Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bezrobocie zdarza się najlepszym, więc Yasie i Sodiemu również mogło się przytrafić. Przynajmniej chwilowo, gdyż z bezczynności wybawia ich młody kupiec, któremu zamarzyło się zostać księciem. A przecież od zawsze wiadomo, że najłatwiej zostać księciem, budząc magicznie uśpioną królewnę. Prawda?
Prawda?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 27
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Obudzić królewnę
Barwny korowód parł ciasnymi uliczkami miasta. Ludzie tańczyli w uniesieniu, wywijali rękami, podrygiwali, podskakiwali w rytm ogłuszającej kakofonii dźwięków. Szyby w oknach domów drżały poruszone tupotem odzianych w chodaki stóp. Procesja zagłuszała wszystko inne. Jazgot bynajmniej nie przypominał tego, czym miał być z założenia. W paraliżującym hałasie trudno było rozróżnić słowa i określić czy wszyscy śpiewają ten sam utwór, czy każdy coś innego.
Idący z dala od tłumu, wysoki szczupły mężczyzna skrzywił się z niesmakiem i przyspieszył kroku. Chciał jak najszybciej dotrzeć do celu, żeby odnaleźć ukojenie w ciszy zamkniętych drzwi. Kiedy dojrzał niski budynek na końcu ulicy, z niejakim rozbawieniem pomyślał, że dom wygląda zupełnie jak jego właściciel. Brzydki, niski, acz rozłożysty, z czerwonym dachem i bluszczem oplatającym fasadę, jak włosy i broda Sodiego Yudherthardere. Gdyby jeszcze domostwo przeklinało w każdym zdaniu, byłoby zupełnie jak krasnolud.
Yasa roześmiał się cicho i wszedł do środka bez pukania.
– Znowu procesja, co? – Krasnolud stanął przy oknie i przyglądał się paradzie. – Czasami, kurwa, myślę, że to miasto nic nie robi, ino się modli. Toż bogowie chyba rzygają ich ciągłym nawoływaniem. Przynajmniej ci, co mają odrobinę słuchu.
Gość nie skomentował słów gospodarza.
– Obiad na stole, panie Yasa. Znowu polewka. Trza pomyśleć o jakiejś robocie, bo nam zasoby marnieją.
Yasa wyjął zza paska sakiewkę i rzucił ją na ławę obok Sodiego.
– Zabierajcie to – żachnął się krasnolud. – Przecie nie wezmę talarów od najmilejszego przyjaciela, co nie? Tak se inom mruknął. Toż nie mogę całymi dniami siedzieć w chałupie i drygębom się przyglądać. Ogłupieje od tych wrzasków albo, co gorsza, odkryję jakie powołanie i do monastyru wstąpię.
Mag uśmiechnął się nieznacznie.
– No dyć, macie rację. – Yudherthardere roześmiał się. – Nie ma takiego klasztoru, który byłby mnie godzien. No i w żadnym na pochędóżkę liczyć nie mogę… Nie sądziłem, że to powiem, ale brakuje mi królewskich piernatów, nawet z tymi durnymi żądaniami królówki… Gdzie by nas nie wysłała, zawsze przynajmniej dziewki czekały na powrocie. – Rozmarzył się na chwilę, ale zaraz skrzywił. – A tu w burdelu trzy talary za dupę. Trzy talary, niech im już wy tam wiecie co pryszczami się osypie! A od ludzi jednego biorą. W czymże ja gorszy jestem? Dogodzić takiej mogę i lepiej niż niejeden opasły kupiec. To mnie, kurwa, dopłacać powinny!
I z ogromnym żalem nad ową niesprawiedliwością zasiadł przy stole. Zamieszał w misie, wzdychając ciężko. Potem podniósł wzrok na gościa.
– No siadajcie, panie Yasa. Przepis na polewkę babka mi zostawiła. Lepszej nie ma w całej Krainie.
Właśnie gdy gość zamierzał przyjąć zaproszenie, chwilową ciszę przerwało walenie do drzwi.
– Kogoż niesie? – Krasnolud wstał, ale mag go uprzedził i otworzył drzwi.
Niewysoki chłopak, niezbyt urodziwy i z pierwszymi oznakami nadchodzącej otyłości na okrągłej twarzy z trudem łapał oddech, jakby biegł od dłuższego czasu. Na widok Yasy odetchnął z wyraźną ulgą.
– Nareszcie – wydyszał. – Tylem biegł za wami. Jużem myślał, że mi się nie uda.
– A wyście kto? – zapytał ostro krasnolud, jako że młodzian przypominał mu owych opasłych kupców, co to na każdej pannie dwa talary oszczędzają.
Chłopak ledwie na niego spojrzał.
– Jestem Symen Toree, panie. – Wpatrywał się w maga z uwielbieniem i nadzieją. – Od dwóch dni was szukam. Wszędzie za wami chodzę i zawsze mi uciekacie. Tak się cieszę, że wreszcie zdążyłem. Tak się cieszę. Potrzebuję waszej pomocy. Zapłacę, ile będzie potrzeba.
Yasa uśmiechnął się leniwie.
– Nie stać cię na mnie, chłopcze.
– Oj panie, stać, stać. Tatulek kazał dać ile trzeba, a tatulka stać. – Roześmiał się nerwowo. – Zapłacę, ile potrzebujecie.
– Rzecz w tym – mag wciąż się uśmiechał, ale głos miał chłodny – mój chłopcze, że ja niczego nie potrzebuję.
