50,99 zł
Grzeczna, wściekła, niedopasowana. Manifest niepokoju, który czuje całe pokolenie
Walencja, lata 90. Blancę i jej matkę łączy niezwykła więź. Gdy kobieta znika bez śladu, pozostawia po sobie bolesną pustkę i pytania, które na lata pozostaną bez odpowiedzi.
Wychowywana do wolności Blanca czuje ciężar wyobcowania. Nieśmiała pilna uczennica szuka mocnych wrażeń: słucha Joy Division, kradnie szminki Diora, pije tanie shoty, całuje się w klubach z nieznajomymi. Coraz mocniej pali ją gniew. Zaczyna wierzyć, że ten wewnętrzny żar jest wyjątkowym darem.
W Internecie poznaje dziewczyny jak ona zafascynowane mroczną muzyką i seryjnymi mordercami. Tworzą rodzinę z wyboru, która daje wsparcie i pozwala przetrwać. Razem uczą się, jak zamieniać lęk w żart, samotność we wspólnotę, a złość – w siłę. Wkrótce wyruszają w szaloną podróż, której nie da się odbyć w pojedynkę.
Ogień w gardle to opowieść o wszystkich i dla wszystkich, którzy choć raz poczuli, że coś w nich pęka – i już nie chce się skleić.
FINALISTKA PREMIO PLANETA 2024
Beatriz Serrano doskonale oddaje ducha epoki. Uzależniająca powieść. „ELLE”
Intensywna opowieść pełna surowych emocji i symboliki, która emanuje z każdej strony. LASEXTA
Proza, która płonie i pochłania czytelnika. (…) Tą powieścią Serrano dowodzi, że umie odkrywać najgłębsze emocje i sprzeczności, które sprawiają, że jesteśmy ludźmi. CCMAGAZINE.ES
Beatriz Serrano (ur. 1989 w Madrycie) – autorka międzynarodowego bestsellera Ogród rozpaczy ziemskich. Gwiazda hiszpańskich mediów, dziennikarka i pisarka. Karierę zaczynała w „Vanity Fair”, „Vogue” i „GQ”, dziś publikuje w „El País”. Współautorka popularnego podcastu Arsénico Caviar, w którym z czarnym humorem rozkłada na czynniki pierwsze to, „co nas wkurza, bawi i jednocześnie przeraża”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 408
Data ważności licencji: 9/15/2031
Tytuł oryginału
Fuego en la garganta
Copyright © Beatriz Serrano, 2024
Copyright © Editorial Grupo Planeta, 2024
Projekt okładki i wewnętrznego zadruku okładki
Katarzyna Bućko
Obraz na okładce
Carlo Crivelli, Coronation of the Virgin with the Holy Trinity and Saints, 1493,
olej na desce, Pinacoteca di Brera, Włochy / Alamy
Stock Photo
Fotografia autorki na skrzydełku
© Andrea Casino
Redaktorka inicjująca
Dorota Gruszka
Opieka redakcyjna
Katarzyna Mach
Promocja
Emilia Rydel
Adiustacja
Aleksandra Kiełczykowska
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Małgorzata Biernacka
Łamanie
CreoLibro
Copyright © for the translation by Ewa Ratajczyk
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-157-5
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Manu, w podziękowaniu za akceptację i zrozumienie moich drobnych obsesji i uspokojenie wielkich obaw.
Zastanawiam się nad tym, czy zanim dokona się czynu heroicznego, trzeba zrobić coś nierozsądnego.
PETER ORNER, Still No Word from You(Notes in the Margin)
Moje myśli rozpalą pożary w waszych miastach.
CHARLES MANSON
Ponoć historię najlepiej opowiadać od początku. Jednak zazwyczaj trudno określić, co jest początkiem wszystkich wydarzeń. Narodziny? Ślub? Nagła śmierć, pogrzeb i będący jego skutkiem podział pokaźnego spadku pomiędzy kilkoro rodzeństwa? Każdy z nas, biednych śmiertelników, sam decyduje, który moment życia stanowi punkt wyjścia jego opowieści. Co z perspektywy czasu wyjaśnia jego historię. Która chwila dzieli życie na „przed” i „po”. Jakie zdarzenie nieodwracalnie ukształtowało nas takimi, jacy jesteśmy.
Początkiem historii Blanki nie mógłby być, na przykład, dzień jej narodzin, bo co miałby wnosić i kogo by zainteresował?; ani jej pierwszy dzień w szkole, bo nie miał znaczenia dla niej i nie ma znaczenia dla kwestii, którą się zajmujemy; ani tym bardziej dzień Pierwszej Komunii Świętej, ponieważ Blanca nie jest nawet ochrzczona. Historia Blanki rozpoczyna się w dniu, w którym ojciec – w deszczowy i nieprzyjemny lutowy poranek tego roku, kiedy premierę miały filmy Król Lew, Maska i Flintstonowie – po tym jak postawił przed nią na stole w jadalni miskę płatków śniadaniowych z mlekiem i sam usiadł przy nim z czarną kawą i papierosem Ducados, poinformował ją, że matka wyjechała na wakacje. To właśnie przyczyniło się do pierwszego cudu.
– Mama wyjechała na wakacje. – Ojciec wypuścił w kierunku sufitu, szczęśliwie pomalowanego na odpowiedni kolor o nazwie tytoń, dym z pierwszego zapalonego tego dnia papierosa.
– Dokąd? – zapytała dziewczynka bez większego przejęcia, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora, emitowano bowiem animowaną wersję W 80 dni dookoła świata, wciąż nieświadoma znaczenia porannej informacji oraz tego, jak bardzo zmieni ona bieg ich życia.
– Niedługo wróci – odparł ojciec, również wpatrzony w postaci na ekranie, trzymając papierosa między palcami wskazującym i środkowym, które powoli się zażółcały.
Matka jednak nigdy nie wróciła.
Nie były niczym niezwykłym takie zniknięcia matki, zwłaszcza w ostatnim czasie, bo właściwie tylko ten ostatni czas potrafiła przechować w pamięci dziewięciolatka. Blanca do dziś nie przypomina sobie, żeby w dniu, w którym matka odeszła na dobre, atmosfera w domu znacząco się zmieniła: pachniało, jak każdego ranka, świeżo parzoną kawą, a jej ubrania naszykowane na rozpoczynający się dzień, również jak każdego ranka, leżały na krześle przy biurku, wyprasowane i gotowe do włożenia, niewzruszone jakimikolwiek oznakami nieobecności lub porzucenia.
To prawda, że matka pojawiała się i znikała, jak twierdziły – kręcąc głowami z dezaprobatą, jakby nikt ich nie widział i nie słyszał – sąsiadki z bloku, w którym mieszkała Blanca wraz z rodzicami. „Ta to się pojawia i znika”, komentowały, siedząc na niedorzecznych białych plastikowych krzesłach – każdego popołudnia, przy dobrej pogodzie, wynosiły je przed dom – z wachlarzem w ręku w najgorętsze dni w roku. „Nie zwracaj uwagi na te przekupy”, odpowiadała zazwyczaj matka, gdy Blanca przynosiła plotki z dziedzińca, po części ze skrywaną intencją wkupienia się w łaski matki i okazania jej swojej lojalności, częściowo po to, by matka zdradziła, co się z nią działo. „Spotkania, pogawędki i takie tam”, tłumaczył ją z kolei ojciec, rzucając nieco światła na sprawę. „Twoja matka to niespokojny duch. Nie wszystkie kobiety spędzają całe dnie w domu na szorowaniu kuchennej podłogi”, dodawał bardzo nowocześnie, jak mężczyzna wyprzedzający swoje czasy, mężczyzna przybyły z przyszłości, choć Blanca setki razy widziała matkę w starej bawełnianej koszulce i znoszonych dżinsach, klęczącą i polerującą kuchenną podłogę, aż świeciła tak, że mogłaby być lustrem dla majtek.
