Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rzeczy, które dostałam od matki
Dzielnica nocnej rozrywki. Po pracy w jednym z klubów hostessa wraca do domu nad ranem. Jej ruchy odmierza mechaniczny rytm: zgrzyt ciężkich drzwi, chrzęst zamka. Intymne rytuały przynoszące dotąd namiastkę spokoju zostają zaburzone, kiedy śmiertelnie chora matka wprowadza się do mieszkania córki. W ciasnym pokoju, w ciszy pełnej napięcia dwie kobiety próbują funkcjonować obok siebie.
Ciało córki skrywa pod tatuażami blizny po oparzeniach zadanych ręką matki. Ciało matki, niegdyś adorowane, trafia pod opiekę tej, którą kiedyś kontrolowało. Towarzyszenie umierającej staje się sekwencją banalnych automatycznych czynności. Suzumi Suzuki precyzyjnie rejestruje świat znany jej od środka – codzienność hostess i seksworkerek neonowego Tokio. Zadaje pytanie: do kogo należy i ile jest warte ciało, gdy staje się towarem lub obiektem cudzych pragnień?
Obdarowana to pozbawiony złudzeń zapis relacji, w której bliskość jest zagrożeniem, a zrozumienie wydaje się nieosiągalne.
Czy piękno jest darem? A życie? I czy dar kiedykolwiek może być naprawdę bezinteresowny? Obdarowana Suzumi Suzuki to biografia dwóch kobiet i dwóch ciał, matki i córki. Intymna, zmysłowa opowieść, w której pada niewiele słów, ale mówią przedmioty i gesty. To literatura kreślona delikatnie, melancholijnie i zarazem przenikliwie, jeden z najbardziej poruszających i niejednoznacznych portretów macierzyństwa i dorastania.
KAROLINA SULEJ, pisarka, kulturoznawczyni
Nadciągająca żałoba i powracająca trauma przybierają w Tokio formę koszmaru na jawie. Między matką a córką rozciąga się przestrzeń niespełnionych oczekiwań i nieodwzajemnionej miłości. Obdarowana to hipnotyczna opowieść o ciele, wstydzie, stracie i pragnieniu wolności. Język pozostaje chłodny i powściągliwy, a pod powierzchnią pulsuje potrzeba bliskości, której nie da się nazwać.
ŁUKASZ CHMARA, @talkincloud
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 97
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Marka wydawnicza Bo.wiem
Seria z Żurawiem
Projekt okładki
Klara Szymczyk
Logo serii
Małgorzata Flis
Tytuł oryginału: ギフテッド
[Gifuteddo]
Copyright:
GIFTED by Suzumi Suzuki
© Suzumi Suzuki 2022
All rights reserved.
Polish translation copyright © Dariusz Latoś, 2026
Original Japanese edition published by Bungeishunju Ltd. in 2022.
Polish language translation rights reserved by Jagiellonian University Press under the licence granted by Suzumi Suzuki arranged with Bungeishunju Ltd. through The English Agency (Japan) Ltd. and New River Literary Ltd.
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2026
Wydanie I, Kraków 2026
Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lub z jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.
ISBN 978-83-233-5654-7 (druk)
ISBN 978-83-233-7792-4 (mobi, epub)
Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoRedakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Krakówtel. 12 663 23 80Dystrybucja: tel. 12 631 01 97, tel. kom. +48 506 006 674, e-mail: [email protected] internetowy: www.bowiem.wuj.pl
Okrążam budynek przy ulicy biegnącej między dzielnicą nocnej rozrywki a Koreatown, popycham ciężkie drzwi w głębi parkingu, zaraz obok klatka schodowa, wchodzę na drugie piętro. Tam kolejne ciężkie drzwi prowadzące na korytarz, napieram na nie całym ciałem, żeby na pewno zgrzytnęły metalicznie, tak jak zgrzytają zawsze, gdy otworzy się je wystarczająco szeroko. Zanim się powoli zamkną, wsuwam klucz w szparę nad klamką w moich drzwiach i przekręcam w lewo, rozlega się szczęk otwieranego zamka. Co noc nasłuchuję tych dwóch odgłosów, kiedy wracam do domu. Jeśli interwał między zgrzytnięciem zawiasów a szczęknięciem starego cylindrycznego zamka jest za długi lub za krótki, nie ma dla mnie spokoju. Jeśli odłożę na ziemię ciężkie bagaże albo przez nieuwagę upuszczę klucz, rytm zostaje zaburzony.
