O czym marzą gwiazdy na niebie? - Fargetton Manon - ebook + książka

O czym marzą gwiazdy na niebie? ebook

Fargetton Manon

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem wydaje się, że każdy z nas jest samotną planetą, która zamiast przyciągać, odpycha pozostałe. A czasem jeden sms z nieznanego numeru wystarczy, by zmieniło się wszystko. Wibrująca od emocji, utkana z pięciu przeplatających się losów powieść o pragnieniu bliskości w świecie, w którym na różne sposoby odgradzamy się od siebie nazwajem.

Titouan ma szesnaście lat i właśnie postanowił, że już nigdy nie wyjdzie ze swojego pokoju. Alix marzy o szkole teatralnej – i o tym, żeby wyrwać się na wolność. Życie Luce straciło sens po śmierci ukochanego. Gabrielle boi się bliskości, a Armand nie potrafi zbliżyć się do osób, które kocha najbardziej. Pięć osób w różnym wieku, które jeszcze nie wiedzą, że ich losy w dziwny sposób się splotą. „Zdarzają się nieprawdopodobne spotkania mogące wywrócić czyjeś życie do góry nogami. Przypadek, szczęście, omen, układ planet… Nazywaj to, jak chcesz. Ja nazywam to magią”.

Francuska pisarka Manon Fargetton mistrzowsko buduje zróżnicowane postacie, tworząc trzymającą w napięciu opowieść o samotności i tęsknocie za bliskością, która czasem jest na wyciągnięcie ręki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 326

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Chłopcu, który kiedyś na spotkaniu z młodzieżą wyznał mi, że jego pasja to klocki Lego i że interesuje się nimi chyba już tylko on w całej szkole. Nie pamiętam, jak ci na imię. Ale pamiętam, jaką minę zrobiłeś, kiedy powiedziałam, że znam dorosłych, którzy przeznaczyli całą piwnicę na swoją pasję – taką samą jak twoja oczywiście.

Dla Louanne, której energia, wygląd i taneczny chód baletnicy pomogły mi stworzyć postać Lili.

Pozwólmy się kochać, jak mruży się oczy w słońcu.

Balmino, Si vous saviez

Kurtyna w górę

Świat jest mały.

Malutki.

Prawie sto lat temu pewien węgierski pisarz w jednym ze swoich opowiadań przedstawił hipotezę, w myśl której jedna osoba może być powiązana z każdą inną na świecie za pośrednictwem łańcuszka sześciorga znajomych. „Teoria sześciu stopni oddalenia” – tak to nazwał. A teraz wyobraź sobie, no już, wyobraź sobie na chwilę, że trzymasz za rękę jakiegoś swojego bliższego albo i dalszego znajomego, a ten ktoś trzyma za rękę kogoś, kogo w ogóle nie znasz, i tak dalej, aż w łańcuszku znajdzie się sześć osób. Poczynając od ciebie, można w ten sposób połączyć całą ludzkość. Nieważne, gdzie się człowiek urodził, nieważne, jaki zawód wykonuje, nieważne są jego marzenia, lęki, wyobrażenia, nieważne, czy przez całe życie ani razu nie opuścił rodzinnej miejscowości, czy też przemierzył cały glob – każdy z nas za pośrednictwem sześciorga znajomych może się połączyć z każdym na świecie.

Oczywiście ten węgierski pisarz – Frigyes Karinthy, skoro już chcesz wszystko wiedzieć – w roku 1929 nie miał możliwości technicznych, aby udowodnić swoją teorię. A w ogóle nie jestem pewien, czy go to interesowało. Był poetą, jak ja, a poeci często wolą zmienny labirynt marzeń od ścisłości danych.

Rzecz w tym, że tymczasem pojawił się internet z licznymi sieciami społecznościowymi. I odtąd powiązania między ludźmi, wszystko, co nas łączy i dzieli, stało się wymierne. Mimo że wiele osób nie ma dostępu do internetu, wygląda na to, że sieć, którą razem tworzymy na powierzchni Ziemi, jest jeszcze gęstsza od tej, którą wymyślił drogi Frigyes. Trzy do pięciu osób wystarczyłoby, aby nas połączyć z najdalszym z nieznajomych. Dobre, co?