A jednak Blanca, na podstawie własnych obserwacji i porównań z matkami swoich szkolnych koleżanek, stwierdziła, że jej matka rzeczywiście nie jest taka jak inne; dlatego bliscy nieco mniej przejmowali się jej wyjściami i nieobecnościami. Jej matka nigdy nie szykowała kanapek do szkoły, tylko kupowała Blance na drugie śniadanie coś w piekarni. „Przynajmniej torebka nie śmierdzi mi mielonką”, mówiła, udając odruch wymiotny. Jej matka nosiła minispódniczki i obcisłe swetry, jak dziewczyny z czasopism, i buty wysokie jak jej ambicje – sięgające powyżej kolan, zawsze na obcasie. Jej matka codziennie czekała na nią około piątej po południu, z dala od reszty rodziców, siedząc na ławce, paląc papierosa i przeglądając jakiś magazyn, który właśnie pojawił się w kioskach, o modzie i trendach albo o historii. Jej matka nie siadała w kafejce na placu na kawę z innymi matkami, ale bawiła się z Blancą, a jeśli Blanca bawiła się z koleżankami, siedziała spokojnie z boku, paliła lub czytała. Obie te rzeczy często robiła jednocześnie. Jej matka nieraz się nie czesała, tylko upinała włosy w niedbały kok. Nie malowała się też nadmiernie, ale kiedy już nakładała makijaż, rysowała na powiece kreskę, która ciągnęła się aż do skroni, jak u współczesnej Kleopatry. Jej matka śmiała się głośno i gestykulowała, śpiewała na całe gardło w samochodzie po drodze do szkoły i krzyczała na kierowców, którzy ją wyprzedzali. A kiedy przyszło jej rozmawiać z nauczycielami, zakładała ręce na piersiach i marszczyła brwi, w przeciwieństwie do innych matek, które patrzyły na nauczycieli pokornie, z anielskim uśmiechem, i niejednokrotnie zjawiały się z torbą pełną łakoci przywiezionych niedawno z rodzinnego miasteczka.
„Moja mama mówi, że twoja mama to dziwka”, powiedziała jej kiedyś szkolna koleżanka o imieniu Aurora. „Z twoją mamą jest taki problem, że jest prostaczką”, odparowała Blanca bez wahania i bez najmniejszej urazy. Słowo „prostak” często słyszała w domu, z ust swoich rodziców, kiedy mówili o innych. „Co za prostactwo”, narzekali, szukając miejsca, gdzie mogliby wbić parasol na plaży pełnej niedzielnych turystów. „Ta banda prostaków nie dogadałaby się nawet za kolejnej dyktatury”, komentowali ze śmiechem po powrocie ze spotkania wspólnoty mieszkaniowej, które jak zwykle zakończyło się krzykami, pretensjami i ożywionymi dyskusjami na temat kolorów markiz z przodu budynku. „Ta prostaczka z warzywniaka zwariowała z ceną kiwi”, oznajmiała matka po powrocie z zakupów, wypakowując rzeczy z torby. Albo: „mój szef, prostak, się na mnie uwziął”, mawiał ojciec, gdy wracał z pracy. Dlatego Blanca wcześnie zrozumiała, że różni się od innych, w myśl jasnej zasady: świat dzielił się na prostaków i jej rodzinę.
Dwa tygodnie po tym jak matka wyjechała na wakacje, w szkole zaczęto plotkować na temat jej zniknięcia, a w sercu Blanki pojawiło się nieznane dotąd uczucie, nowy odcień w palecie zmiennych nastrojów, który raczej nie nawiedza najmłodszych, zidentyfikowany później przez Blancę jako niepokój.
W domu ojciec z uporem obstawał przy tym, że matka jest na wakacjach, ale Blanca widziała, że cienie pod jego oczami z dnia na dzień stają się coraz ciemniejsze, a odpowiedzi – coraz bardziej lakoniczne i opryskliwe. Zaniepokojenie Blanki narastało z każdym dniem, bo wyczuwała, że ojciec co rusz zmienia przedstawianą jej wersję wydarzeń. Najpierw twierdził, że matka jest w Benidormie, później zaś, pod wpływem nacisków córki, oznajmił, że wyjechała na Hawaje. „Na Hawaje?”, zapytała Blanca ze zdziwieniem, po czym pobiegła do swojego pokoju, żeby odszukać Hawaje na globusie. Brak możliwości umiejscowienia matki w konkretnym, niezmiennym punkcie na kuli, którą miała w swoim pokoju, potęgował jej zdenerwowanie, tym bardziej że ojciec przestał podawać konkretne miejsca (matka zdążyła zawitać do Singapuru, Nowej Zelandii i Wiednia) i zaczął odpowiadać mało krzepiącym i niezbyt entuzjastycznym: „Wróci”. Odpowiedzi na pytania o to, gdzie i kiedy, nie przynosiły dziewczynce uspokajających ani tym bardziej konkretnych informacji na temat tajemniczego zniknięcia matki. Na to, żeby pytać: „dlaczego?”, była za mała.
„Nie uwierzysz, czego się dowiedziałam” stało się hasłem, które Blanca słyszała za każdym razem, gdy ze spuszczoną głową i z plecakiem przewieszonym przez ramię przechodziła obok cudzych matek. W tamtych czasach wszyscy się znali. Pojęcie wszyscy obejmowało nieco ponad pięć tysięcy mieszkańców dzielnicy na przedmieściach Walencji. Choć znajdowała się ona rzut kamieniem od miasta, w odległości dłuższego spaceru, stanowiła odrębną enklawę z własną historią. Jej mieszkańcy nie uważali się za mieszkańców stolicy prowincji, z kolei mieszkańcy stolicy nie uważali tych spod miasta za swych prawdziwych sąsiadów.
W tamtym miejscu wszyscy wiedzieli, czyim jesteś synem i wnukiem. A jeśli się tu sprowadziłeś, wszyscy mieli dokładne informacje, skąd przybyłeś, ponieważ w takich przypadkach przybysz tracił swoje nazwisko i stawał się po prostu Murcjaninem, a jeśli Murcjanin zapuścił korzenie, to jego potomstwo, analogicznie, nazywano Dziećmi Murcjanina. Wiadomo było również, gdzie mieszkasz (czy w części eleganckiej, bliżej śródmieścia, z nowymi budynkami, w pobliżu głównej alei, placu i sklepów, czy też w części robotniczej, po drugiej stronie parceli z leżącą odłogiem ziemią, niedaleko stacji benzynowej), czym się zajmujesz, z kim się spotykasz i do której z dwóch tutejszych szkół uczęszczają twoje dzieci – do publicznej czy do prywatnej. A jeśli któraś z pociech napsociła, na przykład rozbiła szybę piłką lub kopniakiem zniszczyła lusterko samochodowe, po kilku minutach sąsiadka dzwoniła domofonem do drzwi matki sprawcy, żeby opowiedzieć o zajściu. W tym mikrokosmosie żadne zmiany – zakup najnowszego modelu samochodu rodzinnego, separacja, syn, który stał się narkomanem, czy nowy kolor włosów sąsiadki – nigdy nie pozostawały niezauważone.
