Obłęd. Tom I - III - Krzysztoń Jerzy - ebook

Obłęd. Tom I - III ebook

Krzysztoń Jerzy

0,0
94,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Obłęd Jerzego Krzysztonia to jedno z najważniejszych, a zarazem najbardziej zapomnianych dzieł XX wieku. Tysiąc trzysta stron „świadectwa mroków”. Bohaterowie tej książki to nie tylko „chorzy na życie, piękni popaprańcy”; ich zmagania z losem, systemem i sobą samym są opowieścią o nas. Porażająca i olśniewająca kronika popadania w obłęd i odradzania się to jednak nade wszystko epos: po części antyutopia, po części powieść metafizyczna, niepokojąco aktualna, poruszająca do głębi. Trzytomowa edycja Obłędu inauguruje serię Polskie Prozy. Nowa edycja opus magnum Jerzego Krzysztonia przywraca wersję autorską sprzed cenzorskich ingerencji – została uważnie przejrzana, poprawiona i uzupełniona. Przygotowano ją na podstawie maszynopisów i rękopisów z archiwum autora oraz poprzednich wydań, przede wszystkim z 1995 roku.

„W trzy lata, sześć miesięcy i dwadzieścia trzy dni, nie licząc dojrzewania, w trudzie i znoju, tropiony i osaczony, przywiązany do masztu, wystukałem tę księgę. Nawiedzony i obdarzony siłą, przenikliwą struną światła, abym żył i dał świadectwo mrokom, w których cierpią ze mną pospołu moi bracia obłąkańcy. Śpiący wśród wraków, przytuleni do szczątków swoich łodzi, nawet we śnie skurczeni, z rozpaczy, moi towarzysze. Już czas” (fragment książki).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1586

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



POLSKIE PROZY 1

Jerzy Krzysztoń, Obłęd

Redaktor prowadząca

Paulina Subocz-Białek

Projekt okładki istron tytułowych, opracowanie typograficzne

Joanna Skrzypiec-Żuchowska

Korekta

Michał Kunik

Kamil Piwowarski

Maciej Korbasiński

Copyright © by Joanna Krzysztoń, Warszawa 2026

Copyright © by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026

Wydanie pierwsze wtej edycji, Warszawa 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy

ISBN 978-83-8442-014-0 (I–III)

I TROPIONY I OSACZONY

Imię moje: Krzysztof – zachowałem mimo obłędu, jaki zesłał mi los. Tracąc je, postradałbym siebie samego. Rzecz gorsza niż śmierć. Okazałbym się kimś innym: Cezarem? Szekspirem? Faustem? Mierzę wysoko! Może zwierzęciem, może ptakiem, może rybą, może kamieniem. Otóż w najczarniejszej godzinie nie straciłem swojego imienia, dzięki Bogu. I wszyscy moi bracia obłąkani zwracali się do mnie jak należy: Krzyś.

Przystępuję do opisania dziejów moich udręk zaiste z zajęczym sercem. Wskutek obawy, czy zdołam przedstawić obraz obłędu na tyle wierny, aby mógł być bliski prawdy. Aby samą był prawdą, jeśli to możliwe. Przeto jak starzy skrybowie modlę się o sztukę wysłowienia.

Nikt nie wie, co trzeba przeżyć, aby obłęd dojrzał i ogarnął człowieka bez reszty. Ileż to razy ludzie przeżywają tak koszmarne rzeczy, że powinni natychmiast postradać zmysły. Tymczasem wcale nie wariują. Choćby – w większości – więźniowie kacetów. A innym wystarczy zwykłe, szare życie i – krach. Już się smażą w ogniu obłędu! Kim są, zanim staną się obłąkani? Zanim zamknie się ich na dobre? Bo to są takie kłębuszki wrażliwości. Świat dla nich cały jest z kolców. Usiłują się przystosować, ale to daremne. Albowiem jeszcze nie wiedzą, że Odys w nich śpi, że róża wykwita z cierni, a klejnot jest w lotosie, amen. I że nikt nad nimi nie płacze! Aż przychodzi ostatnia rozpaczliwa próba i – uciekają w szaleństwo… Widzę ich w tej chwili, jak krążą po zielonych korytarzach, zielonym linoleum i wyglądają jak algi albo wodorosty, tak się chwieją, kołyszą.

Nie sposób pisać w obłędzie, chociaż można na pograniczu obłędu, czasem się to udaje – tak powstało wiele dzieł ducha ludzkiego, które pozostały w historii kultury jako świadectwa geniuszu, arcydzieła. Sam obłęd jest destrukcją albo niewyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, trwóg i udręk, chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia. Iluminacje. Błyski tak nieprawdopodobne, jakby otwierała się przed człowiekiem tajemnica stworzenia! I on sam czuje się zaliczony do wielkich wtajemniczonych… Ale o tym opowiem, gdy nadejdzie pora.

Przed chwilą nazwałem obłęd destrukcją i uczyniłem to zbyt pochopnie. Tak może się wydawać tylko komuś, kto patrzy z zewnątrz. Obłąkany tak nie uważa. Żyje on pełnią obłędu, żyje i wyżywa się w nim – świat bowiem przeistoczył się na dobre, stał się pełen nieprzeczuwanych znaczeń, groźnych bądź radosnych albo zarazem groźnych i radosnych niezwykłości, wielkich postaci, którym można uścisnąć rękę, pokłonić się, zachłysnąć, czasem gorzko ze szczęścia zapłakać… I w tym przeistoczeniu wziąłem udział całą wyobraźnią, sercem i rozumem.

„I have seen the Bird of Paradise, she has spread herself before me, and I shall never be the same again…” Ujrzałem Ptaka rodem z Raju, rozpostarł przede mną swe skrzydła, i nigdy już nie będę tym, kim byłem… Tak rzekł niedawno doktor Laing, psychiatra wielkiej sławy. Oto co mi się przydarzyło! Więc nie będę nigdy tym, kim byłem.

Czterdziestka dla mężczyzny to coś w rodzaju nowych narodzin pod okiem śmierci. I tak się właśnie to zaczęło…

Wracałem z magnetofonem ze Szczawnicy. W czasie ferii zimowych był tam obóz studencki w starym pensjonacie na stoku wzgórz. Sporo rozgarniętych dziewcząt i chłopców, z którymi ponagrywałem rozmowy dla radia – o ich planach, ambicjach życiowych po ukończeniu studiów. Chłopców jak zwykle przemądrzałych, ale radziłem sobie z nimi bez kłopotu. Byłem bardzo elokwentny, nad podziw bezpośredni i z ogromną łatwością trafiałem do ludzi. Nawet najbardziej nieśmiali i oporni – z ręki mi jedli! Kiedy dziś o tym pomyślę – stałem się gadatliwym bratem łatą, który żywiąc niezmożoną sympatię dla bliźnich, z każdym się spoufalał. I ta wena nie byle jaka! Wszak udawało mi się mówić frapująco prawie na każdy temat. Tak, z astronomią włącznie.

Animuszu dodawał mi alkohol. Nie rozstawałem się z płaską flaszką koniaku – gruziński – w piersiówce po martellu. Zawsze przy sobie, a żelazna rezerwa w plecaku, właśnie wyczerpana, bo utoczyłem z niej ostatnie krople, przygotowując zapas na powrotną drogę. Stwórca mnie pobłogosławił tak zwaną mocną głową. I co tu dużo gadać – gustowałem w trunkach. Włócząc się po świecie, poznałem bourbona, tequilę, calvados, pernod, ouzo, horiłkę z percem, żeńszeniówkę, trejos devynerios, grappę, barack pálinkę, pejsachówkę, borowiczkę, nie licząc najrozmaitszych odmian whisky, koniaków, nalewek i piwa. Na koniec nie potrafiłem pracować, jeśli nie stał przy maszynie kieliszek, z którego powolutku sączyłem.

Otóż byłem sensualistą, moja namiętność życiowa polegała na tym, aby spróbować wszystkiego, co dozwolone i niedozwolone. Gustowałem nie tylko w trunkach, gustowałem w kobietach. W hazardzie pod niejedną postacią. Chociaż moją najtrwalszą miłością była żona, Helena. No i mój dom. Tak, mój dom i Mokotów. Stała marszruta przez Łazienki i do radia. Usiłowałem żyć pełną piersią, ale mało komu to się udaje, więc i mnie się nie udało. Zawsze jakieś niewczesne skrupuły albo pech, albo coś takiego… Zawód miałem ruchliwy, przynajmniej kręciłem się po świecie. Cóż, mając trzydzieści lat, przeżyłem pewien kryzys, o czym wie tylko moja żona i lekarz. Popadłem w taką depresję, że usiłowałem popełnić samobójstwo, otruć się gazem. Nic to nie jest, jak wiadomo – ot, takie wołanie o pomoc. Leczono mnie w przychodni zdrowia psychicznego wstrząsami insulinowymi, i to tak skutecznie, że dawno o całej kuracji zapomniałem! Zawsze byłem wrażliwy na śmierć, a wtedy dwie bliskie mi osoby zmarły na raka. Świat zamknął się na głucho przede mną, nie mogłem pracować, pisać, zasilać radia, znalazłem się na morzu nicości i martwoty, no i odkręciłem kurek z gazem. Lęk wygnał mnie z kuchni na balkon, gdzie serce omal nie wyskoczyło mi gardłem. Tempi passati!

Odprowadzała mnie grupka studentek i studentów, którzy w końcu mnie polubili. Był luty, ale śniegu w dolinach leżało niewiele. Jakiś czas szliśmy ocembrowanym brzegiem Dunajca. Idąc, śpiewaliśmy dziarską pieśń – sentymentalny relikt mojej młodości, która osobliwie im się spodobała, choć nie wiem czemu. „Nierozłączne siostry dwie: młodzież i SP!… Hej, SP!…” Kto to pamięta? Kto to pamięta? „Dalej, razem fundamenty kłaść pod gmach Polski nowej… SP, hej, Es Pe!… Maszeruje rozśpiewana brać…” Kto to pamięta? „Nierozłączne siostry dwie: naród i UB!…” Kto to pamięta? Kto pamięta naszą młodość pogrobowców, nędzarzy, stachanowców, popaprańców… „Es Pe, hej, Es Pe!…” Wrogów klasowych w narodzie, który niczego nie umiał tak kochać jak swojego kraju… Kto pamięta, kiedy w błocie po kolana wszystko kałmuczało?

Pośliznąłem się. Ktoś chwycił mnie pod rękę, podtrzymał. Katarzyna M. Po skończeniu studiów chciała wyjść za mąż i mieć siedmioro dzieci! Szczęść Boże w urodzaju… Ona chce mieć siedmioro dzieci, jak to u nich na wsi bywało, a ja mogłem sobie pozwolić – my z Heleną mogliśmy sobie pozwolić – zaledwie na jedno. W dodatku zastanawiałem się, czy to nie za dużo? Czy w ogóle warto sprowadzać dzieci na świat, który tracił resztkę sensu? Taka sobie purchawka, która bezgłośnie eksploduje w Kosmosie… Na zimno, w myśl reguł zimnej wojny.

Ta studentka, Katarzyna M., pytała, dlaczego jestem pesymistą. Na spacerze, w cztery oczy. Dziewczyny czasem flirtują bezdennie serio. Zamiast wykręcić się żartem, skusiło mnie coś wrednego… Ech, ten niemodny garb egzystencjalizmu! Spytałem, czy nic jej to nie wzrusza, że siedmioro dzieci urodzi się, aby umrzeć. – Och, to naturalne – odpowiedziała zdziwiona. – Taki jest porządek rzeczy. Da Bóg, nacieszą się życiem i zamkną oczy ze starości.

