O czym nie mówimy - Slavenka Drakulić - ebook

O czym nie mówimy ebook

Drakulic Slavenka

0,0
29,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Każdy wie, że jest śmiertelny i że wraz z wiekiem traci siły, ale kto potrafi się z tym pogodzić? Nie lubimy rozmawiać ani myśleć o chorobie i śmierci, o stracie i porażce, o zdradzie, wstydzie, niepowodzeniu czy żałobie. W świecie zapatrzonym w młodość, gdzie sukces i pieniądze stały się najważniejszymi wyznacznikami ludzkiej wartości, nie ma miejsca na słabość. A przecież to ona najpełniej odsłania prawdę o człowieku.

 

W zbiorze opowiadań „O czym nie mówimy” Slavenka Drakulić z niezwykłą przenikliwością i odwagą wchodzi w przestrzeń tematów niewygodnych – tych, które słyszymy półgłosem w poczekalniach, w aptece, w tramwaju… i które nosimy w sobie. Pisze o ciałach, które przestają być posłuszne, o miłościach, które zamieniają się w milczącą niechęć, o samotności, która przychodzi niepostrzeżenie.

 

Bo są rzeczy, o których nie rozmawiamy. A może właśnie powinniśmy.

„Drakulić weszła w przestrzeń starości i śmierci i zanotowała wszystko, nie oszczędzając nam ani trochę bólu. Potrzeba ogromnej odwagi, by się tak nie oszukiwać. Potrzeba wybitnego pióra, by to tak zapisać. To mocna literatura, wybitna pisarka”

 

 

 

– Paulina Reiter, „Wysokie Obcasy”

 

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 169

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: O čemu ne govorimo

 

Copyright © Slavenka Drakulić and Fraktura, 2024

All rights are represented by Fraktura, Croatia

Copyright © for the Polish translation by Siniša Kasumović, 2026

Copyright © for the Polish edition by Biblioteka Analiz, 2026

 

Wydanie pierwsze

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

 

Redakcja i korekta: Dream Team

Projekt okładki: © Milica Radojević

Opracowanie graficzne i skład: TYPO 2 Jolanta Ugorowska

Warszawa, 2026

ISBN 978-83-974230-9-1

 

Wydanie tej książki zostało sfinansowane z dotacji Ministerstwa Kultury i Mediów Republiki Chorwacji.

Izdavanje ove knjige financirano je bespovratnim sredstvima Ministarstva kulture i medija Republike Hrvatske.

The publication of this book is supported by a grant from the Ministry of Culture and Media of the Republic of Croatia.

 

 

 

 

Wydawca:

Biblioteka Analiz

ul. Mazowiecka 6/8

00-048 Warszawa

tel. 22 828 36 31

ww.rynek-ksiazki.pl

Facebook.com/bibliotekaanaliz

Facebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Epubeum

Irenie Vrkljan

Strach dziecka przed wejściem do morza

Dziecko stoi w płyciźnie. Młoda kobieta trzyma je za rękę. Mocno.

Ostrożnie robi krok i się zatrzymuje.

Dziecko patrzy w wodę i ledwie widzi własne nogi w plastikowych sandałkach i obłe kamienie. Na głowie ma białą czapeczkę. Powietrze pachnie masłem kakaowym, którym mama przed chwilą posmarowała mu plecy. Delikatna skóra musi zostać porządnie zabezpieczona, żeby się nie spaliła. A jednocześnie dziecko powinno jak najdłużej przebywać na słońcu. „Dziecko jest anemiczne, chorowite, potrzebuje witaminy D – powiedziała lekarka. – A to dostanie na słońcu”. Codziennie więc chodzą na plażę, aż nastanie prawdziwe lato i upały staną się nie do wytrzymania.

Są sami. Kobieta rozkłada czerwony ręcznik. Położy się na nim, gdy dziecko zacznie łopatką kopać dołki w płyciźnie.

Dziecko się ekscytuje, gdy woda morska nagle wypełnia dołek.