Raptem codziennie po południu Blancę zaczął odbierać ze szkoły ojciec, a on, w przeciwieństwie do matki, rozmawiał z innymi matkami, prostaczkami. Trudno było więc ignorować nieobecność mamy, tym bardziej że od jakiegoś czasu budziła podejrzenia. Zwłaszcza że czasami to właśnie te kobiety musiały zaopiekować się Blancą, ponieważ jej ojciec dzwonił w ostatniej chwili, zaaferowany, i kajając się, prosił, żeby zabrały ją ze sobą do parku, bo skomplikowała mu się sytuacja w pracy.
– A z twoją mamą co się stało? – pytała zawsze któraś z matek, szturchając łokciem kobietę stojącą obok i obserwując dziewczynkę o smutnych oczach.
Blanca zawsze reagowała w ten sam sposób: wzruszała ramionami, wbijała wzrok w ziemię i milczała.
Matki, a jakże, zaczęły komentować. „Podobno przyłapał ją w łóżku z innym”. „Coś podobnego, jestem w szoku”. „Przecież wyglądali na bardzo zakochanych, prawda?” „Słyszałam, że wróciła do rodzinnego miasteczka, bo jej matka jest bardzo chora”. „Akurat, to po co te wszystkie tajemnice?” „Święta racja, o takich rzeczach mówi się bez wstydu”. „Mnie to wszystko wygląda bardzo podejrzanie”. „Tym bardziej że wiadomo, jaka ona była. Gdybyś mi to powiedziała o Pili, skwitowałabym: «Aha», ale ona?” „Dziewczynka wydaje mi się smutna”. „Poza tym nic nie mówi, jakby ktoś ją zakneblował”. „Moim zdaniem ta kobieta była stuknięta i pewnie przebywa w jakimś ośrodku”. „Całkiem możliwe”. „Co wy mówicie, rak piersi, wiem z pewnego źródła”. „Nie chce, żeby widzieli ją łysą”. „Coś w tym jest, zawsze była bardzo zadbana”. „Wyzywająca”. „Oj, ale ty jesteś złośliwa, Julita, posikam się ze śmiechu”. „No dobra, ja lecę, bo mały robi się głodny i marudny”. „Jeśli się czegoś dowiem, to do ciebie zadzwonię”. „Tak, tak, będziemy się informować”. I tak to wyglądało, aż w końcu matka Aurory wprost zapytała ojca Blanki, gdzie podziewa się jego żona, ponieważ dawno jej nie widziano i cała dzielnica się niepokoi. A ojciec Blanki, najprawdopodobniej zaskoczony w chwili słabości lub desperacji, odparł, że wyjechała na czas nieokreślony, zbytnio się nie tłumacząc, i że nawet on nie bardzo wie, dokąd i z kim. I wtedy dopiero się zaczęło.
Plotki krążyły z prędkością światła w mikrokosmosie dzielnicy i wkrótce, po kilku „Nie uwierzysz, czego się dowiedziałam” i „Jak ci powiem, co usłyszałam…” gremialnie uznano, że matka Blanki z pewnością przebywa w jakimś zakładzie psychiatrycznym, które wówczas nazywano domami wariatów, a ludzie nie byli do nich „przyjmowani”, lecz w nich „zamykani”. Trzeba zrozumieć charakter tamtej epoki i powszechną opinię na temat matki Blanki, ponieważ wszyscy wiemy, że plotki są zazwyczaj znacznie okrutniejsze, gdy dotyczą osoby zasadniczo nielubianej przez tych, co je rozpowszechniają.
To właśnie Aurora, dziewczynka, która pewnego dnia nazwała matkę Blanki dziwką, ponownie skonfrontowała się z Blancą podczas przerwy, gdy ta ustawiła się w kolejce do do zabawy pozostałych dzieci, być może chodziło o skakanie przez skakankę. Aurora złapała Blancę za kucyk i powiedziała, że wszyscy wiedzą, iż jej matka ich porzuciła, bo jest wariatką. „Skończoną wariatką”, powiedziała, idealnie naśladując ton, jakim wypowiedziano by takie zdanie w jednej z telenoweli, oglądanych przez starsze kobiety podczas sjesty. Wtedy Blanca po raz pierwszy usłyszała z czyichś ust słowo porzucenie i pomyślała o swoim krzesełku przed biurkiem, na którym już nie czekały ubrania wyprasowane na następny dzień, i poczuła, że to prawda. Jej matka nie była na Hawajach ani w Singapurze, ale odeszła na zawsze. Blanca rozejrzała się i zauważyła, że pozostali chichoczą. „Twoja matka jest wariatką, twoja matka jest wariatką”, zaczęli skandować ze złośliwością charakterystyczną dla małych dzieci, które nie obawiają się jeszcze konsekwencji swoich czynów.
Blanca poczuła, że pali ją głęboko w piersi i że ten ogień, ta gęsta i gorzka ciecz wywołująca pieczenie, podchodzi jej do gardła niczym lawa wulkanu, gotowa wylać się z jej ust jak wymioty po zjedzeniu całego zestawu dziecięcego w Burger Kingu. Chwyciła Aurorę za rękę i patrząc jej w oczy, wycedziła: „Mam nadzieję, że dostaniesz niewidzialnego raka i że żaden lekarz go nie wykryje”. A później ją spoliczkowała. Aurora odeszła, szlochając na cały głos, z dłonią na czerwonym policzku. Właśnie to wszyscy zapamiętali: uderzenie w twarz. Efektowny cios był tak gwałtowny i głośny (plask!), że na klątwę Blanki obecne na miejscu dzieci nie zwróciły uwagi.
Blanca nie poniosła żadnej kary, ponieważ wszyscy, a zwłaszcza dorośli, współczuli biednej, porzuconej dziewczynce. Aurora natomiast otrzymała surową reprymendę od dyrektorki – została pouczona, że powinna wykazywać więcej empatii wobec innych, „ponieważ nie wszystkie dzieci mają tyle szczęścia co ty”. Przez szczęście rozumiejąc posiadanie ojca i matki oraz wiedzy na temat tego, gdzie mniej więcej się znajdują. Aurora nie doczekała końca roku szkolnego. Po trzech miesiącach zmarła na rzadką chorobę; lekarze nie byli w stanie znaleźć lekarstwa ani terapii, które zdołałyby przedłużyć jej krótkie życie. Choroba postępowała błyskawicznie i była niezwykle bolesna.
Blanca niewiele więcej pamięta z tego, co wydarzyło się w tamtym roku. Pamięć jest bez wątpienia kapryśna, a ona przeżyła zbyt wiele traumatycznych wydarzeń w krótkim czasie, by móc zachować wierną chronologię tych mrocznych miesięcy. Od momentu gdy odeszła matka i życie zamieniło się w pełne cierpienia oczekiwanie, jej wspomnienia traciły ostrość, jakby przechowywała je za szybą, po której spływa deszcz. Zwyczaje i domowy rytm codzienności zmieniały się, przekształcały i ewoluowały, aż w końcu zastąpiły je nowe zwyczaje i nowy rytm. Rano nadal unosił się w domu zapach świeżo parzonej kawy, ale Blanca sama zaczęła wybierać ubrania do szkoły, a codzienne menu ograniczyło się do dwóch nowych specjałów tej smutnej restauracji: makaronu z pomidorami i mielonym mięsem w południe oraz filetu z kurczaka i szparagów z majonezem wieczorem.
