Odległe życie - M.L. Stedman - ebook + audiobook

Odległe życie ebook i audiobook

M. L. Stedman

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Ta książka to lekcja człowieczeństwa i niezapomniana podróż przez ciemność ku światłu.

Nowa, od lat wyczekiwana książka autorki bestsellerowego „Światła między oceanami”.

Zapierająca dech w piersiach epicka powieść o rodzinnych tajemnicach i nieprzemijającej sile miłości, a także o tragedii, której skutki będą trwać przez wiele lat.

Australia Zachodnia, rok 1958. MacBride’owie od pokoleń mieszkają na rozległej farmie Meredith Downs, na której hodują owce. Pewnego dnia na pustej drodze głowa rodziny, Phil MacBride, skręca gwałtownie, żeby ominąć kangura. W ułamku sekundy dochodzi do tragicznego wypadku, który rujnuje życie wszystkich jego bliskich. I zły los najwyraźniej nie chce zostawić MacBride’ów w spokoju – już wkrótce na skutek splotu okoliczności jedno z rodzeństwa traci życie, a drugie musi zrezygnować ze wszystkiego dla dobra niewinnego dziecka. Matt, najmłodszy z MacBride’ów, wyruszy w podróż w nieznane, bez mapy i przewodnika, i w jej trakcie będzie musiał dokonać dramatycznych wyborów – między miłością a obowiązkiem oraz poświęceniem a szczęściem.

M.L. Stedman z niezwykłą wrażliwością opowiada o jednej rodzinie, w której losach jak w soczewce skupiają się problemy całej społeczności. Tworzy uniwersalną, a jednocześnie głęboko zakorzenioną w miejscu i czasie opowieść o tym, jak wiele krzywdy potrafimy sobie nawzajem wyrządzić i jak mimo wszystko próbujemy iść dalej, gdy zła nie można już naprawić. W olśniewającej lekkością prozie, z wyczuciem i subtelnym humorem, szkicuje pełną nadziei historię o upływie czasu, ludzkiej wytrwałości i o tym, do czego jesteśmy zdolni, by chronić to, co kochamy.

„Wzruszająca i pięknie napisana powieść o rodzinie, społeczności, miłości oraz tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, by to wszystko ocalić”. Rachel Joyce, autorka książki „Marzenie panny Benson”

„Wielka, odważna opowieść o tragedii i odporności. Całkowicie mnie porwała”. Bonnie Garmus, autorka książki „Lekcje chemii”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 558

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 9 min

Lektor: Anna Dereszowska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:

A FAR-FLUNG LIFE

Copyright © M. L. Stedman 2026

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2026

Redakcja: Marzena Wasilewska

Korekta: Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Beci Kelly/TW

Projekt graficzny okładki polskiej: Agnieszka Drabek

Zdjęcia na okładce: Pobytov/DigitalVision Vectors/Getty Images; SEAN GLADWELL/ Moment/Getty Images; VolodymyrKozin/DigitalVision Vectors/Getty Images; Eglelip/ iStock; sensationaldesign/iStock; JudiParkinson/iStock; Shutterstock

ISBN 978-83-8439-153-2

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

e-mail: [email protected]

wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: M. L. Stedman, Odległe życie

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

CZĘŚĆ II

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

CZĘŚĆ III

79

80

81

82

Podziękowania

OPOWIEŚĆ O RODZINNYCH TAJEMNICACH, NIEPRZEMIJAJĄCEJ SILE MIŁOŚCI I STRASZLIWEJ TRAGEDII, KTÓREJ SKUTKI ODBIJAJĄ SIĘ ECHEM PRZEZ DZIESIĘCIOLECIA.

Australia Zachodnia, 1958 rok. Samotną drogą przecinającą bezkresną pustkę toczy się ciężarówka. Chwila nieuwagi – i w ciągu kilku chaotycznych sekund życie członków rodziny MacBride’ów rozpada się na kawałki.

Nie będzie im dane doświadczyć spokoju, los nie pozwoli, by rany się zagoiły. Kolejny dramatyczny splot wydarzeń sprawi, że jedno z nich straci życie, a drugie poświęci swoje dla dobra niewinnego dziecka.

Odległe życie ukazuje losy garstki odizolowanych od świata ludzi. Surowa ziemia, na której wyrośli, nauczyła ich podnosić się po ciężkich ciosach i iść dalej – nawet jeśli każde z nich będzie się zmagać z poczuciem winy i traumą. Żadne z nich nie wie, do czego jest zdolne, by chronić to, co kocha.

Tej autorki

ŚWIATŁO MIĘDZY OCEANAMI

ODLEGŁE ŻYCIE

Dla mądrych doradców za cenne głosy, z wdzięcznością

Nic, co ludzkie, nie jest mi obce.

Terencjusz, Sam siebie karzący

Gdzieś daleko poza dobrem i złem jest łąka.

Spotkam się tam z tobą.

Rumi, Wielki wóz

CZĘŚĆ I

1

Australia Zachodnia

Piątek, 10 stycznia 1958

Czerwona ziemia ciągnie się tutaj jak okiem sięgnąć. W górze słońce przeoruje niekończące się błękitne niebo. Jaszczurka szuka cienia i chłodu pod przykurzoną zielenią mulgi; mrówki budują odporne na słoneczny żar mrowiska; kangury wysysają wilgoć z miękkich liści, nadstawiając uszu, by wychwycić odległy warkot; po prostej, cynobrowej linii biegnącej między nielicznymi drzewami jedzie samotna ciężarówka.

W kabinie Bedforda siedzi trzech mężczyzn z rodziny MacBride’ów, niczym trzy części matrioszki. Proste, ciemne włosy i owalna twarz Phila znajdują odbicie w wyglądzie Warrena, jego starszego syna, oraz Matta, młodszego. Jak dwie, a właściwie trzy krople wody – ta sama historia w kolejnych pokoleniach. Wszyscy uważają, że nawet Rosie, córka Phila, która została na farmie – młodsza od Warrena i starsza od Matta – jest jego żywym odbiciem. Matka, Lorna, nie ma szans w tym zestawieniu. Każdego MacBride’a można poznać na kilometr.

– Boże, opowiadasz jakieś wierutne bzdury! – zawołał Warren, waląc brata w ramię.

– Wcale nie! Będę żeglował po całym świecie. Odkrywał bezludne wyspy… – Matt się rozmarzył. – Będzie wspaniale!

– Jeśli nie zabierzesz się do roboty, termity zeżrą tę łódkę bez reszty, więc pójdziesz na dno, kiedy tylko odbijesz od brzegu – powiedział ich ojciec. Przesunął dźwignię zmiany biegów i samochód ruszył raźniej w górę zbocza.

Z tyłu dobiegło beczenie kilkudziesięciu owiec.

To, że MacBride’owie mają łódź na swojej stacji hodowli owiec, nie wydawałoby się niczym nadzwyczajnym, gdyby ich posiadłość leżała na liczącym prawie dziesięć tysięcy kilometrów wybrzeżu stanu. Meredith Downs – sucha ziemia o powierzchni czterystu tysięcy hektarów – leży jednak daleko w głębi lądu i graniczy miejscami z pustynią.

– O co oni się właściwie założyli? – spytał Matt.

Dyskusja zaczęła się w chwili, gdy mijali samotny wysoki budynek widoczny w oddali: szopę Monty’ego. Nazwany tak na cześć wuja Phila, Montgomery’ego MacBride’a, był najdziwaczniejszą budowlą w promieniu setek kilometrów. Legenda opisująca, jak w pełni wyposażony lugier do poławiania pereł znalazł się w Meredith Downs – posiadłości z dwudziestoma tysiącami owiec i średnim rocznym poziomem opadów na poziomie dwudziestu centymetrów – została na przestrzeni czasu znacznie podkolorowana, ale główne jej elementy się nie zmieniły: stary kumpel Monty’ego uregulował dług wobec niego, dostarczając do Meredith Downs łódź, przyciągniętą przez zaprzęg wielbłądów, którym kierowali Afgańczycy; a Monty marzył, że pewnego dnia wypłynie nią na ocean, być może z południowego wybrzeża kontynentu, chociaż w lodowatym Oceanie Południowym wcale nie było pereł. Lugier nosił taką samą nazwę jak najjaśniejsza gwiazda Krzyża Południa, Alfa Crucis. Gdy w 1915 roku Monty pomaszerował nad Sommę, by wypełnić obowiązek wobec ojczyzny, ojciec obiecał mu, że będzie dbał o łódź. Za pieniądze zarobione na owczej wełnie zbudował wokół niej szopę i regularnie oleił drewniany kadłub, by nie przejęły go termity i pająki.

Lecz kiedy Monty wrócił do domu zatruty gazem, mógł jedynie przesiadywać w łodzi, w nieznośnym upale, i podróżować ku odległym brzegom tylko w wyobraźni. Wkrótce umarł – wraz ze swymi marzeniami – i jego prochy umieszczono w wyschniętej już łodzi, na dziobie, razem z kompasem, butelką piwa i obietnicą, że kiedyś wypłyną lugrem na Ocean Indyjski, by je tam rozrzucić. Phil MacBride do tej pory przestrzegał rytuału: lakierował drewno, wymieniał przetarte liny i w każde urodziny Monty’ego przynosił mu piwo. Choć zwykle twardo stąpał po ziemi, dla wuja robił wyjątek: „To tradycja”, mówił, z nabożną czcią stawiając butelkę piwa na dziobie.

Teraz odpowiedział:

– Monty uważał, że znajdzie wodę na posiadłości swojego przyjaciela, na północnym wybrzeżu, tylko przy użyciu swojej różdżki – odpowiedział teraz na pytanie młodszego syna. – Gdyby mu się udało, miał dostać łódź. Znalazł wodę na głębokości dziesięciu metrów i obaj byli zadowoleni. Kumpel dotrzymał więc obietnicy. Holowali tu tego lugra przez ponad pół roku.

Ciężarówka mozolnie pokonywała kolejne kilometry, a słońce z każdą godziną coraz mocniej jej dokuczało. Pomarańczową żużlową drogę przecinały rowki wyżłobione przez ostatni deszcz, rzadkość o tej porze roku.

– Będziesz tu musiał przyjechać z równiarką, Warren – zwrócił się Phil do starszego syna, kiedy owce na pace kołyszącego się na nierównościach pojazdu zaczęły żałośnie beczeć. – Może uda się jakoś naprawić ten kawałek. Niech Miles ci pomoże.