Cóż, woli dostarczać zajęcia grabarzom! Ale tego nie powiedziałem… Jeśli ktoś ma tyle ufności, po co mu uświadamiać wierutną nędzę naszego żywota? Niedawno moja matka, odmieniona na twarzy, spopielałej, grynszpanowej, półprzytomna po narkozie, mówiła: poszłabym stąd, przed siebie, daleko, daleko! A ja, ściskając ją za rękę, lękałem się, że zaraz to zrobi. Świeże wspomnienie, z listopada.

Siedmioro dzieci… Nie znają wojny ci młodzi! To mnie, mojemu pokoleniu skórę garbowano. Straciłem ojca, dom, dzieciństwo, sam Bóg wie, co jeszcze… A ta mnie pyta, dlaczego jestem pesymistą! A czy człowiek może się wciąż i wciąż odradzać, wzorem reptilów – z kawałka obciętego ogona? Ech wy, nie powąchaliście wojny!

– I chwała Bogu! – mówi Katarzyna. Na pożegnanie śpiewają mi szkocką balladę o Loch Lomond, której ich nauczyłem. Odkryłem kiedyś, że słowa jej przypominają naszą prześliczną: „Ty pójdziesz górą, a ja doliną, Ty zakwitniesz różą…”. Chłopakom ściskam ręce, dziewczęta całuję w policzki. – Kiedy zabraknie ojców chrzestnych, to piszę się na siódmego – mówię do Katarzyny, śmieje się wdzięcznie, ma dołki w buzi. Machają szczęśliwi, że pozbyli się wapniaka.

Pieni się Dunajec. Jadę autobusem i myślę o liście na cieniutkiej bibułce, jaki otrzymała gospodyni naszego pensjonatu w Szczawnicy z samiusieńkiego rana. List był po angielsku, więc dała mi go do przetłumaczenia. Powiało na mnie Lutrem i grozą Dziewicy z Norymbergi… Ten wiotki arkusik mieścił pogróżki, ba, straszne klątwy, jeśli się go nie przepisze w egzemplarzach pięciu i nie roześle wśród znajomych w dwadzieścia cztery godziny! Powoływał się na świadectwo jakiegoś amerykańskiego pułkownika, który ciężko zapłacił za przerwanie łańcucha ludzi dobrej woli. Mało! Ktoś inny zmarł na poczekaniu. Na kogoś choroba spadła i kalectwo… Natomiast ci, którzy słowo boże kolportowali, wraz z cytatem z Izajasza – mają szansę otrzymać parę tysięcy dolarów jako zadośćuczynienie. Ech, ci ludzie dobrej woli!… Chętnych nie brakowało, gdyż pod orędziem figurowały dwa słupki nazwisk, głupich i niegłupich. Sam tekst był mieszaniną religijnych przepowiedni i pogróżek… Nie lubię, kiedy ludzi straszą, a forma szantażu wydała mi się obrzydliwa. Ostatecznie – są moce nadprzyrodzone? A są. Więc jak są, to nie ma żartów… I próżno deliberować – kto to wypichcił? Jakaś sekta, zrzeszenie maniaków albo znudzone indywiduum, które dla rozrywki urządza niecne kawały? I klątwami szasta? Ehe, klątwa w naszych czasach tak rzadko bywa stosowana, że jak się wreszcie trafi, to skóra na człowieku cierpnie… Gospodyni zbladła, pot ją zrosił. I nie ma co się dziwić. W końcu przetłumaczyłem tekst co do joty! I – Chryste Panie, co tu robić?! – Ano właśnie. Ano właśnie. Te parę tysięcy dolarów to niech sobie w dupę wsadzą, bo i tak ich człowiek nie będzie oglądał… Ale klątwa? Z klątwą to nie przelewki! Mieszka człowiek nad Dunajcem, a Dunajec to do Wisły, a nad Wisłą, to my wiemy, same klątwy, dobre miejsce Pan Bóg sobie upodobał… – I oboje z gospodynią straciliśmy otuchę do wszystkiego. – Więc co tu robić, człowieku? – Małodusznie poradziłem: oddać milicji – kto ma wiedzieć, co z tym fantem zrobić? I ja to, baran, powiedziałem do córy sławnych przemytników! Cud, że nie puknęła się w czoło. Ale natychmiast stanęła na mocnych nogach… Biorąc mnie na świadka, wrzuciła potworne orędzie w ogień wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, zakręciła piec i otrzepała ręce. W ten sposób ściągając na siebie, na mnie i Bóg wie kogo jeszcze – klątwę i nieszczęście! Zamiast milicji… Tak to jest, kiedy trafić na nieposkromioną kobietę! Byle chłystkowi śni się, że wie, co one mają pod kiecką. Tymczasem licho wie, co na nas czyhało w niedalekiej przyszłości! Człek żyje sobie spokojnie, nikomu nie wadząc, i nagle – buch!, spada klątwa. Jeśli spalisz te słowa, będziesz przeklęty! A męki piekielne nie ominą cię za życia! Albowiem sam na siebie ściągasz potępienie po wsze czasy, amen.

Więc to nie przelewki… Akurat kiedy o tym myślałem, raptem przysiada się do mnie młoda góralka. Autobus chybocze – mimo woli trącamy się ramionami, uśmiechając się do siebie. Spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Krew z mlekiem. Twarz ujmująca, śliczne oczy. I nienaganna polszczyzna, góralka po studiach, pewnie jedzie do Krakowa. I pięknej chusty się nie wstydzi. Cóż, starczyło kilka zdań i rozpoznałem w niej agentkę kontrwywiadu! Jasne, po tym cholernym liście… Ma polecenie zaopiekować się mną, to było ewidentne. Toż w zatłoczonym autobusie Jelcz miejsce obok mnie czekało wolne, specjalnie na nią… I bystrzy tu ludzie! Tak niby od niechcenia, ale ciekawie na nas spozierają… Ona, rzecz jasna, udaje pierwszą naiwną. W sposób tak rozbrajający! Świetna w każdym calu, bez szczypty tremy.

– Pan, przepraszam, z daleka?

Skoro mamy się w to bawić – nie będę dziewczynie psuł roboty. Więc odpowiadam grzecznie, że z Mokotowa, gdzie o piątej po południu kurant wygrywa marsza moich poległych kolegów. Nawet ruch na Puławskiej nie zagłusza, ale jak przebudują, poszerzą całą Puławską, to pewnie zagłuszy.

– Znam Warszawę – przyznaje się moja pierwsza naiwna. I czuję, że zaraz doda coś bardzo ważnego. Uwaga… – Jakiś czas mieszkałam w Konstancinie, bo tam leczyła się moja matka… Wie pan, nie cierpię Konstancina! Tych wszystkich podejrzanych zakamarków… A pan?

– A ja? Ja też… Też, też, oczywiście!… – zadeklarowałem jednym tchem. I bardzo zrobiło mi się smutno.

Zapamiętałem to dobrze… Ostrzega mnie przed Konstancinem, abym tam nie zaglądał! A może i przed Warszawą ostrzega? Wyczuwałem to – od wczoraj, od dziś, jakieś groźne sprawy zaczynały się dziać, piętrzyć wokół mnie! Za dużo ostatnio przeżyłem… Ciekawe, jak ona, jak ludność Podhala, jak oni to przeżyli? Dla mnie to była najsmutniejsza wigilia, jaką pamiętam… Akurat gdy to wszystko się działo, mówiłem do mikrofonu, komu służy sztuka radiowa, wymieniając stoczniowców, dokerów, rybaków i marynarzy, śląc słowa, których pewnie nikt nie słyszał albo jacyś entuzjaści Polskiego Radia na antypodach… Nosiłem w sercu żałobę dość gorzką, aby nie spać po nocach. I przed wyjazdem napisałem do stołecznej gazety artykuł, podzwonne dla naszej polskiej biedy… Między wierszami lały się łzy czyste, rzęsiste. Dobrze mieć w narodzie choć jednego geniusza, który wyręczy w potrzebie. Ale mimo jego marki – nie byłem pewny, czy wydrukują.

– Co pani powie o Grudniu?

– A jakoś zleciał… Styczeń był bardzo udany – i uśmiechnęła się.

Więc w „ich” rozumieniu sytuacja wyraźnie się poprawiła! Dobre i to, pomyślałem sobie. Z jaką lekkością ta kobieta prowadzi rozmowę na kapitalne tematy! Sąsiedzi są przeświadczeni, że wymieniamy banalne uwagi o pogodzie, gdy tymczasem językiem wtajemniczonych poruszamy kwestie wielkiej wagi państwowej. Nachylam się do góralki i mówię półszeptem:

– Gdzie kupić żonie kożuch?

– A w Nowym Targu!

Proszę – wie, że przesiadam się na pociąg w Nowym Targu! I troszczy się, abym trafił tam zdrów i cały… Dzięki, taką śliczną dali mi ochronę!

– A gdzie pani pracuje? – pytam z głupia frant.

– W Zakopanem. „Kryształowa”. Wie pan, gdzie to jest?  „K r y s z t a ł o w a”?…  – i dalibóg mrugnęła oczkiem, dalibóg uśmiechnęła się dwuznacznie!

– Tak, oczywiście… – ale nie biorę tego poważnie. Co by dziewczyna z taką klasą robiła w zwykłej kawiarni na Krupówkach? Raptem już wiem, o co chodzi! Co ten szyfr oznacza! – Ach, rozumiem, rozumiem… – mówię. – No, no.

I uśmiechamy się do siebie pełni szczęścia i zrozumienia. W całkowitej – dla innych niedostrzegalnej – poufałości… Wzruszony podnoszę do ust jej dłoń, składam krótki, męski pocałunek. W podzięce za tak niezwykłą nowinę…  K r y s z t a ł o w a!  – Moją działalność określono tym mianem… Więc nareszcie zasłużyłem! I to w oczach tych, co wiedzą wszystko! A moje grzechy to nie łaska? To podstępne orędzie niedoręczone władzom, za moim przyzwoleniem wrzucone do pieca? A nielegalne przekroczenie granicy? Wyprowadziłem na słowacką stronę całą grupkę studentów, aż do górskiej wioski z zabytkowym kościółkiem! A moje radykalne poglądy, które siałem wśród młodzieży? A nawoływanie do swobód, swobód, swobód i wolności! Ipso modo – napytałem sobie biedy… A kto mnie będzie z tego za uszy wyciągać? No – kto?… Piękne oczy pięknej góralki… Dodają mi odwagi. Chcą, żebym był niezawodny, i muszę się o to postarać. Czysty jak kryształ być! Czysty jak kryształ… Cokolwiek mnie czeka! Więc taki cynk góralka miała mi do przekazania… Śliczna dziewczyna, wierchy się kłaniają. Ściskam jej ręce i wysiadam, bo Nowy Targ, nowe przeznaczenie.

Ostrożnie. Tylko ostrożnie. Rozglądam się po dworcu, ale nic się nie dzieje… Dużo bab z koszami. Więc powolutku wychodzę na peron. Raptem – szuru-buru! I megafon ogłasza: – Sierżant MO!, sierżant MO! proszony natychmiast do dyżurnego ruchu! Chrrrr! Powtarzam… – Oho, już wprowadzają stan pogotowia! Więc gotuj się na każdą okoliczność! Żadnego błędu, bo skończy się fatalnie! Poprawiam magnetofon na pasku, łokciem do boku przyciskam. To ostatnia rzecz, którą wolno mi utracić. Sam jestem. A wokół – obcy. Zmierzch idzie. Szybki idzie zmierzch. Gdyby tylko wiedzieć, co mi grozi.

Rozglądam się i rozglądam. Nie jest tak źle, na razie sytuacja świeża… Więc emanuje z niej mimo groźby jakiś urok niezwykłości. Osobliwe bywają ludzkie przygody. Czy nie można się domyślić, jak czuje się etnograf wśród łowców głów? W porządku – mam się wciąż na baczności i uważam, aby mi nikt nie stanął za plecami. Trochę dreszczy po skórze, ale to nic. To nic.