Z tamtego roku pamięta jednak to, że pojęła prawdziwe znaczenie słowa cisza – czasami stawała się nie do zniesienia i Blanca miała wrażenie, że tak bardzo ciąży na barkach jej samej i ojcu, iż oboje zaczęli chodzić ze spuszczoną głową, skuleni, jakby wyrosły im garby. Czasami ciszę wypełniały banały („Co byś zjadła na kolację?”, „W sobotę rano zacznę cię zawozić na pływanie”) zamiast pytań, które Blanca chciała zadać („Gdzie jest mama? Kiedy wróci?”), i odpowiedzi, które pragnęła usłyszeć. Dokładnie nie pamięta, kiedy przestała zadawać te pytania ani kiedy przywykła do samotności przeżywanej we dwoje.
Niewiele więcej pamięta z tamtych pierwszych miesięcy nieobecności matki – ani co robili z ojcem w domu, ani o czym rozmawiali, jeśli w ogóle o czymkolwiek. Dziś potrafi zamknąć oczy i zdobywając się na wysiłek, od którego na czole występują kropelki potu, przywołać mgliste wspomnienie szkolnej bramy z czerwonej cegły, porośniętej bugenwillą, swojej małej miętowozielonej ławki i błękitnego plecaka. Pamięta też nauczycielkę muzyki klaszczącą, żeby wszyscy nadążali za rytmem melodii. I nauczyciela matematyki wyjaśniającego coś i dodającego: „To będzie na sprawdzianie”. Potrafi sobie przypomnieć swoje żółte kalosze i odgłos, jaki wydawały, gdy skakała po kałużach, i przezroczysty parasol, dzięki któremu wiedziała, jak mocno pada deszcz. Pamięta ojca w domu, rozmawiającego z kimś przez telefon, prawdopodobnie z jakimś krewnym, jak mówił: „Nie wiem, kurwa, nie wiem”, po czym z wściekłością odkładał słuchawkę. Przypomina sobie, że dzieci w szkole odsuwały się od niej i szeptały, gdy je mijała. I że nikt nie chciał się z nią bawić na przerwie, jakby była czarną owcą, bo Blanca na zawsze stała się tą, która spoliczkowała chorutką dziewczynkę.
Niezwykle wyraźnie pamięta jednak tamto popołudnie, kiedy chowano Aurorę. Miejscowy, klaustrofobicznie mały, kościół parafialny, zapach kadzidła, syk płonących świec i mdlący, słodkawy zapach dziesiątek wieńców przed ołtarzem. Nikt w całej dzielnicy nie zapomniał o małej Aurorze. Blanca ma w głowie obraz Aurory, niczym z fotografii, bladej jak woskowa laleczka, w czerwonej sukience i czarnych lakierowanych pantofelkach, w których Blanca nigdy jej nie widziała, z nieskazitelnie czystymi podeszwami, lśniącymi i niezużytymi, leżącej w sosnowej trumnie wielkości zabawkowego samochodu. Pamięta kobietę ocierającą łzy chusteczką i wykrzykującą raz po raz z przejęciem: „Wygląda jak Czerwony Kapturek!”. Pamięta, że wszystkie dzieci z klasy zaśpiewały Barkę, choć gdy teraz o tym myśli, ta pieśń nie wydaje jej się odpowiednia na pogrzeb dziecka, ale być może wtedy była to jedyna piosenka, którą wszyscy znali, a w niespodziewanych sytuacjach lepiej nie improwizować. Pamięta, że matka Aurory zemdlała dwukrotnie: raz, gdy dotarła do kościoła i zobaczyła całą scenę, a drugi raz, gdy szła za trumną swojej jedynej córki. Pamięta księdza wypowiadającego słowa, które choć głośno rozbrzmiewały w małym kościółku, pozostawały bez echa, ponieważ do ludzi stłoczonych na ciemnych drewnianych ławkach nie docierała pociecha, jaką powinny nieść, na przykład te o akceptacji Bożej tajemnicy, kiedy duchowny wskazywał na trumienkę z dziewczynką, która przeżyła zaledwie kilka lat. I pamięta też łzy zaraźliwe jak wirus tak radośnie rozprzestrzeniający się w szkołach. Że najpierw zaczęła płakać Berta, która uważała się za najlepszą przyjaciółkę Aurory, a potem, jakby nastąpił efekt domina, rozpłakały się wszystkie dzieci ze szkoły, które tego dnia uczestniczyły w pogrzebie koleżanki. Blanca również płakała, opierając kolana na klęczniku drewnianej kościelnej ławki, modląc się, w teorii, za duszę zmarłej dziewczynki. Ale nie modliła się za duszę Aurory. Modliła się za własną.
Blanca pamięta, że podniosła wzrok, gdy reszta pogrążonych w modlitwie kolegów i koleżanek nadal wpatrywała się w podłogę, i uświadomiła sobie, że Aurora to już nie dziecko, lecz zwłoki. Jej twarz, niegdyś pogodna i bystra, była teraz jedynie pozbawioną wyrazu maską, co sprawiło, że Blanca, mimo tego, co usłyszała owego popołudnia z ust proboszcza, zaczęła się zastanawiać, czy ta istota, która nie czuje ani nie cierpi, mogła mieć duszę i gdzie ta dusza się teraz znajduje. Nad ich głowami Jezus Chrystus przybity do krzyża z bolesnym wyrazem twarzy wydawał się śledzić Blancę wzrokiem, choć próbowała się ukryć, i dziewczynka miała wrażenie, że ten mężczyzna na wysokościach wie o jej grzechu pierworodnym czy jaki tam popełniła. Silny zapach kadzidła, kwiatów i ludzi skupionych w tak małej przestrzeni przyprawił Blancę o zawroty głowy i musiała mocno chwycić się kościelnej ławki, żeby nie zemdleć. Pomyślała o ogniu, który buchnął z jej gardła. Pomyślała o klątwie, którą rzuciła na Aurorę. Pomyślała o tym, że zmarli przestają przypominać ludzi, którymi byli. I w chwili gdy ostatnie promienie popołudniowego słońca wpadały przez okna do kościoła, poczuła, że strach, zimny jak lód, przebiegł przez całe jej ciało i osiadł w kościach i osiadł w jej kościach.
Po pogrzebie Blanca dostała wysokiej gorączki, z powodu której spędziła w łóżku kilka tygodni, co nie pomogło wypełnić luk w i tak już kruchej pamięci. Ojciec uznał, że przyczyną tego stanu rzeczy były trudne przeżycia ostatnich miesięcy, zwieńczone nieszczęsnym pogrzebem dziecka, co potwornie zasmuciło całą dzielnicę. Jednak Blanca, pocąc się w swoim łóżeczku, czuła w ustach gorycz winy, a na karku – przeszywający wzrok Jezusa Chrystusa z kościoła parafialnego, którego progu nigdy więcej nie przestąpiła.
A później pamięta, że nadeszło lato.
Choć początek tej historii mógłby wskazywać na coś innego, dzieciństwo Blanki było w sumie dość szczęśliwe; a może, biorąc pod uwagę okoliczności, należałoby raczej powiedzieć, że było dość normalne. W porównaniu z tym, co przeżywali niektórzy koledzy i koleżanki ze szkoły – ojciec jednej pewnego dnia wyszedł po papierosy i więcej nie wrócił; matki innych pojawiały się od czasu do czasu w ogromnych ciemnych okularach, by ukryć podbite oko; a ojcowie jeszcze innych nieustannie przesiadywali na piwie w barze Manolín, z twarzami czerwonymi jak buraki, po czym wracali do domów, zataczając się w tym samym parku, w którym bawiły się ich dzieci – Blanca nie miała najgorzej. W miejscach, gdzie mnóstwo jest historii, których nikt nie chciałby przywoływać podczas toastu weselnego, nieszczęście wielu jest zazwyczaj pocieszeniem dla wszystkich.
