Odnajdę Cię. Włoskie pożądanie #2 - Nana Bekher - ebook
BESTSELLER

Odnajdę Cię. Włoskie pożądanie #2 ebook

Bekher Nana

4,5

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Życiem Domenica Montechiaro kierowały poszukiwania zaginionej przed laty młodszej siostry. Gdy Blanca wróciła do rodziny, mężczyzna postanowił uporządkować swoje sprawy i odzyskać utraconą miłość. Spotkanie z dawną ukochaną będzie dla niego ogromnym zaskoczeniem. Jaką niespodziankę będzie miała dla niego kobieta? Czy bezwzględny mafioso będzie potrafił stać się kochającym mężczyzną? I co tak naprawdę się za tym wszystkim kryje?

 

Nana Bekher wie, jak rozpalić emocje czytelnika. „Odnajdę Cię” to doskonała mieszanka tajemnic, prawdziwej, niegasnącej od lat miłości i buzującego w żyłach pożądania. Domenico to twardy i bezwzględny mężczyzna, który dla uczucia jest gotów na wszystko. Wejdźcie do świata włoskiego pożądania, a rozpali w was ogień, który długo nie zgaśnie”. - AT. Michalak, autorka

 

„Mroczny, seksowny, niebezpieczny – on. Twarda, silna, kochająca – ona. Pomiędzy nimi tajemnice przeszłości i niepewna przyszłość. Czy Domenico naprawi swoje błędy? Czy Miranda pozwoli się pokochać na nowo i da mężczyźnie szansę na pełnienie najważniejszych ról: partnera i ojca? Czy oboje odnajdą siebie nawzajem i siłę w brutalnym świecie mafijnych porachunków? Wspaniała kontynuacja „Ginger” jest jedną z najlepszych książek autorki. Zalecam czytać w zimne dni, bohaterowie i tak rozgrzeją nas do czerwoności.” - Patrycja Ujazda, czytelniczka

 

Nana Bekher w swojej najnowszej powieści przedstawia moc cudownego uczucia, które pomimo kilku lat rozłąki nadal tli się w bohaterach. Nieszczęśliwa miłość i brutalna fabuła dają prawdziwą bombę, która rozrywa serce z każdą przeczytaną stroną. Jest to historia, od której nie sposób się oderwać, a emocje buzują i sieją spustoszenie w naszym organizmie. Koniecznie musicie poznać losy Domenica i Mirandy!” - Paula, girlsbookslovers.blogspot.com

 

„Jak mocno można kochać? Jak długo można kochać? Czy mężczyzna, o którym mówią, że nie ma uczuć, może okazać się najlepszym bratem, wspaniałym ojcem i niedościgłym kochankiem? Może. Historia Domenica pokazuje, co miłość potrafi zrobić z sercem z kamienia. Książka napisana tak, że raz wzięta do ręki, odłożona zostanie dopiero po przeczytaniu ostatniego słowa.” - Małgorzata Kołakowska, czytelniczka

 

„Jak silne może być uczucie do drugiego człowieka? Można by rzec, że powiedzenie „stara miłość nie rdzewieje” pasuje tu idealnie, ale czy na pewno? Domenico Montechiaro idzie o krok dalej i udowadnia, że jest w stanie zrobić wszystko dla osób, które kocha. Tym właśnie zdobył moje serce, z głębi którego polecam tę książkę.” - Story tale, blogerka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (516 ocen)
341
100
52
21
2
Sortuj według:
Irusiaa

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana w ciągu jednego dnia. Wciągająca historia
00
Bogusia67

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
Julcia79

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam 🙂
00
jpkkn

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam.
00

Popularność




Copyright © by Nana Bekher, 2019Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowaniaoraz udostępniania publicznie bez zgody Autora orazWydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Zdjęcie na okładce: © by Andrey Kiselev/123rf

Projekt okładki: Marta Lisowska oraz Adam Buzek

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek

Ilustracje wewnątrz książki: © Obraz kmicican z Pixabay

Wydanie I - elektroniczne

ISBN 978-83-66754-81-2

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

ROZDZIAŁ 43

ROZDZIAŁ 44

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Wolę jedno życie z Tobą niż samotnośćprzez wszystkie ery tego świata.

J.R.R Tolkien, Władca Pierścieni

PROLOG

Moja najmłodsza siostra Blanca zaginęła, gdy miałem trzynaście lat. Od tamtej pory wiedziałem, że muszę ją odnaleźć. Przyleciałem do San Diego jako Gabriel Ramos i rozpocząłem swoje poszukiwania. Rok później poznałem kobietę. Miranda Price stała się moją miłością, moją namiętnością, moją obsesją. Jednak poszukiwania siostry kierowały całym moim życiem. Stałem się bardziej agresywny, zaborczy, chłodny. Byłem niezłym skurwielem. Przerażona moim zachowaniem Miranda uciekła. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć, ale odnalezienie siostry było ważniejsze. Blanca się odnalazła i wreszcie zapanował spokój w naszejrodzinie.

Niestety, miesiąc po ślubie siostry, zaczęły się problemy zdrowotne naszego ojca. Serce. Oczywiście nikt poza mną i mamą o tym nie wiedział. To był jego odgórny zakaz. Poleciałem na kilka tygodni do rodzinnego domu. Ojciec zapewniał mnie, że czuje się lepiej i mogę wrócić. Potem mała Alessia… Boże, co to był za ból. Blanca i Santiago byli wystarczająco rozbici, więc mama poinformowała tylko mnie, że ojciec leży w szpitalu, bo miał zawał. Nawet Chiara i Laura nie wiedziały. Od tego momentu praktycznie dwa lata spędziłem na Capri. Musiałem przejąć część interesów poojcu.

Wróciłem kilka tygodni temu na urodziny bliźniaków siostry i szwagra. Tym razem zostaję. Będę szukał Mirandy i znajdę ją, choćbym miał zejść do samego piekła. Ja, Domenico Montechiaro, nigdy się niepoddaję.

ROZDZIAŁ 1

DOMENICO

Krople potu oblewają moje czoło, gdy po raz kolejny uderzam tego gnoja. Nerwowy ostatnio się zrobiłem i jakiś rozdrażniony. Siedzi tu już drugi dzień i jeszcze ani słowem się nieodezwał.

– Kto cię, kurwa, wynajął?! – Wymierzam mucios.

– Szefie, zabijesz go – mówiDavid.

– Czego ty, kurwa, tak jęczysz?! – krzyczę na niego. – Nie będzie mi jakiś kutas deptał popiętach!

– Ale jak go kropniesz, to nie dowiesz się, kto za tym stoi – poucza mnie, więc to chyba jemu zaraz rozwalęłeb.

– A co ty, kurwa, doradcą moim jesteś? – warczę.

Jak mnie wkurwia takie pierdolenie! Ciepłe kluchy są z tegoDavida.

– Kto cię wynajął? – pytamponownie.

– Wal się, Montechiaro! – rzuca. – I tak mnie zabijesz, a japrzyrzekałem.

– Masz, kurwa, jebaną rację – syczę i wyciągamglocka.

Facet zamyka oczy i głośno przełyka ślinę. David spogląda na mnie niepewnie, a ja bez wahania oddaję strzał… Szlag by to wszystko trafił! Otwieram drzwi iwychodzę.

– Sprzątnijcie tu – mówię do chłopaków, którzy pilnowali poddrzwiami.

Idę schodami na górę. Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie prowadzi mi się ten klub, choć niedobrze mi się robi, gdy pomyślę, że moja mała siostrzyczka tańczyła tu przed tymi napaleńcami. Ten David ma szczęście, że Blanca się za nim wstawiła, mówiąc, iż traktował ją inaczej, lepiej, bo już dawno by wąchał kwiatki odspodu.

Kurwa! Jeszcze ten detektyw podniósł mi ciśnienie. Nie pozwolę, by ktokolwiek zagrażał mojej rodzinie. Jestem tu po to, by chronić siostrę, szwagra i dzieciaki. Jeśli on śledził mnie, na pewno dotarł również do nich. Co prawda on już nic nie powie, ale dowiem się, kim był ten facet, dlaczego mnie śledził i na czyje zlecenie. Kiedy jestem już na górze, dzwoni mój telefon. ToBlanca.

– Cześć, siostra, cotam?

– Cześć, Domi. Może wpadłbyś dziś do nas na kolację? – pyta.

Akuratdziś?

– Blanca, nie wiem, czy dziś się wyrobię – ściemniamjej.

– Oj, proszę cię. Tak koło szóstej – nalega. – Dzieci sięucieszą.

Dzieci… Ciekawe, czy kiedyś ja będę miałswoje?

– Dobra, wpadnę – zgadzam się, bo znam Blancę i prędzej mi dziurę w brzuchu wywierci niżodpuści.

– Super – słyszę, jak się cieszy – to narazie.

– No, cześć.

Chowam telefon do kieszeni i podchodzę dochłopaków.

– Corrado, Luca – zwracam się do nich – wy zostajecietutaj.

– Jasne, szefie – przytakują.

– Hanson, siadaj – rzucam, wskazując chłopakowimiejsce.

Od razu do stolika podchodzi kelnerka. Dziewczyna zmysłowo kołysze biodrami, nie odrywając ode mniewzroku.

Wiem, na co liczy, ale dość zabawiania się z dziewczynami z klubu, bo robią sięnatrętne.

– Czego się szef napije? – pyta, uśmiechając sięzalotnie.

– To co zwykle. – Mierzę jąwzrokiem.

Dziewczyna odchodzi i po chwili przynosi miwhiskey.

– Ten detektyw coś znalazł? – pytamchłopaka.

– Na razie nic konkretnego – mówi. – Gość nazywa się Stan Bergman i jest prywatnymdetektywem.

– Był – poprawiam go, po czym wychylamwhiskey.

– Co ma szef namyśli?

– A co, nie jesteś w stanie siędomyślić?

Hanson sztywnieje. Jacy oni wszyscy nagle wrażliwi się zrobili. David jest jedynym, pieprzonym przypadkiem, bo ja nie daję drugiejszansy.

