Odlecimy stąd - Anna Dąbrowska - ebook

Odlecimy stąd ebook

Anna Dąbrowska

4,3

Opis

Dziewiętnastoletnia Delfina nie jest typową nastolatką. Pracuje w warsztacie swojego dziadka, nie ma przyjaciół, a jej największą pasją jest muzyka. W dzieciństwie porzucona przez matkę, dziewczyna uparcie pielęgnuje w sercu strach przed odrzuceniem i nie zamierza nawiązywać bliższych relacji z ludźmi. Wszystko zmieni się, gdy do jej małego, zamkniętego świata wkroczy poznany przypadkiem były gitarzysta popularnego zespołu. Wkrótce okaże się, że początkowa niechęć do mężczyzny przerodzi się w fascynację, a Delfina, wbrew swoim zasadom, zacznie się przed nim otwierać...

Czy tych dwoje życiowych outsiderów, których dzieli absolutnie wszystko, począwszy od różnicy wieku, a skończywszy na… jego żonie i dziecku, będzie w stanie pokonać swoje lęki i dać sobie szansę na prawdziwe uczucie?

– Przepraszam, Deli – usłyszałam za plecami jego strapiony głos. – Co mam zrobić, by to wszystko naprawić?
– Nic – odparłam krótko. – Zawieź mnie do domu. Najchętniej zamieniłabym się w żurawia i odleciała jak najdalej stąd.
– W takim razie Odlecimy stąd razem – wyszeptał, ale ja dokładnie usłyszałam, co powiedział.
Odlecimy stąd razem – powtórzyły moje myśli, kiedy otworzyłam drzwi jego domu i podbiegłam do auta. Wsiadłam do samochodu, odwracając głowę w przeciwną stronę, by nasze oczy nie mogły się spotkać.
– Nie odzywaj się do mnie, proszę – wymamrotałam, nie chcąc się rozpłakać.
Kuba nie odpowiedział, ale uszanował moją prośbę.


Anna Dąbrowska – inowrocławianka. Mama i żona. Niepoprawna marzycielka i fanka zespołu Thirty Seconds To Mars. Uwielbia koty, pić duże ilości herbaty, czytać i tworzyć piękne zdania. W swoich książkach stawia na emocje. Wydała dziesięć powieści i dwie antologie. Każda z jej historii zostaje niezwykle ciepło przyjęta przez Czytelniczki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Rozdział 1

Siedziałam na starym krześle, które pod wpływem ruchu skrzypiało. Wiedziałam, że ten odgłos wyjątkowo dekoncentrował dziadka. Co kilka chwil specjalnie podrygiwałam, by usłyszeć ów irytujący dźwięk. Po jedenastej próbie usłyszałam brzdęk uderzającego o podłogę metalu. Wzdrygnęłam się i wstałam, by sprawdzić, co stało się za maską samochodu, która była otwarta. Często sprzeczałam się z dziadkiem, ale widocznie przysłowie „ten się lubi, kto się czubi” ma w sobie wiele prawdy. Kochałam go jak nikogo na świecie, może dlatego, że był jedyną bliską mi osobą. Funkcjonowaliśmy niczym śruba i śrubokręt – mogliśmy żyć oddzielnie, lecz najlepsze wyniki uzyskiwaliśmy, pracując razem. Spojrzałam na jego rozwścieczony wzrok i wydęte wargi. Na tę górną nachodził siwy wąs. Uśmiechnęłam się szeroko i pochyliłam, by podnieść leżący na ziemi przedmiot.

– Proszę – odezwałam się, wciąż z uśmiechem na twarzy, i zamachałam śrubą tuż przed nosem dziadka. Pochwycił ją zręcznym ruchem i wrócił do swojej pracy.

Przez chwilę wpatrywałam się w jego zwinne palce dokręcające śrubę głowicy, lecz czułam się lekceważona i postanowiłam trochę zdenerwować staruszka. Położyłam palce na uniesionej masce i zaczęłam wystukiwać pierwszy lepszy rytm, który przyszedł mi do głowy.

Dziadek wyprostował plecy i sapnął, pociągając głośno nosem. Zaczęłam go naśladować i puszczać ustami białe kółeczka mrozu.

– Czy naprawdę nie masz lepszego zajęcia? Jakieś lekcje? Korepetycje? Nauka gry na gitarze? Pójście na spacer z przyjaciółką? – Zaczął wymieniać różne opcje spędzania czasu, patrząc błagalnie w moje oczy i dając mi do zrozumienia, bym opuściła jego warsztat.

– Lekcje odrobione – powiedziałam triumfalnie i stanęłam obok. – Korepetycje omijam szerokim łukiem, podobnie jak spacer z przyjaciółką, której nie mam. – Pochwyciłam klucz i zwinnie dokręciłam nakrętkę. – Na moje oko należy jeszcze wymienić zawory w głowicy – rzuciłam i odłożyłam narzędzie, po czym udałam się do wbudowanego w ścianie kraniku, by umyć lekko pobrudzoną dłoń. Niestety woda musiała znowu zamarznąć. – Miałeś naprawić ogrzewanie w warsztacie – odezwałam się z pretensjami, pocierając o siebie zmarznięte dłonie. – Pracując na mrozie tyle godzin, rozchorujesz się – oznajmiłam z troską, na co dziadek wzruszył niedbale ramionami i znowu pociągnął nosem. – Za pięć minut widzę cię w domu, pijącego gorącą herbatę z cytryną. Przerwa potrzebna jest każdemu.

– Nie ma mowy. Muszę naprawić ten samochód, bo jutro do warsztatu przyjeżdżają dwa nowe auta. W tym jeden zabytek prosto z ulic Londynu.

Zmarszczyłam brwi, nie chcąc wierzyć jego słowom. Po co kierować zabytek do małego, wiejskiego warsztatu, skoro można go posłać do dużego i nowoczesnego w mieście?

– No co? – odezwał się i zakaszlał. – Za pięć minut przyjdę na herbatę, a ty, Delfino, zagrasz mi na gitarze.

Wiedziałam, że moja gra odbiegała od ideału, ale byłam samoukiem i zdobywałam umiejętności tylko poprzez oglądanie filmów w internecie. Skinęłam głową, czując, że odniosłam maleńkie zwycięstwo nad uporem staruszka. Janusz Rydzki swoją codzienność podporządkowywał pracy w warsztacie, który prowadził od dobrych trzydziestu lat. Kiedy moja mama mnie porzuciła i wyjechała za mężczyzną swojego życia, dziadek się załamał. Próbował ją odszukać, niestety bezskutecznie. Nie potrafił zrozumieć, jak matka mogła porzucić niemowlę, właśnie w momencie, kiedy bezbronne dziecko najbardziej potrzebowało czułości i miłości. Wychowali mnie razem z babcią, która zmarła trzy dni po moich czternastych urodzinach. Sądziłam, że wtedy dziadek się podda. Że pogrąży się w depresji. Lecz on poświęcił się pracy i wychowaniu mnie. Spędzałam z nim dużo czasu, bo był moim jedynym przyjacielem. On i samochody potrzebujące naprawy. Dzięki temu nauczyłam się wielu rzeczy o pojazdach, ale to nie miłość do nich tkwiła w mojej duszy. Kochałam muzykę i właśnie to uczucie próbowałam uzewnętrznić. Samochody zajmowały w moim życiu drugie miejsce. Trzecie wciąż pozostawało wolne.

