Piszący te słowa jest pracownikiem gettowej instytucji... „Z dziennika” i inne pisma z łódzkiego getta - Józef Zelkowicz, Monika Polit - ebook

Piszący te słowa jest pracownikiem gettowej instytucji... „Z dziennika” i inne pisma z łódzkiego getta ebook

Józef Zelkowicz, Monika Polit

0,0
21,35 zł

lub
Opis

Przedwojenny dziennikarz i folklorysta Józef Zelkowicz (1898–1944), zatrudniony w Wydziale Archiwum Przełożonego Starszeństwa Żydów w łódzkim getcie, przez cztery lata wraz z kilkoma innymi ludźmi pióra sporządzał propagandowy „Biuletyn Kroniki Codziennej”.

Po godzinach notował to, czego nie wolno mu było oficjalnie krytykować, potępiać, a niejednokrotnie nawet zapisywać. W scenkach rodzajowych, felietonach, obrazkach literackich i reportażach, wśród których szczególne miejsce zajmują Tamte straszne dni – relacja z wielkiej akcji deportacyjnej do ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem, kreślił ponurą beznadziejność sytuacji ludzi odciętych od świata i stopniowo wyniszczanych. Z ironią, często przechodzącą w sarkazm, obnażał szkodliwość i złudność rzekomo rewolucyjnych i racjonalizatorskich inicjatyw żydowskich władz. Drwił z pompatycznej pustki ich komunikatów lub wprost oskarżał gettowy system protekcji, przestępcze działania poszczególnych dygnitarzy oraz służb, takich jak żydowska policja, biała gwardia czy strażacy.

„«Protekcja» – tak to się nazywa w getcie. «Protekcją» są w kuchni wszyscy, począwszy od kierownika i gospodyni, skończywszy na obierającej kartofle i woźnym. Skinienie głowy któregoś z nich w kierunku «pani wydzielaczki» jest bezcenne… Każdy taki znak gwarantuje, że miskę protegowanego konsumenta wypełni większa i nieco gęstsza porcja zupy…

Jeśli w kuchni «protekcją» są zarówno etatowi, jak i wszelcy inni współpracownicy, to rzecz jasna jest nią pani wydzielaczka! A jakże, to wpływowa persona! W garści trzyma przecież nie tylko chochlę, ale i konsumenta, który jest dla niej niczym glina dla garncarza – jeśli wydzielaczka zechce, uczyni życie gettowego obywatela szczęśliwym i radosnym. Dostanie on bowiem dużą i gęstą zupę, która będzie mu aż ciekła po brodzie… A jeśli, uchowaj Boże, wydzielaczka nie zechce, biada mu! W swojej misce ujrzy dno i dostanie jedynie ochłap, którego w normalnych czasach i świnia by nie tknęła… Wobec tego nie dziwi, że znajomość z panią wydzielaczką jest jednym z najbardziej pożądanych i chodliwych artykułów w getcie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 364




Copyright © for this editionby Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Wydanie pierwsze

Przekład z jęz. jidysz, redakcja merytoryczna, wstęp i opracowanie przypisów:

Monika Polit

Redaktor prowadzący:

Jakub Petelewicz

Praca naukowa finansowana w ramach programu Mini­stra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach w latach 2018–2021, nr projektu 11H 18 0357 86, kwota finansowania 591 676,00 PLN

Translation made possible with the support of the Paul Celan Translation Program, sponsored by the Institute for Human Sciences, Vienna, and ERSTE Foundation, Vienna

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72

00–330 Warszawa

ISBN: 978-83-63444-69-3ISBN e-book: 978-83-63444-70-9

WSTĘPKILKA KOREKT ORAZ GARŚĆ UZUPEŁNIEŃ DO BIOGRAFII I TWÓRCZOŚCI JÓZEFA ZELKOWICZA

Biogram Józefa Zelkowicza zestawiałam kilkakrotnie1. Zawsze krótki i zawierający przy tym informacje niepewne lub niepotwierdzone, domagał się uzupełnienia, co jednak nie było i do dziś nie jest łatwe. Po Zelkowiczu nie pozostał żaden obszerniejszy osobisty zapis, na którego podstawie można by szczegółowo opowiedzieć o losach autora „Z dziennika”. Jeśli taki tekst istniał, to nie przetrwał lub ciągle jeszcze nie trafił do rąk badaczy. Prawdopodobniejsze, moim zdaniem, jest to, że Zelkowicz wskutek splotu rozmaitych wydarzeń nigdy takiego zapisu nie sporządził.

Jedyny zachowany dokument osobisty autorstwa Zelkowicza to notatka autobiograficzna2 przesłana Zalmanowi Rejzenowi, twórcy Leksikon fun der jidiszer literatur, prese un filologie [Leksykon żydowskiej literatury, prasy i filologii]3. Zelkowicz, wyraźnie zawstydzony koniecznością własnoręcznego jej sporządzenia, zastrzegł: „Trzymając się zasady «Niechaj cię kto inny chwali, a nie usta twoje»4, czekałem, aż któryś z moich kolegów zestawi moją krótką biografię do Pańskiego leksykonu. Ponieważ jednak, o ile mi wiadomo, dotąd nikt tego nie zrobił, niechże mi Pan wybaczy, że sam skreśliłem kilka słów o sobie, bo bardzo chciałbym figurować w Pańskiej pracy”5. Mieszczące się na jednej kartce sprawozdanie ze swojego życia i twórczości Zelkowicz spisał w trzeciej osobie, co wydaje się osobliwe na tle obszernych ankiet, wypełnianych bez skrępowania w pierwszej osobie6 przez innych twórców odpowiadających na Rejzenowy apel o stworzenie jak najpełniejszego kompendium poświęconego ówczesnej kulturze jidysz.

Do noty jest dołączony wycinek z reporterskimi szkicami z nędzarskich Bałut, opublikowanymi przez Zelkowicza w łódzkiej gazecie „Najer Folksblat” z 3 lutego 1928 roku7. Ponieważ redaktor leksykonu prosił autorów o przesłanie kopii wszystkich opublikowanych tekstów, a tych do roku 1928 Zelkowicz napisał już co najmniej kilkanaście, należy przypuszczać, że reszta przekazanych materiałów zaginęła w czasie wojny. Prawdopodobnie hasło mu poświęcone miało się ukazać w planowanym suplemencie do leksykonu, który niestety nigdy nie został ogłoszony drukiem8.

Wobec tego niepublikowane do tej pory osobiste świadectwo autora „Z dziennika” stanowi wyjątkowo cenny dokument, również z tego powodu, że pozwala weryfikować informacje na temat Zelkowicza zawarte w powojennymLeksikon fun der najer jidiszer literatur [Leksykon nowej żydowskiej literatury]9, który do dziś pozostaje podstawowym źródłem informacji dla badaczy literatury i historii kultury jidysz.

Dzięki zestawieniu archiwalnej noty i hasła z Leksikon fun der najer jidiszer literatur wiadomo, że Józef Zelkowicz urodził się w podłódzkim Konstantynowie nie w 1897 roku, jak podaje autor jego biogramu Chaim Lejb Fuks, ale „między rokiem 1898 a 1900”10. Rozpiętość rocznych dat narodzin, choć w tym wypadku zaskakująco duża, pojawia się w wielu osobistych zapisach żydowskich twórców11. Fuks, który nie tylko miał dostęp do korespondencji Rejzena, lecz także znał Zelkowiczaprzed wojną, zapewne postanowił wybrać pierwszą z dat (1898), ale się w jej zapisie pomylił. Zwykłym błędem czy przeoczeniem nie można już jednak nazwać lakonicznego sformułowania „zajmował się handlem w Błaszkach”, w którym Fuks streścił losy pisarza z czasu pierwszej wojny światowej12. W nocie znajdującej się w YIVO wyraźnie bowiem czytamy, że już w 1914 roku „ojciec został zupełnie zrujnowany, co odbiło się na młodym J[ózefie] Zelkowiczu tak silnie, że nie chciał siedzieć na garnuszku rodzica, który wówczas sam nie miał co jeść. Zabrał się podówczas młody, 15- czy 16-letni, Zelkowicz do szmuglowania. A kiedy Niemcy zarekwirowali mu cały towar, ruszył pieszo do Błaszek”13. Chaim Lejb Fuks świadomie przeinaczył informację pochodzącą od autora i używając zamiast negatywnie konotowanego słowa „szmugiel” neutralnego określenia „handel”, oczyścił biografię pisarza z niepożądanego wątku kryminalnego. Rozmyślne usunięcie przemytniczego epizodu jest dobrym przykładem cenzorskich zabiegów podejmowanych zarówno przez powojen­nych leksyko­grafów, jak i redaktorów oraz tłumaczy tekstów ofiar ­Zagłady14.