– Masz się dowiedzieć, kto go wynajął. Zrozumiano?

– Tak, szefie. – Kiwagłową.

– A, i zadzwoń do Zoe, ma być u mnie odziewiątej.

– Jasne.

– Pilnujcie tu wszystkiego – wstaję – ja mam dziś kolację usiostry.

– Proszę ją pozdrowić. – Chłopak podnosi się zamną.

– Pozdrowię. – Spoglądam na niegopodejrzliwie.

Wychodzę z klubu i jadę do domu. Mojego wielkiego, pustegodomu.

Nie wiem, po co kupiłem taki duży, skoro tak naprawdę jestem w nim sam. Chyba z przyzwyczajenia. Zawsze mieszkałem w dużym, luksusowym domu, choć patrząc na siostry, ich mężów i dzieci, wiem, co jest ważniejsze. Kurwa, jakiś sentymentalny sięzrobiłem!

Czasami nocuje u mnie Zoe, ale nie mieszka tu. Nie chcę, by się wprowadziła. Mogłaby to źle odczytać i za dużo sobiewyobrazić.

No nic, muszę się ogarnąć. Biorę szybki prysznic i sięprzebieram.

Dziś spokojnie, ale jutro ruszam na dłużników. Falcon miał czas do… Dziesięć minut temu. Nie ma zmiłuj. Towar miał na czas, więc kasa też miała być na czas, ale dziś mam kolację u siostry. No właśnie. Czas się zbierać.

Po drodze podjeżdżam jeszcze do sklepu z zabawkami po jakieś upominki dla bliźniaków. Lalka dla Cristine i samochód dla Matteo. Zaraz po szóstej jestem usiostry.

– O, w końcu jesteś. – Blanca otwiera midrzwi.

– Przepraszam, miałem trochę pracy. Gdzie dzieciaki? – pytam.

– W bawialni z Santiagiem. Już ichwołam.

– A! Masz pozdrowienia odHansona.

– O, dziękuję. – Uśmiecha się. – Też gopozdrów.

– Telefony istnieją – rzucam.

– Bardzo śmieszne. – Moja siostra przewracaoczami.

Gdy wchodzimy do salonu, przychodzi Santiago zdziećmi.

– Blanca myślała, że już nie przyjedziesz – mówi szwagier i ściska mojądłoń.

– Praca. – Krzywięsię.

– Daj spokój, ja wróciłem godzinę temu – mówi.

Przynajmniej masz do kogowracać…

Mały Matteo idzie do mnie wolnym krokiem. Kucam i wręczam muprezent.

– Jak będziesz duży, to dostaniesz taki prawdziwy – mówię.

– Chyba dorosły. – Blanca sięśmieje.

– A ty, księżniczko, przyjdziesz do wujka? – Wyciągam ręce doCristine.

– Nie ma szans. – Santiago stawia córkę na podłodze. – Za Matteo chodzi na czterech. Stanie tylko nachwilę.

– Chodź, mała, zobacz, co mam. – Wyjmuję z torby lalkę i pokazuję jąCristi.

Dziewczynka uśmiecha się i chwiejnym krokiem, powoli idzie w moją stronę. Dwa kroki przed upada, ale daję jej lalkę, więc niepłacze.

– To niesamowite – mówi moja siostra. – Do tej pory nawet nie chciałaspróbować.

– No, Domenico, chyba najwyższy czas postarać się o własne szkraby – dodaje Santiago zuśmiechem.

– Może kiedyś, jak znajdę czas – odpowiadamzamyślony.

– Dobra, chodźcie – mówi Blanca. – Ja jużzgłodniałam.

Jak tak patrzę na Blancę, Santiaga i bliźniaki, to muszę przyznać, że mógłbym zostać ojcem. Ojciec na razie odpuścił Laurze ślub. Ja sam mogę znaleźć sobie przyszłą żonę, ale mam na to ograniczony czas. Jeśli nie ożenię się przed trzydziestym piątym rokiem życia, to będę musiał poślubić Andreę Provenzano. Córkę najbogatszego przedsiębiorcy, jakiego znam. Dziewczyna ma dwadzieścia jeden lat i jest naprawdę śliczna, ale to nie kobieta dla mnie. Moje serce zabrała inna kobieta, Miranda Price i teraz już go niemam…

Około wpół do dziewiątej zbieram się do siebie. Kiedy wchodzę do domu, dzwoni mój telefon. ToDavid.

– Cojest?

– Szefie, Anders był w klubie – mówi.

– Oddałpieniądze?

– Tak, wszystko – odpowiada.

No i o tochodzi.

– AFalcon?

– Nie – odzywa sięcicho.

– To mu jutro łeb rozpierdolę – syczę i sięrozłączam.

Chwilę później rozlega się dzwonek. Idę otworzyćdrzwi.

– Cześć, tygrysie. – Zoe z uśmiechem rzuca się w mojeramiona.

– Cześć – odpowiadamchłodno.

– A co ty taki nie whumorze?

– Nie truj, dobra? – Wpuszczam ją dośrodka.

Zoe świetnie dziś wygląda. Ma na sobie niebieską, obcisłą sukienkę i wysokie szpilki. W końcu rozpuściła długie, blond włosy. Od kiedy Miranda mnie zostawiła, spotykam się z kobietami, które są jej zupełnym przeciwieństwem. Niektóre wizualnie za bardzo mi jąprzypominały.

– Oj, Domi, już ja wiem, jak cię rozluźnić. – Uśmiecha sięłobuzersko.

Nie zwlekając, odpina mi pasek i rozsuwa rozporek. Ściąga mi spodnie wraz z bokserkami. Lubię konkrety. Klęka przede mną i od razu bierze mojego kutasa do ust. Głęboko aż po samejądra.

Okurwa!

Opieram się o komodę. Zoe ssie mnie, oplatając język wokół żołędzi. Jest w tym tak kurewsko dobra, że aż przeszywa mnie prąd. Spuszczam wzrok, patrząc, jak jej usta ślizgają się po moim sprzęcie. Zoe bierze go głębiej do gardła, ssąc mocniej. Mam ochotę zanurzyć się już w jej gorącej cipce, więc podnoszę ją za ręce i odwracam tyłem do siebie. Rozsuwam jej sukienkę, która po chwili opada na podłogę. Szybkim ruchem zrywam jej cienkie majtki. Wyciągam z szuflady prezerwatywę i błyskawicznie jązakładam.

– Pochyl się, mała – nakazuję.

Zoe pochyla się, wypinając pupę w moją stronę. Ma zajebistą figurę i tekształty.

Chwytam ją mocno za tyłek, na co dziewczyna wydaje długi jęk. Widzę, jak jej cipka aż lśni z podniecenia. Rozchylam jej pośladki i ostro się w niąwbijam.

– Domi! – krzyczy.

Od razu zaczynam ją szybko i mocno pieprzyć. Muszę w końcu uwolnić się z tego cholernego nasienia. Za dużo dziś myślałem o Mirandzie, o tym co było między nami, co mogłoby być. Uderzam w nią nawet trochę zbyt brutalnie, ale Zoe nie protestuje. Wiem, że lubi ostry seks, zresztą jak i ja. Nie wiem, dlaczego moje myśli biegną gdzieś daleko w stronę Mirandy. Kurwa! Staram się skupić na obecnych doznaniach. Na jędrnych pośladkach Zoe, na jej ciasnej cipce, na tym jak jest mi dobrze. Patrzę, jak mój kutas wchodzi i wychodzi, jak zanurza się w niej. Przez moje ciało przechodzą znajome prądy. Czuję, jak Zoe zaciska się wokół mnie, jak jest blisko. Przyspieszam, ściskając mocno jejpupę.

Kiedy wymierzam jej klapsa, dziewczyna krzyczy, szczytując. Wykonuję jeszcze kilka mocnych, głębokich pchnięć i kończę, opadając na nią. Kurwa! Serce wali mi jak szalone i ledwo mogę złapać oddech. Wysuwam się z niej i wyrzucam kondoma. Biorę ją na ręce i zanoszę do sypialni. Tam dokończymy naszezabawy.

Rano budzi mnie telefon. Kto to, kurwa?! Odwracam się w stronę Zoe, z nadzieją, że po tej nocy odgoniłem od siebie myśli o Mirandzie, jednak patrząc na blondynkę w moim łóżku, wiem, że tak się niestało.

Biorę telefon, by jej nie obudzić, i wychodzę zsypialni.

– Co jest? – syczę.

– Szefie – mówi David – już wiem, kto wynajął tegodetektywa.

– Kto? – pytamzaciekawiony.

– Niejaka Miranda Price – mówi, a ja kompletniezamieram.

– Kto, kurwa?! – upewniamsię.

– Miranda Price. Zna ją szef? – pyta.

ROZDZIAŁ 2

DOMENICO

Miranda Price… Miranda… Miranda? Nie kończąc rozmowy, po prostu się rozłączam. Słowa Davida ciągle dźwięczą w mojej głowie. Nadal w to nie wierzę. Dlaczego ona mnie szuka? To ona odeszła. Uciekła ode mnie. W sumie… Pamiętam, jaki wtedy byłem… Zimny skurwiel, który ignorował kobietę swego życia. Odrzucałem ją, poniżałem, późniejprzepraszałem.

Po tygodniu wracam z Las Vegas. Do domu wchodzę już mocno wkurwiony. Nie dość, że lot był opóźniony i jest już grubo po północy, to jeszcze ten pieprzony detektyw wciąż nic nie znalazł. Ślad w Las Vegas? Za co ja mu, kurwa, płacę? Jednej dziewczyny nie możeznaleźć.

Już od progu czuję resztki jakiegoś aromatycznegozapachu.

To dobrze, bo mój żołądek aż kurczy się zgłodu.

– Domi! – W moje ramiona od razu wpada moja kobieta. – Tak się za tobąstęskniłam.