Jego słowa dały pretekst do dyskusji o tym, jak młody stażysta radził sobie podczas dobiegającej właśnie końca praktyki na ich farmie.

Łoboda zaczęła miejscami ustępować nadbrzeżnym trawom; sześć czarnych łabędzi wylądowało na wielkim słonym jeziorze o brzegach obwiedzionych skrystalizowaną bielą. Strzeliste metalowe wiatraki na pastwiskach obracały się powoli na wietrze, pompując cenną podziemną wodę. Co jakiś czas kilka owiec rozbiegało się na widok ciężarówki.

Wciśnięty między ojca i brata Matt obserwował parę emu, które pojawiły się nagle przy drodze; przez chwilę dotrzymywały tempa ciężarówce, a potem zniknęły za krzakami. Durne ptaszyska. Ale szybkie. Szybsze niż warany piaskowe, które też z pewnością gdzieś tutaj były. Niezliczone zwierzęta skryte wśród karłowatych krzewów: jadowite węże i pająki, jaszczurki, miliony mrówek. A także zdziczałe wielbłądy, które żyły na wolności od czasów afgańskich poganiaczy; z pewnością nawet w tej chwili któryś z nich klęczał naogrodzeniu, by je złamać i dostać się do wody. Ale znacznie gorsze od wielbłądów były psy dingo, które unikały pułapek i czekały na noc, by dopaść biedne owce. I kangury. Całe tysiące tych bydlaków, mimo wysiłków Pete’a Peacheya, łowcy kangurów pracującego dla ich farmy.

Oczy Matta zaczęły się zamykać – dała o sobie znać wczesna pobudka i ekscytacja wywołana telegramem z Perth, który przyniósł informacje o jego znakomitych ocenach z matury. Koniec szkoły na zawsze!

Nie spał przez większość nocy, zastanawiając się, co będzie teraz robił. Warren, który zachowywał się tak, jakby miał czterdzieści dwa lata, a nie dwadzieścia dwa, miał przejąć Meredith Downs, kiedy już ich ojciec przejdzie na emeryturę; to było pewne jak dwa razy dwa. Matt będzie musiał robić coś innego. W tej chwili – dwa dni przed osiemnastymi urodzinami – miał wrażenie, że może robić wszystko: iść na studia, zostać inżynierem albo naukowcem. Albo kartografem – uwielbiał dobre mapy… Lub z pomocą rodziców kupić własną stację. Może nawet się ożeni? Kiedyś. Pomyślał o jasnozielonych oczach Pattie Gosden, która zgodnie z obietnicą jego siostry Rosie miała się pojawić dziś w mieście na spotkaniu jego grupy Młodych Hodowców…

Po wielu godzinach męczącej jazdy po nierównych gruntowych drogach, z licznymi przystankami, kiedy musieli otwierać i zamykać szerokie bramy pastwisk, dotarli do granicy Meredith Downs. Ciężarówka z trzema mężczyznami i stadem owiec była ledwie ziarnkiem żywego piasku w bezkresnym krajobrazie.

MacBride’owie pojawili się w Australii Zachodniej kilkadziesiąt lat po założeniu w 1829 roku Kolonii Rzeki Łabędziej. Lyle MacBride i jego brat Lachlan opuścili niewielką farmę owiec ojca i razem z żonami wyruszyli z Anglii w niebezpieczną i męczącą podróż. W ciągu kilku pokoleń, korzystając z ogromnych połaci ziemi udostępnionej do wypasania zwierząt, ich rodziny rozprzestrzeniły się po całym zachodzie Australii. W miarę upływu lat na mapach widać było kolejne wydzierżawione od Korony obszary, na których napisano czerwonym atramentem pochyłe litery nazwiska MacBride.

To nazwisko zaczęło się również pojawiać w różnych dokumentach – rejestrach urodzin, zgonów i zawarcia małżeństw – czy w sprawozdaniach ze spotkań Rady do spraw Szkodników i Rady do spraw Dróg. Także w aktach Biura Meteorologicznego, skąd wysyłano informacje o pogodzie, można by znaleźć kilka wzmianek o MacBride’ach. Jest odnotowane też w dokumentach Stowarzyszenia Hodowców i Pasterzy, Królewskiego Towarzystwa Rolniczego i wielu innych.

Mówiono, że MacBride’owie mają dobre podejście do życia; rozsądni, ale i sprytni, ostrożni, ale nie skąpi. Kiedy los im sprzyjał, chętnie wspierali finansowo różne szlachetne przedsięwzięcia, zarówno religijne, jak i świeckie. Byli idealnymi sąsiadami: uczciwymi w sporach, pomocnymi w trudnych chwilach. Znali się na rolnictwie i korzystali z najnowszych metod upraw. Podczas gdy rodzina Lachlana powędrowała na północ, potomkowie Lyle’a zostali w Meredith Downs i w końcu powiększyli obszar posiadłości do czterystu tysięcy hektarów, największej powierzchni, na jaką zezwalało prawo. Ale czterysta tysięcy hektarów to ledwie kropka na mapie Australii Zachodniej, która ma ponad dwa i pół miliona kilometrów kwadratowych i stanowi jedną trzecią kontynentu.

Mężczyźni z rodziny MacBride’ów byli przystojni i potrafili przyciągać do siebie panny na wydaniu, gotowe dzielić z nimi życie na odludziu. Czasami wnosiły w małżeństwa posagi, którymi obdarzali ich bogaci ojcowie lub jeszcze bogatsi dziadkowie. MacBride’om nie brakowało więc zwykle środków finansowych, by utrzymywać stację w trudnych chwilach, jakie zdarzały się tu dość często.

Australia Zachodnia to surowa kraina. W Anglii jeden hektar farmy może wyżywić sześć albo siedem owiec. Tutaj, gdzie deszcze są rzadkością, na jedną owcę trzeba ponad dziesięć hektarów. Upał i słońce robią swoje. A w zimowe noce woda w zbiornikach zamarza. Palące promienie słońca, które w jednym okresie ożywiają przyrodę i powołują do istnienia życie, w innym z taką samą obojętnością je odbierają, pozostawiając uschnięte drzewa i zardzewiałą blachę falistą na dachach porzuconych budynków. Wiatr, który sprowadza deszcz, może też sprowadzić powódź i zrównać z ziemią szopy do strzyżenia owiec. Tutaj wszystko, co może ci przynieść coś dobrego, może cię też skrzywdzić – tak to już jest.

Ta kraina widziała nieprawdopodobne rzeczy: ewolucję torbaczy i stekowców; nielatających ptaków i ssaków, które latają. Widziała, jak rozdzielają się kontynenty i jak z wody wyłaniają się wyspy. Widziała, jak oceany zamieniają się w pustynie, a pustynie w lodowce. Widziała też, jak ludzie próbowali sobie ułożyć skromne życie na jej płaskiej i bezlitosnej powierzchni.

A jeśli chodzi o suszę… Cóż, jest jak nielubiany krewny, o którym wiadomo, że wcześniej czy później się pojawi – pytanie nie brzmi „czy”, ale „kiedy”. To kolejny powód, dla którego posiadłości muszą być tu bardzo duże: chodzi o różnicowanie pogody. Na obszarze czterystu tysięcy hektarów znajdzie się chociaż skrawek ziemi, gdzie spadł deszcz i wyrosła trawa, na której mogą paść się owce. Jeśli wygląda na to, że tak czy inaczej twoje stada są skazane na zagładę, jak najszybciej się ich pozbywasz, ograniczasz liczbę pracowników i przeczekujesz tę dziwną ciszę, gdy nie beczą owce, nie latają ptaki i nie szeleszczą liście, bo nie ma żadnych liści.

W dniu tej podróży do Wanderrie Creek w styczniu 1958 roku, gdy Phil i Warren rozmawiali o naprawie płotu, a Matt pogrążył się w marzeniach o przyszłości i o spotkaniu z Pattie Gosden, los MacBride’ów nagle się odmienił. Czekała ich bowiem zagłada innego rodzaju.

Phil MacBride umiał prowadzić samochód od siódmego roku życia – odkąd mógł sięgnąć stopami pedałów. Synów nauczył jeździć, kiedy byli mniej więcej w tym samym wieku. A jedna z najważniejszych zasad, które im wpoił, brzmiała: „Nie skręcajcie gwałtownie, żeby nie potrącić kangura”. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę skoczy, więc lepiej uszkodzić chłodnicę, niż ryzykować, że samochód wpadnie w poślizg i przewróci się na dach.

Być może sprawił to miraż cieplny, że Phil w pierwszej sekundzie wziął mierzącą dwa metry postać na drodze za człowieka, a nie kangura. Już kiedy wciskał gwałtownie hamulec, głowa mówiła mu, że popełnił błąd, ale ciężarówka zdążyła już wtedy wjechać na zdradliwe żwirowe pobocze i przewracając się na bok przy akompaniamencie zgrzytu metalu, wyrzucić jednego z jego synów przez przednią szybę, a drugiego nabić na drążek zmiany biegów.

Phil miał jeszcze dość sił, by wyciągnąć Warrena z kabiny i odciągnąć na bok. Wtedy dojrzał Matta, leżącego z dala od pojazdu, z krwawiącą głową i szeroko rozłożonymi rękami. Potem nie widział już nic.

Opary benzyny zagłuszyły cierpki zapach łobody, a pomruk wiatraka stał się właściwie niesłyszalny, gdy rozległo się beczenie przerażonych owiec. Koła ciężarówki kręciły się w powietrzu, rozrzucając paliwo niczym koło ogniste fajerwerki. W ciągu kilku minut opary zapaliły się w słonecznym żarze, ryczące płomienie objęły cały pojazd, czarny dym z opon piął się niczym drabina ku bezkresnemu, pustemu niebu. Kiedy MacBride’owie leżeli na zakurzonej drodze, ich krew spływała rowkami wyżłobionymi w jezdni i zbierała się w jednej szkarłatnej kałuży.