Udałam się do domu, by przygotować rozgrzewający napój. Kiedy na talerzyk obok filiżanki kładłam plasterek cytryny, usłyszałam kroki dziadka. Zaniosłam herbatę do pokoju, przyglądając się zaczerwienionej twarzy staruszka.

– No co tak patrzysz? – zapytał, biorąc w dłonie gorącą filiżankę.

Widziałam, jak rozkoszował się ciepłem porcelany, która ogrzewała jego zmarznięte opuszki palców.

– Cieszę się, że mnie posłuchałeś i zrobiłeś sobie przerwę.

– A ty, moja panno, kiedy mnie wreszcie posłuchasz?

Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc, o co chodzi. Jego niebieskie oczy na tle zaczerwienionej od mrozu skóry wydawały się niemalże kryształowe.

– Nie możesz być chłopczycą. – Dziadek upił kilka łyków i przemówił: – Delfino, dziewczyny w twoim wieku…

– Tak, wiem… – zareagowałam szybko, by nie dopuścić do dokończenia zdania.

– Jesteś piękną dziewczyną i uważam, że źle postępujesz, ukrywając się w domu.

Uśmiechnęłam się szeroko i szybko schowałam pod czapkę z daszkiem niesforny kosmyk, który opadł na policzek.

– Ale ja się nie ukrywam. Chodzę do szkoły, a następnie przesiaduję w warsztacie, czyli upubliczniam swoją twarz twoim klientom.

– Dziewczyny nie naprawiają aut, nie noszą męskich spodni, nie upinają długich włosów, lecz żyją. Delfi… – powiedział łagodniej. – Masz dziewiętnaście lat i powinnaś zacząć robić coś dla siebie. Powinnaś zachowywać się inaczej.

– Ale, dziadziu… Robię coś dla siebie. Gram…

– Powinnaś jechać do dużego miasta i tam uczyć się gry na gitarze! W tej zapchlonej dziurze tylko marnujesz swój talent.

– Nawet nie wiadomo, czy w ogóle go mam – powiedziałam i uśmiechnęłam się. – Skoro tak nalegasz, to idę grać, ale w swoim pokoju.

Nie znosiłam, kiedy rodzinne rozmowy zbaczały na takie tematy. Nienawidziłam, gdy dziadek się o mnie martwił i mówił mi, co jest dla mnie dobre. Nie chciałam być taka jak inne dziewczyny, które traciły głowę dla chłopaków i potrafiły rozmawiać tylko o kosmetykach i nowych miłościach. Nie chciałam być taka jak moja mama, która porzuciła rodzinę dla obcego faceta. Nigdy nie przysłała nam nawet kartki z pozdrowieniami. Nigdy nie zadzwoniła, by powiedzieć, że za nami tęskni. Ciekawe, czy pomyślała o mnie chociaż przez chwilę? Chociaż przez milisekundę?

Starałam się nie myśleć o przykrych wydarzeniach, wstałam z kanapy i szybkim krokiem udałam się do pokoju. Usiadłam na metalowym łóżku, które poczciwie zaskrzypiało, jakby komunikowało, że raduje się z moich odwiedzin. Wzięłam gitarę akustyczną wylicytowaną za kilkadziesiąt złotych na portalu aukcyjnym i głośno westchnęłam. Zaczęłam przesuwać kostką w górę i w dół, by usłyszeć pierwsze dźwięki. To jeszcze nie była muzyka, ale rozgrzewka przed zagraniem akordów. Po chwili poczułam nacisk obudowy gitary na swojej piersi i odsunęłam ją od siebie. Dźwięki nagle ustały i zapanowała cisza, przez którą przedzierał się tylko mój miarowy oddech. Nie mogłam zatrudnić nauczyciela muzyki, bo nie było nas na niego stać. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. W tajemnicy przed dziadkiem złożyłam swoją aplikację w sklepie spożywczym, ale nikt nie chciał zatrudnić do pracy uczennicy klasy maturalnej. Dlatego mogłam co najwyżej pomagać w warsztacie i – by uniknąć zbędnych komentarzy w stylu: „Przecież kobiety nie znają się na samochodach” – chować włosy pod czapką, a kobiece kształty zasłaniać luźnymi ubraniami.

Spojrzałam przez okno i dostrzegłam księżyc, który zaczął przypominać rogalik. Wtem coś przeleciało, zasłaniając swoimi olbrzymimi skrzydłami obiekt mojej obserwacji.

Czyżby przyleciały już żurawie? – pomyślałam i ziewnęłam ospale. Odłożyłam gitarę na podłogę, opierając ją o ramę łóżka. Wtuliłam twarz w poduszkę i zasnęłam.

Słońce przedzierało się przez wyłysiałe korony drzew i dotykało swym ciepłem mojego policzka. Zerwałam się z łóżka, zdając sobie sprawę, że zaspałam do szkoły.

– Cholera – rzuciłam wściekłe przekleństwo pod nosem.

Zeszłam po skrzypiących schodach do kuchni, by zobaczyć, czy na stole nie leżała kartka z kąśliwym przekazem dziadka, który musiał mnie nie obudzić celowo. Już od progu dostrzegłam biały kawałek papieru obok talerza z kanapką.

Spałaś jak zabita. Nie miałem sumienia Cię budzić. Czasami trzeba sobie urządzić zdrowe wagary.

– Jaaasne – rzuciłam, uśmiechając się. – Nie było żadnych kąśliwości – powiedziałam pod nosem i ugryzłam kawałek kanapki z serem. Popiłam całość zimną herbatą i popędziłam ubrać się w tak zwany roboczy strój.

Skoro dziadek nie napisał, że jestem leniem, to potrzebuje pomocnika – pomyślałam i podeszłam do szafy.

*

– Zgadłam! – zawołałam, pozwalając, by moje wołanie odbiło się echem od ścian warsztatu.

W pomieszczeniu stały dwa samochody, a na zewnątrz trzy.

– Co tak długo?

– Co długo? – zapytałam, kładąc dłonie na wymuskanej zielonej masce… – O rety! – krzyknęłam, cofając się niczym oparzona. Dopiero teraz dotarło do mnie, na masce czego trzymałam dłonie. – Fiu, fiu! Dlaczego mi nie powiedziałeś, że ciemnozielony metalik już stoi w warsztacie?

– Wiesz, co to jest? – zapytał dziadek, a jego oczy rozbłysły iskrami podekscytowania.

– Nie wygląda mi na anglika – stwierdziłam, zaglądając do odpicowanego wnętrza samochodu. Zapach świeżo wypastowanej skóry mile połechtał mój nos. – Jest za ładny.

– To brytyjski jensen-healey, na własnych czterech kołach. Model MK2 – zachwycał się staruszek. – Wiesz, że wyprodukowano ich tylko siedem tysięcy sto czterdzieści sześć egzemplarzy?

– Zachwyca mnie jego oryginalna tapicerka. – Pogłaskałam skórę na siedzeniu.

– A jakie ma nadwozie! – zapiszczał z zachwytem dziadek.

– Dlaczego przywieziono go właśnie do nas?

