Notatnik - Szmul Rozensztajn, Monika Polit - ebook + książka
21,35 zł

lub
Opis

 

Szmul Rozensztajn prowadził swój „Notatnik” od 20 lutego 1941 do 7 kwietnia 1942 roku. Jako bliski współpracownik Przełożonego Starszeństwa Żydów w Łodzi Chaima Rumkowskiego opisywał w nim dzień powszedni swojego przełożonego, jego prace, obowiązki oraz spotkania. Przytaczał również mowy wygłaszane przez Rumkowskiego do mieszkańców getta. Tekst Notatnika pozbawiony jest właściwie osobistych komentarzy autora. Narracyjne „ja” pojawia się w nim ledwo kilka razy i tylko w kontekście uwag uściślających, takich jak: „Napiszę o tym jutro” lub „Jak mi przekazano”. Styl zapisu jest mieszaniną formuł urzędowych i perswazyjnych, kreujących pozytywny wizerunek Rumkowskiego jako władcy getta. Owa poetyka czyni Notatnik lekturą niezwykle frapującą. Zaprasza czytelnika do pogłębionej refleksji nad fenomenem getta łódzkiego, w którym wola i wybujała ambicja jednostki doprowadziły do swoistego „zniewolenia umysłów” a co za tym idzie również do propagandowego zdeformowania języka spisywanych tam tekstów. „Notatnik” Rozensztajna w wyjątkowy sposób umożliwia współczesnemu czytelnikowi dotarcie do postaci Mordechaja Chaima Rumkowskiego – szefa łódzkiego Judenratu, którego rola, mimo upływu lat, budzi wciąż żywe zainteresowanie, stając się przy tym przedmiotem gorących historycznych i etycznych sporów.

Autor tekstu Szmul Rozensztajn (ur. 1898) został wywieziony do Oświęcimia-Brzezinki latem 1944. Przed wojną pracował jako nauczyciel hebrajskiego i dziennikarz, łódzki korespondent dziennika „Hajnt”. W getcie łódzkim jako bliski współpracownik Przełożonego Starszeństwa Żydów Chaima Rumkowskiego pełnił kolejno funkcje: kierownika zakładu malowania szyldów, nauczyciela, pracownika wydziału meldunkowego, kierownika referatu prasowego przy przełożonym Starszeństwa Żydów w Łodzi, kierownika drukarni i wytwórni stempli. Od 7 marca 1941 do 21 września 1941 roku redagował ukazujący się w getcie tygodnik „Geto-Cajtung”, opracował też dwa kalendarze – na rok 1942 i 1943.

Przekład z jidysz, redakcja i wprowadzenie Monika Polit. Opracowanie przypisów Julian Baranowski, Monika Polit, Ewa Wiatr.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 311




Copyright © for the translationby Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Copyright © for this editionby Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Tłumaczenie z języka jidysz i redakcja merytoryczna:

Monika Polit

Opracowanie przypisów:

Julian Baranowski, Monika Polit, Ewa Wiatr

Redaktor prowadzący:

Jakub Petelewicz

Projekt graficzny serii:

Marianna Cielecka

Publikacja została zrealizowana przy udziale środków finansowych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu operacyjnego „Promocja czytelnictwa” zarządzanego przez Instytut Książki

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72, pok. 120

00-330 Warszawa

e-mail:[email protected]

ISBN: 978-83-63444-07-5

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw z czasów Zagłady ocalało dużo. Ci, którzy nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę pisania o katastrofie podczas trwania katastrofy, najczęściej adresowali swoje zapiski „do przyszłego czytelnika”. Chcieli, aby świat ich usłyszał. Nie możemy pozwolić, aby ich świadectwa pozostały nieme — przysypane kurzem archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY zrodziła się z przeświadczenia, iż pomimo różnych inicjatyw edytorskich wciąż zbyt mało tekstów, w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych i udostępnionych czytelnikom. Zbyt mało wobec potrzeb badawczych i czytelniczych zainteresowań, a także wobec obecnych niemal w każdym ocalałym zapisie apeli, nakładających na nas wszystkich moralną powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY skupi się na prezentacji dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form autobiograficznych i spisywanych hic et nunc, tzn. w gettach bądź w ukryciu poza murami, ale jeszcze w czasie trwania wojny i okupacji. Teksty publikowane będą w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Będziemy korzystać przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY będzie wydawana przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, przy współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie.

Autor i jego tekst

O życiu i losach Szmula Rozensztajna wiemy bardzo mało. Urodził się w 1889 roku. Zginął w Auschwitz, wywieziony tam latem 1944 roku. Przed wojną pracował w szkolnictwie powszechnym, uczył hebrajskiego w Hebrajskim Studium Dramatycznym w Łodzi. W 1928 roku został współpracownikiem żydowskiego dziennika „Hajnt”. Aż do wybuchu wojny z różną częstotliwością nadsyłał do warszawskiej centrali gazety korespondencję z Łodzi. Były to zazwyczaj notatki skromnych rozmiarów lub sprawozdania z odbywających się tam konferencji, partyjnych zjazdów lub procesów sądowych, sygnowane inicjałami SZR. Po utworzeniu getta od maja 1940 pracował w szkolnictwie1. W styczniu 1941 roku trafił do gettowych Wydziałów Ewidencji. Wkrótce jako kierownik Prasowego Referatu przy Przełożonym Starszeństwa Żydów w Litzmannstadt Chaimie Mordechaju Rumkowskim2 redagował ukazujący się w getcie od 7 marca do 21 września 1941 roku tygodnik „Geto-Cajtung”3. W sierpniu 1942 roku został kierownikiem drukarni i Wydziału Malowania Szyldów, opracował też dwa oficjalne gettowe kalendarze — na rok 1942 i 1943. Prawdopodobnie przez cały okres istnienia łódzkiego getta był też osobistym sekretarzem Rumkowskiego4. Ten fakt musiał czynić go w getcie osobą wyjątkową. Ze strzępów świadectw dowiadujemy się, że szczególnie w oczach literackiej braci getta, do której sam miał ambicję przynależeć5, uchodził za człowieka bardzo wpływowego, za mecenasa ludzi pióra. Ufano, że za jego wstawiennictwem uda się uzyskać od Rumkowskiego przywilej lepszej posady lub chociażby dodatkowy przydział żywności. Nachman Blumental, publikując po wojnie poematy niezwykle utalentowanego Symchy Szajewicza6, zamieścił faksymile supliki artysty kierowanej właśnie do Rozensztajna7. Blumental wspomina również o odnalezionym liście pisarza A. Paciorka, który w październiku 1941 roku prosił Rozensztajna o pomoc w znalezieniu mu posady8. Jednak przysługi wyświadczane artystom nie ocaliły Rozensztajna w oczach historyków getta łódzkiego. Szczególnie nieprzejednanym jego wrogiem był Ber Mark, który nazwał go „sprzedawczym piórem”9 na usługach Rumkowskiego. Pisząc o Rozensztajnie, że ów „umiał się dopasować do stylu i tonu Rumkowskiego i pisać jak Rumkowski, myśleć i mówić”10, Mark sugerował, że w zamian za splendor sekretarskiej posady oraz związane z nim fizyczne bezpieczeństwo i — jak na warunki gettowe — względny dostatek, Rozensztajn gotów był zrezygnować zarówno z indywidualnej, rozpoznawalnej pisarskiej dykcji, jak i z niezależnego oglądu rzeczy, stając się swoistym człowiekiem bez właściwości. Trudno, moim zdaniem, bezkrytycznie przyjąć opinię Bera Marka. Nie znamy przecież żadnych par excellence literackich (przed- lub wojennych) utworów Rozensztajna, ba, nie wiemy nawet, czy takie pisał. Być może figurował na oficjalnej liście pisarzy getta tylko dlatego, że wciągnięto na nią również dziennikarzy. Z drugiej jednak strony wiadomo, że bywał na regularnie organizowanych prywatnych spotkaniach literatów, na których odczytywano fragmenty nowo powstałych prac11. Czy zapraszano go tam interesownie, dlatego że był użyteczny jako człowiek bliski Prezesowi getta, czy też dlatego, że naprawdę liczono się z jego smakiem i gustem, a może i talentem, z którym tworzył? Niestety, na te pytania brak odpowiedzi. Wszystko, czym dysponujemy jako świadectwem autorskiej aktywności Rozensztajna, jest z gruntu niebeletrystyczne, nieosobiste i gatunkowo nieartystyczne — począwszy od zdawkowych, lakonicznych sprawozdawczych notatek w „Hajncie”, przez obszerniejsze, czasem beznamiętnie relacjonujące, a czasem w sposób oczywisty perswazyjne, lecz wciąż oficjalne teksty pisane dla „Geto-Cajtung”, aż po publikowany tu najobszerniejszy zapis, nazwany przeze mnie arbitralnie „Notatnikiem”.