2

Nim Sneaky Snook, który przypadkiem przejeżdżał pocztową furgonetką w pobliżu granicy Meredith Downs, dotarł do miejsca katastrofy, oszołomione owce rozproszyły się już wzdłuż drogi oraz ogrodzenia i beczały żałośnie. Każdy, kto zbliżyłby się do tego miejsca, mógłby pomyśleć, że natrafił na jakieś makabryczne ognisko. Ogień strawił wełnę kilkunastu skopów uwięzionych przez pręty na pace ciężarówki i spalił je żywcem; choć zginęły straszną śmiercią, roztaczały wokół siebie smakowity zapach pieczonej baraniny. Dlatego szczekanie Pioruna, psa listonosza, mogło być wyrazem nie tylko konsternacji, ale też apetytu.

Na szczęście panował tutaj spory – jak na tę okolicę – ruch; przejeżdżał zwykle co najmniej jeden samochód dziennie. Właściwie nie minęła nawet godzina od wypadku, gdy Sneaky, zaalarmowany dymem, znalazł MacBride’ów. Warren, który krwawił, ale był przytomny, oparł się na łokciu i kazał Sneaky’emu zagnać owce w jedno miejsce. Potem zaklął głośno, gdy listonosz próbował go ruszyć. Matt, nieruchomy jak kamień na żwirze – podobnie jak jego ojciec, który leżał niedaleko – zapewne był już martwy, jak przypuszczał Sneaky; miał głęboką ranę na nodze, a jego uszy oblepiała zakrzepła krew. Listonosz skoncentrował się więc na tym, który był przytomny. Ratuj życie, które możesz uratować, i tak dalej… Później okazało się, że krew wyciekała z wątroby Warrena, tak że przeklinał aż do utraty świadomości. Wszyscy trzej leżeli na tyle daleko od ciężarówki, że płomienie ich nie dosięgły.

„Przynajmniej będziemy miały ciała – mówiła później Lorna. – Przynajmniej możemy ich pochować”.

Dysząc ciężko w upale, Sneaky wciągnął Warrena do kabiny furgonetki, po czym przyciągnął również ciało Phila i głośno stękając, ułożył je z tyłu. Kiedy wrócił do Matta, Piorun, szlachetnie odmawiając sobie posiłku z baraniny, stanął przednimi łapami na piersiach chłopaka i zaczął warczeć.

– Złaź z niego!

Pies zignorował polecenie i polizał twarz Matta. Jedna z powiek młodego MacBride’a drgnęła.

– A niech mnie, Piorun! – Sneaky pochylił się nad chłopakiem. Wyczuł słaby puls i spojrzał na zwierzę. – Mądry piesek! – Potem zwrócił się ponownie do Matta: – Trzymaj się, synu. Nigdzie się nie wybieraj.

Przesunął na bok paczki, worki z listami i skrzynki z jedzeniem, by zrobić mu miejsce obok ojca.

– Dobra. Miej go na oku, stary – powiedział, ściskając lekko pysk psa. – I wrzeszcz, gdyby mu się pogorszyło.

Usiadł ponownie za kierownicą i popędził na złamanie karku do najbliższego – odległego o ponad trzydzieści kilometrów – motelu, gdzie mieli radio, bandaże i lądowisko dla samolotu lekarza.

Kiedy doktor Finbar Rafferty, zwykle niewzruszony Irlandczyk, który od lat znał MacBride’ów, dotarł już na miejsce, aż się wzdrygnął na widok ofiar.

– Matko Boża – westchnął.

Przeciągnął dłonią po twarzy, żeby się opanować, i zaczął oceniać stan ofiar wypadku. Traktując ich raczej jak pacjentów niż starych przyjaciół, trzymał się procedur i to poprowadziło jego myśli na bezpieczniejszy grunt.

Tego ranka, gdy Życie i Śmierć targowały się o jej najbliższych, Lorna MacBride kręciła się po kuchni, energiczna i sprawna jak zawsze, przygotowując ciasto z bakaliami na zbliżające się urodziny młodszego syna.

Wielka kuchnia była sercem starego kamiennego domu, który z kolei był sercem Meredith Downs. W nieskazitelnie czystej i uporządkowanej spiżarni, którą Lorna zaopatrywała na skalę przemysłową, było dość zapasów, by mogli przetrwać nawet kilka miesięcy, gdyby zostali odcięci od świata przez pożary lub cyklony. Oprócz jej własnych przetworów w słoikach na półkach znalazło się miejsce dla owoców w puszkach, herbatników, płóciennych worków z ryżem i mąką oraz wielkich puszek z mlekiem w proszku.

Kuchnia żywiła już liczne pokolenia MacBride’ów, gdy wychodzili przed świtem na spęd albo wracali do domu, pokryci warstwą pyłu i brudu po naprawianiu płotu albo pompy. Długi stół z drewna eukaliptusowego był placem budowy solidnych lunchów dla sąsiadów, którzy przyszli pomóc przy budowie wiatraka albo pograć w krykieta, a także dla gości, wpadających w drodze do Perth lub powrotnej. Świętowano tu zwycięstwa sportowe, lamentowano nad powodziami i suszami.

Tego ranka kuchnię wypełniał zapach chleba, który Lorna włożyła do opalanego drewnem ogromnego pieca Metters: jedynym źródłem elektryczności w gospodarstwie był trzydziestodwuwoltowy agregat, który dostarczał prąd przez kilka godzin dziennie, wieczorami. Choć żarówki zasilane takim napięciem dawały słabe światło, Lorna była wdzięczna losowi, że nie musi trudzić się napełnianiem lamp naftowych i przycinaniem świec.

Podobnie jak na wielu innych stacjach w okolicy, tutaj również nie było telefonu, ale obok kratki gotowej na przyjęcie gorących blach z chlebem stał sterowany pedałem aparat nadawczo-odbiorczy, jedyny środek kontaktu MacBride’ów ze światem zewnętrznym.

Lecz to nie sygnał radiostacji, tylko pukanie do drzwi zaalarmowało Lornę, że stało się coś niedobrego. Właśnie włożyła ciasto dla Matta do pieca, gdy dwaj policjanci z Wanderrie Creek, miasteczka odległego o prawie sto kilometrów, trzymając czapki w dłoniach, przeprowadzili ją przez dom, żeby usiadła przy stole, nim usłyszy wieści.

Niczym krople deszczu spływające po tłustym runie, znaczenie ich słów ledwie jej dotykało. Potem, gdy zaczęło do niej docierać, doświadczyła dziwnego, przerażającego uczucia: podczas gdy jej rodzina, świat – rzeczywistość – zostały zniszczone, wszystkie filiżanki na półkach, zamiast spaść na podłogę i rozbić się w drobny mak, jak z pewnością powinny, trwały w bezruchu, dopóki nie sięgnął po nie sierżant Wisheart, żeby zrobić dla niej i dla jej córki Rose herbatę; do każdej filiżanki dodał po trzy kostki lodu. Dziewczyna, która jeszcze przed chwilą opowiadała z ekscytacją o porannej wizycie w starej kopalni na terenie ich posiadłości – wybrała się tam rano z Milesem – teraz stała w bezruchu, zszokowana, oniemiała i blada jak ściana.

„Wszyscy ich mężczyźni zginęli”. Te słowa wciąż rozbrzmiewały w głowie Lorny, gdy sięgnęła obsypanymi mąką palcami po filiżankę, choć nie pamiętała, jak ją podnieść.

Wypadek, w którym MacBride’owie stracili życie, nie był jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem. Lekka powłoka śmierci okrywa każdy skrawek buszu, jeśli tylko dokładniej mu się przyjrzeć: uschnięte drzewo, które zamieniło się w pokręcony kamień, rogi barana łuszczące się w pyle, owady leżące pod siatką na oknach w domu, niby miniaturowe zaspy skrzydeł i nóg. Śmierć skrzy się w tym krajobrazie jak piasek mineralny.

Każdego roku po okolicy rozchodzą się wieści o kimś, kto zabił się, spadając z konia, zginął, gdy jego samochód zjechał z drogi, albo został ukąszony przez węża zbyt daleko od ludzkich osad, by uzyskać pomoc. Śmiertelne żniwo zbierają też szyby kopalniane. Oprócz górników, których zabijają pękające stalowe liny albo nieuważność operatora dźwigu, gdy podniesie ich, zamiast opuścić, i miażdży im głowy, nie brakuje też ludzi, którzy koniecznie chcą z czegoś skoczyć w krainie pozbawionej gór i wysokich budynków. Szyby chętnie ich do siebie przyjmują, zwłaszcza gdy są pijani albo mają złamane serce. A porzucony szyb kopalniany może zachowywać taką tajemnicę przez miesiące albo lata.

Nie można tu więc przeżyć bez niewidzialnej sieci, która rozciąga się między stacjami i miastami niczym żyły w ciele i wysyła niezbędną pomoc ofiarom katastrof oraz klęsk. Po radiowym wezwaniu Latającego Doktora wieści rozpłynęły się niczym woda po całym eterze i dotarły do wszystkich okolicznych stacji wyposażonych w radiostacje.

Wszyscy wiedzieli, na jakim etapie całorocznych prac hodowlanych – kocenia, zaganiania i strzyży – znajduje się obecnie Meredith Downs. I wszyscy wiedzieli, że gdyby znaleźli się w takim samym tragicznym położeniu, chcieliby, żeby sąsiedzi przyszli im z pomocą. Dobrze chociaż, że był to styczeń, najspokojniejszy miesiąc roku, kiedy człowiek stara się nie wychylać bez potrzeby i czeka, aż osłabiający upał w końcu przestanie go dręczyć i pójdzie sobie dalej.

Rose upierała się, żeby pojechać od razu do szpitala, w którym leżał Matt, w odległym o setki kilometrów Perth.

– Ktoś powinien przy nim być, kiedy się ocknie. Albo jeśli…

Dwie kobiety spojrzały na siebie w milczeniu ponad stołem. Choć Lorna nie mogła znieść myśli o rozstaniu ze swoim ostatnim dzieckiem, poddała się. Sama zamierzała pojechać do Perth, gdy tylko będzie miała pewność, że wszystko tu jest pod kontrolą.

Maudie Knapp ze stacji Deep Springs, osiemdziesiąt kilometrów na północ od Meredith Downs, pojawiła się jako pierwsza, gdy usłyszała o wypadku przez radiostację. Wparowała do domu MacBride’ów ze spakowaną w pośpiechu walizką, wielką puszką z kruchym ciastem oraz z garnkiem potrawki, którą właśnie przyrządzała, kiedy dotarły do niej tragiczne wieści.

