Nondum oraz inne opowiadania - Lidia Amejko - ebook

Nondum oraz inne opowiadania ebook

Lidia Amejko

0,0

Opis

Zbiór opowiadań, których bohaterowie – różnorodni i skupieni w odmiennym czasie i odmiennych miejscach – poszukują równowagi oraz sensu, mierząc się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Plastyczny język tekstów i ich barwna narracja pomagają w wykreowaniu dynamicznych światów, w które wpisane są energia oraz niepokój.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Lidia Amejko

Nondum oraz inne opowiadania

Saga

Nondum oraz inne opowiadania

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2003, 2021 Lidia Amejko i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728026700

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Każdy plecie, jak umie –

jednemu wyjdzie arras, innemu powróz

Notatka służbowa w sprawie zajścia w Ermitażu (na brudno)

17 marca br., wieczorem, w Ermitażu, w obecności (największych, najwybitniejszych, całej wierchuszki)van Dycka, Vermeera (Wernera?) od Boscha i naszego Wyspiańskiego, ja, Gregor Senso (dopuściłem się, dokonałem karygodnego występku) zanieczyściłem (tragicznie, brutalnie, niewybaczalnie) van Dycka moją własną treścią żołądkową, która była, jeśli uznać to za okoliczność łagodzącą, najwyższej jakości i wytworności, gdyż Ermitaż, jak wiadomo, słynie z kuchni.

Pragnę podkreślić, że zanieczyszczając swojego przełożonego, pana van Dycka, postąpiłem (z powodów ode mnie niezależnych, na skutek nieporozu... nie chciałem!!!) wbrew swojej woli, choć, przyznaję, zgodnie z wolą mojego ciała, z którym się jednak całkowicie nie zgadzam.

Aby to wszystko wyjaśnić, muszę teraz opisać wydarzenia, które doprowadziły do (zawstydzającej erupcji treści, niepohamowanej womitacji) zajścia w Ermitażu. A więc dziesięć dni temu, pamiętam, że to był czwartek, jak zawsze obudziło mnie radio. Właśnie myłem zęby, kiedy usłyszałem w Informacjach (gdyż radio mam również w łazience) o powodzi w stanie Puebla w Meksyku, podczas której zginęło dwa tysiące ludzi. Nie wiem, czy się zakrztusiłem czy może z jakiegoś innego powodu zacząłem topić się we własnej łazience. Na szczęście Informacje przeszły do pogody, a mnie udało się opanować sytuację. Następnie pojechałem do pracy, do Rembrandt Banku. Siedziałem, jak zwykle, w swoim gabinecie przy komputerze i badałem krzywą stóp redyskontowych za ostatni tydzień, kiedy odruchowo włączyłem radio – naprawdę sam nie wiem, kiedy i jak. Akurat mówili o wybuchu metanu w kopalni i o poparzonych górnikach. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, w końcu bez przerwy się o tym mówi, ale... to było naprawdę straszne! Zacząłem drżeć i szlochać, a Wanda, moja asystentka, powiedziała potem, że ten obraz wydał jej się piękny i poruszający: oto bankowiec w garniturze, siedząc przy biurku, współodczuwa, jak by powiedział filozof Scheler, z nieznanymi sobie, lecz cierpiącymi górnikami! Ale kiedy zacząłem wyć, to Wanda bardzo się zdziwiła, bo o takim natężeniu współodczuwania Scheler nie wspominał. A ja wyłem i zrywałem z siebie marynarkę, a potem koszulę, i wyciągałem przed siebie ręce, patrząc, jak moja skóra gwałtownie czerwienieje, marszczy się, a potem wybrzusza w wielkie pęcherze. „Jak na kanale Discovery!” – pomyślała jakaś część mojego mózgu, ale ból zaraz zagłuszył tę myśl.

Trafiłem na pogotowie. Lekarz nie mógł się nadziwić, że coś takiego przytrafiło mi się przy komputerze.

– Gdzie pan trzyma ten komputer? W piwnicy? – zapytał, wyciągając z rany kawałek węgla.

– Wirtualna rzeczywistość? – kpił sobie. – Tylko czemu tak boli, co?

Milczałem z godnością, bo nie wiedziałem, co powiedzieć, poprosiłem tylko, żeby zostawił mi nieobandażowane palce, do pracy przy komputerze. Zaraz też poszedłem do sklepu kupić większą marynarkę.