Wreszcie sapie Schnellzug, pociąg z Zakopanego! Poprawiam plecak, beret i – siup! Z ciężkim magnetofonem skaczę pierwszy na stopnie wagonu. Przepycham się do przedziału pierwszej klasy. W chwilę później był już komplet. Obserwuję wysokiego człowieka. Młody, wspaniale zbudowany, w zakopiańskim swetrze. Na półkach nade mną układa skrzyżowane narty, upycha na skos przez całą szerokość przedziału. A ja pod oknem – w ten sposób zamyka do mnie dostęp, chroni przed ciosem z góry! Cudowne zabezpieczenie – narty jak gródź wspaniała, nikt się znienacka nie zamierzy! A sam – dwa metry wzrostu! Siada przy mnie, ramię w ramię. I zagląda mi w oczy z cudownym spokojem, który daje wielka siła fizyczna. Bystry, sympatyczny wyraz twarzy… Więc mam swoją ochronę osobistą! I natychmiast zrobiło mi się raźniej na duszy.

Ale, ale! A reszta? Trzeba przyjrzeć się reszcie pasażerów… Naprzeciwko pod oknem – młoda kobieta… Ładna, nieładna? Ot, taka przeciętna uroda. Tylko te włosy popielate, szczególne… I już przychwyciła moje spojrzenie! Chwilkę patrzyliśmy na siebie. I wnet dyskretnie podnosi do oczu książkę – tak, abym mógł przeczytać tytuł na okładce… ROZMÓWKI POLSKO-SŁOWACKIE!… Aha, tu nas boli! Rzeczywiście, były w tej wiosce rozmówki polsko-słowackie, i to jakie! Rozumiem: ani mru-mru na temat nielegalnego przejścia do Słowacji. Milczeć jak grób! Więc dwakroć chrząkam na znak, że ostrzeżenie do mnie dotarło… Wtenczas jej noga musnęła moją i na chwilę do mojej łydki przywarła! W innych okolicznościach… Lecz nie wchodzą w rachubę! Kiedy rozumiemy, że raz angażuje się do poufnych zadań takie ślicznotki jak góralska piękność z „Kryształowej”, a raz, na odmianę, takie mało efektowne jak ta myszka, bidula… Na mojego dryblasa nie zwracała uwagi, tylko na mnie. Jakby nic jej nie obchodził mój bodyguard! Ciekawe – zna go czy nie? Pracują czy nie pracują dla tej samej firmy? Nic nie dawali poznać po sobie… A przecież to ona ostrzegła mnie, że niebezpieczeństwo czai się w samym przedziale!

Jąłem więc penetrować dalej… Pociąg akurat wytaszczył się z doliny nowotarskiej i mozolnie wspinał przez Gorce. Piękna droga, piękny bór, ale nie miałem czasu gapić się przez okno… Trzech ich było. Nierozszyfrowanych! Ejże, ejże… Tuż przy brzyduli siedział ktoś prawie znajomy. Zlustrowałem go dokładnie, rozpoznając w nim przedstawiciela pewnego ugrupowania, które interesowało się wieloma sprawami w kraju, ale nie przypuszczałem, że interesuje się mną! Czyżby w zamiarach przyjaznych, czy nieprzyjaznych? Na dwoje babka… Buraczkowy nos, nic nie gada i palcami kręci młynka. W ogóle w całym przedziale nikt nic nie gada!

Cała piątka milczy i – szlus. No dobra. Postanawiam wypróbować na nich swoją starą sztuczkę. Więc odkręcam piersiówkę z etykietką martella, napełniam złotawy kubeczek i proponuję im po kusztyczku. To był dobry koniak! A wszyscy odmawiają… Kuszę, a ich miny mówią po kolei to samo: My nie pijemy na służbie!…

Wobec tego golnąłem sam, bardzo potrzebowałem wzmocnienia. Nie zaszkodzi mi ta krztyna animuszu! A kusząc ich – obejrzałem dokładnie dwóch pozostałych dżentelmenów. Ten łysy – trudny do odgadnięcia na poczekaniu. Licho wie, mógł to być zwykły pasażer, który przez pomyłkę znalazł się w naszym przedziale, albo taki chytrus, tak głęboko zakonspirowany, że nie do rozpoznania a vista! Tym groźniejszy… Natomiast ten, co siedział w przeciwległym rogu, jawnie nosił w klapie czarnej marynarki srebrny krzyżyk męki Pańskiej i od ręki dawał się rozpoznać jako emisariusz societatis vaticaniensis. Przynajmniej jeden sprawiedliwy.

Skoro mam was tu wszystkich, pomyślałem, a koniaku nie możecie, to muszę was poczęstować czym innym… Po pierwsze – zobaczę, czy się mnie boją? Po drugie – czy podejrzewają o jakieś niecne zamiary? Po trzecie – czy wcale się nie boją i o nic nie podejrzewają?… Wyciągnąłem z plecaka oscypkę i chleb pyszny szczawnicki – pachnący, świeżutki i kruchy… Bo po czwarte – przyznaję się do tego! – miałem podstawy do obaw, że chleb i oscypka są zatrute, więc zostałem zmuszony sprawdzić na tej godnej kompanii zasadność moich podejrzeń…

Certowali się trochę, ale w końcu nikt nie odmówił prócz dzieweczki, która wybąkała, że musi dbać o figurę. Moja słabość wobec kobiet nie pozwoliła mi nalegać zbyt kategorycznie…

Konwulsje powinny wystąpić w ciągu pięciu minut od połknięcia chleba i oscypki! Dyskretnie zerkałem na zegarek. Szkoda mojego goryla, ale, pomyślałem sobie, skoro zostanę pod opieką dziewczyny, obejdzie się bez niego… A zegarek szedł cholernie wolno… Stwierdziłem, że mają wyjątkowo mocne organizmy! Nadeszła piąta minuta i – nic… Nic im się nie stało! Buraczany Nos spęczniał troszkę i czknął głośno. Ale to wszystko! Tubalnym głosem powiedział: – Przepraszam!

Resztę oscypki i chleba, których, oczywista, nie skosztowałem, a chleba zostało ćwierć bochenka – zapakowałem do plecaka jako sprawdzoną żywność dla domu, po solidnej kontroli sanitarnej… Chwileczkę! Baczność, na litość boską!… Trucizna może działać z opóźnieniem – nawet dwunastogodzinnym, jak tenże jad muchomora sromotnikowego, znanej trutki słowiańskiej… Ano sprawdzimy to paskudne domniemanie! Objawy, bądź co bądź, zaczną występować przed naszym przyjazdem do stolicy…

I tak mnie to wszystko zmordowało, że wyszedłem na korytarz zapalić papierosa. Obstawa natychmiast ruszyła za mną. Dryblas podniósł się, osłaniając mnie swoim apolińskim torsem. Kiedy stanął przy mnie w korytarzu, przekonałem się, że to istny wielkolud! O dwie głowy ode mnie wyższy, a mierzę przecie metr siedemdziesiąt trzy… A to ci Guliwer! Ciekawe, jak świat wygląda z takiej wysokości.

Poczęstowałem go ekstramocnym, prawie wspinając się na palce. Podobno takie herosy mają kompleksy gorsze od kurdupli. Natura ludzka ku przeciętności zmierza i upodobnieniu. Biada tym, co naruszają porządek rzeczy. Nie ma szczęścia poza stadem.

– Ażeż ich… Kurcze, spaprali mi ferie! – wyrwało mu się z ponurego wnętrza. – Mało tego, że przerwa taka krótka!… Kurcze, jeszcze telegramę ślą!

Pokiwałem głową i tyle. Już przywykłem, że tajne służby ezopowym posługują się językiem. Ale sens pochwyciłem w lot. Centrala ogłosiła stan alarmowy. Odwołali cię, synu, z wakacji… Inna rzecz, że niepotrzebnie się wygadałeś! Nie jestem tępy, chłopaczku. Lepiej zachowuj się wobec mnie w myśl zasady: udawajmy, Antoś, że się nic nie stało! Tak jak umie to robić twoja koleżanka po fachu, ponętna brzydula, która raz po raz z głębi przedziału zapuszcza żurawia. Tak, kobiety lepiej nadają się do konspiracji.

– Ciężka to służba – mówię.

– Jaka służba? – wielkolud udaje zdziwionego.

– No, służba nauce… – wyjaśniam.

– Ach, jeszcze niewiele w tym kierunku zdziałałem, kurcze! Jestem dopiero na trzecim roku…

– A studiuje pan zapewne historię sztuki albo coś takiego… – powiedziałem z przekąsem.

– Dlaczego? Socjologię, kurcze.

I po chwili wszczęliśmy dyskusję o Elicie władzy modnego C. Wrighta Millsa. Mój heros był zdania, że amerykański socjolog strasznie dekonspiruje układ stosunków społecznych w USA i że jest to dzieło, kurcze, oskarżycielskie… Przy czym obaj – tak, tak! – zgodziliśmy się, iż pojęcie „wyższej niemoralności”, które Mills wprowadza, może być bardzo przydatne w analizowaniu funkcji sfer rządzących pod innymi szerokościami geograficznymi…

A tu Raba zamarzła, żyła pod lodem, a tak lubiłem ją oglądać, przejeżdżając tędy pociągiem. Był już gęsty zmierzch. Mój bodyguard taksował każdego, kto przeciskał się korytarzem… Podziwiałem wspaniałą podzielność uwagi: tu dyskutuje o bossach amerykańskich, a zarazem ma oko na każdy szeleścik, na wszystko, co się dzieje w wagonie! O, centrala zadbała o mnie jak się należy.

Tymczasem przypiliło mnie. – Zaraz wracam! – zapewniłem, obawiając się, że gorliwie ruszy za mną, ale poprzestał na mrugnięciu okiem: ubikacja sprawdzona! Jednakowoż z biciem serca nacisnąłem pedał do spuszczania wody. Co, jeśli nie naciśnięcie pedału, uruchamia detonator? Struchlałem na sekund kilkanaście, aby potem doświadczyć uczucia dumy ze swojej skłonności do ryzyka, swojej nieposkromionej odwagi! Przejrzałem się w niechlujnym lustrze PKP – twarz pobladła, podpuchnięte oczy, krople potu na czole u nasady włosów… Nic to, pomyślałem, byle dojechać do domu!

Dobra, a jeśli w harmonijce między wagonami przyczaił się łaps? I czeka, by mnie wypchnąć w biegu! A ten ekspresiak zapycha akurat z górki na pazurki… Ostrożnie wyjrzałem z kibelka. Jest! Cień wyraźny majaczy w harmonijce… To ja ostro. Ostro do niego! I zaskoczyłem drania – natychmiast jął udawać pijaczka! A takiego skubańca u nas nie daj Boże tknąć palcem. Każdego, byle nie pijaczka. W Polszcze to okrutny dyshonor. Więc tylko zagrałem mu na nosie… To znaczy na swoim nosie zagrałem mu fest, do wiwatu. I powróciłem na korytarz.

Wypatrując, trwał tam w napięciu bodyguard i odetchnął, skoro mnie ujrzał. Niewyraźny uśmieszek błąkał mu się po twarzy. To ciekawe, kim dla niego jestem? Jakie dali mu informacje? Co on wie ponad to, że awansowałem na… VIP? Jakąś szychę? Ciekawe.

Tymczasem z przedziału wyszła ponętna brzydula. Moja popielatowłosa! Przeciskając się korytarzem, mocno o mój tors oparła się piersiami. Chwilę jakbym trzymał ją w objęciach. Tak, tu anatomię miała wdzięczną. I krew mi trochę poszła do głowy. Dość, że była to subtelna nauczka – lepiej zajmij się dziewczyną niż wielką polityką!… Widać o moich nieprawomyślnych wypowiedziach poszedł hyr! O moim mąceniu w głowach młodzieży akademickiej w Szczawnicy… Toż odczyt swój o literaturze radiowej zacząłem od słów: „Studenci są po to, aby ich grzmocić pałkami. Pod każdą szerokością geograficzną!… Drogie koleżanki i koledzy!” – Wtenczas ludzie takie słowa rozumieli, chwytali aluzję, dziś nikt by nie wiedział,  o   c o   s i ę   r o z c h o d z i,  jak powiadają nad Wisłą.