– Och, Lorna! – Widok jej drogiej przyjaciółki, jej szarych oczu wpatrzonych tępo w przestrzeń, jej chwiejnego kroku, na moment odebrały Maudie mowę. – Dobrze. Jestem tutaj, kochanie. A Charlie już jedzie. Bob Sowerby i jego synowie dojadą z Maundy Creek. Powiesz im tylko, co mają robić i na których pastwiskach są owce. – Otwierała i zamykała szafki, dopóki nie znalazła tego, czego szukała. – Proszę. Napij się brandy.

Gdyby ktoś zapytał Lornę MacBride, co się właściwie działo po tym strasznym wypadku, nie byłaby w stanie powiedzieć. Pierwszego dnia skupiała się na tym, by normalnie oddychać, jakby mogła zapomnieć o zaczerpnięciu powietrza, gdyby nie podjęła takiego świadomego wysiłku.

W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że opętały ją myśli o pogrzebach. Przedsiębiorcy pogrzebowi mogli poczekać kilka dni, ale nie mieli chłodni, a kostnica szpitala w Wanderrie Creek nie mogła przetrzymywać „gości” bez końca. Ale czy nie prowokowała losu, planując pogrzeby, nim jeszcze wiedziała, czy będą dwa, czy trzy?

Z takich rozmyślań wyrwała ją Maudie.

– Wiem, że będziesz chciała pojechać do Perth, żeby odwiedzić Matta… – powiedziała łagodnym głosem.

– Mattie… Tak, oczywiście.

Ale w tym momencie Lorna za nic nie mogła sobie przypomnieć, czy to on jest dzieckiem, które żyje. Wiedziała – tak, wiedziała – że Rosie nic się nie stało. Ale który z chłopców przeżył?

3

Szczupła kobieta z siwiejącymi włosami i drżącymi dłońmi, która sięgnęła po szklankę brandy, była niemal nie do poznania, jak pomyślała jej stara przyjaciółka. Wyglądała tak, jakby potrąciła ją ciężarówka. Przez kilka sekund po wejściu do jej domu Charlie Knapp, mąż Maudie, również nie rozpoznał Lorny. Jej policzki, zazwyczaj rumiane, teraz były jak z wosku, garbiła się niczym staruszka, a jej ciepły, jasny głos zamienił się w bojaźliwy szept.

A jednak była to ta sama Lorna MacBride, córka maklera giełdowego z Adelaide, której Phil zawrócił w głowie podczas balu w Perth w 1933 roku. Sprowadziła się do Meredith Downs uzbrojona w poczucie humoru i zdrowy rozsądek, napędzana pewnością, że poślubiła miłość swojego życia. Szybko zapuściła tu korzenie i tak dobrze zadomowiła się w okolicy, że wkrótce znano ją i podziwiano w promieniu kilkuset kilometrów.

Lorna potrafiła naprawić agregat i wyciągnąć samochód z bagna. Robiła najlepsze ciasto Victoria sponge ze wszystkich członkiń Kół Gospodyń Wiejskich, a kiedy rozchodziła się wieść, że właśnie zawekowała coroczną partię pomidorowego chutneya, ludzie wynajdywali różne preteksty, żeby do niej „wpaść, bo akurat tędy przejeżdżali”, i dostać słoik.

Kobiety z niektórych stacji wyjeżdżały na lato do Perth. Na jego przedmieściach, na przykład w Peppermint Grove, było mnóstwo zbudowanych z wapienia chłodnych domów, w których mieszkały damy z farbowanymi na platynowy blond ondulowanymi włosami. Spędzały czas, grając w tenisa i brydża, dopóki upał nie zelżał na tyle, by mogły wrócić w głąb kontynentu lub na północ. Kobiety, które zostawały w domu – jak Lorna MacBride i Maudie Knapp – musiały sobie radzić z większymi lub mniejszymi trudnościami. Przez wiele tygodni nie mogły umyć głowy, ponieważ miały za mało wody albo była tak twarda, że włosy sterczały potem na wszystkie strony. Narzekały na kłopoty z przechowywaniem żywności w zadymionych lodówkach na naftę, które często pokrywały się warstwą lepkiego brudu, zarówno na zewnątrz, jak i od wewnątrz, albo, co gorsza, stawały w ogniu.

Kobiety, które pozostawały na farmach, sięgały po strzelbę, by zastrzelić węża, który wpełzł do kuchni, a potem zapisywały to na tablicy, żeby porównać wynik takich polowań z zeszłorocznym. Gotowały, sprzątały, opatrywały rany i uczyły dzieci tego, co obejmował program szkoły korespondencyjnej, a wszystko to w temperaturach odbierających dech. Skubały i patroszyły kurczaki, opalały szczecinę na skórze świń, traktowanych przez dzieci jak zwierzęta domowe, a potem zabijanych przez ich ojców. Pocieszały mężów, jeśli bank groził zajęciem nieruchomości, gdy od dawna nie spadła kropla deszczu albo kiedy rząd ogłaszał wprowadzenie nowego podatku, który mógł doprowadzić ich do bankructwa.

I przekazywały wszystkie te umiejętności córkom.

W przypadku Lorny MacBride była to Rose, druga osoba, która usłyszała z ust sierżanta Wishearta straszne wieści.

Rose nie była pięknością jak matka, ale miała ujmujący uśmiech i promieniowała werwą i zdrowiem. Jej przysadzista sylwetka i determinacja pasowały do życia na stacji; radziła sobie z baranami i potrafiła zmienić oponę w samochodzie z taką samą łatwością jak jej bracia. Nie miała tupetu Warrena ani niefrasobliwego uroku Matta, ale była szybka, wytrwała i sympatyczna. Wszyscy zakładali więc, że jako nieodrodna córka MacBride’ów w swoim czasie poślubi jakiegoś przyzwoitego faceta z dobrej posiadłości i będzie wykuwać nową rodzinę pod innym nazwiskiem.

„To ciekawe – mawiała Lorna. – Karmisz je tak samo. Kochasz tak samo. Ale każde dziecko to inny świat”.

To właśnie ona jako pierwsza zaczęła podejrzewać, że szczęśliwe małżeństwo i spokojne życie w roli żony i matki może nie być tą drogą, którą pójdzie jej córka. I jako pierwsza zauważyła, że już od wczesnego dzieciństwa Rose czasami rozmijała się z prawdą. Lorna MacBride, dla której wszystko było czarne lub białe, dobre albo złe, czuła się głęboko zaniepokojona tym, że relacje Rosie z różnych wydarzeń nie zawsze pokrywały się z faktami.

Kiedy Warren jako dziecko rozbił filiżankę albo wybił piłką okno, z dumą brał na siebie odpowiedzialność. Ojciec zawsze mu mówił, że „tak właśnie postępują mężczyźni – przyjmują karę jak mężczyźni”. Warren znosił więc bez skargi lanie albo chodził przez tydzień bez swojej strzelby, a życie toczyło się dalej. Matthew był wtedy zbyt mały, by robić coś, co naprawdę dałoby się nazwać psotą czy złośliwością. Uwielbiał starsze rodzeństwo i często pozwalał się wykorzystywać: przynosił różne rzeczy bratu, siedział bez ruchu, podczas gdy siostra, niemal o trzy lata starsza, przebierała go za księżniczkę.

Rose wyrobiła sobie pewien nawyk – gdy coś się zepsuło lub zginęło, mówiła, że to „wina Bubby”, po czym szybko dodawała: „Ale on jest jeszcze malutki. Nie zrobił tego celowo”. Lorna zawsze wtedy odpuszczała, dopóki pewnego dnia nie odkryła, że toczek z siatkową woalką – jedno z jej nielicznych nakryć głowy – jest brudny, a woalka została podarta. Trzymała go na najwyższej półce bieliźniarki i musiała stanąć na palcach, by go dosięgnąć. Kilkakrotnie przyłapała Warrena i Rose, gdy wspinali się po półkach jak małpy i przysiadali na nich, podczas gdy Matthew obserwował ich z pełnym frustracji podziwem.

Phil kupił ten toczek w czasie miesiąca miodowego. Kiedy włożył go jej na głowę, gwizdnął z podziwem. „Jak to mówią: nie ma nic równie pięknego jak kobieta, która jest kochana”, powiedział.

Lorna nigdy nie usłyszała od niego czegoś bardziej romantycznego, a toczek stał się symbolem tamtych słów i tamtego okresu.

Oczywiście, gdy pojawiły się dzieci, wiele się zmieniło. A potem wybuchła wojna. Kiedy więc batalion Phila wysłano w 1942 roku do Afryki Północnej, na widok zniszczonego toczka coś w Lornie pękło. Wchodząc do salonu, w którym bawiły się dzieci, nie próbowała ukrywać złości. Uniosła zdewastowane nakrycie głowy.

– No dobrze – rzuciła. – Czy ktoś może mi coś o tym powiedzieć?

– Kapelusz mamusi! – zaszczebiotał Matt.

„Nie wiem, o co chodzi”, mówiła mina Warrena. Rose, której twarz przybrała odcień ciemnego różu, wodziła spojrzeniem od jednego brata do drugiego.

– Rosie? – zwróciła się do niej matka.

– To kapelusz. Twój kapelusz.

– Nie wiesz może, dlaczego jest taki brudny?

Rose przyglądała się z uwagą klockowi Meccano.

– No więc? – nie odpuszczała Lorna.

– Myślę, że to Warr… – Dziewczynka zauważyła, jak brwi mamy wędrują w górę. – To znaczy Bubba. Myślę, że to zrobił Bubba.

Kłamstwo było tak bezczelne i wypowiedziane z takim przekonaniem, że Lorna omal nie parsknęła śmiechem.

– Idź do swojego pokoju i zastanów się nad tym – nakazała córce. – A potem przyjdź do mnie i powiedz mi, czy tak rzeczywiście było. Nie będę się złościć. Ale chcę poznać prawdę.

Lorna wspomniała o tym incydencie w liście do męża, a siedząc kiedyś późną nocą w kuchni, niemal słyszała jego śmiech, gdy czytała jego odpowiedź: Nasza córka umie się szybko odnaleźć, trzeba jej to oddać! A później dodał: Wyrośnie z tego.