Poza tym czasami powstają nowe połączenia, które nagle skracają łańcuchy znajomości, omijając ogniwa pośrednie. Zdarzają się nieprawdopodobne spotkania mogące wywrócić czyjeś życie do góry nogami. Przypadek, zrządzenie losu, splot wydarzeń, szczęście, omen, pętla czasowa, układ planet... Nazywaj to, jak chcesz.

Ja nazywam to magią.

A kiedy ty również poznasz tę historię, kiedy ci opowiem, co oni przeżyli, być może zgodzisz się ze mną.

Światła się zapalają.

Akt I

Titouan

– Góra! – krzyczy Lix.

Titouan się odwraca, celuje do dziewczyny na balkonie domu, odpala salwę.

– Trafiona.

Czołga się, dobija ją z bliska. Lix już się oddala od budynków mieszkalnych. Titouan skacze i rusza za nim, czujnie się rozglądając. Zbiegają po nachylonej łące, mijają opuszczoną chatę.

– Przód!

Sypią się pociski. Titouan zauważa dwóch uzbrojonych ludzi i w tej chwili pada za chatą trafiony. Podnosi się jednak i wali do jednego z wrogów, póki tamten nie osunie się na ziemię. Titouan zabiera jego sprzęt, podnosi karabin o wiele skuteczniejszy od swojej broni. Lix czeka na niego, muskularny kolos, którego wygląd kłóci się z jasnym głosem. On także zamienił broń na zdobyczną. Biegną dalej razem, okrążają ogromny głaz.

– Są na wprost, na wzgórzu – ostrzega Lix.

Kryją się za drzewem, na gwałt budują prymitywną palisadę. Tuż przed nią wybucha granat. Titouan sięga po karabin snajperski, robi krok poza osłonę, celuje przez lunetę. Gościu na wzgórzu strzela w tej samej chwili co on.

– Kurde! Załatwił mnie!

– Już cię ożywiam!

– Uwaga na snajpera.

Titouan się podnosi. Ich palisada jest w połowie zniszczona. Za nimi pojawiają się dwie dziewczyny. Titouan i Lix odwracają się, strzelają do nich.

Obraz wyspy znika z ekranu Titouana.

– Kuźwa! – mamrocze Lix w słuchawkach. – Daliśmy ciała!

Titouan się uśmiecha. Nigdy nie spotkał Lixa w realu. Wie o nim tyle, że są mniej więcej w jednym wieku, obaj mieszkają w Bretanii, Lix występuje w teatrze i mieszka tylko z ojcem. Ale ponieważ grają razem online, odnosi wrażenie, że dobrze go zna, bo codziennie rozmawiają. No i jest też to wszystko, co można wyczuć między słowami. Ton głosu, westchnienia, które mu się wyrywają, okrzyki radości, gdy udaje im się wygrać, dziwne przekleństwa, gdy przegrywają... Kiedy Lix wchodzi do sieci, Titouan po pierwszych jego słowach zgaduje, w jakim jest nastroju.

– Gramy dalej? – proponuje.

– Nie mogę. Muszę jeszcze powtórzyć histę.

– E tam, masz łeb, dasz radę...

– Nie, powaga – zapiera się Lix. – Jutro ciężki dzień. Koniec na dziś.

– Mięczak!

– Niektórym to dobrze!

– Jak komu... Narka, stary.

– Trzym się.

Rozłączają się. Titouan zdejmuje słuchawki, wyłącza komputer. Przez chwilę wsłuchuje się w znajome odgłosy domu – w muzykę elektroniczną dobiegającą z pokoju starszego brata po drugiej stronie korytarza, w podskakiwanie młodszej siostry za ścianą, w grające na dole radio, w przerywany warkot miksera. Potem odrzuca kołdrę, zgarnia klocki Lego rozrzucone na podłodze i wraca do wznoszenia drzewa, które stoi w nogach łóżka.