Latem utraciłam zbyt wiele i chyba przez to bez głębszego zastanowienia zgodziłam się, gdy nieco przed jesiennym ochłodzeniem mama zażyczyła sobie u mnie zamieszkać. Choroba gnieżdżąca się w jej żołądku osiągnęła już stan, który uniemożliwiał nawet podtrzymywanie przy życiu – szukała sobie miejsca, by umrzeć.
„Chcę tylko napisać jeszcze jeden wiersz” – tak powiedziała przez telefon. – „W szpitalnym łóżku nie dam rady. Wiesz dlaczego”.
W tych dwóch ostatnich słowach wybrzmiało głębokie przekonanie, że należy się jej więcej niż innym, ale we mnie nie było już ani złości, ani frustracji. Czułam wręcz żal na myśl, że mama umrze z tym przeświadczeniem, na dodatek uważając, że mieszkanie w dzielnicy barów z hostessami i nocnych klubów jest lepsze od banalnej sali w szpitalu. Ostatecznie nie osiągnęła wzniosłych sukcesów, których pragnęła. Wydała kilka cienkich tomików poezji, udzieliła ze swoją piękną twarzą kilku wywiadów dla czasopism, raz jeden w porannym programie lokalnej telewizji wyrecytowała japońskie tłumaczenie wiersza angielskiego poety. Tylko tyle.
Przeprowadziła się do mnie prosto ze szpitala zaledwie dwa dni po tamtym telefonie. Żałowałam, że nie dała mi znać wcześniej, bo załatwiłabym swoje sprawy i przygotowała wszystko na jej przyjazd, a zarazem ta pewność, że nie odmówię jej darmowego noclegu, budziła ulgę; te dwa uczucia wypełniały mnie po połowie. Przyjechała taksówką, ubrana w workowate spodnie w kant, bluzkę z długim rękawem i z trudem nałożoną granatową marynarkę. I właśnie ta marynarka, którą zapewne miała na sobie, kiedy pojawiła się w szpitalu, była teraz, gdy mogła już funkcjonować tylko w luźnych piżamach, jedynym, co przypominało jej dawne życie. Nie miała ze sobą nic poza dwiema torebkami, lecz na moje pytanie, czy przywieźć coś jeszcze z jej mieszkania, odparła, że nie ma takiej potrzeby. W jednej z torebek trzymała parę piżam, szczoteczkę do zębów i grzebień, natomiast druga utkwiła mi w pamięci – wiedziałam bez sprawdzania, co w sobie kryje.
Minęło niemal osiem lat, od kiedy ostatnio mieszkałam z nią pod jednym dachem. Przestałam mniej więcej w czasie, gdy w nowojorskie wieżowce z impetem wbiły się samoloty z terrorystami na pokładzie, i oprócz dwóch czy trzech lat, kiedy jeszcze byłam nastolatką, nie można powiedzieć, byśmy zupełnie nie miały kontaktu. Odkąd się zorientowałam, że choroba matki jest znacznie poważniejsza, kontaktowałyśmy się bardzo często, spotykałyśmy się w szpitalu i poza nim. Mimo to ciągle miałam wrażenie, że ją zaniedbuję i zostawiam samej sobie – zapewne dlatego, że za każdym razem widziałam mamę coraz chudszą, z coraz mocniej przerzedzonymi włosami. Kiedyś były lśniące i czarne jak smoła, tak długie, że zakrywały jej piersi. Mówiła, że są za gęste do wiązania czy trwałej, i nosiła je – idealnie proste, całkowite przeciwieństwo moich falowanych i lekko brązowych – zawsze rozpuszczone, nawet latem. Kiedy musiała podciąć grzywkę, nie szła do tego samego co ja osiedlowego fryzjera, tylko do salonu, i wracała z włosami jeszcze bardziej pełnymi blasku.