Jako osobisty sekretarz Prezesa Rumkowskiego Rozensztajn towarzyszył mu na każdym prawie kroku. Był, co również ilustrują umieszczone w tym tomie fotografie, obecny na każdym odbywającym się w getcie oficjalnym spotkaniu przełożonego, na każdej naradzie lub wizytowanej przez niego artystycznej rewii. Do jego obowiązków należało opisywanie ich przebiegu. Szczególne istotnym zadaniem Rozensztajna było stenografowanie mów wygłaszanych przez Rumkowskiego. Owe stenogramy, jak również sprawozdania oraz dzienne raporty wyliczające aktywności Prezesa stanowią zatem, co naturalne, gros treści „Notatnika” — tekstu składającego się głównie z bieżących zapisów, czynionych ad hoc lub krótko po fakcie (z kilkunastogodzinnym12 lub kilkudniowym przesunięciem13), służących do dalszego ich przetwarzania, tj. opracowania lub wykorzystania, na przykład, na łamach redagowanej przez Rozensztajna „Geto-Cajtung”14 lub w oficjalnych zbiorach tekstów, takich jak wybór mów Rumkowskiego sporządzony w Archiwum getta15. Warto jednak zauważyć, że autor „Notatnika” kilkakrotnie rezygnował z formuły oficjalnej notatki i kreślił szerszą, prawdziwie kronikarską panoramę odnotowanych wydarzeń, co znamienne, umieszczając wówczas w nagłówku słowo „historia”16. Trzykrotnie też w złamał zasadę kancelaryjnej powściągliwości, wplatając w treść zapisu osobiste świadectwo, ujęte w formę pierwszoosobowej relacji z rozmów odbytych z Rumkowskim17.

Postać szefa łódzkiego judenratu, bezpośredniego przełożonego Rozensztajna, budząca wciąż tyle kontrowersji zarówno wśród bezpośrednich świadków Zagłady, jak i wśród badaczy dziejów getta, ukazana jest w „Notatniku” w sposób jednoznacznie pozytywny. Rumkowski widziany oczyma swego sekretarza to niestrudzony w swych wysiłkach opiekun i dobrodziej gettowego ludu, sprawny gospodarz i stanowczy wódz. Taki wizerunek Prezesa znany jest też z oficjalnej, prowadzonej w getcie Kroniki18. Jednak tekst Rozensztajna, pod wieloma względami wobec niej komplementarny19, odsłania też inne, nieformalne oblicze Przełożonego Starszeństwa Żydów w Litzmannstadt20. W „Notatniku” znajdujemy pełne empatii opisy przeżywanych przez Rumkowskiego stanów niepewności, rozbicia i rozdarcia, wywołanych koniecznością podejmowania decyzji dramatycznych i ostatecznych. Znany z innych (zazwyczaj jednak niebezpośrednich) przekazów wizerunek Prezesa jako postaci spiżowej, pozbawionej skrupułów i rozterek, w zapisie Rozensztajna przedstawia się zgoła inaczej. Rumkowski jest po ludzku słaby, przejmująco bezsilny, miotany wewnętrznymi wątpliwościami, rozdarty między powinnością obrony współbraci Żydów a obowiązkiem posłuszeństwa wobec niemieckich rozkazów. Obraz Przełożonego Starszeństwa Żydów wstrząsanego łkaniem lub mdlejącego z nerwowego wyczerpania po zażegnaniu wielkim wysiłkiem niebezpieczeństwa grożącego gettu porusza i głęboko zapada w pamięć21. Świadectwo Rozensztajna frapuje czytelnika tym nieznanym dotąd, intymnym oglądem Rumkowskiego, pozbawia jego postać jednoznaczności i znacznie komplikuje jej ocenę, wnosząc walor tragiczności. Jednak, jak to zwykle bywa w przypadku lektury oficjalnych i półoficjalnych tekstów z getta łódzkiego, czytelnik i badacz muszą zachować zasadę ograniczonego wobec nich zaufania. Podobnie jak wspomniana „Kronika getta”, również „Notatnik” powstawał w specyficznych warunkach. Kronikę prowadzono w powołanym do życia mocą decyzji Prezesa Archiwum getta. Rumkowski, który najprawdopodobniej nie miał czasu na osobiste zapoznawanie się z jej treścią, mógł ją kontrolować przy pomocy specjalnie powołanej Komisji Cenzury22. Notatnik natomiast prowadzony był przez jego osobistego sekretarza. Czy możemy wykluczyć, że Rumkowski miał dostęp do jego zapisów i że moderował je tak, by ukazywały go w pozytywnym świetle? A jeśli nawet ich nie wertował, to czyż sam Rozensztajn nie wiedziałby, jak należy formować wizerunek przełożonego, aby zyskać jego aprobatę? Czy zatem te przejmujące passusy o psychicznych udrękach przywódcy niszczonej żydowskiej społeczności to tylko dość udana pisarsko, inspirowana chęcią przypodobania się fikcja? Niestety, na to, jak i na wiele innych pytań związanych z dziejami zapisów z łódzkiego getta, brak jednoznacznej odpowiedzi.

*

Podstawą wydania „Notatnika” jest dokument oznaczony sygnaturą AŻIH 302/115 znajdujący się w zbiorze Pamiętników Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego. Jest to niezatytułowany maszynopis w języku żydowskim, sporządzony na podstawie rękopisu powstałego w getcie łódzkim, liczący 188 stron, obejmujący okres od 20 lutego 1941 do 4 stycznia 1942 roku. Edytorzy tłumaczonych na angielski fragmentów zapisów Szmula Rozensztajna, Alan Adelson i Robert Lapides, wspominają, że odręcznie spisany oryginał „Notatnika”znajduje się Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie, a maszynopis w Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie23. Tymczasem w ŻIH, tak jak w Yad Vashem, dostępny jest tylko maszynowy odpis. Gdzie znajduje się dziś oryginał, nie wiadomo. Nie wiadomo zatem, czy dysponujemy całością zapisu.

