mocno bić serce, kiedy szła na górę. Tam łzy strumieniem polały się z jej oczu. W wyobraźni stanął przed nią Ulian taki smutny, jakiego widziała ostatni raz. Zapomniała, że ma się ubierać. Ale surowy głos matki przerwał jej rozmyślania.

− Maszo! Długo tam jeszcze będziesz się stroić?! − krzyczała z dołu Iwanowna. − Zejdź tutaj!

Masza zeszła na dół w tej samej sukience, w której weszła do swej świetlicy. Otworzywszy drzwi, osłupiała!... Na ławce obok ojca siedział mężczyzna średniego wzrostu w zielonym mundurowym surducie − ta sama twarz, te same oczy, które kiedyś dostrzegła u czarnego kota. Stanęła w drzwiach i nie mogła ruszyć się z miejsca.

− Podejdź bliżej, co ci się stało? − zapytał ojciec.

− O Boże! To przecież babki czarny kot − odpowiedziała Masza, zapominając się i wskazując na gościa, który jakoś dziwnie kręcił głową, spoglądając na nią przymilnie, niemal całkiem zmrużonymi oczyma.

− Zwariowałaś! − zawołał zgorszony ojciec. − Co za kot? To pan radca tytularny Arystarch Murłykin zaszczyca cię prośbą o rękę.

Przy tych słowach gość wstał płynnie, posuwiście podszedł do Maszy i chciał ją pocałować w rękę. Masza z głośnym krzykiem cofnęła się. Ojciec z wściekłością zerwał się z ławki.

− Cóż to ma znaczyć?! − krzyknął. − Jakaś ty niedelikatna, całkiem jak wiejska dziewczyna!...

Ale Masza nie słuchała go.

− Ojczulku! − powiedziała w uniesieniu − wola twoja! Ale to jest babki czarny kot! Proszę mu powiedzieć, żeby zdjął rękawiczki, a wtedy zobaczy ojciec, jakie ma pazury. − To powiedziawszy, wyszła z pokoju, uciekając do swojej świetlicy.

Gość coś cicho mruczał pod nosem. Oboje rodzice byli okropnie zmieszani, jednak Murłykin podszedł do nich wciąż z tym samym uśmiechem.

− To głupstwo, proszę pana – powiedział, mocno grasejując − to nic, proszę pani, proszę się nie gniewać! Jutro przyjdę znowu, jutro ukochana narzeczona będzie dla mnie łaskawsza.

Potem kilka razy ukłonił się − z wyraźną przyjemnością wyginając swe zaokrąglone plecy − i wyniósł się z pokoju. Masza patrzyła z góry i widziała, jak gość zszedł ze schodów i odszedł wolno, podnosząc nogi. Kiedy jednak minął dom, nagle skręcił za węgieł i pomknął jak strzała. Duży pies sąsiadów z głośnym ujadaniem pognał za nim co sił, ale nie zdołał go dogonić.

Wybiła dwunasta, godzina obiadu... W głębokim milczeniu zasiedli do stołu wszyscy troje i nikomu nie chciało się jeść. Matka raz po raz gniewnie popatrywała na córkę siedzącą z opuszczonymi oczami. Ojciec również był zamyślony. Przy końcu obiadu przyniesiono mu list. Ojciec otworzył go i twarz jego rozjaśniła radość. Potem wstał od stołu, pośpiesznie włożył nowy surdut, wziął kapelusz i laskę, mając zamiar wyjść.

− Dokąd to idziesz? − zapytała Iwanowna.

− Wkrótce wrócę − odpowiedział i wyszedł.

Skoro tylko zamknęły się za nim drzwi, matka zaczęła łajać Maszę:

− Niegodziwa córko! To tak kochasz i szanujesz swoją matkę? To tak okazujesz posłuszeństwo rodzicom? Ale obiecuję ci, że się do ciebie zabiorę. Spróbuj tylko okazywać fochy, kiedy jutro zawita do nas Arystarch Murłykin.

− Mateńko! − odpowiedziała Masza ze łzami. − We wszystkim obiecuję posłuszeństwo, tylko nie wydawajcie mnie za mąż za babcinego kota!

− Cóż ty za bzdury wygadujesz? − oburzyła się matka. − Wstydziłabyś się, moja panno − wszyscy wiedzą, że to radca tytularny.

− Może nawet i tak, mateńko − odpowiedziała nieszczęsna Masza, gorzko szlochając − ale to kot, doprawdy kot!

I jakkolwiek łajała ją matka, jakkolwiek przekonywała, Masza jednak wciąż powtarzała, że nigdy nie zgodzi się poślubić babcinego kota. Wreszcie rozgniewana Iwanowna przepędziła ją z pokoju. Masza wyszła do swojej świetlicy i zaczęła znowu gorzko płakać.

Po jakimś czasie usłyszała, że ojciec wrócił do domu, i wkrótce potem rodzice ją zawołali. Kiedy zeszła na dół, ojciec wziął ją za rękę i czule przytulił.

− Maszo! − zaczął. − Zawsze byłaś dobrą dziewczynką i posłuszną córką! − Masza rozpłakała się i pocałowała ojca w rękę. − Teraz możesz nam dowieść, że nas kochasz! Słuchaj uważnie! Myślę, że pamiętasz markietana, o którym często opowiadałem i z którym tak się zaprzyjaźniłem w czasie tureckiej wojny. Wtedy był to człowiek biedny, a ja miałem okazję bardzo mu się przysłużyć. Musieliśmy się rozstać, ale przysięgliśmy wiecznie o sobie pamiętać. Od tego czasu minęło przeszło trzydzieści lat i całkowicie straciłem go z oczu. Dziś przy obiedzie otrzymałem od niego list − niedawno przyjechał do Moskwy i dowiedział się, gdzie mieszkam. Pośpieszyłem do niego i możesz sobie wyobrazić, jak się ucieszyliśmy z tego spotkania. Przyjaciel mój miał okazję stać się dostawcą, wzbogacił się i teraz przyjechał tu, żeby sobie pożyć spokojnie. Kiedy dowiedział się, że mam córkę, bardzo się uradował, no i w końcu wyswatałem ciebie za jego jedynego syna. Staruszkowie nie lubią tracić czasu. Dzisiaj wieczorem obaj się tu zjawią.