– To auto jakiegoś kolekcjonera. Zależało mu na precyzji i ktoś polecił mu mnie. Przekazywał go z warsztatu do warsztatu, ale ci wszyscy wykształceni mechanicy rozkładali ręce.

– Co jest z nim nie tak? – zapytałam, zatrzaskując drzwi. Dotknęłam sztywnego, opuszczanego dachu.

– No właśnie, coś się zacina w mechanizmie opuszczania dachu.

– Uważasz, że damy radę naprawić taki klasyk? Bo wiesz…

– Spróbujemy. Ja spróbuję, a ty wymienisz olej w granatowym samochodzie na zewnątrz.

Obejrzałam się, by dostrzec starego mercedesa z zachlapaną błotem szybą.

– Melduję swoją gotowość – obwieściłam i wyszłam z warsztatu.

Wtedy dostrzegłam nadjeżdżającego land rovera z naklejoną czaszką na drzwiach od strony kierowcy. Samochód zaparkował i po chwili ujrzałam wysiadającego z niego mężczyznę z kitką na czubku głowy. Ubrany był w przetartą, skórzaną kurtkę i dżinsy ubłocone w okolicach nogawek. Nigdy nie podchodziłam pierwsza do potencjalnego klienta, ale w tym momencie moje nogi wydawały się iść do niego same.

– W czym mogę pomóc? – zapytałam, opuszczając daszek czapki niżej na czoło.

Mężczyzna rozglądał się na boki. Szukał kogoś, a ja zauważyłam, że miał oczy w kolorze celestynu. Tylko ten mały kamień został mi po mamie. Uwielbiała go. Wierzyła, że przyciąga szczęście, a ja traktowałam go jako amulet, dlatego leżał w szkatułce przy łóżku.

– Szukam mechanika – oznajmił ochrypniętym głosem.

Na skórze poczułam gęsią skórkę i nie wiedziałam, czy przyczyną był mróz, czy jego ostry niczym brzytwa głos.

– Właśnie stoi przed tobą. – Po pierwsze nie wiedziałam, co mi odbiło, że zwróciłam się do obcej osoby na ty. Po drugie nie rozumiałam, dlaczego pokusiłam się o małe kłamstwo.

– Ty? – zapytał, krzywiąc wargi w kpiącym uśmiechu.

– A widzisz obok mnie kogoś jeszcze?

Mężczyzna zaśmiał się i potarł swój kilkudniowy zarost opuszkami palców.

– Do dnia żartów zostały dwa tygodnie – uciął, wbijając we mnie wzrok.

Oczy… Jego oczy.

Poczułam, jak zapiekły mnie policzki.

– Jeśli w ciągu trzydziestu minut naprawię to, z czym przyjechałeś, wisisz mi przysługę – zaproponowałam, czując, że nie przestaję się rumienić.

– Jeśli będziesz wiedziała, co oznacza ten skrót, i znajdziesz przyczynę awarii mojego samochodu, uwierzę ci, że masz jakieś pojęcie o samochodach i na klęczkach ofiaruję ci kluczyki od auta.

Przewróciłam oczami, czując napływającą do mojego krwiobiegu adrenalinę. Wyciągnęłam dłoń, by zatwierdzić zakład, a kiedy poczułam na sobie ciepło skóry mężczyzny, stałam się skałą, która znieruchomiała. Ruchome były tylko iskry ciepła, które otoczyły moją dłoń i zaczęły wędrować wzdłuż ręki, docierając do obojczyka, a stamtąd aż do serca, które zabiło mocniej.

Muszę udowodnić temu dupkowi, że…

Mężczyzna złapał moją dłoń i pociągnął za sobą. Otworzył drzwi od samochodu, który wydał mi się olbrzymi, ale pasował do wyglądu swojego właściciela. Miał pazur.

– ESP – wyszeptał miękko, a mnie oblała kolejna fala ciepła, która ponownie namalowała rumieńce na mojej twarzy.

– ESP – powtórzyłam, czując się, jakby dopadła mnie amnezja. Nie mogłam się poddać i pozwolić wygrać temu dupkowi o błękitnych oczach. – Wdrapałam się do środka samochodu i zamarłam. Na siedzeniu leżała gitara elektryczna, która wprost wołała, bym dotknęła jej strun. Otworzyłam szeroko usta i wydałam z siebie cichy jęk zachwytu. – Powiedz mi, co się dzieje – poprosiłam, po czym wyjęłam kluczyki z ręki rozmówcy i uruchomiłam silnik.

– Mam wrażenie, że coś stuka w przednim kole, a popiskuje w tylnym.

Spojrzałam się na mężczyznę, nie będąc pewną, czy mówił prawdę, czy też stroił sobie żarty.

– Czasami słyszę spod maski śpiew Led Zeppelin – naigrawał się ze mnie, lecz mimo to poczułam, jak kąciki moich ust uniosły się w uśmiechu.

– Nie wiedziałam, że ktokolwiek z Led Zeppelin potrafił śpiewać – stwierdziłam i odważnie spojrzałam na swojego rozmówcę.

– A co według ciebie robił Robert Plant?

– Nie chcesz wiedzieć, co robił – odparłam i ostrożnie wyszłam z samochodu, zeskakując ze stopnia.

– Chętnie wysłucham twoich teorii. Obu – podkreślił.

– Obu? – zapytałam, marszcząc czoło.

Pochyliłam się i zobaczyłam, że bieżnik na oponach jest nierówno zużyty. Wstałam i poprawiłam przekrzywioną czapkę, po czym odważyłam się spojrzeć na twarz mężczyzny. Jego ostre rysy wydawały się nieco złagodnieć. Oczy błyszczały czymś więcej niż potrzebą kpiny, a usta nie wydały z siebie śmiechu podobnego do czkawki.

– ESP to nic innego jak system stabilizacji toru jazdy. To raz. Dwa: masz zużyte amortyzatory i ABS wkrótce zacznie ci głupieć. Trzy: Robert Plant wydawał z siebie okrzyk głodowy zwykłego ćpuna. Cztery: obstawiam, że na dziewięćdziesiąt procent masz uszkodzone zawieszenie i zapewne zapytasz, skąd to wiem. Odpowiem ci – orzekłam i na jednym wdechu wyrzuciłam: – Poznaję po nierówno zużytych bieżnikach, że do niedzielnych kierowców nie należysz.

– A to ciekawa teoria – odparł, odważnie spacerując po mojej twarzy swoimi błyszczącymi tęczówkami.

– Deli! – usłyszałam z oddali głos dziadka, więc z przepraszającym wzrokiem minęłam mężczyznę i udałam się do warsztatu. Moje serce waliło niczym młot pneumatyczny. Nie rozumiałam irracjonalności swojego zachowania. Przekomarzałam się, a z drugiej strony pociłam w obecności tego typka z kitką na czubku głowy.

– Tak, dziadku? – zapytałam, próbując zachowywać się normalnie. Czułam, że moja twarz pokryta była wypiekami, a głos próbował się załamać.

– Czy wiesz, gdzie podziałem…

Nie słuchałam, co do mnie mówił, ponieważ poczułam, jak nagle mój oddech ugrzęzł gdzieś głęboko w płucach. Mężczyzna z kitką wszedł do warsztatu, a nasze spojrzenia się spotkały. Odruchowo nasunęłam daszek czapki na oczy. Chciałam stać się niewidzialna, a czapka z daszkiem była moim patentem.