– Patrz, patrz! – krzyczy wtedy.

I kopie kolejny dołek. Albo wyciąga kamyczki, sprawdza, czy są na nim czaszołki lub inne ślimaczki i z powrotem wrzuca je do wody.

Kobieta widzi, że trzyma kamień bardzo blisko swojej twarzy. Ale albo nie przywiązuje do tego większej wagi, albo uznaje to za dziecięcą ciekawość.

Kobieta robi kolejny krok, dwa kroki. Chce głębiej wejść do wody. Jednak dziecko waha się wejść tam, gdzie nie widać dna.

– Nie bój się!

– Nie boję się.

Ma trzy, może cztery lata. Nie może wyjaśnić, że to, co czuje, to nie jest strach. Nie boi się morza. Gdy kobieta zaczyna pływać z dzieckiem na plecach, ono wesoło się uśmiecha i ma frajdę.

– Jeszcze, jeszcze! – krzyczy.

Nie boi się nawet wtedy, gdy mama trzyma je za brzuszek, tak aby swobodnie machało rękami i nogami. Wtedy całkowicie poddaje się morzu.

Gdyby ktoś zapytał, odpowiedziałoby, że najchętniej skoczyłoby z molo, tak jak robią starsze dzieci, gdy po szkole schodzą na plażę. Że zatkałoby nos i skoczyło, zamiast wchodzić krok po kroku. Tyle że jeszcze mu nie wolno. Musi się nauczyć pływać.

Dlatego chętnie podejmuje naukę. Płycizna straszy, ale tylko dlatego, że dziecko nie widzi, gdzie postawi kolejny krok. Gdyby umiało wyrazić, co czuje, powiedziałoby mamie, że obraz przed oczami momentalnie mętnieje, gdy z pola widzenia znikają białe paski sandałków i kamyczki na dnie.

Stoi po pas w wodzie. Już nie jest na brzegu ani nie pływa w morzu. Jest gdzieś pomiędzy. Dostało gęsiej skórki, ale nie z zimna – delikatne fale przyjemnie obmywały jego ciało.

– Zimno ci? Chcesz, to wyjdziemy.

Dziecko kręci głową. Waha się, ogarnia je niepewność. Chciałoby wrócić i usiąść na brzegu. Ale wie też, że jeżeli nie odważy się zrobić kolejnego kroku, mama je wniesie do wody i razem będą pływać. Albo stanie przed nim i powie: „Rzuć się na wodę i płyń do mnie. O, złap mnie za rękę!”.

Robią tak każdego dnia, odkąd mama zdecydowała, że tego lata dziecko w końcu nauczy się pływać. Rzuci się i złapie mamę za rękę. A mama je pociągnie do głębszej wody, na wysokość swojej szyi, asekurując je, jak długo dziecko będzie uderzać nogami.

Mama każdego dnia trochę dalej odsuwa rękę. Jest pewna, że dziecko wkrótce opanuje sztukę pływania, dzieli go od tego tylko kilka kroków. Mama nie rozumie, dlaczego wciąż się nie może przełamać.

Gdyby mogło, powiedziałoby: „Mamo, boję się wchodzić dalej, bo nie widzę dobrze”. Ale jest za małe, żeby w ogóle zdawało sobie sprawę z tego, że nie widzi. Dla niego świat staje się widzialny tylko wtedy, gdy znajduje się blisko. Ślimaczki, trawę i dziurki na kamieniu morskim widzi dopiero wtedy, gdy je podniesie na wysokość oczu. W morzu jedynie wyczuwa ich kształt. Im dalej, tym świat staje się bardziej mętny, pokryty cienką warstwą mgły. Im dalej, tym gęstsza mgła.

Z morza nie widzi ręcznika na brzegu. Nie wie, czy to ręcznik, czy może sukienka mamy. Widzi tylko czerwoną plamę.