W skupieniu rozbudowuje gałąź, dbając o utrzymanie całości w równowadze. Całe drzewo Titouan widzi już w głowie. W lego właśnie to mu się podoba. Wyrzucanie z siebie obrazów, tworzenie świata z kawałeczków plastiku, które można dowolnie sczepiać i z których w jego rękach powstaje coś wyjątkowego. Na półkach w pokoju Titouana stoi pełno dziwnych postaci i różnych przedmiotów wzorowanych na grze, w którą codziennie gra z Lixem. Za jakiś czas zburzy te figurki i z klocków powstanie coś nowego. Chłopaki w liceum już dawno odstawili lego. Ci, którzy tak jak on namiętnie budowali z klocków, przerzucili się na Minecrafta. On nie.

– Chodźcie jeść! – krzyczy z dołu jego matka.

Titouan nie rusza się z miejsca. Nadal buduje, wykazując się nieskończoną cierpliwością.

Zza drzewa dobiega drapanie jak mysim pazurkiem. Między gałęziami Titouan widzi Lilę – długie kosmyki prawie białych włosów, obcisła niebieska koszulka, legginsy.

– Idziesz? – pyta go siostra cieniutkim głosikiem.

– Dobrze wiesz, że nie, kotku.

Lila przełyka ślinę. Kiwa głową.

– Znowu będzie niefajnie przy stole – szepcze jakby z wyrzutem.

Jej pełna wdzięku postać niknie w ciemnym korytarzu. Upływa parę minut, po czym Eliott też wychodzi ze swojego pokoju. Zauważa Titouana w szparze uchylonych drzwi.

– Przeginasz! – warczy krótko i zbiega na dół z tupotem godnym diplodoka.

Na dole zaczyna się dyskusja. Z każdym zdaniem głośniejsza.

– Titouan, chodź jeść! – krzyczy ojciec.

Niedługo na schodach rozlegają się kroki. Drzwi otwierają się z rozmachem.

– Dość tego, Titouan, przestań się wygłupiać i chodź jeść.

– Nie.

– Wolne się skończyło, jutro masz szkołę. Będziesz musiał stąd wyjść.

– Już powiedziałem, że nie idę.

– Nie zachowuj się, jakbyś miał wybór. Z tego, co wiem, jesteś nieletni, a ja jestem twoim ojcem. Jutro idziesz do szkoły.

Titouan nie odpowiada. Obserwuje ojca pomiędzy gałęziami z klocków Lego. Trochę mu go żal, jest taki czerwony i spięty, sili się na surowość. Przychodzi też mama. Kładzie dłoń na ramieniu męża, żeby go uspokoić, coś mu szepcze do ucha. Ojciec zwiesza ramiona.

– Tu nie chodzi o was – powtarza Titouan po raz enty.

W ciągu ostatnich trzech dni rodzice próbowali wszystkiego: były długie poważne rozmowy, pogróżki, obawy o jego zdrowie...

Titouan jednak przed niczym się nie ugnie.

Podjął decyzję.

Już nigdy nie wyjdzie z tego pokoju.

.

Luce

Leżąc w pościeli, Luce wpatruje się w podświetlane cyfry budzika.

Pokazują 7.59.

Od godziny obserwuje upływające minuty. Nie chce wstać za wcześnie, bo wtedy dzień będzie jeszcze dłuższy. Najgorsze jest popołudnie. Kiedy Luce zrobi zakupy, zje drugie śniadanie, umyje talerz, wytrze go i wstawi do szafki, zostaje sama w ciszy zbyt wielkiego domu. Nie ma na nic siły. Nawet otwarcie książki przerasta jej możliwości. Czasami włącza telewizor, słucha zgiełku świata. Ale to tylko zgiełk właśnie. Puste słowa, na które nie można odpowiedzieć. Szybko ją to nuży.

Na budziku 8.00.

Luce odrzuca kołdrę, podnosi głowę – podpiera się na łokciu, krzywi, zmusza, by usiąść. Stopami znajduje pantofle na dywanie. Wsłuchuje się w swoje zmęczone ciało, sprawdza, jakie dolegliwości będą jej towarzyszyły do samego wieczora. W końcu wstaje i idzie do łazienki.

Zatrzymuje się między beżową umywalką a toaletą w tym samym kolorze, spogląda na prysznic. Zbiera się na odwagę. Nie ma jej wiele, dlatego zajmuje to chwilę.

