30 osób interesuje się tą książką

Opis

Witamy w świecie, w którym każdy ma nadnaturalny talent… tylko nie każdy powinien z niego korzystać.


Alfie, młodziutki następca tronu królestwa Catallan, wraca do domu z imperium Englass, gdzie poświęcił się studiom nad czarną magią. Jest ogarnięty obsesją uratowania starszego brata – ofiary zakazanych praktyk. Nikt już nie wierzy, że królewicza Deza da się przywrócić do żywych z otchłani, i tylko Alfie obiecuje sobie nie spocząć, póki nie odnajdzie sposobu na odwrócenie klątwy.

Zmuszony przez rodziców do powrotu i przyjęcia królewskich obowiązków, chłopak może liczyć na wsparcie dawnej nauczycielki, Palomy, oraz ekscentrycznego przyjaciela, Luki. Mimo to pierwsze przyjęcie w nowej roli kończy się tragicznie, a Alfie zmuszony jest ratować Lukę przed śmiercią, wypuszczając na świat potężną magię ciemności. Co gorsza, mimowolnym świadkiem tej sytuacji staje się Finn, złodziejka dysponująca naturalnym talentem do zmiennokształtności. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy złodziejka odkrywa, że władzę nad wypuszczoną ciemnością przejął Kol – jej przybrany ojciec i zarazem największy koszmar jej życia. Teraz jednak zagraża nie tylko Finn, ale całej stolicy, a może i całemu Catallan.

Związani świadomością nadciągającej katastrofy, Alfie i Finn muszą wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż, by na nowo zapieczętować zło, a przy okazji nie dopuścić do tego, by o jego uwolnieniu dowiedzieli się dorośli.


Nocturna”, debiutancka powieść Mayi Motayne, to napisany z rozmachem pierwszy tom cyklu osadzonego w świecie inspirowanym kulturami Ameryki Łacińskiej. Barwni bohaterowie, gwałtowne zwroty akcji i doskonale znana opowieść w zupełnie nowej odsłonie gwarantują książkę trzymającą w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Znakomicie napisane fantasy, wyróżniające się językiem i realiami świata przedstawionego. Z pewnością stanowi jedną z lepszych pozycji z tego gatunku, jakie ukazały się w ostatniej dekadzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 516

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Nocturna

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2019 by Maya Motayne

Map art © 2019 by Leo Hartas

Cover art copyright © 2019 by Mark van Leeuwen

All rights reserved

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-878-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Moim przyjaciołom, którzy uwierzyli we mnie wcześniej niż ja sama

Książę bez przyszłości

Książęta zawsze wracają do domu.

Matka to właśnie powiedziała Alfiemu, gdy przed trzema miesiącami wsiadał na pokład statku odpływającego z San Cristobal. Alfie patrzył wówczas, jak miasto znika powoli za horyzontem, jakby połykane przez żarłoczną bestię.

Dziś ten sam statek wpływał leniwie do tego samego portu, Alfie zaś stał na pokładzie, zamyślony. Cień kulił się nerwowo u jego stóp.

Książę powrócił.

Spojrzał w dal. Kolejne kręgi, z których ukształtowana była stolica, wynurzały się z fal, rozkwitając jeden po drugim ponad linią horyzontu, począwszy od Szczypty z rzędem przygarbionych tawern dzielnie stawiających czoło porywistym wiatrom, po majestatyczne hacjendy ze spadzistymi ceglastymi dachami i witrażami w oknach, porastające Kokardę, w głębi lądu. Dalej, na tle błękitu, majaczyły łagodne górskie stoki, a gdyby zmrużył oczy, zapewne dostrzegłby na nich pola trzciny cukrowej kołyszące się na wietrze i czekające na rychłe żniwa. Na koniec zaś, niczym słońce o brzasku, wyłonił się pałac królewski.

Alfie mocniej zacisnął palce na relingu. Łopot szkarłatnych żagli ucichł, załoga przygotowywała się do wejścia do portu. Portowe sklepiki i tawerny były obwieszone lampionami, które miały płonąć przez całą noc, wabiąc swym czarem przybywających żeglarzy.

Pomimo wszystkiego, co się stało, miasto właściwie się nie zmieniło. W tym właśnie tkwi sens pojęcia dom, pomyślał Alfie. Dom pozostaje niezmienny, nawet gdy ty zmienisz się nie do poznania.

Alfie poczuł w sercu nagły łomot. Zapragnął znaleźć się z powrotem na otwartym morzu i nigdy więcej nie dotknąć stopą tej ziemi.

– Wasza Wysokość – rzekł kapitan, wyrywając Alfiego z zadumy. – Powóz czeka.

Alfie westchnął ciężko, nie odrywając wzroku od morskiej toni. Ławice kolorowych ryb przepływały spokojnie, nie zwracając większej uwagi na sunący po powierzchni statek.

Im bardziej Alfie oddalał się od oceanu, im bliżej był Głębi, swych rodzinnych wód, tym większy odczuwał niepokój. Mocny, wręcz fizyczny, gdzieś wewnątrz trzewi. Był zbyt blisko domu… I nie dało się już tego odwrócić.

Jak każdy, tak i on urodził się ze skłonnością ku jednemu z czterech żywiołów. W jego przypadku była to woda. Nie znał się zbyt dobrze na wodnych zaklęciach; jak większość przedstawicieli wyższych warstw nie przykładał się zanadto do nauki o żywiołach. Tym niemniej teraz zapragnął wyrzucić ręce w powietrze i tak pokierować falami, by statek popłynął jak najdalej stąd.

Zamiast tego jednak oznajmił:

– Dziękuję, Bastienie. Dobrze się spisałeś. – Gdy zaś kapitan ukłonił się i odwrócił, Alfie dodał: – Espérate.

– Tak, Wasza Wysokość?

– Czy wyglądam… – zerknął ukradkiem na kapitana – …czy wyglądam odpowiednio?

Bastien spojrzał na księcia ze zrozumieniem.

– Wyglądasz dobrze, Wasza Wysokość. A nawet gdybyś nie wyglądał, rodzina i tak ucieszy się na twój widok. Niezależnie od tego, jak wyglądasz.

Alfie skinął uprzejmie głową, a kapitan odszedł, zostawiając go sam na sam z jego myślami.

Przez cały ostatni tydzień nie pił, przestał też zarywać noce, rezygnując z czytania każdego dotyczącego nielegalnej magii tekstu, jaki tylko wpadł mu w ręce. A wszystko po to, by pozbyć się sińców pod oczami.

Picie pozwoliło mu zapomnieć o tym, że zamiast bólu po stracie, czuł jedynie wściekłość. Załoga statku doskonale o wszystkim wiedziała i przed nią Alfie nie musiał niczego udawać, ale teraz, przed spotkaniem z matką, postanowił zatuszować skutki złego prowadzenia się przez ostatnie miesiące. Nie potrafił jednak pozbyć się nieodłącznej butelki tequili, wciąż miał ją przypasaną do biodra, swoją kotwicę ściągającą go w otchłań otępienia.

Zszedł do doku po rozkołysanym trapie. Zaskoczył go przerażająco nieruchomy grunt pod stopami, jakby z ziemi wynurzyły się dłonie, próbujące złapać go i przytrzymać w miejscu przepełnionym wspomnieniami, których bardzo nie chciał pamiętać. Zacisnął zęby, wbił stopy mocniej w ziemię, by cień przestał się wyciągać w stronę statku. Wrócił do domu. Musiał zachować pozory.

Z wysoko uniesioną głową ruszył w stronę oczekującego powozu, wokół którego zbierali się już ludzie pracujący w dokach, obywatele królestwa, którego dziedzicem miał nieszczęście właśnie zostać. Szeptali:

– To naprawdę on?

– Dziedzic, książę Alfehr, powrócił!

Słowa, które słyszał, przygniotły go jak głaz. Tytuł następcy tronu należał się jego bratu, Dezminowi. Nie jemu.

Alfie przyspieszył kroku. Strażnicy w czerwonych pelerynach z herbem Kastalanii otoczyli powóz kordonem.

Jakiś człowiek wziął dziecko na barana, by mogło lepiej widzieć księcia.

– Mira, Mijo, patrzcie! Oto książę we własnej osobie!

Alfie poczuł się fatalnie. W oczach tych ludzi było tyle nadziei...

W końcu dotarł do pojazdu. Serce waliło mu jak młotem. Zanim jednak wsiadł do powozu, usłyszał okrzyk, który smagnął go niczym bat:

– Cierpimy wraz z tobą, książę Alfehrze! Niech książę Dezmin spoczywa w pokoju!

Uśmiech Alfiego zgasł. W tych słowach kryło się ziarno prawdy: lud cierpiał z powodu zniknięcia Deza. Poddani stracili prawdziwego przywódcę, jego miejsce miał zająć, no cóż… Alfie…

W jednej kwestii ten, który krzyknął, się mylił. Dez nie umarł. Alfie wrócił do domu, by go odnaleźć. Wrócił tu w istocie właśnie dla tych ludzi, ludzi, którzy potrzebowali prawdziwego króla. Wrócił, by wszystko naprawić.

Z całych sił starał się nie okazywać emocji. Spojrzał na tłum i rzekł:

– Dziękuję.

Jego głos był pusty i beznamiętny. Lepsze to niż złamane nuty, pomyślał.

W miarę jak powóz oddalał się od portu, a lśniąca pałacowa brama malowała się coraz wyraźniej ponad horyzontem, żołądek Alfiego zaciskał się w supeł z coraz większego przerażenia. Podróż do domu trwała zbyt krótko. Powiadają, że przy dobrej zabawie czas szybko mija – ale gdy nadciąga coś, czego bardzo nie chcemy, po prostu pędzi.

Srebrne wrota otwarły się i powóz wjechał na królewskie ziemie. Na środku jeziora pysznił się bijący przepychem gmach pałacu. Kopuły, każda zdobiona różnobarwnymi kawałkami szkła, odbijały blask księżyca, mieniąc się szkarłatem, lazurem, jadeitem.

Pałac otaczały wody jeziora. Gdy powóz zbliżył się do brzegu, stojący nad wodą Rzeźbiarze unieśli równocześnie ręce i z toni wynurzyła się kamienna ścieżka. Alfie, jako dziecko, wyglądał zawsze przez okno i obserwował, jak kamienie za powozem na powrót nikną w głębi jeziora. Teraz jednak książę spoglądał prosto przed siebie.

Woźnica zatrzymał konie na pałacowym dziedzińcu, a Alfie, wysiadłszy z powozu, poczuł się śmiesznie mały wobec monumentalnego gmachu.

Gdy podszedł do kamiennych schodów, stojący przy nich sługa zgiął się w głębokim ukłonie.

– Witamy w domu, Wasza Książęca Mość. Król i królowa pragną, aby…

– …abym zaczekał na nich w bibliotece – dokończył Alfie. Jego rodzice prowadzili tam wszystkie poważne rozmowy. Sługa przytaknął. – Już tam idę. Dziękuję.

Wspiął się po schodach, a poły jego płaszcza łopotały na wietrze niczym żagle. Drzwi uchyliły się i Alfie poczuł znajomy zapach domu: cynamonowe kadzidło, które uwielbiała palić matka, i świeżo uprana pościel. Podeszwy jego butów stukały na ręcznie malowanych płytkach pałacowej posadzki, dźwięk niósł się echem po korytarzach.