– Auć! O kurwa! – usłyszałam głośne przekleństwo i szybko się nachyliłam, by sprawdzić, co się stało. Usta dziadka wykrzywił ból, a do białek jego oczu napłynęła krew.

– Dziadku?! – zawołałam z przerażeniem, kiedy zobaczyłam, że staruszek syczy i łapie się za stopę, obok której leżało stare, żeliwne imadło.

Uklęknął.

– Cholera! – zaklęłam, odsuwając jego dłoń z buta, którego wierzch niemalże wbił się w stopę. Nie bardzo wiedząc, co należało zrobić w takiej sytuacji, próbowałam unieść ciało dziadka, który kurczył się z bólu. – Jedziemy do szpitala – zadecydowałam, wstając z podłogi i napotykając wzrok nieznajomego mężczyzny, który sprawnym gestem mnie odsunął i pomógł wstać staruszkowi. W tym momencie podniosłam z ziemi czapkę, która musiała mi upaść, kiedy się schyliłam. Poczułam się tak mało znacząca, ugniatając palcami jej daszek. Kiedy dziadek stanął stabilnie na drugiej nodze, przysunęłam się, by stać się jego „podporą”.

– Zostaw go! – zawołał mężczyzna, widząc, jak próbuję pomóc. – Musi pan jechać do szpitala. Ten but złączył się ze stopą! Może mieć pan zmiażdżone palce i utrudniony dopływ krwi.

– Właśnie idę po telefon i zadzwonię na pogotowie! – oznajmiłam z przejęciem, kiedy się odsunęłam. Byłam zdenerwowana. W takich sytuacjach moja aktywność psychiczna spadała do minimum, a dłonie trzęsły się, jakby zostały wykonane z galarety.

– Masz mój! – Mężczyzna włożył mi w dłoń swoją komórkę. Na wyświetlaczu pokazała się twarz małej, uśmiechniętej dziewczynki. Moje palce trzęsły się coraz mocniej, kiedy wybierałam numer. Musiałam się wziąć w garść. I wzięłam. Zadzwoniłam i wydobyłam z gardła przerażony głos. Opowiedziałam dyspozytorowi, co się stało, i obiecałam pilnować dziadka, by się nie ruszał w obawie przed złamaniem bądź innym uszkodzeniem wewnętrznym.

Mężczyzna o niebieskich oczach usiadł obok dziadka i zrobił mu oparcie dla głowy ze swojej kurtki.

– Masz coś przeciwbólowego? – zapytał, ale zauważając nieprzytomność na mojej twarzy, ponowił pytanie w stronę dziadka.

– Mam! – krzyknęłam nagle i wybiegłam z warsztatu niczym oparzona, potykając się o wystający korzeń drzewa przed domem. – Auć! – jęknęłam i zobaczyłam dziurę na kolanie spodni. Wpadłam do domu i sięgnęłam do szafy po pudełko z tabletkami i butelkę z wodą, po czym pobiegłam z powrotem do warsztatu.

Dziadek siedział na krześle, jego usta wykrzywiał grymas bólu, a mimo to wydawał się spokojniejszy. Nieznajomy coś do niego mówił.

– Masz – podałam mężczyźnie pudełko z tabletkami i butelkę, a on sprawnym ruchem dał pić dziadkowi.

– Umiesz grzebać pod maską samochodu, a nie potrafisz zająć się własnym dziadkiem? – zapytał z pretensjami.

Jego słowa mnie zaskoczyły. Zaatakował mnie tak szybko, że nie potrafiłam niczego sensownego odpowiedzieć.

Nachyliłam się nad zmiażdżonym butem, który pękł w jednym miejscu, ukazując zakrwawioną skarpetę. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Zacisnęłam mocniej wargi, by powstrzymać wszystkie niepotrzebne słowa, które dusiły się w moim gardle. Wiedziałam, że mężczyzna miał rację. Radziłam sobie z wymianą klocków hamulcowych, a nie potrafiłam udzielić pomocy człowiekowi, który dziewiętnaście lat się mną opiekował.

– Ona jest inna – wyznał dziadek. Próbował się uśmiechnąć, ale kąciki jego ust opadły na dół. Syknął z bólu i dodał cicho: – Deli jest wyjątkowa…

– Dziadziu, spokojnie – poprosiłam, wtulając się w jego ramię. – Nie powinieneś mówić. Zaraz przyjedzie pomoc, zabiorą cię do szpitala i tam zrobią ci RTG zmiażdżonej stopy… A później będziemy się martwić, co dalej. Powiedz mi, gdzie schowałeś klucze od warsztatu, bo trzeba go zamknąć – poprosiłam.

– Ty tu zostajesz. Ja zadzwonię, jak tylko dowiem się czegoś od lekarzy.

– Nie ma mowy. Jadę z tobą. Nie masz nawet telefonu – powiedziałam i skrzywiłam usta.

– Ja pojadę – zaoferował się nagle mężczyzna, przysłuchując się naszym przekomarzaniom.

Spojrzałam na niego jednocześnie ze złością i podziwem. Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś, kto byłby skłonny bezinteresownie pomóc obcej osobie.

– Dziękuję – wyszeptałam i zerknęłam prosto w oczy nieznajomego, który odwzajemnił spojrzenie. Jego źrenice były zimne i wyglądały jak oszronione. Na moją twarz wkradły się rumieńce, więc zmieszana spojrzałam w inny punkt. To nie był odpowiedni moment nawet na najkrótszą rozmowę. Byłam wdzięczna mężczyźnie za troskę, którą obdarzył dziadka, chociaż czułam też pewną obawę. Nie znałam go.

– Wpisz mi swój numer, bym mógł zadzwonić – poprosił i podał telefon, który złapałam lekko drżącą dłonią.

Nie wiedziałam nawet, kiedy mu go zwróciłam, bo wszystko, co się działo przed kilkunastoma minutami, pamiętałam, jakby było za mgłą. Każdy przycisk telefonu naciskałam z prędkością wiatru, słysząc zbliżające się dźwięki karetki.

– Zadzwoń do mnie, jak dowiesz się czegokolwiek – odparłam, unosząc ciało z posadzki.

– Jasne.

Uśmiechnęłam się do niego i chciałam tyle powiedzieć: podziękować, zaoferować zwrot kosztów za czas spędzony z dziadkiem, a potrafiłam jedynie zapytać o jego imię.

– Jakub.

Zerwałam się natychmiast, kiedy sygnał karetki umilkł.

Wybiegłam z warsztatu prosto do wysiadającego z samochodu ratownika. Dalej wszystko potoczyło się zbyt szybko: dziadek trafił na nosze, ja zapłakałam, kiedy odjeżdżał, choć kłamałam, że tego nie robię. Jakub wsiadł do swojego samochodu i pojechał za karetką, a ja popędziłam do domu po telefon. Musiałam czekać na wiadomości o stanie zdrowia Janusza Rydzkiego.

Denerwowałam się. Najpierw próbowałam obgryźć za długi paznokieć, a później spojrzałam na otwartą maskę jensena. Zamknęłam ją i zajęłam się naprawą tego brytyjskiego samochodu, ale moje myśli wciąż krążyły wokół dziadka. Kiedy po raz trzeci próbowałam zamontować do śruby żyłkę napinającą dach, usłyszałam znajomą melodię telefonu. Szybko pochwyciłam komórkę w dłoń.