Ostrożnie ściąga przez głowę koszulę nocną, zsuwa majtki, jedno i drugie wiesza za drzwiami. Patrzy na swoje zamazane odbicie w lustrze, domyśla się zmarszczek, sterczących kości i zwiotczałych mięśni. Zawsze ją zaskakuje własny wizerunek. W głowie utrwalił się jej wygląd pięćdziesięciolatki. A ciało oczywiście starzało się nadal. I z czasem to, co widzi w lustrze, zupełnie się rozjechało z jej wyobrażeniem siebie.

Strumień ciepłej wody masuje jej barki, rozgrzewa skórę, rozluźnia to, co zesztywniało. Luce siada na plastikowym stołku, namydla się. Automatycznymi ruchami. Tylu miejsc nie potrafi już dosięgnąć. Tyle miejsc od niepamiętnych czasów nie zaznało dotyku, nawet jej rąk. Tyle miejsc jest już martwych.

Luce spuszcza wzrok. W brodziku przybywa brudnej wody. Odpływ się rozleniwił, trzeba by go przetkać, ale tego rodzaju problemy zawsze załatwiał Lucien. Luce rezygnuje na samą myśl, że miałaby uklęknąć.

Wychodzi spod prysznica, owija się sfatygowanym szlafrokiem.

Na stojaku wisi drugi szlafrok, w szaro-zielone paski. Luce muska go dłonią. Dotąd nie potrafiła go stąd wynieść. Pozbyła się wszystkiego innego: ubrań z komody, niepotrzebnych papierów, sprzętu komputerowego, golarek i kosmetyków. A ten szlafrok został. Luce nie wie, czemu nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby nie wisieć przy grzejniku.

Po powrocie do mrocznej sypialni uświadamia sobie nagle, że jest poniedziałek.

Ten poniedziałek.

Porusza ją to do żywego, wstrząsa nią dogłębnie i łzy jej napływają do oczu, mocno palą. Znowu musi usiąść, odzyskać oddech.

Dziś mijają dwa lata, odkąd Luce straciła Luciena.

.

Armand

Armand nalewa sok pomarańczowy do szklanki, stawia ją na stole obok tostów posmarowanych masłem i miodem. W drzwiach kuchni pojawia się jego córka w wymiętym tiszercie i kraciastych spodniach od piżamy, z rozczochranymi włosami do ramion.

– Dobrze spałaś, żabciu?

W odpowiedzi słyszy niewyraźne mruknięcie, Alix na stojąco zaczyna chrupać tosta. Z nabrzmiałych jeszcze powiek odpływają opary snu.

– Tatuś, od ponad dziesięciu lat sama potrafię sobie naszykować śniadanie.

– Mam nadzieję! Ale mnie to sprawia przyjemność.

Alix wznosi oczy do nieba, bierze drugiego tosta.

– Usiądź choć na chwilę – namawia Armand.

– Nie mam czasu.

– Wiecznie się spieszysz...

Ojciec i córka wymieniają uśmiechy. Armand podchodzi do tostera.

– Chcesz jeszcze?

– Nie, wystarczy. Dzięki.

Alix duszkiem wypija sok pomarańczowy i biegnie się ubrać. Armand kończy swoją kawę, przechodzi do salonu, przegląda nuty, które poprzedniego dnia przyszły pocztą. Koncert skrzypcowy nr 1 g-moll Maxa Brucha i jego Fantazja szkocka. Już je ma – Bruch to jeden z jego ulubionych kompozytorów – ale to stare wydanie, za które słono zapłacił amerykańskiemu kolekcjonerowi. Przerzuca kartki. Melodia rozbrzmiewa mu w głowie, palce bezwiednie biegają po wyimaginowanych strunach. Armand rozciąga usta w uśmiechu satysfakcji. To jego jedyna namiętność. Oprócz instrumentu i nut liczy się jeszcze tylko Alix. Reszta nie ma większego znaczenia.

– Lecę!

Alix w przedpokoju zakłada plecak na ramię, otwiera drzwi. Armand jednym rzutem oka ocenia, czy córka nie zmarznie. Chociaż na ulicy świeci jasne słońce, wciąż jest wczesna wiosna.

– Masz jeszcze pieniądze na karcie?

– Tak, tak.

Alix w przelocie cmoka go w policzek. Armand przytrzymuje ją za rękę.