Masza rozpłakała się jeszcze bardziej gorzko − przypomniała sobie Uliana.

− Słuchaj, Maszo! − powiedział Onufrycz. − Dziś rano przychodził prosić o twoją rękę Murłykin. To człowiek bogaty, którego znają wszyscy w całej dzielnicy. Ale ty nie chciałaś go za męża i wyznam szczerze − chociaż dobrze wiem, iż radca tytularny nie może być kotem − że mnie również wydał się on jakiś podejrzany. Jednakże syn mego przyjaciela to człowiek młody, przystojny i nie ma żadnego powodu, żebyś się nie zgodziła. A oto moje ostatnie słowo: jeżeli nie chcesz oddać swej ręki temu, którego ja ci wybrałem, to jutro rano przygotuj się na przyjęcie oświadczyn Murłykina. Idź i namyśl się.

Masza bardzo rozgoryczona wróciła do swojego pokoiku.

Dawno już postanowiła za nic w świecie nie wychodzić za mąż za Murłykina, należeć jednak do innego, a nie do Uliana − wydało się Maszy okrutnym! Niedługo potem weszła do niej matka.

− Droga Maszo! − powiedziała. − Posłuchaj mojej rady. I tak musisz wyjść za mąż za Murłykina albo za markietana: odmów temu drugiemu, a wyjdź za pierwszego kandydata. Chociaż ojciec mówił, że markietan jest bogaty, ale ja przecież twego ojca znam! Każdy, kto ma sto rubli za pazuchą, to już u niego bogacz. Maszo! Pomyśl, ile będziemy mieli pieniędzy... a Murłykin doprawdy nie jest odrażający. Choć i nie całkiem młody, ale za to jakiż delikatny, jaki przyjemny! Będzie cię nosić na rękach.

Masza płakała i nie odpowiedziała ani słowa, a matka przekonana, że córka się zgodziła, wyszła szybko, żeby mąż nie domyślił się, że ją namawiała. Tymczasem Masza, z bólem serca, postanowiła swoją miłość do Uliana złożyć w ofierze ojcu. „Postaram się o nim zapomnieć − myślała − niechaj ojca uszczęśliwi moje posłuszeństwo. I tak zawiniłam wobec niego, bo wbrew jego woli widywałam się z babką!’’

Skoro tylko się ściemniło, Masza cichutko zeszła ze schodów, kierując swe kroki wprost ku studni. Kiedy tylko wyszła na podwórze, nagle zerwał się wokół niej wicher i wydawało się, że ziemia kołysze się pod nogami... Olbrzymia ropucha z ohydnym skrzeczeniem skakała wprost na Maszę, ale ona przeżegnała się i zdecydowanie szła naprzód. Zbliżywszy się do studni, usłyszała żałosne jęki, jakby wydobywające się z samego dna. Czarny kot siedział smętnie na zrębie, miaucząc żałośnie. Masza odwróciła się i podeszła bliżej. Zdecydowanie zdjęła z szyi sznurek z kluczem, podarowanym przez babkę.

− Weź sobie swój podarek! − powiedziała. − Nie chcę ani twego narzeczonego, ani twoich pieniędzy, weź i zostaw nas w spokoju.

Dziewczyna cisnęła klucz wprost do studni. Czarny kot miauknął wrzaskliwie i skoczył za kluczem − woda w studni gwałtownie się wzburzyła... Masza poszła do domu. Z serca jej spadł ciężki kamień.

Kiedy podchodziła do domu, usłyszała jakiś nieznajomy głos − ktoś rozmawiał z jej ojcem. Ojciec spotkał ją przy drzwiach i wziął za rękę.

− Oto moja córka! – powiedział, wiodąc Maszę do poważnego starca z siwą brodą, który siedział na ławie. Masza skłoniła się przed nim głęboko.

− Onufrycz − rzekł starzec − przedstaw jej teraz narzeczonego.

Masza nieśmiało się obejrzała − obok niej stał Ulian! Dziewczyna z krzykiem padła mu w objęcia.

Nie podejmuję się opisywania zachwytu zakochanych. Ojciec i starzec dowiedzieli się, że oni dawno już się znają, i to spotęgowało radość. Iwanownę pocieszyła wiadomość, że przyszły swat ma paręset tysięcy odłożonej gotówki. Uliana też zdziwiła ta wiadomość, nie przypuszczał bowiem, że jego ojciec jest tak bogaty. Po jakichś dwóch tygodniach odbył się ślub młodej pary.

W dzień ślubu, pod wieczór, kiedy w domu Uliana rozbawieni goście pili zdrowie młodych, do pokoju wszedł znany już nam strażnik i powiadomił Onufrycza, że właśnie w tym czasie, kiedy odbywał się ślub Maszy, w lafertowskim domu zawalił się sufit i cały dom runął.

− Ja i tak nie miałem zamiaru dłużej tam mieszkać − powiedział Onufrycz. − Siadaj z nami, dawny mój towarzyszu, nalej sobie szklanicę cymlańskiego wina i złóż życzenia młodej parze: szczęścia i długich lat!