– Halo! – wykrzyknęłam, czując, jak mój żołądek kurczy się do rozmiarów supełka.

– Deli, to ja. Obiecałem zadzwonić. – Męski głos, który szeptał, powoli łagodził moje zdenerwowanie. – Twój dziadek ma się dobrze. Zrobili mu RTG, rozcięli skórę, by nie rozwinął się zespół przedziałowy, czyli… Opowiem ci później, co to oznacza. W chwili obecnej pan Janusz ma wstrzykiwaną blokadę, by złagodzić ból związany ze złamaniem. Następnie jego stopa zostanie unieruchomiona i przywiozę go do domu, jak dostaniemy wypis. To jednak może trochę potrwać.

– Czyli to tylko złamanie? – zapytałam, czując ulgę.

– Ma nieprzemieszczone złamanie śródstopia, dlatego będzie musiał przez kilka tygodni się oszczędzać.

– Nie wiem, jak ci dziękować – powiedziałam w przypływie radości. Cieszyłam się, że nie doszło na przykład do amputacji stopy.

– Drobiazg. Każdy zachowałby się w taki sposób na moim miejscu.

– Oj, nie każ… – Nie dokończyłam.

– Ależ tak – stwierdził szybko.

– Dziękuję – powiedziałam i odsunęłam telefon od ucha, by Jakub nie usłyszał, jak odetchnęłam z ulgą.

– Proszę – odparł, po czym się rozłączył.

To była niezręczna sytuacja. Poznaliśmy się przez przypadek. On mógł po prostu odjechać i poszukać innego warsztatu, ale został i zaoferował pomoc mojemu dziadkowi. To dla mnie wiele znaczyło. Otworzyło mi oczy na ludzką dobroć. Na istniejącą bezinteresowność. Dawniej bałam się wchodzić w intymniejszą relację z kimkolwiek. Nie chciałam się do nikogo przywiązywać. Nie chciałam ufać, by następnie cierpieć. Wolałam skupić się na sprawach pożytecznych. A taka osoba jak Jakub przeczyła moim poglądom życiowym. On burzył mój dotychczasowy światopogląd, że ludzie chcą tylko brać, a nie dawać.

Postanowiłam dokończyć naprawę dachu samochodu oraz zmienić olej w przydzielonym przez dziadka aucie, a na koniec wziąć gorący prysznic, który choć trochę rozmroziłby moje skostniałe ciało.

*

Nie byłam w stanie wejść pod prysznic, gdyż każdy ruch mięśni powodował ogromny ból. Wyeksploatowałam siły podczas naprawy dachu jensena. Następnie poczułam, jak moje zamarznięte ścięgna rozrywają się, kiedy wymieniałam olej mercedesa. Byłam zmarznięta jak sopel lodu. Nie mogłam zdjąć bluzy i spodni, nie mówiąc o bieliźnie. Moje palce wydawały się umierać. Każdy ruch zwiększał uczucie ognia płonącego w moim ciele.

– Cholerny mróz i praca ponad siły – prychnęłam, próbując zsunąć z nogi but, ale ten postanowił się właśnie teraz zaklinować. Zahaczyłam nogą w skarpecie o skórzaną, górną część, próbując go zepchnąć, ale nie raczył drgnąć. – Uspokój się, Delfino – powiedziałam do siebie i ponownie spróbowałam zepchnąć obuwie. Niestety nie udało mi się i tym razem. – Wszystko będzie dobrze. Palce odzyskają czucie, a dziadek zaraz wróci do domu. Ma opiekuna. Opiekuna! – powtórzyłam głośniej, chcąc uwierzyć, że obcy mężczyzna należycie zajmie się starszym panem z bolącą stopą.

Powinnam zadzwonić i zapytać, kiedy wrócą – pomyślałam. – To wszystko trwa za długo.

Ostrożnie poruszyłam palcami prawej dłoni i poczułam pieczenie tak silne, że aż jęknęłam.

Włożyłam rękę w kieszeń kurtki i wyciągnęłam telefon, który z trudem trzymałam skostniałymi palcami.

– Następnym razem, obiecuję to samej sobie, będę pracowała w wełnianych rękawiczkach – powiedziałam i wyświetliłam listę ostatnich połączeń. Wybrałam niezapisany numer i odczekałam kilka sekund, ale odezwała się jedynie poczta głosowa.

Spojrzałam na wiszący na ścianie zegar i głośno westchnęłam. Rodził się we mnie niepokój. Należałam do odważnych osób, które bez problemu pogłaskałyby lwa po głowie, ale obawa przed utratą ukochanej osoby mnie paraliżowała. Czułam, jak pod ubraniami w ciele tężał każdy mięsień nieskory do jakiejkolwiek reakcji. Wszystko we mnie ustawało, nawet oddech wydawał się zamierać. Wiedziałam, że muszę czym prędzej przegonić ciemne chmury, które złowrogo zawisły nad moją głową. Moim problemem była paniczna obawa przed utratą bliskiej osoby. Wszystkie lęki, które mną targały, można było sprowadzić do autofobii, ale ja zauważałam u siebie jeszcze cechy nullofobii, czyli strachu przed odrzuceniem. To dlatego nie miałam przyjaciół i chłopaka. Byłam szczęśliwa tylko w swoim małym świecie, przy dziadku i dźwiękach muzyki. Czułam się pewnie tylko wtedy, kiedy byłam czegoś absolutnie pewna. Chciałam kochać jedynie kogoś, kto na pewno kochał mnie. Lubiłam odwzajemniać uczucia, ale nie obdarowywać nimi jako pierwsza. Dziadek był moją jedyną rodziną i dla niego zrobiłabym absolutnie wszystko.

Ponownie spojrzałam na zegar i poczułam skurcz żołądka. Jego wskazówki wydawały się stać w miejscu i w takim zawieszeniu niosły echo ciszy, która zaczynała przeszkadzać.

– Idę pod prysznic, w bucie czy bez niego – podsumowałam i udałam się do łazienki.

Puściłam wodę, by rozkoszować się ciepłem pary, która osadzała się na kafelkach. Od razu zrobiło się przyjemniej, a palce odzyskiwały swą giętkość i pozwoliły na swobodne ściągnięcie buta. Powoli zdjęłam z siebie ubrudzone olejem samochodowym i benzyną ubranie, które wydzielało specyficzny zapach. Jedni nienawidzili zapachu paliwa, drudzy go ubóstwiali, a ja należałam do grupy obojętnej na tę woń. Od dziecka zdążyłam do niej przywyknąć. Kochałam za to zapach bzu, zwłaszcza po deszczu, kiedy ziemia, trawa i kwiaty pachniały intensywniej. W ogrodzie mieliśmy jeden lilak o białych kwiatach. W letnie wieczory siadałam pod nim i upajałam się słodkawą wonią świeżości i delikatności. Dziadek często powtarzał, że moje włosy pachniały wiatrem i bzem, a ja wierzyłam jego słowom. Lubiłam pachnieć powietrzem. Zdejmowałam przemoczone ubrania i rzucałam je na podłogę. Najbardziej na świecie potrzebowałam odprężenia. Namydlałam skórę kwiatowym mydłem i zmywałam pianę chłodniejszym strumieniem wody.