– Zna pan tę damę? – zagadnąłem wielkoluda.

– A skąd! Dlaczego pan pyta, kurcze?

– Bo odnoszę wrażenie, że to koleżanka… Zgadza się?

– Mało to studentek? Same baby, kurcze. Choćby na medycynie. I wszędzie… A niech sobie będzie, kim chce! Niedługo świat zawojują… Byle cipka lepsza będzie od chłopaka! – i wzruszył ramionami.

– Ale znasz ją pan czy nie?

– Jasne, że nie! No, kurcze.

Dokumentnie wyparł się znajomości! A może nie zna jej naprawdę? Ona ma swoje zadania, on swoje. Pracują, nic o sobie nie wiedząc.

Z korytarza śledzę dyskretnie tych w przedziale. Ksiądz jest siwy. Sympatyczne, że Watykan mną się interesuje! Trzeba koniecznie z tym dżentelmenem porozmawiać o Janie XXIII. Buraczany Nos drzemie, pewnie przygodny pasażer. Tylko ten łysy, ho, ho!, tajemnicza postać. Z niejednego pieca chlebek się jadało! Ta podejrzanie wypchana marynarka… Spluwa w zanadrzu? Tymczasem mój wielkolud bez broni!, to widać. A po co mu broń, Herkulesowi? Starczy dżudo i karate!

Wraca dziewczyna. Tym razem nie klei się do mnie, tylko przechodząc, zagląda w oczy. Patrzałeczki jej zielonkawe, intrygujące. Jakby na ich znak, sugestię, obaj posłusznie meldujemy się w naszym przedziale.

Niedobry zmierzch. Śnieg topnieje za oknem, brudnawe łachy, rozkisłe koleiny i furka się kolebie. Do swoich się kolebie. Chabeta do stajni, gospodarz do miski. A ja – do diabła!, morduję się w tym pociągu. Więc wymknęliśmy się jakoś z Podkarpacia, wkrótce Kraków, wielka niewiadoma… I zapalili światło!

Podekscytowany tym, co się wokół mnie działo, umysł mój pracował sprawnie, ale z odrobiną gorączki. Fakty kojarzyłem prawidłowo, z obserwacji wyciągałem właściwe wnioski. Zwłaszcza moja spostrzegawczość, którą długie lata ćwiczyłem, służyła mi wiernie w godzinie potrzeby, chwilach zagrożenia… Moja zimna krew, choć niebezpieczeństwo czai się tuż, tuż. Ano, proszę bardzo, panie i panowie! Proszę bardzo.

Dość mordercza próba nerwów, zgoda! Nikt nie może się domyślić, nikt z was, że  j a   w i e m,  co w trawie piszczy, panowie. Spokojny mój gest, pokerowe oblicze. Mam zamiar wynieść z tej gry skórę całą… I nie ośmieszyć się na waszych oczach, w tym przedziale nadzianym elitą tajniaków. Panie Buraczany Nos! Po co udawać tę drzemkę? Z każdym słowem liczyć się muszę, zupełnie jak na publicznym wystąpieniu! Stronić od śliskich tematów (Słowacja!). Nie dać się wciągnąć w trefną dysputę polityczną. Dowcipów dwuznacznych nie opowiadać. Natomiast dozwolone rozmowy o pięknie życia etc. No, spróbujmy! Nachyliłem się do siwego emisariusza Stolicy Piotrowej i rzekłem na wskroś bezpośrednio, zazierając mu w oczy pod gęstymi brwiami:

– „Bóg, który stworzył człowieka, aby ten Go znalazł… Bóg, którego szukamy po omacku w ciągu naszego życia – ten Bóg jest tak rozprzestrzeniony i dotykalny jak atmosfera, w której jesteśmy pogrążeni… Otacza nas zewsząd, tak samo jak świat! Czegóż wam zatem brak, byście mogli Go ogarnąć? Tylko tego, by  G o   w i d z i e ć…”  – tu urwałem cytat, cichutko włączając magnetofon wiszący na haku pod płaszczem. – Pytanie za sto tysięcy drachm. No?

– Wygląda mi na świętego Pawła… – odrzekł po chwili namysłu.

– Bravissimo! W rzeczy samej to święty Paweł!

Uśmiechnął się delikatnie. I zatarł ręce całkiem jak chłopiec, który zbyt długo się nudził.

– A teraz niech pan zgadnie. Zgoda?

– Trudno. Zgoda.

– Ale to będzie trochę dłuższe. Bo współczesne…

– E, księże! Proszę mi nie podpowiadać!

– No dobrze! Więc tak… – i z dziwnym smutkiem zazierając mi w oczy, mówił: – „Świat  w   c i ą g u  całego mego życia…” Zaraz, tak? Hm, tak…  „p r z e z  całe moje życie… powoli rozpalał się, rozpłomieniał w moich oczach, aż stał się wokół mnie całkowicie świetlisty od wewnątrz… Diafania Boża…” Pan wie? Tak? No dobrze. „Diafania Boża w sercu wszechświata, ta, której doświadczyłem w kontakcie z Ziemią, rozjarzyła się… Chrystus, Serce wszechświata, Ogień zdolny wszystko przeniknąć, który powoli rozprzestrzeniał się wszędzie…” – On to mówił, a we mnie raptem serce skurczyło się, struchlało, ściśnięte jak drżąca piąstka! Uśmiechnął się złowróżbnie czy promiennie, nie wiem. – I to już wszystko… No, czyje to słowa?

– Nie wiem… – szepnąłem zaschniętymi wargami.

– Teilharda de Chardin.

– Ale panowie obkuci, kurcze! – zawołał wielkolud. Jakby sam chciał przystąpić do gry. Niechby i on się popisał… Już miałem go zachęcić, lecz siwy emisariusz łagodnym przymknięciem powiek poskromił moje zapały. Chrząknięciem zbył wielkoluda i natychmiast zwrócił się do mnie:

– A którego z mistyków ceni pan najbardziej, proszę pana?

– Tomasza à Kempis – odparłem. I rzeczywiście tak było.

– Tomasza à Kempis!… Ho, to niespodzianka… – i spojrzał na mnie jakby z powątpiewaniem. – A zna pan świętego Jana od Krzyża? – i wbił we mnie gorejące oczy. – Czytał pan? Nie?… No to serdecznie go panu polecam…

W milczeniu skinąłem głową, właściwie gotów na ścięcie. Ten Juan, święty Jan od Krzyża, hiszpański zakonnik i poeta, późniejszy święty, prześladowany był i przez przełożonych, i przez Inkwizycję! Zatem Watykan ustami swojego emisariusza daje mi dyskretnie do zrozumienia, z czym to powinienem się liczyć… Wokół mnie tężeje atmosfera!

Błyskawicznie wypiłem łyk koniaku. A oni wszyscy przyglądali się, jak odkręcam flaszkę i z lekka drżącą ręką napełniam kusztyczek. Musieli obserwować mnie tak nachalnie? I śledzić każdy mój ruch? Jakże w takich okolicznościach zachować swobodę! Czekają, sępy, aż zacznę kruszeć…

– Chłodno tu – powiedziałem, sięgając po płaszcz, ale przypomniałem sobie, że pod płaszczem pracuje magnetofon, więc od razu zrezygnowałem.

– Komu chłodno, komu nie… – odezwał się łysy, za którym stały Nieznane Siły, Nierozpoznana Potęga. – Kiedyś na wsi widziałem rzecz taką… Zapaliła się w gospodarzu gorzałka, którą był spożył. Padł na ziemię i siny płomień tęgo buchał mu z gęby!… Ksiądz to wie, a ja rozumiem… – mrugnął do emisariusza. – A baba, jak to baba, stanęła nad nim, poddarła kieckę i ugasiła płomienie!… Przepraszam panią – zwrócił się do dzieweczki. – Ale tak to było! Szczęściarz, że sposobna baba znalazła się na podorędziu… A to spłonąłby jak szczapa! Jak wieprz, i tyle!

Spojrzał na mnie, zaś oczy jego mówiły: „A ty spłoniesz! A nic ci nie pomoże! A w ogniu piekielnym spłoniesz! I tyle!…”. Groził mi Sądem Ostatecznym. Ni mniej, ni więcej. Tymczasem nie wierzyłem w piekło! To chrześcijanie wierzą w piekło, choć nie jest do pogodzenia z miłosierdziem bożym… Ale oczy jego pałały takim ogniem potępienia, że oblał mnie zimny pot, poczułem się zniewolony, jakbym spozierał w ślepia kobry albo proroka, który wielkim głosem woła: „Bądź przeklęty! Bądź przeklęty!…”. Czerwone kręgi szły od tych oczu, całe skąpane we krwi. I mój strwożony rytm serca, nad którym on miał władzę! Tajemną mocą mógł spowodować, aby mi na poczekaniu serce pękło… W trwodze, w duchu, jąłem bełkotać: mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!… I oto raptem – ujrzałem swoje serce! Oplecione siateczką naczyń krwionośnych, pulsujące, obłe, jakie duże! Żywe, zdrowe i niezagrożone, dzięki temu pokajaniu się, wzięciu na siebie winy! O, dzięki Ci, Boże… Toż, dalibóg, zawiniłem tylko tym, że jestem i żyję. To mało? Wszak przed chwileczką śmierć musnęła mnie skrzydłem, wiechciem raczej, można powiedzieć… Ten człowiek, wyposażony w Nieznane Siły, groźniejszy jest, niż przypuszczałem! Dał mi popróbować śmierci, a strwożył mnie tak, jakbym konał.

Nie sposób zdzierżyć jego wzroku… Zacisnąłem powieki jak zaszczuta zwierzyna. Tymczasem myśl moja wre! Oścień winy musi tkwić we mnie bardzo głęboko! Och, wtedy kiedy chciałem truć się gazem, dręczyła mnie też pokusa, aby wykłuć sobie oczy! Zaiste, jakbym edypową popełnił zbrodnię. A przecie nie zabiłem ojca swego i nie spałem z matką moją. Więc skąd ten oścień winy?… Starałem się przecież żyć tak, aby nie czynić krzywdy. Bardzo trudne, ale mniej więcej się udaje… Więc skąd owo poczucie winy? Skąd ten demon wierutny? I ręka uparcie skradająca się do nożyczek… Łut wyobraźni ochronił mnie przed ślepotą! Lecz przed udręką nic nie uchroniło. Sapienti sat.

Kiedy patrzyłem na to wszystko, co się działo, byłem zdrowy, tylko świat wokół mnie był chory. I to chory nieuleczalnie. Nic mu nie mogło pomóc, nawet powtórne przyjście Chrystusa, paruzja. Było nie było, pomyślałem, zaleję robaka! Niech się nikomu nie zdaje, że dam się łatwo wyliczyć do dziesięciu. Knockout! No to dla kurażu… Wypiłem prosto z piersiówki.

– Coś bym zjadł – powiedziałem.

– I ja też, kurcze – zawtórował mój bodyguard.

No to wstaliśmy i poszliśmy na kolację do wagonu restauracyjnego WARS. Celowo to zrobiłem. Muszę podejmować ryzyko, inaczej nie da się żyć. Nie wolno inaczej.

Przysiedliśmy się do stolika, przy którym osowiało dwóch moczymordów. Co mają na talerzach? Aha, kotlet schabowy, dobra jest! Po chwili kelner się kłania, z lekka tylko zawiany. Więc cóż by to nam polecił? Ach, befsztyczek z polędwicy?