– Pamiętasz, jak kazałaś mi całować Plusię, zanim cię odprowadziłem do przedszkola?

– Tatuś, miałam pięć lat.

Dziewczyna obraca się na pięcie, kolorowe kolczyki rozbłyskują w promieniu słońca.

– Lubiłem to – mruczy Armand do siebie.

Patrzy za córką idącą do szkoły w rytm muzyki, która gra jej w słuchawkach. Kiedy Alix znika za rogiem, Armand spogląda na zegarek. Pierwsze zajęcia zaczynają się za dwie godziny. Akurat będzie miał czas, żeby przygotować lunch dla siebie, kolację dla Alix i dotrzeć do konserwatorium.

.

Alix

Podręcznik do historii i inne książki zawalają stół w czytelni. Alix odpuszcza sobie drugie śniadanie, co często jej się zdarza, kiedy zaraz po południu ma jakąś powtórkę. Ojciec by ją skrzyczał, gdyby o tym wiedział. Nie, nie skrzyczałby. Zmarszczyłby czoło zmartwiony. Zadawałby jej pytania z pozornym spokojem, który jak parawan zasłaniałby jego wewnętrzną panikę. A przecież to nic takiego, wszyscy w szkole tak robią. Przynajmniej wszystkie dziewczyny. Przecież ciało nie goni resztkami, zawsze ma jakieś rezerwy.

A w ogóle to schrzaniła sprawę, bo wczoraj wieczór pękła i weszła do sieci, żeby pograć z Titouanem. To oczyściło jej umysł, który jednak nie przyswoił żadnej wiedzy...

– Mogę się dosiąść? Wszystko zajęte.

Włosy w kolorze electric blue, jasna karnacja, ażurowe rajstopy, czarna miniówa. Philippine, koleżanka z klasy. Nie są przyjaciółkami. Alix nigdy nie była dobra w zawieraniu przyjaźni, jakby wszyscy znali na to przepis oprócz niej. W życiu by jej nie przyszło do głowy, żeby gadać z Philippine o sprawach osobistych. Ale dobrze im się pracuje razem, często pracują w parze, a na przerwach siedzą na korytarzu pod salą, w której mają być następne zajęcia. Alix odgruzowuje kawałek stołu i wraca do powtarzania.

W tym zawsze jest dobra. Nie robi ściąg ani nic z tych rzeczy. Nie potrzebuje. Wystarczy uważnie słuchać nauczycieli i można zgadnąć, co ich zdaniem jest ważne. I tego trzeba się nauczyć. Zawsze też przygotowuje sobie dwa, trzy tematy-wytrychy, z których wyciągnie, ile się da, jakiekolwiek padnie pytanie. I załatwione.

Maturą nie bardzo się przejmuje. Zda. Nie ma wyboru. Bo to czarodziejska brama, za którą wreszcie zacznie się jej życie.

Paryż. Teatr.

Na samą myśl o tym serce jej szybciej bije. Długopis biegnie po kartce w kratkę. Alix się nie zastanawia, zdania płyną jedno za drugim. Jasny umysł przelewa na papier kolejne słowa rozdzielane przecinkami i kropkami.

Uchwyć się marzeń i przyj do przodu. Nie odpuszczaj. Tysiąc razy wejdź na górę, jeśli trzeba, bo masz pewność, że musisz przejść na zbocze po drugiej stronie. Może to będzie druga strona po drugiej stronie drugiej góry, która jest za pierwszą. Nieważne. Nie odpuszczaj, tam właśnie wyrastają marzenia, na linii horyzontu. Boisz się? No to krzycz, wrzeszcz, wydzieraj się wniebogłosy. Idź szukać tego haustu powietrza, którego ci brakuje. Czujesz? Czujesz ten ogień, który cię trawi, który płynie ci w żyłach? Tę energię, która tli się w tobie, tę niecierpliwość w każdym geście? Jasne, że czujesz. Zaakceptuj ten ogień. Zrób z niego swoją siłę napędową.

Alix czyta, co napisała. Podoba się jej. Wsuwa kartkę pod podręcznik, zanim Philippine ją zauważy.

Takich zapisków ma setki. Zawsze je robiła, nigdy nikomu ich nie pokazywała.