Gdy stoi w płyciźnie, a mama znajduje się na brzegu, nie widzi jej oczu. Żyje w rzeczywistości, w której ani ludzie, ani przedmioty nie mają wyraźnie zarysowanych brzegów. Nie wie, że może zapytać, czy inne dzieci też tak mają i czy one też muszą patrzeć pod nogi, żeby się nie przewrócić. Albo czy ich mamy też powtarzają: „Nie przewróć się! Uważaj, jak idziesz!”.

Nie wie, czy inne dzieci też z trudem rozpoznają twarze. I czy im też przedmioty wypadają z rąk. Albo czy nie mogą czegoś dosięgnąć, bo nie wiedzą, jak daleko dana rzecz się znajduje. Dlatego patrzą nieufnie.

Jeszcze nie wie, że takie dzieci – dzieci niedowidzące – można poznać po stale zmarszczonych czołach. To od wytężania wzroku. Cała twarz jest podporządkowana temu wysiłkowi, żeby dziecko mogło rozeznać, co się wokół dzieje. Bo gdy zmruży oczy, nieco lepiej widzi.

Dziecko przeżyje jeszcze cztery lata, zanim dostanie pierwsze okulary i odważy się patrzeć ludziom prosto w oczy. Zanim zacznie chodzić bez strachu, że się przewróci. Zanim świat stanie mu się bliższy. Tyle że wtedy będzie już za późno. Już odrobinę się oddali od reszty dzieci, stanie się inne, jakoś dziwnie zagubione.

Z tamtego czasu pochodzi moje zdjęcie zrobione w parku. Stoję na niskim murku, przytrzymuje mnie jakaś ręka spoza kadru. Patrzę w aparat, z głową lekko pochyloną, jakbym zaraz miała zacząć płakać albo jakbym właśnie skończyła płakać.

Nigdy nie zapomnę chwili, w której ojciec postawił mnie na murku. Spojrzałam za mur – dno niemal pionowej skarpy tonęło w zieleni. „Tam jest głęboka dziura… – szepnęłam ojcu na ucho. – Boję się, że wpadnę…”. Ale zostawił mnie na tym murze, jakby nie usłyszał.

Zaczęłam rozpaczliwie płakać. Mój płacz był wyrazem niewypowiedzianego strachu dziecka, które się boi, że się poślizgnie, wpadnie do dziury i zostanie przez nią połknięte. Ten dół wyglądał groźnie – jak paszcza ogromnego węża, który zjada dzieci.

Nawet gdy dzisiaj patrzę na to zdjęcie, zieleń na dnie wydaje się ciemna, a w żołądku węża – prawie czarna. Dlaczego musieli mi robić zdjęcie akurat na murze, za którym chował się wąż?

Za każdym razem, gdy natrafiałam na tę fotografię, męczył mnie mój dziwny wzrok wbity w aparat. Z jakiegoś powodu – wtedy jeszcze dla mnie niejasnego – czułam potrzebę wytłumaczenia sobie tego zdjęcia, zwłaszcza że obok moich nóg siedziała kuzynka w tym samym wieku, która z uśmiechem patrzyła prosto w aparat. Dlaczego ona się uśmiechała, a ja – nie? Nie tylko na tej, lecz także na innych fotografiach? Przykładowo – na tej, na której stoję z mamą, z ciocią i z siostrą cioteczną. Jest rok 1953. Mama i ciocia mają na sobie letnie sukienki przysłane przez kuzynów ze Stanów, ja z siostrą cioteczną jesteśmy ubrane w takie same sukienki, z tej samej paczki. Obie siedzimy. Ona jest uśmiechnięta, a ja mam wzrok skierowany do góry, co mojej twarzy nadaje zasępiony wygląd. Gdyby ktoś uważnie obejrzał te dwa zdjęcia, stwierdziłby, że z jedną z tych dziewczynek coś jest nie tak. Jak to możliwe, że zawsze wygląda na niezadowoloną? Dlaczego tak dziwnie patrzy, jakby… jakby nie widziała?