– Tak, proszę pana – powtarza usłużnie. – Befsztyczek z polędwiczki…

I te chytre oczka mruży: na jelenia trafił! A ciekawe, ile mu płacą za odstrzał? Płowa zwierzyna to bądź co bądź zwierzyna szlachetna.

– Wolę to co panowie… – powiadam, skinąwszy głową w stronę talerzy ze schaboszczakiem, który wcinają milczkiem dwaj opoje.

– A już nie ma… Już nie ma, panie szanowny – mówi, wystawiając jelenia na piękny strzał.

– No dobrze… – odzywam się po chwili. – Proszę bardzo.

Mój bodyguard, nie w ciemię bity, idzie za moim przykładem, zamawia to samo. I piwo. No dobra. Na dworach renesansowych w chwili uczty gospodarz napoczynał potrawy, aby dać dowód, że nikt tu nie dosypuje trucizny. Więc proszę bardzo… Kiedy zjawia się kelner z naszym zamówieniem, powiadam:

– Ano, z łaski swojej, spróbuj pan kawałeczek…

– A co? Niedopieczony?

– Nie gadaj pan, spróbuj pan – i odkroiwszy, podałem mu kęs na widelcu.

Żachnął się. Wahał się chwileczkę. Ale cóż robić – gębę nadstawił. Wziął do ust kęs, przeżuł, posmakował. No i zdziwioną okazał nam minę.

– Niczego mu nie brak, panie szanowny…

– Właśnie – powiedziałem. – Dobrze panu zrobi!

– A dziękuję… – burknął, spoglądając spode łba. Machinalnie jął strzepywać serwetką połać obrusa. Przy czym taksując mnie spod oka, wymruczał: – Z obowiązku człowiek różne musi znosić fanaberie… Nie o panu mowa. Ot, tak sobie… Smacznego! – warknął i poszedł.

Och, jaki poczułem głód! Jadłem, piłem prosto z butelki, inaczej niepodobna. Wagonem ciskało – chwiał się i kolebał jak łódź na wodach Styksu. I pełen był umarłych… Sączy kawę umarła dziewczyna w jaskrawym sweterku. Umarły lowelas usiłuje ją podrywać. Umarłe wesołe towarzystwo opowiada sobie kawały. Umarli dwaj lotnicy w zgrabnie skrojonych mundurach. Umarły głupiec kelner. Umarli zakochani pod obrusem ściskają się za ręce. Umarła para moczymordów przy naszym stoliku…

Och, Boże, kto nas skazał na taką nędzę?! Dlaczego w tym wspaniałym świecie – befsztyków, kotletów, nakrytych stołów zachlapanych piwem – byt mój nie jest konieczny? I moje istnienie koniecznie nie jest?

Alboż to dzieło Stworzyciela? Stworzyciel, który daje i odbiera? Więc – co dla nas? Wieczna tęsknota za miłosierdziem? Bóg? Jeśli jest, to z pewnością o nas zapomniał! Czyż to nie dowód, że pałętamy się gdzieś na marginesie wszechświata… Ile tysięcy lat dojrzewał mózg ludzki? I do czego dojrzał? Proszę bardzo – do samounicestwienia!

– Rozdzieranie szat, kurcze! – odezwał się Guliwer. – A daj pan spokój… Śmierć to śmierć. Wszystko się starzeje! To i człowiek… Starzeje się, siły traci, węch, smak itede… No, w końcu mu zwisa, nie ma rady… I co mu z tego? A tak umrze sobie i kwita. Całe szczęście. Inaczej męczyłby się nadaremno…

– Słucham, słucham – powiedziałem ubawiony.

– A co innego, gdyby człowiek był wiecznie młody! – zapalił się olbrzym. – To ho, ho… O ho, ho… To by było coś!

– Tak, to by było coś – przyznałem.

– Tak, gdyby całe to bractwo od Adama i Ewy okazało się nieśmiertelne! – zawołał olbrzym i potoczył wzrokiem.

– Właśnie, gdyby…

– To wie pan, co by się działo, kurcze?! No, jak pan sądzi?

– Nie wiem…

– Ale ja wiem! – podskoczył. – Kurcze… Aleksander Macedoński za marszałka u Napoleona! Obaj kumplami Churchilla i Stalina! Ta wielka czwórka gromi Hitlera w try miga! Jest u nich za pomniejszego krasnala… Zbiera się ONZ… Na ławach mamy kogo? Ano, Budda, Mojżesz, Chrystus, Mahomet, Gandhi… Telewizja pokazuje na cały świat! Każdy sprawdzić może, żaden fotomontaż… Potem wywiadzik z Leonardem da Vinci… Co pan aktualnie konstruuje? Aktualnie – rakiety balistyczne, a w wolnych chwilach zajmuję się malarstwem… I śmichu kupa! Rakiety oczywiście nikomu nie mogą zrobić krzywdy, bo wszyscy, kurcze, wszyscy nieśmiertelni!

– Cudowne… – pochwaliłem. – Wspaniałe! Brutus nie zgładziłby Cezara. Kleopatra pieściłaby się z jadowitym wężem. Sokrates, popijając cykutę, po dziś dzień zadawałby olśniewające pytania… Chrystus zszedłby z krzyża młody i uśmiechnięty. A Judasz by się nie powiesił…

– Tak! Otóż tak!… – zawołał mój bodyguard z entuzjazmem.

– I Giordano nie spłonąłby na stosie… – szepnąłem.

– Tak, kurcze! Tak…

– A wiesz, że w tej sekundzie zmarło na świecie circa kilkuset ludzi?

– To co? – odparł. – Drugie tyle się narodziło.

Raptem ocknął się jeden z pijaczków przy naszym stoliku i spytał grobowym głosem:

– Panowie, kto znowu zmarł?…

Potoczył błędnym okiem, zwiesił głowę i przysnął, zanim dostał odpowiedź. Drugi uśmiechnął się przyjaźnie i wymamrotał:

– Ech, kurwa to, nie życie…

I złożył biedną głowę na splamionym obrusie. Dobrzy byli pijaczkowie, na ogół nie wadzili nikomu.

– A w dodatku jesteśmy absolutni barbarzyńcy! – westchnąłem. – Dlaczego? Każemy naszym umarłym w ziemi gnić! Ohyda…

– A to czemu?

– Czemu, czemu! Ogień jest czysty i miłosierny. Tylko ogień. Szczęśliwa garść prochu wrzucona do rzeki albo do morza. Ludzie najstarszych kultur tak właśnie czynią.

Guliwer spojrzał na mnie z zastanowieniem.

– Dziwne, że pan, człowiek wierzący, tak bardzo boi się śmierci, kurcze.

– Wierzący? A dla pana śmierć nie jest kresem świata? Wraz z panem umiera wszystko, zostaje jedno wielkie  N i c  – przytknąłem do ust butelkę i zachłannie napiłem się piwa.

– Ech, proszę pana… Rozciąga pan na cały świat swoje prawo własności! – zdumiał się Guliwer. – Ech, proszę pana! Człowiek kipnie i nawet listek nie drgnie…

– Mało mnie obchodzi, czy świat poczuwa się do łączności ze mną, ale ja się poczuwam do łączności z nim – oświadczyłem kategorycznie.

– A ja w przeciwieństwie do pana… – uśmiechnął się – nie mam tutaj niczego na własność…

– Nie w tym rzecz! Bach to nie Mozart. Mozart to nie Beethoven. A pan to nie ja! – rzekłem, mierząc weń palcem. – Zgoda, ale każdy jest niepowtarzalny! Umrze, zostaje pustka, vacat po wsze czasy.

– Kurcze, Beethoven… Ładny vacat! – zaśmiał się niemądrze, lecz wnet spoważniał. – Ale ja, na przykład, nie mam talentu!… Przeciętnie uzdolniony, kurcze. Krocie takich! Niczym się nie wyróżniam, chyba że wzrostem… Taki atut, co? A nawet w kosza nie gram, bo niedowidzę, kiepski wzrok. Kipnę, kto to zauważy? Rodzina? Trochę przyjaciół i kumpli? No bo niby czym zapiszę się w pamięci? Nie rozumiem, kurcze!

– Cokolwiek rzec o cudowności świata, najcudowniejsza jest różnorodność ludzka… – perswadowałem. – Zatem każdy jest niepowtarzalny. Ty i ja. Każdy. Nie ma inaczej.

– Ja?! Powiedzmy, że przekręcę się dopiero za pięćdziesiąt lat. No i co z tego? Niepowtarzalny, kurcze! A co ja mam niepowtarzalnego? Dwa metry sześć bez kapelusza? Owszem, ciężki wydatek na trumnę…

– A ja ci mówię: tyle światów, ile ludzi! Uważasz, że to mało?

– Mało! Mało jak jasna cholera! – pokręcił głową. – No bo tak… Byłem, nie ma mnie… I kto to zauważy?

– Bóg – powiedziałem cicho. – O, z całą pewnością! Akurat wtedy się ocknie.

– Dobrodzieju!…

Wszyscy diabli! To bełkocze ten moczymorda przy naszym stoliku, wyraźnie zwracając się do mnie!

– Dobrodzieju, ile należy się za pochówek? Tak w ogólności?…

Milczę zaskoczony.

– Młodszego pytaj – odzywa się drugi pijaczek. – O tego, tu… Wikary nie wikary… Nie rozpoznasz!… Katabasy teraz po cywilnemu między ludem chodzą… – i leciutko czknął. – A księżej gospodyni jak leci?

– Isz ty, zamknij się! – poskromił go kumpel od kielicha i przypiął się do mnie. – Mądre słowa, dobrodzieju, względem śmierci… Mądre, bo mądre… Co racja, to racja… Ale ja księdzu coś powiem: dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz. Ot co.

– A od… się pan!

– Dobrodzieju!… – i wytrzeszczył na mnie przekrwione oczka.

Wtenczas Guliwer z wolna wstał, wyprostował się na wysokość swoich dwóch metrów sześć i spoglądając z góry na obu moczymordów, oświadczył krótko:

– Rodacy… Oj, bo załatwię na cacy!

Tamci obaj, zamiast porwać się do szabli, natychmiast zaczęli ogonem zamiatać…

– My? My nic… Tak sobie tylko… – społem wybełkotali.

– Tak sobie to w grobie! – huknął wielkolud. – Skończyło się, jak kto chce! Teraz musi nie na Rusi, a Polaka dusi!

– Człowieku… – jęknął opój. – Z pogrzebu wracamy! Ko… kolega się załatwił na fiacie. Szwagierek. Nieprawda?

– Prawda – stęknął drugi. – Szwagierek mój, człowieku!

– Wszyscy się pozałatwiacie. Barany – wtrąciłem mściwie.

– Co się gniewać?… – łagodził pijaczek. – Towarzyskie nieporozumienie…  F o   p a!  Przepraszamy. Porządnych ludzi za katabasów wziąć! Panowie, dacie wiarę? Ile zaśpiewał wdowie za pochówek? Pięćdziesiąt kawałków! Dacie wiarę?

– Nam to wisi – skwitował mój bodyguard. – A zaczepiać się, kurcze, nie pozwolimy! Gorzałka wam w tyłku bulgocze! Karpie gały, pyski purpurowe, bełkocze jeden z drugim – zerknął ku mnie – aż piękna mowa polska dostaje konwulsji!

– Dobra, dobra, koleś… – jęknął moczymorda. Wyciągnął zmiętą chusteczkę i twarz z potu ocierał.

– Nie wiecie, kto to jest? – natarł wielkolud. – Świeckiego obywatela od osoby duchownej nie odróżniacie! W cztery dupy pijani… Zdjąć by was, kurcze, do izby wytrzeźwień!

– Kochany, jeszcze ćwiarteczka zamówiona… – wystękał błagalnie, a w popłochu drugi pijaczek, co pochował szwagra.