Do niniejszego tłumaczenia tekstu głównego, tj. oznaczonego sygnaturą AŻIH 302/115, dodano jedenaście przekładów zapisów mów wygłoszonych przez Mordechaja Rumkowskiego24 oraz dwustronicowy niesygnowany dokument zatytułowany „Undzer ejnciker weg iz arbet” [„Naszą jedyną drogą jest praca”]. Mowy notował, a następnie sporządził ich maszynowe kopie Szmul Rozensztajn25, on też wydaje się być autorem tekstu „Undzer…”. Dlatego też ów zapis wchodzi wraz z jedenastoma pozostałymi w skład wydania, stanowiąc, jak się wydaje, naturalne dopełnienie treści „Notatnika”. Maszynopisy te znajdują się w Archiwum Państwowym w Łodzi, w Zespole Przełożonego Starszeństwa Żydów i są oznaczone sygnaturami: 1091, 1092, 1096.

Nagłówki oraz podział „Notatnika” na zapisy dzienne pochodzą od autora. Sposób zapisu dat ujednolicono, zapisując słownie nazwy miesięcy (passim), dodając dni tygodnia26 oraz usuwając słowa „notowano” lub zanotowano”27. Układ notatek został zmodyfikowany względem oryginału poprzez nadanie im porządku chronologicznego oraz dołączenie do przekładu wspomnianych wyżej dokumentów z łódzkiego Archiwum. W edycji zachowano luki, które występują w oryginale; wszelkie opuszczenia poszczególnych słów lub (wyjątkowo) większych fragmentów zdań, które były zupełnie nieczytelne, wytarte lub urwane, oznaczono wielokropkiem w nawiasie kwadratowym i opatrzono przypisem opisującym rodzaj luki. Umieszczane w nawiasach okrągłych komentarze Rozensztajna do słów Ch.M. Rumkowskiego opatrzono, dla odróżnienia od innych wtrąceń w nawiasach, dopiskiem: „— Sz. R.”. Uzupełnienia pochodzące od redakcji wpisano w nawias kwadratowy. W tekście zastosowano uproszczoną, zgodną z fonetyką języka polskiego, transkrypcję słów pochodzących z języków hebrajskiego i jidysz.

*

Autorka przekładu i opracowania niniejszego tomu składa najserdeczniejsze podziękowania: Natiemu Cohenowi, Barbarze Engelking, Weronce (Wardzie) Heled, Arturowi Kuciowi, Jackowi Leociakowi, Awromowi Nowerszternowi, Stanisławowi Krajewskiemu, Adamowi Sitarkowi, Michałowi Trębaczowi i Ewie Wiatr. Bez życzliwości i merytorycznej pomocy wymienionych osób książka nie uzyskałaby obecnego kształtu.

Monika Polit

NOTATNIKSzmula Rozensztajna

NIEDZIELA, 20 LUTEGO 1941

Dzień pracy Pana Prezesa

Kilka minut po ósmej rano Prezes był już na Bałuckim Rynku. Pierwszą wizytę złożył w Wydziale Chlebowym przy Łagiewnickiej 2528, gdzie poinformowano go o przebiegu bieżących prac. [Prezes] wydał przy tym stosowne instrukcje.

Stamtąd Prezes pojechał do resortu krawieckiego przy Jakuba 16. Na wielkim podwórzu oczekiwało go około 1500 robotników ze wspomnianego resortu, a także z resortu przy Jakuba 8.

W związku z ponownym uruchomieniem dwóch wspomnianych resortów29 Prezes uznał za stosowne po ojcowsku pomówić z robotnikami, czym zdobył sobie ich przychylność i wzbudził w nich wielki szacunek.

Robotnicy przekonali się, że żadna z dziejących się w resortach rzeczy nie jest dla Prezesa tajemnicą. Bardzo dobrze zna panujące tam stosunki i, na ile to możliwe, stara się zaprowadzić tam spokój i porządek.

W czasie przemówienia Prezes zatrzymał się nad niedopuszczalnym stosunkiem instruktorów i kierowników grup do robotników — towarzyszy w pracy, którzy z lęku o kawałek chleba muszą wypełniać wolę swych samozwańczych przedstawicieli. Prezes kategorycznie oświadczył, że nie będzie dłużej tolerował takich rządów i z łapówkarzami policzy się we właściwy sposób. Cała mowa była przesycona świadomością wielkiej odpowiedzialności, którą nałożyła na niego historia w tym bardzo trudnym czasie. [Wypełniło ją kreślenie] nowych planów i programów dalszej działalności na jego wysokim stanowisku przydzielonym mu przez los.

Stając na krześle, by wygłosić mowę, Prezes zauważył dowcipnie: „Teraz, przyjaciele, macie okazję zrzucić mnie ze stołka” (wielka wesołość wśród zgromadzonych).

„Chcę teraz mówić do was — zaczął swą mowę Prezes — nie jak Przełożony Starszeństwa Żydów, ale jak starszy brat do młodszych. Muszę wam powiedzieć, że Pan zsyła lekarstwo, zanim pojawi się choroba… Dobrze, że dostałem we właściwym czasie ostry list od władz. Gdyby potrwało to trochę dłużej, sytuacja byłaby o wiele gorsza. Nie mam na myśli resortu przy Jakuba 16. To jest jedyny resort, przed którym należy chylić czoła. Resorty gettowe nie są prywatnymi przedsiębiorstwami, ale podlegają temu, kto nimi zarządza. Możemy różnić się w opiniach, ale jestem taki sam, jak wy. Jedno, co może nas utrzymać, to praca.

Zaraz na początku dałem się zwieść i zaprowadziłem w resortach wasz szulchn orech30.

Potem jednak zobaczyłem, że co pięć minut go zmieniacie, a tak być nie może. To nie moja wina, że starzy, dobrze wykwalifikowani krawcy zostali poza murami resortu. Jedynymi winnymi są wasi towarzysze, którzy uprzywilejowali tylko tych, co za nimi głosowali (okrzyki «Brawo» — Sz. R.).

Jeśli chodzi o chleb — «Dzisiaj wyznam moje grzechy»31 — chciałem was kiedyś sprowokować (śmiech — Sz. R.). Chleba muszą jednak wszyscy mieszkańcy getta mieć po równo, aby nie stwarzać wrażenia, że można się obejść mniejszą jego ilością… bo jeśli nawet robotnik dostałby cały kilogram chleba, to na pewno nie zje go sam, tylko podzieli się ze swoją żoną i dziećmi. Prawda, ten, kto pracuje, musi dostać lepsze jedzenie, i to mu zapewnię. Dam tłuszcz, mięso, margarynę i masło, rozumie się, jeśli tylko się uda.

W tym tygodniu pojawiła się kwestia ogłoszenia postu z powodu braku mąki. Nie jest już jednak aktualna. Jedenaście zamówionych przeze mnie wagonów mąki pomału przybywa. Co do mięsa, zapewniam was, że dopóki robotnicy nie otrzymają dwóch jego porcji, społeczność getta nic nie dostanie. Każda rodzina robotnika, tak jak wszyscy mieszkańcy getta, otrzyma mięso na kartki żywnościowe.