Mama nie podejrzewała, że coś jest nie tak, nawet wtedy, gdy na ulicy zatrzymała nas jej znajoma i zapytała mnie: „Dlaczego jesteś zła?”. Bo zmrużyłam oczy, żeby wyraźniej ją zobaczyć. Pochyliła się nade mną i złapała mnie za podbródek. Jeszcze mocniej zmrużyłam oczy. Patrzyła na mnie, tak mi się wydawało, jakby badała, czy zrobiłam coś złego. „A może przeszkadza ci słońce, dlatego mrużysz oczy?” Kiwnęłam głową, a mama się uśmiechnęła. „Mnie też się czasem wydaje, że jest zła, a ona tylko mruży oczy”. „Lepiej zaprowadź ją do lekarza” – powiedziała znajoma.

Pierwszy raz ktoś w ogóle zauważył mój nawyk mrużenia oczu.

Nie, moi rodzice nie zauważyli, że nie widzę wyraźnie. Nie przyszło im to do głowy. Nie mogli sobie wyobrazić kolejnej komplikacji u i tak już słabowitego dziecka. Miałam krzywicę i krztusiec, z powodu którego kasłałam całą drogę, gdy pociągiem jechałam z mamą nad morze. W naszym mieście wilgoć z rzeki wchodziła do moich płuc i je nadgryzała. Gdy wdychałam morskie powietrze, nie kasłałam i bez trudu zasypiałam. Taka chorowita, a teraz – na dodatek – ze słabym wzrokiem.

Podczas badania przed rozpoczęciem szkoły lekarz stwierdził, że mam krótkowzroczność. I dał mi skierowanie na okulary. „Jak to możliwe, że pani nic nie zauważyła?” – dziwił się lekarz. Mama prawie się obraziła. „Przecież nikt w naszej rodzinie nie nosi okularów” – wyjaśniła, jakby to była jakaś linia obrony.

Gdy po raz pierwszy założyłam okulary, nagle wszystko wokół stało się wyraźne. Drzewa miały liście zamiast zielonych plam, widziałam najdrobniejsze kwiaty, a żeby rozpoznać litery, nie musiałam wbijać nosa w książkę.

Potrzebowałam czasu, żeby się przyzwyczaić.

Nigdy jednak do końca mi się to nie udało.

Na pierwszym zdjęciu z okularami, tymi w przezroczystych oprawkach, bo innych nie było („na receptę”, jak się wtedy mówiło), mam siedem albo osiem lat i siedzę na trawie z dziećmi z sąsiedztwa. Mam jasne, równo przystrzyżone włosy. I kokardkę. Ale tym, co wyróżnia tę fotografię od pozostałych zdjęć z dzieciństwa, jest mój wzrok: patrzę prosto w aparat, jak inne dzieci obok mnie. Nie marszczę brwi. Oczy już nie muszą się wysilać. Bo teraz widzę. I na tym zdjęciu – zadziwiające – widać, że widzę. Nawet widać, że jestem świadoma tego, że widzę, bo jak inaczej wyjaśnić coś tak niezwykłego, tak dla mnie nietypowego: uśmiech! Malutki, ledwie widoczny. Ktoś inny go nie zauważy, nie wychwyci różnicy między tą twarzą a twarzami wcześniejszymi, nie odnotuje znaczenia tej zmiany. To właściwie jedyna fotografia, na której jestem w okularach. Jedyne uśmiechnięte zdjęcie z dzieciństwa.

Na następnym zdjęciu, zrobionym kilka lat później podczas szkolnej wycieczki, znowu widzę ten sam skupiony wzrok. To dlatego, że zdjęłam okulary i trzymam je w ręce. Jako jedyna w klasie noszę okulary, więc nie chcę mieć w nich zdjęcia. Okulary nie są mimo wszystko częścią mnie. Podobnie na zdjęciu zrobionym na statku – a wtedy miałam już piętnaście lat i nosiłam czarne oprawki: nie „na receptę”, z zaciemnionymi szkłami, które wyglądem nie różnią się od okularów przeciwsłonecznych. Zdjęłam okulary i zmarszczyłam twarz. Jakbym za późno dostała okulary, więc nawet po tylu latach wciąż się do nich nie przyzwyczaiłam. Okulary są jak proteza – w okularach widzisz lepiej, ale jednocześnie uświadamiają ci twój mankament.