Choć Lorna się uśmiechała, wciąż nękał ją niepokój, że Rosie jednak może z tego nie wyrosnąć. I żałowała, że nie ma przy niej Phila, że mąż nie może sięgnąć przez stół i ująć jej dłoni. Odmówiła w myślach modlitwę za jego bezpieczeństwo i podziękowała za cud, jakim było spotkanie właśnie jego w tym wielkim świecie.

4

Liczba kangurów w tej krainie rosła gwałtownie, odkąd przybył tu biały człowiek i zaczął wydobywać na powierzchnię wodę, by utrzymywać swoje stada. Kangury z lubością żywiły się tą samą młodą trawą i kiełkami co owce i bydło; chciały tej samej słodkiej wody, która wypływała z odwiertów lub połyskiwała kusząco przy zaporach i w korytach. To oznaczało, że łowca kangurów mógł całkiem przyzwoicie zarabiać, wędrując od jednej posiadłości do drugiej i zgodnie z umową z właścicielami zabijając te zwierzęta dla skór lub mięsa, którym karmiono psy czy koty, zależnie od rynku i pogody. Niektóre posiadłości były na tyle duże, by utrzymywać własnego łowcę przez cały rok.

Pete Peachey, zatrudniony w Meredith Downs, był wysokim, chudym mężczyzną o rzednących włosach, wypomadowanych i starannie zaczesanych do tyłu. Równie ostrym spojrzeniem szarych oczu, które jakby przenikało wszystko na wskroś, patrzył jednocześnie na człowieka, horyzont i całą resztę. Jego opalona twarz była brązowa jak kangurze skóry, które zbierał, poprzecinana nie tyle zmarszczkami, co bruzdami wyżłobionymi przez słońce. Pojawiał się niczym kometa; nikt nie wiedział, gdzie jest ani co robi, kiedy opuszczał posiadłość. Raz do roku stawiał się na zebraniu Rady do spraw Szkodników miejscowego samorządu terytorialnego, a przy okazji szedł wtedy do komisariatu policji, żeby za dwa funty odnowić roczną licencję strzelecką.

Pete należał do milczków. Właściwie wiadomo było o nim tylko tyle, że świetnie strzelał, zdobył Medal Króla, cenioną nagrodę strzelecką Sił Zbrojnych, i to już miesiąc po tym, jak wstąpił do wojska. Wydawało się to tym bardziej niezwykłe, że zasadniczo był leworęczny, ale w dzieciństwie zmuszano go do używania prawej, teraz więc był oburęczny i równie śmiertelnie skuteczny, niezależnie od tego, którą ręką sięgał po broń. Wiedziano o nim również, że w czasie wojny został wzięty do niewoli przez Japońców. Resztę okrywała mgiełka tajemnicy.

Nigdy nie wspominał o rodzinie. Ludzie uważali, że niegrzecznie byłoby pytać go o to wprost, krążyło więc na ten temat wiele plotek i w końcu nikt już nie wiedział, co może być prawdą, a co nie.

Choć ze względu na naturę swojej pracy ciągle był w ruchu, to jeśli tylko miał dostęp do wody, zawsze był nieskazitelnie czysty i idealnie ogolony. Gdy zaczynał pracę wieczorem, był starannie uczesany, ale kiedy kończył, włosy miał poplamione krwią. Krew pokrywała również jego ubrania, podczas kąpieli w strumieniu barwił więc wodę na czerwono. Pewnego razu, podczas cyklonu, gdy drogi były nieprzejezdne, rozbił namiot w pobliżu domu i w piekarniku polowym upiekł piernik lepszy od tego, który robiła Lorna, co sama musiała przyznać. Tak, Pete Peachey był pełen niespodzianek.

Pewnego wieczoru w 1947 roku, ponad dziesięć lat przed wypadkiem – mniej więcej po roku pracy w Meredith Downs – łowca kangurów leżał na macie przed swoim namiotem, z uniesionymi kolanami. Patrzył przez lornetkę na lśniącą srebrzystą tarczę niepełnego księżyca, na pokryte popiołem czarno-białe kratery, powiększone i wyraźne za grubymi szkłami. Spokojna jesienna noc była zbyt zimna dla komarów i much piaskowych.

– Jasne jak słońce, stary – powiedział. – Och – dodał, gdy odpowiedziała mu cisza.

Wciąż nie mógł przywyknąć do nieobecności psa na kangury, który kilka dni wcześniej otruł się przynętą ze strychniną.

Usłyszawszy szelest suchej trawy, odwrócił się, wymienił szybko lornetkę na strzelbę i rozglądał się uważnie dookoła, dopóki lufa nie celowała prosto w parę chudych nóg widocznych w kręgu światła rzucanego przez ognisko. Zaraz potem pojawił się w nim również dziecięcy tułów i głowa z rozczochranymi długimi włosami.

– Rosie?! – wykrzyknął Pete, opuszczając broń. – Co, do diabła…

– Na co patrzyłeś? – spytała dziewczynka.

– Jak ty się tu dostałaś, u diabła? Gdzie są twoi rodzice?

Zbliżyła się do niego i zrzuciła na ziemię płócienną torbę, którą trzymała na ramieniu.

– Warren to świnia. Zrobił mi pokrzywkę i powiedział, że kiedy dorosnę, będę musiała opuścić stację. Więc pomyślałam, że skoro tak, to mogę wyjechać już teraz. – Skrzywiła usta. – Przyłapał mnie, jak bawiłam się jego Meccano.

– Zrobił ci krzywdę?

– Nie. – Jej mała dłoń odgarnęła z oczu gąszcz włosów. – Rozwaliłam jego Sydney Harbour Bridge z Meccano. Jeszcze o tym nie wie. – Skrzyżowała ręce na piersiach. – Wyniosłam się z domu.

– Chodź tutaj. Niech no ci się przyjrzę. – Pete obrócił Rosie do światła; nie zauważył niczego, czemu nie mogłyby zaradzić kąpiel i grzebień. – Chodź, usiądź przy ognisku.

Przyciągnął odwróconą skrzynkę, a potem przyniósł szorstki szary koc i okrył nim ramiona dziewczynki.

Kiedy spytał ją ponownie, jak się tu dostała, wydęła tylko usta. Postawił kociołek na ogniu.

– Przypomnij mi… Ile ty masz lat?

– Dziesięć. Prawie…

Pete z powagą skinął głową.

– A Warren był dla ciebie podły.

– Tak.

– Więc postanowiłaś uciec…

Dziewczynka wzruszyła nonszalancko ramionami, miał jednak wrażenie, że lekko drży jej broda.

– Rozumiem. – Napełnił blaszany kubek herbatą, dodał trochę cukru i zamieszał. – Jesteśmy kawał drogi od domu. Jak długo tu szłaś?

Spojrzała na niego jak na idiotę.

– Przyjechałam z tobą – odparła, wskazując na pustą pakę jego samochodu i uniesioną plandekę. – Wskoczyłam tam, kiedy się zatrzymałeś, żeby otworzyć bramę przy domu.

– Ach… – Pete wypuścił głośno powietrze z płuc i oparł dłonie na biodrach. – I dokąd się wybierasz?

– Do Wanderrie Creek? – Rosie dotknęła czubkiem języka słodkiego napoju. – Byleby jak najdalej od Warrena.

– Jasne. – Przysunął do niej drugą skrzynkę, usiadł i upił łyk herbaty. – Ktoś wie, że wyjechałaś?

Zmarszczyła nos i pokręciła głową.

– Rozumiem – rzucił.

Rosie wyciągnęła przed siebie rękę skierowaną wnętrzem dłoni w dół.

– Co, chcesz coś do jedzenia? – spytał Pete.

– Daj mi klapsa. Za to, że byłam niegrzeczna. Przyjmę to jak mężczyzna.

– Żadnych klapsów od starego Pete’a, kochanie.

Nie cofnęła ręki.

– Tato da mi klapsa.

– To już jego sprawa. Mój tato też by mi dał. – Położył palec na jej dłoni i przesunął ją w dół. – Ale nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek to coś dało.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu; Rosie lizała herbatę jak jaszczurka, świerszcze naśladowały trzask ognia. Dziewczynka wodziła wzrokiem po jego obozowisku i co jakiś czas wciągała powietrze w nozdrza, by lepiej je poznać: dym, olej do broni, nafta…

W końcu Pete zabrał jej zimny kubek.

– No dobra. Co ty na to, żebym zawiózł cię z powrotem do mamy i taty? Będą się martwić.

– Na co patrzyłeś przez lornetkę?

– Na Księżyc.

– Po co?

Pochylając głowę, jakby chciał powiedzieć „Sama zobacz”, podał jej lornetkę.

Rosie aż otworzyła usta.

– Ale tam są… tam są dziury i…

– Kratery.

– I ciemniejszy kawałek z boku.

– Tak, Księżyca teraz przybywa, więc ten ciemny kawałek jest już nieduży. – Pete wysypał z kubka herbaciane fusy. – Zawrzyjmy umowę. Opowiem ci o Księżycu, jeśli obiecasz, że zaraz potem pojedziemy do domu. I nie uciekniesz więcej stamtąd, dopóki nie będziesz… – Zastanawiał się przez moment, po czym dotknął swojego ramienia. – Taka wysoka. Zgoda?

I tak Pete wyjaśnił Rosie, czym są fazy Księżyca, czym jest nów i pełnia; wytłumaczył jej również, że ponieważ czas jego obrotu wokół własnej osi jest mniej więcej taki sam jak czas obrotu wokół Ziemi, zawsze widzimy tylko jedną stronę Księżyca.

– Ale co jest po drugiej stronie?

Zastanawiał się nad tym przez chwilę.

– Myślę, że to już sprawa Księżyca – odparł w końcu. – I nie ma to nic do tego, jak na nas świeci.

W gorącą grudniową noc Pete Peachey schodzi do strumienia i zmywa krew z rąk. Woda jest zimna jak zmarli i równie nieruchoma. Kiedy już Pete pozbywa się uporczywych czerwonych plam, jego palce sięgają do guzików flanelowej koszuli, lepkiej od brudu, gęstej kangurzej krwi i jego potu, pozostałości trzech dni samotnej wędrówki.