Próbuje wrócić do powtarzania materiału z historii. Myśli jej uciekają do wieczornych zajęć teatralnych. Pod koniec czerwca odbędzie się premiera przedstawienia, nad którym pracują od listopada. To Wiśniowy sad Czechowa. Historia majątku zlicytowanego, aby pokryć długi, i rosyjskiej rodziny, która musi opuścić posiadłość. Alix gra Anię, jedną z córek. Autor chciał napisać farsę, tyle że przesadził i wyszło mu raczej na smutno. Ale co tam, mamy przecież ubaw ze smętnych klaunów...

Przede wszystkim jednak Alix przygotowuje się do przesłuchania w szkole teatralnej w Paryżu, w której chciałaby zacząć naukę od przyszłego roku. Jeśli polegnie, spróbuje gdzie indziej we wrześniu. Tyle że chciałaby się dostać właśnie do tej szkoły. Opinie o niej są super. No i w ostatnie wakacje była na warsztatach, które prowadziła profesorka stamtąd, i było genialnie! Miała wrażenie, jakby odkryła nowy wymiar. Jakby jej świat się powiększył.

Od kilku miesięcy pracuje nad scenami na przesłuchanie. Musi też wymyślić prezentację, w której pokaże siebie. Ten występ może przybrać dowolną formę. Śpiew, taniec, muzyka, malowanie na żywo, pantomima, marionetki... Musi to być coś osobistego. Gabrielle, z którą Alix od czterech lat ma zajęcia teatralne, mówi, że to sposób, aby się przedstawić komisji. Aby powiedzieć: „Proszę, taka jestem”. Alix ma jeszcze dwa miesiące, żeby wymyślić i przygotować występ. A im dłużej się nad tym zastanawia, tym mniej wie, co wybierze. Nie ma pomysłu. Czyli można przyjąć, że zaczyna pękać.

Wyjmuje tekst, który przed chwilą napisała. W sumie czemu nie to?

Nie.

Za mało... za mało.

Ona chce czegoś mocnego. Niezapomnianego.

„Sposób, żeby się przedstawić komisji”.

Kim jestem? Kim naprawdę jestem?

Dzwonek wyrywa ją z zamyślenia. Jeszcze tylko godzinka i klasówka. Odpędza marzenia o teatrze i skupia się na wojnie algierskiej.

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Akt II

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Akt III

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Akt IV

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Akt V

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Zanim się rozejdziecie...

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Kurtyna

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Podziękowania

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.

Polecamy także

Ellen Strömberg

„My tylko przejazdem”

przekład: Agata Teperek

Gdy masz 15 lat i mieszkasz w małym miasteczku, po głowie chodzi ci jedno: co zrobić, żeby wreszcie coś zaczęło się dziać? A gdyby tak zakochać się w super chłopakach i wyjechać z nimi do Nowego Jorku? Manda i Malin mają świetny plan – teraz pozostaje działać!

Nieśmiała Manda i przebojowa Malin chodzą razem do ostatniej klasy podstawówki w małym fińskim miasteczku. Wszyscy się tu znają, nie ma dokąd pójść i zakochać się też nie ma w kim, bo wokół tylko nudni kumple ze szkoły. Ale nagle pojawia się John: tajemniczy, przystojny starszy chłopak, który gra w kapeli punkowej. A na dodatek ma superfajnego kolegę, prawdziwego punka! Manda i Malin układają genialny plan: wkręcą się na imprezę, a potem oczarują chłopaków swoim niepowtarzalnym urokiem. To po prostu musi się udać!

Ellen Stromberg z przenikliwością i czułością opisuje wielkie marzenia, wątpliwości i rozczarowania bohaterek wkraczających w przełomowy okres dojrzewania: czas eksperymentów, gwałtownych emocji i próbowania różnych rzeczy po raz pierwszy. „My tylko przejazdem” to pełna humoru i trafnych spostrzeżeń opowieść o tęsknocie za wielkimi uczuciami, a także o dziewczyńskiej przyjaźni i o siostrzeństwie, które okazują się największym wsparciem wśród zawirowań i pułapek dorastania.