Skorygowania wymaga też podana przez Fuksa informacja o formalnej świeckiej edukacji Zelkowicza. O ile wiadomości na temat jego religijnego wychowania i nauki w jesziwach w Koźminku i Błaszkach autor „Z dziennika” przekazał wiernie, acz z konieczności skrótowo (tylko lektura archiwalnej noty pozwala się dowiedzieć, że do chederu zaczął chodzić, mając 3 lata, jako wybitnie uzdolniony już w wieku 9 lat studiował z dorosłymi mężczyznami Gemarę w konstantynowskim bejt ha­-midraszu, gdyż „w miasteczku nie było dla niego [odpowiednich] mełamedów”), o tyle błędny jest zapis o ukończeniu przez Zelkowicza seminarium nauczycielskiego. W jego odpowiedzi na ankietę Rejzena czytamy przecież wyraźnie, że po niefortunnym szmuglerskim incydencie ruszył do Błaszek, gdzie jeszcze przed wojną, jako szesnastolatek15, uzyskał tytuł rabina. Z powodu wojennego spustoszenia nie znalazł tam jednak żadnego zamożniejszego dobrodzieja, który zgodnie z żydowskim obyczajem dałby wikt i opierunek ubogiemu, lecz zdolnemu uczonemu w Piśmie. Nie wiedząc, co ze sobą począć, i nie mając środków do życia, posłuchał rady jednego z błaszkowskich maskili i „zabrał się do nauki”16 tak intensywnie, iż dwa lata później, pod koniec 1917 roku, objął posadę nauczycielską w szkole powszechnej w Lutomiersku. Oznacza to, że Zelkowicz musiał się samodzielnie przygotować do końcowych egzaminów zdawanych jako ekstern, gdyż warunkiem przyjęcia do trwającego nie krócej niż trzy lata seminarium nauczycielskiego, czyli zawodowej szkoły średniej17, było świadectwo ukończenia szkoły powszechnej, którego żydowski młodzieniec nie miał.

Jako nauczyciel pracował Zelkowicz tylko nieco ponad rok, ponieważ po uchwaleniu przez Sejm Rzeczypospolitej poboru do wojska roczników 1896–1901 (co nastąpiło w marcu 1919 roku) wraz z innymi rekrutami został posłany na wojnę polsko­-bolszewicką. Jak podał w nocie biograficznej, „frontowe życie odcisnęło na nim swoje piętno, pisał więc wiersze oraz przelewał na papier wrażenia, które wydrukował wojskowy organ «Żołnierz Polski»”.

Rzeczywiście w przejrzanych rocznikach „Żołnierza” z lat 1919–1922 (wtedy Zelkowicz został zdemobilizowany) znalazłam dwie wojenne relacje18 podpisane inicjałami „ZJ”. Nie udało mi się natomiast odszukać żadnego wiersza. Najpewniej, jak wiele innych debiutów, nie znalazły one uznania w oczach wybrednego redaktora gazety, słynnego młodopolskiego poety Artura Oppmana, „Or­-Ota”, który w rubryce „Odpowiedzi Redakcyi” w prostych żołnierskich słowach komunikował nieudolnym wierszopisom: „Nie wydrukujemy” bądź „Radzimy dużo czytać Mickiewicza i Słowackiego”.

Dziennikarski debiut Zelkowicza nastąpił zatem po polsku. Zastrzeżeń nie budzą ani kompozycja, ani język jego tekstów. Bardzo dobrą znajomością polszczyzny młodzieniec musiał się wykazać już wcześniej, kiedy podchodził do egzaminów nauczycielskich, wśród których trzeba było zaliczyć pracę pisemną oraz egzamin ustny ze znajomości literatury. W Lutomiersku, od kiedy znalazł się pod okupacją niemiecką, zelżały też wcześniejsze zaborcze rygory i w szkole uczono po polsku. Jednak mimo osiągnięcia biegłości w języku polskim Zelkowicz nie zdecydował się w nim pisać i tworzyć. Dlatego otrzymawszy w Łodzi w 1922 roku solidną posadę buchaltera19, zaczął szukać kontaktów z tamtejszym intelektualno­-artystycznym środowiskiem żydowskim.

Łódź była wówczas oprócz Warszawy najważniejszym w odrodzonej Polsce ośrodkiem nowoczesnej kultury i literatury jidysz, a wyrazem śmiałych, wręcz wyjątkowych w skali świata przemian w dziedzinie języka i sztuki żydowskiej stały się pionierskie dokonania łódzkiej grupy literacko­-artystycznej Jung Idysz. Członkowie Jung Idysz, jak i innych podobnych jej mniej lub bardziej formalnych grup skupiających inteligencję żydowską20, podkreślali swe pragnienie kształtowania nowej narodowej sztuki, literatury i kultury, której językowym tworzywem miał być jidysz. Choć Józef Zelkowicz osiadł w Łodzi już po oficjalnym rozpadzie tego ugrupowania, mogły na niego oddziaływać jego nieprzebrzmiałe jeszcze postulaty oraz osobiste kontakty z głównym twórcą grupy i jedną z najważniejszych postaci żydowskiej awangardy – Mojszem Broderzonem21.

Jako prozaik zadebiutował Zelkowicz w 1926 roku na łamach poczytnej gazety „Lodżer Najer Folksblat” tekstem zatytułowanym Di kale leczlech [Pantofelki panny młodej]22. Potem autor „Z dziennika” często ogłaszał tam opowiadania chasydzkie, humoreski, felietony, obrazki i reportaże, które zgodnie z ówczesnym obyczajem prasowym przedrukowywały inne tytuły, zarówno wydawane w Polsce, jak i zagraniczne, takie jak „Forwerts” i „Keneder Odler”. Zelkowicz sporadycznie pisywał też do gazet reprezentujących określoną opcję polityczną (kilka tekstów umieścił w bundowskim „Lodżer Weker” oraz w organie Poalej Syjon „Lodżer Arbeter”), aczkolwiek właściwie nic nie wiadomo o jego zaangażowaniu w jakikolwiek ruch polityczny. W notatce z YIVO nie ma na ten temat żadnej wzmianki. Dlatego też informację Fuksa o pracy w kole teatralnym założonym przy łódzkiej siedzibie partii folkistowskiej23, gdzie Zelkowicz miał wystawiać teksty Icchoka Lejbusza Pereca, należy traktować z należytą ostrożnością – tym bardziej że jeden ze świadków tamtego czasu, aktor Mosze Puławer24, wspomina, iż to w założonym w 1925 roku przez Mojszego Broderzona studium teatralnym25, w którym Zelkowicz prowadził zajęcia z historii literatury żydowskiej, pokazano między innymi Perecowskich Mekubolim [Kabaliści], a o własnej inscenizacji tego właśnie opowiadania pisze Zelkowicz we wspomnianej notatce26.

Swoją odpowiedź na ankietę autor „Z dziennika” kończy zdaniem: „od czasu powstania JIWO w Wilnie jest jednym z jego korespondentów”. Ten niezwykle istotny wątek w życiu i twórczości Zelkowicza ilustrują materiały Komisji Etnograficznej Jidiszer Wisnszaftlecher Institut (JIWO). Instytucja ta w latach 1925–1930 opublikowała kilkanaście kwestionariuszy dla zamlerów27, czyli miłośników języka i kultury jidysz angażujących się w gromadzenie i dokumentowanie na piśmie wszelkich przejawów żydowskiego życia, którzy na podstawie owych formularzy opracowywali poszczególne zagadnienia, a następnie wyniki swych prac odsyłali do JIWO. Dzięki zachowanej karcie korespondenta­-zamlera28 wiemy, że od marca 1926 roku Zelkowicz regularnie przekazywał Komisji teksty związane z tematyką kolejnych kwestionariuszy, a także nadesłał projekt własnego formularza dotyczącego obyczaju biesiad w chasydzkich sztyblach. Z adnotacji na karcie wynika, że łódzki zamler przekazał Instytutowi pokaźny zbiór regionalnych piosenek ludowych i dziecięcych, zabaw, zagadek oraz anegdot. Zanotował też 1300 charakterystycznych dla tego regionu wyrażeń oraz spisał obyczaje związane z obchodami świąt Purim, Pesach, Lag ba­-Omer i Szawuot w jego rodzinnym Konstantynowie oraz w Koźminku, gdzie studiował w jesziwie. Zelkowicz odpowiedział również na kwestionariusze odnoszące się do działalności stowarzyszeń chewra kadisza29 i do ludowej pamięci o pierwszej wojnie światowej30.