Trochę się zdziwiłem. Zdziwiłem się, bo wszystkie były w jednej cenie.

– TO nie jest cena! – powiedziała ekspedientka. – To rok produkcji.

– Niemożliwe! 1999 to nie cena? Jest pani pewna?

– Nic na to nie poradzę, że mamy taki rok, co wygląda jakcena!

A potem westchnęła:

– Szkoda, że ja nie sprzedaję lat, bo ten rok już dawno by się skończył.

Przyszło mi do głowy, że ona coś wie, i nie myliłem się: w sklepie grało radio, żeby klientom było przyjemniej, i nagle usłyszałem ten okropny dżingiel! Odruchowo zasłoniłem się rękami, bo już-już miały się odezwać Informacje, ale ekspedientka (miała bardzo czarne włosy i żółte oczy) wyciągnęła palec i jednym dotknięciem, jak prawdziwa czarodziejka, zmieniła stację.

– Nie lubimy, kiedy gadają – powiedziała i mrugnęła do mnie znacząco żółtym okiem. – Ma być tylko muzyka!

Przeszedł mnie dreszcz. Ależ tak! Jak mogłem na to nie wpaść: TYLKO MUZYKA! TYLKO MUZYKA!

Amarynarkę kupiłem tylko o numer większą, gdyż nie zakładałem już dalszych wypadków.

Poszedłem do Banku i zabrałem się do pracy nad bilansem, radio włączyłem, to prawda, ale tylko po to, żeby (nie ulec presji mediów, pokazać, kto tu jest panem, nie dać się zwariować) grało, bo jestem przyzwyczajony. Postanowiłem nie słuchać Informacji, jak mówią o wypadkach, więc kiedy usłyszałem znajomy dżingiel, to zaraz przekręciłem gałkę. Bo człowiek jest wolny i ma wolność wyboru stacji!

Grała łagodna muzyka, a ja spokojnie robiłem bilans, kiedy rozległ się dżingiel. Ostry jak brzytwa. Aż podskoczyłem w fotelu. Najdziwniejsze jednak, że był to TEN SAM dźwięk, przed którym starałem się uciec. Więc znowu przekręciłem gałkę i zmieniłem stację. Uf, co za ulga! Jednak po chwili znów zabrzmiał TEN dżingiel! Sytuacja zrobiła się groźna, więc porzuciłem liczby i siedząc twarzą do radia, blady i skupiony, jak pilot bombowca, próbowałem uciec przed ścigającą mnie nienawistną melodyjką. Z kroplami potu na czole biegłem jak oszalały po radiowej skali, a dżingiel nie tylko deptał mi po piętach, lecz czasem podstępnie wyprzedzał mnie i... ZACZAJAŁ SIĘ w stacji, do której właśnie zmierzałem! Pomyślałem: „Wyłącz TO, Senso! Wyłącz! Jest naprawdę niebezpiecznie”. A potem: „Jeszcze tylko jedna stacja! Jeszcze tylko jedna stacja i... Koniec!” – tak bardzo przypominało mi to grę komputerową. Ale to była gra, o jakiej komputerowcy mogą tylko marzyć: mój strach był prawdziwy. No i miałem tylko jedno życie.

Tak dobiegłem do końca skali. Przyparty do muru miotałem się, jak w pułapce – ale gałka stawiała opór! Rozpocząłem bieg w drugą stronę: jedna stacja, druga, trzecia... Nagle uświadomiłem sobie, że przegrałem: teraz już WSZYSTKIE stacje opanowane były przez TEN dżingiel! Nie miałem już dokąd uciec, nie miałem gdzie się schronić. Wtedy weszła Wanda i powiedziała: „Van Dyck na linii, pilne!”. Puściłem gałkę radioodbiornika, podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos pana van Dycka:

– Jak pan się miewa, panie Senso?

Dżingiel z godnością wybrzmią! do końca i radio rzekło z nieukrywaną satysfakcją:

– Znów zatrzęsła się ziemia na Tajwanie!

– Czuję się świetnie, panie van Dyck – powiedziałem, bo tak się zawsze mówi po angielsku, chociaż moje biurko właśnie zaczęło drżeć i zobaczyłem pękającą ścianę nad oknem.

– Według wstępnych obliczeń 1999 osób znajduje się pod gruzami! – usłyszałem jeszcze, zanim kawał sufitu spadł mi na głowę i straciłem przytomność.