Gładzę ją po włosach, przyciskając mocniej do siebie. Zaciągam się jej rozkosznym zapachem, którego tak mi brakowało. Też się za nią stęskniłem, ale przez tego cholernego detektywa nawet nie potrafię się cieszyć z powrotu do niej. A już miałem taką nadzieję na odnalezienie siostry. Czułem, że jestem tak blisko, że zaraz ją odnajdę, a tu znowunic.

– Przykro mi, że jej nie odnalazłeś. – Spogląda namnie.

Te słowa dobijają mnie jeszcze bardziej. Po cholerę o tym wspomina. Czuję się jak jakiś pieprzony nieudacznik, który nawet nie potrafi odnaleźć siostry! Nienawidzę tejlitości.

– Możemy o tym nie mówić? – Odsuwam się od niej. – Głodnyjestem.

– Domi, przecież wiesz, że jestem w tym razem z tobą. Wierzę, że Blanca sięodnajdzie.

– Nie powinienem był pozwolić na to, by zaginęła – wyrzucamsobie.

– Kochanie, byłeś wtedy dzieckiem. Nie możesz sięobwiniać.

Właśnie, że mogę. Powinienem był jejpilnować.

– Nie mogłeś nic zrobić. – Patrzy na mnie z tą swoją litością, a we mnie aż się gotuje. – Domi…

Kurwa mać! Jeszcze nigdy nie byłem tak wściekły. Nic się nie układa. Czuję, że Blanca wymyka się z mych rąk, a do tego Miranda lituje się nade mną jak nad jakimśniedorajdą.

– Odgrzeję ci kolację – uśmiecha się – a potem może deser? – Rozwiązuje pasek od szlafroka, ukazując się mi się w kuszącej, seksownej koszulcenocnej.

Normalnie bym się na nią rzucił i kochał do nieprzytomności, ale ten dzień był zbyt przytłaczający, pozbawił mnie nadziei na odnalezieniesiostry.

Patrzę na piękne ciało mojej kobiety, która uśmiecha sięłobuzersko.

Pragnę jej, kocham ją, ale złość, jaka się teraz we mnie gromadzi, góruje.

– Domi – szepcze, podchodząc bliżej, a ja potrząsam głową, opierając dłonie nabiodrach.

– Miri, nieteraz.

– Wiesz, że nie lubię, jak zdrabniasz moje imię. – Kobieta przewracaoczami.

Przysuwam się do niej i mierzę ją wzrokiem. W głowie dźwięczą mi słowa detektywa, że niestety to był fałszywy trop. Jestem wściekły. Wszystkie emocje we mnie buzują niczym lawa w wulkanie, czekając na erupcję, aż w końcu i jawybucham.

– A ja nie lubię, gdy zachowujesz się jak tania dziwka – syczę.

Mirandazastyga.

Liczę na siarczysty policzek z jej strony, ale zamiast tego widzę, jak w jej oczach zbierają się łzy, i w końcu do mnie dociera, żeprzegiąłem.

Ty głupichuju!

– Mirando… – szepczę, czując, jak bardzo ją zraniłem. Kolejnyraz.

Nic się nie odzywając, ucieka do pokoju na górze i zatrzaskuje za sobądrzwi.

Kurwa!

Byłem kompletnym kretynem. Całą noc spędziłem pod drzwiami sypialni, ale Miranda nie chciała ze mną rozmawiać. Rano pojechałem do kwiaciarni po najpiękniejszy bukiet róż. To była długa i trudna rozmowa, ale dała mi szansę. Oczywiście wszystko spieprzyłem i tydzień później zostałem sam. Miranda nie wytrzymała i zostawiłamnie.

Idę do gabinetu. W szufladzie wciąż mam nasze wspólne zdjęcie. Dobrze nam było razem. Miranda była taka radosna i szczęśliwa. Mam też list, który mi wtedy zostawiła. Wyciągam go z szuflady i ponownieczytam.

Kochany,

Wybacz, że robię to w ten sposób, ale gdybym powiedziała Ci to prosto w twarz, zatrzymałbyś mnie siłą, a ja już mam dość. Nie zniosę dłużej tej sytuacji między nami. Wiem, że kochasz siostrę i chcesz ją odnaleźć, ale przez to nasze życie zamieniło się w piekło. Już nie jesteśmy my, tylko ty i ja. Brakuje mi Gabriela, którego poznałam. Który był czuły, troskliwy, kochający. Brakuje mi takiego Ciebie. Teraz jesteś zimnym Domenikiem, który nie zwraca na mnie uwagi. Często się kłócimy, krzyczysz na mnie. Boję się Ciebie. Najbardziej boję się, gdy detektyw dzwoni, że nic nie znalazł, a Ty wtedy wyładowujesz się na mnie. Nie kochasz się ze mną, tylko mnie pieprzysz. Boję się, że kiedyś zrobisz mi większą krzywdę. Bałam się, gdy powiedziałeś, że zachowuję się jak tania dziwka. Miałeś taką furię w oczach… Następnego dnia kupiłeś mi ogromny kosz kwiatów i przepraszałeś. Naprawdę chciałam dać nam szansę, bo bardzo Cię kocham, ale nie mogę… Po prostu niemogę.

Proszę cię, uszanuj moją decyzję. Mam nadzieję, że odnajdziesz Blancę i odzyskaszspokój.

Kocham Cię, Domi. Bądźszczęśliwy.

Miranda

Kurwa! Tak bardzo ją skrzywdziłem. Byłem niezłymskurwielem.

Gdybym tylko mógł cofnąćczas…

Nagle słyszę czyjeś kroki. To pewnie Zoe. Wychodzę i wpadam na nią nakorytarzu.

– A czemu ty nie w łóżku? – pyta, uśmiechając sięzalotnie.

– Zoe, słuchaj, muszę jechać dopracy.

– Szkoda – wykrzywia usta – myślałam, że jeszcze spędzimy kilka namiętnychchwil.

– Nie, nie mam czasu. – Mijam ją i idę dosypialni.

– Domi – idzie za mną – a może ja bym się do ciebiewprowadziła?

Że co, kurwa?

– Rozmawialiśmy o tym – przypominamjej.

– Miesiąc temu. – Splata ręce, marszcząc gniewnie brwi. – Chyba coś się zmieniło od tegoczasu?

– No właśnie nic się nie zmieniło – mówię.

– Myślałam, że coś jest między nami – oburzasię.

– Umawialiśmy się, że to tylkoseks.

– A co ty uczuć niemasz?

– No wyobraź sobie, że nie mam – rzucam, sprowadzając ją naziemię.

– Maszinną?

A co to ma być, scenazazdrości?

– Przestań. – Odwracam się i idę dołazienki.

– Z kim mnie zdradzasz? – ciągnie.

– Co?

– Zdradzasz mnie! – wykrzykujemi.

Chwytam ją mocniej za ramię, bo już mnie irytuje ta jej paplanina. Co ona sobie ubzdurała? Nie jest moją dziewczyną i dobrze wiedziała, na co siępisze.

– Mówiłem ci, przestań! – warczę.

– To boli – łka, patrząc na mnie przestraszona, a ja poluźniamuchwyt.

– Lepiej będzie, jak sobie pójdziesz. Teraz! – syczę.

Dziewczyna odwraca się i zbiega po schodach. Po chwili słyszę warkot silnika, a ja wchodzę pod prysznic. Cały czas myślę o Mirandzie. Dlaczego mnie szuka? Jednak skoro mnie znalazła, to najwyższy czas, bym i ja ją znalazł. Wychodzę i się ubieram. Czeka mnie dziś egzekucja, więc muszę szybko tozałatwić.

O trzeciej podjeżdżają chłopaki. David, Luca, Boris i Lorenzo. Jedziemy do Falcona. Jest w swojej restauracji. Wchodzimy głównym wejściem. Muszę stopować chłopaków, by nie zrobili tu rzezi. Nie zabijam niewinnych. W restauracji są goście, większość z nich gorączkowo ucieka. David i Luca chwytają menadżera. Przystawiam mu broń doskroni.

– Gdzie twój szef? – pytam.

– D… Do gó… góry – duka.

– Prowadź – mówię. – Boris, Lorenzo pilnować dołu – zwracam się dochłopaków.

Wchodzimy schodami na piętro, a ja zastanawiam się, czyby nie zagarnąć sobie i tejrestauracji.

– Które drzwi? – pytam.

– Te. – Cały drżąc, wskazuje na drzwi po lewejstronie.

– Zabieraj go – mówię doDavida.

Luca z impetem otwiera drzwi. No i mamy tegoskurwiela.

– Do… Domenico. – Wstaje zfotela.

Podchodzę do niego i zaczynam go prać. Od zawsze podnosił mi ciśnienie. Rozwaliłem mu nos i jestem jeszcze bardziej wkurwiony, gdy zauważam plamy jego pieprzonej krwi na mojej śnieżnobiałejkoszuli.

– Ty wiesz, jak plamy z krwi ciężko sprać?! – syczę tuż nadnim.

– Prze… Przepraszam – jęczy zbólu.

– Gdzie moja kasa? – warczę.

– Oddam – wyciera nos chusteczką – przysięgam.

– Termin był na wczoraj – przypominammu.

– Mam połowę. – Aż siętrzęsie.

Kurwa! Normalnie mam ochotę poczęstować go kulką w łeb, ale zasady są święte – ma czas do południa. To działa motywująco, bo wtedy zawsze kasa sięznajduje.

– Pilnuj go – mówię do Luki. – A ty dawajkasę!

Falcon wyciąga z szuflady pieniądze i mi je podaje. Przeliczam je. Kurwa! Połowa.

– Masz trzy godziny na skombinowanie reszty – mówię.

– Co? – pyta przerażony. – A… Ale ja nie zdążę – panikuje.

– Chuj mnie to obchodzi! – warczę. – Trzy godziny – podkreślam.

Po tych słowach idziemy na dół. Zaczepiam jedną kelnerkę. Dziewczyna jest przerażona, ale przecież nie zamierzam jej zrobićkrzywdy.