Niepewność i brak zaufania do świata fizycznego znacznie wcześniej przejęły kontrolę nad moimi zmysłami. Nadal więc zakradałam się jak kot i ostrożnie dotykałam przedmiotów. Mimo że już nie musiałam. Ciało jednak się nauczyło, że otoczenie może w mgnieniu oka stać się zamglone. Że nie istnieje miejsce, w którym – nawet dzięki okularom – mogę z otwartymi oczami być bezpieczna.

Największym zagrożeniem była piłka. Podczas gdy inne dzieci rzucały ją sobie albo dobierały się do gry w siatkę lub w dwa ognie, ja na starcie byłam na straconej pozycji. Gdy piłka do mnie leciała, uciekałam przed nią lub się schylałam, żeby nade mną przeleciała. Złapać ją mogłam tylko przypadkowo. Później, w szkole, podczas lekcji WF-u musiałam zdjąć okulary, więc stałam się bezużyteczna. Tak powiedzieli w mojej grupie: bezużyteczna.

„Złap ją, złap!” – krzyczał ktoś. A ja, cała spocona z wysiłku, stałam z opuszczonymi rękami, w czarnych, krótkich spodenkach sportowych i w białej koszulce, jakie wszyscy nosiliśmy. Stałam i miałam nadzieję, że piłka nie uderzy mnie w głowę, jak to się raz stało. A jednak doleciała i uderzyła, ale tym razem w bok głowy.

Zatoczyłam się od tępego uderzenia. Okulary spadły i się rozbiły. Pamiętam, że przez tydzień czy dwa tygodnie, gdy czekałam na nowe, czułam się bardziej zagubiona niż wtedy, gdy byłam bardzo mała. Bo gdy byłam dzieckiem, nie wiedziałam, że nie widzę.

Nie byłam jedyną w rodzinie, która potrzebowała okularów. Zrozumiałam to wiele lat później, gdy natknęłam się na zdjęcie młodszego brata.

Miał nie więcej niż trzy lata – i ten sam wzrok skierowany do góry, i czoło zmarszczone z wysiłku, żeby cokolwiek zobaczyć. Wyglądał, jakby był zły. Może faktycznie był. Już chodziłam do szkoły, już nosiłam okulary, a rodzice nadal nie potrafili rozpoznać objawów krótkowzroczności u swojego drugiego dziecka. Brat, podobnie jak ja, dopiero w podstawówce dostał okulary.

Czy byli nieczuli, czy też nie uważali naszej krótkowzroczności za coś istotnego? No i wreszcie – czy tego rodzaju ślepota przenosi się z pokolenia na pokolenie? Bo ja też nie umiałam rozpoznać, że moje dziecko jest krótkowzroczne. Zrozumiałam to, gdy zabrałam się do porządkowania zdjęć.

Zamierzałam je ułożyć, wprowadzić porządek do tej sterty wspomnień. Bo w moim wieku należy to zrobić, ale zazwyczaj pozostaje to w sferze zamiarów. Człowieka ogarnia niemoc sprawcza przed ogromem zadań.