Po pierwszym roku od odejścia matki, która pozostawiła po sobie ogromną pustkę, życie Blanki stopniowo się zapełniało, a pod jej stopami ukształtowało się dość stabilne podłoże, dzięki czemu mogła iść dalej. Ojciec mężnie zmierzył się z nową rzeczywistością i dostosował do niej, zdaniem sąsiadek z plastikowych krzeseł, z wielką godnością i opanowaniem; nie bez pewnego pragmatyzmu postanowił przestać wyczekiwać wieczorami powrotu żony, wypalając papierosa za papierosem, i z nadejściem września oraz rozpoczęciem nowego roku szkolnego pogodził się z tym, że są już nie we troje, lecz tylko we dwoje. Być może w głębi duszy wiedział o tym od zawsze.
Ojciec Blanki miał liczną rodzinę, a jej członkowie zaczynali niepostrzeżenie ingerować w domowe życie i zajmowali miejsca i przestrzenie, które dawniej zajmowała matka Blanki. Babcia i ciotki roztoczyły nad nią opiekę jak nad własną córką, obdarzając ją miłością i troską, a dzięki stosikom pojemników z domowym jedzeniem, zostawianym w zamrażarce, oraz zacięciu do porządków i umiejętności prowadzenia domu wydawało się, że mieszkanie, do niedawna zastygłe w czasie, znów ożyło.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiły ciotki Blanki, było usunięcie śladów pozostawionych przez jej matkę: opróżniły ze wszystkiego, co po niej zostało, szafy, szuflady i półki, podzieliły się kosmetykami pochowanymi w łazience, schowały rodzinne fotografie, na których widniała matka, porozstawiane do tej pory po domu, wyrzuciły nawet stare prześcieradła i pościel, w której matka Blanki z pewnością w potach podjęła decyzję o odejściu.
Zrobiło się tak, jakby matki nigdy tam nie było.
A mieszkanie znów stało się domem, w którym rzadko panowała cisza, przynajmniej ta z pierwszych miesięcy nieobecności, bo prawie zawsze ktoś się w nim kręcił. Najczęściej, ze dwa lub trzy razy w tygodniu, zaglądała do nich ciotka Felisa, starsza siostra ojca, samotna i bezdzietna – od czasu do czasu pojawiała się jednak z jakąś współlokatorką, zawsze nieatrakcyjną, z bardzo krótkimi włosami. Często zostawała na kolacji i przedłużała wizytę do północy. Czasami, gdy Blanca liczyła owce, docierały do niej salwy śmiechu ojca, dźwięku niemal zapomnianego, podobnie jak dawne podziały społeczne („Co za banda prostaków, Felisa”), i zasypiała spokojnie, otulona pewnym poczuciem bezpieczeństwa, z przekonaniem, że w jej życiu wszystko jest mniej więcej w porządku, skoro z salonu dobiegał śmiech.
Oczywiście tęskniła za matką. Z początku nieustannie, później sporadycznie. Najgorzej było, gdy matka jej się śniła, bo w ciągu dnia mogła zajmować swoją uwagę na tysiące sposobów, ale podświadomość bywała zdradliwa. W ciepłym śnie zdarzało jej się nawet poczuć matczyny zapach, a potem się budziła i nagle, z bólem, uświadamiała sobie, że matki już przy niej nie ma.
Jednak istniało coś silniejszego niż tęsknota: obawa, żeby nie odeszła już żadna z pozostałych w jej życiu osób. Czasami budziła się ze łzami w oczach, gdy przyśniła jej się mama, jednak o wiele gorsze były koszmary, w których mózg podsuwał jej wizję, że tata również wyprowadził się z domu, i wtedy nie budziła się z płaczem, ale z uczuciem ogromnej pustki w sercu. I tak Blanca dorastała jako dziecko wewnątrz pełne niepokoju, jednak z zewnątrz kochające, dobrze wychowane i urocze. Nie hałasowała, nie podnosiła głosu, dostawała dobre oceny i każdego ranka sama przygotowywała sobie śniadanie, tak jak robiły to zawsze odpowiedzialne starsze siostry w amerykańskich serialach familijnych, które oglądała w weekendy.
Po pewnym czasie, który mógł uchodzić za przyzwoity, gdy porzuconym był mężczyzna, lecz byłby dość skandaliczny, gdyby chodziło o porzuconą kobietę, zjawił się ktoś, kto na dobre zajął miejsce matki. Nazywała się Rosa i ojciec przedstawił ją Blance pewnego wiosennego popołudnia z wielką pompą, jak jakąś ważną osobistość. „Blanco, chcę ci przedstawić wyjątkową osobę”, powiedział. „Od tej pory będzie nam towarzyszyć”. Upłynęło już trochę czasu od tamtego zimnego lutowego poranka, a ich, niemal z dnia na dzień, znów było troje.
Rosa w niczym nie przypominała matki Blanki, była taka jak wszystkie inne matki: nie nosiła minispódniczek ani butów na obcasach, tylko dżinsy, trampki i miękkie, puszyste swetry. Zamiast kupować czasopisma o modzie lub historii, czytała „Hola!” albo „Lecturas” i nie miała nic przeciwko temu, by rozmawiać przed szkołą z innymi matkami o pogodzie, księżnej Alby lub o tym, co przygotuje na kolację. Nie paliła, prawie nie piła, nosiła krótką fryzurę w jaskrawoczerwonym kolorze, nie nazywała ludzi prostakami, a kiedy Blanca kończyła lekcje, czekała na nią z przygotowaną przez siebie kanapką z tuńczykiem i oliwkami, ulubioną przekąską Blanki, dzięki czemu Blanca czuła się podobna do innych dziewczynek ze szkoły, jak nigdy dotąd w swoim krótkim życiu, a zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat. Teraz znów, wracając do domu, miała kogo trzymać za rękę.
Rosa również wychodziła i wracała, ale z nią było inaczej: szła na zakupy albo do banku, z Blancą do fryzjera, na wywiadówkę lub do kina i na kolację z ojcem. Z początku Blanca ciągle ją wypytywała, dokąd idzie i jak długo jej nie będzie, a nawet oferowała, że pójdzie z nią, żeby w razie potrzeby jej w czymś pomóc. Wiele lat później podczas rodzinnych kolacji żartowano, że Rosa musiała prosić Blancę nawet o pozwolenie na pójście do łazienki. Później, kiedy obecność Rosy w domu stała się czymś zwyczajnym, Blanca się rozluźniła. Po brzęku koralików domyślała się, że Rosa jest już między drugim a trzecim piętrem, i udawała obojętność, gdy widziała ją przestępującą próg z dwiema torbami z zakupami w rękach i z bochenkiem chleba pod pachą.
Obecność Rosy szybko stała się tak naturalna jak kiedyś obecność matki: położyła swoje kosmetyki na jednej z półek w szafce łazienkowej, ubrania schowała do szaf, a w tym nowym domu zaczęła unosić się delikatna woń jej perfum, jakby była tu od zawsze. Blanca i jej ojciec przyzwyczaili się do przynoszenia solniczki na stół, bo Rosa często pomijała dodawanie soli do potraw, które gotowała, z czego nowa rodzina zaczęła wkrótce z sympatią żartować – dlatego Rosa nigdy nie przejmowała się tą subtelną krytyką jej umiejętności kulinarnych.