– Pokaż mi, złotko, gdzie mogę ręce umyć – zwracam się doniej.

– Tę… Tędy, pro… proszę – mówi drżącymgłosem.

Idę za przerażoną dziewczyną do łazienki. Śliczna jest, ale bardzo młodowygląda.

– Ty jesteś w ogóle pełnoletnia? – pytam, zmywając z dłonikrew.

– Tak. Mam dwadzieścia lat – mówi już spokojniej. – Pan go zabił? – pyta.

– Jeszczenie.

Dziewczyna podaje mi ręcznik i wycieramręce.

Pieprzonakoszula!

Wychodzimy z chłopakami z restauracji. Davida i Borisa odsyłam do klubu, a ja z Lorenzo i Lucą jadę do detektywa. Albo mi znajdzie Mirandę, albo sam to zrobię i zejdę chociażby do samegopiekła.

– Domenico Montechiaro, co cię do mnie sprowadza? – pyta detektywBlackpool.

– Sprawa. – Rozsiadam się wfotelu.

– Chyba jesteś już po? – Zerka na moją poplamionąkoszulę.

– Nie twój interes – rzucamoschle.

– Zanim zaczniesz – mówi – kolega po fachu poinformował mnie, że ojciec Marisy Cortez na własną rękę ponowił poszukiwania mordercy córki. Wiesz coś otym?

– A dlaczego miałbymwiedzieć?

– Szukałem jej dla ciebiekiedyś.

– No i widzisz, nie zdążyłem się z niązobaczyć.

To dopiero ciekawska menda. Marisa musiała ponieść karę za to, co zrobiła mojejsiostrze.

– Nie obchodzi mnie Marisa Cortez, mam innąsprawę.

– Jak się nazywa tasprawa?

– Miranda Price – mówię. – Muszę ją znaleźć i toszybko.

– To ta od tego detektywa – pyta.

– Dokładnie.

– Co o niejwiesz?

– Wszystko – odpowiadam zamyślony. – To moja była dziewczyna. Muszę się dowiedzieć, dlaczego wynajęła tego detektywa, dlaczego mnieszukała?

– No ale słuchaj, wyciągnij może od tego detektywa informacje o niej – sugeruje, na co sięśmieję.

– Trudno się gada z nieboszczykami, co? – Wstaję z fotela. – Znajdź ją i toszybko.

Wychodzę i wracam do domu. Do pustego domu. Jest pusty na moje życzenie. Byłaś w moim życiu, Mirando, a ja zrobiłem wszystko, by cięstracić…

Kurwa! Ja naprawdę sentymentalny sięrobię.

Ciągle nie daje mi spokoju myśl, dlaczego nagle Miranda postanowiła mnie odnaleźć. Minęło prawie siedem lat, a ona wciąż o mnie pamięta. Wybaczyła mi to, co zrobiłem? Nie zasługuję nato.

Co się stało, Mirando, że zleciłaś odnalezieniemnie?

ROZDZIAŁ 3

DOMENICO

Ostatnie dni były trudne. Falcon nie oddał reszty kasy i musiałem posłać go do piachu. Teoretycznie nie zabija się dłużników, bo nie odzyskasz pieniędzy, ale on był tak zadłużony, że chyba musiałby zacząć czarować, by zdobyćkasę.

Do tego Zoe się obraziła i nie chce się bzykać. Choć znając Zoe – wróci. Jednak najbardziej moje myśli zaprząta Miranda. Ten detektyw obibok wciąż nic nie znalazł. Za co ja mu, kurwa, płacę?! Sam w końcu odnajdę Mirandę, jak odnalazłemBlancę.

– Szefie! – Z rozmyślań wyrywa mnie głosDavida.

– Co jest? – pytamchłodno.

– Przyszła nowatancerka…

– No to niech wskakuje na rurę i pokaże, co potrafi! – wkurzam się. – Na chuj jesteśmenadżerem?!

Idę na dół za Davidem, gdzie czeka dziewczyna. No, no, ładniutka. Jest zaokrąglana tam, gdzie trzeba, ale przeszkadza mi jej ciemny kolor włosów. Kolor i długość włosów zupełnie, jak u Mirandy. W klubie wszystkie dziewczyny są blondynkami. Nie chcę, by którakolwiek w jakiś sposób mi ją przypominała. Ta mała będzie musiała się nieźle postarać, jeśli chce tupracować.

– No, wskakuj – mówię doniej.

– Chloe – przedstawia się i wchodzi naparkiet.

– Możesz być i Chloe. – Mierzę jąwzrokiem.

Gdy rozlega się muzyka, dziewczyna chwyta rurę. Obejmuje ją niezwykle zmysłowo i zaczyna swój magiczny taniec. Siedzę jak ten głupek na kanapie i nie potrafię oderwać od niej oczu. Chloe jest niesamowicie wysportowana i gibka. Właśnie takiej dziewczyny potrzebujemy, lecz czy będę mógł na nią patrzeć, nie dostrzegając żadnego podobieństwa doMirandy?

Dziewczyna jest idealna do tej roboty. Tańczy, jakby robiła to od zawsze. Jej ruchy są seksowne, kuszące, takie lekkie, zupełnie dla niej naturalne. Byłbym głupcem, gdybym ją odprawił, bo wiem, że ta mała ściągnie tufacetów.

Nagle dzwoni mój telefon. Wyciągam go z kieszeni i zerkam na wyświetlacz. To detektyw Blackpool. No wkońcu!

– Zaczynasz od jutra – mówię do dziewczyny i odbieram telefon. – Nie dzwonisz bezpowodu.

– Nie – odpowiada. – Przyjedź w wolnejchwili.

– Okej.

Rozłączam się. Teraz mam wolną chwilę, więc wychodzę z klubu i wsiadam do auta. Odpalam silnik i jadę doBlackpoola.

Znalazł Mirandę i ta myśl już nie daje mi spokoju. Jak wygląda? Gdzie mieszka? Z kim? Co robi? Dlaczego mnie szukała? Od tych pytań zaraz mi łebpęknie.

Parę minut później jestem pod biurem detektywistycznym. Wjeżdżam windą na czwarte piętro. Coś tu pusto. Sekretarki nie ma, więc idę prosto do biura detektywa. Łapię za klamkę i otwieramdrzwi.

– Coś masz? – pytam, zastając detektywa w dość intymnejsytuacji.

Detektyw Blackpool posuwa swojąsekretarkę.

– Kurwa, Domenico! – warczy, podciągającspodnie.

Zawstydzona dziewczyna poprawia spódnicę i ucieka zbiura.

– Miałem przyjechać, to jestem – drwię zniego.

– Dzwoniłem zaledwie dziesięć minuttemu.

– Mów, co masz, i możesz dalej pieprzyć blondynę. – Śmiejęsię.

– Masz – rzuca mi na biurko teczkę, podpisaną „Sprawa 23/17”.

Otwieram ją, a w środku są zdjęcia Mirandy. Trochę się zmieniła, od kiedy ją ostatnio widziałem. Jest strasznie chuda i nie wygląda najlepiej. Zawsze dbała o sylwetkę, ale teraz wygląda, jakby się celowo odchudzała. Anoreksja?

– Ta twoja Miranda od dwóch lat mieszka w Salt Lake City – mówi.

– A gdzie mieszkała wcześniej? – pytam.

– Tam masz. WProvo.

Daleko uciekłaś, Mirando…

Przeglądam dalej zdjęcia. Na jednym jest Miranda i jakiśdzieciak.

– A to kto? – Pokazuję muzdjęcie.

– To jej syn, Nico.

Syn? Miranda ma dziecko, więc była lub jest z kimśzwiązana.

– A ten gość? – pytam o faceta, z którym Miranda sięobściskuje.

– To jej obecny partner – odpowiada.

– Ojciecdziecka?

– Raczej nie. – Kręci głową. – To Philipp Scorso. Nieciekawy typ, zamieszany w jakieś ciemne interesy. Kupił posiadłość w Salt Lake City i od roku mieszkają z nim Miranda i jej dzieciak. Jest wdowcem, a wcześniej mieszkał w Denver – wyjaśniaszczegółowo.

– Ile ten mały ma lat? – Przyglądam się chłopcu z bujnączupryną.

– Sześćlat.

– Sześć? – Marszczębrwi.

Kurwa jegomać!

Przychodzi mi do głowy myśl, że to może być mój syn. Pasowałoby to do czasu, w którym Miranda ode mnie odeszła. To było prawie siedem lat temu. Musiała być już wtedy w ciąży. A może po prostu przespała się z jakimś gościem, by odreagować? Nie. To zupełnie do niej niepodobne. Ona by się tak niezachowała.

– A jakiś wcześniejszy jejpartner?

– Nikogo nie znalazłem – odpowiada, czym wzbudza moje kolejnewątpliwości.

– Musisz mi coś jeszczesprawdzić.

– Co? – pyta zzaciekawieniem.

– Muszę mieć próbkę DNA od tego małego – mówię.

– Oszalałeś? – prycha. – Toniemożliwe.

– Nie ma rzeczy niemożliwych – syczę, zaciskającusta.

– Domenico, ja nie dysponuję takimimożliwościami.

– Kurwa, to może być mój syn! – Uderzam pięścią wblat.

– Ale czego ty ode mnie oczekujesz? – Rozkłada bezradnieręce.

– Dam ci ludzi – mówię. – Będziecie obserwować ich i jak dom będzie pusty, włamiecie się i zdobędzie ten materiał do badań. Zresztą, kurwa, ja mam ci totłumaczyć?!

Zaczyna mnie wkurwiaćjuż.

– To dośćryzykowne.

– W dupie to mam! – warczę. – Chcę wiedzieć, czy ten dzieciak jestmój!

– Dobra, ale potrzebuję tychludzi.

– Dostaniesz – rzucam i wychodzę zbiura.