Dotyka powoli każdego guzika, liczy je w myślach, gdy ustępują po kolei, i w końcu zdejmuje koszulę. Zsuwa buty z cichym ffft, potem grube wełniane skarpety. Sprzączka pobrzękuje cicho, gdy Pete rozpina pas – zostawia go w szlufkach – i kiedy spodnie zsuwają się z jego wąskich bioder. Jego slipy – raczej rdzawoczerwone niż białe – na moment rozpala blask księżyca, potem i one opadają na ziemię. Lampa naftowa przyciąga ćmy i chrząszcze; owady rzucają się na rozgrzane szkło. Pete sięga do puszki na tytoń po kostkę mydła Sunlight i wchodzi do strumienia.

Wkłada mydło do wody i zaczyna się myć. Nie szoruje się mocnymi, energicznymi ruchami, jak w domu; jego dłonie przesuwają się spokojnie po ciele. Przy akompaniamencie uporczywego grania świerszczy pokrywa każdy centymetr kwadratowy skóry pianą. Każdym ruchem spłukuje z siebie błysk oczu kangurów, odgłos darcia, gdy odrywa skórę od mięśni, głośny trzask, kiedy łamie im nogi, by zajmowały mniej miejsca, widok wyjętego z torby martwej matki półprzezroczystego, niebieskiego kangurzątka, które nie zdążyło jeszcze porosnąć sierścią.

Przysiadając, by umyć stopy, wciąż czuje ciężar maleńkiego stworzenia, kiedy rozbijał jego głowę o skalisty grunt. W jego umyśle pojawiają się i znikają obrazy z odległej przeszłości: innej krwi, innej oderwanej skóry.

– Wybaczyć… zapomnieć… – szepcze.

Kiedy naciera mydłem nos, czoło, nieogolone policzki i brodę, odczytuje własne rysy niczym słowa wypisane alfabetem Braille’a. Jak odczuwałaby go teraz kobieta? Jego cienkie włosy, sztywne od pyłu i potu. Pete wkłada głowę do lodowatej wody, drży z zimna i dostaje gęsiej skórki. Zmywa z siebie kilometry i godziny silnymi, zręcznymi palcami. Jest oczyszczony.

Wychodzi z wody, wyciera się, wkłada buty i podsyca ogień. Woda w kociołku jest już prawie gotowa na herbatę. Brudne ubrania leżą starannie złożone obok rozkładanego stołka; strzelba stoi oparta o namiot, gotowa do strzału. Pete wrzuca zawartość puszki z fasolą do mocno już sfatygowanego rondla, kładzie go na ogniu i robi sobie herbatę. Nigdzie się nie spieszy. Spogląda na torbę leżącą na skraju kręgu światła, potem na fasolę i ją miesza. Syci się dotykiem powietrza na czystej skórze.

Po posiłku nastawia stary gramofon, który czekał na niego w mroku, i zdmuchuje kurz z szelakowej płyty, jednej z wielu zebranych na przestrzeni lat od ludzi, którzy kupowali radiole i przerzucali się na płyty winylowe. Nakręca gramofon. Gdy słyszy czysty, wysoki głos Nellie Melby śpiewającej Il dolce suono, sięga po torbę. Siedzi nago; nawet nie przyszło mu do głowy, by się rozejrzeć – w promieniu wielu kilometrów nie ma tu żywej duszy. Lecz teraz, gdy zaczyna rozwiązywać sznur ściągający brzegi torby, rozgląda się uważnie i nasłuchuje. Nic. Sięga do środka i wyjmuje lusterko. Przygląda się przez chwilę swojemu odbiciu: siwemu zarostowi, bliźnie na górnej wardze, która dawno już zdążyła przyblednąć.

Pobrużdżona skóra napina się mocno na wystających kościach policzkowych. Pete kładzie lusterko na kolanach, wyjmuje szczotkę i odgarnia wilgotne włosy z twarzy. Potem wsuwa rękę do torby i szuka czegoś po omacku. Ponownie rozgląda się dookoła i wyjmuje karmazynowy przedmiot, podczas gdy nieżyjąca już od lat śpiewaczka obiecuje mu Del ciel clemente un riso la vita a noi sara – „Z łagodnego nieba życie będzie dla nas uśmiechem”. „Nas” to coś, co ciągle się zmienia, myśli Pete i głaszcze jedwab, który trzyma w dłoniach.

5

Sneaky Snook przyjeżdżał do Meredith Downs pocztową furgonetką mniej więcej raz w tygodniu; rzadziej, jeśli pożar czy powódź odcinały drogi. Był listonoszem od 1950 roku. Właściwie miał na imię William i mówiono do niego Billy do czasu, gdy w wieku siedmiu lat wywołał pewien incydent z petardami. Odtąd znany był światu, łącznie z jego matką, jako Sneaky. Jego Blue Heeler, australijski pies pasterski, wabiący się Piorun, towarzyszył mu podczas rozwożenia poczty. Dobrze było mieć kogoś, do kogo można zagadać podczas liczącego prawie siedemset kilometrów objazdu. Pies był bardzo grzeczny – ludzie mówili, że przy stole zachowuje się lepiej niż jego pan – i przydawał się zwłaszcza wtedy, gdy podczas noclegu w trasie do ich obozowiska za bardzo zbliżył się wąż. Pułapka na dingo pozbawiła go jednej z łap, kiedy był jeszcze szczeniakiem, nie był już więc szybki jak piorun czy błyskawica, ale do tego czasu Sneaky przyzwyczaił się do jego imienia i nie miał serca go zmieniać.

Sneaky miał proste, rudawozłote włosy i wysuszone dłonie, przypominające skórę jaszczurki, z wrastającymi paznokciami. Jego kartoflowaty nos wyrastał z twarzy o chropawych, poprzecinanych fioletowymi żyłkami policzkach, a kiedy Sneaky się śmiał, wydawał z siebie chrapliwy, świszczący dźwięk, szczególnie jeśli palił. Jedną nogę miał o trzy centymetry krótszą od drugiej, nosił więc buty, które nazywał „pantoflami do tańca” – podeszwa w jednym z nich była o trzy centymetry grubsza, żeby nie utykał.

Uwielbiał chleb z tłuszczem pozostałym po pieczeniu mięsa, miał więc całkiem spory brzuch, który był również świadectwem jego słabości do piwa Swan. Nosił koszule, które niebezpiecznie napinały się na jego kałdunie, bo w sumie Sneaky należał do optymistów i szczerze wierzył, że w przyszłym tygodniu, przyszłym miesiącu albo roku zacznie się ograniczać i znów zobaczy swoje kolana. Poza tym uważał, że nie ma sensu wyrzucać całkiem dobrej flanelowej koszuli. Po wielu drinkach czasami dawał się namówić do wystukania na swoich zębach uwertury do Wilhelma Tella, ołówkiem albo nabojem kalibru .303, w zależności od tego, co miał pod ręką. Ale nie zdarzało się to często.

Dla wielu ludzi Sneaky był pierwszym i ostatnim etapem kontaktu z Meredith Downs. Gdy tylko było to możliwe, nowi pracownicy stacji zabierali się furgonetką pocztową do miasta, podobnie jak parobkowie, którym podziękowano za pracę. Sneaky potrafił nawiązać rozmowę z każdym i na każdy temat, a kiedy jego pasażerowie docierali do celu, czuli się odrobinę wyżsi i ważniejsi dzięki jego „Co ty nie powiesz?!” i „Dobrze się na tym znasz, co, stary?”.

Pod tym względem Sneaky i Pete Peachey, łowca kangurów, stanowili całkowite przeciwieństwa: Pete starannie i z wprawą unikał rozmów, a Sneaky chętnie je nawiązywał i potrafił gadać całymi dniami. Kiedy jednak ich drogi się krzyżowały, czuli się całkiem dobrze w swoim towarzystwie: jeden cieszył się, że może sobie pogadać, a drugi był zadowolony, że daje mu do tego okazję.

Sneaky przewoził różne wiadomości W służbie Jego (później Jej) Królewskiej Mości – takie słowa zawierały stemple na przesyłkach – i czuł się osobiście zobowiązany wobec monarchy zachowywać w tajemnicy komunikaty, które mu powierzono. Tak więc, choć mówił ogólnie o tym, kogo spotkał podczas podróży, o nowym dziecku, które urodziło się na sąsiedniej stacji, o ostatnich deszczach czy stanie dróg, to na tym poprzestawał; nigdy nie rozpuszczał plotek.

Co nie znaczy, że nie słuchał ich z wielką chęcią.

Czasami podczas jazdy mówił do Pioruna. Pies słuchał go z uwagą, w odpowiedzi ziając co jakiś czas albo kładąc mu łapę na ramieniu. Wtedy Sneaky często wracał do marzeń o puddingu z Yorkshire albo o racuszkach ze złocistym syropem, na co jego brzuch reagował głośnym burczeniem.

Ze względu na wygodę Pete Peachey zdecydował, żeby jego pocztę przysyłano do Meredith Downs, zresztą poza tym nie miał żadnego innego adresu. Tytoń i inne produkty pobierał z głównych magazynów na terenie posiadłości. MacBride’owie pozwalali mu prowadzić otwarty rachunek bieżący, podobnie jak zatrudnionym na stałe parobkom, a wszystkie należności regulował, gdy nadchodził czas płacenia za skóry. Niektóre rzeczy musiał jednak zamawiać. I tak co kilka miesięcy Sneaky przywoził dla niego paczkę, czasem dwie, z domów towarowych Boans albo Ahern’s lub z Wytwórni Siodeł Bates w Perth. Łowca kangurów mówił, że może tam taniej dostać ubrania robocze. Paczki przychodziły również z odleglejszych miejsc – z Sydney albo Melbourne. Raz dostał nawet przesyłkę z Francji. Kiedy Rosie spytała, co jest w paczce, którą wysłano aż z Europy, Pete odparł:

– Odkleję znaczki i przywiozę ci je, kiedy znowu tu wpadnę.

Być może to właśnie pierwsza śmiała wizyta małej buntowniczki i chęć zrozumienia Księżyca sprawiły, że Pete Peachey miał szczególną słabość do Rose MacBride. A ona nie mogła się doczekać jego wizyt i rozmów z nim, dzięki którym czuła się dorosła. Tłumaczył jej, jak tropić zwierzęta, jak odróżnić dingo od dzikiego psa, gdzie szukać różnych konstelacji gwiazd i Drogi Mlecznej. Nie tylko pokazywał jej, jak rozebrać Winchestera .25/20, ale też wyjaśniał różnicę między jedwabiem Szantung i taftą i mówił, jak odróżnić kontralt od sopranu, puszczając jej muzykę ze starego gramofonu; czasem nawet dawał jej płyty. Zdarzało się, że przynosił Rosie piękne pióro zrzucone przez papugę należącą do jakiegoś rzadkiego gatunku albo niezwykły kwiat. Wstążki do włosów, które jej kupował, dokładała do swojej kolekcji przechowywanej w porcelanowym naczyniu na toaletce w swoim pokoju.