Blanca szczerze kochała Rosę, ponieważ sama obecność kobiecej postaci uspokajała ją i uwalniała od niepokojów dziecka przed okresem dojrzewania. Czuła, że jej miłość jest odwzajemniona, choć była świadoma, widząc nieustannie współczujące spojrzenia Rosy i jej nieco przesadne westchnienia za każdym razem gdy Blanca przynosiła dobry stopień lub robiła coś rozczulającego, że być może ta miłość zrodziła się z litości, jaką Rosa wobec niej czuła. Nie była to jedynie kwestia intuicji, ponieważ nie przy jednej, nie dwóch i nie trzech okazjach Blanca słyszała strzępy rozmów na korytarzu, podczas których Rosa, być może chcąc nawiązać nowe znajomości i mieć dobre stosunki z sąsiadkami, mówiła o tym, że jak można porzucić dziecko. Pomimo całej tej miłości panującej w nowo powstałej rodzinie, ponieważ porównania bywają okrutne, od czasu do czasu, kiedy Rosa źle wymawiała jakieś słowo – mówiła poszłeś, przyszłeś, wyszłeś i ten winogron – lub zastanawiała się dłużej niż trzy sekundy nad odpowiedzią na pytanie, które ktoś jej zadał, Blanca nie mogła powstrzymać się od myśli, że Rosa jest trochę prostacka, a później się za to nienawidziła.
Wszyscy mówili o Blance, że jest bardzo dobrym dzieckiem. Nie podkreślali, że jest ładna czy inteligentna, ale mówili o niej tak, jak mawia się o dziecku spokojnym, pozbawionym wyjątkowych cech, które wyróżniałyby je już na pierwszy rzut oka. Blanca jednak lubiła ten przymiotnik, słyszany czasem z ust krewnych czy przyjaciół rodziny, ponieważ łagodził myśl, która od czasu do czasu ją nawiedzała: że jest zła i w powolny, bolesny sposób zabiła dziewczynkę, w dodatku szczerze znienawidzoną. Poważny powód, żeby znów ją porzucono.
Blanca nieustannie wspominała dzień, w którym przeklęła Aurorę. A raczej obsesyjnie odczuwała tamte wydarzenia. Cofała się pamięcią o kilka lat i na nowo przeżywała to duszące uczucie w piersi, które podchodziło jej do gardła, aż w końcu wydostało się z ust i przekazało chorobę poprzez słowa. Nie mogła porozmawiać o tym z nikim ze swojego otoczenia. W wieku dziesięciu, jedenastu, dwunastu lat zrozumiała, że jeśli o tym wspomni, najprawdopodobniej zaprowadzą ją do psychologa dziecięcego, żeby rozmawiać o porzuceniu przez matkę, tak jak robiono to z osobliwymi dziećmi w filmach. Teraz, skoro odnalazła już pewną normalność w swoim krótkim życiu, za żadne skarby nie chciała stać się obiektem osiedlowych plotek i sąsiedzkich pogawędek na temat osamotnionej, porzuconej córki, która trafia do gabinetu psychiatry, żeby odnajdować motyle i czaszki w teście Rorschacha.
Ponieważ nie miała do kogo zwrócić się ze swoimi obawami, nieustannie szukała tamtego uczucia. W sobie, rzecz jasna, a także u innych, żeby się przekonać, czy gdzie indziej znajdzie ogień zdolny doprowadzić do katastrofy. Przyglądała się innym dzieciom, zwłaszcza tym najmniejszym, przeżywającym napady złości na środku supermarketu, pod okiem matek, które miały ochotę zapaść się pod ziemię. Blanca chciała sprawdzić, jak bardzo się czerwienią, kiedy rzucają torebką groszku, i zarówno u tych diabelskich stworzeń, jak i u ich matek wypatrywała, czy nie są bliskie omdlenia, nie mają zawrotów głowy i czy ich twarze nie zdradzają zmian zachodzących w ich wnętrzu. Przyglądała się kłótniom na szkolnym dziedzińcu. Obserwowała, jak zawsze, z daleka, z ukrycia, czekając, czy któraś z tych kłótni o to, kto tego ranka będzie rządził na placu zabaw, zakończy się w sposób bardziej nieprawdopodobny i katastrofalny niż nagana lub wyrzucenie ze szkoły. Przyglądała się też dorosłym, głośno kłócącym się na ulicy, z żyłami gwałtownie pulsującymi na szyjach i czołach, jakby lada moment miały pęknąć, którzy w końcu zaczynali się okładać, ponieważ jeden spojrzał na żonę drugiego lub porysował mu samochód. Gdziekolwiek spojrzała, widziała iskrę, ale niczego nie można było porównać z tym, co przeżyła. Po nikim nie było widać tego palącego ognia. Blanca pomyślała, że gdyby ponownie poczuła coś podobnego w sobie lub poza sobą, być może byłaby w stanie zrozumieć, co się wtedy stało, jeśli w ogóle coś się stało.
Poszukała tego wszystkiego w Internecie.
„Czy można zabić kogoś myślą?” było pierwszym wyszukiwaniem, jakie Blanca przeprowadziła w wieku trzynastu lat, kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku w jej domu zainstalowano komputer z dostępem do Internetu. Jej oczom ukazały się setki okien, tysiące możliwości i ścieżek, które z kolei skłaniały ją do stawiania sobie nowych pytań i rzucania ich w próżnię. Uznała, że musi chłonąć wszystko, spijać wszystko, czytać wszystko, przeskakując z jednego miejsca do drugiego, jakby ten nowy świat miał się kiedyś skończyć, ponieważ wierzyła, że na tym polega korzystanie z tego, co według jej ojca było „najpotężniejszą technologią wszech czasów”.
Wchodziła więc na strony informacyjne, blogi, fora społecznościowe, czaty, a nawet do pokojów gier online. Czytała o supermocach, czarnej magii, pradawnych kultach, satanistycznych sektach, o świętych i męczennikach oraz na temat historii różnych religii. Przeczytała od początku do końca blog pewnego mężczyzny o pseudonimie Maldito* Josep, który pochodził z Peru, jak wskazywała notka biograficzna, i który, jak twierdził, mógł zabić każdą osobę, jaka przed nim stanie, nawet w telewizji, jeśli patrząc na nią, będzie życzył jej śmierci i zje przy tym jajko na twardo. Blanca z zapałem śledziła ten blog. Kiedy umierała znana osoba, Maldito Josep publikował nowy wpis, żeby wyjaśnić, czy to on doprowadził do tej śmierci, a jeśli odpowiedź była twierdząca, jako niezbity dowód załączał niskiej jakości zdjęcie przedstawiające skorupki jajka, które zjadł podczas swojego osobliwego rytuału.