Karta zamlera Józefa Zelkowicza z 1926 roku

List Józefa Zelkowicza do JIWO z 26 lutego 1927 roku

Spis materiałów etnograficznych nadesłanych przez Józefa Zelkowicza do JIWO w 1926 i 1927 roku

Mimo że w listach do JIWO Zelkowicz skarżył się na ciągły brak czasu („przeklęta jest moja praca zarobkowa, bo niestety mało mam miejsca na inne, intelektualne zadania”31) i bolał nad koniecznością odłożenia na później nawet tak zajmującej lektury etnograficznej jak wydana w 1926 roku Landoj buch32, o której chciał napisać dopełniający ją artykuł33, to wciąż podejmował nowe zamlerskie wyzwania. Jak wynika z jego korespondencji z Komisją Etnograficzną, wiosną 1927 roku wybierał się do podłódzkich sztetli, między innymi do Ozorkowa, Łęczycy, Parzęczewa i Lutomierska, mając nadzieję na odnalezienie w tamtejszych archiwach klasztornych i kościelnych „ogromu materiałów o Żydach”34. Ponieważ taka misja wymagała oficjalnego dokumentu potwierdzającego jego status zbieracza żydowskiego folkloru, wzorem innych zamlerów35 wysłał do JIWO swoją fotografię z prośbą o wydanie legitymacji w języku polskim i po łacinie36.

Wydaje się, że kolekcjonując folklor, Zelkowicz długo działał w pojedynkę. W każdym razie w marcu 1927 roku pisał do Instytutu: „Nie jestem członkiem żadnej grupy. Dopóki nie powstanie [zamlerskie] koło z prawdziwego zdarzenia, dopóty nie chcę nawiązywać żadnych kontaktów, bo to tylko przeszkadzałoby mi w pracy. Zawsze jednak gotów jestem pomóc każdemu innemu zamlerowi, pisząc rekomendacje, dając wskazówki itp. Ze wszystkich tutejszych zamlerów znam tylko Nachtigala37, któremu przekazałem kilka rzeczy do wysłania do Państwa archiwum”38.

Cecile E. Kuznitz, badaczka dziejów JIWO/YIVO, podaje, że do 1929 roku w Polsce i na całym świecie powstały 163 lokalne grupy zbieracze [zamler­-krajzy]39. Wedle zachowanych dokumentów w Łodzi istniały dwie. Jedna z nich utworzyła się najpewniej latem 1926 roku40. Spośród pięciu jej członków dwóch było robotnikami, trzech handlowało – drewnem, artykułami kolonialnymi lub książkami41. Z wymiany listów między Instytutem a kołem wynika, że choć zapał jego twórców był wielki (przez pewien czas nadsyłali egzemplarze prasy łódzkiej, kolekcjonowali anegdoty, opowieści, a także teksty nigunów42), to nie potrafili lub nie mogli się poddać rygorom regularnego zamlerskiego wysiłku. Ostatni zachowany list, z 1928 roku43, każe się domyślać, że po dwóch latach nastąpił rozpad grupy. Z wąskiego grona jej założycieli później indywidualnie korespondowali z JIWO Naftali Berliński44 i Icchak Markiewicz45. Natomiast żywot drugiego łódzkiego koła zamlerskiego wydaje się już zupełnie efemeryczny, gdyż poza wysłanymi do Instytutu w grudniu 1926 i 27 marca 1927 roku listami informującymi o powstaniu przy łódzkim Cukunf­cie grupy zbieraczej46 oraz standardową na nie odpowiedzią JIWO, entuzjastyczną i zagrzewającą do pracy, niczego więcej w dokumentach nie znajdujemy.

Wydane przez JIWO 11 maja 1928 roku potwierdzenie nadesłania materiałów przez zamlera Józefa Zelkowicza

Pierwszą organizacją długotrwale wspierającą działalność JIWO w Łodzi było powołane do życia na początku 1930 roku Towarzystwo Przyjaciół Żydowskiego Instytutu Naukowego (JIWO). Z zachowanych akt Urzędu Wojewódzkiego Łódzkiego wynika, że w marcu tegoż roku trzej założyciele Towarzystwa – redaktor Lazar Fuks, Jakub Szulman i Mendel Szwalbe – przesłali do Łódzkiego Starostwa Grodzkiego statut z uprzejmą prośbą o jego zatwierdzenie47. Po pozytywnym zaopiniowaniu wniosku przez Wydział Bezpieczeństwa Publicznego, który stwierdził, że „założyciele opinią pod względem moralnym i politycznym cieszą się nienaganną oprócz Lazar[a] Fuksa, który w 1922 roku był aresztowany jako podejrzany o komunizm, lecz na rozprawie Sądu Okręgowego w Łodzi został zwolniony z powodu braku dowodów. Obecnie Lazar Fuks czynnego udziału w życiu politycznym nie bierze”48, statut, po naniesieniu kilku poprawek, został zatwierdzony49. Z innych zachowanych dokumentów państwowych wynika, że do wybranego w październiku 1932 roku siedmioosobowego zarządu Towarzystwa należał Józef Zelkowicz, a jego mieszkanie przy ul. Gdańskiej 10 służyło jako siedziba organizacji50. Dwa lata później został wybrany na jej sekretarza51. W zarządzie autor„Z dziennika” zasiadał nieprzerwanie do 1938 roku52.

Kiedy w latach trzydziestych Zelkowicz wstępował w szeregi Towarzystwa, miał zapewne nadzieję na systematyczną i pogłębioną współpracę zamlerów i badaczy, na którą wcześniej nie mógł liczyć w rachitycznych strukturach zamler­-krajzów. Towarzystwo powołali wszak w znakomitej większości ludzie z cenzusem naukowym oraz wysokim statusem społecznym – profesorowie, nauczyciele, lekarze, adwokaci, dziennikarze, urzędnicy53 – deklarujący jak najżywsze zainteresowanie i zatroskanie losem młodego i ciągle wymagającego wsparcia Żydowskiego Instytutu Naukowego. W praktyce, co pokazuje lektura zachowanej korespondencji z Instytutem, było jednak nieco inaczej. W krążących między Łodzią a Wilnem listach z lat 1933–1934 czuć przede wszystkim napięcie związane z trapiącym wówczas całą Europę wielkim kryzysem, który niósł ze sobą również bezpośrednie zagrożenie bytu JIWO54. Przez ponad rok Zalman Rejzen przesyłał do ówczesnego prezesa zarządu redaktora Lazara Fuksa i członka komisji rewizyjnej Pinkusa Nadela55 (równocześnie sekretarza łódzkiej gminy żydowskiej) usilne prośby o jak najszybsze interweniowanie u przewodniczącego łódzkiego kahału Lejba Mincberga, który obiecał Instytutowi pomoc w wysokości 250 zł. Ostatecznie z powodu najwyraźniej małej skuteczności starań Fuksa i Nadela oraz, jak podsumował sprawę sam Rejzen, ze względu na oskarżenia o lewicową orientację i o propagowanie antyreligijnej postawy, wysuwane pod adresem JIWO przez niektórych gminnych parnasów, subsydium nie zostało wypłacone56.

W dobie wielkiego kryzysu i w latach bezpośrednio po nim następujących duże znaczenie przy pozyskiwaniu środków na potrzeby utrzymania Instytutu i jego nowych przedsięwzięć miały tak zwane akcje, czyli szeroko zakrojone kampanie propagujące działalność JIWO na obszarze Europy i całego świata. Tego rodzaju inicjatywy podejmowano również w Łodzi. Kwatera główna w Wilnie od momentu powstania Towarzystwa korespondowała z nim żywo w sprawie dorocznych wizyt swych wysłanników. Od Towarzystwa oczekiwano pomocy w organizowaniu spotkań jiwowskich emisariuszy z łódzkimi stowarzyszeniami handlowymi i artystycznymi, a także bankami lub pojedynczymi osobami, które zarówno przez swoje wpływy, jak i składane donacje mogły się przyczynić do rozwoju Instytutu57. Z pism zachowanych w archiwum YIVO wynika, że w 1935 roku w czasie „akcji” przeprowadzonej na terenie Łodzi przez Zalmana Rejzena datki z przeznaczeniem na nowo otwarty w JIWO dział „aspirantury” (jednostki, która w trybie regularnego kształcenia akademickiego przygotowywała młodzież do samodzielnej pracy badawczej) obiecało szesnastu dobroczyńców, w tym znani w Łodzi przedsiębiorcy Maks Kon i Pinkus Gerszowski58. Wobec zmagania się

z ciągłym deficytem Instytutowi zależało na jak najszybszym uzyskaniu środków. Rejzen pisał do Łodzi: „Pragniemy wiedzieć, które z zadeklarowanych sum pozyska Towarzystwo Przyjaciół, a o które mamy zwrócić się bezpośrednio. […] Prosimy o natychmiastową odpowiedź […] pieniędzy potrzebujemy na gwałt”59.