– Zachowuj w sercu miejsce na piękne rzeczy – powiedział jej kiedyś. – Piękno pomoże ci przetrwać mroczne czasy.

Gdy na początku tej znajomości Lorna podzieliła się z mężem wątpliwościami, czy powinni pozwalać córce spędzać tyle czasu z dorosłym mężczyzną, do tego samotnikiem, Phil odparł:

– Ufam Pete’owi Peacheyowi jak samemu sobie.

Potem już nigdy nie poruszali tego tematu.

Choć Phil i Lorna, a nawet Warren, wkrótce zapomnieli o „Wielkim bombardowaniu Sydney Harbour Bridge”, sprawa ta wciąż dręczyła Rosie. Dostała wtedy klapsa w tyłek i musiała w ramach „reparacji wojennych” oddać starszemu bratu część swoich urodzinowych pieniędzy.

Przełknęła tę gorzką pigułkę, ale uważała, że nie było to sprawiedliwe. Niesprawiedliwe było to, że Warren zawsze jej rozkazywał, a przede wszystkim to, że miał cały zestaw Meccano. A także to, że mógł jeździć z Pete’em Peacheyem na polowanie, a jej na to nie pozwalano.

I jaki miało sens przyznawanie się do zniszczenia tego głupiego mostu, skoro i tak została ukarana? Przez kilka tygodni zadręczała się takimi myślami, aż w końcu postanowiła, że nigdy więcej do niczego się nie przyzna. Właśnie to doprowadziło ją do opracowania specjalnego rytuału, obrzędu, który towarzyszył jej przez resztę życia.

Doskonaliła go przez kilka miesięcy, nim wreszcie postanowiła dopuścić do sekretu młodszego brata, który miał wtedy około siedmiu lat.

– Zapisujesz to, podpalasz zapałką i to znika. Prawdziwe czary!

– Ale przecież i tak to zrobiłaś – zauważył Matt. – Rozerwałaś naszyjnik mamy.

– Może. No i co z tego? Nie będzie o tym wiedziała. Nie musisz jej mówić. Nie wolno ci mówić. Przyznałam się do tego pod osłoną czarów, więc wszystko zniknęło. Uleciało z wiatrem.

Jeśli było w tym coś, co można zrozumieć, Matt tego nie dostrzegał. Zmarszczył lekko brwi, próbując zebrać myśli. Rosie siedziała obok niego na gałęzi starego eukaliptusa i machała nogami, niebezpiecznie kołysząc konarem.

– To fakt – rzuciła. – Kiedy dorośniesz, zrozumiesz to.

Kiedy powiedział, że jest głupia, bo to nie był fakt, a ona naprawdę rozerwała naszyjnik i będzie miała kłopoty, Rosie przesunęła palcami przez splątane włosy i odpowiedziała:

– Nie będę miała kłopotów.

– Dlaczego?

– Bo nie powiesz o tym nikomu. Ja zawsze jestem po twojej stronie. I nie powiedziałam Warrenowi, kiedy posikałeś się w spodnie.

Matt zaczerwienił się, a siostra wyjaśniła mu, że jest za młody, by zrozumieć, czym jest prawda.

– To nie zostaje na zawsze, jeśli nie chcesz – oznajmiła. – Jest tylko dopóty, dopóki nie każesz temu odejść.

– Jesteś chora czy co? To tylko słowa. Nic nie znaczą.

– Jeśli mi nie wierzysz, sam spróbuj. Zapisz to, czego chciałbyś się pozbyć.

Zdjęła mały notes, który nosiła zawieszony na szyi, i podała go bratu razem z ogryzkiem ołówka.

– Jesteś kretynką – mruknął Matt.

– A ty tchórzem!

– Wcale nie! Po prostu nie jestem głupi.

– Ale za bardzo się boisz, żeby zapisać to, co zrobiłeś. – Rosie zaczęła powtarzać śpiewnie: – Mattie jest tchórzem, Mattie jest tchórzem…

Chłopiec uderzył ją w ramię. Oddała mocniej. Zapadła cisza i po chwili Rosie wyciągnęła rękę, domagając się zwrotu notesu.

– Jesteś jeszcze za mały.

Matt spojrzał na papier.

– Obiecujesz, że poczuję się lepiej?

– Ja zawsze czuję się lepiej. Zawsze.

I tak Matt napisał, najmniejszymi i najwyraźniejszymi literami, jakie mógł kreślić na kołyszącej się gałęzi: Zsikałem się w spodnie, kiedy się wystraszyłem.

– A teraz to podpisz.

Złapał się gałęzi, gdy siostra szturchnęła go mocno.

– Musisz! – powiedziała Rosie.

Podpisał.

Podała mu mosiężną zapalniczkę. Weszła w jej posiadanie już jakiś czas temu (mniej więcej wtedy, gdy jeden z postrzygaczy w tajemniczych okolicznościach stracił swoją i oskarżył parobka, że „ją zwędził”).

– Kiedy to podpalisz, powtarzaj „Precz, precz, precz”, a potem wypuść to w powietrze.

– Co?

Rosie westchnęła ciężko.

– „Precz”, czyli „idź sobie”, głupolu.

– A jeśli wybuchnie pożar?

– Wtedy i tak nikt nie będzie pamiętał, że sikasz w majtki.

Kiedy Matt podpalił kartkę, zrobiło mu się lżej na sercu. Wstyd wywołany tym wspomnieniem zamienił się w śmiech, jakby to był celowy żart z jego strony, i przez chwilę nie czuł niczego, tak samo jak nie czuł niczego, gdy osiem razy powtórzył słowo „stół”.

Dziewczyny są dziwne. A może tylko Rosie była dziwna: nie znał żadnych innych dziewczyn. „Precz, precz, precz…” Te słowa wciąż pobrzmiewały w jego umyśle. Odsunął je na bok, gotów użyć ich przy innej okazji.

6

W Meredith Downs było mnóstwo miejsc, w których dzieci mogły się doskonale bawić. Stary zestaw huśtawek za domem dostarczał im radości, gdy były malutkie, a kiedy nieco podrosły, mogły sobie urządzać skrytki w licznych opuszczonych szopach. Stare porzucone chaty i rdzewiejące ciężarówki zapewniały doskonałe warunki do różnego rodzaju zabaw w „stare czasy”; jeszcze większą frajdę sprawiały dzieciakom sadzawki i strumienie – jeśli była w nich woda. Ulubionym miejscem całej trójki był jednak stary szyb kopalni Prozerpina.

Z powierzchni wyglądał całkiem niewinnie: ot, szczelina w skalistej ziemi, ogrodzona w pewnej odległości zardzewiałym drutem kolczastym. Choć teraz cztery zwisające luźno pasma drutu były raczej wspomnieniem ogrodzenia, a nie rzeczywistą przeszkodą. Na ziemi leżała mocno sfatygowana tablica, na której przed laty ktoś nakreślił niedbale słowa Niebezpieczeństwo. Nie wchodzić, ale zdążyła już niemal całkiem wyblaknąć na słońcu. Kolejne pokolenia latorośli MacBride’ów, upominane przez rodziców, by trzymały się z dala od szybu, radośnie ignorowały to ostrzeżenie, aż w końcu dorastały na tyle, by wydawać taki sam zakaz swoim dzieciom, i te również go ignorowały.

Działkę górniczą w tym miejscu wykupił Herbert, najmłodszy syn Alfreda MacBride’a, i pod koniec dziewiętnastego wieku założył tu kopalnię tantalitu o nazwie Prozerpina. Zbudował nadszybie, dom dla zarządcy i kilka blaszanych baraków dla pracowników. Złoża szybko jednak się wyczerpały, a ceny tantalitu bardzo spadły. Tak że kilkadziesiąt lat później z naziemnej części kopalni pozostały tylko dwa rozpadające się kominy i zarysy betonowych wylewek.

Dzieciaki jechały tam na koniach i schodziły do szybu, wykorzystując drewniane podkłady jako oparcie dla stóp. Oświetlając puste korytarze latarkami, wrzeszczały i śpiewały, by wzbudzić niesamowite echo. Czasami Warren straszył rodzeństwo opowieściami o upiorach, które kryły się głęboko, w najodleglejszych zakątkach kopalni, albo o duchach górników, którzy tu zginęli, a ich ciała wciąż leżały pod osuwiskami.

Ta mroczna, chłodna przestrzeń była jaskinią Aladyna, okopem nad Sommą, zamkiem Sinobrodego, odległą planetą. Zabawy w kowbojów albo ataki na Niemców zwykle kończyły się walką wręcz. W wieku jedenastu lat Rosie mogła bez trudu pokonać w zapasach Matta, ale Warren był za silny. Mniej więcej w tym czasie starszy brat zaczął przezywać ją Gamma, co nawet jej się podobało, dopóki nie wytłumaczył jej z szyderczym uśmieszkiem, że to skrót od słów „gamoniowata maciora”, który rymuje się z „siora”. Mimo to Gamma została.

Podczas zabawy obowiązywała jedna żelazna zasada: Rosie zawsze musiała udawać chłopca (bracia w żadnym wypadku nie mogli być dziewczynami). Kiedy sugerowała, że mogłaby być księżniczką albo wróżką, Warren udawał, że wymiotuje, a potem strzelał do niej z karabinu maszynowego, czyli z patyka. Czasami mściła się, całując go w twarz i powtarzając: „Dziewczyńskie zarazki! Masz teraz dziewczyńskie zarazki!”. Ścigał ją wtedy, przyciskał do ziemi i wypuszczał z ust strużkę śliny, i kiedy niemal spływała na twarz siostry, wciągał ją do ust. Gdy Rosie próbowała przekazać dziewczyńskie zarazki Mattowi, ten ocierał tylko twarz z obrzydzeniem, a potem łaskotał siostrę, dopóki go nie przeprosiła.