– Dość tego – wstałem od stolika. – Kwita! Podziękować za miłą kompanię…

I poszedłem. A wielkolud natychmiast krok w krok za mną. Niezła obstawa, tylko z polskim mankamentem – gadatliwy za bardzo! Kiepskie przeszkolenie. Pierwszej marki obstawa oczy ma i uszy, ale język za zębami. Widzi, co trzeba, słyszy, lecz milczeć winna jak kamień.

– Niepowtarzalni ludzie, co? – mruknął zgryźliwie.

– A niepowtarzalni! – rzekłem. – Pewnie, że niepowtarzalni.

W przedziale zaszły zmiany. Zniknął gdzieś Buraczany Nos! Wysiadł w Krakowie? Widać interesowanie się mną uznał za nieistotne z patriotycznego punktu widzenia! W rzeczy samej nie jestem kombatantem, choć tak mogłoby się wydawać. Zmyłka! Nie służyłem u Berlinga ani u Andersa, ani Maczka, ani w AK. I partyzant nie jestem! Szczyciłem się wprawdzie przyjaciółmi wśród cichociemnych… Lecz w ogóle nie powąchałem prochu! Z tego pokolenia, co za młode, aby strzelać, któremu tak czy owak wojna mocno skórę wygarbowała. Moje pokolenie zostało bez ojców, bez starszych braci, bez dzieciństwa, a takoż – bywa, bez nóg i bez rąk. No i, rzecz jasna, bez praw kombatanckich.

Nie ma więc Buraczanego Nosa… A zamiast niego – Chińczyk! W wytwornym garniturku. A może to rodak o rysach mongoloidalnych? Na dawnych Kresach bywało… A skąd! Chińczyk – wypisz wymaluj! Chińczyków zawsze lękałem się mocno… Ilekroć pomyślę o Chinach, takie mrówki chodzą mi po grzbiecie! Akurat w naszym przedziale – brakowało tylko chińskiego tajniaka!…

Wtem dziewczyna zajrzała mi w oczy wymownie. A jej spojrzenie wołało: Rany boskie, strzeż się Żółtka! Natychmiast mój bodyguard odgrodził mnie od niego swoim ciałem. I taksował go uważnie. Nie on jeden! Wszyscy dyskretnie przyglądali się Chińczykowi. Siwy emisariusz apostolski spod zmrużonych powiek… No tak – też zastanawiał się, co on tu robi, na świętego Stanisława Kostkę? A łysy? O, demoniczny łysy, za którym stały Nieznane Siły, skierował na Chińczyka swoje pałające wejrzenie… Ich oczy się zetknęły. I wyglądało, jakby dwa diabły spozierały na siebie, biały i żółty, żółty i biały. Aj, czyżby się porozumieli?! Każdy uśmiechnął się półgębkiem.

Lecz nikt nie kwapił się zagadać do syna Państwa Środka. Żałosna taktyka! Na przeczekanie… Nic mądrzejszego ten naród nie potrafi wymyślić. Świat się wali, a oni biorą na przeczekanie! A ta tylko patrzy na mnie i woła tymi swoimi ślepkami: Rany boskie, strzeż się Żółtka! Dobraś ty! A kto wygrywa? Ten, kto inicjatywę z rąk wypuszcza? Więc właściwie – nie miałem wyboru! Zostawili mnie z Chińczykiem sam na sam. Więc skoczyłem głową naprzód, jednym tchem:

– Witam pana! Piko pako pingolina pingo pango, piko pako pingolina pingo la, pingo dingo pingo dingo pingo dango, pingo dango piko pako pango la. Powitać!

– O rany, nie rozumiem!… Jakim językiem pan mówi? – odezwał się Chińczyk z lekka kostropatą polszczyzną.

– A… po malajsku!… Tak! Ale skąd  p a n  tak dobrze zna polski?

– Mam ojca Polaka. Sierzputowski – przedstawił się bezbłędnie, mrużąc oczy w uśmiechu.

– Jak?… Sierz-pu-towski? – wyraziłem swoje zdumienie w imieniu całego przedziału, który przysłuchiwał się naszej wymianie zdań.

– Tak! Tung Sierzputowski. Mama moja jest Chinką – pochwalił się, spoglądając na obecnych. – Poznali się w Charbinie, tam mój ojciec… No, mniejsza z tym! Ale, ale, co to znaczy, co pan był łaskaw powiedzieć po malajsku?

Spoglądał na mnie, zmrużywszy oczy, aż same wąziusieńkie pozostały szparki. Wzdrygnąłem się.

– Co znaczy? Chwileczkę, chwileczkę!… Chciałbym to panu przełożyć akuratnie… – zastanawiałem się, marszcząc czoło. – Więc tak… Niechaj będzie pozdrowiony kraj, z którego przychodzisz. Niechaj będą pozdrowione owoce jego. Niechaj będzie pozdrowiony pył na twoich sandałach. Niechaj będzie pozdrowiona dusza twoja. I tyle.

– O, bardzo piękne… Dziękuję – powiedział po chwili. – Szkoda, że nie umiem po malajsku.

– A przecież Chiny pan zna?

– Bywałem… Ale proszę pamiętać, że jestem bigosem wykarmiony! W Chinach bym taki nie urósł.

Miał się czym chwalić, chuderlaczek!

– A cóż wy tam wyprawiacie? – odważyłem się spytać, widząc jego słabość do mnie.

– Niby co? – zagadnął.

– A niszczycie świątynie, pałace, rzeźby, wspaniałe dzieła wielkiej kultury! W imię czego?

– W imię tejże kultury… – odparł grzecznie.

– Ależ to wierutne, wyrafinowane barbarzyństwo!

– Dla was?

– Tak, dla nas. Europejczyków!

– A dla nas, Chińczyków, to nic nowego! – uśmiechnął się łagodnie. – U nas każda nowa dynastia niszczyła dorobek poprzedniej. Taka tradycja i nikt się temu nie dziwi. Nas na to stać, dla higieny… No proszę, niedługo Stany Zjednoczone będą obchodzić swoje dwóchsetlecie, prawda? I już ogłaszają fanfarami na cały świat! Bo dla Amerykanów to cała ich historia, dwieście lat, a dla nas to tyle co jedno ziewnięcie osła, nawet nie tygrysa…

– Proszę, proszę! – odezwała się dziewczyna, dostając rumieńców. – A czuje się pan Chińczykiem czy Polakiem? – zagadnęła ostro w tak obcesowy sposób, jakby jej Żółtek czymś zawinił.

Lecz on, zdradzając takt i dobre wychowanie, wcale się nie obruszył, a nawet dość przychylnie na nią spojrzał.

– Różnie, proszę pani. Dla swoich chińskich rodaków nazywam się Siesz-put-tung. Towarzysz Siesz-put-tung. Tak. A dla moich polskich rodaków: pan Tung Sierzputowski.

– No dobrze. Ale…

– Właśnie to „ale”! W efekcie wśród Polaków jestem Chińczyk, a wśród Chińczyków Polak! Paradoksy rzeczywistości, szanowna pani.

– No proszę! A nie łaska z nami być Polakiem, a z Chińczykami Chińczykiem? – zaperzyła się dziewczyna.

– Próbowałem, nie wyszło… – westchnął. – Niestety to niemożliwe… Kwak!…

Czyżbym się przesłyszał? Do dziś nie jestem pewien, czy on rzeczywiście kwaknął? Czy też był to omam słuchowy najczystszej marki? Kiedy po wielu, wielu miesiącach przesłuchiwałem tę taśmę z pociągu, „kwak!” nie znalazłem. Tfu, niesamowita rzecz!

– Jeśli wolno zauważyć… – odezwał się człowiek z krzyżykiem, emisariusz apostolski. – Mieszańcy są na ogół bogatsi duchem… Stąd choćby sława i chwała Rzeczypospolitej… Czerpią ze źródeł dwóch bądź wielu kultur. Im bardziej odległe od siebie, tym więcej bogactw przynoszą.

– E tam, ni pies, ni wydra! – orzekła ponętna brzydula z wypiekami na twarzy, która dalibóg miała tupet istnej prowokatorki.

– Właśnie podobnie odczuwam… – zgodził się nasz egzotyczny współpasażer. – Ni to pies, ni to bies!… – i uśmiechnął się skośnymi oczami.

Ech, te jego uśmiechy! Toż gdyby Europejczyk uśmiechał się tak często, wyszedłby na niedorozwiniętego, a jemu to uchodziło!… Ilekroć nań spojrzałem, coś mnie ssało w żołądku… Żółty diabeł – grzeczny i uśmiechnięty! Mniemałem naiwny, że jestem wplątany w nasze sprawy, naszego domowego podwórka, naszej europejskiej wspólnoty, tymczasem – nawet Chińczykom naraziłem się swoim niewyparzonym językiem! Widać nasze słabiutkie radio, pod Lublinem ledwie słyszalne, jakimś cudem trafia wprost do Pekinu, odbite od jonosfery!… Zastanawiam się w popłochu, kiedy to publicznie wyrażałem się o Chinach? Oczywiście, na spotkaniu ze studentami w Szczawnicy! Poddawałem krytyce czerwoną książeczkę! No i – mam ich na karku!… A zdawało się, że wszystko mi ujdzie bezkarnie. Długie lata żyłem w takim przeświadczeniu, aż przydybali, przydybali. Przeląkłem się, że Chińczyk czyta w moich myślach, bo ni stąd, ni zowąd zwrócił się do mnie! Nie do kogo innego, właśnie do mnie…

– A pan zna Chiny?

– A skąd! Trochę lektur, Pearl Buck… Nic nie znaczy!

– Właśnie! To rzecz niepojęta… – pokręcił głową. – Każdy potrafi wyrażać się o Chinach, nie znając ich za grosz… No, kogo Chińczyk szanuje najbardziej?

– Ja mam odpowiedzieć? – żachnąłem się, ostatecznie miał do wyboru cały przedział!

– Tak, pan.

– To jasne! Dziecinne pytanie… – usiłowałem wybrnąć.

– Wcale nie dziecinne! – uciął. – Więc kogo?

– Mao! Cesarza!

– Później! – uśmiechnął się. – Później… Najpierw swoich przodków. Nie wie pan, że karmimy naszych zmarłych? Na ich cześć sporządzamy specjalne potrawy! Jest to ofiara potomnych. I trzeba o nią bardzo dbać… Bardzo dbać, bo głodne duchy, albo źle odżywiane, zamieniają się w upiory. Otóż tak, widzi pan?

– Sami nie macie co jeść! Co za bzdury! – przyszła mi w sukurs dziewczyna, agresywna jak kotka. – Sami co jeść nie mają!

– Kto pani to powiedział? – Chińczyk na to z cicha.

– A w ogóle – zaperzyła się – siedzicie za tym murem i licho wie, co się u was dzieje… Może nie?

– Może… – zgodził się Chińczyk.

– Może, może! – zawołała. – A podobno kiedy się ruszycie, to na jedną Europejkę wypadnie pięciu Żółtków… Pięciu albo piętnastu, zapomniałam, kto to wyliczył!…

– Komputer, kurcze – wtrącił wielkolud.

Tymczasem nasz Chińczyk nie tracił kontenansu i łagodnie perswadował dalej.

– Pod pewnym względem ma pani rację. Europa zestarzała się szybko nad podziw. Dokazywaliście zbyt dużo… A my, choć pamiętamy neolit, nie starzejemy się wcale. I przyszłość do nas należy.

– A to się jeszcze okaże! – odezwał się łysy, za którym stały Nieznane Siły, i zamilkł.

Po czym zapanowała cisza, jakby nikt się nie kwapił rzec choć słowa. Albowiem i kwestia nie była prosta.

– A moim zdaniem to nie tak… – odezwał się Guliwer, raczej milczący do tej pory. – Moim zdaniem… nastanie Wielki Ład Narodów. Każdy będzie miał swoją ziemię, wodę i powietrze.

– A Duch Święty temu sprzyja! – wtrącił siwy dżentelmen z krzyżykiem w klapie.