Uległem hospitalizacji. Na sali razem ze mną leżało ośmiu mężczyzn. Nie muszę chyba mówić, że każdy z nich miał koło siebie małe radyjko albo telewizor. Słuchali Informacji, czemu trudno się dziwić, bo w ich sytuacji dobrze było posłuchać, że ktoś ma gorzej.

Akurat mówili o wojnie na Bałkanach.

– Tłuko sie Araby! – powiedział na to mój sąsiad. – Oni sie zawsze tłuko.

Ktoś zauważył, że to wcale nie Arabowie, ale mój sąsiad wiedział swoje:

– Albańczycy to podobnież, że Arabi so! Wierzo w islam jak Arabi.

I zaczął jeść ze słoika. A w Informacjach mówili o masowych grobach: że ciała zmasakrowane, że kości połamane, że... Czułem, że mój ból staje się nie do wytrzymania. Zacząłem krzyczeć.

– Pan wyłączy ten telewizor! – powiedział ktoś. – Pan nie widzi, że jemu to przeszkadza!

– Zaraz beńdzie pogoda, chce obejrzeć pogodę – uparł się mój sąsiad.

– A na chuj panu pogoda! Pan i za miesiąc nie ruszy się z tego łóżka!

– Chce wiedzieć, jaka pogoda – zaciął się sąsiad.

– Nie widzi pan, że człowiek cierpi. Trochę współczucia dla innych!

– Ja miałem gorzej, jak mnie tu przywieźli – odgryzł się sąsiad, ale to już nie miało znaczenia.

– Zmasakrowane ciała wrzucano do grobów! – powiedział telewizor, więc i ja, przez nieludzki ból wyrzucony z łóżka, zapadłem się wotchłań.

Następnego dnia dostałem izolatkę z powodu nadwrażliwości na... dźwięk. Przyszedł neurolog, stukał we mnie młoteczkiem i nakłuwał igłą. Pytał, czy coś czuję. Powiedziałem, że tak, zwłaszcza jak mówią te wszystkie liczby w Informacjach: dwa tysiące zabitych, 1999 pod gruzami...

– Boli pana liczba? – zainteresował się neurolog.

– Jak mówią... to boli.

– Ale to tylko liczba! – dziwił się. – Liczby zostały stworzone specjalnie po to, żeby nie bolało!

– Jak mówią...

I wtedy on się zdenerwował:

– Mówią! Mówią! Mówi się 1999 albo sześć milionów, żeby nie myśleć, nie widzieć, żeby szybciej przeszło przez gardło. Liczby są jak mur, za którym INNI płaczą i leje się cudza krew!

A potem się uspokoił i powtórzył ze słodyczą:

– Liczby są po to, żeby NAS nie bolało, panie Senso.

– Mnie boli... – zacząłem i nagle moje ciało rozpłakało się. Bo ja przecież nigdy nie płaczę.

– Dlaczego to wszystko mi się przytrafia? – spytałem szlochając. – Dlaczego akurat mnie? Jestem kierownikiem działu analiz polskiej filii Rembrandt Banku...

– Nie wiem – powiedział lekarz.

Wtedy coś sobie przypomniałem:

– Może to taki rok! Jak cena...

– Cena, powiada pan? – lekarz zamyślił się na chwilę. – Być może. Widzi pan. w dzisiejszych czasach często się zdarza, że dusza.... chyba powinienem powiedzieć: psychika, ale skoro jesteśmy tutaj sami! – rozejrzał się niespokojnie, sprawdził nawet za drzwiami i pod łóżkiem. – Więc ta... dusza, niewłaściwie pielęgnowana i narażona na nieustanną walkę z trującym otoczeniem, jak wątroba alkoholika, ulega całkowitej marskości.

– Jakto... marskości? – nie mogłem zrozumieć.

– Sztywnieje! Traci zdolność amortyzowania świata, do której została stworzona, a potem powoli obumiera.

– I co?

– Nic. Czasem jeszcze trochę uwiera w niektórych sytuacjach, ale najczęściej, jako zupełnie zbyteczna, zostaje... wydalona.

– Dusza?! Wydalona? – byłem wstrząśnięty.