Podwieszone pod sufitem pasy wielobarwnego materiału dodawały ciepła pustym, zbyt przestronnym korytarzom. Ściany pokryte były tymi samymi co posadzka kafelkami, które tworzyły jaskrawą mozaikę wzorów o barwie sjeny palonej, różanej czerwieni, słonecznej żółci. Mijani słudzy kłaniali się Alfiemu, a on kiwał im lekko głową, z każdym okazanym honorem czując, jak narasta w nim niepokój.

Zmierzając ku bibliotece, przyspieszył kroku. Jeżeli rodzice chcieli z nim porozmawiać, powinni załatwić to szybko. Miał dziś partię do rozegrania. Partię do wygrania.

Skręcił w jeden z korytarzy, gdzie co najwyżej dwunastoletni sługa pieczołowicie odkurzał portrety dawnych królów i królowych, wiszące rzędem na ścianie w pozłacanych ramach. Chłopiec wymówił magiczne słowo i miotełka z piór uniosła się, by oczyścić ogromną podobiznę pradziadka Alfiego. Służących uczono prostych form mówionej magii, potrzebnych w ich pracy – krótkich zaklęć wykorzystywanych podczas porządkowania wnętrz. Alfie nie znał tego chłopca; musiał być tu nowy. W prawym uchu sługi błysnął srebrny kolczyk. Tak, musiał być nowy, skoro przełożony jeszcze nie zakazał mu nosić biżuterii.

Alfie próbował przejść obok chłopca niezauważony, lecz ten dostrzegł go, a jego oczy rozszerzyły się w nagłym zdumieniu. Otworzył usta i zamknął je bez jednego dźwięku, niczym złapana na haczyk ryba. W końcu jednak przemówił:

– Książę Alfehr! – Po czym odwrócił się i rozpłynął w reweransie. Przestał się koncentrować na zmiotce, co sprawiło, że ta poczęła pikować ku ziemi.

Alfie wystawił rękę.

– Parar!

Zaklęcie sprawiło, że zmiotka zamarła, zawisłszy tuż nad głową chłopca. Rumieniec wstąpił na policzki młodego sługi, który pospiesznie chwycił swoje narzędzie pracy.

Alfie ruszył dalej, jeszcze przez jakiś czas czując na plecach wzrok chłopca. Sługa patrzył na niego ze zbyt wielką nadzieją, zupełnie jak tamci ludzie w porcie.

Szybkim krokiem przemierzył hol i stanął przed drzwiami biblioteki. Wykonane z ciemnego drewna, zdobione kunsztownymi płaskorzeźbami, tkwiły na swym miejscu, majestatyczne jak zawsze. Alfie pozwolił, by otuliła go cisza tego pomieszczenia. Poczuł się niczym w olbrzymiej jaskini. Kopulaste sklepienie z barwionych szkieł ledwie przepuszczało nastrojową poświatę. Zaopatrzone w kółka drabiny opierały się o pnące się od podłogi po sufit półki. Pluszowe fotele jakby zapraszały, by w nich zatonąć z jakąś ciekawą lekturą.

Alfie czuł się tu naprawdę dobrze, chociaż to właśnie tutaj miały miejsce wszystkie te rozmowy o odpowiedzialności, o ciążącym mu dziedzictwie.

Podszedł do najbliższego regału, o który opierała się drabina niewiele wyższa od niego. Zadarł głowę i zapatrzył się w sięgające sufitu rzędy książek. Ponad nimi, na witrażu na kopule górowała skomponowana z jaskrawych fragmentów szkła historia Królestwa Kastalanii.

Alfie wspiął się na pierwszy stopień.

– Alargar! – rzekł. Drabina wyciągnęła się i sięgnęła górnych półek. Cień księcia również się rozciągnął. Musiał mieć teraz wysokość ze dwudziestu ludzi. Ale Alfie się nie bał. Każdy bruxo na jego poziomie znał zaklęcia spowalniające upadek i zapewniające miękkie lądowanie. Wolał pobuszować po górnych półkach z książkami, niż czekać bezczynnie na nieuchronne kazanie o obowiązkach, które zaniedbał przez ostatnie trzy miesiące.

Przebiegając palcami po grzbietach oprawnych w skórę ksiąg, na chwilę zapomniał o problemach. Otaczały go woluminy przepełnione różnorodną magią. Książki o magii żywiołów, czyli o tym, jak wykorzystać wrodzone zdolności do kontrolowania jednego z żywiołów ruchem i intuicją; książki o zaklęciach mówionych i pisanych, wymagających pilnej nauki języka magii; a nawet książki o najrzadszym rodzaju magii, propio– osobistych zdolnościach specyficznych dla każdego bruxo z osobna. Bruxos, którzy urodzili się z propio, uważano za obdarzonych najsilniejszą więzią ze sztuką magiczną. Propio karmiło się wewnętrzną energią dysponującego nim bruxo; mag i magia pozostawali we wzajemnej równowadze: bruxo oddawał swoje ciało i energię jako schronienie i pożywkę dla magii, ta zaś w zamian oddawała magowi swoją moc.

Niezależnie jednak od tego, ile Alfie czytał na ten temat, w żadnej książce nie znalazł opisu tego, jakie uczuciebudziło w bruxo używanie magii, jak wyglądała interakcja z żywą siłą tak potężną, że człowiek czuł się wobec niej maleńki. Magia nie umiała mówić, lecz połączenie z nią było jak rozmowa, jak taniec, jak historia opowiedziana przyjacielowi, historia, której zakończenie mógł wymyślić sam. Alfie uważał, że magia przypomina bezpańskiego psa. Jeśli podejdziesz do niego z wrogim nastawieniem, zacznie warczeć. Jeśli będziesz zbyt niespokojny, ucieknie. Ale jeżeli zwrócisz się do magii z szacunkiem i sercem na dłoni, pozwoli ci się pogłaskać po grzbiecie i podrapać za uszami.

Odchylił głowę do tyłu i spojrzał na sufit. Skupił się, oczyścił umysł, aż zlał się w jedno z magią przenikającą świat, przenikającą jego samego. Opanowanie tej medytacyjnej sztuczki kosztowało go lata starań. Gdy osiągnął stan jedności z magią, czuł ją niczym puls czy bicie serca, czuł, jak wibruje w powietrzu, czasem wolniej, czasem znów szybciej, dostosowując się do jego rytmu.

Gdy już pochłonął go prąd magicznego strumienia, Alfie znalazł potrzebne słowo:

– Contar!

Na ten rozkaz obrazy zbudziły się do życia i mieniąc się kolorami, poczęły wirować nad jego głową. Magia ożywiła martwe kompozycje, ukazując ludzi odzianych w barwne szaty, szczęśliwych i wolnych w swej magii.

Nagle, gdy na wybrzeżu pojawili się anglezyjscy najeźdźcy, obrazy pociemniały. Obcy zniewolili jego lud, dosłownie zakuli go w kajdany. Alfie obserwował, jak zaklęte łańcuchy połyskują magią odbieraną wolnym ludziom i przekazywaną mistrzom z Anglezji. Anglezyjski reżim zniszczył wszystkie woluminy w ojczystym języku Kastalańczyków, zmuszając ich, by zapomnieli język, dzięki któremu komunikowali się ze swym dziedzictwem – z magią.

Później wybuchła rebelia i zniewolony lud uwolnił się z kajdan, powstał przeciwko najeźdźcy i na nowo odnalazł swój język. Wizualizacja kończyła się obrazem wielkiego ptaka, rozrywającego okowy i triumfalnie rozprostowującego skrzydła. Ptak stał się symbolem do dziś zdobiącym flagę Kastalanii. Na fladze, tuż pod ptakiem widnieją słowa w języku kastalańskim: Magia Para Todos.

Magia dla wszystkich.

Alfie opuścił dłoń i witraże ponownie zamarły. Próbował użyć tego zaklęcia na długo przed opuszczeniem domu, ale nie udawało mu się. Teraz nie mógł powstrzymać się od okrzyku Wépa!, który poniósł się echem po całej bibliotece. To samotne, odbijające się od ścian echo sprawiło, że uśmiech zniknął z twarzy Alfiego.

Kiedy byli mali, zakradali się wspólnie z Dezem do biblioteki, by odgrywać epickie pojedynki na swoje treningowe miecze. Kiedyś zapytał brata, dlaczego zawsze walczą w bibliotece, ten wzruszył ramionami i stwierdził:

– Biblioteka jest wielka i robi dramatyczne wrażenie. W książkach zawsze walczy się w miejscach, które są wielkie i robią dramatyczne wrażenie. A na dodatek, gdy krzykniesz, cały pokój ci odpowiada.

To powiedziawszy, Dez ryknął, a jego głos echem odbił się od stropu. Alfie poszedł w ślady brata, choć w porównaniu z rykiem Deza jego głos brzmiał co najwyżej jak lichy pisk.

– No widzisz. – Dez uśmiechnął się triumfalnie. – Dobre echo zawsze się przyda.

Alfie przycisnął czoło do stopnia drabiny. W całym pałacu mówiło się o Dezie. Nie było komnaty, w której mógłby zapomnieć o strachu, że nie go odnajdzie. Że jego brat jest martwy, jak wszyscy sądzili.

– Alfehrze. – Głos z dołu rozerwał ciszę. Był to głos grzmotu poprzedzającego błyskawicę. Był to głos króla.

Alfie spłoszył się i złapał drabinę obiema rękami. Król Bolivar i królowa Amada stali u jej stóp, spoglądając w górę, ale z tej wysokości Alfie nie mógł dostrzec wyrazu ich twarzy. W przeciwieństwie do niego, wysokiego i szczupłego, ojciec był raczej krępej budowy. W tym względzie podobny był do niego Dez. Alfie najwyraźniej odziedziczył wiotką sylwetkę matki.

– Zejdź. – Głos matki drżał od emocji, choć Alfie nie potrafił ustalić, czy była to ulga, czy gniew.

– Tak, matko! – zawołał. Wziąwszy głęboki oddech, szepnął: – Acortar.

Drabina powoli zjechała w dół, aż chłopak znalazł się tuż nad posadzką. Zszedł na ziemię i zwrócił się do rodziców. Ręce matki skrywały się w fałdach pogniecionej purpurowej sukni. Jej ciemne oczy były rozszerzone jak gdyby w zdumieniu, jakby nie dowierzała, kto przed nią stoi.

Opuścił wzrok, unikając ich spojrzeń.

– Wybaczcie, że tak długo…

Nim zdołał dokończyć, królowa zrobiła krok do przodu i zamknęła go w gwałtownym uścisku. Król zaś objął ich oboje z delikatnością, której Alfie tak rzadko doświadczał ze strony ojca.

– Synu – rzekł król miękkim tonem.

Alfiego zapiekły oczy.

– Wróciłem do królestwa.

Królowa Amada odsunęła się od syna, jakby chciała go lepiej sobie obejrzeć. Położyła dłoń na jego policzku.

– Do domu, synu. Wróciłeś do domu. Tęskniliśmy za tobą.

Wyrzuty sumienia przeniknęły go na wskroś. Nie pojawiłby się tu, gdyby nie czekająca go rozgrywka. A oni czekali na niego, odkąd wyjechał. Teraz patrzyli w jego oczy z tak ogromną wiarą, wiarą, na którą niewątpliwie nie zasługiwał.