Zamówiłem bardzo dużo kartofli i jak tylko zrobi się cieplej i kartofle zostaną odkopcowane, robotnicy otrzymają właściwą liczbę ich kilogramów.

Proszę, byście nie zapominali, że żyjemy w getcie, że jest wojna. Raz, drugi udaje się, a za trzecim — nie… I jeszcze jedno — musicie pamiętać, że jeśli nie ja, a kto inny będzie próbował zaprowadzić u nas porządek, to dopiero wtedy dobrze mnie zrozumiecie.

Do resortu przy Jakuba 16 nie mam żadnych pretensji. Dostarczacie dobre produkty, jesteście też dobrymi pracownikami. Wymagam jednak, by wasi instruktorzy i kierownicy grup byli dobrymi fachowcami, a bardziej jeszcze uczciwymi [ludźmi], którzy nie będą tolerować łapówek i sznapsów32 (okrzyki: «Słusznie! Słusznie!» — Sz. R.). Nie widzę powodów, dla których robotnik trzeciej kategorii, jeśli tylko jest uczciwym człowiekiem, nie miałby się wysunąć na pierwszy plan, stać się instruktorem. Wszystkie moje myśli są zwrócone w stronę getta — o żadnej innej rzeczy nie myślę. Klikę prasowaczy rozbiłem. Nie mogłem tolerować tego, że [uczciwie] pracujący dostawali mniejsze wynagrodzenie, a próżniacy większe. Zawsze jestem gotów do życia w pokoju ze wszystkimi, którzy naprawdę chcą pracować. Dlatego właśnie będę prowadził zaciętą walkę z wichrzycielami i szkodnikami, którzy żyją na koszt własnych towarzyszy.

Wyznaję, zgrzeszyłem — kilkudziesięciu ludzi uczyniłem bezrobotnymi… Po prostu żal mi tych mąciwodów, ale co zrobić, mam teraz większe zmartwienia, [muszę] podtrzymać naszą egzystencję. Mówię wam otwarcie: dobrze wam jest, macie paszport pracy… Na pewno wiecie, że nie rzucam słów na wiatr…

Nie ma już kolektywu nauczycielskiego. Już nie jest gospodarzem resortu, przeciwnie, jeśli tylko będzie tego wymagało dobro publiczne, postawię tam tego, kogo uznam za właściwego. Kosztowało mnie wiele zdrowia i wysiłku umysłowego uregulowanie tej palącej kwestii, ale nie przestraszyłem się wichrzycieli.

Ludzie opowiadają niestworzone historie o 65 dag chleba, które niby to otrzymuję dla każdego mieszkańca getta, a daję mu tylko 40. Nie inaczej, jak tylko resztę zjadam sam… Rozpuszcza się prowokatorskie wieści, że chcę urwać z robotniczych płac do 533 procent, itd., ja tymczasem przez długie miesiące walczyłem o coś zupełnie przeciwnego i w rezultacie udało mi się pozyskać duże sumy na rzecz waszych zarobków. Na razie wszyscy mieszkańcy getta będą dostawać po 40 dag chleba. Przekonałem się, że zamiast 38 ton chleba, które niedawno otrzymali robotnicy i urzędnicy (po 2 kg na osobę), jest bardziej sprawiedliwie dać 93 tony, po 60 dag dla każdego mieszkańca getta, jak to ostatnio uczyniłem. Proszę, sami powiedzcie, czy miałem prawo (okrzyki: «Tak, panie Prezesie!» — Sz. R.).

Miejcie trochę więcej zaufania do mnie! — wykrzykuje Prezes — jestem strażnikiem getta! Zapewniam, że zawsze jestem gotów przyjmować robotników indywidualnie albo grupowo, aby porozmawiać z nimi i ich wysłuchać. Jednak z żadnym delegatem robotników34ani z żadnym politykiem nie będę się zadawał.

W resorcie przy Jakuba 16 wszystko zostaje, jak było. Przy Jakuba 8 muszą być poprawione wadliwie uszyte ubrania. Uznaję niniejszym oba wspomniane resorty za otwarte i proszę, byście przystąpili do normalnej pracy. Kto będzie traktował swoją pracę lekkomyślnie, zostanie odsunięty.

Podejmuję teraz akcję organizowania rodzinnych fabryczek, które będą zatrudniać od 10 do 15 osób. Będę tam tworzył różne gałęzie rzemiosła. O przyszłe pokolenia trzeba dbać. Młodzież musi się wyuczyć fachu, tak właśnie, jak to się stało za moją sprawą w fabryce płaszczy gumowych. Moją ambicją jest to, byśmy nie przepadli, gdziekolwiek byśmy się znaleźli. Wy, starsi robotnicy, ojcowie dzieci, pomóżcie mi przewarstwowić młodzież, zrobić z niej dobrych robotników”.

Na szemrania Prezes odpowiedział, że żaden z niewykwalifikowanych robotników nie zostanie usunięty z pracy. On bardzo dobrze wie, co to znaczy zostać bez pracy, dlatego wykwalifikowani robotnicy muszą się postarać, żeby ich koledzy po fachu stali się, bez żadnej dla siebie szkody, skutecznymi pomocnikami w pracy.

„Żydowscy robotnicy — zakończył Prezes swoją mowę — do pracy!”.

PIĄTEK, 21 LUTEGO 1941

W związku z podjęciem w najbliższym czasie akcji organizowania tak zwanych rodzinnych fabryczek (warsztatów chałupniczych) Prezes w towarzystwie pana Praszkiera35, kierownika Wydziału Mieszkaniowego, przeprowadził 21 lutego lustrację szeregu sklepów i mieszkań pozostających w tym celu do dyspozycji Przełożonego Starszeństwa Żydów. Część z nich została na miejscu zatwierdzona przez Prezesa do jak najszybszego przeprowadzenia w nich stosownego remontu. Akcja idzie pełną parą.

Przy tej okazji warto wspomnieć o niewłaściwym w takich wypadkach zachowaniu części gettowego społeczeństwa. To nietaktowne i niedopuszczalne, by dziesiątki ludzi okrążały Prezesa na ulicy, zagradzały mu drogę i żądały od niego pracy, zapomóg itd., zważywszy, że zwyczajowa procedura załatwiania takich czy podobnych spraw jest wszystkim dobrze znana36. To prowadzi do tego, że Prezes się złości, a poszczególne osoby dostają za swoje na miejscu37.

Jedynymi, którym Prezes pozwala sobie przeszkadzać, są dzieci, w obliczu których zapomina o wszystkim. Rozmawia z nimi łagodnie i interesuje się nimi jak ich ojciec. Dzieci czują to instynktownie i dlatego ich zachowanie jest bezkarne. Jedyną prośbą, którą Prezes przyjął dziś osobiście, była [sprawa] ze Zgierskiej 8. Doręczył ją pięcioletni chłopczyk. Tego dnia były też inne wyjątki. Na przykład, na jednym z podwórzy przy Brzezińskiej Prezes zauważył, jak dozorczyni z zapałem oczyszcza podwórko z lodu. W nagrodę obiecał jej pieniężną zapomogę, kartofle, talon żywnościowy dla chorego męża i wysłanie jednego z jej czworga dzieci na kolonie na Marysinie. Podobne nagrody przydzielił innym dozorcom. W innych przypadkach nakazał notować adresy i jeszcze tego samego dnia życzenia potrzebujących zostały spełnione.