– Tak. I to w sposób niezauważalny. Jak mały szary kamyczek. Można potem żyć bez duszy całymi latami! Chyba że... – lekarz przyjrzał mi się i uśmiechnął z zadowoleniem – ciało stanie się duszą! A ciała już tak łatwo zignorować się nie da, prawda, panie Senso? I trudno o nim zapomnieć, zwłaszcza jak... boli.

– Jak boli, to trudno – zgodziłem się.

– Pańskie ciało wzięło na swoje barki nie byle jaką misję! Misję uładzenia się z tym, co dla duszy okazało się zabójcze! Pan się przystosowuje, panie Senso! – lekarz promieniał. – Teraz pan tego nie rozumie, teraz wszystko wydaje się panu bolesne i bezsensowne, ale... proszę pomyśleć: Wybrano pana! Właśnie pana! I bierze pan udział wprocesie.

– Ja... Jakim procesie?! – to brzmiało groźnie.

– Wciąż takim samym... Od miliardów lat. A jeśli pan przeżyje... – aż zatarł ręce na tę myśl – będzie pan organizmem doskonalszym od innych!

Chciałem się dowiedzieć, czy mógłbym jednak odnaleźć moją duszę i sprawić, żeby wróciła na swoje miejsce, ale lekarz tylko przepisał mi zatyczki do uszu, a potem mrucząc: „Jaki piękny proces!” – wyszedł z pokoju.

Opuściłem szpital na własne żądanie, bo miał przyjechać pan van Dyck, a analizy nie były jeszcze skończone. A potem była ta kolacja w Ermitażu i to (nikczemne, haniebne, obrzydliwe) zajście, którego sprawcą było moje ciało, chwilowo pełniące obowiązki duszy.

Na pewno zbadał pan okoliczności zajścia i wysłuchał wszystkich obecnych, mam jednak nadzieję, że moja wersja wypadków wyjaśni moją całkowitą bezbronność wobec ciała (tj. duszy), które to ciało (a właściwie: dusza) zaczęło cechować się przesadną wrażliwością i moralnym skrupulanctwem, a nawet, wstyd powiedzieć, jakimś etycznym fundamentalizmem.

Po blinach z kawiorem a’la Ajwazowski, sakiewkach impresjonistów z pstrągiem, dekorowanych migotliwym ogniem, i zabawnym prosięciu a’la Picasso (ryjek odnaleźliśmy w... nieważne!), podano truskawki z bitą śmietaną, którym na szczęście patronował jakiś malarz realistyczny. Wtedy właśnie panu van Dyckowi zebrało się na wspomnienia wojenne, a wszyscy z ogromną radością i zainteresowaniem chłonęli opowieść przełożonego.

– Mój Boże! – powiedział pan van Dyck. – Ja przecież byłem w Sarajewie w czasie największego oblężenia, mamy tam filię naszego Banku. Każdego dnia widziałem na ulicy trupy dorosłych i dzieci!

Tu pan van Dyck srebrną łyżeczką nabrał wielką czerwoną truskawkę z czapeczką bitej śmietany na szczycie.

– Pamiętam raz, jak na moich oczach mała dziewczynka wybiegła na ulicę, a trzeba państwu wiedzieć, że dla dzieci siedzenie w schronie to była prawdziwa udręka: brak słońca, ruchu, no i ten głód! – pan van Dyck włożył sobie truskawkę do ust. – Więc ta dziewczynka uciekła ze schronu czy piwnicy i biegła – taka radosna i szczęśliwa! 1 nagle jakiś snajper strzelił do niej, tak po prostu! Dziewczynka upadła, a z ust ciekła jej strużka krwi. Widziałem to wszystko z okna banku. To była straszna, straszna wojna!

Pan van Dyck musiał źle ocenić wielkość truskawki, bo i jemu zaczął cieknąć z ust czerwony sok. Nagle poczułem, że wszystko we mnie kurczy się i bulgocze, więc szybko próbowałem wepchnąć sobie do gardła serwetkę, ale to nie pomogło. Ciało burzyło się przeciwko panu van Dyckowi, który tak opowiadał o tej dziewczynce i... jadł truskawki. Ja wiem, wiem – wszyscyśmy jedli! Nie chcę zwalać winy na pana van Dycka! On tylko opowiadał! Opowiadał, co widział. Zdawał relację. Przecież to nie on zabił tę dziewczynkę, on tylko stał i patrzył. To przecież nic złego – stać i patrzeć. I jakoś jego słowa nikomu innemu nie zaszkodziły, tylko mnie. Ale sam pan teraz rozumie: to nie byłem ja! To jakaś straszliwa i tajemnicza siła wyrzuciła ze mnie cały ten wytworny posiłek o jednolitej temperaturze 36,6 stopnia Celsjusza wprost na panavan Dycka.