Jeżeli istniał choć cień szansy, że podczas nocnej rozgrywki znajdzie coś, co pomoże mu odszukać Deza, warto było wrócić, mimo wszystko.

– Nie powinienem był wyjeżdżać na tak długo – zaczął nieswoim głosem.

– Rozumiemy cię, synu – rzekł król, robiąc krok w stronę pluszowych foteli. Usadowił się w jednym z nich i wskazał Alfiemu oraz królowej sąsiednie siedziska. – Każdy przeżywa żałobę po swojemu. Najważniejsze, że wróciłeś do domu.

Podczas swojej podróży Alfie obawiał się, że po zniknięciu Deza, jedynego pomostu między ojcem a nim, ich relacja nieuchronnie przekształci się w czysto formalną. Mylił się jednak. Miłość, którą czuł zamknięty w ojcowskich objęciach, była tak samo prawdziwa, jak ta, którą pamiętał – i bolała o wiele bardziej, ponieważ nie mógł jej dzielić z Dezem.

Kiedy usiedli, królowa spojrzała ponad ramieniem syna w kierunku drzwi. Jej twarz miała błagalny wyraz.

– Luko, proszę. Nie chcesz się nawet przywitać?

Na wspomnienie przyjaciela Alfie zerwał się na równe nogi. Razem wychowywali się w pałacu i chociaż formalnie byli kuzynami, nie nazywali się inaczej niż braćmi. Dzieciństwo Alfiego upłynęło pod znakiem całodziennych szaleństw z Luką i Dezem w pałacowych korytarzach.

Początkowo nie zauważył przyjaciela stojącego w progu biblioteki. Teraz jego obecność wydała mu się mocno namacalna… i dziwnie chłodna. Luka opierał się o drzwi z rękoma skrzyżowanymi na piersi i spoglądał na niego złowrogo. Alfiego ścisnęło w żołądku. Rzadko kiedy widywał Lukę bez uśmiechu na twarzy, wściekłość była czymś absolutnie nowym.

– Witaj, Alfie – powiedział krótko Luka, po czym zwrócił się do królowej: – Przywitałem się. Czy mogę już odejść?

Królowa wyciągnęła do niego rękę.

– Luka…

Zmrużył oczy.

– Dlaczego muszę się z nim witać, skoro on nie zadał sobie trudu, by się ze mną pożegnać?

Alfie drgnął i zrobił krok do przodu, lecz Luka zadarł podbródek, rzucając mu nieme: „Nie waż się podejść bliżej”.

Król wstał i ujął Alfiego za ramiona, patrząc na niego, jakby chciał powiedzieć: Daj mu czas.

– Możesz odejść, Luko.

– Dziękuję – odparł przyjaciel i spojrzał nie na Alfiego, ale jakby przez niego. Skinął głową parze królewskiej, odwrócił się i zniknął za drzwiami.

Alfie chciał ruszyć za przyjacielem, jednak ojciec go powstrzymał.

– Daj mu ochłonąć – rzekł. – Ciężko przeżył twój wyjazd. – Spojrzał znacząco na Alfiego. – Tę sytuację jeszcze rozwiążesz. Najpierw musimy porozmawiać o czymś innym.

Matka skinęła głową, potwierdzając w ten sposób, że zgadza się z królem. Alfie usiadł, lecz wzrok wciąż miał utkwiony w drzwi. Wiedząc, że Luka będzie próbował go zatrzymać, zachował się jak tchórz i wsiadł na statek bez słowa pożegnania. Rozumiał, że w pełni zasłużył na złość przyjaciela, ale uraza w jego wzroku wciąż piekła jak policzek.

Głos króla wyrwał go z otępienia.

– Musimy ci powiedzieć o wielu sprawach i dużo musimy zrobić, by przygotować cię do objęcia tronu.

Alfie zjeżył się. Rodzice wciąż naciskali. I za każdym razem, gdy sugerowali, że ma zastąpić Deza, w jego sercu otwierała się nowa rana, świeża i krwawiąca. Właśnie dlatego uciekł na statek. By być jak najdalej od domu.

– Nie zapomnieliśmy o Dezminie. Nigdy o nim nie zapomnimy. – Królowa odwróciła się do syna tyłem. Jej głos łamał się, a Alfiego zakłuło w sercu. Matka jednak powstrzymała emocje, spojrzała na Alfiego płonącym wzrokiem i powiedziała stanowczo: – Nasi poddani są jednak ważniejsi od żałoby. Spędziłeś trochę czasu sam, odpocząłeś, ale teraz musisz się przygotować. Jesteś następcą tronu, czy ci się to podoba, czy nie. Zaakceptuj to, jeżeli nie dla brata, to własnych poddanych. Rozumiesz?

Alfie zacisnął zęby i zmusił się do odpowiedzi:

– Tak, rozumiem.

– Historia tworzy się na naszych oczach. Za kilka miesięcy spotkamy się po raz pierwszy od kilku pokoleń z naszym największym wrogiem, by zawrzeć z nim pokój. – Król wskazał na witraże. – Zakopanie topora wojennego między Anglezją a Kastalanią i nasz przyszły sojusz dowiodą, że powstaliśmy z popiołów, że z dawnego niewolnika zmieniliśmy się w prawdziwe imperium. Lecz śmierć Deza – oczy króla zabłysnęły – osłabiła naszą pozycję, na zewnątrz wydajemy się niestabilni i niezdolni do obrony własnego interesu. Jego śmierć podaje w wątpliwość nasz polityczny status i nasze możliwości jako sojusznika. Musimy więc odpowiednio cię przygotować, po czym zaprezentować cię światu i poddanym jako księcia gotowego do objęcia władzy. Najpierw nad Kastalanią, a potem nad całym światem. Zaczniemy za dwa dni od przyjęcia z przedstawicielami najwyższej szlachty, które wydajemy na cześć twojego powrotu. Święto Równonocy wypada za cztery dni i tradycyjnie urządzimy bal właśnie wtedy. Będzie to najlepsza okazja, by zaprezentować cię całemu królestwu jako przyszłego władcę.

Alfie zesztywniał na myśl, że tak szybko ma być przedstawiony poddanym jako następca Deza. Nawet gdyby jego brat faktycznie nie żył, wszyscy pewnie śmialiby się z księcia bez przyszłości, który miałby zapewnić przyszłość całemu królestwu. Czy rodzice tego nie dostrzegali?

– Ale ojcze… – odezwał się w końcu, zaciskając dłonie w pięści – nie zmieniłem zdania. Wciąż wierzę, że Dez może żyć. Nie wiemy przecież na pewno, czy…

– Alfehrze! – ryknął ojciec. Alfie wyprostował się jak struna. Królowa położyła dłoń na ramieniu męża, oddychała płytko i nierówno. – Nie pozwolę, byś dalej snuł swoje niedorzeczne teoryjki. Nie wolno ci ignorować prawdy i swoich obowiązków z powodu mrzonek.

– Ale… – próbował protestować Alfie, lecz ojciec zgromił go wzrokiem.

– Osoby zdemaskowane jako członkowie szajki, która odebrała nam Deza, zostały pojmane i zamknięte w celach w Wieży Zegarowej do końca swych marnych żywotów. Rodziny trojga prowodyrów – Marco Zelasa, Alonso Marqueza oraz Marii Villanuevy – poprzysięgły koronie lojalność i wyrzekły się swych zdradzieckich krewnych. Nie ma powodu, żeby to dalej roztrząsać. Por favor – rzekł, a jego głos przepełniał błagalny ton – pozwól bratu spoczywać w pokoju.

Alfie wbił wzrok w ziemię i zacisnął zęby. Palce wyciągały się machinalnie w kierunku butelki z tequilą wciąż przytroczonej do pasa. Tak bardzo chciałby zapomnieć znów o bólu. On jeden był z Dezem tamtej nocy, gdy ten zniknął. Siedzieli w Błękitnej Komnacie, bawialni położonej we wschodnim skrzydle pałacu, i naradzali się, jak przekonać rodziców, by pozwolili im wyjechać za granicę z okazji dwudziestych trzecich urodzin Deza wraz z Luką. Chcieli pobyć razem, tak beztrosko, nim Deza pochłoną bez reszty przygotowania do egzaminu na króla.

Pamiętał, jak nagle drzwi Błękitnej Komnaty rozwarły się z impetem i do środka wpadła dziewczyna, na pierwszy rzut oka niewiele starsza od Alfiego.

Nazywała się Xiomara Santoro, jak dowiedział się później. Nigdy nie zapomni tego imienia.

Dostrzegł za plecami dziewczyny dwóch strażników leżących bez ruchu na podłodze. Z ich poderżniętych gardeł sączyła się krew.

Dez zasłonił Alfiego własnym ciałem. Chronił brata aż do końca.

W chwili krótkiej jak oddech dziewczyna uniosła dłoń i rozcapierzyła palce. Posadzka pod stopami Deza otworzyła się w ciemną przerażającą czeluść. Alfie, osłupiały z trwogi, patrzył, jak Dez spada w otchłań. Oczy brata przepełnione były potwornym strachem i niemym błaganiem o ratunek. Dez wyciągał w jego kierunku ręce. Alfie już miał skoczyć za Dezem, lecz posadzka zasklepiła się; po czeluści, w której zniknął Dez, nie pozostał ślad.

W tym czasie do komnaty zbiegli się nowi strażnicy. Przygwoździli dziewczynę do podłogi. Alfie padł na kolana, wykrzykując jedno po drugim wszystkie znane sobie zaklęcia, byle tylko rozewrzeć posadzkę, odkryć na powrót mroczną otchłań, którą dziewczyna stworzyła swoim potwornym propio. Nadaremnie.

Podczas przesłuchania napastniczka wyjawiła nazwiska wszystkich, którzy zlecili jej unicestwienie rodziny królewskiej. Niewielka to była pociecha. Żałoba, niczym czarny welon, spowiła królestwo. Rynek wypełniały malowidła z wizerunkiem zmarłego księcia Dezmina. Szlachcice z wszystkich stron kraju ustawiali się w kolejce, by złożyć hołd rodzinie królewskiej i przysiąc jej wierność, przerażeni, że i oni trafią do Wieży Zegarowej wraz z odpowiedzialnymi za zdradę. Kastalania drżała niczym obnażony, wrażliwy nerw, podrygujący od najlżejszego dotyku i wysyłający impulsy do mózgu na każdy zwiastujący zagrożenie sygnał.

Alfie jednak nie chciał tracić nadziei. Jakaś jego część wierzyła, że Dez nadal żyje i czeka gdzieś, by ktoś go odnalazł.

– Wybaczcie – oznajmił Alfie, czując na języku kwaśny posmak kłamstwa. – Więcej o tym nie wspomnę.

Królowa ujęła dłonie Alfiego w swoje i spojrzawszy znacząco na króla, rzekła:

– Jesteś zmęczony. Chcesz nieco odpocząć i porozmawiać o tym jutro?

Alfie podniósł się z fotela. W ustach miał posmak goryczy.

– Tak, stanowczo.

– Pamiętaj tylko, synu – zaczął król, nim Alfie opuścił bibliotekę – mój pradziadek był pierwszym wolnym królem Kastalanii. Kiedy nastanie czas, ty będziesz piątym. Jesteś potomkiem ludzi żyjących w okowach, ludzi, którym odebrano język magii. Nie zawiedź ich.

Cień Alfiego nerwowo kulił się u jego stóp.