Kurwa, Mirando! Jeśli uciekłaś z moim synem, to nie podaruję ci tego. Cholera! No nie zrobiłabyś mi tego. Sam nie wiem, co o tym myśleć. Najchętniej osobiście bym tam pojechał i wziął chłopaka na badanie, ale obecnie nie chcę, by Miranda wiedziała, że i ja jąodnalazłem.

Jadę do klubu. Po drodze, dzwonię do Davida, by zebrał wszystkich i nie wpuszczał klientów. Jakiś czas później jestem na miejscu. Dobrze, że zabrałem kilku ochroniarzy z Capri. Brali udział w takich akcjach, więc sięprzydadzą.

– Antonio, Roberto, Stefano i Carlo – zaczynam – jutro lecicie z detektywem Blackpoolem do Salt LakeCity.

– Na jak długo? – pytaCarlo.

– Dopóki nie zdobędzie próbki DNA od jednego dzieciaka. Będziecie obserwować dom, jego matkę, zresztą znacie się na tym – mówię. – Blackpool wam wszystkowyjaśni.

– Jasne, szefie.

Wracam do domu. Nalewam sobie whiskey i siadam w salonie, przeglądając jeszcze raz te dokumenty o Mirandzie. Nie ma tu wiele, ale te informacje mi wystarczą. Zastanawia mnie ten mały. Kurwa, jak tak mu się przyglądam, to nawet jest podobny do mnie. Chyba zaczynam świrować, bo w tym małym widzę siebie. Najchętniej poleciałbym do tego Salt Lake City, ale nie wiem, jakie zamiary ma Miranda. Z pewnością wie, że jej detektywek już nic jej nie przekaże, więc gdyby mnie zobaczyła, mógłbym tylko ją spłoszyć. Nie potrafiłbym siedzieć bezczynnie przed jej domem. Wparowałbym do środka i zażądał próbki DNA od jej dzieciaka. Oj, Mirando… Czemu mnieszukałaś?

Rano budzę się na sofie w salonie. Chryste, jaka ona jest niewygodna. Idę do łazienki wziąć szybki prysznic. Ubieram się i ruszam do kuchni. Działam już trochę mechanicznie, zawsze tak samo. Nastawiam wodę na kawę, otwieram lodówkę i wyjmuję jajka, bekon oraz mleko. Już chyba standardowo jajecznica na śniadanie, jedzona w samotności. Chociaż do Antonia zadzwonię, by mieć namiastkę towarzystwa. W domu rodzinnym, na Capri wszystkie posiłki jedliśmy wspólnie, o ustalonychgodzinach.

Antonio po paru sygnałachodbiera.

– Tak, szefie? – Słyszę w słuchawce jegogłos.

– Gdziejesteście?

– Właśnie wylądowaliśmy w Salt Lake City i jedziemy po auta – mówi.

– Informujcie mnie nabieżąco.

Mam nadzieję, że uda im się szybko zdobyć tę próbkę. Muszę wiedzieć, czy to mój syn. Jeśli mój, to zrobię wszystko, by się z nim widywać. Wszystko!

Wiem, jaki byłem dla Mirandy, i nie dziwię się, że mnie zostawiła, ale skoro była w ciąży i wiedziała o tym, powinna była mi powiedzieć. Mam prawo wiedzieć, czy ten mały jest moim synem, a ona nie miała prawa mi tego odbierać. Miranda marzyła o założeniu rodziny, o byciu matką, a ja byłem tak pochłonięty poszukiwaniami siostry, że zupełnie o tym niemyślałem.

Pamiętam dzień, gdy wtedy wróciłem do domu. Było tak pusto, cicho… To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Czułem, jakby zabrała ze sobą część mnie, bo tak w sumie było. Przez długi czas nie miałem żadnej kobiety, a jak już to tylko w jednym celu. Miranda odeszła z własnej woli. Może dlatego uszanowałem jej decyzję i jej nie szukałem… Gdy odnalazłem Blancę, myślałem o tym, by i ją odnaleźć. Nie wiedziałem, gdzie jest, czy ułożyła sobie z kimś życie? Na jakiś czas wróciłem do domu rodzinnego, a teraz gdy jestem tu z powrotem, chcę ją odnaleźć. Tym bardziej że to ona zrobiła pierwszykrok.

Późnym popołudniem, kiedy jestem w klubie, dzwoniAntonio.

– Macie? – pytam odrazu.

– Niestetynie.

Szlag!

– Ten dom, to jakaś pieprzona twierdza – mówi. – Nie ma szans, by sięwłamać.

Kurwa! Kurwa! Kurwa!

– Mamy porwać małego? – pyta.

– Pojebało was?! – warczę. – Wiecie, do jakiej szkołychodzi?

– Tak, do publicznego przedszkola – odpowiada.

– To jedźcie do tego przedszkola. – Mam ochotę przewrócić oczami. Czy oni nie mogą się sami tegodomyślić?

– Ale tam tym bardziej niewejdziemy.

– Kurwa! Myślicie cokolwiek?! – wybucham. – Gdzie ten pieprzonydetektyw?

– Zaraz go dam do telefonu – mówi.

Odstrzelę łeb temu detektywowi. Za co ja mu, kurwa, płacę?

– Tak, Domenico? – odzywa sięBlackpool.

– Skrócić cię, kurwa, o głowę? – syczę, ściskając mocnotelefon.

– Co ty, do tego domu nie wejdziemy – upierasię.

– Chuj mnie to obchodzi! – Akcentuję każde słowo. – Mały chodzi doprzedszkola?

– Tak. Dziś go odebrała jakaś kobieta. Chyba opiekunka – wyjaśnia.

– Jutro wchodzicie do tego pierdolonego przedszkola i zdobywacie materiał! – warczę.

– Dobra, spróbujemy.

– Nie spróbujemy, tylko wchodzisz tam jako hydraulik, dupaulik i załatwiasz, kurwa, sprawę!

– Dobra, dobra.

– Jutro macie mieć tę pieprzoną próbkę, inaczej zapłacisz za to głową – grożę mu, bo już mam dosyć tej jegobezradności.

– Rozumiem.

Rozłączam się i chowam telefon. Kurwa! Kretyn jeden. Detektyw od siedmiuboleści.

Niespodziewanie do klubu wchodzi mojasiostra.

– Blanca? Co ty tu robisz? – pytamzaskoczony.

– Byłam u ciebie w domu, ale cię nie było, więc przyjechałam tu. – Rozgląda się po dobrze znanej jejsali.

– Nie powinnaś była tuprzyjeżdżać.

– Przestań. – Przewraca oczami. – Kiedyś tu mieszkałam. Słuchaj, ale ja przyjechałam zpropozycją.

– Jaką?

– Za tydzień lecimy na urlop. Dwa tygodnie wylegiwania się na Seszelach. – Uśmiecha się. – Co ty nato?

– A ty mnie pytasz o pozwolenie? – Marszczębrwi.

– Oszalałeś? – prycha, wzruszając ramionami. – Pytam, czy wybierasz się znami?

– Nie, nie ma szans. – Kręcęgłową.

– Oj, Domi, proszę. – Próbuje mnie zmiękczyć, robiąc maślane oczy. – Będziesuper.

– Blanca, nie teraz. Mam ważną sprawę do załatwienia – mówię.

– No nie daj się prosić. Przyda ci się trochę wypoczynku – nalega.

– Najpierw praca, potem przyjemności – mówięstanowczo.

– Nie dasz się namówić? – Wykrzywiausta.

– Nie – całuję ją w czoło – ale dzięki za propozycję. Może innymrazem.

– Domi, martwię się o ciebie. – Podnosi na mniewzrok.

– Niepotrzebnie.

– Taki nieobecny jesteś. – Ona naprawdę jestzmartwiona.

– Mam pilną sprawę i muszę coś wyjaśnić – tłumaczę.

– Coś się stało? Chodzi o tę rozmowę wtedy na urodzinach? – przypomina.

– A jednak podsłuchiwałaś, siostrzyczko – karcęją.

– Domenico, jesteś moim bratem i martwię się ciebie. Coś cigrozi?

– Mnie? – prycham, śmiejąc się. – Blanco, wszystko jest w porządku. – Mam nadzieję, że udało mi się jąuspokoić.

– No dobrze, ale pamiętaj, że możesz na mnieliczyć.

– Pamiętam.

Żegnam się z siostrą i po chwili dziewczyna wychodzi z klubu. Urlop? Całkiem dobra propozycja, ale nie teraz. Nie, kiedy może się okazać, że ten mały to mój syn. Najpierw muszę towyjaśnić.

ROZDZIAŁ 4

DOMENICO

Następnego dnia około dwunastej dostaję wiadomość od Antonia, że mają próbkę i jadą nalotnisko.

No w końcu! Kurwa! Dało się? Dało.

Czekam na nich jak na zbawienie, jak dzieciak czekający na paczkę od ŚwiętegoMikołaja.

Dobrze, że mam tyle papierkowej roboty, to przynajmniej mam się czymzająć.

– Szefie – David do mnie podchodzi – pan Ramirez doszefa.

– Jasne.

Idę na dół. Z Ramirezem prowadzę interesy od niedawna, a teraz sprowadził dla mniebroń.

– Ramirez. – Wyciągam do niegorękę.

– Montechiaro. – Ściska mojądłoń.

Skurczybyk, mauścisk.

– Mam coś dla ciebie. – Odwraca się, wskazując na swoichludzi.

Trzech goryli trzyma metalowewalizki.

– To zapraszam dogóry.

Zerkam porozumiewawczo na Davida i Lucę, po czym wchodzimy do mojego biura na piętrze. Ludzie Ramireza kładą walizki na biurku i jeotwierają.

– Głównie sig sauery – mówi Ramirez – a ten – wyciąga pistolet z ostatniejwalizki.

– Beretta. – Z wyczuwalnym sentymentem, biorę pistolet doręki.

– Coś z twoichstron.

– Czuję, że sięzaprzyjaźnimy.

– To co, towar się zgadza? – pyta.

– Jaknajbardziej.

– Wiesz, jakie mam terminy płatności? – przypominami.