„Autorka z wielką wrażliwością i wnikliwością opisuje przełom, jakim jest dojrzewanie, kiedy fantazje o tym, kim chce się być, nagle zderzają się z rzeczywistością, przyjaźnie są wystawiane na próbę, a pierwsza miłość wydaje się zarazem pociągająca i przerażająca. Ellen Strömberg podchodzi do swoich czytelników i bohaterów z ogromnym szacunkiem i udaje jej się tchnąć nowe życie w najbardziej klasyczny motyw w literaturze młodzieżowej”.Z werdyktu jury nagrody August Prize

„Przekonująca powieść dla młodzieży o przyjaźni, dorastaniu i ogromnym apetycie na życie. Autorka z precyzją i humorem opisuje życie nastolatków w anonimowym małym miasteczku, z których dwie główne bohaterki bardzo chciałyby się wyrwać. Książka o tym, jak to jest bardzo czegoś pragnąć, chociaż jeszcze nie wie się dokładnie, czego właściwie się pragnie”.Z werdyktu nagrody Finlandia Prize

.

Sarah Crossan

„Kończy się czas”

przekład: Małgorzata Glasenapp

Wzruszająca opowieść o braterstwie i wstrząsający głos przeciwko karze śmierci. Najbardziej zaangażowana poetycka powieść Sarah Crossan, bestsellerowej autorki książek dla młodzieży i prawdziwej mistrzyni pisania o emocjach.

– Co myślą?

– Że zrobiłem komuś krzywdę.

Ale to nieprawda. Słyszysz?

– Tak.

– Serio. Słyszysz?

Bo ludzie będą ci mówić

różne głupoty.

Musisz wiedzieć, jak było naprawdę.

Joe i Ed są braćmi, ale nie widzieli się od dziesięciu lat. Od kiedy Ed uciekł z domu, ciotka pilnowała, żeby nie mieli kontaktu. Dla dobra Joe, tak mówiła. Żeby też nie zszedł na złą drogę, jak jego starszy brat. Ale teraz przychodzi wiadomość, która wszystko zmienia – Edowi wyznaczono datę. Datę egzekucji.

Siedemnastoletni Joe rusza do Teksasu, żeby odwiedzić brata w więzieniu. Nie zostało wiele czasu – na odwołania i wnioski, na rozmowy… i na to, żeby się pożegnać. Ale ten czas wystarczy, żeby Joe stał się dorosły, nauczył się wybaczać – i kochać. „Kończy się czas”, kolejna książka wybitnej irlandzkiej autorki pisanych białym wierszem powieści dla młodzieży, to poruszająca powieść o dojrzewaniu, winie i karze, stawiająca ważne pytania o to, czym jest sprawiedliwość.

Zdobyła nagrodę jury młodzieżowego najważniejszej niemieckiej nagrody w dziedzinie literatury dla młodych czytelników – Deutscher Jugendliteraturpreis 2020, była nominowana do Costa Children’s Book Award, the CBI Book of the Year Award, YA Book Prize, CLiPPA Award, oraz Irish Book Award i została przetłumaczona na jedenaście języków.

Porażająca książka… Każdy, kto ma serce, wypłacze morze łez. „Sunday Times Book of the Week”

Wybitna i odważna. „Irish Examiner”

Lektura, od której nie można się oderwać. „The Times”

Sarah Crossan kolejny raz udowadnia, że jest mistrzynią tworzenia wielkich opowieści za pomocą niewielu słów. „Die Zeit”

.

Mel Darbon

„Jestem Rose”

przekład: Katarzyna Makaruk

Rose bardzo kocha swojego chłopaka Jacka. Gdy nagle zostają rozdzieleni, ucieka z domu, żeby go odzyskać. Ale czy szesnastolatka z zespołem Downa da sobie radę całkiem sama? Pełna emocji współczesna powieść dla każdego, kto choć raz w życiu czuł, że ma przeciwko sobie cały świat.

Rose kocha swoich rodziców i psa, lubi szkołę i pracę w sklepie, ale najbardziej lubi być z Jackiem. Gdy są razem, czuje się silna i piękna, a świat wokół nich nabiera bajkowych kolorów. Ale Jack, przy Rose łagodny i wrażliwy, miewa problemy z kontrolowaniem złości. Gdy po gwałtownym wybuchu zostaje umieszczony w placówce w innym mieście, Rose jest zrozpaczona. Postanawia jednak się nie poddawać, choć ucieczka z domu i podróż do ukochanego oznacza niełatwą wyprawę przez labirynt obcych dworców i ulic.