Nagle usłyszałam dźwięk przypominający klakson samochodowy, więc szybko zakręciłam kurek z wodą, otuliłam ciało ręcznikiem i boso wybiegłam z łazienki wprost do salonu. Spojrzałam przez okno i od razu dostrzegłam samochód Jakuba. Uśmiechnęłam się radośnie, marząc, by móc zobaczyć dziadka, ale i się speszyłam, kiedy przypomniałam sobie o tym, że otulał mnie tylko ręcznik. Przesunęłam firankę i zerknęłam przez okno, napotykając przenikliwe spojrzenie mężczyzny z kitką. Gestem dłoni poinformowałam go, że ma wejść razem z dziadkiem do środka, a sama szybko pobiegłam do pokoju włożyć ubrania. Postawiłam na dżinsy o szerokich nogawkach i flanelową koszulę. Wilgotne włosy przewiązałam gumką, po czym udałam się do salonu.

– Dziadku! – wykrzyknęłam z wielką radością i podbiegłam do staruszka, zarzucając mu dłonie na szyję, po czym złożyłam pocałunek na jego policzku. Na nodze dziadek miał gips. Dopiero teraz dostrzegłam kule. Pierwszy raz w życiu widziałam zagipsowaną nogę i ortopedyczne kule. Słyszałam, że składało się podpis na białym pancerzu. – Tak bardzo się o ciebie martwiłam! – zapiszczałam nad uchem dziadka, a on poklepał mnie po ramieniu.

– Takiemu staremu piernikowi miałoby się coś stać? – zapytał z szerokim uśmiechem. – Deli, mam prośbę. Zrób coś do jedzenia naszemu gościowi, bo biedak mi tu zaraz zasłabnie. Daj mu też piwo.

– W lodówce mam tylko barszcz – zakomunikowałam, niepewnie patrząc na twarz mężczyzny, który pomógł dziadkowi usiąść na sofie.

– Z przyjemnością go zjem, byleby był ciepły. Nigdy nie jadłem lodowatego barszczu, a nie wiem, czy gospodyni raczy mi go podgrzać.

Zmierzyłam mężczyznę złowrogim spojrzeniem, ale zaraz oprzytomniałam, przypominając sobie, co zrobił dla mojego dziadka. Musiałam spokornieć, choć ten ktoś irytował mnie niemiłosiernie.

– Zawsze podaję gorący barszcz z uszkami.

– Biedne koty, którym obcinasz uszka…

Popatrzyłam na Jakuba jak na kretyna.

– No co?! – Mężczyzna otworzył szeroko oczy i wzruszył ramionami. – Widziałem przed twoim domem kota bez uszu.

– To Mruczek – wtrącił się do rozmowy dziadek. – Stracił uszy w walce z psem. Deli tylko tak groźnie wygląda, ale nie jest złą dziewczyną. Nie gryzie i nie ucina uszu…

– Może powinnam zacząć zasupływać niewyparzone języki – wymamrotałam pod nosem, po czym odwróciłam się i poszłam do kuchni.

Nie wiedziałam, co takiego było w tym mężczyźnie, że tak bardzo działał mi na nerwy. Na pewno był typem uprzykrzającym innym ludziom życie. Łapał ich za słówka i umiejętnie atakował. Mimo bycia dupkiem miał jednak dobre serce, skoro pomógł starszej osobie w potrzebie.

Czasami dupek też zachowuje się jak dobry człowiek, choć nie zdejmuje to z niego łatki gburowatego zadka. Może na odchodne wystawi mi rachunek? Wtedy stanie się prawdziwym gburowatym zadem.

Na razie postanowiłam o tym nie myśleć. Wyciągnęłam garnek i postawiłam go na kuchence, a obok drugi, z posoloną wodą na pierożki. Usiadłam na krześle i zaczęłam wsłuchiwać się w historię wyboru mojego imienia. Wstydziłam się jej. Miałam być chłopcem, któremu matka kupowała ubranka z niebieskimi rybami. A dziadek ofiarował mi wielkiego delfina. Kiedy wróciłam do domu ze szpitala, swój pierwszy uśmiech podarowałam tej okropnej maskotce, więc wszyscy stwierdzili, że będę kochać delfiny i nazwano mnie Delfiną. W szkole podstawowej wyzywano mnie od zdechłej ryby. Byłam też nazywana płetwalem, morświnem lub biełuchą. Nie znosiłam swojego imienia. Wręcz go nienawidziłam! Miałam żal o to, że nie mogłam zostać Agnieszką, Madzią lub Zosią.

Wstałam i podeszłam do garnka. Na powierzchni zupy zaczęły pojawiać się małe bąbelki, co oznaczało, że była już gorąca.

– Dziadku, ty także zjesz zupę, prawda? – zapytałam, stając w przejściu drzwi.

– Może później, Deli. Teraz marzę tylko o śnie.

– Dobrze. Zupa czeka na stole – poinformowałam Jakuba. Chciałam z nim porozmawiać o medycznych zaleceniach dla dziadka.

– Na pewno nie znajdę na talerzu kocich uszu lub ogonu szczura? – zapytał mężczyzna i wszedł za mną do kuchni.

– Przekonaj się – odparłam i zacisnęłam wargi, by nic więcej nie powiedzieć. Musiałam być miła z wdzięczności.

Jakub ściągnął skórzaną kurtkę i powiesił ją na oparciu krzesła. Usiadł i rozejrzał się po pomieszczeniu.

– Jesteśmy skromnymi ludźmi – powiedziałam, wiedząc, że kuchnia nie przypomina tej z najnowszego katalogu Ikei.

– Cenię skromność. To zaleta – odezwał się, po czym spróbował zupy.

– Ale pan raczej nie należy do skromnych osób, prawda? – odważyłam się zapytać i wciąż bacznie przyglądałam się twarzy mężczyzny. Byłam ciekawa, czy trafiłam smakiem zupy w jego podniebienie.

– Kilka godzin temu mówiliśmy sobie na „ty”. Przed sekundą także zwróciłaś się do mnie w ten sposób. Czyżby nasze relacje od teraz jakoś gwałtownie się zmieniły? – zapytał z zaciekawieniem.

– Pozwoliłam sobie na zbyt wiele – usprawiedliwiłam się.

– Wtedy czy teraz? – zapytał z powagą.

– Wtedy.

– Rozumiem – oznajmił i powrócił do jedzenia.

Nie potrafiłam wyczytać niczego z twarzy Jakuba. Kiedy na mnie spojrzał, opuściłam wzrok. Utkwiłam go na okruszku leżącym na podłodze. Nigdy nie czułam się przy obcej osobie tak bardzo skrepowana jak przy tym mężczyźnie. Z jednej strony miałam do niego masę pytań, z drugiej działał mi na nerwy swoją obecnością.

– Czy gips to była konieczność? – odważyłam się przerwać panującą ciszę.

– Przy lekarzu pan Janusz chwalił się, że zaraz pobiegnie do warsztatu naprawiać samochody. Myślę, że gips to była mądra decyzja.

Uniosłam obie brwi w akcie zaskoczenia.

– Czyli został specjalnie unieruchomiony, tak?