Wiosną zeszłego roku mama mówiła, że chce żyć, ale teraz nie było w niej już tej woli walki. Wbrew zapowiedziom nie otworzyła torebki, w której trzymała narzędzia pracy, nie chwyciła za długopis – nocowała u mnie jedynie dziewięć dni, po czym dostała duszności i wróciła do szpitala. Teraz myślę, że skoro nie mieszkałyśmy razem przez pół roku czy przynajmniej kilka miesięcy, mogłam codziennie gotować obiady, których zjadłaby choć odrobinę, bez pośpiechu szykować jej kąpiel, zagadywać na tematy, które powinny ją zainteresować, nawet jeśli prawie wcale by mnie nie słuchała. A przynajmniej nie wychodzić, kiedy zażywała leki i kładła się do spania o tej samej porze co w szpitalu. Razem poszłyśmy spać tylko raz, pierwszego wieczoru. Ona założyła pewnie, że nie mogłam inaczej, bo poinformowała mnie z zaledwie dwudniowym wyprzedzeniem, ale tak naprawdę rzadko chodziłam wtedy do pracy.
Wieczorami, gdy przeczuwała, że zbieram się do wyjścia, celowo zwlekała z zażywaniem leków albo brała gazetę i zadawała wymyślone na siłę pytania. Wiedziałam, że próbuje mnie zatrzymać. „Nie idź, zostań, pobądź trochę ze mną” – tego nie mówiła. Pokazywała za to stronę z programem i wciskała mi pilot, pytając:
– Nie ma czegoś w telewizji, żebym zajęła myśli przed snem?
Jej ręce, przed chorobą smukłe i jędrne, porastała teraz warstwa włosków kilka razy gęstsza niż wcześniej, a przedramiona były chudsze niż moje trzy palce, od wskazującego do serdecznego. Smarowałam jej łuszczącą się z przesuszenia, obwisłą skórę tanim kremem nawilżającym z apteki, nabierała dzięki temu odrobinę zdrowszego koloru, a mama wtedy znowu:
– Poszukajmy razem, może jest coś ciekawego.
Desperacko próbowała nawiązać ze mną rozmowę o niczym, choć przecież nigdy nie miała w zwyczaju oglądać telewizji – to zachowanie irytowało mnie jeszcze bardziej. Czułam, że muszę jak najszybciej wyjść.
W miarę możliwości nie przebierałam się do ostatniej chwili, unikałam też ubrań, które wskazywałyby, gdzie idę. Makijaż, zwykle zajmujący mi godzinę, przerywałam na wklepaniu pudru i kończyłam poza mieszkaniem. Nijakie stroje wybierałam tylko po to, by dać mamie jak najmniej czasu na próby zatrzymania mnie, ale te z jakiegoś powodu przypadały jej do gustu. Raz powiedziała nawet:
– Ślicznie ci w tym.
Miałam wtedy na sobie dżinsy i beżowy kardigan. Nigdy wcześniej nie pochwaliła mojego wyglądu. A ja i tak każdego wieczoru podawałam jej leki najszybciej, jak tylko mogłam, zręcznie lawirowałam między jej pytaniami, kiedy po prostu chciała ze mną być, i wychodziłam z mieszkania. Szczęk zamka, gdy zamykałam drzwi od zewnątrz, zostawiając ją w środku, powoli zapadającą w sen, brzmiał boleśnie i gorzko.