Mimo naglącego tonu listu oraz posyłania kolejnych monitów60 Towarzystwo nie dyscyplinowało opieszałych donatorów. W marcu kolejnego roku z tego oraz z kilku innych powodów (nieobecność na sesji centralnego zarządu JIWO oraz brak działań Towarzystwa w okresie zimowym) Rejzen czynił łódzkiemu kierownictwu gorzkie wyrzuty61. Odpowiedź otrzymał dopiero w maju: „Sądzę, że nie będzie dla Pana bolesnym rozczarowaniem, jeśli powiem, że od [naszego Towarzystwa] nie powinien Pan wiele oczekiwać. Wszyscy ci nieszczęśni ludzie na szczycie władz są zbyt zagonieni i zapracowani, żeby się poświęcać sprawom Towarzystwa. W ostatnim czasie kilkakrotnie próbowałem zwołać zebranie, choćby po to, by się dowiedzieć, jaką dać odpowiedź na list Instytutu z 22 marca, ale mi się nie udało”62. Wydaje się, że autor tych słów, członek ówczesnego zarządu Józef Zelkowicz, nie miał złudzeń co do kondycji stowarzyszenia, które tworzył. Ponieważ nie ma archiwaliów z późniejszego okresu63, trudno orzec, jak układały się stosunki łódzkiego oddziału z wileńską centralą. Wiadomo jedynie, że od grudnia 1935 aż do lutego 1937 roku zarząd Towarzystwa nie odbywał zebrań, a jego działalność ograniczyła się do zorganizowania dwóch akademii i jednego jubileuszu. Zdołano też powołać własny zamler­-krajz, w którym aktywny był przede wszystkim Zelkowicz. Współpracując z nauczycielką Zlatą Brysz, zebrał, opracował i posłał do JIWO około 2000 eksponatów64.

Sprawozdanie z walnego zebrania Towarzystwa Przyjaciół JIWO w Łodzi 20 lutego 1937 roku

Sprawozdanie z walnego zebrania cd.

Za podsumowanie tego wątku niechaj służy opinia dziennikarza i prozaika Chaima Brzustowskiego, który w marcu 1939 roku na łamach „Najer Folksblat” pisał: „Łódzkie Towarzystwo Przyjaciół JIWO nie zdołało wyściubić nosa z ciasnego kąta, ograniczyło się do skromnych działań i stało się niepozorną instytucją aktywną tylko na skrawku żydowskiego życia”65.

W tym samym czasie, kiedy subwencję dla rozpaczliwie poszukującego finansowego wsparcia Instytutu przyrzekła łódzka gmina, obietnicę pomocy złożył również łódzki oddział Żydowskiego Towarzystwa Krajoznawczego, ale z braku funduszy nie mógł jej zrealizować, o czym w oficjalnym piśmie informował członek ŻTK Józef Zelkowicz66.

To, że autor„Z dziennika” angażował się jednocześnie w prace Towarzystwa Przyjaciół JIWO oraz ŻTK, było typowe dla szerokich kręgów ówczesnej inteligencji żydowskiej. Obie instytucje stawiały sobie podobne cele, a periodyki ŻTK („Krajoznawstwo. Wiadomości Ż.T.K”/„Landkentnisz”) zamieszczały na swoich łamach prace i kwestionariusze powstałe w wileńskim Instytucie. Zarówno JIWO, jak i ŻTK przywiązywały dużą wagę do włączania amatorów w poszukiwanie i opisywanie dawnej i współczesnej żydowskiej obecności na terenach Rzeczypospolitej67.

Do działaności w łódzkim oddziale ŻTK, powstałym na początku 1930 roku, Józef Zelkowicz przystąpił trzy lata później – w każdym razie wtedy jego nazwisko zaczęło się regularnie pojawiać w „Krajoznawstwie. Wiadomości Ż.T.K”. Jak wynika z lektury periodyku, w 1933 roku Zelkowicz sprawował funkcję członka zarządu Towarzystwa68. W tym samym czasie udało mu się wykorzystać swoje dziennikarskie kontakty i przystąpić do redagowania na łamach łódzkiego „Najer Folksblat” specjalnego dodatku turystycznego propagującego działalność ŻTK69. Reportażowe sprawozdania z wypraw Towarzystwa ogłaszał również w „Krajoznawstwie. Wiadomości Ż.T.K.”70. Poza tym łódzki reporter intensywnie udzielał się w referacie odczytowym sekcji kulturalnej ŻTK. Z tytułów jego wykładów – „Jak i z czego śmieje się lud”71, „Przysłowia, obyczaje i gry u Żydów”72 czy „Posłuchajmy, jak mówi lud”73 – łatwo wywnioskować, że przygotowując je, sięgał po materiał zebrany podczas zamlerskich wypraw. Na dorobku członka korespondenta JIWO musiały być też oparte zajęcia z folkloru żydowskiego prowadzone przez niego w ramach kursu dla instruktorów ŻTK74. O samym Instytucie oraz o działalności Towarzystwa Przyjaciół JIWO w Łodzi Zelkowicz mówił podczas specjalnego wieczoru, który ŻTK poświęciło obu tym instytucjom75.

W 1933 roku w jednym ze swoich wystąpień Zelkowicz wraz z innym członkiem ŻTK, dr. Filipem Friedmanem, tak jak on blisko związanym z wileńskim Instytutem, zaprezentował cele nowej ­sekcji w łonie Towarzystwa – referatu naukowego, który miał się dzielić na cztery działy: filologiczną, etnograficzno­-folklorystyczną, ekonomiczno­-statystyczną i historyczną76. W porozumieniu z JIWO referat ustalił metody i program pracy w postaci ankiet i kwestionariuszy mających posłużyć do zbierania danych w Łodzi i pomóc w organizowaniu ekspedycji do różnych miejscowości województwa ­łódzkiego.

W 1934 roku sekcja ta, funkcjonująca pod nazwą Koło Naukowe przy łódzkim ŻTK, liczyła około trzydziestu osób. Jego przewodniczącym został Filip Friedman77, którego zapałowi i naukowej systematyczności przypisać należy powodzenie tego przedsięwzięcia. W krótkim czasie członkowie Koła przeprowadzili kwerendy w Łodzi, Warszawie, Piotrkowie, Pabianicach i Zgierzu oraz opracowali kilka ankiet etnograficznych. Rozdzielili też między siebie tematy, które każdy z nich zobowiązał się naukowo opracować78.

Rozmach i ściśle badawczy charakter pracy zdecydował o tym, że w porozumieniu z JIWO i za zgodą łódzkiego ŻTK w 1936 roku Koło stało się sekcją Towarzystwa Przyjaciół JIWO w Łodzi, wnosząc doń wszystkie zgromadzone materiały. Kierował nim nadal Filip Friedman, odpowiedzialny również za dział historyczny79, sekretarzem został Józef Zelkowicz, mający w swej pieczy kwestie etnograficzne i folklorystyczne, sprawy ekonomiczne i statystyczne powierzono Szmuelowi Wyszewiańskiemu, pedagogiką i psychologią zajmował się Abraham Perelman, a filologią Szalom Abraham Kamieniecki. W 1938 roku wszyscy wymienieni weszli w skład redakcji pierwszego (i jak się miało okazać, jedynego) tomu studiów „Lodżer Wisnszaftleche Szriftn” [Łódzkie Prace Naukowe]. Ponieważ, jak czytamy w słowie odredakcyjnym, w pierwszym tomie nie udało się „miarodajnie zaprezentować prac wszystkich działów Koła, gdyż w sekcji naukowej ŻTK aktywne były tylko referaty historyczny i etnograficzny”80, zbiór wypełniły przede wszystkim rozprawy na tematy regionalne i szkice historyczne (w tym dwa teksty autorstwa Filipa Friedmana)81 oraz artykuły etnograficzne (w tym Józefa Zelkowicza Der tojt un zajne baglajt­-momentn in der jidiszer etnografie un folklor [Śmierć i elementy jej towarzyszące w żydowskiej etnografii i folklorze]). Autor „Z dziennika” umieścił w rzeczonym tomie ponadto swój socjograficzny tekst Bild funem jidysz­-gezelszaftlechn lebn in a pojlisz sztetl in der 2er helft fun 19tn jorhundert [Obraz żydowskiego życia społecznego w polskim miasteczku w drugiej połowie XIX wieku]), oparty na metodach popularyzowanych w latach trzydziestych przez JIWO82.