– Romantyczne i niebezpieczne… – uśmiechnął się Tung swoim zwyczajem. – Ład Narodów?… Czego świat nie oglądał, tego już nie zobaczy.

– Dziwnie słuchać, w jak nienagannej polszczyźnie udaje pan Chińczyka, panie Sierzputowski! – zawołałem.

– Wcale nie udaję. Jestem… Starczy spojrzeć na moją twarz. Nieprawda? A być może jestem i dlatego, że przychylnym okiem patrzycie na odmieńców, cudzoziemców… Polska to wielka rzecz, ale co chińska krew, to chińska… Tak! Polska to wielka rzecz, ale Chińczycy trzymają się mocno! Prawda? A może ktoś z państwa życzy sobie, aby coś napisać po chińsku?

– Proszę – podałem swój kalendarzyk.

Tung dobył zgrabnego parkera, uśmiechnął się i kreślił starannie. Po chwili zwrócił mi kalendarzyk ze słupkiem zdobnych hieroglifów.

– A dowiem się, co pan napisał?

– Coś dobrego. Pan mnie pięknie po malajsku pozdrowił… Niech pan zachowa. A jeśli kiedykolwiek spotka pan Chińczyka, proszę mu to pokazać, bez obawy… To coś w rodzaju glejtu – uśmiechnął się przewrotnie.

Musiałem wziąć to za dobrą monetę i podziękować. Choć, dalibóg, mogło tam być wypisane: „Baczność! Okaziciel niniejszego to tygrys ludojad!”, albo jakieś inne orientalne paskudztwo. Aby ten przyszły Chińczyk, którego spotkam, wiedział, co ze mnie za ptaszek!

– Niech pan mi trochę zaufa… – powiedział, znów czytając w moich myślach! – Niech pan się nie trapi… Polecam pana jednemu z naszych bóstw… – mówił cicho. – Ale silnemu bóstwu, gdyż bóstw mamy krocie… Każda struga, jezioro, pagórek, każde miasto i każdy dom mają swoje bóstwo. Dobre, opiekuńcze… Hm, tak… Niektóre są groźne, owszem, słusznie pan zauważył… Są. Trudno, jak Bóg Żółtej Rzeki, władca wód. Tak, zaślubiano mu corocznie, jak rzeka długa, młode dziewczęta, aby odwrócić jego gniew, trzeba, to trzeba, trudno! Zaślubiano… to znaczy, ściśle… topiono je wedle starodawnego obyczaju.

– Co za łotry! – zawołała dziewczyna, tupiąc obcasem.

– Ejże! Wcale nie jesteście lepsi! Dla nas to jest ofiara, rzecz ludzka, rzecz piękna… – I dokończył zimnym tonem: – A może to nie u was pławiono czarownice?!

– Kiedy to było?! Tego nikt nie pamięta! – obruszyła się. – U nas do rzeki wrzuca się wianki w noc świętojańską. Widziałeś pan kiedy? No?… Masz ci los, wykarmił się naszym chlebem, a taki wyrósł zaprzaniec!

– Oj, coś pani dla mnie niełaskawa! – skwitował Tung polubownie. – A nie wydałaby się pani za kogoś takiego jak ja, choćby miał ciężki majątek?

– Za Chińca? A Boże broń!

– No, a ja będę miał żonę Polkę. Tak się szczęśliwie składa, proszę pani.

– Mało to głupich kóz na świecie! – parsknęła dziewczyna.

Chińczyk skrzywił się boleśnie. I zamilkł. Cóż to za dziwny typ! Całą duszą lgnie do Chin, a za żonę chce właśnie Polkę… Toż nigdy spokoju nie znajdzie! Namnoży z nią kosookich, pomyślałem. Prawda, w Europie wszyscy są mieszańcami, ze mną włącznie, ale moja mieszanka ustaliła się tak dawno, że ingrediencji nie pamiętam. Lecz przykro mi było, że jemu jest przykro, więc poczęstowałem go koniakiem. Miłujcie nieprzyjacioły swoje. A dziewczyna, choć w dobrej wierze, za wiele sobie pozwala! Posmakował, wypił.

– Dobry… Ale nie martell, prawda?

– Brawo! Poddaję się. Gruziński. Flaszka po martellu, bo płaska i wygodna. Miło spotkać znawcę! Uczciwa służba dyplomatyczna, zgadłem? Stąd pochodzą najwybredniejsi koneserzy…

– Nie tylko, nie tylko… – uśmiechnął się. – Ach, Polacy są wszystkiego ciekawi! Chcecie dużo wiedzieć. Aż za dużo czasem.

– Nigdy nie zaszkodzi – powiedziałem.

– Ano nie… – zgodził się. – A wolno mi coś powiedzieć?

– No wiesz pan! – obruszył się łysy, za którym stały Nieznane Siły. – W Polsce komu nie wolno?

– Hm, tak… – mruknął Chińczyk, jakby ciut speszony.

– No, wal pan – zachęcił łysy, klepiąc się w kolano.

– Więc za pozwoleniem… – uśmiechnął się Tung. – Ciekawość wam zawsze dokucza. Ciekawość was gubi, bo ciekawość gna was po świecie…

– To wiadomo! Cudze chwalicie! Wiadomo! Wiadomo! – zawołali wszyscy naraz z wyjątkiem dziewczyny, która siedziała naburmuszona.

– A dajcież człowiekowi mówić! – huknąłem.

– Tak, proszę państwa. Audiatur et altera pars – poparł emisariusz apostolski.

– Wszędzie, w najdziwniejszych zakątkach – podjął Tung Sierzputowski – można spotkać rodaka-Polaka. No i rodaka-Chińczyka. Ten siedzi cicho, cicho się przygląda, a swoje robi… Nikt nie powie, gdzie Chińczyk, a każdy powie, gdzie Polak, bo wokół Polaka zaraz musi być szum… Na skalę lokalną, na skalę globalną! Zaraz coś tam kombinuje, naprawia, buduje, działa i z każdym się brata. No bo wy jesteście altruiści… Domeyko, Strzelecki, Dybowski, Czekanowski, Bronisław Malinowski… – aj, jak on ślicznie wymawiał te polskie nazwiska i zapalał się! – Wam się marzy zostawić po sobie dobre imię. I to wam przeszkadza we wszystkim! Tamci pomarli… A tymczasem nie chcieliście się niczego nauczyć choćby od waszych braci Żydów!

– Coś pan, do diaska, na Dmowskiego zjechał! – ripostuje natychmiast łysy, za którym stały Nieznane Siły.

– Nie! – uśmiecha się Tung. – Tymczasem taki krawczyk Singer zdobył nazwisko, krociowy majątek i cud-kobietę! Czegóż mu do szczęścia brakowało? Tamci pomarli, panowie, a ten jest ciągle firma! Tak, z firmą u was zawsze było dość krucho. Cóż, macie wy inne smykałki, inne talenty. I urodzaj przepięknych kobiet!… Czasem odrobinkę złośliwych… – zrewanżował się zgrabnie naszej agresywnej dziewczynie.

Słuchając jego perory, odnosiłem wrażenie, że pod powierzchnią słów kryły się przestrogi, upomnienia i groźby adresowane wyłącznie do mnie! To moja ciekawość została skarcona, napiętnowana bezwzględnie! Mój Boże, to nie glejt wypisał mi w kalendarzyku, lecz klątwę!… Trzeba wydrzeć tę kartkę, kiedy tylko zdarzy się okazja!… A jeśli narażę się na gniew tego bóstwa możnego, któremu rzeczywiście mnie polecił? Wręcz atawistycznie boję się narażać bóstwom, bogom, siłom nadprzyrodzonym, zwłaszcza diabłom, których siarczany zapaszek czuć było w tym przedziale… Więc spojrzałem na jego nogi: czy któraś nie kończy się kopytkiem? I kiedy tak patrzyłem, światło w przedziale przygasło, twarz jego pokryła się zmarszczkami, głowa szczeciną i zalśniły dwa żółte kły… Oblicze bóstwa! – Panie, strzeż – objawiło się jeno na sekundę, bo wnet światło rozbłysło, a on uśmiechał się jak zwykle…

Są to rzeczy tak straszne i tak tajemne, że nie daj Bóg coś takiego przeżywać! Nie daj Boże o czymś takim opowiadać… Nawet po latach, kiedy to piszę, lękam się, że płacić wypadnie cenę okrutną. Jakby mało było tego, co już zapłaciłem!… Zaprawdę, takie sprawozdania spoczywać powinny w niedostępnym archiwum pod siedmioma pieczęciami. Głębiej niż tajemnice państwowe. Albowiem dotyczą tajemnic osobliwych i wcale nie mniejszych, bo odnoszących się do samego sekretu istnienia.

Więc pomyśleć, że mimo ochrony, jaką mi dano, cały czas życie moje było w niebezpieczeństwie. I ciemne nade mną sprzysięgły się moce! A gdzie skrytobójca? Kiedy się zbliży, ukłoni i cieniutką jedwabną żyłką gardło mi przetnie? Wszak oczywiste, że postanowili mnie sprzątnąć… Dlaczego właśnie teraz? Toć kiedy miałem piętnaście lat, na śmierć zapatrywałem się heroicznie, ale trzeba mieć piętnaście lat! Kiedy ma się ich równo czterdzieści, śmierć jest czymś ze wszech miar niepożądanym… Oh, my God, myślałem, truchlejąc ze strachu, oh, my God, myślałem, ściskając dłonie kolanami.

Raptem ktoś otworzył drzwi przedziału… To on! W czarnej pelerynie. Zamknąłem oczy… No i chwała Bogu, że koniec!

– Siedemdziesiąt pięć minut opóźnienia… – oświadczył złowróżbnie. – Śnieżyca, proszę państwa – oświadczył, po czym sprawdził bilet Chińczyka i coś chrząknął doń sekretnie. A na mnie z powagą, bez litości spojrzał. Zasalutował i wyszedł.

– Chwalić Boga, że nie trzy godziny do tyłu! – szepnął mój bodyguard. – Tęga zima, kurcze…

Łysy, za którym stały Nieznane Siły, znienacka zwrócił się do Tunga:

– Panie Sierzputowski, jeśli się nie mylę, wasz najwspanialszy cesarz nazywał się bodaj Cin Szy-huang… Zjednoczył Chiny. Nie pamiętam, w którym to roku?

– W dwieście dwudziestym pierwszym przed Chrystusem – odparł usłużnie Tung. – On założył dynastię Cin, wielce zasłużoną dynastię…

– Wiem – uciął łysy. – U nas była później, Jagiellonów.

– Więc musi pan interesować się Chinami, skoro wie pan o cesarzu – zmrużył oczka Tung.

– Tak. Wasz system trwa kilka tysiącleci… – zauważył ów łysy człowiek, który i Chińczykowi jął wydawać się groźny. – A te nowe rządy ledwie dwadzieścia parę lat… To chyba nic nie znaczy?

– Tak pan sądzi? – zamyślił się Chińczyk.

– Poniekąd.

– Widzi pan, żeby nas zrozumieć – uśmiechnął się – trzeba urodzić się Chińczykiem…

– Nie skorzystałem, więc już nie skorzystam – oświadczył tubalnie łysy.

– Szkoda – odciął się Tung. – Europejczycy, Amerykanie nic o nas nie wiedzą, a piszą grube księgi, choć nic nie rozumieją…

– A co trzeba wiedzieć? – zagadnął emisariusz apostolski.