Przy tej okazji Prezes odwiedził Centralę Nabiału przy Chłodnej i pobliską gminną piekarnię przy Brzezińskiej 59, gdzie w kolejce czekały dziesiątki ludzi z czulentem38.

Prezes bardzo pogodnie i z humorem rozmawiał z ludźmi i odchodząc, życzył im smacznego oraz radosnego szabasu…

Przejeżdżając obok sklepu przydziałowego przy Brzezińskiej, Prezes [zatrzymał się] i złożył tam krótką wizytę, obserwując przebieg pracy.

Po drodze Prezes zaprosił do dorożki inżyniera Szpera39 i zlecił mu zebranie z wód getta całego lodu na sezon letni dla szpitali.

W drodze powrotnej Prezes westchnął: „Choć takie lustracje odbierają mi po kawałku zdrowie, to są jednak bardzo pożądane. Niestety, z powodu braku czasu40 częste lustracje są niemożliwe”.

SOBOTA, 22 LUTEGO 1941

Prezes na koncercie orkiestry symfonicznej

W sobotę 22 lutego Prezes był obecny na koncercie orkiestry symfonicznej [odbywającym się] przy Krawieckiej 341. Orkiestra pod dyrekcją Rydera42 zagrała szereg numerów muzyki klasycznej i żydowskiej. Występowali tam też soliści: Meler (skrzypce) i Winer — żydowskie pieśni.

Po koncercie Prezes wygłosił krótką mowę, która wlała pewne ukojenie w [serca] zebranej tam sporej publiczności. Przede wszystkim zauważył, że z zaprowiantowaniem getta jest coraz łatwiej i lepiej. Wyraził nadzieję, że uda się mu znormalizować żywieniowe zapotrzebowanie getta także w przyszłości. [Mówił o tym], że nadchodzą też większe zamówienia dla różnych resortów, co pomoże zatrudnić kilka tysięcy nowych pracowników.

„Jednym słowem: nie zostaniemy zagłodzeni!” — wykrzyknął Prezes.

„Jedną z moich największych trosk jest teraz — mówił Prezes — przewarstwowienie i wykształcenie młodzieży w różnych zawodach, takich jak stolarstwo, krawiectwo, kuśnierstwo i tak dalej. Jest to rzecz wielkiej wagi, a nawet — konieczności”. W tym kierunku zwrócona jest teraz jego cała energia.

Przy tej okazji apelował Prezes do zebranych, by nie przywiązywali wagi do różnych plotek i pomówień, których getto jest ostatnio pełne, tworzących niespokojny i nerwowy nastrój. „I bez tego mamy nad czym płakać… Ale większość prowokatorów i plotkarzy znajduje się teraz w więzieniu”.

Na koniec zwrócił się Prezes z prośbą do zebranych, by jak najmniej kręcili się, a przede wszystkim przystawali na Zgierskiej przy drutach, z powodu tego, że w ostatnich dniach nasilił się szmugiel, rzecz, która może doprowadzić do bardzo smutnych konsekwencji43.

„Moje zadania są wam znane, waszym zadaniem jest samemu pozostać spokojnym i uspokajać innych. Pomóżcie mi w ten sposób zaprowadzić spokój w getcie i wtedy na pewno on nastanie!”

Zebrana publiczność z ulgą przyjęła wyjaśnienia Prezesa i podziękowała mu głośną owacją.

Wizyta w więzieniu przy Czarnieckiego44

Ostatnio Prezes otrzymał wiadomość, że aresztowani w więzieniu przy Czarnieckiego (Marysin) nie otrzymują należnych im dziennych racji chleba. W związku z tym 22 lutego Prezes złożył specjalną wizytę we wspominanym więzieniu. Po zapoznaniu się z zaprowiantowaniem aresztantów odwiedził w towarzystwie zarządu więzienia wszystkie cele (trzy dla mężczyzn i jedną dla kobiet), w których siedzi 104 aresztowanych.

Przed Prezesem przedefilowali wszyscy aresztanci, którzy dokładnie informowali o popełnionych przez siebie przestępstwach. Jak się okazało, część z nich została przesłana z „kripo”45 do gettowego więzienia, do dyspozycji Prezesa. Prócz tego znajduje się tam szereg byłych pracowników różnych oddziałów aprowizacji, jak również robotników resortów, którzy sprzeniewierzyli się swoim obowiązkom. Bardzo duża część odsiaduje karę za rozbieranie różnych obiektów i sprzedawanie drewna46. Dwóch spośród aresztowanych zostało oskarżonych o publiczne rozpowszechnianie fałszywych pogłosek celem wywołania paniki wśród społeczności gettowej. Nie brakuje tam jednak takich, którzy dźwigają na sobie bardzo ciężką przewinę określonego rodzaju…

W specjalnej izbie chorych nadzorowanej przez lekarza znajduje się pięciu aresztowanych.

Największa część aresztowanych odbywa karę na podstawie wyroku sądu. Znajdują się tam jednak i tacy, których procesy się dopiero odbędą.

Prezes pytał aresztantów o ich sytuację materialną i rodzinną. Najsurowszy był Prezes dla rozpuszczających plotki i byłych pracowników, którzy kosztem wygłodniałego getta pozwalali sobie na nikczemność.

Surowo, ojcowskim tonem Prezes potępił wszystkich przestępców i wskazał na wielkie szkody, które ogółem uczynili gettu.

Część aresztowanych ze łzami w oczach prosiła Prezesa, by im przebaczył grzechy, i zapewniała przy tym, że od dziś będą porządnymi ludźmi. Biorąc pod uwagę pewne okoliczności, Prezes nakazał zarządowi więzienia uwolnić jedenaście osób, w tym dwie kobiety i dziewięciu mężczyzn, a ponadto wypłacić jednej kobiecie pewną sumę dla jej dziecka47.

* * *

Kiedy Prezes przyszedł dziś rano na Bałucki Rynek48, sekretarka zameldowała mu, że na stację w Marysinie przybyła większa ilość artykułów żywnościowych dla getta, takich jak: […]49.

Z miasta dotarła też telefoniczna wiadomość, że do getta zostanie dostarczonych 3500 korców węgla. Prezes skwitował ją uśmiechem: „Moje zabiegi pomogły”.

Prezes zarządził zaraz przyśpieszenie wyładowywania wspomnianych artykułów (części w punktach na Marysinie, resztę przywieziono do getta).

[Załatwianie] zewnętrznej poczty zajmuje poczesne miejsce w pracach Prezesa. Codziennie nadchodzą dziesiątki listów ze wszystkich zakątków świata, a cóż dopiero mówić o Protektoracie50! Te listy adresowane do Przełożonego Starszeństwa Żydów pochodzą od gmin, instytucji i osób prywatnych. Ich treść jest różna. W większości zawierają zapytania o krewnych, przyjaciół, którzy znajdują się w getcie Litzmannstadt51. Nie brakuje też próśb o przydzielenie rekomendowanym osobom pracy, zasiłku i lekarstw. Charakterystyczne, że do większości listów bardzo często dołączone są fotografie piszących, najprawdopodobniej po to, by w przypadku, gdyby ich nazwisko nie było dobrze znane Prezesowi, przypomniał ich sobie po wyglądzie…

Zewnętrzną pocztę osobiście i starannie czyta Prezes. Posegregowaną, z właściwymi dopiskami przesyła się ją do odpowiednich oddziałów z nakazem jak najszybszego rozpatrzenia.