– Nie zawiodę. Postąpię właściwie. Obiecuję.

Królowa Amada skinęła głową. Wciąż miała mokre oczy.

– Wiemy, że tak będzie.

On też wiedział. Tylko jego „właściwie” nie oznaczało tego, na co liczyli rodzice.

Złodziejka bez grosza przy duszy

Finn nigdy nie przepadała za przedstawieniami kukiełkowymi. Już sama myśl o nich sprawiała, że jej cień kulił się nerwowo u jej stóp.

Tym razem jednak w hałaśliwym labiryncie rynku było coś, co przyciągnęło jej uwagę. Ze skrzyżowanymi na piersi rękami stała za tłumem gapiących się na kukiełki dzieciaków. To przedstawienie niewiele się różniło od tych, które często oglądała w dzieciństwie: był czarny charakter spowity w czerń, przemawiający głębokim, tubalnym głosem, księżniczka w brokatowej sukni, z zasłoną gęstych rzęs otaczającą zbyt wielkie oczy, dzielny książę, który przybył, by ją uratować…

Gdy była dzieckiem, nieraz nawiedzała ją przerażająca wizja igieł przewlekających sznurki przez stawy lalczynych kończyn, horror namalowanych uśmiechów, nieruchomych oczu, które nigdy nie mrugały i na koniec ukrytego za kurtyną uśmiechającego się niepokojąco lalkarza, który miał nad wszystkim władzę. Często marzyła o tym, by wbiec na scenę i poprzecinać sznurki, a potem patrzeć, jak lalki opadają na podłogę i zamierają w bezruchu. Lepiej nie ruszać się wcale, niż czuć, że każdy twój ruch jest przez kogoś sterowany. Może już wtedy przeczuwała, co ją spotka, może już wtedy wiedziała, że za kurtyną skrywa się ten okropny człowiek, który tylko czeka na odpowiednią chwilę, by zniewolić ją swoimi sznurkami.

Ale przecież ty za tym tęsknisz, prawda, Finny?, odezwał się niski głos w jej głowie. Nie tęsknisz za tatusiem? Nie radzisz sobie beze mnie zbyt dobrze, prawda? Może lepiej by ci było na sznurkach…

Finn potrząsnęła głową, by uciszyć nieznośny głos. Każda głoska wbijała się jej w skórę niczym igła. Nie mogła się pozbyć wspomnień. Ignacia już tu nie było, nie mógł owinąć jej sobie wokół palca, aż przestawała rozróżniać, co jest jego życzeniem, a co jej własną myślą. Nie było go tutaj i nie mógł przykazać jej, jak grzecznej córeczce, posłuszeństwa, wdzięczności za opiekę, gdy nie miała nikogo. Życie należało teraz już tylko do niej.

– Z drogi!

Tuż przed jej twarzą chłopiec odepchnął znajdującą się przed nim małą dziewczynkę, która stała na palcach i próbowała zobaczyć coś z przedstawienia. Dziewczynka upadła, jej kościste kolanka huknęły o ziemię. Nie rozpłakała się jednak, nie wstała i nie oddała chłopcu, jak spodziewała się Finn. Nie, przez jakiś czas leżała cichutko na ziemi, a potem wreszcie podniosła się i przesunęła na bok. Skuliła się przy tym, obejmując się ramionami, jakby chciała stać się jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości. Jak gdyby ktoś przewrócił ją już tyle razy, że uznała, że jej miejsce jest właśnie na ziemi.

Finn aż za dobrze znała to uczucie.

Za nim też nie przepadała.

Przecisnęła się przez tłum i ukucnęła przed chłopcem, zasłaniając mu widok na scenę.

– Chcesz sobie zobaczyć przedstawienie z bliska? – syknęła, uśmiechając się złowieszczo. Otworzył usta, by zaprotestować, pokazując przy okazji dwa rzędy niekompletnych, umazanych czekoladą zębów. Ale Finn była szybsza. Przeciągnęła dłońmi po twarzy i zmieniła się w czarny charakter z przedstawienia: potwornego mężczyznę z czerwonymi ustami, zbyt szerokimi jak na jego twarz, oraz oczami czarnymi jak popiół. – Tak lepiej? – zapytała, przechylając głowę.

Chłopiec krzyknął z przerażenia i rzucił się do ucieczki. Gdy się odwrócił, Finn wyciągnęła z tylnej kieszeni jego spodni mieszek pełen pesos. Zazwyczaj nie okradała dzieci – nawet ona miała swoje zasady – ale patrząc na lśniące podeszwy butów wyrostka i wyprasowane w kant ubrania, stwierdziła, że rodzice oddadzą mu brakującą kwotę bez mrugnięcia okiem.

Znów przeciągnęła dłońmi po twarzy i powróciła do swej naturalnej postaci. Dziewczynka patrzyła na nią z szeroko otwartymi ustami. W przeciwieństwie do chłopca nie zaczęła krzyczeć na widok przemiany.

– Cóż, jesteś odważniejsza, niż sądziłam – rzekła Finn.

Przyjrzała się podartym ubraniom małej, jej chudym rękom i brudowi za paznokciami. To dziecko widziało już pewnie w swym krótkim życiu wiele potworności. Finn to rozumiała. Mrugnęła do dziewczynki, a potem podniosła się i położyła dłonie na jej wąskich ramionach, po czym delikatnie przesunęła ją na to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał chłopiec.

– Z przodu, w środku. Właśnie tu jest twoje miejsce.

Już miała odejść, ale zatrzymała się, postanowiwszy coś w życiu małej zmienić. Chociaż jej pusty żołądek zwinął się w proteście, wzięła dziewczynkę za rękę i wcisnęła jej w dłoń ukradziony mieszek.

– Kup sobie coś słodkiego.

Gdy dziewczynka gapiła się na monety jak na cud, Finn wycofała się i wmieszała w tłum zapełniający rynek Ronda.

Szczypta i Płatek – najbiedniejsze kręgi na obrzeżach miasta – nie miały starannie wytyczonych granic, a podział między nimi był raczej umowny. Biedota nie potrzebowała raczej rozróżnienia między jednym a drugim poziomem ubóstwa. Rondo stanowiło trzeci pierścień, pomost między biedą i bogactwem. Tutaj spotykali się i wydawali swoje pieniądze przedstawiciele wszystkich warstw, od spacerujących dostojnym krokiem szlachcianek w długich drapowanych spódnicach i barwnych jedwabnych bluzkach po brudnych chłopów w połatanych spodniach.

Kolejny krąg, zwany Kokardą, stanowił siedzibę szlachty. Znajdował się tuż za Rondem. Skośna ceglana bariera była naszpikowana posterunkami, przy których czuwali strażnicy, nie dopuszczając hołoty do wyższej warstwy. Dalej zaś znajdował się ostatni pierścień miasta – Korona. Za monumentalnymi murami rozpościerały się zielone tereny pałacowe, kokonem roślinności otaczające pałac z barwnego szkła, gdzie rodzina królewska wiodła swój zazwyczaj beztroski żywot.

Finn zacisnęła zęby na myśl o zmanierowanych władcach z jedwabnymi parasolkami. Ona wolała być w Rondzie, gdzie toczyło się prawdziwe życie.

Ruszyła dalej, mijając stoisko z wyszywanymi klejnotami sukniami i spódnicami. Zauważyła, jak kobieta zakłada na ubrania suknię, która zmieniła kolor z krwistej czerwieni w lazurowy błękit, gdy tylko potencjalna właścicielka się obróciła.

– Za tę cenę trzy kolory. Chce więcej – da dwa razy tyle! – oznajmił przekupień.

Finn krzywiła się, gdy potrącali ją rozweseleni ludzie, którzy utrudniali jej przejście przez rynek. Dziś było zbyt tłoczno i radośnie, a w powietrzu unosiła się atmosfera święta. Wcześniej widziała nawet trupę magów wody tańczących na ulicy. Manewrowali wstęgami kolorowej wody w powietrzu, jakby to były pasy barwionego jedwabiu.

Coś się tu działo.

Kiedy zauważyła przekupnia rozdającego darmowe kwiaty wszystkim przechodniom, miała już dosyć zagadek. Jaki idiota dawałby za darmo to, co może sprzedać za pieniądze?

– Co tu się dziś dzieje, u licha? Dlaczego rozdajesz te kwiaty, nie żądając zapłaty? – zapytała, zatrzymując się przed jego stoiskiem.

Staruszek uśmiechnął się, po czym wsunął jej do ręki biały księżycowy kwiat. Gdy pąk wychynął spod ochronnego materiału, płatki rozchyliły się w stronę księżyca.

– Czyżbyś nie słyszała? – zapytał, a oczy mu błyszczały.

Finn ścisnęła w dłoni bezużyteczną roślinę, lecz ekscytacja przekupnia sprawiła, że powstrzymała się od rzucenia jej na ziemię.

– Nie. Absolutnie nic.

– Książę! Książę nareszcie powrócił!

Finn prychnęła.

– Ten martwy?

Oczy przekupnia rozszerzyły się. Zamrugał dwukrotnie, a potem odpowiedział:

– Nie…

– W takim razie to chyba nic interesującego, prawda? Zajmij się swoimi kwiatkami i swoim zdrowiem, staruszku.

Gdy próbowała oddać mężczyźnie kwiat, ten pomachał jej z uśmiechem. Zirytowało ją, że nadal pozostał taki radosny. Z kwieciem w dłoni odwróciła się na pięcie i podążyła za tłumem. To właśnie denerwowało ją w stolicy najbardziej: wszyscy tu mieli obsesję na punkcie rodziny królewskiej. Powrót księcia do domu nie napełni niczyjego brzucha i nie da nikomu ciepłego kąta do spania, a i tak żyło tym całe miasto. I co z tego, że jakiś lalusiowaty chłopczyk wrócił do domu? Przecież takie książątko nie przetrwałoby dnia w prawdziwym świecie. Szybciutko wróciłoby z płaczem do mamusi.

Czyż to nie był ten słynny książę bez przyszłości? Ten, który, gdy skończył pięć lat, nie usłyszał zwyczajowego: „Wyrocznia przemówiła. Będziesz wielkim przywódcą, bla bla bla” ani innych bredni w tym stylu. Wyrocznia nie zobaczyła w tym chłopcu kompletnie nic.

Głupcy, którzy uważali, że powrót takiego książątka zasługuje na świętowanie, doprawdy mieli nierówno pod sufitem.

Idąc przez rynek, bezustannie słyszała burczenie w brzuchu. Za tę garść pesos, którą oddała dziewczynce, z pewnością mogłaby sobie kupić jakiś posiłek, jeśli nie dwa.

– Ciszej! – warknęła do burczącego żołądka, jakby sam fakt, że zdała sobie sprawę ze swojego błędu, mógł go napełnić. Brzuch bolał coraz bardziej. – Wiem, że to było głupie.

Z drugiej strony, wolała iść do pracy z pustym żołądkiem. To wyostrzało jej zmysły. Ostatnio wydawała zbyt dużo pesos. Ale kiedy już zakończy robotę na dzisiaj i sprzeda ukradzione rzeczy, będzie ustawiona na miesiąc lub dwa.

Oczywiście, jeśli zakończy ją pomyślnie.

Odsunęła niepokojące myśli na bok, do tej szufladki, w której trzymała swoje lęki i obawy, i wszystkie te rzeczy, których nie mogła odczuwać, jeżeli chciała przeżyć.