Przeczytała historię Charlesa Mansona i jego sekty, której członków łączyły narkotyki i seks na ranczu Spahn, oraz teorię zwaną Helter Skelter,zgodnie z którą apokalipsa została objawiona Mansonowi za pośrednictwem piosenki Beatlesów i to dlatego należało wszcząć wojnę rasową między czarnymi i białymi, a sygnał do niej miał dać sam Manson. I tak też zrobił. Najpierw zabił Sharon Tate, żonę Romana Polańskiego, i jego przyjaciół, którzy tamtej nocy gościli u niego w domu, a następnego dnia kolejne małżeństwo w rodzinnej rezydencji. Blanca przeraziła się, gdy zobaczyła zdjęcie drzwi posiadłości przy 10050 Cielo Drive, na których widniało słowo PIGS napisane krwią ofiar, ale odkryła też, że nie może oderwać wzroku od ekranu. Na stronie internetowej poświęconej opowieściom o zbrodniach rytualnych przeczytała o zabójstwie Sandra Beyera, dokonanym w Niemczech przez samozwańczych Synów Szatana. Przeczytała o Jeffreyu Dahmerze, Tedzie Bundym i Edzie Geinie. Przeczytała potworne historie o zamordowanych dziewczynach i z przerażeniem zdała sobie sprawę, że ofiarami były zazwyczaj kobiety lub, co gorsza, dziewczyny niewiele starsze od niej. Ze względu na bliskość geograficzną obsesyjnie przeżywała zabójstwo z Alcàsser – Míriam, Toñi i Desirée, trzech dziewczyn, które mogły być jej szkolnymi koleżankami; pewnej nocy wyszły na imprezę i zaginęły, w końcu znaleziono je martwe. Czytała o ucieczce Anglésa i schwytaniu Ricarta, morderców. Zafascynowało ją odkrycie tej makabrycznej historii opowiedzianej z najdrobniejszymi szczegółami, ponieważ gdy rozgrywały się wspomniane wydarzenia, wszyscy rodzice z jej dzielnicy woleli ukrywać je przed swoimi córkami, rozmawiali na ten temat tylko szeptem i zmieniali kanał, gdy na telewizyjnym ekranie pojawiało się zdjęcie trzech dziewcząt.
Gdy Blance wydawało się, że poznała wszystkich seryjnych morderców świata, przypadkiem trafiła na stronę internetową Kościoła scjentologicznego, ale nic z niej nie zrozumiała, ponieważ była w języku angielskim. Z sekt przerzuciła się na religie, a później na pseudoreligie i New Age. Odkryła, co oznaczają yin i yang, czym są czakry i medytacja transcendentalna. Zapamiętała swój znak zodiaku i ascendent, nauczyła się czytać z kart tarota i niewiele brakowało, a straciłaby sporą sumę, próbując sporządzić swój wykres astrologiczny, ale na szczęście nie znała godziny swoich narodzin – według ojca przyszła na świat w nocy, lecz nie było przy tym tej osoby, która mogłaby jej powiedzieć, kiedy jej matka przestała odczuwać bóle. Weszła również na blog kobiety twierdzącej, że jest wróżką i potrafi cofnąć zły urok lub rzucić zaklęcie ochronne przez Internet na każdą osobę, która tego potrzebuje. Kiedy Blanca pod jednym z wpisów na blogu zapytała ją, czy potrafi również zabijać ludzi i jak dokładnie to robi, wróżka odpowiedziała: „Tak, słoneczko”, i podała numer rachunku bankowego zarejestrowanego w Meksyku. Weszła na blogi, na których publikowano zaklęcia. I wtedy przekroczyła cienką granicę między rzeczywistością a fikcją – odkryła miejskie legendy, tak zwane creepypasty i niezliczone opowieści grozy z elementami nadprzyrodzonymi, zamieszczane na forach z zawsze czarnym tłem i czerwoną czcionką. Blanca uznała, że Internet rzeczywiście jest potężnym narzędziem pełnym mrocznych zakamarków, ale nie umiała go jeszcze wykorzystać, bo nie wiedziała, co począć z tymi wszystkimi odkryciami, którymi nie mogła podzielić się z najbliższym otoczeniem.
Uzależniła się, to jasne. Internet, w gruncie rzeczy, zawsze był schronieniem dla najbardziej samotnych. A ona miała za sobą całe dzieciństwo pełne pytań, na które rzadko znajdowała właściwą odpowiedź, więc odczuwała pewne ukojenie, gdy pisała cokolwiek i otrzymywała informacje. Ze szkoły wychodziła w pośpiechu, niezbyt zasmucona tym, że nie ma żadnych planów na dalszą część dnia, wracała do domu, siadała przed komputerem i mogła dalej odkrywać wszechświat.
Ojciec i Rosa martwili się o nią, zwłaszcza na początku. Żadne z nich nie rozumiało, dlaczego trzynastolatka zamyka się w swoim pokoju, zamiast siedzieć na ławce i rozgryzać pestki słonecznika, jak jej rówieśnicy. Nie nalegali zbytnio, żeby podniosła rolety, i nie zmuszali jej do wyjścia na świeże powietrze, być może dlatego, że choć żadne z nich nie chciało tego głośno przyznać, domyślali się, że Blanki prawdopodobnie nigdy nie zaproszono na ławkę na placu zabaw.
Jorge i Rosa to wyczuwali. Dziewczynka nie miała w swoim kalendarzu zaproszeń na urodziny trzydziestu osób, co najwyżej do jednej lub dwóch, i to prawie wyłącznie ze względu na to, że siedziała obok nich w klasie. Kiedy odbierali ją ze szkoły, zwykle szła za tą lub inną grupą, nieco w tyle, ze spuszczoną głową. „Blanca powinna bardziej się integrować”, brzmiała zazwyczaj jedyna uwaga na marginesie, gdy dostawali kartkę z jej ocenami, celującymi, ale nauczyciele, podobnie jak ojciec i Rosa, nie naciskali zbytnio na biedną, porzuconą dziewczynkę, która siedziała grzecznie w ostatniej ławce, cicha i wyprostowana.
A jednak Blanca zaczęła napotykać szereg ograniczeń i limitów, z którymi nie miała wcześniej do czynienia. Nie wolno jej było łączyć się z Internetem przed odrobieniem lekcji ani po kolacji. Nie wolno jej było rozmawiać na czacie z osobami powyżej osiemnastego roku życia i ujawniać swojego prawdziwego imienia. Prawdopodobnie ojciec narzuciłby jej znacznie więcej ograniczeń, gdyby lepiej rozumiał, co skrywa Internet, ale jak większość ludzi w tamtych czasach nie do końca to wtedy pojmował.
Blanca na ogół przestrzegała zasad, choć z początku lekko się przeciwko nim buntowała. Nie dlatego, że chciała postawić na swoim, ale dlatego, że negocjacje dawały jej i ojcu pretekst do rozmowy. Wolała dyskutować z nim przez godzinę, niż znów milczeć. Czasami łamała zasady, kiedy naszła ją ochota: na przykład, kiedy ojciec i Rosa szli do sypialni, żeby się położyć, Blanca w tajemnicy ponownie łączyła się z Internetem.
Najważniejszą rzecz, jaką przyniosły jej poszukiwania, ze względu na to, jaki wpływ wywarła na jej życie, znalazła na jednym z czatów. Regularnie zaczęła odwiedzać kanał Ya.com o nazwie XiKaS 666 SaTaNiKaS, tak jak wiele podobnych do niej nastolatek z obsesją na punkcie czarów, ezoteryki, satanizmu, zjawisk paranormalnych, a zwłaszcza piosenkarza Marilyna Mansona, którego Blanca myliła wówczas z Charlesem, co sprawiało, że wiele z jej ówczesnych rozmów nie miało zbytniego sensu. Oto przykład:
VeRoNiKa
jaka jest twoja ulubiona piosenka mansona?
Blanca
masz na myśli White Album? Revolution 1
VeRoNiKa
co????