Dzieci MacBride’ów bawiły się, walczyły i rosły, i w ten sposób – nie wiadomo kiedy – nadszedł rok 1948. Warren, który miał wkrótce skończyć trzynaście lat, wyjechał do College’u Szkockiego, szkoły z internatem w Perth, w której uczyli się kiedyś jego ojciec i dziadek. Dzieci większości właścicieli stacji mieszkały w internatach; alternatywą była nauka korespondencyjna, bo tylko nieliczni mieszkali na tyle blisko miasta, by wracać po lekcjach do domu.

Dwa lata później, kiedy Rosie była w tym samym wieku, poszła do College’u dla Dziewcząt Świętej Małgorzaty. Jej ciało zaczęło się zmieniać i przyjmować kształty, które Lorna nazywała „ładną figurą”. Kiedy dwójka starszych dzieci MacBride’ów przyjechała do domu na Boże Narodzenie, Warren zaczął wygłaszać komentarze o tym, jak Rosie powinna układać włosy i czy wygląda w jakiejś sukience „tandetnie”, czy „jak zdzira”.

Sprawy stanęły na ostrzu noża w sylwestra 1951, podczas jednej z tych nielicznych okazji, gdy Lorna i Phil wybrali się na przyjęcie, tym razem u Charliego i Maudie Knappów. Rosie spędziła popołudnie, tańcząc do muzyki z jej jedynej płyty – Patti Page – podczas gdy Matt składał stare Meccano Warrena na podłodze w salonie, choć skutecznie przeszkadzała mu w tym siostra, która co jakiś czas podrywała go na równe nogi, by przećwiczyć któryś z obrotów. Ignorując Warrena, wrzeszczącego ze swego pokoju, żeby „się zamknęła, do cholery”, gdy śpiewała do muzyki z płyty, pogłośniła ją jeszcze i sama zaczęła śpiewać głośniej.

– Ćwiczę na zabawę w internacie w przyszłym semestrze! – krzyknęła do Matta, choć stała niecałe pół metra od niego.

Zgodnie z jej oczekiwaniami Warren wpadł do pokoju, ale zamiast wrzeszczeć, zerwał płytę z gramofonu i podniósł ją nad głowę, tak że siostra nie mogła jej dosięgnąć.

– Dostaniesz ją z powrotem, jak wrócisz do szkoły. Jeśli spróbujesz zabrać ją wcześniej, wrzucę ją do szamba.

Godzinę później Rosie pojawiła się w kuchni z umalowanymi ustami i oczami. Jej biust podkreślały – niezbyt subtelnie – skarpetki wepchnięte do stanika.

– Jak wyglądam, Bubba? – spytała, odwracając się do Warrena.

Omal nie uśmiechnęła się z zadowoleniem, gdy starszy brat wpadł we wściekłość.

– Co ty wyprawiasz?! Jak ty w tym wyglądasz?!

– Będę się ubierała, jak zechcę.

– Tak, jasne. Rób tak, jeśli chcesz uchodzić za wywłokę. I nie miej do mnie pretensji o to, co się z tobą stanie.

I choć kopała go i gryzła, Warren zaciągnął ją do łazienki, przytrzymał nad umywalką i flanelową ścierką starł makijaż z jej twarzy.

– Moja siostra nie będzie się ubierała jak zdzira! I nie będzie prowokowała chłopaków!

Uderzyła go w brzuch najmocniej, jak potrafiła.

– Powinnaś usłyszeć, co mówią o tobie w College’u Szkockim – wycedził przez zęby, zaciskając rękę na jej ramieniu.

Później Matt, który przyglądał się kłótni rodzeństwa, nie wiedząc, czy powinien interweniować, a jeśli już, to jak, pojawił się w pokoju Rosie.

– Wszystko w porządku, Gamma?

– Tak.

– Chcesz pograć? – spytał, wyciągając w jej stronę torebkę szklanych kulek. – Mam dwie nowe.

– Nie. Ale dzięki, Bubba.

– Dlaczego on to zrobił?

Rose spojrzała na braciszka, na jego chude ręce i nogi, na ramiona okryte za dużą koszulą po Warrenie.

– To tylko… sprawy dorosłych. Nie zrozumiałbyś.

– Och. – Matt położył dłoń na łokciu drugiej ręki. – Nie martw się. Jeśli wrzuci twoją płytę do szamba, wyciągnę ją dla ciebie.

W salonie usiadł przed zegarem szafkowym, który nazywali Stary Wally, i próbował sobie przypomnieć jak najwięcej sylwestrów. Zawsze pozwalano mu czekać do północy, zwykle jednak zasypiał wcześniej na kanapie. Gdy zegar przestał wybijać dziewiątą, przeszedł do kuchni, do starszego brata, który czytał stary komiks o Dicku Tracym.

Matt skrzyżował ręce na piersiach.

– Co mówią o Rosie w College’u Szkockim? – spytał.

Warren obdarzył go stalowym spojrzeniem. Potem zamknął komiks i przesunął go po stole.

– Proszę. Spóźniony prezent gwiazdkowy.

Matt zameldował się w College’u Szkockim w 1953 roku, jako trzynastolatek, rok po tym, jak tę samą szkołę ukończył Warren, był więc zdany tylko na siebie.

Dla Matta przebywanie w otoczeniu setek innych dzieciaków było przytłaczającym doświadczeniem. Takich problemów nie mieli chłopcy z regionu Wheatbelt albo bardziej z południa, którzy mieszkali blisko miast. Chłopcom z dalszych miejsc, im bardziej posiadłość ich rodziców była oddalona od cywilizacji, tym trudniej przychodziło zaaklimatyzowanie się w szkole z internatem.

Przyjaźń Matta z Hughie „Humptym” Dumptonem, którego rodzina posiadała jedną z największych stacji owiec w okolicach Nullarbor, zaczęła się wtedy, gdy każdy z nich zaczął stosować na własną rękę tę samą strategię: podczas przerw przechodził na odległy kraniec dziedzińca, by uniknąć lawiny interakcji społecznych. Stopniowo zaczęli coraz częściej rozmawiać, na przykład o strzyżeniu czy zaganianiu owiec. Kiedy mówili o koniach i psach, które opuścili, nie musieli tłumaczyć sobie nawzajem, jak bardzo ich boli to, że nie widują ich codziennie. Wspólna fascynacja krykietem scementowała tę więź i wkrótce chłopcy stali się nierozłączni.

Humpty zyskał sobie taki właśnie przydomek, bo mówił o swojej matce jako o „starej kurze”, co – jak zauważył Matt – czyniło z niego jajko. Przez jakiś czas był więc Jajkiem, nim – co wydawało się nieuniknione – w związku z wierszykiem Humpty Dumpty stał się Humptym Dumptonem. Jego sylwetka jednak w niczym nie przypominała jajka, a na boisku do krykieta poruszał się szybko jak błyskawica – był najszybszym serwującym, jakiego widziano w tej szkole.

W listopadzie 1953 roku Mattowi i Humpty’emu pozwolono pojechać na stadion WACA, na mecz między reprezentacją Australii Zachodniej i Południowej w ramach turnieju Sheffield Shield. W starym, zielonym autobusie miejskim, którym wracali ze stadionu w niedzielne popołudnie, było gorąco i duszno, przepocone koszule lepiły im się do pleców, ale obaj i tak byli ogromnie podekscytowani.

– Mam już zaplanowane całe życie – oznajmił Humpty, gdy jechali wzdłuż Rzeki Łabędziej. – Od teraz aż do dziewięćdziesiątki. Ułożone jak domino.

Matt parsknął śmiechem.

– Nie, posłuchaj. – Humpty wcale się nie chełpił, był po prostu pewien tego, co mówi. – Zostanę kapitanem szkolnej drużyny, kiedy skończę szesnaście lat…

– Szesnaście?

– Barny Jackson był kapitanem w tym wieku…

– W tysiąc dziewięćset siódmym roku! – zauważył Matt. – A poza tym potem został kapitanem drużyny Australii Zachodniej…

– No właśnie, to będzie następny etap: drużyna Australii Zachodniej. Sheffield Shield. Potem reprezentacja Australii, turniej The Ashes, wygrana z Anglią. – Humpty uśmiechał się coraz szerzej.

– I to już wszystko? Jezu, ależ ty pieprzysz…

– Potem zrezygnuję z krykieta, tata przekaże mi stację Corella Ridge i będę prowadził życie statecznego hodowcy, aż wreszcie kopnę w kalendarz, gdy będę miał dziewięćdziesiąt cztery lata i trzy miesiące.

– I trzy miesiące?

– Miesiąc więcej, niż miał mój pradziadek, kiedy umarł. Człowiek powinien mieć jakieś cele w życiu.

Przez chwilę patrzyli na siebie, potem Matt klepnął przyjaciela w tył głowy.

– Wiesz, że jesteś stuknięty, co?

Humpty nie zastanawiał się ani chwili – chwycił Matta za kark i odpowiedział:

– Jasne, inaczej bym się z tobą nie kumplował.

Spośród wszystkich ich rozmów właśnie ta, z miejskiego autobusu, rozbrzmiała na nowo w umyśle Matta dwa lata później, w 1955 roku, kiedy siedział po raz pierwszy w szpitalu Shenton Park dla pacjentów z urazami głowy i kręgosłupa. Było to tuż po bożonarodzeniowej przerwie świątecznej, trzy miesiące po tym, jak podczas meczu krykieta Humpty skoczył szczupakiem po piłkę i uszkodził sobie kręgosłup. Zwykły skok. Element gry. I nagle jego życiowy plan legł w gruzach.

– Przy… przyniosłem ci trochę ciasta od mojej mamy – powiedział Matt i podał Humpty’emu zawiniątko w papierze woskowanym. – Uważaj, trochę się klei.

Przez chwilę wodził spojrzeniem po białych ścianach, zastanawiając się, co powiedzieć – normalnie jego pierwszy komentarz dotyczyłby krykieta.

– Humpty Dumpty z muru spadł i cholernie się, kurwa, pokiereszował, co?! – wykrzyknął jego przyjaciel z nienaturalnym śmiechem. – Widzisz? Odezwałem się pierwszy.

Matt był zszokowany – przekleństwami, bo rzadko klęli; brzmieniem jego głosu, w którym pojawiły się nowe tony, pełne goryczy; i tym, że nagle Hughie Dumpton stał się dorosłym mężczyzną. Nie był już dzieckiem.

Matt uświadomił sobie, że wpatruje się w przyjaciela i że jego oczy wypełniają się łzami.