– A ty powinieneś wiedzieć, że ja zawsze płacę od ręki. David. – Odwracam się do niego, a on podaje mi walizkę zpieniędzmi.

Stawiam ją na biurku i otwieram, ukazując jejzawartość.

– Przelicz – mówię doRamireza.

– Takich jak my się nie oszukuje, prawda?

– Prawda.

Ramirez zamyka walizkę z pieniędzmi i podaje jednemu ze swoichochroniarzy.

– To do następnego razu, Montechiaro.

– Do następnego – żegnam się znim.

Wszyscy idziemy na dół i odprowadzam Ramireza dodrzwi.

Kilka godzin później wracają chłopaki z detektywem. Tak naprawdę to tylko jedna, mała – póki co nic nieznacząca – próbka, a ja cieszę się jakdziecko.

– Domenico – mówi detektyw – to dla ciebie – wręcza mi zabezpieczoną dziecięcą szczoteczkę dozębów.

– Na pewno jego? – pytam.

– Tak, dzieciaki myły zęby po obiedzie, gdy dokręcałem rurę, i widziałem, jak ten mały odkłada szczoteczkę – wyjaśnia.

– No widzisz – klepię go po ramieniu – jak chcesz, topotrafisz.

Idę do biura, wyciągam z szuflady kopertę z pieniędzmi. Schodzę i wręczam ją detektywowi. Blackpool przeliczakasę.

– Hojny jesteś – mówi zuśmiechem.

– Jeszcze mi sięprzydasz.

Zbieram wszystkie potrzebne rzeczy, muszę jechać dokliniki.

– Ja wychodzę. Nie będzie mnie do końcadnia.

Wsiadam do auta i jadę prosto w stronę kliniki. Ciekawe, jak szybko będą te wyniki? Za godzinę, dwie? Niczym huragan wpadam do kliniki. Wypełniam jakieś pierdolone papiery, oddaję swoją próbkę i próbkęmałego.

– Zostawił pan numer telefonu? – pytapielęgniarka.

– Tak.

– To zadzwonimy, kiedy będąwyniki.

– Poczekam.

Kobieta podnosi na mniewzrok.

– Panie Montechiaro, to może potrwać od dwóch dni do dwóch tygodni – mówi.

Kurwa, co?! Jakie dni? Jakie tygodnie? Te wyniki mają być jeszczedziś!

– Jakie dwa dni? – syczę. – Potrzebuję tych wyników teraz – podkreślam.

– Przykro mi, ale nie jestem czarodziejką – prycha.

Kurwa, jakapyskata.

– Laluniu, chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia. – Podchodzę do niej bliżej, a ona robi krok wtył.

– Bo wezwę ochronę – mówi, drżącymgłosem.

– Śmiało. – Niemalże wybucham śmiechem. – To pilna sprawa. Pieniądze nie grająroli.

– Dwadzieścia cztery godziny. – Nerwowo przełyka ślinę. – Szybciej naprawdę się nieda.

– Do zobaczenia jutro – spoglądam na jej plakietkę – paniReiss.

– Mamwolne.

Wychodzę z kliniki i wracam do domu. Cholera! Dwadzieścia cztery godziny. Jak ja jewytrzymam?

Kiedy podjeżdżam pod dom, widzę Zoe siedzącą nahuśtawce.

Czyżby przestała się gniewać? Wysiadam z auta i podchodzębliżej.

– Co ty tu robisz? – pytam, ściągającbrwi.

– Zostawiłam u ciebie ulubiony sweterek – odpowiada trochę smutnymgłosem.

– Nie przypominam sobie. – Wykrzywiam usta, kręcącgłową.

– Fioletowy zesznureczkami.

Chyba ściemnia, ale jeśli jej odmówię, znowu tu przyjdzie, więc otwieramdrzwi.

– Sprawdź. – Wpuszczam ją dośrodka.

Zoe wchodzi i idzie na górę. Po chwili schodzi, trzymając w dłoniach fioletowy sweter. Ajednak.

– Co u ciebie? – pyta.

– Mam sporo pracy – odpowiadam.

– Tęsknię – mówi nieśmiało i spuszczawzrok.

– Zoe… – Wzdycham, opierając dłonie nabiodrach.

Dziewczyna momentalnie znajduje się przy mnie. Przyciąga mnie do siebie i zaczyna namiętniecałować.

– Za tobą – szepcze – i za nim też – chwyta mnie zakrocze.

O, kurwa!

– Zoe, spokojnie. – Cofam jejrękę.

– Wiem, że tego chcesz – mruczy, niczym kotka, i zaczyna rozpinać mirozporek.

Kurwa! Robi mi się gorąco, a mój kutas zaczyna się budzić do życia. Litości, jestem tylkofacetem.

– Domi, pragniesztego.

Przesuwa palcami wzdłuż mojego kręgosłupa i chwyta mnie mocno za pośladki. To odbija się w moim kroczu i robię się coraztwardszy.

– Zoe, przestań.

I kogo ja próbujęoszukać?

Uśmiecha się i zsuwa mi bokserki, uwalniając mojego twardego, gotowego fiuta. O kurwa! Nie jestem w stanie jej powstrzymać, to jest silniejsze ode mnie. Rzuca mi zalotne spojrzenie i klęka, biorąc go do ust. Ssie mocno, wsuwając go głęboko do gardła. Wysuwam do przodu biodra, przyciskając jej głowę do mojego krocza. Zoe mruczy, smakując mojego fiuta po całej jego długości. Podciągam ją za ręce i odwracam tyłem do siebie. Opiera dłonie o oparcie sofy, a ja ściągam jej spodnie. Z szafki stojącej koło sofy wyciągam prezerwatywę i szybko jązakładam.

Zsuwam na bok cienki materiał jej koronkowych stringów i od razu ostro w niąwchodzę.

– Domi! – krzyczyochryple.

Pieprzę ją mocno i głęboko, a ona wije się z podniecenia. Jej pośladki zmysłowo odbijają się od moich bioder, a ja biorę ją ostrzej i brutalniej. Po paru takich pchnięciach czuję, jak zaciska się wokół mnie i dochodzi z krzykiem. Wykonuję jeszcze kilka ostrych pchnięć i uwalniam się od tego pieprzonegonasienia.

– Zoe…

– Wiem – mówi, zakładając spodnie. – Nie jesteś typem faceta, który szuka miłości, który chce sięzakochać.

Jak ty mnie mało znasz. Po prostu moje serce wciąż pamięta tylko ojednej…

– Myślałam, że się zmienisz, że cięzmienię.

– Zoe, mówiłem ci, że to nie ma sensu. – Podciągamspodnie.

– Wiesz, Domi, kiedyś zdasz sobie sprawę z tego, ile straciłeś – kieruje się do drzwi – ale wtedy będzie zapóźno.

– Nie matkuj mi – upominamją.

Zoe pokazuje mi środkowy palec i wychodzi, trzaskającdrzwiami.

Wieczorem kładę się spać. Pół nocy wiercę się na łóżku, nie mogąc zasnąć, aż w końcu moje powieki stają się tak ciężkie, że zamykamoczy.

Biegnie do mnie dziecko. Chłopiec. Nie widzę dobrze jego twarzy, ale mógłbym przysiąc, że toNico.

– Tata, tata! – woła i wpada w mojeramiona.

Przytulam go mocno dosiebie.

– Spokojnie, synu. Jestem, jestem przytobie.

Nagle zjawia się Miranda z tym swoimgachem.

– Nico! – wołaoschle.

– To mój syn – warczę.

Miranda sięśmieje.

– Naprawdę sądzisz, że to twój syn – drwi – ale ty jesteśnaiwny.

– Zrobię testy – mówię.

– Rób – śmieje się – tylko sięrozczarujesz.

Facet podchodzi do mnie i bierzeNica.

– Nie zbliżaj się więcej do mojej kobiety i mojego syna – mówi zwyższością.

ROZDZIAŁ 5

DOMENICO

Rano wstaję oblany potem. Kurwa! Co za porąbany sen. Nie, nie wytrzymam dłużej. Muszę wiedzieć teraz. Zeżre mnie taniepewność.

Wstaję z łóżka i idę pod prysznic. Na śniadanie jem tylko tosty i jadę na chwilę do klubu. Kiedy przeglądam papiery w biurze, wchodzi ta nowatancerka.

– Szefie.

– Co tu robisz o tej porze? – Podnoszę na niąwzrok.

Dziewczyna ma na sobie krótkie szorty, top odsłaniający brzuch i trampki. Figurę ma naprawdęniezłą.

– David pozwolił mi zostać na noc – mówi. – Nie miałam jak dostać się dodomu.

– Nie możesz tumieszkać.

– To tylko raz. Przeprowadzam się bliżej – tłumaczy.

– Sporo wczoraj zarobiłaś – mówię.

– Bo jestem świetna w tańcu. W poprzednim klubie robiłam coś jeszcze. – Siada na brzegubiurka.

– Nie rozpędzaj się. W tym klubie się nie pieprzycie z klientami. – Mierzę ją wzrokiem. – To porządny klub zestriptizem.

– Nawet za dodatkową kasę? – Trzepoczerzęsami.

Szanuj się, dziewczyno.

– Na tańcu zarobisz tyle, że nie będziesz musiała się bzykać z klientami. Coś jeszcze? – Spoglądam na nią. – Zajętyjestem.

– Umowa – mówi.

– Dostaniesz do końcatygodnia.

Dziewczyna wstaje i kieruje się dodrzwi.

– A! Cherry da ci grafik na najbliższyweekend.

– Jasne.

Całe szczęście w papierach wszystko się zgadza, więc w końcu mogę jechać do kliniki. Piętnaście minut później jestem na miejscu. Szybko wchodzę do środka i podchodzę dorejestracji.

– Proszę o wyniki moich badań – mówięszorstko.

Pielęgniarka podnosi na mnie wzrok, zaciskającusta.

– Dzień dobry – mówi pouczająco. – A pana numer klienta lubnazwisko?

– Montechiaro.

Kobieta wystukuje coś naklawiaturze.