Jak wiadomo, swego czasu Prezes zlikwidował dotychczasowy system talonów dla chorych.

Stało się tak dlatego, że nie wszyscy lekarze właściwie zrozumieli swoje zadania w tym zakresie i rozdzielali talony tak, że nie wszyscy naprawdę chorzy i słabi mogli z nich korzystać.

By uniknąć tego w przyszłości, Prezes postanowił radykalnie zmienić system. W tym celu pod koniec stycznia otworzył przy Łagiewnickiej 18 pierwszy sklep nazwany „Diätläden” R I52 (jeszcze trzy takie sklepy będą wkrótce otwarte w różnych punktach getta).

We wspomnianym sklepie na specjalne talony opatrzone własnoręcznym podpisem samego Prezesa będą wydawane różne artykuły żywnościowe. Jest pięć kategorii talonów:

Talon numer 1 (dla położnic) z następującymi artykułami: 15 dag cukru, 10 dag maki kukurydzianej, 10 dag manny, 5 dag miodu, 10 dag płatków, 5 dag marmolady, 10 dag masła, 10 dag margaryny, 1 kg kartofli, 1 kawałek mydła i 250 g53 spirytusu. To wszystko wynosi 2 marki i 80 fenigów.

Talon numer 2 (dla osłabionych i rekonwalescentów) zawiera następujące artykuły: 15 dag cukru, 10 dag maki kukurydzianej, 10 dag manny, 10 dag płatków, 5 dag marmolady, 10 dag masła, 10 dag margaryny i 1 kg kartofli. To wszystko wynosi 2 marki i 20 fenigów.

Talon numer 3 (dla chorych na płuca) z artykułami: 15 dag cukru, 5 dag miodu, 10 dag masła, 10 dag margaryny i 2 kg kartofli. To wszystko wynosi 1 markę i 90 fenigów.

Talon numer 4 (dla cukrzyków): 10 dag cukru, 10 dag margaryny, 10 dag oleju i 100 g spirytusu na sumę 1 marki i 80 fenigów.

Talon numer 5 (dla żołądkowców): 10 dag manny, 20 dag płatków i 15 dag masła, co stanowi 1 markę i 70 fenigów.

NIEDZIELA, 23 LUTEGO 1941

Być albo nie być!Pozostało nam żyć tylko z pracy i oszczędności. Praca dla fabryk jest zapewniona. Czeka nas może jeszcze wiele ciężkich dni, ale [nadejdą] i jasne. Wszyscy jak jeden mąż musimy wyciągnąćten wóz z bagna.

Wielka konferencja w kuchni dla inteligencji przy Ceglanej 10

Najwyższa Izba Kontroli (NIK) zwołała na dziś na szóstą w Kuchni dla Inteligencji przy Ceglanej 10 zebranie wszystkich kierowników poszczególnych oddziałów i resortów. Celem było wysłuchanie opinii zebranych na temat tego, jak koordynować prace resortów, zwiększyć i ulepszyć produkcję oraz jak zaprowadzić właściwy porządek przy zapewnieniu resortom koniecznych surowców i materiałów.

W konferencji wzięło udział około 80 osób. W swoim słowie wstępnym Prezes, pan Rumkowski, wskazał na ważność takich spotkań. Jednak kwestią główną zaprzątającą jego umysł w tamtym momencie było przewarstwowienie młodzieży, która musi być produktywna i przygotowana na przyszłość. W tym celu trzeba stworzyć nowe fabryki, by także produkowały nowe artykuły. Konkretnie Prezes zaproponował, żeby każdy resort w ciągu ośmiu dni dostarczył dokładny plan, jak to technicznie przeprowadzić, przy tym realistycznie, bez blefu i fantazji.

Przewodnictwo przejął następnie prezes NIK, pan Litwin54, który powiedział, między innymi, że po wielu trudach udało się Prezesowi doprowadzić getto do obecnego stanu. [Mówił]: „Trzeba teraz zebrać wszystkie siły, by udoskonalić i zwiększyć produkcję, bo to jest nasza egzystencja. Wszyscy musimy żyć jak jedna rodzina, tworzyć wzajemne porozumienie i szukać sposobów, jak uczynić pracę lżejszą”.

Rozwinęła się żywiołowa dyskusja, w czasie której został poruszony szereg palących kwestii.

Tak na przykład komisarz Rajngold55 wskazał, że zamiary Prezesa są [w realizacji] bardzo często wykoślawiane. Jest faktem, że nie wszyscy pracujący znajdują się na właściwych miejscach. System protekcji jest pod każdym względem okropny. [Mówił], że „nigdy nie jest za późno, by naprawić błędy. Najbliższym zadaniem Wydziału Personalnego jest jak najszybsze przeprowadzenie właściwej selekcji”.

Prezes Rumkowski zauważył: „Kwestia, którą poruszył tu mówca, jest rzeczywiście paląca. Nie wolno nam jednak zapominać, że kiedy wchodziliśmy do getta, panował straszliwy chaos. Do tego większa część [ludności] straciła źródło swego utrzymania. Prośby o posady były przesiąknięte krwią i łzami. Ale teraz nie o to chodzi. Ten błąd mniej lub bardziej skutecznie może być naprawiony przy pomocy poszczególnych kierowników. Zebranie powinno się zająć koordynacją pracy. W żadnym wypadku nie można tolerować takiego stanu, że resorty przy zakupie poszczególnych materiałów konkurują ze sobą i tworzą na własną rękę osobne kramiki. To doprowadziło do tego, że jeden resort za ten sam artykuł płacił dwa albo trzy razy więcej. I jeszcze coś: każdy resort chciałby się zaopatrzyć w surowce i materiały na dłuższy czas, choć naprawdę tyle w ogóle nie potrzebuje. Tymczasem inny resort ma tych materiałów ledwo na tydzień. Trzeba z tym skończyć. Będzie to wyglądać zupełnie inaczej, gdy tylko Centrala Zakupów będzie zaopatrywać wszystkie resorty w potrzebne materiały i surowce. To zmniejszy apetyt sprzedawców i przekupniów, wobec braku konkurencji będą mogły zostać ustalone normalne ceny”.

W takim samym tonie wypowiadał się kierownik Centrali Zakupów, pan Warszawski56, który obrazowo, posługując się liczbami, scharakteryzował konsekwencje niezdrowego handlu, niekorzystnie wpływającego na produkcję.

Pan Karo57, kierownik Wydziału Szkolnictwa, z radością powitał prezesowską inicjatywę produktywizacji młodzieży szkolnej. [Stwierdził, że] „jest to konieczne nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, ale też z wychowawczego: młodzież musi być chroniona przed demoralizacją. Świadomość, że wyuczony fach będzie mogła wykorzystać w życiu, wzbudzi w niej ochotę do [zdobywania] zawodu. Musimy mieć inteligentnych fachowców”. Mówca zaproponował zatem stworzenie odpowiedniej instancji, która się zajmie tą kwestią.