Tego wieczora wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i bardzo chciałem umrzeć. Moje ciało po raz pierwszy zgodziło się ze mną: najpierw dostałem dreszczy z zimna, a potem przyjemny ogień zaczął topić mnie od środka.

Leżałem tak nie wiem jak długo, ale wcale mi się nie nudziło, bo przychodzili do mnie różni ludzie w odwiedziny – niewykluczone, że zapomniałem zamknąć drzwi.

Najpierw przyszedł pan Pereira, z Meksyku, tam gdzie była powódź, która o mało mnie nie utopiła.

– Ja w tej sprawie – powiedział. – To straszna tragedia, zresztą SAM pan najlepiej o tym wie! – tu zrobił do mnie oko. – Ale stała się rzecz jeszcze gorsza! Na całym świecie mówią, że u nas, to znaczy w całym Puebla, zginęło dwa tysiące ludzi!

– Tak podawali w Informacjach – przyznałem.

– Kłamstwo! – zaperzył się pan Pereira. – Naprawdę zginęło tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć osób!

– Może chodziło o rok?

– Niech pan nie żartuje, panie Senso! – fuknął na mnie Pereira. – Conchita, powiedz panu, ile osób zginęło u nas w Puebla. – jak się okazało, pan Pereira przyszedł do mnie z żoną.

– Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć – załkała drobna czarnowłosa kobieta.

– Teraz sam pan widzi, jaka straszna pomyłka pojawiła się w informacjach całego świata!

– Jeden człowiek mniej czy więcej, jaka to różnica – wypsnęło mi się, a Pereira strasznie się zdenerwował:

– Jak pan może tak mówić! A gdyby to pan był tym jednym człowiekiem więcej!

– No tak! Tak! – chciałem go udobruchać. – Ale na szczęście tu było o jednego topielca mniej!

– Na szczęście? – krzyknął pan Pereira. – Pan nazywa to szczęściem? Seńor Senso! To JA jestem tym jednym topielcem mniej!

– To znaczy, że pan jednak żyje, panie Pereira! To wspaniale! – ucieszyłem się.

– Ale jak ja mogę żyć – tu pan Pereira zaczął szlochać – kiedy w oczach całego świata utonąłem, jestem martwy, nie ma mnie!

– To przecież nieważne, co myślą inni, jeśli...

– Nieważne?! – przerwał mi. – Niech pan pomyśli o mojej żonie! Ona już wcale nie jest moją żoną! Ona jest samotną kobietą bez męża, skoro utonąłem, jak powiedzieli ci gringos z CNN! A czy biedny chłop ze stanu Puebla może dyskutować z najpotężniejszym kanałem informacyjnym na świecie? Jak oni mówią: „Gonzalo, ty nie żyjesz!” – to ja im wierzę i już nie żyję!

Wie pan, jak strasznie wygląda teraz moje życie? Ukrywam się, jak zbieg, przed oczami ludzi z mojej wioski, a kto mnie zobaczy, zaraz krzyczy: „Duch! Duch!”. Nawet moje własne dzieci uciekają przede mną! A Conchita? Czy ona może być jeszcze wierna mężowi, o którym wszyscy mówią, że utonął? Ten wściekły pies, Rodolfo Diaz, przychodzi pod jej okno każdej nocy i woła: „Conchita! Ajajaj! Jesteś moja! Twój Gonzalo utonął!”.

1 pan Pereira nagle wyszedł, a na jego miejsce zjawił się Murzyn z dzidą.

– Nasz czarownik, Wombatta, mówił, żę ty nas w cielę swoim nosisz, bo zamieszkał w tobie Duch Świata! – powiedział Murzyn. – Wombatta wie, bo w nim samym też kiedyś taki duch zamieszkał i Wombatta dzień i noc, dzień i noc, i jeszcze jeden dzień z bólu wył, i byłby Wombatta umarł od tego, ale szczęśliwie postem z krowiego łajna Ducha przepędził.

– Z krowiego łajna? – zapytałem z nadzieją.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.