Czat XiKaS 666 SaTaNiKaS wkrótce przekształcił się w grupę korzystającą z nowego narzędzia o nazwie MSN Messenger, które stało się popularnym środkiem komunikacji. Nowa grupa pozostała przy nazwie XiKaS 666 SaTaNiKaS, żeby nie rezygnować z tego, co dobre. Mały prywatny klub przyjął tylko cztery członkinie, cztery najbardziej zżyte uczestniczki czatu, na którym zarówno Blanca, jak i pozostałe trzy nieznajome spędzały przez ostatnie miesiące prawie wszystkie popołudnia w dni powszednie, co w przypadku czterech nastolatek stanowiło ogromną ilość czasu. Gdy trzy dziewczyny pozbyły się cyfrowych pseudonimów (†BrokenGirl†, Lullaby i vErOnIkA), okazało się, że na imię mają Carla, Inma i Verónica. Blanca (w Internecie Persefona) była czwarta.
Pomimo demonicznej nazwy czatu, na którym poznały się dziewczyny, można było opisać je jako normalne nastolatki, próbujące zajrzeć w nieznane dotąd rewiry. W swoim małym oknie na świat, na nowy horyzont możliwości, Blanca znalaz-ła społeczność o takich samych gustach, zainteresowaniach i fascynacjach, dzięki czemu po raz pierwszy poczuła, że gdzieś przynależy.
Inaczej niż w szkole, gdzie Blanca przyłączała się to do jednej, to do innej grupy, do której przyjmowano ją właściwie z grzeczności, a z żadnym z jej członków nigdy nie połączyła jej prawdziwa bliskość, grupkę dziewcząt poznanych w Internecie po raz pierwszy mogła nazwać przyjaciółkami. Ponieważ, inaczej niż w szkole, w Internecie nie istniało jeszcze pojęcie przeszłości, Blanca czuła o wiele większą wolność zamknięta w swoim pokoju niż na rozległym boisku szkolnym, bo obawiała się, że tam, jeśli zbytnio się otworzy, ktoś o lepszych lub gorszych intencjach wyciągnie temat jej nieobecnej lub zaginionej matki.
Cztery dziewczyny, choć mieszkały w różnych miastach Hiszpanii i nigdy nie spotkały się osobiście, co wieczór, łamiąc godzinę policyjną, łączyły się o tej samej porze i do czasu pójścia do łóżka rozmawiały online – opowiadały sobie o szczegółach codziennego życia, plotkowały o swoich gimnazjalnych zauroczeniach, jeśli takie miały, narzekały na rodzinę, a przede wszystkim wyjawiały swoje małe obsesje. Polecały sobie filmy i zespoły muzyczne. Na początku były to głównie utwory związane z tym, co je połączyło, takie jak filmy Szkoła czarownic lub Totalna magia czy wspomniany już Marilyn Manson, a także Rammstein, Ministry czy Nine Inch Nails. Później rozszerzyły zainteresowania o literaturę, głównie za namową Veróniki, najstarszej z nich, i przeczytały kilka opowiadań Edgara Allana Poe oraz Legendy Gustava Adolfa Bécquera. Poza tym Frankensteina Mary Shelley i oczywiście Drakulę Brama Stokera. Po tej lekturze Blanca musiała odłączyć od prądu mały telewizor, jakiś czas temu zainstalowany w jej pokoju przez ojca, ponieważ czerwona kontrolka wskazująca, że jest podłączony, kojarzyła jej się z czerwonymi lśniącymi w ciemności oczami hrabiego. Później zainteresowały się wszystkimi książkami Anne Rice, niemal wszystkimi książkami Stephena Kinga, Dzieckiem Rosemary Iry Levina oraz Portretem Doriana Graya Oscara Wilde’a, ulubioną książką Blanki. Ciekawie było obserwować z zewnątrz cztery pełne życia dziewczyny z obsesją na punkcie śmierci, zamknięte w swoich pokojach, czytające do bólu powiek.
Spośród trzech dziewczyn, z którymi Blanca dzieliła się słowami i mrocznymi obsesjami, Verónica była bez wątpienia tą, która wydawała jej się najbliższa. Często zostawiały Carlę i Inmę rozmawiające w grupie na Messengerze, a same przenosiły się do jeszcze bardziej prywatnego okienka. To była ich tajemnica. Blanca z wielu powodów uważała Verónicę za swoją ulubienicę. Po pierwsze, była najstarsza: miała siedemnaście lat, a reszta z nich – trzynaście i czternaście, więc wydawało się, że Verónica zawsze jest o kilka kroków przed resztą, jak starsza siostra, której Blanca nigdy nie miała. Po drugie, tylko ona mieszkała w Madrycie, co Blancę fascynowało. Carla pochodziła z Alicante, a Inma z Jaén, miejsc znacznie mniej pociągających Blancę w porównaniu ze stolicą Hiszpanii. Blanca opowiadała Verónice o miejscach, które chce odwiedzić, a dla dziewczyny, z którą rozmawiała każdego wieczoru, były one czymś zupełnie normalnym: często spacerowała po Gran Vía, spędzała popołudnia w świątyni Debod z kolegami z liceum, chodziła do kin na Placu Los Cubos i robiła zakupy w second handach w dzielnicach La Latina lub Malasaña. Z pokoju w dzielnicy, w której, jak zdawało się Blance, nigdy nic się nie dzieje, ponieważ wszystko, co ważne, miało miejsce dwadzieścia minut spacerem stąd, a ona nie mogła jeszcze chodzić tam sama, nazwy tych miejsc robiły na niej piorunujące wrażenie.
Verónica spotykała się z chłopakami, chodziła na koncerty i piła alkohol, a Blanca zyskała dostęp, choćby przez okno, do świata dorosłych. To Verónica otworzyła przed nią drzwi do nieznanego jej dotąd świata kultury. To dzięki niej Blanca odkryła i pokochała literaturę, muzykę i kino. Była jej zaufaną doradczynią, dawała jej wskazówki na temat dalszych poszukiwań, jeśli spodobała jej się ta czy inna rzecz. Jeśli lubiła Marilyna Mansona, powinna posłuchać The Cure, bo o tym zespole Manson wspominał w wielu wywiadach. Jeśli słuchała The Cure, być może zainteresowałoby ją Joy Division. Jeśli dotarła do Joy Division, być może powinna kupić coś New Order. Ale poza muzyką, kinem i filmami Verónica doradzała Blance również w sprawach życia, udzielała samotnej dziewczynce z prowincji rad i pomagała jej odnaleźć się w świecie, w którym przyszło jej żyć („Kiedy inni krzyczą, TY mów cicho, a zobaczysz, że wszyscy będą cb słuchać uważniej”, „Nie ruszaj się, jeśli ktoś do cb idzie, zobaczysz, że się przestraszy” albo „Nie kłóć się z ojcem, przyznaj mu rację, a potem rób, co chcesz xDDD”).
Blanca zwracała się do Veróniki, żeby się dowiedzieć, co powinna czytać, oglądać, czego słuchać, a później nawet – co robić. Wszystko to, zwłaszcza dla nastolatki, było niemalże jak lekcje, jaka powinna być, nauki cyfrowego Pigmaliona przenikające do małej dzielnicy, po której spacerowała Blanca.
Kiedy doczekały się pierwszych aparatów cyfrowych i zaczęły robić sobie i wysyłać zdjęcia, wszystkie zdziwiły się wyjątkową urodą Veróniki, która w dodatku farbowała włosy na różowo. Pozostałe dziewczynki nie były ani już dziećmi, ani jeszcze kobietami, zaś Verónica uosabiała to, jakie wszystkie mogły się kiedyś stać.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część pierwsza. Blanca i dziewczyny z internetu
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