– Pan Domenico Montechiaro? – upewniasię.

– Tak.

– Badanie FB zero dwa? – pyta.

– Niewiem.

O chuj jejchodzi?

– Testy na ojcostwo – wyjaśnia.

– Notak.

– Jeszcze nie ma wyników – mówispokojnie.

– Kurwa! Jak to nie ma? – warczę.

– Proszę sięuspokoić.

– Potrzebuję ich teraz – syczęwściekły.

– Chwileczkę.

Kobieta bierze telefon i wykonuje połączenie. Muszę mieć te wyniki i to na już. Czy ona tego nierozumie?

– Panie Montechiaro, proszęzaczekać.

– Ile?

Zaraz mnie szlag jasnytrafi!

– Około dwudziestu minut – odpowiada.

– Czekam nazewnątrz!

Wychodzę z budynku. Muszę zapalić. Wyciągam papierosa, odpalam go i się zaciągam. Nerwowo chodzę z miejsca wmiejsce.

Próbuję rzucić, bo, nie lubię smaku ani zapachu papierosów, ale teraz jestem tak zestresowany, że zaraz zacznę malować tęczę, by sięrozluźnić.

Mój syn czy nie mój? Niby wszystko by się zgadzało. Sześć lat. Może właśnie po to Miranda mnie szukała, ale dlaczego akurat teraz? A ten sen? Pieprzyć sen! Zaraz będę miał czarno na białym. Tylko jaki będziewynik?

Wchodzę do budynku i podchodzę do kobiety, która patrzy na mnie gniewnie. Nie odpuszczę. Będę tu siedział choćby do wieczora, ale lepiej dla nich, gdyby dali mi w końcu te pieprzonewyniki.

Po chwili przychodzi jakaś inna pielęgniarka i wręcza jej kopertę. Ta wstukuje coś do komputera i podaje mi jakiś dokument dopodpisania.

– Co to? – pytam.

– Potwierdzenie odbioru wyników badań – mówi, kładąc kopertę nablacie.

Szybko podpisuję i biorę kopertę. Nerwowo ją otwieram i wyciągam dokument ze środka. Czytam dokładnie i uważnie słowo w słowo. Kurwa, połowa to medyczny bełkot. Zerkam niżej i odczytuję najważniejszą dla mnie wiadomość. Szlag! Podaję dokumentpielęgniarce.

– Czy mogła zajść jakaś pomyłka w badaniach? – pytam.

– Nie, nie ma takiej możliwości – mówi kobieta. – Mamy najlepszy sprzęt, jaki jest obecnie dostępny na rynku medycznym. – Oddaje mikartkę.

– Czyli to prawda? – dopytujęsię.

– Tak, jest pan ojcem tego dziecka. – Przewracaoczami.

Zabieram dokument i wychodzę zkliniki.

Kurwa!

Mirando, jak mogłaś?! Zabrałaś mi moje dziecko, mojego syna. Przez sześć lat milczałaś. O nie, to się tak nie skończy. Jadę szybko do klubu. Czas na wycieczkę do Salt Lake City. Kiedy wchodzę do środka, wszyscy się orientują, że coś jest narzeczy.

– David, Luca i Boris, mamy wycieczkę do Salt Lake City – mówięwładczo.

– Coś nie tak? – pytaDavid.

– Wszystko jest tak. Lecimy po mojego syna. – Duma mnie rozpiera. Mamsyna.

– Chce go szef porwać? – pytazaskoczony.

– Jakie porwać? To moje dziecko – podkreślam.

– A nie lepiej załatwić to z jegomatką?

Kurwa!

– Jego matka miała sześć pieprzonych lat, by mi o tym powiedzieć! – warczę. – Jakoś się nie pofatygowała, więc zabieram dziecko dosiebie!

Właściwie, dlaczego ja mu siętłumaczę?

David patrzy na mnie znacząco. Zupełnie nie dostrzegłem, że ktoś wszedł do klubu. Ktoś, czyli mójszwagier.

– Domenico – mówiSantiago.

– Santiago.

– Domenico, co ty kombinujesz? – pyta, marszczącbrwi.

– Nic. Odbieram, comoje.

– A, czyli teraz zajmujesz się porywaniemdzieci?

– To jest, kurwa, mójsyn!

– I to daje ci prawo do porwania go? – besztamnie.

– To daje mi prawo do wychowywania go. Straciłem sześć lat! – Podnoszę głos, ale normalnie mnie nosi. Jeszcze nigdy nie byłem takiwściekły.

– Przecież jego matka będzie goszukać.

– I o to michodzi.

– Domenico, wiem, co czujesz, ale nie róbgłupot.

Jezu, jaki on troskliwy sięzrobił.

– Jeśli chcesz, możesz lecieć z nami – proponuję mu, by się w końcuodczepił.

– Ty naprawdę jesteś popieprzony. – Potrząsagłową.

– Żebyś wiedział – posyłam mu szyderczy uśmiech – a ty masz do mnie jakąś sprawę czy po prostu chciałeś mnieopierdolić?

– Właśnie zrozumiałem, dlaczego Blanca się o ciebiemartwi.

– Niepotrzebnie. Teraz wszystko wróci do normy. Siadaj, szwagier, napijemy się. Mamy coświętować.

Santiago krzywi się, ale daje się namówić. Siadamy, a po chwili kelnerka przynosi nam trunki. Opowiadam mu o ostatnich wydarzeniach z Mirandą. Oczywiście Santiago odradza mi zabranie syna Mirandzie, ale nie zamierzam go słuchać. Mały będzie ze mną i poczekam, aż Miranda sama do mnie przyjdzie. Nadal nie rozumiem tylko, dlaczego mnie szukała. Dowiem się tego, ale najpierw odzyskam dziecko. To mój syn, a rodzina jest dla mnienajważniejsza.

– Szefie – David podchodzi do naszego stolika – samolot będzie gotowy na szóstąrano.

– Idealnie. Dziś i tak nie byłoby możliwości zabraćmałego.

– Porwać – poprawia mnieSantiago.

– Ale się uczepiłeś! – warczę.

– Bo ty chcesz porwać, uprowadzić sześcioletniedziecko.

– Nazywaj to, jak chcesz. To mój syn, mam to na papierze – przypominam. – Jutro lecimy do Salt LakeCity.

– Chłopak zaczyna zajęcia w przedszkolu o ósmej, a kończy o dwunastej – dodajeDavid.

– Miranda goodbiera?

– Nie, opiekunka.

– Świetnie. Jutro tatuś go odbierze. – Wychylam whiskey i rozsiadam się nakanapie.

Tak. Jutro Nico będzie tam, gdzie jego miejsce. Przy ojcu. Miranda nie miała prawa ukrywać tego faktu przede mną. Wychowuje go od sześciu lat, teraz moja kolej. Jeśli będzie chciała, to zapraszam. Może tu przyjechać. Santiago, Luca, inni mogą sobie myśleć, co im się żywnie podoba. Wiem, że mój ojciec postąpiłby tak samo. Nico jest moim synem, moim dziedzicem i jego miejsce jest przymnie.

ROZDZIAŁ 6

DOMENICO

Od trzech godzin siedzimy w aucie – po drugiej stronie ulicy, na wszelki wypadek gdyby opiekunka przyjechała wcześniej. W drugim samochodzie, dalej na trasie, czekają David i Boris. Za dziesięć dwunasta podjeżdża czarny ford i wysiada kobieta. Wyjmuję zdjęcie z koperty i uważnie mu się przyglądam, ale jestem pewien, że to ta opiekunka. Wchodzi do budynkuprzedszkola.

Zapaliłbym papierosa albo napił czegoś mocnego… Nienawidzę tego pierdolonego stresu. Trząść się jak jakaś nastolatka przed pierwszą randką. Nerwowo stukam palcami w tapicerkę, wypatrując kobiety z moimsynem.

Co tobą kierowało, Mirando, by tak długo ukrywać przede mną, że mamy dziecko? Kompletnie tego nie rozumiem, bo tak się, kurwa, nie robi, ale to już nie maznaczenia.

Za niedługo zabieram syna ze sobą. Ciekawe, jak teraz ty będziesz się z tymczuła?

Odebrałaś mi dziecko, możliwość wychowywania go, więc teraz zamienimy sięrolami.

Osiem minut później opiekunka wychodzi z moim synem z budynku i wsiadają do auta. Kiedy ruszają, Luca odpala silnik i jedziemy za nimi, zachowując bezpieczną odległość. Trasa do domu Mirandy wiedzie przez centrum miasta, a później jakieś pół mili brzegiem lasu. To tam musimy przejąć chłopca. Biorę telefon i dzwonię doBorisa.

– Tak, szefie?

– Ruszyli, jedziemy za nimi – mówię.

– Jasne. Jesteśmy koło tegolasu.

– Tam go przejmiemy. Gdy nas zobaczycie, zajedźcie mu drogę. Tylko bezpiecznie – dodaję. – W aucie jest mój syn – podkreślam.

– Zrozumiałem.

Przejeżdżamy przez centrum miasta i zgodnie z planem kierujemy się na północ. Mam nadzieję tylko, że kobieta się nie zorientowała, że ma ogon. Kiedy zbliżamy się do lasu, kobieta przyspiesza. Kurwa! Nieprzyspieszaj!

– Luca, zbliż się – mówię do chłopaka, obserwującdrogę.

Zaraz będzie ostry zakręt, więc zwolni. Kobieta zdejmuje nogę z gazu i wchodzi w zakręt, a my za nią. Widzę już chłopaków, zbliżają się. Czarny ford znacznie zwalnia, a chłopaki zajeżdżają im drogę. Kobieta hamuje gwałtownie, ale bezpiecznie. Zatrzymujemy się tuż za nią. Wyskakuję pierwszy z auta, a za mną Luca. David przystawia broń do skroni kobiety. Przerażona podnosi ręce, głośnokrzycząc.

– Nie krzycz! – warczę. – Nic wam niezrobimy.