– Skup się – mruknęła sama do siebie. Martwienie się było dobre dla ludzi, którzy mieli mniej umiejętności niż ona. Pójdzie jej dziś znakomicie, jak zwykle.

Umysł zaburczał powątpiewająco. Dała się rozproszyć dwójce dzieciaków, Połykaczom Ognia, próbującym ustalić, który potrafi dłużej wypluwać z ust ogniste języki. Po dłuższej chwili wyższy z nich pochylił się, z trudem łapiąc oddech, a pot lał mu się po twarzy. Finn nie mogła powstrzymać uśmiechu, słysząc, jak debatują, który z nich był lepszy. Przegrany upierał się, że nie miał sił na poważne starcie, ponieważ nie zjadł obiadu.

Nad jej głową, na wieży zegar o dwóch tarczach wygrywał kuranty, dźwięczne przypomnienie dla każdego dziecka, że czas najwyższy iść spać. Finn podniosła wzrok na olbrzymią tarczę ze wskazówkami, bezustannie odmierzającymi stracony czas i czas, który można było zyskać. Na kamiennej wieży widniały dwa zegary, jeden nad drugim. Ten o szkarłatnej tarczy rozumiał czas jako godziny i minuty, a jego wskazówki lśniły złotem. Ten zabarwiony na niebiesko wskazywał zaś ruch słońca i księżyca, a jego srebrne wskazówki coraz bardziej zbliżały się do nadchodzącej równonocy, gdy dzień i noc podzielą się po równo, tak jak niektórzy kochankowie dzielą się deserem.

Święto Równonocy było najważniejszym wydarzeniem każdego roku. Finn nie mogła się go doczekać. Odkąd była dzieckiem, pragnęła poczuć magię tego dnia w stolicy. Słyszała o fajerwerkach, które w postaci wielkich ptaków o ognistych skrzydłach przecinały nocne niebo, fajerwerkach, których każda iskra była starannie kontrolowana przez najznamienitszych magów ognia w całym królestwie. Słyszała o muzyce grzmiącej dźwiękiem obręczy, bachat i merengue, która sprawiała, że nogi same rwały się do tańca. Piekarnie oferowały wtedy wszelkie rodzaje słodyczy, jakie mogła sobie wyobrazić. Właśnie dlatego miesiąc temu postanowiła zostać w stolicy, zamiast wyjechać, jak to miała w zwyczaju. Chciała choć raz być świadkiem tego niezwykłego spektaklu.

Równonoc oznaczała świętowanie, świętowanie oznaczało tequilę, a tequila oznaczała bardzo wielu ludzi, których da się z łatwością okraść. Kiedy skończy się Równonoc, czas zacznie się nieubłaganie zbliżać ku zimie, z jej krótkimi dniami i długimi, zimnymi nocami. Musiała mieć możliwość wskoczenia na statek płynący do ciepłych krajów, nim to nastąpi.

Może tak na wyspy za wschodnim wybrzeżem? Nigdy wcześniej tam nie była. Słyszała, że smaku tamtejszej paelli nie da się opisać, a owoce morza są tak świeże, że gdy wgryziesz się w smażoną kałamarnicę, ta opryska cię atramentem.

Zaledwie o tym pomyślała, żołądek po raz kolejny głośno zaprotestował. Może faktycznie popełniła błąd, poświęcając pesos na pokój w zajeździe zamiast na jedzenie.

Gdy jej żołądek trawił już sam siebie, Finn minęła stoisko, na którym młody sprzedawca piekł szaszłyki wieprzowe w paprykowej marynacie. Wziął głęboki oddech i dmuchnął strumieniem płomieni, by delikatne mięso stało się bardziej chrupiące. Żołądek Finn zaburczał jeszcze głośniej, a kąciki jej ust uniosły się w uśmieszku.

Mimo wszystko łatwiej było improwizować w kwestii szybkiego posiłku niż w sprawie znalezienia kąta do spania.

Finn przybliżyła się do sprzedawcy i wsunęła kwiat do kieszeni jego koszuli. Podniósł na nią wzrok, a jego śniade policzki poczerwieniały.

– Dzisiejsza noc jest szczególna. Powinieneś wyglądać najlepiej, jak się da, czyż nie? – zapytała, mrugając porozumiewawczo.

– Och – odparł, a jego usta uformowały idealny okrąg. – D-dziękuję.

Spojrzał na kołyszący się kwiat, poszukujący księżycowego światła.

Gdy ponownie podniósł głowę, na stoisku brakowało dwóch szaszłyków, a po złodziejce ślad zaginął.

Lis i smok

Pałac pogrążał się we śnie. Cień Alfiego zaczął otrząsać się, podekscytowany niczym pies, który właśnie wyszedł z kąpieli.

Na tym polegała jedna z wad magii propio – ruchomy cień u stóp zdradzał uczucia maga. Kiedy Alfie czegoś się obawiał, cień kulił się za jego plecami, zupełnie jak dziecko obudzone zbyt wcześnie na lekcje. Kiedy się cieszył, cień kręcił się wokół niego żywo i beztrosko. Gdy jego właściciel chorował, cień bladł. Dzisiejszej nocy zaś, gdy cień pływał wokół jego nóg, Alfie wiedział, że jego myśli są jak najdalsze od nocnego spoczynku.

Podniósł się z łóżka z baldachimem i podszedł do komody, po czym wysunął najniższą szufladę. Przez chwilę grzebał w niej, próbując wymacać skrytkę. Odnalazł w niej to, czego potrzebował: maskę lisa oraz szklaną gałkę do drzwi.

Nałożył maskę, zawiązując z tyłu głowy jedwabne nici. Teraz widoczna była tylko dolna część twarzy. Wszyscy uczestnicy gry mieli przyjść w maskach, ponieważ anonimowość stanowiła klucz nielegalnego karcianego hazardu.

Szczególnie jeśli ktoś był księciem.

Podczas podróży, kiedy szukał po całym świecie magii, która mogłaby uratować Deza, Alfie słyszał o grach, w których stawka była wysoka, lecz możliwa nagroda – jeszcze wyższa. Bez wahania zapłacił zaporowe wpisowe, kupił maskę i pojawiał się w miejscach wskazanych w czarnym, tłoczonym złotem, zaproszeniu. Rozgrywka odbywała się w różnych miejscach, pewnego razu nawet na innym kontynencie. Alfie nie ominął żadnej rundy, a dzisiaj czuł, że ta partia będzie najważniejszą ze wszystkich, w których przyszło mu uczestniczyć.

Tej nocy nagrodami były nie tylko zwykłe nielegalne przedmioty. Znalazły się wśród nich także księgi zawierające zakazaną magię, która mogłaby pomóc Alfiemu w odnalezieniu Deza, całego i zdrowego, gotowego do objęcia tronu. Dez musiał gdzieś tam być. Był tego pewien. To, że pochłonęła go jakaś dziwna otchłań, nie znaczyło, że odszedł na zawsze. Alfie potrzebował tylko odpowiednich zaklęć, by odnaleźć brata.

Alfie wziął z łóżka skórzaną torbę i zarzucił ją sobie na ramię, na granatowy płaszcz. Przez jego ciało przepłynął dreszcz oczekiwania. Nie miał chwili do stracenia. Rayan rzadko wpuszczał spóźnialskich.

Książę podszedł do ściany za łóżkiem i cisnął w nią szklaną gałką. Nie odskoczyła ani nie spadła na posadzkę, jak powinna. Zawirowała niczym opuszczona na ziemię moneta, po czym wtopiła się w kamień ściany.

Alfie zrobił krok naprzód i przeciągnął dłonią po gałce. Jego magia zmieniła swój kolor z tradycyjnego królewskiego błękitu na jaskrawy oranż, kolor, który miał mu dać to, czego potrzebował. Teraz musiał tylko przekręcić gałkę i wypowiedzieć zaklęcie.

Każdy człowiek obdarzony propio miał wyjątkową magię. Niektórzy dysponowali jednym talentem, z kolei propio innych rozgałęziało się w kilka umiejętności. Alfie słyszał o szlachcicach z Anglezji, którzy dzięki swym propio byli w stanie panować nad tarciem: jednym spojrzeniem sprawiali, że grunt pod stopami stawał się śliski jak lód albo też pozbawiali tarcia samych siebie i mogli przemieszczać się całe mile w jednej krótkiej chwili. Dziewczyna, którą spotkał w Uppskali, naginała do swej woli światło: mogła równie łatwo spowić pokój mrokiem, co wypełnić go jasnością.

Umiejętności, którymi dysponował dzięki swemu propio Alfie, były w pełni związane z kolorem magii. Książę widział wszystkie odcienie magii, zmieniał kolor własnych mocy odpowiednio do dowolnego cienia, używał swych zdolności do tworzenia ścieżek barw, którymi podróżował przez otaczającą go magię.

Przekręcił gałkę w lewo.

– Voy – rzekł.

Ściana ustąpiła miejsca wielobarwnemu tunelowi, który Alfie widział dzięki swemu propio: sieci trzymającej świat w jednym kawałku. Od dziecka uczono go, że magia dała światu fundamenty, nici, które wiązały ludzi ze sobą i z ziemią, na której żyli. Propio Alfiego umożliwiało mu wykorzystywanie tych nici do podróży w przestrzeni.

Kiedy odkrył tę zdolność, ogrom sieci magii wokół niego onieśmielał, a książę czuł się niczym maleńka łódka pośrodku bezkresnego oceanu. Potrzebował czegoś, co zmniejszyłoby potęgę jego mocy i uczyniło ją bardziej dostępną. Zaczął więc używać gałki do skoncentrowania propio, by móc otwierać drzwi pośrodku ogromu otaczającej go pomrukującej magii. Poradziłby sobie bez tego przedmiotu, ale wtedy czułby się niespokojny, jakby rzucał się na oślep po stromych schodach, zamiast kroczyć dostojnie z dłonią na poręczy.

Zrobił krok ku magii i dał się porwać prądowi, który miał go ponieść gdzieś daleko od sypialni, daleko od dziedzictwa.

Kiedy na powrót wkroczył do realnego świata, przejściem okazał się mur pomiędzy dwiema hacjendami na drugim pierścieniu miasta – Kokardzie.

Tutejsze ulice pokrywał kamienny bruk, a hacjendy były olbrzymie, pomalowano je na wiele żywych kolorów, w oknach miały wielobarwne witraże. Alfie zarzucił na zamaskowaną twarz kaptur płaszcza i ruszył w stronę hacjendy Rayana. Stanął przed wysokimi, majestatycznymi drzwiami z ciemnego drewna, zaopatrzonymi w witrażową gałkę.

Zawahał się. Gdy wyobraził sobie rozczarowane twarze rodziców, nagle wydało mu się, że sznurki maski ściskają za mocno. Co z niego będzie za król, skoro spędza noce na poszukiwaniach tego, czego szukać nie powinien?

Obawa o to, że sprawi rodzicom zawód i nadzieja na odnalezienie brata walczyły w jego głowie o pierwszeństwo. Z obu stron czuł nacisk tak silny, że mógłby on zmienić kamień w diament. Nie był pewien, ile czasu zniesie jeszcze tę niepewność.

To już ostatni raz, powiedział sobie w myślach. Jeżeli dziś nie znajdę tego, czego szukam, dam sobie spokój z ratowaniem Deza i skupię się na byciu królem. Raz na zawsze.