Oprócz wymienionych tekstów z pokaźnego dorobku etnograficznego Zelkowicza83 zachowały się jedynie drobiazgi. Są to spisane przez niego dwie purimowe sztuki z lat osiemdziesiątych XIX wieku (obie pochodzą z Koźminka – Goles szpil [Przedstawienie z ziemi wygnania] odgrywali uczniowie tamtejszej jesziwy, a tekst sztuki przekazał zamlerowi ojciec, natomiast Terkn szpil [Przedstawienie tureckie] inscenizowali studenci koźmińskiego bejt ha­-midrasza). Przetrwały też dwa sporządzone przez Zelkowicza opisy lutomierskich zwyczajów purimowych z początku XX wieku i lat dwudziestych tego stulecia (materiały te znajdują się w archiwum YIVO84), cztery zanotowane przez łódzkiego zamlera piosenki ludowe oraz trzecie purimowe przedstawienie, zatytułowane Chosid­-dajcz szpil [Przedstawienie o chasydzie i maskilu]. Wszystkie wydrukowano w tomie Jidiszer folklor. Ów ogłoszony w 1938 roku zbiór miał być podziękowaniem złożonym przez Komisję Etnograficzną ludziom, którzy przez trzynaście lat niestrudzenie i bezpłatnie pracowali na rzecz zachowania żydowskiego dziedzictwa. Nieznane są natomiast losy książki Zelkowicza zatytułowanej Di jidisze folks­-medicin, anonsowanej fragmentem na temat kołtuna wydrukowanym w 1934 roku na łamach „Najer Folksblat”85 (najprawdopodobniej nigdy się nie ukazała).

Wojenne losy Zelkowicza daje się ująć krótko, ponieważ z tego etapu jego życia i pracy znamy niewiele szczegółów. Z nielicznych zachowanych materiałów archiwalnych wynika, że w getcie, do którego trafił z żoną Sarą i synem Samuelem86, od razu przystąpił do pracy w charakterze dziennikarza dokumentalisty. Potwierdza to w swym powojennym zeznaniu Bernard Ostrowski: „Zelkowicz od samego początku notował zdarzenia i fakty z gettowego życia”87. Ostrowski miał okazję poznać autora „Z dziennika” w gettowym Archiwum, w którym Zelkowicz pracował od 15 listopada 1940 roku88. Po reorganizacji Wydziału Archiwum w lutym 1943 roku odpowiadał za gromadzenie dokumentów89, a nawet krótko był jego kierownikiem. Oprócz zadań dokumentacyjnych w grudniu 1940 roku zajmował też stanowisko nauczyciela jidysz w gettowych gimnazjach90, a od maja do września 1941 roku wykładał na seminarium przygotowującym kandydatów do prowadzenia zajęć szkolnych w języku żydowskim91. Intensywną pracę zawodową łączył z popularyzowaniem kultury jidysz – pod auspicjami powstałego jesienią 1940 roku Jidisze Kultur Gezelszaft (Żydowskiego Towarzystwa Kulturalnego), któremu sekretarzował, wygłaszał referaty poświęcone literaturze żydowskiej92. Prywatnie udzielał się w gettowym tak zwanym salonie literackim u poetki Miriam Ulinower, gdzie artyści prezentowali nowe utwory, poddając je ocenie i krytyce kolegów93. Latem 1944 roku, w obliczu zbliżającej się fali wywózek, która okazała się ostateczną likwidacją getta, Zelkowicz wraz z kilkoma innymi ludźmi pióra zabiegał u adwokata Henryka Neftalina o szczególną ochronę gettowego środowiska literacko­-artystycznego94. Niestety, nie uchroniło to autora „Z dziennika” przez śmiercią, gdyż w 1944 roku został wywieziony do Auschwitz i tam zamordowany.

O ile gettowa biografia Józefa Zelkowicza jest zwięzła, o tyle rozległa jest jego spuścizna z lat 1940–1944. Zarazem jednak – podczas gdy ustalenia na temat jego ówczesnego życia, choć domagają się uzupełnień, nie budzą wątpliwości, to jego prace, a właściwie ich kwalifikowanie jako zapisów oficjalnych lub prywatnych, ciągle zaprzątają uwagę badaczy.

Dzięki zespołowi naukowców z Centrum Badań Żydowskich Uniwersytetu Łódzkiego i przygotowanej przez nich pełnej edycji Kroniki Codziennej – najobszerniejszego z zachowanych gettowych dokumentów, którego Zelkowicz był współautorem – bez wahania można stwierdzić, że Kronika została co prawda sporządzona w działającym półjawnie Archiwum getta95, ale na oficjalne zlecenie przełożonego Mordechaja Rumkowskiego. Zasadniczo miała ona charakter codziennych zapisów – regularnie odnotowywano w niej stan pogody, zgony i narodziny, postrzelenia przy drutach, zamachy samobójcze, przydziały żywnościowe, ceny na rynku. Poza tym omawiano w niej działalność Przełożonego Starszeństwa Żydów, rozwój zakładów pracy, stan zdrowotny, obyczajowość i życie kulturalne, a także deportacje do i z getta („wsiedlenia” i „wysiedlenia”).

Niemal identyczny układ i dobór tematów prezentuje inny – zachowany w rękopisie – tekst autorstwa Józefa Zelkowicza, wydany pod arbitralnie nadanym tytułem Notatki z getta łódzkiego 1941–194496. We wstępie do niego pisałam: „W obu dokumentach [tj. Kronice i Notatkach] pod tożsamymi datami wymienia się zazwyczaj te same bieżące wydarzenia, jednak sposób, w jaki się je opisuje i komentuje, jest inny, czasem krańcowo różny. Bez wątpienia wynika to z odmiennego charakteru tych tekstów. […] Treść [Kroniki] była kontrolowana i cenzurowana przez specjalną urzędową komisję, tak by powstały na jej kartach obraz zaświadczał o dobrym, fachowym i skutecznym zarządzaniu ludnością w sytuacji grożącego jej śmiertelnego niebezpieczeństwa. Dlatego też, choć znajdziemy w niej mnóstwo krótszych i dłuższych uwag na temat występków poszczególnych osób, to nie ma tam krytyki ani organizacji getta, ani powołanych w nim służb, gdyż mogłaby ona sugerować brak kompetencji kierownictwa. Propagandowy dyskurs Kroniki selekcjonował informacje i arbitralnie nadawał im pozytywny lub negatywny wyraz. Działalność warsztatów i fabryk, osiągnięcia produkcyjne, wystawy i ceremonie opisywane były z emfazą, a wszelkie wyrazy społecznej niezgody czy buntu (strajki, demonstracje) piętnowane i marginalizowane. W jej zapisach eufemizowano lub wręcz pomijano wszelkie elementy drastyczne: powszechny głód, krańcową czasem pauperyzację, beznadzieję i rozpacz, korupcję i bezwzględność. Natomiast z kancelaryjną pedanterią, bez emocjonalnego zaangażowania, odnotowywano przypadki pojedynczych śmierci z głodu lub mrozu, czy też wskutek samobójstwa. Zelkowicz tymczasem nie waha się oceniać, krytykować, ironizować czy potępiać. Tam gdzie autorzy Kroniki z konieczności przemilczali prawdę albo musieli ją, nawet najbardziej wstrząsającą lub oburzającą, podawać w skrajnie lakonicznej formie, Zelkowicz dopisywał komentarze, prostował oficjalne wersje, odsłaniając, o ile to było możliwe, prawdziwe tło zdarzeń, gorzko drwił z pompatyczności i pustki komunikatów lub wprost oskarżał gettowy system protekcji i przestępcze działania poszczególnych dygnitarzy oraz służb, takich jak żydowska policja, biała gwardia czy strażacy. Notatki, które na pewno nie podlegały zewnętrznej cenzurze, są zapisem prywatnym, przynależącym do kategorii literatury dokumentu osobistego”97.

Tymczasem przygotowując niniejszy tom, natknęłam się na passus z tekstu Zelkowicza modyfikujący moją kwalifikację Notatek. Brzmi on następująco: „Gdyby nasza kronika codzienna dostała się w ręce miarodajnych instancji, mogłyby one podejrzewać autora o uprawianie «czarnej propagandy», o złą wolę i zdradę [jid. mesire]. Jednakże owa kronika i wraz z nią ta notatka leżą sobie spokojnie [pośród innych materiałów archiwalnych]”98. Nie ma wątpliwości, że Zelkowicz mówi tu nie o oficjalnej, redagowanej najpierw po polsku, a potem po niemiecku Kronice Codziennej, ale o tej pisanej przez siebie równolegle po żydowsku99. Nie myliłam się zatem bardzo, nazywając Notatki – wedle typologii odmian gatunkowych literatury dokumentu osobistego – „dziennikiem­-kroniką”100; nie miałam jednak racji, twierdząc, że są zapisem prywatnym, powstawały bowiem w Archiwum i tam były przechowywane.