– Właściwie to i bez opowiadania na głos o swoich planach zostałby wpakowany w gips. W samochodzie mam wypis ze szpitala, zdjęcie RTG, opis badania USG i receptę do wykupienia.

– Dlaczego zrobiono mu USG? – dopytywałam, siadając niedaleko mężczyzny.

– Podejrzewano uraz tkanek miękkich. W każdym razie wszystko skończyło się naprawdę dobrze.

– Cieszę się, bo bardzo się martwiłam – odparłam i ponownie opuściłam wzrok.

– Czy masz kule ortopedyczne? – zapytał nagle Jakub.

– Kule? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Gdy żyła babcia, chodziła o kulach w ostatnich miesiącach życia…

– Być może są w garażu… Muszę sprawdzić.

– Zrób to jak najszybciej, bo te szpitalne są pożyczone i muszę je jutro oddać – stwierdził mężczyzna. Wstał od stołu i odłożył talerz do zlewu. – Ułatwią dziadkowi poruszanie się, kiedy będziesz w szkole. – Na chwilę zamilkł, poprawił włosy w kitce. – Z tego, co mówił twój dziadek, wywnioskowałem, że chodzisz do szkoły.

Skinęłam głową.

– Co studiujesz? – zapytał nieświadomy swojego błędu.

– Technologię mechaniczną i mechatroniczną w inżynierii kosmicznej – odparłam, obserwując lekkie zszokowanie na twarzy rozmówcy.

– Mecha… co? – zapytał i zmarszczył czoło.

– Żartowałam. Nigdy nie pójdę na studia, więc uznałam, że jeśli ktokolwiek o nie zapyta, podam mu najbardziej dziwaczną nazwę.

– Hm… – prychnął i znowu zmarszczył czoło. Zobaczyłam, jak sam środek jego czoła przecina poprzeczna zmarszczka, co wcale nie wyglądało staro, a uroczo.

– Czyli chodzisz do technikum, liceum? – zgadywał dalej.

– Druga opcja – odpowiedziałam i wyszłam z kuchni, by sprawdzić, co porabiał dziadek. Podeszłam do niego i zobaczyłam, że spał wtulony twarzą w poduszkę. Usłyszałam też pierwszy odgłos chrapania i uśmiechnęłam się.

Poczułam, jak za moimi plecami stanął Jakub. Cofnęłam się i odbiłam w lewo, by stanąć tuż obok niego. Moje ciało napięło się, jakby przygotowało się na odparcie ataku.

– Dziadek wpada w drugą fazę snu – powiedziałam i uśmiechnęłam się. – Zaczyna delikatnie chrapać. W trzeciej chrapie tak głośno jak nadjeżdżająca lokomotywa. Wtedy nie obudzi go absolutnie nic.

– Skąd o tym wiesz?

– Że chrapie? – zapytałam. – Słyszę w nocy. Mamy pokoje obok siebie, a ściany wcale nie są tak grube, jak się wydają.

– Twierdzisz, że nic go nie obudzi? Może głośna muzyka dałaby radę?

– Gwarantuję ci, że nie. Jeśli mi nie wierzysz, spróbuj stanąć pod jego oknem i zagrać coś na swojej elektrycznej gitarze. Oczywiście wcześniej otworzę mu okno w pokoju – zaproponowałam.

– Widziałaś w samochodzie gitarę? – zapytał z zainteresowaniem.

– Pierwsze, co zauważam w życiu, to gitara.

– Grasz?

Pokręciłam przecząco głową.

– Próbuję coś brzdękać, ale nie nazwałabym tego grą. – Poczułam, jak moje policzki zapłonęły żywym rumieńcem. Nie lubiłam o sobie opowiadać, gdyż reprezentowałam raczej typ słuchacza.

– Chętnie posłucham twoich brzdęków – zaproponował Jakub, a ja czułam, jak topię się na myśl o tym, że miałabym przed nim zagrać.

– Mam starą gitarę. Być może nie nadaje się już do grania…

Próbowałam zamknąć tę dyskusję, która była dla mnie niezręczna.

– Czy mogę ją mimo wszystko zobaczyć? – zapytał z błyskiem w oku, a ja, nie wiedzieć czemu, zgodziłam się skinieniem głowy i zaprowadziłam go do swojego pokoju na piętrze. Poczułam się nagle uległa, choć wcale nie chciałam taka być. Nie chciałam się jednak kłócić przy śpiącym dziadku. Otworzyłam drzwi mojego pokoju, czując się w nim dziwnie obco. Niby wszystko było takie samo, ale jednak coś się zmieniło.

Oddychaj – powtarzałam w myślach, kiedy mężczyzna usiadł na łóżku, które głośno zaskrzypiało. Właśnie sobie uświadomiłam, że nikt wcześniej na nim nie siedział. To pierwszy mężczyzna, któremu otworzyłam drzwi do swojego pokoju, chociaż wcale go nie znałam. Patrzyłam, jak położył gitarę na kolanach i złączył dwa palce, by przejechać nimi po strunach. Kiedy wydobył z nich kilka dźwięków, moje serce zabiło mocniej; znacznie mocniej, niż powinno to zrobić. Tłumaczyłam sobie, że to muzyka wywołała tak skrajne emocje. Uśmiechnęłam się, widząc, z jaką wprawą palce Jakuba poruszały się po gryfie. Melodia, która uniosła się w powietrzu, wypełniła moje serce nostalgią. Była taka smutna, ale zarazem tak boleśnie prawdziwa.

Kiedy dźwięki ucichły, poczułam na sobie jego spojrzenie, które spacerowało po mojej twarzy. Wstrzymałam na chwilę oddech, zamknęłam powieki, po czym je otworzyłam i spojrzałam w oczy o kolorze celestynu.

– Sporo przeszła ta twoja gitara. Potrzebuje strojenia. Potrafisz to zrobić?

– Chyba nie… – bąknęłam nieśmiało, czując potrzebę pobycia w samotności. Pojawienie się Jakuba w moim małym pokoju zabrało mi cały tlen potrzebny do oddychania. Wypełniło pomieszczenie najrozmaitszymi potrzebami, których nigdy nie starałam się poczuć. A teraz tak nagle zapragnęłam nauczyć się grać, mieć ładniejsze ubrania, zrobić sobie delikatny makijaż. Poczułam potrzebę śmiechu i czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. Czy była to bliskość drugiej osoby? A może chęć posiadania przyjaciela? Nie wiedziałam, które dokładnie pragnienie zostało obudzone w moim sercu. Jednak wiedziałam, że został zaburzony rytm mojego życia.

– Czy masz kamerton? – zapytał, ale szybko pokręciłam głową. – Okej. W takim razie muszę powołać się na swój słuch. Strojenie zawsze rozpoczynamy od tego dźwięku… – Zagrał A 1. – Słyszysz? A porównujemy go z tym… – Przycisnął strunę E 1 na piątym progu. – I co? Brzmią identycznie?

Wsłuchałam się w oba dźwięki i potwierdziłam skinieniem, na co Kuba się uśmiechnął.

– Teraz następne struny – zakomunikował i wydobył dźwięk ze struny H 2, którą przycisnął na piątym progu z pustą struną E 1.

– Jest prawie idealnie – powiedziałam.

– Prawie czy idealnie? Bo „prawie” robi wielką różnicę.