– Choćby tyle! – ożywił się Tung Sierzputowski. – Chińczyk kocha tradycję! Kocha tradycję, która korzeniami sięga bardzo daleko, bardzo, bardzo, i wywodzi się z antro… – ugryzł się w język, chrząknął z cicha, zaklinając widać praduchy praprzodków. I jakby trochę zirytował się na nas czy na siebie samego. I nieokreślony gest zrobił. – No, mówiłem już!… Szanuje, ba, uwielbia swoich zmarłych. Ma taką pamięć o swoich przodkach jak nikt pod słońcem… Egzystuje w nieśmiertelnym rytmie pokoleń… To nie frazes! Zatem dzieje, których wy musicie się uczyć, dla niego trwają żywe. Chińczyk nie uczy się swoich dziejów, on ma je we krwi. No, chociażby! Kto u was pamięta o Hunach? Tymczasem my ich mamy na granicy, jakby bliżej niż wczoraj… To od nich odgrodziliśmy się Murem. Który wśród was uchodzi za jeden z dziwolągów świata…

– Ostro, kurcze – wyrwał się mój bodyguard, aż kopnąłem go w kostkę. Lecz Tung jakby tej uwagi nie dosłyszał. Dość, że puścił ją mimo uszu i z iskierką w oku spojrzał po zebranych. Rzekł:

– Chińczyk wie, że dołączy do grona przodków, ancestralnego grona, i będzie czczony przez swoich potomnych. To określa całe jego życie i postępowanie!… A co wy wiecie? Chińczyk nie opędza swoich zmarłych świeczką i kwiatkiem na grobie, raz do roku! Bo my ze swoimi zmarłymi żyjemy w przymierzu, blisko, na co dzień…

I zerk na mnie! Ledwie spojrzał, serce mi w pięty uciekło – więc to ja jestem najpierwszy zmarły, stante pede! To ja dostałem glejt na tamtą stronę! Chińskiej śmierci list żelazny… I nie ma dokąd uciekać! Z pociągu wyskoczyć? W wichurę i śnieg? Przetrzymać taką podróż – o, to trzeba mieć stalowe nerwy! Gdzie ta resztka koniaku? Nie częstując nikogo, drżącą ręką przechyliłem flaszkę, osuszyłem do dna. W oszołomieniu otarłem z czoła gorący pot.

A po chwili czuję – owo wewnętrzne dygotanie, tak dokuczliwe, straszne, przechodzi, mija bez śladu… Lęk znika, jakby mnie ktoś bliski pogłaskał po głowie. Odprężam się, siadam wygodnie, głowę z ulgą opieram… I przez moment jadę zwykłym pociągiem, w zwykłą podróż, ze zwykłymi ludźmi… Bo ludzie, choć niezwykli, są zwykli… Pobożne życzenie! Chcę, aby tak było, lecz nie jest! Za dużo mam dowodów, że wcale tak nie jest! Choćby te spojrzenia… Tej dziewczyny, która ukradkiem obserwuje każdy mój ruch, gest, wyraz twarzy, całe moje zachowanie… Może pragnie nawiązać ze mną bezpośrednią łączność bez udziału artykulacji? Bo wcale nie odzywa się do mnie, tylko oczy jej są aż nazbyt wymowne. Wprost dają mi do zrozumienia swoją serdeczną troską, że to ona za moją pomyślność odpowiada, abym więc nie robił głupstw! A drugi mój opiekun, młody wielkolud, choć dyskretniej, też ma mnie wciąż na oku… W końcu oni również starają się domyślić – co tu robi ta Trójca?… Agent chiński, emisariusz watykański i ten trzeci, za którym stały Nieznane Siły? Jakie są ich zamiary… Ano jakie?

Boże wielki, mam coś na swoją obronę? NIC!… Nieustannie zdradza skłonność do wtykania nosa w nie swoje sprawy. Gadać, pisać, wygłaszać przemówienia do mikrofonu, oddziaływać na słuchaczy, przekabacać, w głowie mącić i przerabiać na swoje kopyto!… Święta prawda! Ileż naplotłem przez dwadzieścia lat! A ileż najrozmaitszych rzeczy podsłuchałem, zanotowałem na magnetofonie, przystrzygłem i puściłem w świat! No i po co?… Uczeń nonkonformistów, wyrosłem na takie samo ziółko! Niezgoda stała się moją dewizą. I wolna myśl ludzka, dla której warto poświęcić wszystko. Rany boskie…

Znowu pot na czole i na karku. A w żołądku kłębuszek cierni. Rozpacz – nie ma już koniaku, który mi tyle hartu dodawał!… O, niech ta podróż skończy się wreszcie – tak czy inaczej, wóz albo przewóz, Hades albo Warszawa! Spojrzałem na zegarek… Chyba to pociąg znikąd donikąd… Czas wymiarem jest przestrzeni, a przestrzeń wymiarem czasu… Za oknem śnieżyca. Straszna śnieżyca! Uciekaj, bracie, donikąd…

Czyhają nad tobą jak sępy. W przymierzu? W zmowie? A kto to wie? No – kto wie?… Niewykluczone, że każdemu przyświecają inne zamiary. Rozważmy po kolei, biorąc za dobrą monetę… Ten, za którym stały Nieznane Siły, może mnie kaperować – po uprzednim dokładnym wybadaniu poddać próbie ognia i wody dla sobie wiadomych celów… Ten kosooki to samo – widzi we mnie tajnego agenta in spe, wygodnie usadowionego w kręgu dziennikarskim, zatem blisko źródeł informacji… A ten ze srebrnym krzyżykiem w klapie zechce pozyskać mnie dla jakiejś konfraterni pod płaszczykiem zbożnej inicjatywy w rodzaju: Chleb dla Wszystkich, Pane per Tutti, Bread for All…

Snując podobne domniemania, ratowałem się jak mogłem, bo trudno znieść myśl, że we trzech sprzysięgli się przeciwko mnie. Ale to im z oczu patrzyło! I niestety taka musiała być prawda… Wszak wszystkie nici tajnego porozumienia, które ich łączą, zostały przede mną ukryte. Było to sprzysiężenie doskonałe. Na pozór zupełnie sobie obcy, spisek tworzyli idealny… Może i zabawne – gdziekolwiek coś się dzieje, stoi za tym Chińczyk! A ten, na domiar złego, czytał we mnie jak w otwartej księdze. Obawiałem się, że właściwie zna każdą moją myśl, gdyż uśmiechał się, spoglądając na mnie tak, jakbym niczym nie mógł go zaskoczyć… Nieznośne! Wszyscy mieli nade mną przewagę, ale kosooki największą. Brak mi śmiałości, by rzec: Czego pan chcesz? Czego tak nachalnie pan się przyglądasz? – Akurat, onieśmielał mnie zupełnie! Rad bym zgrzytnąć zębami, lecz spróbowałem odwdzięczyć się mu: uśmiech za uśmiech… Żółty diabeł ożywił się natychmiast.

– O, z pana to wielki podróżnik… – odezwał się złowróżbnym tonem.

– Wielki? E, bez przesady… – otarłem zmęczoną twarz. – A skąd pan wie?

– Wiem. Zna pan różne klimaty, różne ludy, różne dźwięki. Kto z magnetofonem jeździ po świecie, ten jeździ dużo, prawda?

– Chce pan obejrzeć mój magnetofon? – skapitulowałem bez walki.

– Och, nie! – żachnął się. – A skądże! To Japończycy mają fioła na punkcie techniki i różnych hi-fi! Nas interesują inne rzeczy, proszę pana…

Więc mam się spowiadać, co nagrywałem? Pewnie sam wszystko wie, żółty demon! Więc dlaczego ode mnie żąda spowiedzi? Nagrywałem: noc w hinduskiej dżungli, tańce murzyńskie i tam-tamy, tabun kirgiskich koni na stepie, ruch uliczny na Broadwayu, kobzy na szkockim festynie w Aberdeen, muezina w świętym mieście Kairouan, czardasza podczas winobrania nad Dunajem, gwar w zaułkach Rzymu w pobliżu Teatro Marcello, pieśni dalmatyńskie w Dubrowniku, Morze Czarne w sztormową pogodę, czastuszki na Zaporożu i słowika w Kazimierzu nad Wisłą.

– A teraz mam zaproszenie od przyjaciół z Australii, żeby nagrać skok kangura! – powiedziałem z pasją. Lecz on się tym nie przejął.

– Hm, pan również filmuje?

– Nie! Podkreślam tylko, że magnetofon ma spore możliwości, ale jeden mankament. Słuch nie zastąpi wzroku.

– Afryka, kurcze! Afryka! – zawołał Guliwer. – Niech pan opowie.

– A… mówiłem coś o Afryce?

– No, jakże?! – spojrzał, wytrzeszczając na mnie oczy.

– Hm, widocznie mówiłem… – wybąkałem wstrząśnięty.

– Tak. Niech pan coś opowie! – dołączyła swoją prośbę dziewczyna. I znów leciutko trąciła mnie kolanem. Trudno, trzeba gadać, pomyślałem, bo Chińczyk czeka. Trzeba coś wymyślić niby dla wszystkich, ale pod Chińczyka. Tak czy owak kosztem mojej skóry! E, wszystko mi jedno…

– Widziałem, wie pani, polowanie na krokodyla…

– Ech! – zatarł ręce Guliwer, mój bodyguard.

Widać dobrze, trafnie zacząłem!

– Tak, polowanie na krokodyla… – rzekłem pokrzepiony. – Dawno to było, nad Jeziorem Wiktorii, w Ugandzie za angielskich czasów. Otóż tak… Na przynętę bierze się zdechłego kota! Takiego, co skruszał, mocno cuchnie. Proszę się nie krzywić, bo to dopiero początek – powiedziałem do dziewczyny. – Wbija się kota na harpun i zarzuca hak w głąb jeziora na stalowej linie. Nad brzegiem drzewo rośnie, owija się drugi koniec liny kilkakroć wokół pnia. No i czeka się… Czasem kilka godzin, czasem kilka dni…

– Ciekawe! – sapnął Chińczyk, który słuchał ze skwapliwą uwagą.

Dziewczyna miała okrągłe oczy, a w nich coś niedobrego.

– Tak, proszę pani. Krokodyle nie cenią świeżego mięsa! Żywią się padliną. Świeżą zdobycz ciągną w chaszcze i warują tam, aż skruszeje. Człowiek też kruszeje…

– Starczy! – zawołała, opędzając się ręką. – Zależy panu, żeby zrobiło mi się niedobrze?

– Wcale, miła pani. Ale komu jest dobrze? Skoro już raz zaczęliśmy się bawić wszyscy pospołu… i tak sympatyczną zawarliśmy komitywę… – spojrzałem z ironią na zebranych, doświadczając jedynej jak dotąd satysfakcji! – Więc, drodzy panowie, krokodyl chwycił przynętę! Pod sam wieczór nadział się na harpun, wraził go sobie do paszczy i szalał w wodzie, tłukąc ogonem, chlaszcząc, wijąc się i skacząc…

– Ciekawe… – powtórzył Tung.

– Targał napiętą liną stalową, aż wyrośnięte drzewo tak się chwiało, jakby nim miotała wichura, burza i grom… Cóż to za silna i wściekła bestia! – szydziłem Chińczykowi prosto w oczy, potem spojrzałem na przybladłą dziewczynę… – Plusk i hałas na jeziorze! Bryzgi lecą w górę! Całe fontanny, całe pióropusze… Kiedy tak kotłował się z hakiem w paszczy. W żółtym pysku…

– Dość! – pisnęła dziewczyna.

– O, nie!… A my patrzyliśmy z brzegu. Anglik wypłynął łodzią na stosowny dystans… Złożył się ze sztucera… Pif! Paf! Ukatrupił go dwoma strzałami… Królewskiego krokodyla!

– Nareszcie… – jęknęła dziewczyna.

– A nie… Umordowaliśmy się paskudnie, zanim takie cielsko udało się wytaszczyć na brzeg. Cztery i pół metra od czubka paszczy do końca ogona!… Ileż to eleganckich torebek, proszę pani!

– Czysta granda! Łobuzy, łobuzy!… – wybuchnęła, tupiąc w podłogę. – Kłusownicy!… Mordercy!… Hemingwaye!… To przez was resztka dzikich zwierząt wyginie na świecie…