Przełknął głośno ślinę. Stanowczość tego postanowienia dała mu poczucie kontroli i zakończyła przeciąganie liny w jego głowie. Ale wciąż przecież przerażała go wizja zostania królem. Odsunął od siebie tę myśl. Nie przyjdzie mu się z tym mierzyć, ponieważ wygra tę rozgrywkę i zdobędzie to, czego potrzebuje.

Zastukał kołatką w potężne drzwi.

Otworzył mu dobrze zbudowany sługa, którego szeroka sylwetka wypełniała całą przestrzeń między framugami.

– Spóźniłeś się. Ta opieszałość nie spodoba się mistrzowi Rayanowi – oznajmił i zabrał się do zamykania drzwi. Alfie jednak wsunął stopę w szczelinę między odrzwiami. Cień wbił się we framugę z taką siłą, że Alfie musiał mocno zaprzeć pięty w ziemię, by utrzymać go na miejscu. Sługa ponownie otworzył drzwi na oścież i rzucił księciu poirytowane spojrzenie.

– Proszę zaczekać. – Alfie wyjął ze skórzanej torby garść złotych pesos. – Może i twojemu mistrzowi nie podoba się spóźnialstwo, ale mnie interesuje, co podoba się tobie.

Na twarzy mężczyzny pojawił się szczery uśmiech.

– Masz zaproszenie?

Alfie podał mu monety i wypowiedział słowa, które gwarantowały wejście do każdej niebezpiecznej gry:

– Lis nie czeka na zaproszenie. Lis czeka na otwarcie.

Mężczyzna usunął się na bok, a Alfie wkroczył do domu pełnego kłopotów.

Kobieta, za którą Finn podążała przez Łuk, była wyraźnie spóźniona.

To był dobry znak. Skoro była spóźniona, zajęła się swoim pośpiechem i nie zwracała uwagi na Finn, która podążała jej śladem, przeskakując z dachu na dach. Tutejsze hacjendy były potężne i majestatyczne, dachy miały tu łagodny spadek – idealny do takich zadań. Chociaż każde z osiedli rozpościerało się na wysokość sześciu ludzi, lata zastępowania cyrkowych akrobatów skutecznie zabiły w niej lęk wysokości. Albo raczej: zabiłyby, gdyby kiedykolwiek go odczuwała.

Ciepły wietrzyk hulał w jej kręconych włosach, gdy przemierzała kolejne dachy. Towarzyszyły jej tylko dwa dźwięki: odgłos własnych kroków i szelest torby ocierającej się o ramię. Brukowane ulice były puste, a barwne hacjendy ciche. Ich mieszkańcy pogrążeni byli w głębokim śnie.

Już sama nazwa tego pierścienia sprawiała, że Finn przewracała oczami. Kokarda. Taka, jaką wiąże się na szyi słodkim kociętom. Nazwa pasowała do tych delikatnych hacjend, wypielęgnowanych ogrodów i cicho bulgoczących fontann. Kokarda kryła w sobie spokój tak cichy, że aż przyprawiał Finn o drżenie. Był to spokój ludzi, którzy urodzili się bogaci, a umrzeć mieli jeszcze bogatsi. Finn wolała Szczyptę i Płatek. Jasne, było tam brudno i tłoczno i w każdej chwili jakiś kieszonkowiec mógł człowieka okraść, ale przynajmniej o tej porze dzielnice te tętniły życiem. Teraz zapewne wypełniali je uliczni artyści, grający na gitarach oraz sprzedawcy z kramów wypełnionych smakołykami, zachwalający misy pełne fasoli, mocno przyprawiony ryż oraz smażone bataty. Na samą myśl o tym zaburczało jej w brzuchu, ale skupiła się na swoim zadaniu. Podczas gry musiała zająć miejsce tej kobiety, zgarnąć nagrodę i gdzieś ją opchnąć. Za otrzymane pieniądze napełni brzuch i kupi bilet na najbliższy statek zmierzający daleko stąd, wprost ku kolejnej przygodzie.

Kiedy przybyła tu przed miesiącem, postawiła sobie za zadanie poznanie sekretów San Cristobal – tajemnic, które pozwolą jej zdobyć nieco grosza – i jak się okazało, zazwyczaj to szlachcianki dysponowały takimi informacjami. Finn węszyła w Kokardzie przez wiele dni, ale teraz wiedziała już, gdzie i kiedy odbywa się nielegalna rozgrywka, w której można wygrać nielegalne przedmioty.

Śledzona przez nią kobieta zanurkowała w wąskie przejście między hacjendami – idealne miejsce na napaść. Złodziejka zatrzymała się na krawędzi dachu, a gdy obserwowała sytuację, jej podekscytowany cień krążył wokół niej jak rozradowany pies. Światło księżyca oświetlało przedmiot wyciągnięty przez kobietę z torby: czerwoną maskę smoka, nieodłączny atrybut gry. Finn uśmiechnęła się do siebie. Na to właśnie liczyła.

Uniosła dłoń i wykonała szybki gest, jakby gasząc świecę. Kamienie ze ściany hacjendy owinęły się wokół kostek i nadgarstków kobiety, przygwożdżając ją do muru. Przerażona nieznajoma upuściła torbę i maskę. Zanim zdążyła krzyknąć, Finn wykonała kolejny ruch i wstęga kamieni otoczyła usta kobiety.

Złodziejka wydała z siebie niski gwizd. Tamta podniosła wzrok. Finn pomachała jej jedną ręką, drugą wskazując na swoje usta pustym już patykiem od wieprzowego szaszłyka.

– Nigdzie stąd nie odchodź – powiedziała z uśmieszkiem. – Zaraz wrócę.

Kobieta próbowała się wyrwać z kamiennych oków, gdy Finn beztrosko rzuciła patyk przez ramię i bez problemu zeszła na ziemię po ścianie hacjendy. Na jej znak kamienie ze ścian wysuwały się na zewnątrz, tworząc uchwyty dla rąk i nóg. Jako dziecko Finn marzyła o byciu Tancerką Wody, ponieważ kochała pływać, ale umiejętności Rzeźbiarki Kamienia okazały się bardzo przydatne przy pokonywaniu ścian hacjend.

Wylądowała na ziemi bezszelestnie i oparła dłoń o mur.

– Wiem, co sobie teraz myślisz. – Zgarnęła torbę przerażonej kobiety. – Pewnie zastanawiasz się, czym sobie na to zasłużyłaś. – Przeszukała bagaż i wcisnęła do swoich kieszeni znalezione pesos. – Śpieszę z zapewnieniem, że na ile jest mi wiadome, niczym. Z pewnością jesteś idealna jak święta. Po prostu znalazłaś się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Tyle. – Finn rzuciła torbę na ziemię i wzięła maskę smoka. – No i miałaś przy sobie coś, na czym mi zależy.

Kobieta zmrużyła oczy. Finn przytrzymała maskę w wyciągniętych rękach. Była cała czerwona, tylko otwory na oczy otoczone były białymi obwódkami.

– Mój ulubiony kolor. – Przebiegła palcami po zakrzywieniach ozdoby. – Szczęściara ze mnie.

Przyłożyła maskę do twarzy, po czym zorientowała się, że wciąż widać kształt jej ust i szczęki.

– Pewnie powinnam wyglądać jak ty, tak na wszelki wypadek, nie sądzisz?

Kobieta patrzyła na nią z niedowierzaniem. Jak większość Kastalańczyków, miała brązową skórę, ciemne oczy i grube brwi. Jej usta były pełne, a nos po arystokratycznemu orli.

Finn przytrzymała maskę kolanami i wyciągnęła z własnej torby zwyczajne lusterko.

– To pewnie będzie najbardziej fascynująca rzecz, jaką dzisiaj zobaczysz, więc patrz uważnie.

Finn spojrzała na swoje odbicie, po raz ostatnim przyglądając się swojej obecnej twarzy: skórze o bursztynowym odcieniu, pełnym policzkom i spiczastemu podbródkowi, otoczonym przez sięgającą ramion aureolę kręconych włosów. Założyła tę twarz przed kilkoma dniami, nie zastanawiając się nad nią zbytnio, a teraz żegnała się z nią bez żalu.

Uniosła wolną rękę i przyłożyła do twarzy, którą poczęła formować niczym glinę. Kobieta obserwowała ją okrągłymi ze zdumienia oczami. Magia była maską, którą Finn zakładała już tyle razy, że niemal zapomniała, jak wygląda jej prawdziwa twarz. Ale to akurat jej nie przeszkadzało.

Tego wieczoru na kradzież czekała nowa tożsamość, a na wygranie – spora sumka, o ile dobrze rozegra czekającą ją partię. I to dosłownie.

Koniuszkami palców uformowała nos, zmieniając zadarty kontur w orli kształt. Przebiegła palcem po obu brwiach, patrząc, jak grubieją od jej dotyku. Kciukiem przeciągnęła po podbródku i ze spiczastego stał się zaokrąglony. Potem potarła oczy, jakby wycierając z nich senność. Gdy odsunęła dłonie od twarzy, oczy były większe i ciemniejsze. Ręka przemknęła po kręconych włosach, a te wygładziły się pod palcami w proste kosmyki, opadające na ramiona.

Obecna metamorfoza była wolniejsza niż tamta, którą przestraszyła chłopca oglądającego przedstawienie kukiełkowe. Teraz musiała być precyzyjna.

Spojrzawszy w lustro po raz kolejny, nie widziała już różnicy między twarzą, którą właśnie stworzyła, a twarzą uwięzionej kobiety.

Ta gapiła się na Finn oniemiała ze zdumienia. Nawet przestała się rzucać. W pewnym momencie jej wzrok padł na ziemię, w miejsce, gdzie cień Finn krążył wokół jej stóp.

– Tak jest – odpowiedziała złodziejka na nieme pytanie. – To właśnie moje propio.

Potrafiła zmieniać swój wygląd, odkąd skończyła osiem lat. Była to przydatna umiejętność dla każdego, a co dopiero dla złodzieja. Bardzo jej pomogła, kiedy Finn wylądowała osierocona na ulicy.

– Mogłabym cię teraz zabić – kontynuowała, wyciągając z torby sztylet, którego ostrość sprawdziła koniuszkami palców. Oddech kobiety przyspieszył, nozdrza się rozszerzyły. – Ale nie widzę takiej potrzeby. – Wzruszyła ramionami. – Utknęłaś tu na całą noc. Rano jakaś miła rodzina z okolicy na pewno ci pomoże. Ale zapamiętaj sobie. – Pochyliła się i zbliżyła do kobiety tak bardzo, że prawie zetknęły się nosami. – Jeżeli się uwolnisz i postanowisz narobić dymu, każde przestępstwo, jakie popełnię od tej chwili, będzie nosiło twoją twarz. Uwierz mi, nie będziesz się bawić zbyt dobrze, tłumacząc strażnikom, że nie ty jesteś winna, że to tylko jakaś dziewucha, która zmienia twarze jak rękawiczki. Czerwone płaszcze bardzo szybko przestaną ci wierzyć. Jeżeli mnie zrozumiałaś, zamrugaj dwa razy.

Kobieta potwierdziła.