„Jestem Rose” to historia opowiadana z wyjątkowej perspektywy nastolatki z zespołem Downa. Jej narratorka jest postacią silną, barwną i o ujmującej osobowości, która na co dzień musi walczyć o prawo do własnych decyzji i zmagać się z uprzedzeniami. W jej pełnym determinacji dążeniu do odzyskania ukochanego odnajdzie się każdy, kto musiał walczyć o prawo do decydowania o swoim życiu.

Poruszająca debiutancka powieść brytyjskiej autorki Mel Darbon zdobyła 22 nagrody i nominacje, między innymi do Carnegie Medal, oraz znalazła się na Honorowej Liście IBBY, na którą wpisywane są najlepsze książki dla dzieci i młodzieży z całego świata. Dotychczas przetłumaczono ją na 6 języków.

.

Mette Eike Neerlin

„Koń, koń, tygrys, tygrys”

przekład: Edyta Stępkowska

Honey kupuje tort zamiast chleba, niespodziewanie dołącza do kursu chińskiego oraz nawiązuje dziwną znajomość, bo… nie potrafi nikomu odmówić. Pełna humoru powieść dla młodzieży o tym, jak trudno jest być po prostu sobą.

Piętnastoletnia Honey najbardziej chciałaby być „taka jak wszyscy”. Ale co z tego, skoro urodziła się z zajęczą wargą, uważa się za brzydką i zupełnie nieciekawą, a jej niezamożna rodzina składa się z niepełnosprawnej intelektualnie starszej siostry, zabieganej mamy oraz taty, który mieszka osobno i wiecznie nie ma pieniędzy. Honey dobrze radzi sobie z codziennym chaosem: gotowaniem, zakupami, opieką nad Mikalą. W szkole też udaje jej się być w dobrych relacjach ze wszystkimi. Ale ma jeden problem: notorycznie kłamie, pakując się przez to w najdziwniejsze sytuacje. Pewnego dnia właśnie dlatego wsiada w niewłaściwy autobus – i ta podróż przewraca jej życie do góry nogami.

„Koń, koń, tygrys, tygrys” to wzruszająca i zabawna historia nieco ekscentrycznej nastolatki, która nie chce uwierzyć, że może być dla kogoś ważna – i że nie musi niczego udawać.

Powieść zdobyła duńską nagrodę ministra kultury dla książki dziecięcej oraz nagrodę Skriverprisen, była także nominowana do prestiżowej Deutscher Jugendliteraturpreis. Dotychczas została przetłumaczona na cztery języki.

Wciągająca powieść o dojrzewaniu, która pozostawia czytelnika z poczuciem, że mimo wszelkich trudności i marnych szans życie nie jest jednak takie złe. „Süddeutsche Zeitung”

Pełna wdzięku i humoru opowieść o sprawach wielkich i poważnych, jak życie, śmierć, kłamstwo i nie do końca przystosowani rodzice. „Berlingske”

Tytuł oryginału: À quoi rêvent les étoiles

© Copyright by Éditions Gallimard Jeunesse, 2020. © Copyright for the Polish translation by Bożena Sęk, 2024.

W tekście wykorzystano fragmenty Przy drzwiach zamkniętych Jeana Paula Sartre’a w przekładzie Jana Kotta.

ISBN 978-83-8150-736-3

Wydanie I

wydawnictwodwiesiostry.pl

redakcja: Berenika Wilczyńska, Dominika Cieśla-Szymańska

korekta: Jolanta Gomółka

projekt okładki: Zosia Frankowska

skład: Piotr Bałdyga

Ta książka jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki

Wydawnictwo Dwie Siostry sp. z o.o. ul. Stefana Jaracza 2 00-378 Warszawa

Biblioteki, szkoły, przedszkola, księgarnie i inne instytucje zainteresowane ofertą specjalną zachęcamy do kontaktu z działem handlowym ([email protected], +48 577 888 278).

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Przypisy

.

Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.