Gdyby miała w sobie jakiegoś rodzaju prostolinijność, zwyczajnie zadzierała nosa czy traktowała ludzi z góry, pewnie łatwo by się jej żyło. Była średniego wzrostu, ale biodra miała położone wysoko, do tego proporcjonalne rysy twarzy, kształtny nos i duże oczy. Jej jasna skóra szybko czerwieniła się od słońca, więc mama nie mogła chodzić na plażę ani na basen. Doskonale wiedziała, że jest piękna, i czerpała z tego korzyści, lecz zarazem gardziła światem, w którym najbardziej komplementowano kobiety za wygląd. Ta specyfika jej usposobienia znajdowała też odbicie w twórczości; od osób chwalących jej wiersze nie słyszała słów, które naprawdę chciałaby usłyszeć. Nic dziwnego, że otoczenie brało owo skomplikowane poczucie własnej wartości za powierzchowną trudność charakteru. Miewała, choć na krótko, bliższych znajomych, którzy po niedługim czasie przestawali się pojawiać przy niej i w naszych rozmowach. Na myśl o przyjaciółkach mamy przychodzą mi do głowy wyłącznie imiona niesłyszane od lat. Patrząc jednak z boku, jej życia nie można było określić jako samotnego ani nieszczęśliwego – to chyba największy pożytek, jaki miała ze swojej urody. I właśnie dlatego usiłowałam nie widzieć, jak potwornie schudła, jak zgęstniały jej włosy na ciele, a przerzedziły się na głowie.
Dziewiątego dnia zrobiłam mamie makaron z ciepłym bulionem, grubym szczypiorem kujō-negi i mentaiko. Wróciłam nad ranem, byłam śpiąca, w dodatku miałam serdecznie dość tego, że nigdy nie potrafiła mi odpowiedzieć, co dałaby radę zjeść – więc wzięłam cienki pszenny sōmen, który zalegał mi w szafce od początku lata, i przygotowałam lunch bez pytania. Prowadzę taki styl życia, że makaron i garnek się u mnie znajdą, ale szczypior i mentaiko kupiłam specjalnie, kiedy mama się wprowadziła. Spróbowała, nie podnosząc małej czerwonej miski z niskiego stolika, który postawiłam jej przy futonie, i od razu powiedziała, że bardzo smaczne. Odłożyła pałeczki chwilę później, uniosła je do ust ze trzy albo cztery razy. Nie wyglądało, żeby makaronu w ogóle ubyło, a od początku miała go tylko odrobinę.
– Nawet takich pyszności już nie mogę…
Kiedy tak siedziała z przepraszającą miną w pościeli po drugiej stronie taniego stolika z sieciówki, nijak nie przywodziła na myśl kogoś u progu śmierci. Nie miała nawet bielizny pod lekko znoszoną, miękką piżamą z długim rękawem. Pewnie ze sklepiku szpitalnego. W swoim stanie nie miała siły iść nigdzie indziej, by kupić sobie ubranie, to zrozumiałe, ale sama nie wybrałaby piżamy w żółte kwiaty. Może poprosiła o pomoc jakąś znajomą, która przyszła w odwiedziny – tylko że ani razu nie widziałam, by ktoś do niej przychodził. Przypomniałam sobie wizje śmierci i żałoby, które wielokrotnie przywoływała w swoich wierszach, i też poczułam ciężar w żołądku.
– Trudno. Nie jedz na siłę.