Pan Szczęśliwy58, kierownik Wydziału Kolonialnego, stwierdził, że kwestia centralizacji skupu surowców jest wielkiej wagi, nie można dopuścić do chaosu w pracy. „My wszyscy — mówił — pracujemy w jednej wielkiej firmie i dlatego musimy wszyscy iść razem, krok w krok”. Przy tej okazji mówca poinformował zebranych, że ostatnio przy [punkcie] aprowizacji przy Dworskiej 6 została utworzona centrala z maszyną obcinającą i introligatornią, w której wykonuje się książeczki pokwitowań i kasowe, a także księgi buchalteryjne w różnych postaciach. Ta fabryczka będzie służyła wszystkim resortom i urzędom gminnym, przy tym ceny są [tam] o wiele niższe niż w prywatnych zakładach.

Komisarz Rajngold: „Zakup surowców i materiałów musi zostać bezwarunkowo scentralizowany. Przy tym Centrala musi przeprowadzić odpowiedni remanent w trzech gminnych instytucjach (Centrali Zakupów, Banku, Oddziale Specjalnym). Wszelkich prywatnych zakupów trzeba resortom zabronić, chyba że Centrala będzie wydawać poszczególnym resortom pisemne pozwolenia na zakup na własną rękę tych artykułów, których sama nie ma na składzie. Przy przydzielaniu materiałów przez Centralę musi być obecny delegat każdego resortu. Podziału należy dokonywać na zasadach proporcji”.

Doktor Szykier59, kierownik szpitalnictwa, uczynił uwagę, że Centrala Zakupów musi wykluczyć wszelką biurokrację, by nie szkodzić normalnemu biegowi pracy. W tym samym tonie wypowiadał się też pan Białodworski60.

Inżynier Gutman61, kierownik Wydziału Budowlanego, sądzi, że Wydział Budowlany i Materiałów nie powinien podlegać Centrali Zakupów, bo w tym względzie nie ma obaw o jakąkolwiek konkurencję.

Co się tyczy kwestii odpadów, które stały się teraz prawdziwymi surowcami, zebrani wypowiedzieli się za stworzeniem specjalnego punktu zbiorczego dla wszystkich odpadów znajdujących się w różnych resortach.

Żywiołowa wymiana zdań dotyczyła też kwestii oszczędności w resortach gminnych i poszczególnych wydziałach. Jak się okazuje, dużo tu nagrzeszono. Doszło do tego, że pewne wydziały nie szanowały publicznego grosza, a w kilku przypadkach dokonano po prostu aktów wandalizmu. Resorty nie kontrolowały właściwie pracy i przyczyniły się do wyrządzenia gminie wielkich szkód. Wystarczy powiedzieć, że furmani brali 20 marek za kurs, bo tak płaciła większość wydziałów.

Po skromnej kolacji głos zabrał Prezes.

W swojej mowie przesyconej poczuciem odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje w getcie, Prezes przedstawił zwięźle, ale wyraziście obraz sytuacji, w której się znajdujemy — od momentu powstania getta do chwili obecnej. Bezlitośnie odsłonił rany, wskazał szereg błędów, które zostały popełnione w ciągu tego czasu. Wskazał także na chaos, który panował i w pewnej mierze panuje też teraz. Jak ojciec strofujący dzieci nie podążające wskazaną przez niego drogą nie przemilczał grzechów kierowników określonych resortów i wydziałów, od których oczekiwał więcej konstruktywnej i skoordynowanej aktywności. Niestety, upili się swą papierową władzą i zupełnie zapomnieli o najważniejszym — o ogóle, któremu wyłącznie powinni służyć. Bilans jest taki, że stajemy teraz przed problemem: „być albo nie być”. Albo łatwo zostaniemy zmiażdżeni, ponieważ będą u nas rządzić złodzieje, podkładacze nóg i tym podobni, albo nasza egzystencja będzie pewna, bo zapanuje wśród nas pełna odpowiedzialność, braterstwo, oddanie i harmonia pracy. O tym muszą wszyscy pamiętać, nim będzie za późno…

„Całe nasze życie w getcie — zaczyna Prezes — było chaotyczne. W ciągu tych dziesięciu miesięcy, odkąd znaleźliśmy się w getcie, zostało popełnionych wiele błędów. Do dziś zatrudniono w gminie około 6200 urzędników. Cóż, dawało się wówczas Żydom stanowiska, nie patrząc na ich kwalifikacje. Wszystkie te błędy w getcie budowanym z początku na demokratycznych zasadach są doprawdy niczym. Kiedy zostałem zmuszony do wprowadzenia dyktatorskiego porządku, trochę się ono zorganizowało. Patrząc z dystansu, możemy zrozumieć popełnione błędy. Trzeba je jednak naprawić poprzez koordynację pracy, wprowadzenie porządku, a przede wszystkim oszczędności na wszystkich polach.

Przywykłem mówić otwarcie. Kiedy ludzie zwracali się do mnie o pracę, obiecywali mi złote góry, jednak jak tylko znaleźli się «w siodle», zaraz zapominali o swoich pięknych przyrzeczeniach. Zapominali, że worek mąki czy cukru lub czegoś innego nie należy do nich, ale do ogółu. Getto niemało ucierpiało z tego powodu, że jeden drugiemu podstawił nogę.

Nic — wykrzykuje Prezes — mnie nie łamie tak jak kradzieże i podstawiacze nóg. Z niczym się nie liczono, każdy budował i robił na własną rękę bez żadnej kontroli. Żadna cena nie była dla nich za wysoka. Wyszykowano luksusowe apartamenty dla różnych wydziałów, od oszczędności stroniono.

Kiedy tworzył się Wydział Gospodarczy, posadziłem tam ludzi, by kierowali pracą, niestety, bardzo źle ich znałem.

W fabryce mebli, którą z takim wysiłkiem i trudem przyszło mi postawić, nie siedzą, niestety, właściwi ludzie. Bez żadnej kontroli kupowano tam surowce i materiały za ciężkie dziesiątki tysięcy marek. Wystawiono rachunki na 133 tysiące marek za prace, które fabryka wykonała w różnych wydziałach i resortach. Tymczasem szpital przy Łagiewnickiej 34 wykonał u siebie takie same prace kosztem stanowiącym tylko około 10 procent tej sumy. W czasie rewizji Sonderkommando62 u kierownika wspomnianej fabryki znaleziono wiele pieniędzy i większą liczbę produktów z bejratu63…

Buduje się, na przykład, dom dla Żydów pozbawionych dachu nad głową i potrzebuje się do tego trochę suchych trocin — daje się wilgotne, bo suchych trzeba do palenia w piecu… Setki stolarzy kręciły się bez zajęcia i nic nie robiły, inni pracowali z zegarkiem w ręku…

W fabryce metalowej politykowało się raczej, niż pracowało i tak oto produkcja podrożała o 300 procent… W banku przy Marynarskiej przy przenoszeniu się do innego lokalu dopuszczono się prawdziwego przestępstwa: wyrwano nawet drzwi, wycięto tapety ze ścian, z instalacji elektrycznej uczyniono ruinę. «Gospodarze» banku zapomnieli, że do tego samego lokalu ma się wkrótce przenieść inna instytucja, która będzie musiała na rachunek gminy przeprowadzić generalny remont, i nikomu nie przyszło na myśl, że to jest dobro wspólne.