Uniosłam prawą brew do góry. Nigdy się nie zastanawiałam nad sensem tego stwierdzenia. Zapożyczyłam je od dziadka, który zawsze powtarzał, że wykonał coś „prawie idealnie”.

– Jest idealnie – potwierdziłam, wierząc w jego słuch. – Zajmujesz się muzyką profesjonalnie?

Jakub odłożył gitarę i spojrzał przez okno. Widziałam, jak napiął mięśnie, które zarysowały się bardzo wyraźnie spod rękawa koszulki, którą miał na sobie.

– Zajmowałem, lecz życie pokrzyżowało moje plany.

– Przykro mi – powiedziałam, nie mogąc oderwać wzroku od jego sylwetki. Nigdy nie widziałam mężczyzny, który emanowałby takim spokojem. Jakub nie należał do muskularnych osiłków, ale jego mięśnie były ładnie wyrzeźbione. I te tatuaże…

– Deli, czyli znowu mówimy sobie na „ty”? – zagadnął mnie chytrze i wygrał tę niezręczną walkę psychologiczną, którą z nim prowadziłam.

Poczułam, że się zarumieniłam. Chcąc ukryć swoje zawstydzenie, postanowiłam przenieść rozmowę na inny tor. Najbezpieczniejszym tematem wydało mi się zdrowie dziadka.

– Powiedz, jakie zalecenia otrzymał dziadek?

– Zmieniasz temat – uciął i wbił w moją twarz swoje przenikliwe spojrzenie.

– Dziadek jest dla mnie ważniejszy…

– Niż…?

– Niż wszystko.

– To chyba normalne. W końcu jest dla ciebie bliską osobą. Ale jeśli w twoim życiu królują cały czas niedopowiedzenia, jakich używasz podczas rozmowy ze mną, to jest mi ciebie zwyczajnie żal.

Dupek – zawrzały moje myśli. – Znam go chwilę, a on uważa, że wszystko o mnie wie.

– To już nie twój interes, Jakubie vel panie perfekcyjny – orzekłam i wyszłam z pokoju.

Nie chciałam powiedzieć niczego więcej. Stanęłam obok łazienki i głośno westchnęłam. Musiałam wypełnić płuca powietrzem i uspokoić złość, która przepływała przez moje ciało. Poczułam na ramieniu jego dłoń. Wzdrygnęłam się. Nie byłam nauczona dotykania, bo nikt mnie nie przytulał i obejmował.

– Nie jestem perfekcyjny. Widziałem już w swoim życiu niejedno i przeszkadza mi, gdy widzę młodą dziewczynę, która nie ma marzeń. A jeśli je posiada, to nie próbuje o nie zawalczyć, tylko ogłasza, że nigdy nie pójdzie na studia.

– Co ty o mnie wiesz?! – wrzasnęłam, próbując się nie rozpłakać. – Nie dam ci się sprowokować, rozumiesz? Pojawiłeś się znikąd, byłeś dla mnie niesympatyczny, szydziłeś z umiejętności naprawienia twojego samochodu, a teraz chcesz ustawiać moje życie? Gdyby nie wdzięczność za pomoc, jaką okazałeś mojemu dziadkowi, strzeliłabym cię prosto w nos. Może i bym go złamała, ale wierz mi, że należałoby ci się to za twoją arogancję!

– Lepiej tego nie rób, młoda kobieto, która przebiera się za faceta… – Jego oczy kipiały wściekłością, a warga zadrżała nerwowo. – Bo…

– Grozisz mi? Nie mam zamiaru rozmawiać z typkami, którzy mają kupę kasy i sądzą, że są najmądrzejsi.

– Mylisz się, Delfino – wyszeptał, po czym zszedł po schodach, a ja, nie wiedząc dlaczego, poszłam za nim.

– Cieszę się, że tobie się w życiu udało. Jesteś szczęśliwy. Super! Szczęśliwy człowiek pomógł komuś, kogo kocham najbardziej na świecie. Jestem ci za to cholernie wdzięczna. Chcę naprawić twój lalusiowaty samochód i obiecuję, że nawet nie zerknę na gitarę i nie dam ci szansy na rozproszenie mnie. To raz – odparłam, ciesząc się, że udało mi się tyle słów powiedzieć na jednym wydechu. – Dwa: chcę się dowiedzieć wszystko, co lekarz powiedział o dziadku. Chcę otrzymać jego wypisy i nie musieć nigdy więcej na ciebie patrzeć.

Jakuba twarz wydawała się posągowa. Jego oczy praktycznie nie mrugały, a nos jakby nie wciągał powietrza. Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego tym, co ode mnie usłyszał.

Może naprawdę go zaskoczyłam? Nieważne. Broniłam mojego małego świata, do którego on wtargnął w swoich ubłoconych butach z zakrzywionymi czubkami.

– Dziadek musi dużo odpoczywać. Po dziesięciu dniach powinien zgłosić się na ściągnięcie gipsu i kolejne badanie USG. Po trzech tygodniach przydałaby się rehabilitacja.

– Na którą nas nie stać – wyszeptałam ze smutkiem.

– Nie podrzucę ci tu aut moich znajomych do naprawy, bo w tych okolicach nie znam nikogo. To by podreperowało wasz rodzinny budżet, ale jestem tutaj tylko ja. Można powiedzieć, że jestem sam jak palec. Nieważne. Ktoś tak zajebiście perfekcyjny jak ja siedzi samotnie w zapuszczonym domu i narcystycznie obserwuje swoją twarz w lustrze. – Policzki Jakuba poczerwieniały, a oczy zaszły granatową mgłą.

– Być może…

Wydął wargę i przewrócił oczami.

– Słuchaj, i tak nie mam niczego do roboty, więc może pomógłbym ci naprawiać samochody.

– Ale ty nie masz o tym bladego pojęcia! – Byłam zaskoczona ofertą pomocy. Chwilę wcześniej na niego nakrzyczałam i wyznałam, że nie chcę na niego patrzeć, a on próbował mnie coraz bardziej denerwować.

– Szybko się uczę, mimo że jeżdżę lalusiowatym samochodem i wyglądam jak pizda!

Roześmiałam się, chociaż rzadko to czyniłam. Tym razem śmiałam się na głos i pozwoliłam, by mięśnie brzucha się skurczyły, co zawsze kończyło się bólem. Jednak Jakub naprawdę wyglądał jak… Nieważne.

– Naprawdę szybko się uczysz – orzekłam, wpatrując się z uśmiechem w twarz mężczyzny. On też się uśmiechnął i w owej chwili wydał się nawet kimś sympatycznym. I przez chwilę nie był pizdą.

– Staram się.

– Kończę szkołę jutro o piętnastej, więc o szesnastej będę potrzebowała pomocnika. Dziadek musi odpoczywać, ale… niewiele ci zapłacę.

– Nie potrzebuję zapłaty. Mam pieniądze.

– A czego w takim razie potrzebujesz? – odważyłam się zapytać, choć mogło to zabrzmieć nieco dwuznacznie.

– Potrzebuję wszystkiego prócz samotności.

Rozumiałam jego samotność, choć nauczyłam się z nią żyć. Była mi potrzebna do szczęścia, przynajmniej wciąż tak uważałam.

– Dzięki za