Natrafiłam na jedno małe zdjęcie. Leżało w pudełku, w którym zazwyczaj są trzymane takie pamiątki. Moja dziewczynka ma cztery lata. Stoimy obok siebie w jakimś ogrodzie czy w parku. Ze schyloną głową patrzy na aparat – z takim wzrokiem i z takim wyrazem twarzy, jakby się gniewała albo była zdziwiona. Gdy spojrzałam na tę fotografię, gdy ją wzięłam do ręki, miałam wrażenie, że wręczono mi akt oskarżenia. Jak to się stało, że powtórzyłam błąd rodziców? Że nie zauważyłam tego, co było takie oczywiste. Już dwie osoby w rodzinie nosiły okulary. Nie miałam żadnego usprawiedliwienia. Nie mogłam nie widzieć. Już nie miałam prawa nie widzieć. A jednak zignorowałam znaki. Co się takiego stało? Czy celowo odepchnęłam od siebie to, co powinno być oczywiste? Nie zdumiała mnie krótkowzroczność córki – zdumiało mnie, że wada tak wcześnie się pojawiła, a ja ten fakt odkryłam dekady później – i to na fotografii. Nie wtedy, gdy moją dziewczynkę zabierałam na plażę. Nie wtedy, gdy stała w płyciźnie. Nawet nie wtedy, gdy grała w piłkę. Nie zauważyłam tego dopóty, dopóki nie zaczęła kolorowych książeczek trzymać zbyt blisko oczu. Może to było tuż po zrobieniu tego zdjęcia, bo na pewno nie w czasie, kiedy dziecko próbowało opanować strach przed wejściem do morza…

Stałam i trzymałam w ręce tę fotografię, której z powodu łez nie widziałam wyraźnie.

 

Tego lata nauczyłam się wchodzić do morza: jeszcze na płyciźnie rzucałam się do wody i od razu pływałam. I chociaż wkrótce razem z innymi skakałam z molo, tak naprawdę nic się nie zmieniło – nie mogłam pływać w okularach, musiałam je zdjąć i zostawić na plaży, przez co ponownie stawałam się tamtym dzieckiem, które nie chce zrobić kolejnego kroku, bo nie widzi dna. Wysoka krótkowzroczność oznaczała, że gdy tylko zdejmę okulary, natychmiast zanurzę się w basenie mętnej wody. Zanim zrozumiałam, że to wszystko wina krótkowzroczności, moja dezorientacja stała się częścią mnie. A tego okulary nie mogły zmienić.

Musiałam się nauczyć żyć z lękiem krótkowzrocznego dziecka – nawet gdy zamiast okularów zaczęłam nosić szkła kontaktowe i gdy mogłam pływać w masce i w okularach do pływania. Ale dopiero gdy jako dojrzała kobieta zamówiłam korekcyjne okulary pływackie, zrozumiałam, co to znaczy pływać i normalnie widzieć. Wchodziłam do płytkiej wody, na tej samej plaży z dzieciństwa, i szłam, aż woda sięgnęła szyi. Bo już się nie zamartwiałam, czy przestanę widzieć dno. A potem pływałam, aż się zmęczyłam. Gdybym się odwróciła, mogłabym z daleka pomachać dziecku, które ciągle stało w płytkiej wodzie, niepewne i samotne.

O Autorce

Slavenka Drakulić (1949), chorwacka pisarka, dziennikarka i eseistka. Jest autorką książek publicystycznych i powieści. Publikowała m.in. w „The New York Times”, „The Nation”, „Guardian”, „La Stampa”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Politiken”. Pisze po chorwacku i po angielsku, jej książki zostały przetłumaczone na ponad piętnaście języków. W 2004 roku otrzymała nagrodę European Understanding, a w 2018 roku – nagrodę Best Project Book for Adaptation za książkę Niewidzialna kobieta i inne opowiadania. Mieszka w Zagrzebiu i Sztokholmie. Dotychczas po polsku ukazało się pięć jej książek: Oni nie skrzywdziliby nawet muchy. Zbrodniarze wojenni przed Trybunałem w Hadze (2006), Ciało z jej ciała. O banalności dobra (2008), Niewidzialna kobieta (2023), Dora i Minotaur. Moje życie z Picassem (2024), Bajki o komunizmie (2025).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Strach dziecka przed wejściem do morza

O Autorce

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page

Dedykacja