Należy oczywiście postawić pytanie, dlaczego o prowadzeniu jednoczesnych – ale biegunowo różnych w interpretacjach faktów – kronik nie wspomina w swojej relacji Bernard Ostrowski, jedyny ocalały etatowy pracownik Archiwum. Czy to możliwe, że nic nie wiedział? Wydaje się, że w 1947 roku, kiedy składał zeznanie dla Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej, ani on, ani protokolant jego słów (później monografista getta łódzkiego) Wolf Jasny nie pojmowali jeszcze, jaką wagę dla przyszłych badaczy będą miały informacje o materiałach z Archiwum getta. Z esencjonalnej relacji Ostrowskiego dowiadujemy się tylko, że „Zelkowicz od samego początku notował zdarzenia i fakty z gettowego życia”101 oraz że „W październiku [1941 roku], kiedy przybyli Żydzi z Europy Środkowej, prace Archiwum ustały. Jego pracownicy zajmowali się niesieniem pomocy przybyszom. Stało się tak, ponieważ znali język niemiecki. Zelkowicz swej pracy nie przerwał, a Cukier spisywał Kronikę”102.

Czy można przyjąć, że owo „notowanie zdarzeń i faktów” przez Zelkowicza oznaczało właśnie tworzenie symultanicznej kroniki żydowskiej? Na to pytanie nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Niestety, z tego, co mi wiadomo, Ostrowskiego, który ostatecznie osiadł w Izraelu, o pracę w Archiwum nikt już nigdy nie pytał.

Jedną z części Notatekstanowi obszerny dokument zatytułowany Tamte straszne dni (In jene koszmarne teg103). Ten reportażowy tekst wydawał się nam, edytorom, ważnym uzupełnieniem na ogół kancelaryjnych w swym charakterze dziennych zapisów Zelkowicza – cennym tym bardziej, że w detaliczny sposób opowiada o szperze, czyli wielkiej akcji deportacyjnej do ośrodka zagłady w Chełm­nie nad Nerem z września 1942 roku, o której milczy oficjalna Kronika Codzienna. Ponieważ część reportażu, tak jak Notatki, zachowała się w rękopisie, przypuszczaliśmy, że być może już w zamierzeniu autora oba te teks­ty stanowiły jedność104. Dziś jednak, po ponownej lekturze artykułu Bera Marka zatytułowanego Di umgekumene szrajber fun lo­dżer geto un zejere werk105, należy stwierdzić, że nasze domysły były niesłuszne. W 1954 roku Mark napisał bowiem, że spośród utworów Zelkowicza w posiadaniu Żydowskiego Instytutu Historycznego znajdują się reportaże i kronika, którą nazywa „Kroniką września 1942 roku”. Z przeprowadzonej przez Marka analizy tekstu wynika niezbicie, że chodzi o Tamte straszne dni, a zatem stanowiły one odrębną całość. Ówczesny dyrektor ŻIH musiał je czytać w rękopisie, którym dziś dysponujemy tylko we fragmentach. Wobec tego niemal pewne jest również to, że maszynowa kopia reportażu, przechowywana obecnie w Archiwum YIVO w Nowym Jorku, została wykonana jeszcze w getcie, a znalazł ją i wywiózł z Polski w 1947 roku Nachman Zonabend. Najwyraźniej też do 1954 roku w zgromadzonych w ŻIH łódzkich archiwaliach nie było materiału z lat 1941–1944, który stanowi korpus Notatek, albo się nań nie natknięto.

Ponieważ Tamte straszne dni okazały się tworem samoistnym, postanowiłam je zawrzeć w niniejszym tomie, poświęconym prozie dokumentalnej Zelkowicza tworzonej w getcie. Reportaż ze szpery zajmuje w niej szczególne miejsce zarówno ze względu na swą obszerność, jak i wyjątkowe literackie wyestetyzowanie, będące rzecz jasna nie ornamentem, lecz nośnikiem patosu106. By pomieścić wzniosłość cierpienia i śmierci ofiar wywózki, Zelkowicz skonstruował swą reporterską opowieść na podobieństwo dramatu. Stosując śródtytuły, podzielił tekst na części odpowiadające wprowadzeniu, zawiązaniu akcji, perypetii, punktowi kulminacyjnemu i rozwiązaniu dramatycznej akcji107. W warstwie językowej literaturyzacji jego świadectwa posłużyły liczne i wyraziste środki stylistyczne: metafory, porównania, kontrasty, hiperbole, mające refrenowy charakter powtórzenia, pytania retoryczne, enumeracje oraz parafrazy i odwołania do ustępów z kanonicznych dzieł literatury żydowskiej108. Z kolei fabularyzację uwypukliły rozbudowane ekspozycje poszczególnych bohaterów i liczne sceny dialogowe109.

Przekładając Notatkina język polski, szczególną uwagę zwróciłam na fragmenty, które mimo źle zachowanego rękopisu udało się zidentyfikować jako zarysy reportażu110, udramatyzowanych, lapidarnie spuentowanych scenek rodzajowych111 oraz felietonów112. Dla porównania zamieszczam w tym tomie zarówno wspomniane szkice, jak i teksty powstałe w wyniku ich rozwinięcia.

Oprócz nich czytelnik znajdzie dwa obrazki113, zatytułowane Skopolaminai Środa mi wyparowała, trzy reportaże z resortów oraz jeden reportaż sądowy. Ten ostatni, będący niedatowaną, klasycznie sprawozdawczą relacją z jednej z licznych rozpraw, może stanowić ciekawe tło dla ufundowanego na literackiej aluzji tekstu Czy mogli to pojąć?… Natomiast reportaż W resorcie tapicerskim, zestawiony z utrzymanymi w tonie oficjalnej gettowej propagandy sukcesu raportami Zelkowicza z resortu papierniczego114, jest przekonującym dowodem na istnienie w Archiwum getta dwóch kręgów pism: jednego, w którym ze względu na nałożone na archiwistów obowiązki wytwarzano i gromadzono materiały podporządkowane retoryce perswazyjnej115, i drugiego, przechowującego teksty pozbawione wszelkiej emfazy i propagandowego skonwencjonalizowania. Język używany w tej drugiej grupie zapisów oddaje ponurą beznadziejność sytuacji, a obecna w nich ironia, często przechodząca w sarkazm, obnaża szkodliwość i złudność rzekomo rewolucyjnych i racjonalizatorskich inicjatyw gettowych władz. W niektórych z nich Zelkowicz sięga po wyszukaną formę persyflażu (którego żartobliwość czytelnik musi potraktować jako pozorną) i figu­rę antyfrazy116.

Z cytowanego już wcześniej fragmentu tekstu Zelkowicza Jak gettowy robotnik spędza wolny dzień wynika, że zarówno kronikę powstającą w jidysz (Notatki), jak i inne zapisy z „drugiego kręgu” przechowywano w Archiwum bez wiedzy i z dala od „miarodajnych instancji” getta. Nie oznacza to jednak, że nie podlegały one ocenie. Poddawano je weryfikującej lekturze, aczkowiek jej celem nie było usuwanie „wywrotowych” treści, lecz korygowanie formy. Na maszynowych kopiach tekstów takich jak „Pani wydzielaczka”, Środa mi wyparowała i Czy mogli to pojąć?… widać przekreślenia nie tylko pojedynczych zdań, ale nawet całych akapitów, a u dołu ostatniej strony reportażu z sądu Czy mogli to pojąć?… ręka lektora (cenzora?) wpisała arbitralny werdykt: „Bardzo dobre! Proszę dać inne zakończenie”117. Do kogo należał ów czerwony ołówek, który wychwytywał dłużyzny oraz słabości kompozycyjne i stylistyczne Zelkowicza? Oskar Singer w opracowanym dla Encyklopediihaśle podał, że przy Archiwum „istniała tzw. Komisja Cenzury składająca się z głównego kierownika, adwokata Neftalina, ówczesnego kierownika Archiwum dr. Kamienieckiego oraz kierownika Wydziału Szkolnego Mosze Karo. Wszystkie materiały dostarczone przez archiwistów podlegały dokładnemu sprawdzeniu, zanim zostały włączone do Archiwum”118. Pisane w jidysz teksty Zelkowicza mogli czytać/cenzurować tylko Kamieniecki119 (znamienity filolog i publicysta) lub Karo. Neftalin, choć żywo zainteresowany kulturą żydowską, pochodził z zasymilowanej rodziny i nie znał jidysz120.

Pośród licznych pytań, przed którymi stanęłam, przygotowując niniejszy tom, jest jeszcze jedno, a odpowiedź na nie mogłoby przynieść odnalezienie tekstu nazywanego przez Zelkowicza „dziennikiem”. Jego istnienie sugerują trzy edytowane tu zapisy noszące podtytuły „Notatka z dziennika”121 lub „Notatka z mojego dziennika”122. Ta dookreślająca uwaga pojawia się zarówno w ich pierwotnej, rękopiś­miennej wersji, jak i w kopiach maszynowych. Czy zważywszy na gatunkowe zarachowanie tych ocalałych utworów (reportaż, obrazek i felieton), „dziennik” – jeśli istniał jako odrębna całostka – stanowił rodzaj literackiego notesu, pisarskiego brulionu? Przy obecnym stanie wiedzy musimy poprzestać na domysłach. Mam jednak nadzieję, że badania nad przedwojenną i okupacyjną twórczością Zelkowicza będą się rozwijać i pozwolą nam na rozstrzygnięcie tej oraz wielu innych nieoczywistych dziś kwestii.