Nie chciałam, ale moje słowa i tak zabrzmiały niepotrzebnie chłodno. Przez pożółkłe firanki wpadało słońce mocne jak latem, a pokryta wykładziną podłoga wyglądała, jakby zaraz miała zacząć skwierczeć. Nie mogłam już dłużej usiedzieć na brudnawej poduszce. Swoją porcję zostawiłam, za to czym prędzej wzięłam miskę i pałeczki mamy i ruszyłam do zlewu. W drugim pokoju stało łóżko, poza tym był pełen ubrań i torebek – tam mamy nie zakwaterowałam. Chciałabym, by moje życie z nią mieściło się całe w tym większym pomieszczeniu ze zlewem, drzwiami do łazienki i do toalety, nieoddzielone niczym od wejścia do mieszkania. Wiedziałam, że nie miałaby siły komentować, jak bardzo niegustowne są moje markowe torby i sukienki, lecz mimo wszystko nie chciałam, by je zobaczyła.
– Przepraszam – powiedziała.
Pewnie odebrała moje słowa i zachowanie, jakbym była zła, oziębła, zniecierpliwiona. Niedorzeczne, by mnie przepraszała za to, że nie może jeść. A jednak chciałam tego. Pragnęłam, by mnie przeprosiła, nieważne za co. Stałam wciąż przy zlewie, wolałam, żeby nie widziała mojej twarzy. Wylałam resztkę jedzenia i zaczęłam myć miskę. Czułam, że mama zbliża się powolnym, niepewnym krokiem. Czułam to, a jednak jej sylwetka, która rysowała się w matowej szybie okna przede mną, nie miała w sobie żadnej realności. Tylko do łazienki chodziła sama, choć ledwo, nawet zęby i twarz myła nad miską z wodą, którą przynosiłam jej do futonu.
Stanęła tuż za moimi plecami, raz jeszcze powiedziała „przepraszam” i pogładziła mnie z tyłu ramienia, tam, gdzie miałam tatuaż. Nie odwróciłam się, nadal szorowałam miskę, która nawet nie była brudna. Do przyjazdu mamy gąbka do naczyń leżała przy zlewie praktycznie nowa, rzadko jej używałam; w ciągu zaledwie tygodnia zdążyła się przebarwić, strona do szorowania była zmechacona. W Koreatown, po drugiej stronie alei, także za dnia panuje ruch, natomiast tutaj nawet latem życie budzi się dopiero, gdy zajdzie słońce. Teraz słyszałam tylko samochód z wyjątkowo głośnym silnikiem, który po chwili ucichł w oddali.
Tatuaż swędział po jej palcami.
Stanęła w pidżamie w kwiaty tak blisko, że prawie dotykała moich pleców.
– Mogłam cię chyba więcej nauczyć – powiedziała.
Odłożyłam żółtą gąbkę i przez chwilę tkwiłam tak, ściskając w lewej dłoni pokrytą pianą miskę. Mama była chorobliwie wychudzona, bałam się, że przewrócę ją ledwie poruszeniem ramion. Woda leniwie ciekła z lekko odkręconego kranu i uderzała o dno starego zlewu, wydając nieprzyjemny odgłos.
– Nie mam już czasu. Naprawdę. Choć czuję, że jest tyle rzeczy, których powinnam cię jeszcze nauczyć.
Mruknęłam pod nosem coś na kształt odpowiedzi, nieruchomiejąc na kilka sekund, po czym przesunęłam miskę pod kran i opłukałam ją z płynu do naczyń. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat, od kiedy wydostałam się z jej brzucha, z czego przez siedemnaście żyłyśmy tylko we dwie pod jednym dachem, a ona mówiła, jakby dostała za mało czasu, by mi coś przekazać – fakt, że te słowa wydobyły się z wnętrza piżamy w żółte kwiaty, rozdrażnił mnie jeszcze bardziej. Rzeczywiście, dopóki nie zyskałam pełnej kontroli nad swoim ciałem, mama nie czuła potrzeby tłumaczyć mi niczego przy pomocy słów. Nigdy nie wzięła ślubu. Należałam do niej całkowicie nawet po tym, jak wyszłam z niej na świat, co najmniej do momentu, gdy byłam w stanie sama zdobywać jedzenie.
20_25_Obdarowana_epub
Cover