Moi panowie, czy trzeba ciągle stać z dłonią w kułak? Wierzcie mi, że kiedy zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego, co dzieje się w getcie, włosy mi się jeżą na głowie. Myśli się tylko o szwindlu, często, na przekór, kryje się winnych, nic dla siebie z tego nie mając. Wyłania się z tego bardzo smutny obraz. J e s t     z a     p i ę ć     d w u n a s t a …     P i e n i ą d z e     s i ę     s k o ń c z y ł y     i     p o z o s t a ł o     n a m     ż y ć     z     p r a c y,     t w o r z y ć     n o w e     g a ł ę z i e     p r z e m y s ł u     i     o s z c z ę d z a ć,     b o     j e ś l i     n i e,     B o ż e     B r o ń,     p r z e p a d n i e m y.

Próbowałem dziś utworzyć komisję złożoną z kilku osób (nie z bejratu, Boże broń…), których mógłbym się radzić w kłopotach i zrzucić ciężar z serca. W swoim czasie próbowałem uczynić wiele resortów niezależnymi, ale nieliczne spośród nich pracowały z oddaniem, duszą i ciałem, w związku z czym musiałem nieraz zakładać zbójeckie szaty.

Mówiliśmy tu dużo o Centrali Zakupów i bardzo dobrze. Czy to rzeczywiście normalne zjawisko, że jeden resort płaci trzy-, czterokrotnie więcej za różne surowce niż inny?

Byłem pewien, że to wszystko jest kontrolowane, niestety, oszukano mnie! Dziś nie mam nawet dokładnych danych, ile dołożyłem do resortów w październiku, chociaż siedzą u mnie najlepsi buchalterzy. Centralna buchalteria w pewnej mierze stosuje wobec mnie sabotaż i kiedy ostatnio osadziłem tam nowego człowieka, nie pasowało im to. Jestem ciekaw, co on tam zdziała. To wstyd, że mądra gromada Żydów, fachowców, doprowadziła do takiego skandalu, jakim były kartofle i Wydział Pomocy Socjalnej. Żadna to przyjemność chodzić ciągle z ręką w kułak, nie mam jednak na to innej rady. Surowce [wtórne] dadzą się wykorzystać, z każdego drobiazgu musi zostać zrobiona wartościowa rzecz.

Z pracownikami fabryk już załatwiłem. Wcześniej byłem trochę naiwny i sądziłem, że można się z nimi układać i wyjaśniać sytuację. Rozczarowałem się jednak i wkrótce skończyłem z tym interesem. Z ich pośrednikami nie chciałem rozmawiać.

 C o     s i ę     t y c z y     p r a c y     d l a     f a b r y k,     t o     j e s t     t o     r z e c z     z a p e w n i o n a.     P r a c a     p r z y j d z i e.

Kierownicy sklepów nie śpieszą się z otwieraniem ich o określonej porze64. To powoduje wielkie kolejki i wywołuje w gettowym społeczeństwie wielkie rozgoryczenie. Wynika z tego, że wszyscy kierownicy myślą tylko o sobie — ogół ich nie obchodzi.

Także z furmanami musiałem walczyć sam. Nikt nie miał odwagi przyjść i opowiedzieć o skandalicznych postępkach furmanów. Skonfiskowałbym konie i wozy, właścicieli aresztował (o ich rodziny, rozumie się, zadbałbym), a na ich miejsce przyjąłbym nowych ludzi.

System protekcji musi zostać wykorzeniony. [W ten sposób] przeszmuglowano setki ludzi jako stałych pracowników, z którymi, na domiar złego, mam wiele kłopotu.

Wyznaję, jestem za słaby, by działać na wszystkich frontach. Być może to rzeczywiście dobry plan, żeby często zwoływać takie konferencje, [by] za parę tygodni wstydzić się choć trochę mniej…

I policja nie jest zupełnie w porządku. Oto, na przykład, wydałem w swoim czasie rozkaz niedopuszczania do prywatnego handlu artykułami, którymi tylko ja handluję. Cóż robi policja? Rzeczywiście kontroluje wszystkie punkty handlowe i sklepy w celu dowiedzenia się, gdzie kupić dla siebie… Policja nosi białe rękawiczki… Lepiej byłoby zostawić je na «po wojnie». To niedobrze, bardzo niedobrze i dlatego urzędnicy gminy ponoszą odpowiedzialność. Ale nigdy nie jest za późno. Możemy i musimy [to] naprawić! Wiem, że są jeszcze setki pracowników o czystych rękach, ale przemilczano i ukryto wiele rzeczy.

Przypadkowo dowiedziałem się, że wielu ludzi robi jeszcze dobre interesy, posłałem więc NIK. Kłopot w tym, że NIK wkrótce upił się swoją władzą. Szczęście tylko, że NIK jest ciągle źrebięciem, które można jeszcze ujeździć.

Przyjaciele i towarzysze, chodzę z rozełkanym sercem. Bardzo bym chciał, aby Żydom w getcie żyło się jak najlepiej. W zwartych szeregach i ramię w ramię musimy się starać wyciągnąć ten wóz z bagna. Jak już zostało powiedziane, popełniono wiele błędów i może to nic dziwnego — ten, kto pracuje, robi błędy. Nie miałem jednak z kim współpracować.

Przewarstwowienie młodzieży przyniesie dużo pożytku nam, a jeszcze więcej samej młodzieży. Kiedy uda się nam zatrudnić około 25 tysięcy ludzi (robotników i urzędników), nasze istnienie będzie pewne, a strach zniknie. Jak jednak osiągnąć tę wspomnianą liczbę — to już należy do was. Każdy kierownik resortu powinien o to zadbać.

Bracia, gdyby tu była rzeka, wszyscy moi pracownicy wraz ze mną musieliby pójść uczynić taszlich65 i tam wytrząsnąć wszystkie grzechy… musimy zacząć zupełnie nowe życie. Czeka nas jeszcze może wiele ciężkich dni, ale [nadejdą] i jasne. Gdyby Żydzi dobrze wmyśleli się w getto, wyglądałoby ono zupełnie inaczej. Prawda, każda próba kosztuje, ale potem przynosi też pieniądze.

Wierzę, że dobrze mnie zrozumieliście. Pomóżmy zatem wszyscy jak jeden mąż naszym siostrom i braciom w getcie!”

PONIEDZIAŁEK, 24 LUTEGO 1941

Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać się, że raz w tygodniu, przynajmniej w niedzielę, kiedy gettowy Sambation66 — Bałucki Rynek jest pogrążony we śnie, Prezes ma możliwość trochę sobie odpocząć od swojej ciężkiej i odpowiedzialnej pracy. Niestety, tak nie jest. Ten, kto ma dar obserwacji i stoi też blisko pracy Prezesa, wie, że [jest] wprost odwrotnie, że dzień niedzielny jest najintensywniejszy.

Oto, na przykład, krótkie spojrzenie na poprzednią niedzielę. O dziewiątej rano odbyła się w lokalu NIK, Kościelna 4, konferencja z zarządem NIK i jej współpracownikami — kontrolerami.

Krótko i rzeczowo Prezes sformułował swoje wymagania i dał przy tym kontrolerom wskazówki na przyszłość.

Informacje i pogłoski, które doszły ostatnio do Prezesa, zrodziły w nim podejrzenie, że nie wszyscy pracownicy NIK rozumieją swoje