Monika Polit

Józef Zelkowicz w otoczeniu wyższych urzędników gettowej administracji

Most nad ulicą Zgierską. W tle kamienica, w której mieścił się Wydział Archiwum

NOTA EDYTORSKA

Podstawę edycji zamieszczonych w tomie dokumentów stanowią następujące teksty:

Skopolamina, rękopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 846

Lag ba­-Omer w getcie (refleksje), maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

W bursie dla sierot, maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

Kiedy Żyd wstaje o trzeciej, maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

Ludzkie słabości, maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

Kiedy koń kopie (obrazek z getta), maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

Wolny handel (miniatura) Psychologia kolejki, maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

Jak gettowy robotnik spędza wolny dzień (notatka z dziennika), rękopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 895; maszynowa wersja jest przechowywana pod sygnaturą RG 241, folder 896

Eliksir życia – kartoflane łupiny, maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą 1100

Środa mi wyparowała (znaleziona notatka z dziennika), maszynopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 896

„Pani wydzielaczka” (notatka z mojego dziennika), rękopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 895; maszynowa wersja jest przechowywana w archiwum Yad Vashem w Jerozolimie pod sygnaturą 034/632

W resorcie tapicerskim, maszynopis przechowywany w Archiwum Państwowym w Łodzi pod sygnaturą PSŻ 1100

W Resorcie Papierniczym, rękopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 856

Wydział Wyrobów Papierowych, rękopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 1241

Czy mogli to pojąć?… (wrażenia i refleksje), rękopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 895; maszynowa wersja jest przechowywana pod sygnaturą RG 241, folder 898

Z sądu (obrazy i wrażenia), maszynopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 898

Tamte straszne dni, maszynopis przechowywany w archiwum YIVO w Nowym Yorku pod sygnaturą RG 241, folder 880, uzupełniony fragmentami rękopisu Józefa Zelkowicza przechowywanego w Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie w zespole dzienników z okresu okupacji pod sygnaturą 302/111

Stan techniczny dokumentów zamieszczonych w tomie jest dobry. Wyjątek stanowią fragmenty pochodzące z tekstu głównego Notatek oraz z rękopiśmiennej wersji Tamtych strasznych dni (AŻIH, 302/111), w których występują większe lub mniejsze ubytki, zaznaczone w tekście edycji w następujący sposób:

a[…]a ubytek tekstu – brak jednego wyrazu,

aa[…]aa ubytek tekstu – brak dwóch i więcej wyrazów.

Fragmenty tekstów wymagające dodatkowych objaśnień zaznaczono kolejnymi literami alfabetu polskiego w indeksie górnym:

b–b skreślenie ołówkiem,

c–c tekst zakreślony ołówkiem,

d–d w oryginale tekst niemiecki,

e[…]e tekst wykropkowany w maszynopisie,

f–f tekst, którego nie ma w maszynopisie, lecz zachował się w rękopisie.

Komentarz do tych oznaczeń zamieszczono za pierwszym razem w przypisie.

W tekście zastosowano uproszczoną, zgodną z fonetyką języka polskiego, transkrypcję słów pochodzących z języków hebrajskiego i jidysz.

PISZĄCY TE SŁOWA JEST PRACOWNIKIEM GETTOWEJ INSTYTUCJI…

SKOPOLAMINA

Przyjechał sam, z lekarskim orzeczeniem w ręku.

– Skoro doktor dał skierowanie do szpitala dla umysłowo chorych, to niech tak będzie, choćby i na koniec świata, byle bez niej.

Przy zapisie postawił trzy warunki:

1) Zwracać się do niego trzeba nie inaczej niż „Hary”.

Czemu Hary? W paszporcie ma przecież Awigdor?

– Tylko Hary! Jak się woła A…wig…dor, to jakby wiatr zawiał. A od takiego podmuchu szumi mi w głowie…

Nie cierpię wiatru, nie znoszę szumu w głowie. Zawsze zatykam uszy watą. „Hary” wymawia się tak lekko, że prawie nie trzeba ruszać ustami. „Ha­-ry”. Awigdora nie chcę.

2) Od czasu do czasu trzeba mu dawać świeżą watę do zatykania uszu.

– Cierpi pan na uszy?

– Nie, po prostu lubię, jak jest cicho. Cicho jak makiem zasiał. Dziś mi wieje. Zawsze jak ona wyklina, to mi wieje. Nie znoszę, jak wyklina, nienawidzę, jak mi szumi wiatr, jak mnie głowa boli.

3) Trzeba zostawić mu skrzypce.

Gram tylko pianissimo. Bardzo cicho. Nikt nie usłyszy. Gram tak cicho, jak cicho wymawia się moje imię „Hary”. Nie trzeba przy tym nawet ruszać ustami – „Ha­-ry” – o, właśnie tak.

– Ale jeśli zawsze będzie pan sobie zatykał uszy, to jak pan usłyszy własną grę?

– Poradzę sobie. Ja usłyszę, tylko wy nie, wy będziecie jedynie widzieć, jak gram, ale nie usłyszycie. Ja będę słyszał, bo nie muszę widzieć. Nawet moje imię „Hary” wymawia się tak, że usta prawie się nie ruszają… Oczy mam otwarte, ale nic nie chcę widzieć! Kiedy się patrzy, widzi się rzeczy, które krzyczą. Swoim hałasem robią dziury w mózgu. Nie znoszę dręczenia mózgu, tego, że mi się krzyczy do środka głowy. Oczy mam zamknięte. Nawet kiedy je otwieram, są zamknięte. Mam niebieskie okulary. Niebieski to taki łagodny, kojący kolor. Czerwony jest awanturniczy, wrzeszczy wniebogłosy. Nie znoszę krzyku. Żółty piszczy. Zatykam sobie uszy watą. Watę daje się bezgłośnie ciągnąć i rozdzierać… Przedrzyj papier, będzie krzyczał. Szmata zacznie piszczeć… a wata, wata nic, milczy. Powiedz „Wigdor”, to zrobi się wiatr; powiesz „Hary” i jest cicho, cicho jak gdyby nigdy nic. Przesłaniam oczy niebieskimi okularami.

Czy ktoś go w ogóle słuchał? W kancelarii każdy przecież zajmuje się swoją robotą. Poza tym mówił tak cicho, że rzeczywiście nikomu nie przeszkadzał. Dostał numer w księdze ewidencyjnej, łóżko w jednej z sal domu dla umysłowo chorych i jako Wigdor Prajs przeszedł na utrzymanie gminy.

Wigdor Prajs pochodził ze starej rodziny muzykantów. Kiedy umarł mu ojciec, Wigdor nastał w kapeli na jego miejsce. Po wielu staraniach wkupił się w łaski kompanów i stał się dla nich „równiachą” i „swojakiem”. Był średniego wzrostu, przy tym harmonijnej budowy. Twarz miał bladą, okrągłą, z delikatnym cienkim nosem osadzonym między dwojgiem czarnych błyszczących oczu. Z ciemną zawadiacko kręconą czupryną dawał się lubić nie tylko płci pięknej, przepadali za nim i jego kamraci z kapeli. Rychło stał się jej duszą. Nic się bez niego nie mogło odbyć, nie było takiego zamówienia, czy to wesela, czy to balu, żeby muzykanci nie zabrali Prajsa ze sobą. Wigdor miał złote serce, rozdałby innym wszystko, co miał, do ostatniej koszuli. Nigdy nikomu nie odmawiał. Cudzy smutek był dlań jak własny. Pozostawał przy tym naiwny i za dobre słowo gotów był oddać duszę i ciało.

Pewnego razu wysoka Rochma, której już dawno wpadł w oko, przystąpiła do niego w kącie weselnej sali i tak mu powiedziała:

– Słuchaj, Wigdor, obyście ty i twoja matka byli tak zdrowi, jak ja cię chcę za męża, bom w tobie strasznie zakochana!

On tylko wytrzeszczył na nią swoje dobre czarne oczy i powiedział prosząco:

– Nie tak głośno, na Boga, ciszej, ludzie słuchają.

Ale ona nie przestawała. Chłopak był już jej.

– A niech im kiszki poskręca! No i co, że słuchają?

I dała mu takiego całusa, że aż się echem poniósł. Potem Awigdora paliła twarz, jakby mu kto wymierzył siarczysty policzek.

Kiedy nad ranem wrócił do domu i wyjął z kieszeni urobek, żeby dać go matce, zapytał:

– Co na to powiesz, mamo? Jestem już z nią po słowie, prawda?

– Idź, idź, głupi chłopaku, i daj sobie z nią spokój! Tfu, na psa urok!