– W porządku. – Finn nałożyła maskę i zawiązała z tyłu głowy jedwabne wstążeczki. Zazwyczaj szkicowała w swoim notesie każdą nową twarz, zanim zabrała się do pracy, by mieć rejestr wszystkich noszonych tożsamości i związanych z każdą z nich przestępstw. Ale dzisiaj i tak już była spóźniona, więc dokumentacja mogła zaczekać. Wyciągnęła z torby chusteczkę do nosa i małą zakorkowaną buteleczkę z niebieską cieczą. Nasączyła chusteczkę roztworem nasennym. Kobieta zaczęła się rzucać, wydając błagalne piski.

Finn zacmokała z niezadowoleniem.

– Uspokój się.

Przycisnęła chusteczkę do nosa kobiety. Po chwili zamknęła ona oczy i zapadła w sen.

Wreszcie Finn wychynęła z zaułka. Przebiegła resztę trasy do hacjendy, w której odbywała się gra. W przeciwieństwie do innych domów stojących przy tej nudnej ulicy, światła w tym wciąż były zapalone i rzucały barwne odblaski przez okienne witraże.

Obok hacjendy dostrzegła jakiegoś mężczyznę pogrążonego w dyskusji ze sługą. Ten próbował zamknąć drzwi przed gościem, ale już po chwili odsunął się z przyklejonym do twarzy uprzejmym uśmiechem. Gdy drzwi ponownie zaczęły się zamykać, Finn skoczyła naprzód i wsunęła nogę w szczelinę. Sługa, wyraźnie zirytowany, otworzył je szerzej.

– Spóźni…

– Tak, wiem. Podobnie jak tamten gość – zauważyła, przebijając go na wskroś ostrym jak sztylet wzrokiem.

Minęła dłuższa chwila, nim sługa westchnął z rezygnacją.

– No dobrze. Masz zaproszenie?

Finn wypowiedziała słowa, które obserwowana kobieta powtarzała od tygodni.

– Smoczyca nie potrzebuje zaproszeń. Smoczyca bywa tam, gdzie chce.

Sługa odsunął się, a Finn wkroczyła dumnie do środka, uśmiechając się tak pewnie, jakby nosiła tę twarz od zawsze.

Cambió

Nieznajomy siedzący naprzeciwko Alfiego z pewnością nie był dobrym człowiekiem. Książę mógł to rozpoznać po kolorze otaczającej go magii. Mężczyzna nosił maskę tygrysa, a jego filigranowe ciało składało się niemal w całości z ostrych kątów. Używając propio, Alfie ustalił, że magia tego człowieka miała stalowoszary kolor. Przepływała przez niego – szybka, gwałtowna, drapieżna. Każdy ruch był starannie zaplanowany. Alfie miał świadomość, że z tym przypadkiem musi postępować ostrożnie.

Prawdę powiedziawszy, ostrożne postępowanie dotyczyło wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu. Siedząc w ośmiokątnej bawialni i obserwując zamaskowanych graczy, Alfie spostrzegł, że barwna magia przepływająca przez ich ciała ma jak najgorsze intencje.

W głowie rozbrzmiał mu głos Palomy, dawnej nauczycielki. Magia to czysta siła przenikająca cały świat. Potrzebuje jednak domu, bezpiecznej przystani. Tymi przystaniami jesteśmy my, stajemy się naczyniami, które wypełnia, w których rośnie. My nie poradzimy sobie bez magii, a ona – bez nas. Dajemy jej życie, a w twoich oczach także i kolor. A kiedy odchodzimy, zwracamy ją światu, by mógł wypożyczyć ją kolejny człowiek.

Paloma była dueñą, filozofką magii, która zgłębiała wszelkie jej przejawy i pracowała nad rozwijaniem istniejących oraz tworzeniem nowych zaklęć. Większość dueños poprzestawała na intensywnej działalności naukowej, niektórzy jednak pragnęli podzielić się swą wiedzą i uczyć dzieci magicznego rzemiosła. Paloma uczyła go codziennie, odkąd był małym chłopcem aż do czasu, gdy zdał egzaminy na bruxo, czyli certyfikowanego użytkownika magii. Zaszczepiła w nim miłość i szacunek do magii, z którymi dorastał i z którymi z chłopca stawał się mężczyzną. Dzięki swemu propio Alfie mógł obserwować wolną magię, bezbarwną i lśniącą, snującą się w powietrzu, nim nie znalazła miejsca w ludzkim ciele i nie przybrała koloru.

Skupił się i użył propio do śledzenia magicznych cieni pozostałych czterech graczy.

Obok Tygrysa siedział zwalisty mężczyzna w masce niedźwiedzia. W jego żyłach pulsowała zielona magia, ciężka, odrażająca niczym śluz. Grubymi kłykciami wybijał rytm na drewnianym blacie, oczekując, aż Rayan przyniesie dzisiejsze nagrody.

Służąca ustawiła przed każdym z graczy kieliszek chłodnej sangrii. Tygrys wziął łyk i uśmiechnął się do Alfiego, ukazując zabarwione czerwienią zęby.

Niedźwiedź machnął łapą na kobietę. Jego dłoń była rozmiaru jej głowy.

– Tequila – zażądał. Służąca w pośpiechu opuściła pomieszczenie i wróciła z kieliszkiem oraz butelką. Niedźwiedź niecierpliwym ruchem wyrwał flaszkę z jej rąk, a niewielkie naczynie skwitował prychnięciem, zupełnie jakby ktoś chciał go w ten sposób obrazić.

Kiedy służąca postawiła sangrię przed Alfiem, nie dotknął kieliszka, chociaż fakt, że znalazł się tej nocy w tym miejscu, aż się prosił o zalanie alkoholem. Alkohol wprawiał jednak w ruch cień księcia, a Alfie musiał utrzymać go w spokoju, jeżeli nie chciał zwracać na siebie niepotrzebnie uwagi. Panowanie nad cieniem pod wieloma względami przypominało próbę kontrolowania wyrazu twarzy podczas burzliwej dyskusji z kimś, kto budzi w nas silne emocje. Kiedy Alfie się koncentrował, mógł utrzymać cień na wodzy, podobnie jak mógł w dowolnej chwili przybrać jedną z uprzejmych min, lecz im silniejsze były emocje, tym trudniej przychodziła kontrola. Tej nocy spokój cienia miał zaś pierwszorzędne znaczenie.

Zazwyczaj posiadacze propio byli otaczani czcią jako osoby bliżej niż zwykli śmiertelnicy związane z magią. Alfie jednak nie chciał, by ktokolwiek zaczął podejrzewać, że wykorzystuje swoje propio do oszustw, by wygrać książki.

A to właśnie zamierzał uczynić.

Skoncentrował się na graczach i po raz kolejny przyjrzał się ich magii.

Obok Niedźwiedzia siedziała kobieta w smoczej masce. Jedno spojrzenie na jej magię wystarczyło, by Alfie poczuł konsternację. Jej magia była czerwona, lecz nie w jednym odcieniu jak magia, którą obserwował przez całe życie. Odcienie magii tej kobiety zmieniały się bezustannie, to ciemniejąc i pogłębiając się, to znów stając się jaskrawe. Magia przepływająca przez jej ciało prezentowała wręcz całą skalę czerwieni. Alfie nie dowierzał własnym oczom, po raz pierwszy w życiu zetknął się z takim zjawiskiem.

Smoczyca spojrzała na niego z drwiącym uśmieszkiem.

– Chcesz coś powiedzieć, Lisie? – Rozparła się w fotelu, jakby czekała na kolację, a nie na szansę wygrania nielegalnych fantów. – Czy może mam cię złapać za futro i to z ciebie wydusić?

Pozostali gracze parsknęli drwiąco. Alfie próbował znaleźć ciętą ripostę. Uratował go jednak Rayan, który wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi.

– Dobry wieczór, pani i panowie – rzekł. Kiedy się uśmiechał, jego krótki nos stawał się jeszcze szerszy. Jak większość bajecznie bogatych ludzi, których Alfie poznał, Rayan był ekscentryczny i zblazowany, dlatego też organizował te rozgrywki i zdobywał nielegalne nagrody, dzięki którym spotkania cieszyły się szczególnym zainteresowaniem.

Rayan trzymał w rękach cztery książki o czarnych grzbietach. Dzisiejsze nagrody. Mężczyzna zajął miejsce w pozłacanym fotelu o wysokim oparciu. Widocznie lubił teatralne akcenty.

– Czy jesteście gotowi do rozgrywki? – zapytał. Gracze skinęli głowami. Ciszę panującą w pomieszczeniu wypełniło napięcie.

Ryzyko związane z rozgrywkami u Rayana polegało na tym, że nigdy nie miało się pewności, jaką grę dziś wybierze. Jeśli jednak człowiek pragnął tych nagród, płacił wpisowe i sam to odkrywał. Rayan starannie ułożył stosik pośrodku stołu. Serce Alfiego zabiło mocniej. Po jednym uderzeniu na każde słowo każdej stronicy każdej książki.

A to nie były byle jakie książki. Niektóre pochodziły z Anglezji i jak wszystkie anglezyjskie towary były całkowicie zakazane w Kastalanii. Alfie wiedział, że krzywdy, jakie Anglezja wyrządziła jego ludowi, łącznie z paskudnymi zaklęciami skierowanymi na odebranie ludziom magii, były nie do opisania. Mimo to z trudem powstrzymywał się przed wzięciem ksiąg ze stolika i przejrzeniem ich choć raz. Któraś z nich mogła zawierać zaklęcie, którego tak rozpaczliwie pragnął: zaklęcie, które pomogłoby mu odnaleźć Deza. Jeżeli istniało na świecie miejsce, w którym zgłębiano sztukę zaklęć niezbędnych do przeniesienia propio z jednego ciała do drugiego, była to Anglezja. Dziewczyna, która otworzyła pod Dezem czarną otchłań, uczyniła to dzięki swemu propio, gdyby więc Alfie mógł jakimś cudem umieścić jej propio w swoim ciele, mógłby także otworzyć otchłań i sam ruszyć na ratunek Dezowi.

Wiedział, że to jego jedyna szansa.

Koncentracja odpłynęła, myśli skupiły się na książkach. Propio zerwało się z uwięzi i kolory magii pozostałych graczy znikły.

– Pani i panowie – zaczął Rayan z namaszczeniem – dzisiejszą grą wieczoru będzie cambió.

Przez salę przebiegły liczne pomruki niezadowolenia. Alfie z trudem powstrzymał uśmiech. Spędzili z Luką na grze w cambió wiele nocy. Była to gra na czas, w której wygrana zależała w równym stopniu od szczęściu i strategii, jak, ma się rozumieć, od magii. Gdy w klepsydrze przesypywał się piasek, gracze ciągnęli karty z talii, mogli też podebrać je graczowi siedzącemu po lewej stronie w nadziei na wzmocnienie swojego układu.

Były też zaczarowane karty.

Na początku rozgrywki każdy gracz otrzymywał pięć kart, którym przekazywał swoją magię. Później wtasowywano je na powrót do talii, by mogły losowo trafić do kogoś przy stole. Rzucony na karty urok bywał pozytywny lub negatywny. Zaczarowana karta mogła kompletnie zepsuć twój układ, zmieniając na twoich oczach cesarza w błazna. Mogła też wręcz przeciwnie – pomóc ci wzmocnić układ. Po upływie określonego czasu wygrywała osoba z najsilniejszymi kartami w dłoni.

– Gramy czysto czy nie? – zapytał Tygrys. Jego głos był chłodny i wyrachowany. Brzmiał jak ktoś, kto czai się w ciemnym zaułku, wyczekując ofiary, która w swej naiwności podejdzie zbyt blisko.