– Błagam, zostawcie nas – szlocha. – Tam jestdziecko.

Przecież wiem otym.

Otwieram tylne drzwi, spoglądając nachłopca.

– Cześć, mały – mówię.

Chłopak podnosi na mnie wzrok. Nie rozumie chyba całej sytuacji, bo nie jest specjalnie przestraszony. Chyba powinien krzyczeć, płakać; nie wiem, co dzieci robią w takiej sytuacji. Wygląda zupełnie jak ja w jego wieku. Ma bujną czuprynę i niebieskieoczy.

– To twój plecak? – pytam.

Chłopak kiwagłową.

– To weź go ichodź.

– Nie, błagam! – krzyczy kobieta. – Zostawcie go. Błagam! – Aż zanosi siępłaczem.

– Jesteś moim tatą? – pyta chłopiec, a ja unoszę ze zdziwieniabrwi.

A skąd on towie?

– Tak – odpowiadam.

Chłopak bierze plecak i bez problemu wysiada z auta.

Tak po prostu? Spodziewałem się jakiejś paniki, histerii z jego strony, zaskoczyło mnie, że tak grzecznie idzie ze mną, bez płaczu czy szarpaniny. Zastanawia mnie tylko, skąd wie, że jestem jego ojcem? Musi to wiedzieć od Mirandy, przecież mnie niezna.

– Nico jest z ojcem. Przekaż to Mirandzie – mówię do kobiety i wciskam jej swojąwizytówkę.

Wsiadamy do aut i z piskiem opon odjeżdżamy. Jedziemy prosto na lotnisko. Chłopak całą drogę milczy, ale nie płacze. Zachowuje się grzecznie i bez protestów wsiada dosamolotu.

Coraz bardziej zastanawia mnie jego zachowanie. Jest taki spokojny. Myślałem, że będzie się bał, będzie krzyczał, płakał a on po prostu poszedł ze mną, dlatego coś mi tu nie pasuje. Wszystko wygląda, jakby Miranda go do tego przygotowała. Pytanie: dlaczego?

MIRANDA

Czekam w domu na powrót Nica z opiekunką. Zerkając na zegarek, orientuję się, że w sumie powinni już być. Przygotowałam mu dziś na obiad jego ulubionego kurczaka zapiekanego z serem mozzarella. Może to śmieszne, ale to też ulubiona potrawa Domiego. Przynajmniej kiedyś była… Nico jest podobny do ojca. Nie tylko pod względem wizualnym, ale z charakteru też go przypomina. Wykazuje cechy przywódcze, jest uparty i konsekwentny. Gdy mu się coś nie uda, nie poddaje się, tylko próbuje dalej. Tak było z układaniem puzzli, klocków, nauką pisania, czytania czy liczeniem. Szybko się uczy, ale też to lubi. Jako jedyny w swojej grupie w przedszkolu potrafi jużczytać.

Tak bardzo mi goprzypomina…

Nagle podjeżdża auto Audrey i kobieta wręcz wpada do domu. Jest roztrzęsiona, zapłakana isama.

– Gdzie Nico? – pytamnerwowo.

– Zabrali go, porwali! – szlocha, ocierającłzy.

Cała trzęsę się za strachu, ale mam tylko nadzieję, że był toon.

– Kto to był? Kto porwał mojegosyna?

Staram się jeszcze panować nad emocjami, choć w środku czuję, jakbym się rozsypywała. Nie mam pewności, że toDomi.

– Przepraszam, ja nie mogłam nic zrobić. – Kobietapłacze.

– Kim oni byli? – pytam roztrzęsiona, bo już nie wytrzymuję tejniepewności.

– On powiedział, że jest jego ojcem – mówi.

Moje serce pomija kolejne uderzenie i żołądek boleśnie kurczy się z nerwów, a jednocześnie zaczynam czuć jakąśulgę.

– Powiedział, że teraz Nico będzie z ojcem – łka, wciąż się trzęsąc. – On dał mi to. – Podaje miwizytówkę.

DomenicoMontechiaro.

Mój Domi… Czuję, jak po policzkach płyną mi łzy. Oddycham z ulgą. Mój syn jestbezpieczny.

– Audrey, błagam cię nic nie mówPhilippowi.

– Ale trzeba wezwać policję – panikuje.

– Nie! – Kręcę głową. – Nico jest w dobrych rękach. Tak musiało być – mówię stanowczo, patrząc kobiecie prosto woczy.

– Mirando…

– Philipp tu zaraz będzie. Proszę, jedźjuż.

Muszę się jej pozbyć. Sama to załatwię zPhilippem.

– Ale…

– Proszę cię – nalegam.

– Skoro tego chcesz. – Audrey niechętnie odpuszcza iwychodzi.

Dzięki Bogu. Wiem, że Philipp mi tego nie daruje, ale zależy mi tylko na bezpieczeństwie syna. Nie mogłam postąpić inaczej. Szukałam Domenica, by powiedzieć mu o Nicu, o mojej sytuacji, i prosić go, by się nim zaopiekował. Nico nie może zostać z Philippem. Mam pewność, że Domi dobrze się nim zaopiekuje. Kiedy widzę podjeżdżający samochód Philippa, zdaję sobie sprawę, że zaraz rozpocznie się moje piekło. Wiem, że dziś nie wziął leków. Gdy mężczyzna wchodzi do domu, cała się trzęsę zestrachu.

– Mirando! – wołamnie.

Biorę głęboki oddech i idę doprzedpokoju.

– Jestem. – Podnoszę na niegowzrok.

– Gdzie Nico? – Rozgląda się popomieszczeniu.

– Nałożyć ci obiad? – pytam drżącymgłosem.

– Pytam, gdzie mały?! – Ściąga gniewniebrwi.

Wiem, że dobrze postąpiłam. Muszę chronić moje dziecko, zapewnić mubezpieczeństwo.

– Ni… Nie… Nie ma go – jąkam się zestrachu.

Philipp przygląda mi się i posyła drwiącyuśmiech.

– Nie mów, że oddałaś gotatusiowi.

– Tak będzie lepiej, Philipp – próbuję goprzekonać.

– Kurwa! – wściekasię.

Chwyta mnie mocno za ramiona i dociska do ściany, na której wisilustro.

– Ile razy ci mówiłem, że masz mi się nie sprzeciwiać? – syczy i ściska moją twarz, zmuszając, bym spojrzała w jego przerażająceoczy.

– Proszę, to boli – łkam.

Philipp mocno ściska dłonią mój podbródek. Nie panuje nad sobą. Łzy płyną mi po policzkach, ale zrobiłabym to jeszczeraz.

Nico jestnajważniejszy.

– Ty głupia kurwo, przypieczętowałaś swój los! – warczy nade mną, wyżywającsię.

Philipp chwyta mnie za gardło i mnie poddusza. Chryste, ledwo łapię oddech. Tym razem mnie zabije. Czuję, że to zrobi. Mężczyzna uderza moją głową w lustro, rozbijając je. Ból rozchodzi się po całym moimciele.

– Nauczę cię posłuszeństwa! – krzyczy.

Uderza mnie tak mocno w twarz, że już po chwili czuję metaliczny posmak krwi w ustach. Upadam na podłogę. Łzy mieszają się z krwią, a rozciętą warga mocnopulsuje.

– Aaa! – krzyczy nagle mężczyzna, chwytając się zagłowę.

Philipp zazwyczaj jest spokojny, ale gdy nie bierze leków, zupełnie wariuje. Do tego jest uzależniony od narkotyków. Bez leków staje się nieobliczalny. Bije mnie prawie do nieprzytomności. Na Nica na szczęście nie podniósł nigdy ręki, a ja jestem tak słaba, że nie potrafiłabym go ochronić. Dlatego cieszę się, że Nico jest z ojcem. U niego jestbezpieczny.

Powoli podnoszę się z podłogi i idę do kuchni. Każdy krok sprawia mi ból, ale jeśli Philipp nie weźmie leków, znowu wpadnie w furię. Wyciągam jego tabletki z szafki i nalewam wody do szklanki. Wracam do przedpokoju i podaję muleki.

– Weź je, proszę.

Philipp niechętnie bierze ode mnie leki, ale połyka je, popijając wodą. Wyobrażam sobie, jak bardzo ból rozsadza mu głowę, i tylko tabletki mogą gouśmierzyć.

– Przepraszam, Mirando – mówi, co mnie wcale nie dziwi. Zawsze tak jest. – Przepraszam. – Chwyta moje dłonie. – Tak bardzo ciękocham.

– Ranisz mnie – łkam.

– Przeprosiłem cię, tak? – Zrywa się zpodłogi.

Philipp idzie do kuchni. Po chwili przynosi dobrze mi znane pudełeczko. Wyciąga cztery tabletki i podaje mije.

– Cztery? – Podnoszę na niegowzrok.

– Tak. Lekarz kazał zwiększyć dawkę – mówi.

– I takumrę.

– Wszyscy kiedyś umrzemy. Pij – nakazuje.

ROZDZIAŁ 7

DOMENICO

Wieczorem mały szybko zasnął. Zjadł kolację, wykąpał się i położył do łóżka. Nie był zbyt rozmowny, więc dałem mu spokój. Chciał tylko, by zostawić mu zapalone światło wpokoju.

Rano szykuję mu śniadanie. Płatki z mlekiem. Bez szału, ale muszę się nauczyć, co i jak. No i chyba muszę pomyśleć o jakiejśopiekunce.

– Smacznego. – Stawiam przed nim miseczkę zpłatkami.

– Dziękuję – mówicicho.

– Podobał ci się lot samolotem? – pytam.

Przytakuje.

– Nie bałeś sięmnie?

Kręcigłową.

– Mamusia mówiła, że niedługo zamieszkam z tobą. Widziałem cię na zdjęciu – mówi, zajadając siępłatkami.

– Tak? A dlaczego? – Jestemzaskoczony.

– Nie wiem. – Wzruszaramionami.

– Zapytamy mamę, jak przyjedzie donas.

– Nie przyjedzie – mówi