– Mamo, ale to sierota, no i powiedziała, że się we mnie kocha na zabój.

Zakochana to zakochana – starą, wpółślepą Bejlę mało to obeszło, ale kiedy usłyszała, że tamta jest sierotą, to jakby jej kto nóż w serce wbił. Ani myślała zadawać się z martwymi teściami. Nieżywych bała się jak ognia, lepiej żeby się od niej z dala trzymali.

Ach, jakież to były zaręczyny! Niechby każdemu, kto w Boga wierzy, dany był ożenek nie gorszy, a może nawet i lepszy…

Co tylko się Awigdorowym kumotrom dało wyskrobać albo i zwędzić, to wyłożyli na stół, krzycząc:

– Lechaim, chłopie, niech Ci się szczęści! My to nie jakieś tam cherlawe jaśniepaństwo, co bułkę przez bibułkę, tfu! U nas, braciszkowie, jak już pałaszować, to pełną gębą, żeby aż furczało! Lechaim, Awigdorku! A niech tam, raz w życiu człowiek się zaręcza, lechaim! Na zdrowie pań!

Rochma czuła się jak kura gotowana w smalcu. Dusza i serce rozpływały się jej w miękkim cieple.

Rzucała Wigdorkowi tłuste jak okrasa spojrzenia – „Niech mi żyje słodki chłop!”, a potem się rozśpiewała:

„Com chciała, tom wzięła

Tak żyć trzeba!

Wigdorka za męża mieć

Trzeba było tylko chcieć”.

Jedynie stara, wpółślepa Bejla siedziała jak struta. Nieustannie potrząsała głową, bo nie takiej panny, nie takiej tęgiej gidyi życzyła sobie dla swojego jedynaka. Ona szpik mu z kości powysysa, jednym przykucnięciem zgniecie, a i tak najgorsze, że to pełna sierota. Taka dla nikogo dobrą partią nie będzie.

Wigdor się ożenił.

Pewnego razu, gdy wrócił nad ranem i zaczął wyjmować z kieszeni zarobione dziesiątki, dwudziestki, pięćdziesiątki – grosze wrzucone mu przez gości za zamówiony kawałek albo zebrane przy stołach – Rochma jednym zamaszystym ruchem rozniosła wszystko po izbie.

– Niedołęgo, z tego mam żyć? Za te twoje nędzne zarobki mam dom prowadzić?

Rochma, w przeciwieństwie do jego dobrej starej matki, pokój jej duszy, nigdy, ale to nigdy nie była zadowolona.

Awigdor nie pamiętał też, aby jego droga matka, pokój jej duszy, całe dnie spędzała poza domem.

U matki obiad był obiadem. Jak zabrakło mięsa, to była inna ciepła strawa. Jeśli nie zdążył na czas, zostawiała mu obiad, bo matka to matka!

Jedna tylko rzecz go zastanawiała, to mianowicie, czy za młodu jego tacie, niech wyprasza łaski, też opowiadano o mamie takie rzeczy, jakie teraz jemu prawiono o Rochmie…

Głupstwo! Nie wierzy w te puste gadki. Jak to jego mama, pokój jej duszy, mawiała: „Kto mi to przynosi, niechaj się wynosi”. Przecież, kto mi przyjacielem, ten nie będzie opowiadał takich rzeczy, żeby mi zgryzoty przysporzyć, a kto wróg, temu nie muszę w ani jedno słowo wierzyć… Ale… czy by tak tylko po próżnicy gadali? Nie ma dymu bez ognia… Na co czekać? Przecież nic w tym dziwnego, w końcu jestem jej mężem i mam prawo wiedzieć, co się dzieje!

Zapytał więc, a ona zaprzeczyła.

Zapytał raz jeszcze.

– Ludzie zupełnie powariowali, żeby takie głupstwa pleść!

Zapytał trzeci raz.

– Że też zawsze trzeba się z pasożytem użerać!

I chwyciwszy skrzypce, rozbiła mu je na głowie.

Czaszkę dało się połatać. Skrzypce poskładali mu kompani. Jednak od tamtego czasu jakby mu po głowie wiatr latał, a skrzypce jęły grać tak cicho, cichutko, że ledwie było je słychać.

I taka to jest historia Wigdora Prajsa. Wigdora Prajsa, który od młodości grał. Wigdora Prajsa, który był duszą kapeli i miał złote serce, i gotów był oddać wszystko, aż do ostatniej koszuli. Wigdora Prajsa z głową rozbitą skrzypcami, który trafił do żydowskiego szpitala dla nerwowo chorych prowadzonego przez gminę przy ul. Wesołej123.

W szpitalu Hary przebywał już od lat. Zimą siedział przy piecu, latem w szmacianych kapciach spacerował po podwórzu, stąpał zawsze cicho. Nigdy nie podnosił głosu ani nie wygrywał wysokich tonów na swoich skrzypcach. Uszy zatykał watą, oczy przesłaniał niebieskimi okularami. Chodził sam, z nikim nie utrzymywał stosunków, tylko od czasu do czasu zaglądał do kancelarii, do siostry dyżurnej i opowiadał jej swoje sny. A ponieważ mówił tak cicho, że nie było go słychać, i nikomu nie przeszkadzał, to go znoszono. Każdy zajmował się swoją pracą, a Hary siedział na ławce i opowiadał:

– Rano kupiłem paczkę tabaki. Zobaczyłem, że wszyscy kupują, to i ja kupiłem. Ten świat wariuje! Sklep był pełny, nogi nie było gdzie postawić. Skąd nagle ten run na tabakę? Stał tam szajgec. Taki wysoki, rozpychający się szajgec. Nie odzywałem się do niego ani słowem, ale on mnie wyklinał: „Ty niedołęgo…”, nie, nie tak! Krzyczał: „Parszywy Żydzie”… „Bejlisie”. A ja… ja nic mu nie powiedziałem. Dałem równiutko, co do grosza. Dlaczego na mnie wyklinał? W uszach zaczęło mi szumieć, w głowie buszował wiatr, a ja nie znoszę wiatru. Hary, o tak, ledwo trzeba ruszyć ustami… wróciłem do domu i spaliłem tę paczkę tabaki. Nie szkoda jej?…

– Przecież ty nie palisz, Hary. Po co ci tabaka?

– Spaliłem ją! Ale ten szajgec, dlaczego mnie zwyzywał? Czy powiedziałem mu choć słowo?

I tak żył ten skromny człowiek w żydowskim szpitalu dla nerwowo chorych. Po drodze swego żywota stąpał tak cichutko, jak bezgłośnie suną ku sobie w sennym majaku zakochani.

Wybuchła wojna. Posiłki w szpitalu były skąpe, z czasem coraz mniejsze. Część pacjentów zachorowała. Jedni leżeli w łóżkach z rozgorączkowanymi, wytrzeszczonymi oczami i zaschniętymi językami, inni dziczeli i rycząc jak zwierzęta, brali się za łby.

Tylko Hary jakoś się trzymał.

W szmacianych kapciach jak zwykle dreptał z jednego pokoju do drugiego. W cichości cierpiał głód i często zachodził do kancelarii, żeby zapytać:

– Ha, więc rzeczywiście zrobili getto, ci Niemcy? I otoczyli je prawdziwym drutem jak tysiąc lat temu?… ha?

Tym razem jednak Wigdor przeszkadzał, prawdziwie przeszkadzał. Ludzie z kancelarii siedzieli jak uderzeni obuchem. Dostali rozkaz dostarczenia wyczerpującego spisu wszystkich chorych znajdujących się na utrzymaniu ich instytucji. Zachodzili w głowę, do czego ma to służyć. Skąd nagłe zainteresowanie żydowskimi chorymi?

Komisji, która przyszła oglądać pacjentów (a przewodził jej człowiek tak młody, że zdawało się, iż dopiero co oderwał się od matczynej spódnicy), tak klarował miejscowy lekarz:

– Ależ moi panowie, pośród tych tutaj jest wielu, więcej niż połowa, nieszkodliwych, cichych, spokojnych i w znakomitej części użytecznych ludzi! Na przykład Hary, utalentowany muzyk i dobry wyplatacz koszy…

Młodzik przerwał mu gwałtownym ruchem ręki:

– Co to za bzdury!

Rozkaz był bezwzględny – dziś przed snem zastrzyki ze skopolaminy. To samo jutro z samego rana. Wszyscy mają być na swoich miejscach, nikogo nie może brakować. Odpowiadacie za to osobiście!…

Czterdziestu siedmiu chorych. Czterdziestu siedmiu zapomnianych przez Boga i ludzi. Czterdzieści siedem ciał, żyjących we włas­nym świetlistym lub mrocznym świecie, nakłuły igły i zgodnie z rozkazem wprowadziły w nie otępiającą truciznę skopolaminy.