– Nie – odparł z uśmiechem Rayan.

Wszyscy zebrani zastygli, jakby w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Alfie uniósł brwi. Rayan nie zarządziłby brudnej gry, gdyby nie miał pewności, że gracze znają dostatecznie wiele zaklęć. Ci ludzie musieli być lepiej wykształceni niż gracze, których zapraszał zazwyczaj. Najprawdopodobniej byli to bogaci kupcy i szlachcice szukający nielegalnych eksponatów do swoich kolekcji. Ale nawet w takich okolicznościach Alfie nie spodziewał się, że Rayan pozwoli na brudne cambió, zawsze istniało bowiem ryzyko, że któryś z graczy może umrzeć podczas rozgrywki, i to na terenie jego posiadłości. Teraz każdy z graczy był w o wiele większym niebezpieczeństwie niż jeszcze przed chwilą.

Może oprócz Alfiego.

Siedzący po prawicy księcia mężczyzna w małpiej masce wydał z siebie podekscytowany pomruk, a jego żylaste ciało napięło się jak ciało ofiary w oczekiwaniu na atak drapieżcy. Zaczął wybijać kłykciami rytm na blacie stołu, wyraźnie nie mogąc doczekać się początku rozgrywki. Alfie wcześniej nie miał okazji przyjrzeć się jego magii, skupił się więc teraz na jego aurze. Magia mężczyzny miała cytrynowy kolor, pełen witalnej energii. Alfie, obserwując ruchy palców Małpy, stwierdził, że za maską kryje się ktoś, kto z trudem może usiedzieć na miejscu, a co dopiero wygrać partię cambió. Nikt, kim należałoby się zanadto przejmować.

Rayan z namaszczeniem wyjął talię kart z małego, bogato zdobionego pudełka.

– Mezclar – rozkazał. Wzleciały w powietrze niczym niesione wiatrem i wirowały wokół siebie, póki nie przywołał ich z powrotem do swej dłoni. Kolejne zaklęcie sprawiło, że po pięć kart wylądowało w dłoniach każdego zamaskowanego gracza. – Znacie zasady: zaczarujcie karty tak, jak to uznacie za stosowne. Możecie być tak okrutni, jak tylko zechcecie. To w końcu brudne cambió. – W jego oczach zamigotały łobuzerskie iskierki.

Alfie przyglądał się graczom, pochylającym się nad swoimi kartami i szepczącym zaklęcia. W brudnym cambió nie istniały zasady dotyczące czarowania kart. Chłopak miał tylko nadzieję, że nie będą używać magii śmiertelnej. Przybyli tu, by zdobyć cenne książki, a nie po to, by splamić ręce krwią.

Im dłużej jednak rozglądał się dookoła, im coraz groźniejsze maski widział, tym bardziej obawiał się, że gracze nie mieli skrupułów, by splamić sumienie kilkoma kroplami szkarłatnego płynu.

Alfie zaczarował swoje karty prostymi zaklęciami. Takimi, które zmieniają cesarzy w błaznów, i takimi, które wprowadzają posiadacza w stan konfuzji, utrudniając rozgrywkę. Pragnął tych książek, ale nie zamierzał nikogo krzywdzić, jeżeli to nie było absolutnie konieczne.

– Skończyliście? Znakomicie! – Rayan zaklaskał w dłonie. – Regressar!

Zaczarowane karty wróciły do jego ręki, a potem wtasowały się w talię.

– Zacznijmy więc!

Rayan wypowiedział kolejne zaklęcie i karty wylądowały w rękach graczy, po siedem u każdego. Obszerna talia, z której można było dobierać karty, spoczęła pośrodku stołu.

Na chwilę zapadła cisza, jakby wszyscy czekali, co zrobią zaczarowane karty. Alfie przebiegł palcami po zawartości swojej dłoni i skupił się: nie czuł i nie widział przepływającej przez karty magii. Nie miał w dłoni żadnej zaczarowanej karty. Co więcej, miał znakomity układ.

Może ta rozgrywka nie skończy się tak krwawo, jak przypuszczał.

– Najmniejsze zwierzę zaczyna jako pierwsze. Małpo. – Rayan kiwnął głową w stronę chłopaka w małpiej masce, po czym obrócił klepsydrę. – Rozpoczynasz grę.

Małpa przygryzł policzek od wewnątrz, wystukując palcami szybszy rytm. A potem sięgnął po karty Alfiego, dotykając jego cesarza.

Nie bierz go, nie bierz go, błagał w myślach Alfie. Zmusił się do ułożenia warg w ledwie dostrzegalny uśmieszek, zupełnie jakby cieszyło go, że chłopak pragnie właśnie tej karty.

Zadziałało. W ostatniej chwili Małpa cofnął rękę, zagryzając wargi w wyrazie irytacji. Alfie starał się nie dać po sobie poznać, że mu ulżyło. Ostatecznie chłopak sięgnął do talii, wyjął kartę i odłożył na spód jedną ze swoich.

Przez dłuższą chwilę milczał. Jego nerwowe palce znieruchomiały. Z ust wyrwał mu się atak duszącego kaszlu, a na blacie wylądowały krople krwi. W jednej chwili oczy Małpy stały się szkliste i nabiegły krwią. Chwycił się za gardło.

Alfie zamarł na moment w fotelu, po czym ujął chłopca za ramię, niepewny, co począć dalej.

– Niech mu ktoś pomoże! Ratunku!

Chłopak opadł do przodu, tocząc z ust krwawą pianę, aż jego głowa zległa bezwładnie na stół. Ucichł, zamarł w bezruchu z szeroko otwartymi ustami.

Rayan zaklaskał lekko w dłonie, zadzwoniły obijające się o siebie pierścienie na jego palcach.

– Zatruta karta! Tak szybko!

Alfie patrzył na niego z mocno bijącym sercem. Nie docenił stopnia zepsucia tej rozgrywki. A mógł się tego spodziewać.

Rayan zadzwonił małym srebrnym dzwoneczkiem. Do pomieszczenia wkroczyło dwóch mężczyzn i w milczeniu wyniosło ciało za ręce i nogi. Zapach świeżej krwi przeciął powietrze niczym sztylet, aż książę poczuł wzbierającą falę mdłości.

Mężczyzna w masce niedźwiedzia na widok Alfiego wpadł w rozbawienie i wydał z siebie niski, chrapliwy chichot. Smoczyca była jedynym graczem, który także zamarł jak słup soli. Książę spojrzał na nią, szukając w języku jej ciała tego samego wstrząsu, który teraz szarpał jego klatką piersiową i sprawiał, że serce waliło jak młotem. Ona jednak zaledwie zauważyła jego spojrzenie, rozluźniła się i przybrała nonszalancką pozę, po czym, niewzruszona, skrzyżowała ramiona na piersi.

Ci ludzie naprawdę byli potworami.

Alfie skupił się na poplamionej krwią karcie, którą wyciągnął z talii Małpa. Pulsowała z niej złowieszcza zielona magia – magia Niedźwiedzia. Alfie spojrzał ponuro na właściciela karty, a ten obrócił głowę w jego kierunku, jakby rzucając wyzwanie do komentarza. Książę ścisnął jedynie karty: tak mocno, że aż zabolały go palce.

W tym czasie Rayan wtasował karty martwego gracza z powrotem do talii, nie dając po sobie poznać żadnych emocji. Do sali weszła służąca i starannie wytarła ślady krwi z wypolerowanego blatu stołu.

Rayan wyczekująco skinął głową w stronę Alfiego.

– A zatem, skoro już z tym skończyliśmy, kontynuuj, Lisie.

Alfie jednak znieruchomiał. W powietrzu wciąż wisiał zapach krwi. Z trudem powstrzymywał odruch wymiotny, kiedy patrzył na swój kieliszek sangrii.

– No dalej, Lisku – rzekł Niedźwiedź. Jego głos był równie szorstki i powolny, jak jego magia.

Alfie spojrzał na niego i wziął głęboki oddech. Skupił się, patrząc na talię. Spoczywająca na wierzchu karta nosiła ślad stalowoszarej magii Tygrysa. Nim wziął ją do ręki, Alfie puścił w ruch swoje propio i zmienił kolor własnej magii z królewskiego błękitu na szarość tamtego mężczyzny. Zaczarowana karta nigdy nie skrzywdzi tego, który ją zaczarował. Alfie wiedział, że dopóki będzie kontrolować kolor swojej magii i dopasowywać go do leżącej na wierzchu talii karty, nic mu nie grozi.

Dołożył do swoich kart wziętą z talii i odrzucił jedną z tych o najniższej wartości. Potarł kciukiem nową kartę, by odkryć spoczywające na niej zaklęcie, i omal nie zakrztusił się z wrażenia. To była pijacka karta: magia polegała na tym, że gracz, który tylko jej dotknie, natychmiast upija się do nieprzytomności.

Nieźle, pomyślał Alfie i uśmiechnął się do Tygrysa. Ten zamarł po drugiej stronie stołu, a Alfie poczuł przenikający go prąd. Ten człowiek nie był tak bezwzględny jak pozostali gracze i nawet nie chciał taki być, a mimo to mógł ich pokonać.

Rayan wyraźnie czuł napięcie między Alfiem a Tygrysem.

– A zatem Lisek chytrusek przechytrzył naszą talię, przynajmniej na razie… Kontynuuj, Tygrysie. Twoja kolej.

Tygrys skierował dłoń w stronę trzymanych przez Niedźwiedzia kart. Gdy jego dłoń zawisła nad jedną z nich, szczęka rywala zacisnęła się. Tygrys uśmiechnął się bezczelnie i wyciągnął kartę.

Niedźwiedź walnął pięściami w stół i zerwał się na równe nogi.

– Oszustwo! – ryknął, opryskując blat śliną. – Podglądał moje karty!

Pstryknął palcami i na jego dłoni wyrosła kula ognia. Wszyscy gracze wstali, przy czym Alfie jako ostatni. Maska zrobiła się śliska od potu obficie spływającego mu z czoła. Czy oni wszyscy zamierzali się pozabijać, zanim zrobią to za nich karty?

Tygrys rozłożył palce szybkim gestem i oto sangria wypłynęła w górę z jego pucharu i zawisła mu przed twarzą. Zacisnąwszy dłoń w pięść, zmienił napój w ostrze czerwonego lodu i chwycił je, gotów do ataku. Był Władcą Wody jak Alfie.

Smoczyca też rozciągnęła palce takim gestem, jakby wyciągała z powietrza sztylet. Alfie obserwował ich, ściskając dłońmi poręcz krzesła. Stali w milczeniu, zesztywniali z napięcia. Tymczasem Rayan wciąż siedział spokojnie w swoim fotelu ze skrzyżowanymi ramionami.

– Uspokój się, Niedźwiedziu. – Rayan sprawiał wrażenie wręcz znudzonego. Zadzwonił dzwonkiem i do pomieszczenia wparowała grupa dobrze zbudowanych mężczyzn, których najwyraźniej wynajmował do ochrony na noce, kiedy miały miejsce rozgrywki. – Zabiją cię albo karty, albo oni. Zrozumiano?

Płomień na dłoni Niedźwiedzia zadrżał. Tygrys spojrzał na niego wyzywająco, a jego wargi przyozdobił rozbawiony uśmieszek.